[go: up one dir, main page]

Strony

wtorek, 31 grudnia 2019

Postscriptum #14.

Podsumownik za pamięci. Rok rozpoczęłam jako konkubina, kończę będąc certyfikowaną żoną ubogaconą kotem i trójką szwagrów, których lubię wcale nie dlatego, że mieszkają daleko. Ślub był "po naszemu", podobnie jak poślubna podróż na wschód — okazało się, że życie wcale nie tak trudno jest upraszczać, a wschód Polski, zwiedzany tak jak my chcemy, mnie oczarował. Późną wiosną zobaczyłam na żywo obraz Caravaggia i weszłam (również na dość żywo) na Donarda. Osiem razy przeleciałam nad morzem irlandzkim. Niezliczoną ilość razy robiłam mojemu Fredowi kawę o poranku. W rodzinnym domu ubyło jednego psa (śmierć Bobisi w sierpniu) i przybyło jednego (w listopadzie pojawił się Maksiu). Pod koniec roku zakończyłam bywanie w dwóch miejscach pracy. Dowiedziałam się (a nawet przypomniałam sobie) przy tej okazji, że środowisko, które jeszcze do niedawna było moim chlebem powszednim męczy mnie i nudzi jak cholera, ale radość z bycia z młodzieżą nadal się we mnie tli, czeka, aby zająć się ogniem. Od trzech miesięcy zapuszczam siwy odrost. To był dobry rok.

14. Kończymy, panowie?

Dusza ma mroczną jest, gdy mam wypełniać papiery pełne rubryczek stworzonych przez ludzi niewładnych w piśmie. Wstałam rano, wypiłam herbatę i w głowie zajęłam się rzucaniem mięsem. Fred jako istota wrażliwa wyczuł aurę. Od teściów rychło wczas doszły życzenia bożonarodzeniowe z opłatkiem. Pojechaliśmy po chleb, który się nam należał wczoraj, ja skoczyłam do Intreo, żeby oddać papiery a faktycznie wypełnić jeszcze jeden pliczek, którym zapomniano mnie obdarować onegdaj. Aż musiałam ściągnąć berecik, bo mi się przekrzywiał ze złości. Coś tam nabazgroliłam, wyszłam zaczerpując radośnie świeżego powietrza i ... dałam się porwać z parkingu. Podjechaliśmy tylko, żeby Fred mógł zadzwonić do przyjaciela i żeby otworzyć Rysiowi okno w sypialni, tak na wypadek, gdyby miał umówione spotkanie noworoczne. A potem pojechaliśmy ...




... do Carlingford. Jechać przez górskie pastwiska, na nich owce, nad owcami mgła otulająca szczyty. Zjeść pieczone ziemniaki z dobrociami i napić się zielonej herbaty na piętrze w Ruby Ellen's Tea Rooms. Pójść do portu, żeby zauważyć, że zdjęli brzydkie rusztowanie z zamku króla Jana. Obejść zamek, obfocić wszystko, cieszyć się pod berecikiem, potem na chwilę zejść na molo, do "naszej" ławeczki. I jeszcze spacer w tę i z powrotem do bramy miasta, The Tholsel ... wróciliśmy do domu po ciemku i pijemy wiśniową herbatę. Za kilka godzin witamy nowy rok, po raz drugi w ciszy naszego małego domku, po raz pierwszy w towarzystwie Rysia.
___
edit 22:42 Obejrzeliśmy Wodzireja (1977) ze Stuhrem. Bardzo dobra historia o gnidzie, psychologicznie prawdziwa i na czasie na wiele sposobów.
___
edit 23:08 Do Polski przyszedł rok 2020. Z rodzicami machaliśmy sobie przez messengera, właśnie zadzwonił do nas teść, i live składam życzenia teściowej (ołmajgat!)
___
edit 00:11 I tym sposobem, prawda, Happy New Year 2020!

rok 2019. 12 zdjęć.


herbata po libańsku na Dereniowej, za oknem Warszawa w śniegu (styczeń)


mężczyzna i kot mojego życia (luty)


zaręczyny w porcie Carlingford (marzec)


jeszcze nie wiem, że tu będzie nasza sesja przedślubna (kwiecień)


Caravaggio w Dublinie (maj)


na Slieve Donard, góry Mourne (czerwiec)


jesteśmy rodziną, wszędzie chodzimy razem (lipiec)


to był dobry wybór (sierpień)


moja miłość, podróż poślubna, przystanek w drodze na wschód (wrzesień)


tort urodzinowy w Dundalk (październik)


irlandzka jesień (listopad)


nowa fryzura (grudzień)

poniedziałek, 30 grudnia 2019

13. Poniedziałek z panią Smith.

Zachęcona wpisem Hebiusa po południu odpalam Damę w vanie (2015) z Maggie Smith. Dojadamy przy tym z Kochanym świąteczne mince pie z rabarbarem (w międzyczasie dołącza do nas wdzięczący się Rysiu). Świetnie zagrana postać tytułowa, całość taka sobie.

Nasz dzień ostatnio często zaczyna się "po południu", bo startujemy z godnością, bywa, że do jedenastej chodzę rozchełstana. Oprócz filmu z Maggie przeglądanie ofert pracy, pranie, kaczka z Lidla na obiad. Oglądanie dokumentu o Tomaszu Beksińskim Dziennik zapowiedzianej śmierci (2000) Światłego przerywamy, żeby pojechać po chleb. Chleba nie zastajemy. Fred zachwyca się kraciastym płaszczem z podszewką w ptasie pióra.


Po powrocie słuchamy Zembatego w balladach Cohena (2002). Najlepsza jest gitara Portera.

niedziela, 29 grudnia 2019

12. Ostatnia niedziela roku.

Po południu pojechaliśmy do Blanchardstown — Fred znalazł w TK Maxxie kilka fajnych rzeczy, w efekcie kupiłam mu spodnie Polo Ralpha Laurena z szarej wełny oraz granatową, wełnianą marynarkę Paula Smitha. Taki podchoinkowy prezent bez choinki. Spodnie trzeba podwinąć, za jakiś czas wybierzemy się do Kaś Z Północnej, która ma magiczną maszynę.

Czytałam coś o wyżu Wiltruda nad Europą, u nas normalnie, ciśnienie wysokie jak zwykle. Fred już planuje wizytę w Polsce w lutym, koordynuje wylot z pracą i wizytami w szpitalu. Gdybyśmy pojechali razem, trzeba pomyśleć co z Rysiem. Na teraz nie wiadomo. Na teraz pesto na obiad i rozmowa przez messenger z Luś. Jestem obżarta jak bąk, ciężka jak buła z zakalcem. Herbata truskawkowa z miodem, prysznic i spać.

sobota, 28 grudnia 2019

11. Zwischen Weihnachten und Silvester.

Dzień skwaszony informacjami o pewnym biednym kocie gdzieś w Polsce, którego trzeba było uśpić. Polityka w kraju przodków też nie pomaga. 

Diese Zeit zwischen Weihnachten und Silvester, keiner weiß was für ein Wochentag ist, Uhrzeiten werden am ungefähren Sonnenstand gemessen und natürlich sind 1 kg Kekse ein echtes Essen. Eine gesetzeslose Zeit.
— @Der_Gregor.

No może nie Kekse, ale piernik z pewnością. Poza tym motto uświadomiło mi, że lekcje tego pięknego języka oraz hiszpańskiego i francuskiego na multikursie leżą i płaczą. Także ten, trochę się wzięłam, odrobinkę. Po tym jak Fred nakarmił mnie stekiem (i gdy przypomniałam sobie hasło do konta, strasznie mi wstyd, posypuję głowę popiołem). Jednak kucie słówek mnie nuży, wolę czytanie tekstów, za stara jestem na szkolne metody. Obejrzałam w końcu świąteczne przemówienie Elżbietki. Ach, i jeszcze próbowałam wysiedzieć na Niebezpiecznym umyśle (2002) Clooneya, ale odpadłam po kwadransie. Z pewnością chłopaki miały ubaw przy kręceniu. Dla mnie to za mało.

Wystarczy, że wyjrzałam za okno (ciemno) i zawołałam ksy ksy, Rysiu od razu objawił się na płocie od strony ogródka Judżina. I to jest dobre. Kot bezpieczny w domu, pachnący wieczornym chłodem.
___
edit 00:47 Około północy odpaliłam na yt wywiad Jagielskiego z Tomaszem Beksińskim (kilka dni temu minęło 20 lat od jego samobójczej śmierci). No nie wiem, może to dlatego, że dzisiaj wszystko sporo mnie drażni, ale pan WJ jest w nim słaby jak wiązania wodorowe.

piątek, 27 grudnia 2019

10. Dzień wychodnego.

Miły był w Tesco i Lidlu, ja załatwiłam sprawę w Intreo i zaszłam do Bootsa, potem spotkaliśmy się w polskim sklepie. Pogoda nadal bura, ale niezbyt zimna, nawet przyjemnie szło się w rozpiętej kurtce. Szkoda, że Fred dalej ma kłopot z zatokami (po trzeciej był u gp, który mu oświadczył, że oskrzela są pretty clear), bo chyba tak posiedzimy do nowego roku. Na obiad dorsz, kartofle, brokuły.

W głośnikach Bob Dylan, albumy Desire (1976) i The Essential (2000). W związku z tym oraz okładkami płyt Billy Joela, których lokalizacje śledziłam z rana, rozmawiamy chwilę o Davie Van Ronk. Lubię to zdjęcie, bo jest na nim kot:


(fot. Dona Schlittena, rok 1962, w drzwiach McSorley's Old Ale House na siódmej wschodniej. 
Toaleta dla kobiet powstała tam dopiero w 1986)

W domowym kinie na dvd Grand Budapest Hotel (2014) z Ralphem Fiennesem. Komedia absurdu obejrzana nie bez przyjemności.

czwartek, 26 grudnia 2019

Postscriptum #9.

O jedenastej, w mżawce, pan w pomarańczowej kurtce, który wcale nie wyglądał na rycerza św. Kolumby, ale najprawdopodobniej nim był (The Knights of St. Columbanus, poważnie), zapukał do naszych drzwi, rzekł Happy Xmas, wręczył Fredowi torbę i poszedł do naszego sąsiada, Judżina, z drugim takim samym pakunkiem. Dostaliśmy mnóstwo słodyczy i dinksów, mnie najbardziej olśniła szczoteczka do zębów, Freda dwa męskie grzebienie kieszonkowe. Skąd wiedzieli? Chwilę później to my zrobiliśmy niespodziankę: brudnawy jack russell przechodzi obok nas nawet kilka razy dziennie, więc zawsze czeka na niego saszetka pedigree pal. Nie zawiedliśmy — pewnie sobie pomyślał, że warto było się wybrać na osiedle w to bure, deszczowe przedpołudnie.

Po południu Fred zajął się pisaniem nowego tekstu na bloga, Rysiu spaniem w naszym łóżku, ja czytaniem Sodomy F. Martela przy cichym akompaniamencie Weihnachtsoratorium BWV 248 J.S. Bacha (Nikolaus Harnoncourt, 1982). Zakończyłam rozdział o Trujillo. Przebrzydła persona. Czy Karol Wojtyła, znany jako Jan Paweł II, miał choć jednego sympatycznego protegowanego? Ze złości aż mi się zachciało spać i nasłuchując prawym uchem w półśnie doszłam do 2/3 oratorium. Po trzeciej pojechaliśmy po chleb, wróciliśmy z czterema nędznymi bułeczkami, a najdroższym zakupem była karma dla psa, który nawet nie jest nasz.

Wieczorem Ścieżka strachu (1990) braci Coenów. Sprytny pastisz. Na sen album Blood Sugar Sex Magik Red Hot Chili Peppers (1991).

9. Patenty Krisa.

Dzięki anabelle zaczęłam dzień od Bacha i koncertu na obój i skrzypce c-moll BWV 1060R. Ostatnio jest tak, że budzę się, uchylam okno i wołam kota (jeśli go już nie ma na chacie), daję  mu jedzonko, sobie robię zieloną herbatę z pomarańczą. Fred wstaje później i lubię mu robić mocną kawę, taką z dripa. W międzyczasie odpalam komputer i odwiedzam obserwowane blogi. Czasami powodem odwiedzin są tylko zabawne statystyki.

Na zewnątrz słychać wiatr i faktycznie nasz irlandzki domek wychładza się na zimę — zauważam, że podgrzewacz przy prysznicu wydaje się działać coraz słabiej. To mi przypomina o patentach Krisa o których rozmawialiśmy z mężem późnym wieczorem. Fred wyliczał: zamontowany okapnik, klamki do okienka w łazience przemontowane z kominka, kiszone ogórki w sałatce z pora, dodawanie cebuli do startej marchewki. Ale teraz najbardziej doceniamy pomysł z kocem elektrycznym wsuwanym na zimę pod prześcieradło. Kris miał naprawdę talent do wymyślania r z e c z y. Szkoda, że był też rąbnięty w głowę i przez to już go nie poznam. Zimą, gdy wskakuję do nagrzanego przez kocyk łóżka, celebruję pamięć o nim.

środa, 25 grudnia 2019

8. Spokój.

Wczesnym popołudniem odpalamy Żądło (1973) z urokliwą panią Brennan, czysta przyjemność oglądania.

Tak w ogóle to wstaliśmy późno, dzień słoneczny, ale ostry ... najprawdopodobniej, bo nie wytykamy nosa na zewnątrz. Kot marznie wielokrotnie, aż w końcu wieczorem zajmuje optymalną pozycję na kanapie i pochrapuje. Poza filmem poświęcam moment (i tak za długo) na granie w Mini Farm. Teściowie obchodzą na Lubelszczyźnie złote gody bawiąc się nowym oczyszczaczem powietrza, a moi rodzice na Dolnym Śląsku szafirowe i zajadają się tortem śmietanowym. Fred zadzwonił do mamy i dwóch cioć z życzeniami, ja dłuższą chwilę rozmawiałam przez kamerę z moją rodziną. Po zmroku zalegamy na godzinkę w łóżku. Trochę nas męczy to nasze niedomaganie, ja mam ciągle zatkaną lewą zatokę, gdy się położę, mąż brzydko kaszle, a skończył antybiotyk kilka dni temu. Czasami jak coś się przyczepi ...

wtorek, 24 grudnia 2019

7. Zwyczajnie.

Większość dnia grała nam Siekiera. W prezencie bożonarodzeniowym dostałam z pracy letter of employment (no nareszcie, tenk ju weri macz). Upiekłam krokiety, Fred zrobił zakupy (zapobiegliwie mamy w lodówce dwie pizze) i pozawijał śledzie w różowym sosie. Zanim u nas zaszło słońce była wideokonferencja z Dolnym Śląskiem. W międzyczasie zapukała Katlin z prezentami: zestawami kosmetyków (fcuk, Jack Willis, Sanctuary Spa) i słodyczami. Prezenty od męża: biała, jedwabna bluzka Paula Smitha i zamszowe sztyblety Loake (kurtka od Armaniego okazała się za mała, do zwrotu), Fred dopiero swój prezent wybierze, aczkolwiek mam już coś na oku. Posiorbaliśmy barszcz z uszkami, zjedliśmy po krokiecie, w międzyczasie małż zadzwonił z życzeniami do teściów i młodszego brata, Stu. Gdy poszedł na drzemeczkę (było jakoś po osiemnastej), wzięłam się za oglądanie vloga dreamer72fem i za dokument Bunt Janion (2006) Agnieszki Arnold. Wspaniała postać. Potem trochę drzemki w ciemności, bycia razem z kotem, z wtuleniem we Freda, nasłuchiwaniem jego serca. Kaś Matka Kotom zadzwoniła, wyrwała mnie z półsnu, zaprasza do Lublina. Skorzystamy w nowym roku. Jest przed dwudziestą drugą. Może jeszcze pstrąg pieczony-zupełnie-zwyczajnie.
___
edit 23:29 Pod pstrąga album Wish You Were Here Pink Floyd (1975).
___
edit 00:02 Album The Dark Side Of The Moon Pink Floyd (1973).

poniedziałek, 23 grudnia 2019

6. Przedświąteczne zabiegi.

Przemile zaczęty dzień kontynuowaliśmy na spacerach po sklepach. Najpierw stanęliśmy na dwie minuty nad morzem, akurat tyle, żebym zrobiła zdjęcie odpływu:


Miałam zamiar kupić małżonkowi prezent na zamówienie w Tk Maxxie, zamiast tego to on wypatrzył mi coś dla samej siebie: w dziale męskim zabłąkała się bawełniano-jedwabna, biała koszula Paula Smitha z brązowym kołnierzykiem w jasny groszek. Fred zadowolił się granatowymi skarpetkami Ermenegildo Zegny (jak mnie poinformował w domu, ma sentyment do tej firmy, bo w ich skarpetkach szedł do ślubu). W polskim sklepie dokupiliśmy m.in. barszczyku i uszek z grzybami, w Tesco mince pie z rabarbarem, w Lidlu nagrzejnikowe spanko dla Rysia (sporo z tego nucąc i poskakując synchronicznie do God Rest Ye Merry Gentlemen). Po drodze zrobiło mi się słabo, więc zjedliśmy szybki obiad w Cafe Lemonade. 

Po powrocie z Drołdy zaszliśmy do Katlin, sąsiadki z naprzeciwka, z bożonarodzeniowym prezentem i utknęliśmy tam na dłużej (zaprosiła nas na salony, żeby porozprawiać o swojej rodzinie i 50-leciu małżeństwa w przyszłym roku). Jeszcze tylko trzeba zaklepać mleko na naleśniki do krokietów. Najlepiej do jakiejś pielgrzymkowej muzyki — Fred wybrał na pierwszy ogień The Art of Rebellion Suicidal Tendencies (1992).

niedziela, 22 grudnia 2019

Postscriptum #5.

12:35
— To jest dobry dzień, kochanie.
— Tak. Taki jasny, potwierdza małżonek.
___
Do wczesnego obiadu przygrywa nam album Takk... islandzkiego Sigur Rós (2005). Później Stationary Traveller Camel (1984) — ostatni utwór był ulubionym kawałkiem Krisa — i In the Court of the Crimson King King Crimson (1969).

Przez sporą część dnia oglądam archiwalne (od 2006 roku) zdjęcia Freda z gór, przyglądam się przechodniom, czy gdzieś tam nie mijaliśmy się na szlaku. Fotki z Zacieraliów'12 utwierdzają mnie w dumie — szwagry i małżonek wymiatają pod wieloma niepojętymi względami.

W domowym kinie Skazani na Shawshank z Timem Robbinsem (1994) — ma swoje bardzo dobre momenty, choć kultem już się dziwię. Trochę się martwimy, że Wu ten film też się podobał.

5. Przesilenie zimowe.

Właśnie wstałam i widzę jak na horyzoncie od morza dźwiga się wolno różowy świt. Słońce walczy i wygra.

sobota, 21 grudnia 2019

4. Dzikość serca.

Hormony grają, wyobraźnia figluje, w nocy ciężko spać. Za to pobudka królewska, wyturlaliśmy się z łóżka dobrze po jedenastej.

Fred zmienił pościel na nową, Ryś skorzystał z przywileju wymoszczenia się na pachnącym łóżku w pierwszej kolejności. Zapisałam listę sprawunków na dzisiaj i akurat, gdy podgrzewałam łazanki przypomina mi się, że Wu robi w zamknięciu tysiąc pompek dziennie. Oprócz zaplanowanych rzeczy kupiłam szarą, wełnianą marynarkę Jigsaw, z tych, co to ich nie mogę znaleźć w Tk Maxxie, gdy właśnie szukam. Niech więc będzie sto przysiadów.

Soundtrack dnia: album Fugazi Marillion (1984) — idealny na dziś.

piątek, 20 grudnia 2019

3. Niespodzianki.

Z uroczych: nasza sędziwa sąsiadka, Anna, wręczyła nam kosz upominkowy — piccolo merlot Santa Rita z oczywistych powodów się nie przyda, ale zielone pringlesy jak najbardziej, 6-miesięcznemu puddingowi świątecznemu też nie dam całkiem zmarnieć. Dla Rysia będzie wiklinowy kosz.

Z mieszanych: Usz (Ulubiona Szwagierka) miała widzenie z Wu. Szwagier fizycznie wygląda dobrze, psychicznie nadal jazdy, prawnie widać świt. Ściął włosy, pewnie poznałabym go tylko po uśmiechu.

Z mniej miłych: revenue nadal nie widzi, że zrezygnowałam z pracy, ostatni payslip nie doszedł ni pieszo, ni konno, ni na ośle. Trwam w zawieszeniu, choć wczorajszy telefon potwierdzający, że ktoś czyta moje aplikacje poprawił mi humor.

W domowym kinie Ogród Luizy (2007) Wojtyszki z Dorocińskim. Mało terapeutyczna, wzruszająca bajka o nierzeczywistości.

czwartek, 19 grudnia 2019

2. Sztorm Elsa.

Dostaliśmy wczoraj resztkami Elsy, która przechodziła nad zachodnio-południowym wybrzeżem. O drugiej w nocy przestało wiać, za to rano przez trzy godziny nie było prądu.

Od dzisiaj naprawdę jestem bezrobotna, dostałam ostatnią wypłatę, całkiem niezłą, biorąc pod uwagę, że przepracowałam połowę miesiąca. Teraz już rejs w nieznane — chciałabym lepiej, może być gorzej.

Wszystko jest bardzo niepewne, i to właśnie mnie uspokaja.
— Tove Jansson. 

Trzymam się tego. Fred robi postępy zdrowotne, Ryś, jak zwykle o poranku, a to namawia mnie do wyjścia do kuchni otwierając z hałasem szafę, a to ciągnie za mną z zimnym nosem i podgryza mnie w gołą łydkę na zachętę. Po południu wyjdziemy z barłogu, żeby w Lidlu kupić możliwie najlepszą imitację polskiego chleba. Po wietrznej środzie zapowiada się dość stabilny czwartek z głosami mew w tle.

środa, 18 grudnia 2019

1. Kontynuacja.

Miałam nadzieję, że dzień będzie taki jak wczoraj, cichy, z morską mgłą wiszącą nad wioseczką, żebym mogła otulić się w szal i pójść nad morze. Nic z tego, chmury zaczęły się skraplać, powiał wiatr, zapadł podbiegunowy mrok. Rysiu wprawdzie wyszedł z rana na dzielnię, ale wystarczyło, że otworzyłam okno do ogrodu i cicho zawołałam, a rudy łepek wychynął z psiej budki, którą Ryś przysposobił sobie na wiosnę, i kicu kicu po mokrej trawie i kuble na śmieci do mamy. Wytarłam zucha papierowym ręcznikiem (uwielbia to) i teraz zastanawia się kocilla, co dalej ma zrobić ze swoim dniem. Mój Fred drugi dzień bierze antybiotyk, drzemie zamotany w kołdrę, kot pewnie do niego dołączy.