Jem ostatnio regularne, dziwne śniadania, prawie jak Grandad Joe: fasolka w tomacie i dwa jajka sadzone (tylko z lepszym chlebem, bo nie znoszę tego ichniego, białego i miękkiego jak nie powiem co, ale coś niedobrego). Bawi mnie myśl, że za kilka dni radykalna zmiana: będą świeże bułeczki kupowane rano przez tatkę. Byle dowiosłować.
W czwartek rano dopadła mnie zmęczenio-nerwowość (czekam na spotkanie online), po południu zniechęcenie orką na ugorze. Energia ze mnie wyciekła; nie stało się nic dodatkowego, po prostu chyba deadline piątkowy, poczucie, że większość podopiecznych stosuje obstrukcje typowe dla niedojd pierwszego świata, oraz nadodpowiedzialność za cudze sprawy wytrąciły mnie z zen ku odrętwieniu. W takiej sytuacji nawet czytanie Pałacu to jak nóż w serce, nie mogę. Ale w domu, na łóżku, znajduję skarpetki w muchomory tygrysa, prezent od męża (muchomory były od Katlin), i gapię się na autopilocie w przedostatni odcinek Dalgliesha. Słoiczek z energią powoli się napełnia.
W piątkowe przedpołudnie użyłam swojej władzy: po dwóch godzinach rozpuściłam wszystkich do domu, bo już nie chciało mi się na nich patrzeć; uporządkowałam papiery, wysłałam parę emilków z życzeniami, dokonałam kolejnej próby napełniania słoika, działało, bo mogłam już przeczytać kilka stron Pałacu. O trzeciej Kochany się zjawił w swoim różowym płaszczu i wyjechaliśmy w kierunku północnym (miałam ochotę na obiad w mieście, ale zaczęły się właśnie świąteczne imprezy pracownicze i Simona była zarezerwowana na cały piątek), do stolika dla dwojga w The Valley Inn, przydrożnej knajpy dla klasy robotniczej, gdzie obiady są robione tak, jakby podawała irlandzka babcia: mash, gotowana kapusta, marchew i pasternak okalające kurzynę w białym sosie z leśnych grzybów, rozkosz! Przeżuwam, mniam, mniam, mniam, i czuję, że żyję, że oboje żyjemy:

Ze ścian patrzyły na nas lisy z limitowanych grafik Jonathana Walkera albo nieżyjącego Micka Cawstona, w tym z jednej podpisanej adekwatnym tytułem Friday Afternoon (po prawdzie lis nie patrzył, bo czytał gazetę):
Po obiedzie ruszyliśmy do El Paso, oficjalnie, żeby umyć Babcię w myjni (co w końcu się nie wydarzyło, jakiś kiks systemu), ale skoro jesteśmy w mieście to wiadomo, kawa:
W następstwie kawy spacer miejski, światełka i mała księgarnia Riverside czynna do szóstej, w niej dwie starsze panie Irlandki God bless you, thanks God, oraz jedna imigrantka (Irlandia powoduje, że God mnie nie drażni, nie jest to God różnych odwróconych baś, tylko zupełnie inny gościu). Więc musi być książka, wącham to i tamto, Kochany znalazł dla siebie taki prezent, który oczywiście zaraz mu wyczytam:
Wracamy do domu niby wieczorem, ale nocą. Ciemno. Zaniepokojona Mańka siedzi w oknie i zerka. Mąż kupił tacie dwa dodatkowe prezenty perfumowane, czyli na lotnisku dokupię coś tylko dla mamy. Zaraz robię nam herbaty, trochę piszę, potem wybieram się do sypialni na samotnicze dooglądanie A Taste for Death (1988; już wiedziałam, kto zabił), na koniec online kupuję włóczki i druty.
Oczywiście, gdy tylko otrząsnęłam się ze słoikowej zadumy, przeczytałam ilustrowaną książkę Gavina Fridaya o Piterze i wilku.
Bronisława kilka dni temu nauczyła się zdobywać szafę, na którą Maryja wchodziła spacerując po karniszu. Kochany kupił im dzisiaj drapak-siedzisko, teraz obie kocóreczki leżakują w nim pod sufitem przytulone do siebie. Z fotela widzę tylko jedno różowe uszko Manii, wystawione za nowe posłanko. Nie do wiary, mam wolne.