[go: up one dir, main page]

Strony

poniedziałek, 31 marca 2025

1931. Z pamiętniczka opatulonej starowinki.

Rozpoczęłam dzień od siedzenia w Kuchniosalonie w … czapce. Już wczora z wieczora zaczęła mnie pobolewać głowa informując o chęci zapalenia zatok. Ach. Opatulona wyszłam na przystanek, a w mieście oczywiście zaszłam do Czarnej. Pani Stempelek 3 zapytała, czy dwie kawy. Poinformowałam ją, że mąż już w pracy (była przecież 8:30, u Freda zaś nowe zwyczaje: niektóre szychty mąż będzie zaczynał o szóstej, tak jak dzisiaj). Nie spieszyło mi się. Miało mi się spieszyć, ale zmieniłam plany. I dobrze zrobiłam, wprowadziłam w ten sposób spokój i ład. Saren znowu sama po weekendzie, rozmawiałyśmy chwilę, potem do roboty; czatowanie z młodzieżą minęło nie wiadomo kiedy. Czapa na łeb i wychodzę. Właśnie byłam na schodach, gdy zadzwonił Kochany z propozycją, że może mnie podwieźć w czasie swojej przerwy w pracy (czy ja wygrałam męża na loterii?); po kwadransie wjeżdżał na parking obok polskiego sklepu, a po kilku następnych minutach zostawiliśmy Babcię na kolejnym parkingu, Kochany do pracy na dodatkowe dwie godziny, ja na chwilę do Lidla, po sos na dzisiejszy obiad, potem do Costy na przegryzkę i zieloną herbatę. O trzeciej spotykamy się ponownie, i razem myk do domu.

Dzień był raczej bury, ale dość ciepły, więc pogoda nie pogłębiła mojego zagilenia. Kochany zaraz zajął się dokarmianiem ptaków, a potem zajrzał do Anne z darami, ostatkami puszeczek Rysiowych. Zaczęłam robić sos do makaronu, najpierw w towarzystwie Slayera, potem The Cure (ich ostatnia płyta będzie moją płytą roku'25, teraz już mam pewność), gdy się okazało, że Kochany wrócił w towarzystwie tego małego paddy'ego (który pokazał mi język):

Dobrze. Somsiod dostał cały zestaw wołowinki. Na deser pogłaskałam go po brudnym łebku. Wzruszyła mnie ta wizyta. Za każdym razem przy tak długim niewidzeniu się, zaczynam się zastanawiać czy jeszcze żyjemy, czy się nam zmarło. Jak zwykle bardzo ostrożny, zaglądał na prawo i lewo, czy ruda pantera nie wyskoczy na niego z pazurem zza domu. Nie wyskoczyła. Mówiłam mu już kiedyś, że pantera nie żyje, ale mały paddy mi nie wierzy.

Wczoraj późnym wieczorem zaczęłam czytać … Filonka Bezogonka. Zamierzam zabrać książkę z powrotem do domu, więc czas najwyższy. Oczywiście, też wzrusz. Starzeję się, jak nic; dzisiaj będzie kontynuacja.

Plany na jutro mniej więcej rozpisane; słucham jednym uchem rozmowy Freda z Mrzygłodem (wynoszę się do sypialni, klikam przy otwartym oknie, ptaki jeszcze gwarzą).

niedziela, 30 marca 2025

1930. Dotleniona.

Obudziliśmy się o dziewiątej, czyli o wczorajszej ósmej. Dzień gnał przed siebie jak szalony. Gdzieś po pierwszej wyszłam do ogrodu domknąć szopkę, przy okazji oświeciło mnie (! ^..^), że dzisiaj akurat słońce nie jest zdradliwe: był pogodny, jasny dzień. Ergo: wyszliśmy z Kochanym na plażę i przełaziliśmy ponad dwie godziny (dopiero o piątej zaczął się nam kształtować obiad). Poszliśmy hen, aż do jaskółczych gniazd, które na razie stoją opuszczone; goarse kwitnie, bo w powietrzu zawiewa zapachem mirabelek; pięknie. Siedząc na falochronie Fred zadzwonił do mojej mamy, rozmawialiśmy chwilę o domowych zamieszaniach (na podwórku przemieszczenia architektury, Gosia szczęśliwa w jesieni psiego życia).






Jak widać na obrazku powyżej, spotkaliśmy przemiłą koteczkę, Zizi (gdy wracaliśmy, koteczka już spała w maminej torbie, gdyż niedziela dla rodziny); pierwszy raz znalazłam muszlę tej wielkości ze ślimakiem jeszcze w środku; krab niestety już po drugiej stronie; puste jajo, prawdopodobnie płaszczki; kolonia brzegówek czekająca na imigrantów.

Czuję się ogłuszona słońcem, pozytywnie zmęczona, choć mam też podejrzanie chłodne dłonie. Odkładałam i odkładałam, ale w końcu musiałam jeszcze zajrzeć do laptopa z pytaniem, co na jutro. Futro. Niech piszą, niech robią. Przed ósmą nadal jasno, Kochany siedział więc w zakątku przed domem i próbował uwolnić od perzu jedną ze starszych żurawek. Teraz małżonek ma zimne uszy.

1929. Skrót po północy.

W nocy jakiś ciężki koszmar.
Do sobotniego popołudnia w domu.

Duchy w Wenecji (2023), czyli Poirot z Branaghiem, takie sobie, w sam raz na prasowanie w środku dnia. W międzyczasie zadzwonił do nas Ka z zaproszeniem-przypomnieniem, czy nie wpadlibyśmy na wieczór. A wpadlibyśmy, owszem. Kochany zrobił obiad, ja zrobiłam się na boginię (tzn. włosy suszyłam trzy godziny czytając przy tym książkę); rozmowa z mamą.

Wieczór z Ka, ploteczki, potem oglądamy na Netflixie Emilię Pérez (2024); film dziwny, ale ciekawy. Wróciliśmy około północy. Już trzydziesty marca i zmiana czasu na letni.

piątek, 28 marca 2025

1928. Leniwy piątek.

Pogodowo dzień zapowiadał się na sielankę, Fred ufnie rozwiesił wypraną pościel w ogrodzie i potem o pierwszej pędził schować ją przed gradem, który cichcem zaszedł nas od północy (Kochany podawał mi płótno przez okno klnąc na czym świat stoi). Słońce wróciło po południu, ale jadowity wiatr pozostał. Dałam sobie spokój z mrzonkami spacerowymi. Zamiast spaceru, po południu drzemka. Po czwartej wyjechaliśmy do miasta, na obiad w Borzalino. Bardzo miły taki wieczór, część grzybowego risotto przywiozłam do domu, na deser kawy i profiterolki. Rozkoszowaliśmy się smakami do siódmej; restauracja pełna, zamówione były przynajmniej dwie imprezy, więc siedzieliśmy w wyznaczonym kąciku przy oknie, z widokiem na zachodzące słońce. Gwar miły, natężenie i tonacja pokrzepiające. 

W domu za to zaleganie; prasowanie odłożyłam na jutro; jestem w połowie Keegan, opowiadanie The Forester's Daughter wybitne.

czwartek, 27 marca 2025

1927. Terapia.

Przemarzłam w Jamie, niedojadłam, więc już po szóstej w łóżeczku, oglądając rolki z kotami.
___
edit 21:05 piję herbatki, zajadam mandarynki, oglądam vlogi (wszystko to leżąc pod kołdrą). W taki sposób podumałam z Karoliną o starzeniu się i posprzątałam razem z Gosią. Relaks. Kiepski stan minął jak rynkom odjon, może nawet coś poczytam.
___
edit 22:50 teoretycznie nie powinno się jeść croissanta z czekoladą i orzechami o tej porze. Ale z drugiej strony, zasada jest taka, że jak się bardzo chce, to można :E

środa, 26 marca 2025

1925-1926. Marcowanie.

Wtorek
Przed poranną kawą wpadłam do Jamy, zapowiedzieć Żąpolowi, że mnie przyjęli, więc niech się lepiej przygotuje. Kawa, spacer do Centrum, kilka spokojnych godzin naprawiania krzywego świata, spacer do Moorlanda na lunch, polski sklep (nabiał), Boots (nic ciekawego), dworzec autobusowy. Wszystko to w bardzo zrelaksowanym tempie. Czekam na Kochanego z obiadem; mąż po powrocie robi sałatkę; zalegamy sobie.

Środa
Oboje mamy wolne, wygrzebuję się z wyrka w drugiej kolejności (a to śpioszyca), na dodatek głodna. Po śniadaniu sprawdziłam jedną pracę grupową, następnie ubraliśmy się "na wyjście" i wyszliśmy. A konkretnie pojechaliśmy w kierunku północnym. Pierwszy przystanek w El Paso (kawa, naleśniki, wizyta w księgarni w której znowu kupiłam książki, dwie Virginie Woolf i zbiór wierszy W.B. Yeatsa), drugi przystanek w Newry (ziarno i kulki, czyli ptasia stołówka, bo na Północy taniej; Kochany kupił cuda, była już degustacja). W domu z powrotem po trzeciej. Kochany zrobił obiad. Zjedliśmy. Zadzwoniłam do mamy (45 minut nawijki o rzeczywistości i o planach). Chwila z genealogią (ale nie pojawiło się nic nowego, niemieccy osadnicy w Ukrainie nadal milczą). Jestem pokrzepiona, dość spokojna, senna (za plecami Fred klika, tworzy jakiś tekst).

poniedziałek, 24 marca 2025

1924. Sielski poniedziałek.

Słońce. Ciepło. W oliwkowym płaszczu idę sobie zamaszyście do pracy i z pracy (oraz jadę; wyszłam na przystanek, bo Kochanie zaczynał pracę wcześniej, żeby odrobić godziny z okazji wczorajszej opery, albowiem droga do kultury cierniami usłana). W robocie jak makiem zasiał i tylko Saren mnie wypytuje, czy już dostałam odpowiedź. Owszem, nie dostałam ;) 

Najpierw w południe przyszła odpowiedź z drugiego miejsca. Uznali moje wykształcenie, mogę sobie powypisywać literki za nazwiskiem. Uprzedzano, że procedura dla zagraniczników trwa od 10 do 15 tygodni, wczoraj sprawdziłam, że właśnie minęło dziesięć tygodni, i bum! Poczułam ogromną ulgę. Bo jednak dobrze jest gdzieś wygrać. Skąsiłam coś, zagadałam do męża (chwilę rozmawialiśmy w czasie jego przerwy, przecież musiałam się natychmiast pochwalić). Oferta pracy i to z datą idealnie wcelowaną w moje niedawne plany podróżnicze przyszła dopiero po trzeciej. Dobry dzień. 

Dzwonię do mamy, która odbiera po pierwszym dzwonku (jak nigdy). Nom. Wiedziała, że dobrze mnie wychowała, wszystko to jej zasługa :D (tatko inaczej, uważa, że po prostu zawsze byłam genialna i to dlatego). Kochany wrócił. Chwalę się po raz drugi. Jemy i słuchamy kolejnych płyt Billy'ego Joela. Fred dzwoni do świekry, uaktualniamy wiadomości, chwalimy się wszystkim po kolei, chwalipięty. I tak nam mija ten dzionek. 

niedziela, 23 marca 2025

1923. Niedziela z grozą i Wagnerem.

Kochany na dziewiątą do pracy. Wstałam wcześniej na herbatę zieloną i buzi, i odpaliłam plan: poblogować, zjeść śniadanie (Billy Joel w tle, płyta Streetlife Serenader), znaleźć odpowiedni strój na wieczór, sprawdzić parę prac na jutro, zjeść zupę grzybową (kupioną wczoraj przez męża) i z sąsiadką heja do Drołdy. Tam, wiadomo, poczekać, aż Kochany wyjdzie o trzeciej z pracy. Zupa grzybowa była niedobra, cała reszta wg planu (jeśli chodzi o strój, m.in. czarne barkery, krawat teścia, skrzydlasty, czarny płaszcz Aligne, jak z klipów z lat 80.). Po dwunastej zaszłam do Anne, przywitałam się z Junoną, uderzyłyśmy w drogę, sąsiadka podwiozła mnie pod samą Costę. Siedząc w kawiarni dokończyłam czytanie ebooka Włodka Goldkorna, Dziecko w śniegu (Czarne, 2018). Miałam też chwilę na rozpoczęcie Walk the Blue Fields, pierwsza opowieść oczywiście świetna; po takiej dawce grozy byłam już gotowa na Wagnera, ubrałam płaszcz i w wejściu natknęłam się na Kochanego. Małżonek jeszcze przebrał się z munduru w strój operowy, a potem co koń wyskoczy w kierunku Dublina.

Byliśmy w stolicy trochę po czwartej, wystarczająco, żeby w Caffè Nero przy Grand Canal Dock napić się i coś zjeść (to ja, croissant z ham & cheese). Potem Bord Gáis Energy Theatre, premiera The Flying Dutchman Wagnera. 

Giselle Allen jako Senta, Jordan Shanahan w roli Holendra, inni wykonawcy: bas James Creswell (ojciec Senty), tenor Toby Spence (Eryk), mezzosopran Carolyn Dobbin (Mary), tenor Gavan Ring (sternik). Jeden antrakt z atrakcjami — rozległ się alarm przeciwpożarowy, wyproszono nas za drzwi, na szczęście to tylko jakaś zmyłka i po kilku minutach mogliśmy wrócić do środka na drugą część. 

Idziemy przez wieczorny Dublin do Babci:

Bardzo mi się podobało, jak zwykle, naprawdę lubię interpretacje INO. Po dziewiątej w domu, jemy i przeżywamy.

sobota, 22 marca 2025

1922. Mały dzień.

Pogoda nie zachęcała do spacerów. Wyskoczyłam z łóżka na tyle wcześnie, że uścisnęłam Freda na pożegnanie. Zalegało mi w głowie, żeby odezwać się do Anne, wyczekałam, aż będzie obecna w sieci, żeby jej nie budzić w weekend o dzikiej porze; umówiłyśmy się, jutro przed operą będę miała więc czas na czytanie w kawiarni. W temacie książek: zamiast wrócić do tego co zostało już rozgrzebane, wolałam słuchać. Coś mi w tym pasowało. Wysłuchałam do końca Moskwy-Pietuszki Wieniedikta Jerofiejewa w wykonaniu Romana Wilhelmiego (bardzo dobry tekst, jestem zachwycona). Zrobiłam obiad, pokręciłam się po domu i już wieczór.

piątek, 21 marca 2025

1921. Dobry piątek.

Po smacznym śniadaniu (jam ci to, nie chwaląc się, uczyniła) zastanawialiśmy się krótko, co zrobić z tak dobrze zaczętym dniem. Miałam ochotę na naleśniki w El Paso, ale rzuciłam też pomysł pojechania do stolicy i szurania nosami w Tower Records. Spodobała się nam ta myśl. Zrobiłam listę płyt, których nie mamy, wysłuchałam Kaśki Krzaczek The Sensual World, odstawiliśmy się i w drogę.

Gdy wjeżdżaliśmy do Drołdy, nad rzeką zauważyłam policję i karetkę, były też nosze przykryte białym materiałem.

W stolicy: parking przy Connolly Station → Sheriff Street Lower → Amiens St → Talbot St → North Earl St aż do The Spire → skręt w O'Connell St → Eason (Tower Records) na 40 O'Connell St Lower → O'Connell Bridge 


→ Westmoreland St → College Green → Grafton St → Bruxelles Pub na 8 Harry St → powrót na Graftorn aż do Zielonego Stefana → ulica przy St. Stephen's Green → Dawson St (po drodze siadamy przy kawie w Caffè Nero pod nr 29-30) → kontynuujemy Dawson St. → Tower Records na 7 Dawson St → Hodges Figgis na 56-58 Dawson St (wbrew pozorom to jest po drugiej stronie ulicy) → przejście przez Trinity College (wyszliśmy głównym wejściem od strony College Green) → wróciwszy na Westmoreland St po własnych śladach doszliśmy do rzeki Liffey → Burgh Quay tym razem do Rosie Hackett Bridge → Marlborough St → Abbey St Lower i stamtąd już cały czas śladami torów tramwajowych (przez Store St) do Connolly Station.

W pierwszym Towers Records kupiliśmy dwa filmy na dvd (The Seventh Seal Bergmana i In Bruges McDonagh) oraz płyty, Garden of the Arcane Delights Dead Can Dance i zestaw pięciu płyt Billy'ego Joela; bardzo cieszy mnie Joel, w sumie mamy teraz dziesięć jego płyt studyjnych). W drugim Tower Records Kochany dokupił album z najstarszymi piosenkami Eltona Johna The Classic Years. Vis-à-vis tym razem ja zaszalałam (dwie książki Vigdis Hjorth oraz Ulisses Joyce'a w solidnym wydaniu Pingwina).

Pomiędzy jednym Tower Records, a kawą i drugim Tower Records był lunch w pubie Bruxelles (zeszliśmy do Zodiaca). Druga wizyta, drugi raz bardzo dobre jedzenie. Menu krótkie (trzy główne dania do wyboru + zupa dnia), ale wiedzą, jak gotować, chwalić bogów.

Wieczorem odsłuchujemy płyty. Dzwonię do mamy, opowiadam jej o wydarzeniach ostatnich dni. Oglądamy film Bergmana. 

czwartek, 20 marca 2025

1920. Rozproszona.

Poszłam, wróciłam, po drodze spotkałam Saren (przerwa na lunch). Praca też była ok. Przed wyjazdem z miasta jeszcze raz zaszłam do kawiarni, załapałam się na small talk z kolegą-artystą oraz jakimś starszym panem o imieniu Mick, który bardzo chciał poznać historię mojego życia. Opowiedziałam mu o mężu.

Po powrocie do domu z energią zabrałam się za mycie talerzy, ciachanie gotowanych jajek (zachciało mi się pasty jajeczno-selerowej) oraz przygotowywanie obiadu (Peter Gabriel leciał ze swoim albumem So). Reszta dnia równie spokojna; rozproszona jestem, pewnie to ulga po rozmowie. Odfajkowane, niech się turla.

środa, 19 marca 2025

1919. Wschód półksiężyca.

Budzik był nastawiony na siódmą, ale jeszcze pół godziny turlaliśmy się pod kołdrą odmawiając kontaktu z rzeczywistością. Bez szkody, specjaliści zakładający nam nowe szerokopasmowe łącze pojawili się dopiero przed jedenastą i mimo wszystko uwinęli się sprawnie (w godzinę, choć procedura wymagała przerzucenia kabla przez dwa ogródki sąsiadów oraz wywiercenie kilku otworów na zewnątrz i w środku). 

W tym czasie skończyłam czytanie zbioru Antarctica Clare Keegan (Faber&Faber, 2023). 

Specjaliści wyszli, podłączyliśmy się do nowego modemu i jeszcze przed południem zaczęliśmy ponownie zaśmiecać naszą przestrzeń, Kochany rozmieścił na wieszakach wszystkie szale, które poprzednio trzeba było ściągnąć: I popatrz kochanie, tutaj jest kaszmir i wełna, tutaj jedwab, tutaj wiskoza, len i bawełna, pouczył mnie mąż. Przyjęłam to do wiadomości :D 

Wywiesiłam pranie. Obśmiałam tajemnicę makaronową. Otóż, rano wyrzuciłam do ogródka resztki ugotowanych świderków w przekonaniu, że może przydadzą się mewom. Rzeczywiście, ktoś się nimi zainteresował, przeniósł parę świderków i utopił w misce z wodą. Wylałam zawartość, nalałam świeżej wody. Za godzinę w misce z wodą pojawiły się kolejne świderki :D Kto i dlaczego?

Pogoda rześka, słoneczna. Ripy van Winkle rozkwitły, nie tak wspaniale jak w pierwszym roku, ale dają radę. Na niebie ani jednej chmurki, za to nad krajobrazem wisi rozmazanie, które pogłębia się pod wieczór. Po obiedzie wyjechaliśmy do miasta: Lidl, Costa, Tesco. 

Po powrocie do domu Kochany zabrał się za koszenie trawy, więc nadarzyła się sposobność rozmowy z Katlin. Sąsiadka powspominała trochę dawne czasy, gdy w domu Anny mieszkał niejaki Tommy z żoną, a obok, w domu Ivy i Li, drugi pijaczek. O tych pijaczkach podobno można by napisać książkę. Kolega Tommy'ego skończył marnie, zmarł po tym jak spowodował pożar; Katlin widziała jak go wyciągali całego czarnego. Ot, prowincjonalne strachy, jak z książki Keegan.

Czy martwię się jutrem? Trochę.

wtorek, 18 marca 2025

1918. Miau.

Jakoś trzeba zacząć w koleinach; zaczęłam całkiem miło, wcale się nie zdziwiłam, że po patrykowym weekendzie w pracy pojawili się tylko Ukrainka, Bułgarka i autysta ;) Fair enough. 

Kochany przyjechał po mnie pod pracę, ale zaparkowaliśmy jeszcze kilka metrów dalej, żeby pójść do Czarnej na kawę. W domu nowa patelnia, na patelni łosoś był robiony. Obiad do Czyżykiewiczowego albumu Allez ! Potem wydłubuję jakieś dziwne oferty na stronie Ryanaira i kupuję bilet do Polski na początek następnego miesiąca, po taniości takiej, że trzeba było. Kochany niestety ma w czasie owym kalendarz zapełniony. Dzwonię do mamy, zapowiadam się.

Reszta dnia to nie wiem. Kochany zaczyna froterować podłogi; czytam powieść zbiór opowiadań, potem wstaję i zadeptuję, co mąż wyczyścił. Kochany mówi, że jestem jak kot Simona. Może być, bo kręcę się koło lodówki. Miau. Miau.

poniedziałek, 17 marca 2025

1917. Zbieranie się do kupy.

Poniedziałek świętopatrykowy zaczęliśmy lądowaniem w Irlandii o godzinie 0:20, dwadzieścia cztery minuty później gnaliśmy machając za białym vanem, który właśnie wyjeżdżał z terenu lotniska (wsiedliśmy przed samym szlabanem, high five). Droga łubudubu, jak na nigeryjskich bezdrożach, dziesięć minut później byliśmy już w miejscu godnym potępienia, nazywanym przez właścicieli parkingiem lotniskowym. Żegnajcie, obyśmy nigdy się już nie spotkali (do kobiet pracujących tam nie mam nic, współczuję im, środek nocy, odludzie, same migrantki, czyli najniższa krajowa, jeśli w ogóle pracują legalnie). Cała autostrada dla nas, podróż Babcią jest szybka, przed drugą w nocy włączam w domu ogrzewanie, Kochany wskakuje pod prysznic, ja jeszcze trochę marudzę.

Obudziłam się dzisiaj w kiepskim nastroju, czytanie Goldkorna w podróży to chyba nie był dobry pomysł (ale szybko skończę, najpierw jednak odłożona Keegan, choć też nie dzisiaj, jestem zbyt zmęczona, zbyt weekendowa), poza tym brak słońca, poza tym Kochany musiał do pracy o jakiejś strasznej godzinie, a mnie się nie chce myśleć o tym, że jutro też idę (oczywiście, jutro będzie lepiej, ale to jutro-futro). Większość dnia głównie przetrawiałam podróż, pisałam, przeglądałam zdjęcia. Jedyna pożyteczna rzecz dla świata: poszłam zanieść ptakom ziarnom. Gdy już byłam pełna rosołu i sennie mijałam okno, zauważyłam wrony zupełnie rozgoszczone w ogródku, w tym jedną, która ukrywała największą kulkę tłuszczu w zeschniętej trawie. Jak tylko ją dokładnie przykryła, poszła w inne miejsce, i z tej drugiej kryjówki wyjęła kulkę, którą ukryła tam wcześniej. Widać było jej wronie zadowolenie z tego konceptu.

I taki to Patryk. Pogoda nie zachęca, szaro i chłodno, tylko ptaki za oknem poprawiają nastrój. Kochany wrócił po pracy zmęczony (wg jego własnych słów, taki miał stan umysłu, jakby po wyjściu z pracy miał się ze mną znowu znaleźć nad Renem). Na szczęście mamy już zaopatrzenie (chyba jeszcze skąszę jogurt z granolą; po wielu tygodniach do Tesco powrócił nasz ulubiony, waniliowo-kokosowy). Był krótki kontakt z Perlistym (ale przyjaciel też zmachany po robocie i w kuchni coś tam musiał sobie pichcić); z tatkiem próbowałam rozmawiać (ale internet się u niego rwał). Włos mokry, podstawowe punkty na jutrzejsze zajęcia określone, Kochany pisze maila do przyjaciela; jakoś pchnęliśmy ten dzień.

1916. Weekend nad Renem (i Mozelą) 3.

Jak to było jeszcze wczoraj? Ciężka noc, sen miałam niespokojny, rwany. Po zejściu na śniadanie okazało się, że dzisiaj będzie podawał je ktoś inny. Po pierwszym słowie zapytałam o narodowość: Andżelika z Mazur. I dobrze. Smakowało nam podobnie jak wczoraj. Hakar (właściciel miejscówki, Syryjczyk) pojawił się później; trochę się ociągaliśmy, trochę chcieliśmy, żeby to nie było już, ale wiadomo, komu w drogę, temu kopa, i tak już o dobry kwadrans przeciągnęliśmy dobę hotelową. Polecam to miejsce, jeśli ktoś ceni sobie święty spokój :)

Ponieważ Perlisty dopiero do nas jechał, poszliśmy z plecakami nad Ren, żeby zobaczyć rzekę pierwszy raz w pełnym słońcu. Piękna okolica, słońce, dzikie gęsi, które nie boją się ludzi. Mogę wyobrazić sobie tutaj nasze spacery z psem.


Perlisty nadjechał po jedenastej, wskoczyliśmy do samochodu i ruszyliśmy słonecznym wybrzeżem Renu w kierunku przeprawy promowej Engelsburg-Kaub. Przygoda promowa trwała kilka minut, na widoku Burg Pfalzgrafenstein na wyspie Falkenau: 


Potem już tylko piękne krajobrazy na lewo, na prawo i z góry. Perlisty zabrał nas pod centrum turystyczne od którego mogliśmy spacerować nad urwiskiem Loreley.



Kupiłem globus i teraz mam dwa, nucił Perlisty Janerkę. Wyobrażaliśmy sobie, panowie rozmawiali o przeszłości, strzelaliśmy fotki aż miło; słońce świeciło w twarze ładując nam psychiczne akumulatory.

O pierwszej wyruszyliśmy w dalszą drogę; długa jazda do Cochem była przyjemna, zmieniały się krajobrazy, więcej niemieckiej prawdziwej prowincji do zanotowania. Niestety, w samym mieście nie mieliśmy szczęścia do jedzenia. Pierwsza próba kulinarna spalona — Gaststätte Noss wyglądało dobrze, jednak dotknęła mnie pomidorowa z papierka; drugie miejsce, Vonderbeck’s Restaurant, to była już kompletna katastrofa, jedzenie jak kupione z gotowców w hipermarkecie. Można było tego uniknąć, gdybym wcześniej spojrzała na recenzje, ale podróż była mocno spontaniczna, dlatego ziaziu i ała! Jako tako wypogodził mnie Hotel Müller, choć tam tylko herbata i ciastko, za to rozmawiałam z uprzejmą Ukrainką z obsługi. Dobra dziewczyna, niech jej się w nowym kraju wiedzie.


Most Skagerack w remoncie, na szczęście pozostawiono miejsce dla pieszych, przewędrowaliśmy więc nad Mozelą robiąc dużo zdjęć, obserwując panoramę miasta; widok z łatanego mostu taki:


Bardzo malowniczo położony stadt, choć przez te kulinarne falstarty oboje z Fredem skojarzyliśmy je z Newcastle w Irlandii Północnej, miasteczko pachnące spalonym tłuszczem.

Kolejne niemiłe przygody miały związek z nawigacją samochodową. Perlisty chciał nas podwieźć pod Reichsburg Cochem, ale tylko zrobiliśmy kilka niebezpiecznych serpentyn w zupełnym mroku. Zmęczeni zakrętami (byłam w pierwszym rzędzie na tym spektaklu) postanowiliśmy jechać już w kierunku lotniska. Tutaj też nie obyło się bez dziwnych objazdów; naprawdę, Dolny Śląsk, noc tylko potęgowała moje odczucia. 

Pożegnanie pod lotniskiem, plecaki już zarzucone, idziemy przed się. Frankfurt-Hahn jest małym portem lotniczym. To żaden zarzut, ale że brzydki i niezbyt funkcjonalny to już niedobrze. Gate 6 był programowo obliczony na niezmieszczenie się wszystkich pasażerów. Niedzielę kończymy w locie: Kochany w rzędzie czwartym, ja w osiemnastym, obok pusty fotel, przy oknie kolejny młody Arab. No to jazda.

sobota, 15 marca 2025

1915. Weekend nad Renem 2.

 

Ależ spałam. I śniłam o podróży, o czytaniu książki. Pobudka 7:45, powolne dochodzenie do siebie. Na dziewiątą mieliśmy zamówione śniadanie w kawiarni na dole. Było wszystko co trzeba, przede wszystkim świeżutkie pieczywo w trzech rodzajach, oraz cała reszta do akompaniamentu.


Wczorajsza obiadokolacja i dzisiejsze śniadanie przywraca mi wiarę w cywilizację europejską, oświadczyłam mężowi. O, i to jest dobre zdanie na bloga, potwierdził mąż :D

Po śniadaniu spotkanie z Perlistym i spacer naokoło Bacharach zakończony herbatką w maluchnej kawiarni Café Bistro NOY. Biznes rodzinny na Oberstraße 40, domyślam się, że prowadzony przez imigrantów. Niewiele mieli aktualnie na stanie (początkowo miałam ochotę na naleśniki), zadowoliliśmy się napojami. A spacer był całkiem długi, zrobiliśmy kółko wspinając się do Wernerkapelle i Burg Stahleck (widoki na Ren, bez wchodzenia do środka), serpentyną zeszliśmy w dół Burg Weg, żeby przejść przez główną ulicę i spojrzeć na miasto z winnic od strony północnej, ze Spitzer Turm).






Po zejściu w dolinę sąsiadujący z hotelem kościół św. Piotra zaprezentował się jako otwarty (oczywiście zaszłam, piękny! gdzieniegdzie średniowieczne rysunki). Wyjechaliśmy po pierwszej do Moguncji, był krótki postój w Bingen; miasto ważne i warte zgłębienia, ale my tylko przeszliśmy się chwilę od Rheinkal do Marktbrunnen.

W Moguncji Perlisty długo szukał miejsca, w końcu samochód został w wielopoziomowym parkingu. Natknęliśmy się na spory tłum na placu obok kościoła św. Marcina, jakaś degustacja wina, jakieś poruszenie. Na chwilę skręciłam do kościoła św. Jana pociągając chłopaków za sobą; całkiem niedawno otwarto tam instalację Die Krönung (zagadnęłam z jedną z pracownic muzeum). Zjedliśmy obiad w Augustinerkeller na Augustinerstraße 26, dobre miejsce (wzięłam tradycyjny schnitzel, smakowało mi). Po obiedzie poszliśmy jeszcze do kościoła św. Szczepana, tylko dlatego, że są tam witraże Chagalla, przy okazji załapaliśmy się na początek koncertu szkoły dla dziewcząt Maria Ward Schule.




Dobry taki płodozmian, spacer niespieszny, często robimy zdjęcia. Wracając do samochodu poświęciliśmy jeszcze długą chwilę fontannie karnawałowej Sprenga, bo przecież jakże by inaczej.


Powrót do Bacharach, kawiarnia śpi, użyliśmy magicznego klucza. Perlisty wszedł z nami na piętro; ponownie wieczorny spacer nad Renem z przyjacielem, w dole szum czarnej rzeki; Am den Ufern der Poesie brzmi nazwa tego miejsca, zerkam na ludzi odpoczywających w kamperach. W czasie tego spaceru natykamy się też na studnię, efekt świetnego projektu odkrywania dawnego miasta (studnia pod murami miejskimi jest odrestaurowana na podstawie rycin).


Wieczorem długo nie mogę zasnąć, Kochany zerka na Szklaną pułapkę z niemieckim dubbingiem, nie mogę więc przestać się zastanawiać, kiedy Willis zaczął mieć pierwsze objawy PPA.

piątek, 14 marca 2025

1914. Weekend nad Renem 1.

Rano dzielimy się obowiązkami: potłuczoną donicę zamieniam na całą donicę (nieuważnie, ale cebulki muszą sobie dać radę), dojadam otwarty bigos; Kochany dokarmia fruwacze, dokańcza jeść wołowinkę. Trzymając się zasad dobrego sąsiedztwa napełniamy świeżą wodą dwa ptasie źródełka. Wyjeżdżamy z domu tuż przed dziesiątą.

Parking lotniskowy Park & Fly, który Kochany wykupił niechcący, bez uprzedniego researchu, to jedno z naszych „pierwszych i ostatnich” razy w tym życiu. Miejsce zorganizowane jak w głębokiej Azji, podwózka do lotniska białym vanem bardzo przypominała pewną safaryjską wyprawę z lotniska Lublin do Nowej Aleksandrii. W obsłudze też Azja. Bardzo oniryczne doświadczenie upadku cywilizacji.


Na lotnisku jak w ulu, wiadomo (bo teraz już wiemy, skapnęliśmy się), weekend św. Patryka. Ilość decybeli przekraczał niejednokrotnie moją tolerancję. Ogłuszeni coś przegryźliśmy, coś wypiliśmy, trzeba było zmierzać do gate'u, przemykaliśmy tuląc uszy.

Nasz samolot był obsługiwany przez Malta Air, poza tym miał godzinne opóźnienie (podobno zmiana załogi). Wylot o 14:30, lot nad zachodnią Europą spokojny. W chmurach zaczęłam czytać Dziecko w śniegu Włodka Goldkorna, dziwna lektura na podróż, początkowo całkiem łatwa. Gdy byliśmy już blisko Renu i z okien widać było Niemcy, zauważyłam ziemię przykrytą śniegiem. Na szczęście w Hahn nic z tych rzeczy. Perlisty już na nas czekał (w końcu mogłam się przekonać, że jest całkiem wysoki), powitanie, krótki spacer do opla i na azymut. Miałam poczucie, jakbyśmy przemieszczali się na Dolnym Śląsku, krajobrazy i architektura czegoś znajome.

Bacharach jest naprawdę malutkie. I jaka cisza (było jeszcze jasno, więc chwilę napawałam się widokiem; dwa nasze okna wychodzą na Wernerkapelle). Perlisty podwiózł nas pod hotelik, pojechał postawić samochód w innym miejscu. Zameldowaliśmy się w pokoju nr 6 (kawiarnia jeszcze czynna, właściciel czekał na nas, wręczył nam antyczne klucze, pokazał co i jak, bo mamy też klucz do tylnych drzwi), zeszliśmy zaraz na dół, żeby z przyjacielem poszukać miejsca na obiadokolację. Po dłuższym spacerze weszliśmy do Stübers Restaurant na Langenstraße. Bardzo dobra decyzja kulinarna (wzięłam hausgemachte feine Nudeln aus Bio-Khorasan-Ur-Weizen mit Tomatensugo oraz warzywami ;p)




Po posiłku spacer nad Renem. Trochę jest chłodno, ale byliśmy na to przygotowani. Zbliżamy się do rzeki, w dole woda cicha i ciemna.



Na wzgórzach wokół kropki świateł w domach, po obu stronach Renu regularnie kursują pociągi jak świetliste wąsiówki. 

Pożegnanie z przyjacielem, powrót do hotelu, gorący prysznic, jeszcze czytam, pora spać; spływa na mnie spokój.

czwartek, 13 marca 2025

1913. Reisefieber.

Gdy po pracy wyszłam z biura, zaskoczył mnie widok Kochanego czekającego przed budynkiem (byliśmy umówieni, ale sądziłam, że spotkamy się w kawiarni). Poszliśmy na parking odłożyć moje papiery i zdecydowaliśmy, że zjemy coś na mieście. Ostatnio wspominałam, że w dawnym miłym zakątku otwiera się coś nowego o nazwie Loaf'd. Byliśmy tam. Recenzja: nigdy więcej. Po nieprzyjemnym doznaniu kulinarnym poszliśmy pod mój bank (wyciągnęłam trochę gotówki na wszelki wypadek) oraz do Czarnej, żeby poprawić sobie nastrój. W sumie dwie godziny szwendactwa, i do domu. 

Kochany nas odprawił, powoli zaczęłam zbierać się z rozsypanki; gorący prysznic nieco pomógł, potem i tak jednak panika pt. co na siebie włożyć (nadal za bardzo nie wiem). W międzyczasie zadzwoniłam do mamy, żeby ją uprzedzić, że następne nadawanie będzie z Niemiec (mama pokazała mi śnieg za oknem, poinformowała mnie też o śmierci znajomej o której niedawno rozmawiałyśmy). 

W rozpaczy żołądkowej odmroziłam bigos; po kolacji centrum dowodzenia przeniosłam pod kołdrę. Będzie dobrze, po prostu jutro trzeba wstać i pozbierać się do kupy jak przed inwazją. 

środa, 12 marca 2025

1912. Aplikacje, donica, wilczarz w świetle latarni.

Zajmowanie się po śniadaniu aplikacjami Tesco na telefon psuje mi nastrój, grzebię, grzebię, nic nie rozumiem, szlag! Ach, więc wracam do książki (świetna! coraz lepsza). Na szczęście Kochany jest w domu. Po południu sprawdzam prace z zeszłego tygodnia (o dziwo sprawia mi to sporo przyjemności), w tym czasie Fred kosi trawę. I tak kosząc niechcący małżonek tłucze donicę z iksjami. Kwiaty wschodzą anemicznie i pewnie nic z nich nie będzie (podobnie jak z mieczykami), ale na tę chwilę trzeba było coś zrobić w temacie wypadku kosiarkowego. Zjedliśmy obiad, przez chwilę obwąchiwaliśmy dom (w Kuchniosalonie unosił się zapach spalenizny, której źródła nie mogliśmy ustalić), po czym nieco uspokojeni wyjechaliśmy do miasta.

Po wizycie w TK Maxxie w bagażniku przybyła nam duża, ciężka donica oraz fikuśne poidełko dla ptaków. Była szósta, jeszcze jasno; weszliśmy do Costy, na kawy i pasteis de nata; z naszego stolika widać było księżyc wschodzący nad dializami. Na kawiarni zawieszono ciekawą informację, podobno jest plan rozbudowania jej jako drive-through (nie czuję tego tematu, po co pośpiech?); Tesco app została użyta po raz pierwszy.

W drodze powrotnej już ciemno, w takim mroku jadąc przez Termon widzieliśmy prawdziwego wilczarza, może to tylko lampy przydrożne, ale olbrzym nie wydawał się szary, był raczej piaskowy, spokojny, pewny siebie jak góra, Malinka byłaby przy nim mała, tak jak zawsze twierdziła. W domu czytam o wilczarzach; piękne psy.

Jeszcze nic nie postanowione, strój wymyślę jutro, na razie tylko sprawdziłam prognozy pogody dla Nadrenii.  

wtorek, 11 marca 2025

1911. Osłabienie.

Z listy nieszczególności: grupa wróciła do swojego typowego nieogarnięcia, a autobus powrotny na który chciałam zdążyć ... zepsuł się i musieliśmy czekać na naprawę.

Z rzeczy spoko: rano zaczęłam czytać zbiór opowiadań C. Keegan zatytułowany Antarctica; powiedziano, że autobus wróci za 20 minut, nie wzięłam tego na poważnie, tymczasem wrócił za 20 minut; po południu z pół godziny pracowałam w ogródku, obcięłam stare badyle lawendy, zauważyłam wielkiego trzmiela uwijającego się na pszonaku, który od dawna bardzo ładnie kwitnie nie dając zbić się z tropu rozłażącemu się na wszystkie strony rozmarynowi, drugiego trzmiela obudziłam uwalniając poduszkę zawciągu z pokładów chwastu. Dwa prawdziwe bombowce, waga ciężka. 

Czuję się jakaś taka osłabiona, strzyka mnie w plecach, bolą mnie duże stawy. Po pracy totalny brak energii, nie chciało mi się robić obiadu, podgrzałam ruskie pierogi ze sklepu. Byleby się nie rozłożyć.
___
edit 22:15 donoszę, że osłabienie mi przeszło po wysłuchaniu Dolly Parton. I słusznie ;)

poniedziałek, 10 marca 2025

1910. Nóżka za nóżką, czytnik w plecaku.

I oto pogoda się sknociła, rano jeszcze znośnie, po południu coraz zimniejszy wiatr. Poza tym jak zwykle ostatnio w poniedziałek, jedziemy razem, zapodaję mężu kawę (kolejna pani Stempelek, będzie numer 4* (biała, tym razem widocznie starsza od trzech poprzednich), mnie pouczyła, że mogę iść, zanieść i wrócić), zasiadam w fotelu na tyłach i czytam. A cóż ja czytam? Andrzeja Franaszka Herberta. Biografia, T. 1 i 2 (Znak, 2018). I przeczytałam, moi bogowie, po kilku miesiącach doczytałam do końca, w poczekalni dworca autobusowego, po południu.

Wróciłam do domu kwadrans przed moim Kochanym (podwójna szychta, miło, grosz dodatkowy petunia nie olej), raz-dwa obiad preparuję, jemy, opowiadam Fredowi o odczuciach postbiograficznych. Potem papierologia, bo wiadomo, moje nieuki długo nie usiedzą bezczynnie, trzeba je czymś zająć. Jutro znowu zryw bohaterski przed świtem, czyli prysznic już był; będzie: herbata z cytrynką i brązowym cukrem, lektura. Dobranoc państwu.

* btw. dawno już nie widziałam pani Stempelek 1 (o rudych włosach, uśmiechniętej, takiej "do ludzi", śledziłam ją kiedyś idąc do pracy Kochanego) oraz pani Stempelek 2 (zbuntowanej, wytatuowanej, zazwyczaj zaspanej). Cóż, ostatnio byłam świadkiem rozmowy o pracę, więc może już się nie spotkamy.

niedziela, 9 marca 2025

1909. Bardzo ładny dzień.

Wszystkiego najlepszego z okazji zaręczyn, chyba tak to szło. Zrobiłam Kochanemu kanapki do pracy; w tym czasie małżonek mógł zauważyć, że naprawdę mamy we wsi koguta, pięknie pieje o poranku; zanim Fred zaczął szychtę już byłam po śniadaniu i sposobiłam się do wyjścia na dwór.

Wychynięcie z domu w celu opróżnienia kosza na odpadki skutkowało nasypaniem karmy dla ptaków do karmników, pozostawieniem rozkrojonych jabłek dla kosów i zmienieniem wody w poidełku (poidełko to tak naprawdę Rysiowa miska z napisem Merry Catmas), te czynności z kolei doprowadziły do szybkiego przeglądu ogródka przed domem i ścięcia suchych badyli zeszłorocznej tawuły. Pogoda piękna, nie mogę wrócić do domu ot tak, trzeba iść przed siebie. Zmieniłam kurtkę na lżejszą, przebrałam spodnie i wyszłam.

Doszłam do kawiarenki, weszłam do środka, zamówiłam flat white, chwilę siedziałam przy stoliku na zewnątrz, po czym poszłam dalej. 

Gdy stanęłam za krokodylami (których widoku nie pamiętam, może znowu przysypane są piaskiem) i sączyłam sobie kawę gapiąc się na morze, zauważyłam Miszel zmierzającą w moim kierunku. Miszel jest siostrą mojego dawnego kolegi z byłej pracy, poza tym jest bliską przyjaciółką Anne, ale osobiście prawie się nie znamy, to raczej taka znajomość przechodnia, machana. Mimo to bardzo ją z jakichś powodów lubię, zawsze ma dobre słowo. Zamachałam, zatrzymała się, ściągnęła słuchawki w której leciał podcast, powiedziała, że pływała tu z koleżankami o wschodzie słońca, że teraz idzie, potem wraca do domu czytać książkę. I że jesteśmy szczęściarami. Cała prawda, wiem.

Wróciłam do domu po dziesiątej, zaczęłam słuchać Händela i zapisywać trochę myśli. W tle również miarowe stukanie pralki nastawionej na EasyWash. Czytanie dwóch książek na przemian, robienie sosu do makaronu, krótka rozmowa z mamą (sos został okazany), papierologia pracownicza.

Kiedy tylko Kochany wraca do domu, jemy, opychamy się po uszy; pod prysznicem myję włosy, Kochany pije kawę, rozmawia z Perlistym; nasłuchując z sypialni co piąte słowo doczytuję do końca Wiersze zebrane Herberta (Wyd. a5, 2011). 

Dzwonię do ciebie, bo dzisiaj niedziela, to się chciałem zapytać, czy już na mszy byłeś, zagaił mąż beztrosko. Człowieku, ale ja na sumie to jeszcze rano! bez zastanawiania się pociągnął Perlisty. I tak to. Mogłabym dzisiaj dokończyć także biografię Herberta by Franaszek, zostało mi kilkadziesiąt stron, ale nie godzi się w jednym dniu zwieńczać dwóch cegieł, świadomie więc zwalniam, a tymczasem obwąchuję następną lekturę zatytułowaną Antarctica.

sobota, 8 marca 2025

1908. Rozkminy.

No i ten mój wariat dał mi z rana prezent. Usłyszał jak kaszlę (czyli już nie śpię), wpadł do sypialni już ubrany do pracy, pocałował i z szafy wyciągnął worek mikołajowy, a w nim: spodnie dresowe, ale jakie! Szaroróżowe spodnie z lampasem, całe z kaszmirowej wełny! (RLX); Takie, żeby kot cię kochał. Bo wiadomo, co koty myślą o wełnie kaszmirowej. Do tego cienki pasiasty sweterek, z czystej wełny! Czerwono-biały, z klasycznym dekoltem polo (J. Smedley! produkowane to to w UK). Ach.

Po obiedzie, gdy Kochany wrócił, zaczęliśmy kminić, kiedy będzie można wziąć latem urlop. Zadzwoniłam do tatki, przedstawiłam propozycję ich ewentualnego przyjazdu i zaraz się zdenerwowałam, bo oczywiście mama się boi. Ech, nie będę o tym myślała, nie będę o tym myślała. Znajoma mamy (sporo młodsza) jest w hospicjum, chyba nadszedł końcowy etap jej wieloletniego szarpania się ze zdrowiem (zawsze to zaskakujące u osób, które całe życie na coś chorują).

Rozmawiałam z Lusiem, nawijałyśmy ponad godzinę.

A teraz mam jeszcze nowy pomysł nad którym kminię: coś upamiętniającego Rysia w naszym ogrodzie, jakaś tablica ze zdjęciem, żeby przechodnie wiedzieli, że tu kiedyś był wspaniały kot.

piątek, 7 marca 2025

1907. Piątek mglisto-deszczowy.

Oboje mamy wolne; wstałam wcześniej, szwendałam się, blogowałam, zrobiłam kawę Kochanemu, przed dziesiątą zrobiłam nam śniadanie (twaróg śmietankowy przemówił do mnie wczoraj w polskim sklepie, i bardzo dobrze, bo dzisiaj zniknął prawie cały, z czerwoną cebulką i papryką). Za oknem mgła. Do ogrodu przyleciała para grzywaczy (czyli Rysiowych kur), ptaki duże, przysadziste, krok za kroczkiem doczłapały do ziarna rozsypanego pod karmnikiem i odkryły raj.

Zadzwonił Ka z zaproszeniem na niedzielę, nie wiadomo, czy skorzystamy, Fred zaczyna jutro ciąg szycht, może być zbyt zmęczony na figle. 

Pomyślałam, że zamiast pichcić obiad moglibyśmy wykorzystać drugą część vouchera od sąsiadki. Zebraliśmy się do drogi dobrze po pierwszej. W Atami zjedliśmy miso i trzy zestawy rolek. Już na starcie podróży do El Paso pogoda się sknociła na dobre, trzeba było więc zarzucić pomysły o dłuższym spacerze, zawędrowaliśmy do kawiarni, wypiliśmy po kawie, podzieliliśmy się dwoma przesłodkimi ciastkami, Kochany kupił też kolejny prezent dla Perlistego, kawę w ziarnach i turystyczny AeroPress. Potem jeszcze Tesco, rozważania na temat trzech następnych obiadów.

Popołudnie w domu przeznaczone na rozmowy i czytanki. Rozmowy meandrują, jest trochę o rodzinie, o rewolucjach większych niż Rewolucja Francuska (np. co by to było, gdyby ciocia Ce zapragnęła zacząć swoje życie od nowa?). Za późno na film, pora na prysznic, oczyszczacz powietrza, lekturę nocną.

czwartek, 6 marca 2025

1906. Pisane wieczorem.

Zelżał nieco jadowity wietrzyk, który zachęcił nas wczoraj do pozostania w domu. Rano zwyczajowo, jadę z Kochanym, kupuję dwie kawy, jedna na wynos, całus, Kochany do pracy, ja chwilowo do lektury.

Po pracy, w poczekalni znowu czytnik, nic dziwnego, że w domu, przed zabraniem się za obiad, dokończyłam Spare (Penguin Random House, 2023). Mam już plany na to, co kończę i co zaczynam :D

Rozmowa Kochanego z Wu prawie jak zawsze: rozmawialiśmy, niczego się nie dowiedziałem.

A na razie rozmiękczenie takie, że mózg odmawia poprawiania tekstu, wykrzywia zdania złożone. Czyli trudno, trzeba iść spać.

środa, 5 marca 2025

1905. Wyciszenie.

Cichy dzień, częściowo rozłączny: Kochany w Kuchniosalonie klikał na lapku, podczas gdy ja siedziałam w sypialni z czytnikiem.

Przed południem dwie obserwacje: pogotowie zabrało Annę, była przytomna, nie leżała; gawrony boją się naszych wron, to dlatego raczej nie przylatują na długo pod karmnik (słyszałam jak wrona ostrzegawczo kraknęła, a potem skutecznie przepędzała gawrona, który chciał ją uprzedzić w kolejce do kulek jadła).

Drzemka poobiednia. Obcinam Kochanemu włosy. Rozmowa z Perlistym (Fred przypomina mu, że to już przecież niewiele dni zostało). Obejrzeliśmy Friedkina Żyć i umrzeć w Los Angeles, klasyk sensacyjny z lat 80.

wtorek, 4 marca 2025

1904. Naleśnikowy wtorek.

Odrobinę powtórki z wczoraj, parę miłych dodatków. Gdy wstawałam, za grubymi zasłonami tlił się słoneczny świt; tym razem nas nie zawiódł, jasność zalała wybrzeże i została z nami do wieczora. Przed wyjazdem Fred zdybał Anne, mieliśmy chwilę na uścisk i ponowne podziękowanie za darmowe wejściówki na Wagnera. Kochany nadal miał czas na podwózki, czyli po pracy poszliśmy do Czarnej (mąż czekał pod Centrum w swoim różowym płaszczu), siedzieliśmy popijając i przeglądając prowincjonalną ofertę kulturalną. 

Przy wyjściu z kawiarni natknęliśmy się na przechodzącego Fr Damo (zawsze mnie uśmiecha ta mijanka).

W pracy cicho i wydajnie, poza tym koleżanki serwując naleśniki przypomniały mi, że przecież dzisiaj wtorek przed postem (zjadłam dwa pancakesy z truskawkami i bitą śmietaną).

Wracając zaś do tematu spaceru z Kochanym, po minięciu Fr Damo poszliśmy okrężną drogą do Babci (zostało jeszcze ponad pół godziny opłaty za postój), żeby się przekonać, jakie to trzy nowe kawiarnie pojawiły się na mapie miasta: w Laurensie (tam, gdzie kiedyś był M&S), następne vis-à-vis, w tym jedna z mołdawskimi akcentami i oferująca kawę po turecku (z tygielka); weszliśmy na chwilę, Fred w tym swoim różowym płaszczu z misiowym kołnierzem wyglądał im na Włocha. No nic nie poradzę :D

Po zakończeniu pracy i miejskim spacerze spłynęło na mnie poczucie szczęścia, Kochanego zaś dopadła wiosenna gorączka: małżonek wydobył z bagażnika właśnie zakupiony klęczniko-zydelek i wykorzystując to cudowne urządzenie wziął się za podcinanie lawendy, i to przed herbatą! Po krótkim blogowaniu zaczęłam robić obiad, dla Kochanego łosoś i pomidorki, dla mnie do kartoffeln mężowski bigos ;) W tle płyta Cave'a z Ellisem, zapętlam się na ostatniej piosence. Zresztą, tego dnia jakże pięknego, różne rzeczy mnie wzruszają, np. odkrycie, że wróble/mazurki używają części Rysiowej górki jako piaskowego basenu, albo pierwsze spotkanie z nieśmiałą kapturką (sylvia atricapilla). Większość irlandzkiej populacji zimuje w Iberii i Afryce, ciekawe czy to jedna z tych, które zostały na wschodnim (cieplejszym) wybrzeżu, czy maleństwo właśnie wróciło z zagranicy :)

Wieczorem rozmawiałam z Danką, potem z mamą. W poszukiwaniu filmów dla dwojga stanęło na Innej kobiecie (1988) Allena. Dobry, ale zakończenie dla Amerykanów.

poniedziałek, 3 marca 2025

1903. A Day of Delights.

Kochany zawiózł mnie do pracy i przywiózł z powrotem. Po południu spotkaliśmy się w Czarnej nad kawami.

W pracy, jak to w pracy. Saren rozkminia system myląc daty, poza tym dwóch uczniów zostało skreślonych z listy, tych co trzeba, więc osły z wozu, koniom lżej.

Po wyjściu z kawiarni poszłam z Kochanym do miejskiej biblioteki, żeby z konta tymczasowego uczynić stałe członkostwo. Zajęło to dosłownie minutę. Dostałam dwie karty z kodem na wszystko, książki papierowe, e-gazety, ebooki, audiobooki i Internet na miejscu. Przy okazji spaceru zauważyliśmy, że w miejsce starego, dobrego Stockwell Artisan Foods, które zamknęło się ponad rok temu, powstaje nowa, obiecująca przystań o nazwie Loaf'd. Będziem testowali w swoim czasie ;)

W domu odpoczynek, obiad niezobowiązujący, każdy je co innego, testuję mężowski bigos (bdb). Kochany pracuje nad tekstem, wspólnie podglądamy kreacje z Oscarów oraz kolejne wersje piosenki Až to se mnu sekne.

niedziela, 2 marca 2025

1902. Niedziela dla rodziny.

Zamiast się szwendać, zostaliśmy w domu. Dokończyłam pracę papierkową, więc od razu trochę lepiej mi się zrobiło między uszami. Po południu Kochany przejął stery kulinarne, wyciągnął wolnowar (który kiedyś zakupił i który nigdy nie był w użyciu), skroił kiełbasę i cała procedura bigosowa została w ten sposób rozpoczęta. Na obiad steki, sos pieprzowy, brokuły gotowane na parze.

Po obiedzie zadzwoniłam do mamy. Rozmowa o wszystkim, o pogodzie u nas, pogodzie u nich, o narcyzach, co mi je podgryzła pobzyga, o tym, kto u nas robi bigos oraz fasolkę po bretońsku, czym się żywili Irlandczycy w czasach Wielkiego Głodu, oraz o dziurach w ścianie.

Wieczorem, w oparach bigosu, odbył się seans Francuskiego łącznika (1971). Nadal mocarne kino. 

1901. Czekam na duszę.

Ach, no jednak trzeba coś zacząć. Trzeba, ale cienszko. Zrobiłam trochę papierowej roboty, została mi przynajmniej połowa, rozpraszam się prysznicem w środku dnia, albo obserwowaniem ptaków (wrony są po prostu megafajne). W głośnikach Nick Cave Carnage (2021) oraz nadal Patti Smith. Kochany podał obiad; na wieczór byliśmy umówieni z Ka i postanowiliśmy jechać do El Paso wcześniej, żeby łby nastroić pięknem przemieszczania się.

Wyjechaliśmy po czwartej, za późno na kawę w 3rd Place. Po drodze Kochany zakręcił jeszcze do rzeźnika, bo mi oświadczył, że będzie robił bigos (zawsze śmiejemy się z tego braku mojego nadzoru, mąż sobie robi co chce). Pogoda łagodna, niezbyt jasno, ale znośna temperatura. Zaraz za wsią takie spotkanie:

Czyli Costa, siedzieliśmy tam do szóstej rozmawiając o filmach, patrząc na zachodzące słońce. Zrobiliśmy zakupy w Tesco, potem Kochany podjechał zatankować i do myjni samochodowej, żeby zetrzeć kurz z Babci. Ach, i Lidl.

U Ka napoje i rozmowy (o szczurze, który zginął na posterunku, o polityce aktualnej niestety), do tego film Na mlecznej drodze (2016). Chyba się już z panem Kusturicą nie polubimy.

W drodze powrotnej mgła gęsta jak dym.