... rano szpaki, wróble i pięć sierpówek, takich zastałam sąsiadów za oknem, gdy po ósmej wychynęłam spod kołdry. Towarzystwo nieco napuszone przeczesywało trawę, a karmnik z resztkami kulek tłuszczu bujał się rytmicznie.
Przy zielonej herbacie intensywnie bawiłam się z Manią w kociego chowanego: kocóreczka lubi przebiegać od jednej do drugiej szafy po karniszach, następnie będąc na tej drugiej szafce trąca łapką sznur od rolet. Gdy tylko się odwrócę sprawdzić, co się dzieje, koteczka wskakuje do pudełka, które stoi na szafce i "chowa się" (gdy długo nie zwracam uwagi, widać jak z pudełka ponownie wystają uszy i mała mordka jednym okiem łypie, czy patrzę czy nie patrzę). Druga część zabawy polega na tym, że należy wziąć pudełko i opróżnić je na tapczanie dnem do góry, tak jak wykłada się z miski wyrośnięte ciasto na chleb. Kot wyturliwuje się z pudełka do góry nóżkami, chwilę bryka, po czy wskakuje na szafkę i karnisz, żeby powtórzyć sekwencję.
Bardzo jestem kontenta z sobotniego śniadania: guac, jajka (na twardo dla Freda, sadzone dla mnie), robale smażone w maśle czosnkowym, wołowina z angusa i ogórek dla Kochanego, fasolka w tomacie na ciepło dla mnie. Podczas jedzenia rozwiązywaliśmy problemy pierwszego świata: znajoma z pracy podpowiedziała mi kawiarnię w Skerries, Goat in the Boat. Czy jest sens jechać tam w przedświątecznym czasie? Za dużo zajęcy, może w styczniu. A może na naleśniki do El Paso? Ale kuchnia działa do czwartej, czyli musielibyśmy pojechać w tym samym kierunku dwa razy, bo Ka zapraszał dopiero na wczesny wieczór. I ten problem został rozwiązany z sukcesem, pojedziemy dopiero na wieczór, obędziemy się bez naleśniczków.
Przed obiadem udałam się na dłuższą drzemkę, która okazała się tylko leżakowaniem, m.in. za sprawą dzwoniącej do mnie świekry. Dłuższą chwilę zajęło mi składanie do kupy, jaka była intencja, ponieważ świekrze na chwilę wyłączył się głośnik i przegapiłam moment z życzeniami. Po wygramoleniu się z łóżka, zadzwoniliśmy z kolei do cioci Ce, w tym samym celu: złożenia życzeń. Po obiedzie, zadzwoniłam do rodziców, pokazywaliśmy swoje koty.
Wieczorem wyjazd do Ka&Jot. Droga częściowo we mgle, na szczęście nie było zimno na tyle, żeby pojawiła się gołoledź. Poopowiadaliśmy sobie historie, we trójkę obejrzeliśmy Mistrza (2012) P.T. Andersona i o północy byliśmy w domu. Trochę zeszło zanim łeb mi się wyciszył i zasnęłam, nic dziwnego, że dopiero teraz byłam w stanie coś napisać. Dzień dobry :)