[go: up one dir, main page]

Strony

sobota, 29 lutego 2020

74. Poszumy.

Rzecz naprawdę dziwaczna, o czwartej nad ranem poczułam, że boli mnie środkowy palec lewej stopy. Wstałam. Faktycznie zaczerwieniony. Kompletnie nie mogłam sobie przypomnieć żadnej kontuzji z dnia poprzedniego. No nic. Dałam Rysiowi jeść i wypuściłam go na dwór. Ponad godzinę później przyjechał koci ojciec i sądząc, że Rysio był całą noc na dworze też dał mu jeść. Punkt dla kota, bystra bestia, po rodzicach, wiadomo. Fred spał do popołudnia, wstał, gdy już dobrze szumiało. Wzięło mnie na albumy Jethro Tull, Songs From The Wood (1977) i Minstrel In The Gallery (1975). Poza tym od wczoraj wróciłam do Ksiąg Jakubowych Tokarczuk, rozdziały 5-9. Kubek gorącej kawy rozgrzewa mi bolące stawy, Rysio siedzi w półotwartym oknie i od kulis obserwuje sztorm, potem przenosi się na stanowisko obok mnie. Powoli zapada zmrok. Ja pod kołdrą, na podgrzewanym łóżku. W kuchni gra Jethro Tull. Warunki idealne. Księgę Piasku planuję skończyć jutro.

piątek, 28 lutego 2020

73. Cisza przed sztormem.

Obudziły mnie mocne porywy wiatru. Małżonek jedzie na nockę w kierunku Północnej, więc zerknęłam jak się mają prognozy. Mają się tak:


Jeśli sprawdzą się przewidywania, Jorge uderzy jutro w zachodnie wybrzeże ze średnią prędkością przekraczająco 80 km/h. U nas trochę później i trochę wolniej. Do tego coś tam będzie ciekło z nieba, a na szczyt sztormu przypada akurat przypływ, więc pewnie część dróg będzie podtopiona. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Do tego czasu Fred będzie już w domu. Luty'20 żegna się z nami z przytupem. Na razie ponownie cisza, ptaszęta śpiewają. 
___
edit 19:30 Fred już w Północnej. Przez telefon upewnia mnie, że mamy gdzieś na półkach Sinéad O'Connor. Słucham jej The Lion and the Cobra (1987).

czwartek, 27 lutego 2020

Postscriptum #72.

A tak w ogóle, gdy nie wiesz jaki nowy adres nadać blogowi — zapytaj męża. W osobach sąsiadek też nam się trafili dobrzy ludzie. Katlin zapukała wieczorem z pytaniem, czy sprzedajemy stary samochód (ktoś z dalszych sąsiadów nie wiedział jak zagadać). Weranda news dba o prawidłowy przepływ informacji ;). Małżonek porusza znajomości bliższe i dalsze w sprawie Rysia, który właśnie zszedł mi był z nogi (zrobiło się za gorąco) i pochrapuje na środku łóżka. Cieszę się na wyjazd, ale tydzień to długo i będziemy się martwili, jeśli kot zostanie tylko pod dochodzącym nadzorem Anny. W następną sobotę ma do nas wpaść znajoma Freda z partnerką, może coś z tego wyjdzie. Poza tym wczoraj miała być rzekomo rozprawa Wu. Nadal nie wiemy, co się zadziało.

72. Tylko na chwilę.






W południe wychynęliśmy z domu, miała być rundka zakupowa rozpoczęta w porcie, ale skoro port, to i sklep rybny. Po krótkim spacerze (wiało, woda nawet za molem bardzo niespokojna, choć to nie przeszkadzało Irenkom; mało kutrów, widać, że czas był dobry na połów) poszliśmy do rybnego i musieliśmy wrócić do domu, bo oprócz plamiaka i kubełka krewetek w czosnku i kolendrze, mieliśmy ze sobą dwie ciepłe porcje chowdera, który nalegał na szybką kosumpcję.

Dopiero jakiś czas po zupie wyjechaliśmy na krótkie zakupy. Ryś tymczasem zasnął słodko przy otwartym oknie. W drodze powrotnej przystanek przy nowym cmentarzu, żeby poszukać grobu Amy, znajomej Freda, która 8 lat temu zmarła na raka. Bardzo ładne miejsce z widokiem na otwarte morze, alejki rozchodzą się w kształt krzyża celtyckiego.

środa, 26 lutego 2020

71. Prawo jazdy.

News dnia jest taki, że zapisałam się na egzamin teoretyczny. Kwiecień, kasa wpłacona. I jeszcze news nr 2: kosiarka poszła w ruch pierwszy raz w tym roku. Obejrzeliśmy Deja Vu (1990) Machulskiego, stary Stuhr dobry jak zwykle, wystaje na plus z nużącego filmu. Za to my nie wystawiamy nosa za wieś. Cichy, spokojny dzień z muzyką Shane'a w tle.

wtorek, 25 lutego 2020

70. Ardgillan, Skerries, Nohavica.


Z domu trzeba w końcu wyjść. Padło na dwa miejsca, i tak jak powiedziałam Annie, która przyszła się przywitać, wyjedziemy i zobaczymy jak będzie (Anna wieszczyła pogorszenie pogody). Wyjechaliśmy z największymi przebojami Queen w tle. Dopiero zaczął się odpływ, Boyne prawie wychodziła z koryta. 

Ardgillan.
Trochę zimno, trochę wietrznie.






Po kawie pojechaliśmy w kierunku Skerries. W centrum turystycznym okazało się, że już nie załapiemy się na wejście do młynów. Przyjedźcie jutro, nie idźcie do pracy ;). Małżonek kupił torfowy krzyż św. Brygidy, oglądamy wełniane czapki, zacne filiżanki i ciasne, przytulne wnętrza.


Wiatraki łapiemy z daleka ...


... a nas w drodze powrotnej do naszego miasta łapie śnieg z deszczem. Jako soundtrack towarzyszą nam największe przeboje The Pogues. Kupujemy to i owo na obiad, wracamy do kota, który czeka przed drzwiami chociaż ma otwarte okno od strony ogródka.

Kometa — The Best of Nohavica (2013) leci, gdy Fred przygotowuje surówkę do steków z tuńczyka. Potem Tak mě tu máš (2012), gdy jemy późny obiad. Mój mąż wzrusza się nawet wtedy, gdy całuję go po zjedzeniu surówki z porem. Płyty zaprowadzają melancholię i dużo rozmawiamy o Krisie. Szkoda Krisa. Późno w nocy jeszcze więcej Nohavicy z youtube'a. Przed tym kupiłam bilety — wspólnie wylatamy na urodziny babci. Jestem taka szczęśliwa.

poniedziałek, 24 lutego 2020

69. Niby nic.

Patrząc z okna ja tam sztormu nie widzę, Met Éireann też zrezygnowało z robienia większego hałasu, a od czasu do czasu promienie słońca łaskoczą domy. Ale Fred zadzwonił mi w przerwie w pracy, że spóźnił się kilka minut, bo czas dojazdu wydłużył się dwukrotnie — podtopienia były zaraz za Termon, woda spłynęła z pastwisk i w zasadzie odcięła ten przejazd na kilka godzin. Z kuchni widać ciężkie chmury wiszące w głębi lądu.

Tymczasem ... fazy kota w promieniach słońca wpadających przez okno:





___
edit 23:25 Na obiad fasola Freda. Na deser Powiększenie (1966) Antonioniego. Bardzo dziwne, bo dokładnie pamiętam, że jak widziałam go ostatnio, gdy byliśmy wszyscy bardzo młodzi, podobał mi się o wiele bardziej. A dziś nie. Jeśli panie nie mają nic sensownego do powiedzenia, wypłacić po pół dniówki i won.

niedziela, 23 lutego 2020

67-68. Jak sie zasupła ...

to trudno wyjść na prostą. Przez cały ten tydzień czułam się chora. W sobotę było nie lepiej. Chodziłam zakutana w szal, i chociaż mamy plan pojechania do miasta, dajemy sobie spokój. Obiad jest więc wegetariański, z beszamelem na serze co mógł zaraz wyjść z daty. Pyszota. Wieczorem oglądamy Amadeusza (1984) Formana w wersji reżyserskiej, 10/10! Nie nuży, choć wiadomo jak się kończy, każdy kadr to arcydzieło.

Minęły 2 lata jak przyjechałam na stałe do Irlandii.

Niedziela.
W okolicy chyba jest jakiś diler kocimiętki, bo Rysio dostaje z rana gupiego rozumu. Poza tym dzień o wiele zdrowszy (dla mnie, Freda wieczorem coś zaczyna brać). Po południu byliśmy na zakupach — podróż do miasta w takt płyty Kasi Krzaczek The Whole Story (1986), w nowym samochodzie można podłączać muzykę bezpośrednio z telefonu, czyż to nie cudowne? Oglądamy też Dwunastu gniewnych ludzi Lumeta (1957) — jakże zmienił się świat, wyobrażenie męskości i tego, co wypada. Wachlarz typów męskich, ani jednej kobiety, i ja wiem, że taka konwencja, ale jak to teraz jest słabe, jak bardzo plemienne i słabe.

piątek, 21 lutego 2020

66. Nietypowy poranek i cała reszta.

Mąż jedzie do pracy z rana drugi raz pod rząd. Kot, zamiast rzucić się na karmę, po przyjściu z nocki je niespiesznie, połowę zostawia, po czym zasypia głębokim snem na złożonym laptopie Freda. Po śniadaniu (dwa jajka na miękko i czarna herbata z miodem) wróciłam do podgrzewanego łóżeczka i zaliczyłam seans serialowy. Nemesis, czyli odc. 3.4 Panny Marple (2009). Intryga niezwykle skomplikowana, Grant świetny. W międzyczasie rozmawiam z Norbertem. Zapomniałam wczoraj napisać, że małżonek przywiózł mi po pracy wełniane, czarne spodnie, z zakładkami jak u Diane Keaton (Polo Ralph Lauren).

Mała, puchata pierdoła, po drzemce na laptopie, mędzeniu nie wiadomo o co i spacerku w mżawce, śpi obok mnie na łóżku.
___
edit 21:10 Po południu Księgi Jakubowe Tokarczuk (WL, 2014). To wspaniała powieść na takie dni, jak teraz. "Czytaliśmy" z Rysiem przy otwartym oknie. Na weekend jest zapowiedź kolejnego silnego wiatru znad Atlantyku. Skończyłam Księgę Mgły.

czwartek, 20 lutego 2020

65. Kawy!

No i proszę, jak człowiek zacznie dzień od przelecenia się na odkurzaczu, to potem puls jak ta lala. Fred od rana w pracy, a przed dziesiątą (9:56), jak obiecał, przyjechał Dennis czyli Pan Od Bojlera. Wymienił jeden wihajster od zbiornika (bo może chodzi o ciśnienie) i dwa wihajstry od zapłonu (bo może się zepsuły). No hundred percent science, but it may work. Dłubał ponad godzinę, gadaliśmy przy okazji o taniej Polsce (Kraków) i granicy z Północną. Rysiu przypilnował pana, żeby gość sobie nie myślał, że kot jest jakiś przybłęda, czy coś. Od rozmowy nawet zaczęłam pełniejszą piersią oddychać przez zakitolony nos, a nad wsią pokazało się słońce. Chleba z chrzanem! Kawy!
___
edit 21:05 Dream Theater w weekend grali we Wrocławiu, a dzisiaj w naszym domu ;), album Falling Into Infinity (1997). Fred mówi, że poznał ten zespół dzięki Krisowi, który próbował ich kawałki na gitarze.

Katar nadal okropny.
___
edit 22:10 Album Chaos A.D. Sepultury (1993). Zespół z Brazylii. Coś jak Behemoth z Polski ;D

środa, 19 lutego 2020

64. Oh, bugger!

W bukiecie, który dostałam na Walentynki oprócz róż są białe lilie, które właśnie zaczęły kwitnąć. Normalnie ich zapach bardzo mnie podrażnia, ale zatoki mam tak zapchane, że z rana nic nie czułam. Za oknem zasmarkana kiszkaaa, kot wraca z nocki mokry, ja chodzę coraz bardziej rozdrażniona i wkurza mnie wszystko: myśl o Intreo, wiadomości o pedofilach w polskim kościele, katar, deszcz, zimny bojler. Dopiero jak Fred pojechał do urzędu zgłosić to ostatnie, wskoczyłam pod zagrzaną kołderkę obok Ryśka i gdy czytałam o książkach mitologicznych, w głowie porobiło się lepiej.

Plusy tego dnia: nowy/retro ekspres do kawy, który zaczął działać dzięki mojemu inteligentnemu mężowi oraz seans niezłej Sufrażystki (2015), choć mogło być lepiej, a Streep wybrzmiała tu jak przynęta na widzów. Carey Mulligan widziałam niedawno w Tajemnicy Sittaford. Plus za temat i piękne zdjęcia.

wtorek, 18 lutego 2020

63. Ooooommmmm.

Dzień psującego się bojlera, 
przerywanego połączenia internetowego  
i nicnierobienia.

poniedziałek, 17 lutego 2020

62. Good-golly!

Miałam inną wizję dnia, ale summa summarum poświęciłam go na chorowanie. Pocieszam się Podróżą za jeden uśmiech (1971) Jędryki — Bałtyk w ostatnim odcinku taki piękny, jeszcze bez parawanów. Wieczorem przez chwilę snobowałam się na Filharmonię Dwójki Baranowskiej na PR2, ale zwyciężył brytyjski serial. Godzina zero (2008), niezły, choć nagle pod wpływem kaszlu przychodzi mi do głowy, że ta panna Marple jest coś zbyt współczesna i rzucam okiem na wcześniejszą Noc w bibliotece (1984) z Joan Hickson. Obejrzałam tylko kawałek pierwszej części, w oryginale. Poezja brytyjskości, mniej jaskrawa, ale podoba mi się. Now I know the difference. Kot przyszedł z dworu, dostał przysmaczek i rąbnął mi się w nogach rzucając znaczące spojrzenie: nie ma taty, włącz koc, wyłącz światło :)

niedziela, 16 lutego 2020

61. Nowy samochód.

W naszym domu trzeba chyba zamontować półeczkę specjalnie na folkowe płyty. Nóżka tupie mi od rana. Odpoczno again.

Rano czytam, że w nocy umarł pan Gruza (był dwa dni młodszy od babci Mani). Jeszcze wczoraj rozmawialiśmy z Fredem o Wojnie domowej.

Po południu, po obiedzie pierogowym, jedziemy do Ka&Jot na seans filmowy (ja w musztardowym bereciku, kraciastym płaszczu i wełnianej sukience, Fred elegancki jak zwykle). Opychamy się pizzą, rozmawiamy o polskich cudach, korbie teściów i tego jak sprawnie zmienialiśmy tematy z politycznie śliskich na koty :). Z kilku filmów Ka wybrał Jestem Bogiem (2012), wspomnienie o Paktofonice. Muzyka nie moja, film interesujący, z drugiej strony pamiętam, jak bardzo ekscytowała się nim młodzież, a mi do ekscytacji daleko, chociaż Ogrodnik i reszta obsady bardzo w porządku. Poza tym małżonek dostarczył resztę pieniędzy, panowie pozachwycali się prowadzeniem, a na zakończenie dnia Ka podprowadził nam Hondę pod dom. Jeszcze tylko Fred musi go odwieźć z powrotem. Czekam więc. Nos zimny, zapowiada się zapalenie zatok. Efekty przechodzącego sztormu wloką się w jego ogonie, na drogach ostrzeżenia przed możliwym gradem.

sobota, 15 lutego 2020

60. Sztorm Dennis.

Od rana grały nam folkowe albumy: Nowa Ex-Tradycja Żywiołaka (2008), podwójne Święto słońca Kapeli Ze Wsi Warszawa (2015), później pierwsza płyta Odpoczno (2018); poza tym Młodość Ralpha (2019) i Komedy Muzyka filmowa (2017).

Sztorm wylewa wiadra wody na okna i myje samochody. Po południu trochę się przejaśnia, wyruszamy po chrzan do polskiego sklepu i sprawdzić jedno kawowe miejsce na nabrzeżu. Trafiamy akurat na początek odpływu, woda dopiero niedawno wpełzła na drogę, ale gdy dojeżdżamy do miasta rzeka właśnie rusza pędem ku ujściu. Po drodze do kawiarni mijamy ogacone słupki:


Canale to wspaniałe miejsce, bruschetta pyszniutka, flat white ma mleko idealne, będziemy tu przychodzić nie raz i nie dwa. Siedzieliśmy tam prawie półtorej godziny, a po powrocie odpaliliśmy biografię Hawkinga, Teoria wszystkiego (2014). Duże rozczarowanie, papka dla pensjonarek, główny aktor dobry, poza tym dwie godziny o niczym, bo scenariusz to kiła. Zapamiętałam tylko kartofle i groszki oraz ... zapomniałam co.

piątek, 14 lutego 2020

Postscriptum #59.

Soundtrack tych Walentynek to dwie płyty Aurory: All My Demons Greeting Me As A Friend (2016) i A Different Kind of Human (2019).

Gdy weszłam do domu na stole czekała paczka w papierze w zimowy deseń, a w niej dwie koszule (jedwabna w żółto-zielono-granatową kratę firmy Joseph i bawełniana khaki od Farhi) oraz fikuśna, bawełniana tunika w granatowym kolorze, Jil Sander. Opowiadaliśmy sobie z miłym o naszych pierwszych pocałunkach. Odpoczywamy. Kawa wychodna, gdy nasze dusze dobiegną.

59. Powrót.

Obudziłam się o 3.30 czasu polskiego. (nie liczę lekkiego zasłabnięcia z samego rana, przed śniadaniem) Podróż była spokojna, ze słonecznego (wczoraj)  Dolnego Śląska relokowałam się do pochmurnego hrabstwa Louth bez żadnych komplikacji. Na lotnisku miałam troje odprowadzaczy, dwoje dwunożnych i jednego czworonożnego:


W Dublinie zostałam przywitana po staroirlandzku, białymi różami i pączkiem. Po drodze wstąpiliśmy do Tesco, żeby kupić coś na obiad, i już około jedenastej (czasu irlandzkiego) mogłam sobie podsmażyć krewetki na śniadanie. Jem je tym razem sama, bo małżonek i kot odsypiają pracowitą noc.

czwartek, 13 lutego 2020

58. Zakocenie.

Przez te kilka dni dom rodzinny okazał się być zupełnie zdominowany przez zwierzaki. Jeden i pół kota przypada na człowieka. Rano znajduję Mruczusia schowanego pod kołdrą, wychodzi na chrupki i szybciutko wraca, zanim zdążam złożyć łóżko. Wieczorami apogeum — nawet autystyczna Rózia zajmuje fotel w salonie. Rozglądając się za wolnym miejscem do siedzenia trzeba uważać, żeby nie potknąć się o psa.

O poranku wideokonferencja z Fredem — zaśmiewamy się ze znajomego, który po azjatyckich wakacjach zwyczajowo zjawił się u lekarza pierwszego kontaktu, żeby wydębić kacowe i utknął na kwarantannie na tydzień. Do walizki pakuję m.in.


— w tym stare notatki do pytań na obronę dyplomu od Grażki, kultową gramatykę Bęzy, pierwszy zeszyt notatek do hiszpańskiego. W Tcy przepisałam nr polskiego telefonu na siebie. Poza tym odwiedziliśmy z tatkiem ciocię Kstę, jego starszą siostrę.


Na Kino TV o tej samej porze co zwykle będzie kolejny Poirot, odc. 2.9, Gwiazda zachodu (1990). Walizka prawie spakowana, więc ... kto ogląda ze mną?

środa, 12 lutego 2020

57. W 6 punktach

1. Wyniki badań Freda z poprzedniego tygodnia są jak się należy.

2. Dopadły mnie korzonki (akurat gdy jechałam do miasta). Posiedziałam z tatą w starym Pe nad herbatą (u niego oczywiście kawa). Po powrocie Traumon na pupę.

3. Małżonek kupił dwie płyty Aurory. Plany na Walentynki: słuchamy tych płyt, pijemy kawę we włoskiej kawiarni ;)

4. Kino TV o 19:55 Poirot: Porwanie premiera, odc. 2.8, Éirinn go Brách :)

5. Kot Wojtuś to taki badass, że klękajcie narody. Kiedyś otwierał tylko kuchenną szafkę z ręcznikami, teraz otwiera każdą, jak leci.

6. Poprawka z Traumonem na dobranoc.

wtorek, 11 lutego 2020

56. Kaffka z Luś.



Tematy były różne: o hispanistyce, robieniu zdjęć, upodobaniu do toksycznych relacji, żonie Dżi ...

... a przed kaffką włos został ścięty do ramion, baczki wygolone, naturalnie siwy odrost na wolności, radosny. Dawno tego nie było. Pięć przed trzecią e-dowód rzutem na taśmę odebrany.
___
edit 22:00 Na Kino TV o 19:55 Poirot: Perypetie z tanim mieszkaniem, odc. 2.7 (1990). No i jeszcze — człowiek na kilka dni wyjechał z wyspy i się nam rząd zmienia, o!

poniedziałek, 10 lutego 2020

55. Little fish, big fish swimming in the water ...

... sobie nucę, gdyż byłam u dentysty, teraz mam znieczuloną dolną czwórkę i usta jak PJ Harvey. Na poniedziałek więcej planów brak. Tylko tyle, że zjem pomidorową, gdy mi zejdzie z twarzy paraliż.
___
edit 21:51 Z rzeczy przedziwnych: o poranku powitała mnie wiadomość tekstowa od eM, że gratuluje mi zamążpójścia. Podobno wyglądam happy. I jeszcze: nad ranem Zellweger dostała Oscara za rolę Judy Garland. A najbardziej oryginalną z dziesięciu, i chyba jedyną interesującą wykonawczynią piosenki Elsy była Aurora.

Na Kino TV o 19:55 Poirot: Podwójny grzech, odc. 2.6 (1990) z Suchetem. Jak zwykle przyjemność.

niedziela, 9 lutego 2020

53-54. Weekend przemieszczeń.

Sobota.
— Nie wiem jak się wyciąga, oświadczył mi z rana małżonek ;D


Trochę szkoda opuszczać miasto w ten piękny, słoneczny dzień. Teściowie zachowywali sie optymalnie, na tyle na ile mogli. Wspólne mieszkanie byłoby dla mnie uciążliwe. Na e-poczcie mam już pierwszy link od teściowej na temat zdrowej żywności. Bywa i tak. Przed północą wchodzę do domu rodzinnego (przejechałam nad Wisłą i przez Zwoleń-Radom-Przysuchą-Opoczno-Piotrków Trybunalski-Bełchatów-Wieluń-Wieruszów-Kępno dotarłam do Wrocławia Głównego dziesięć po dziesiątej wieczorem, za Piotrkowem zaliczyłam nawet 45-minutowy postój w Złotym Młynie) i moszczę się, bo mniej więcej jeszcze ogarniam lokalizacje różności. Ale nie czuję potrzeby bycia tu na forever and ever. Jest mi dobrze w moim życiu, takim jakie ono teraz jest gdzie indziej.

Tego dnia, już w trakcie trwania mojej podróży, Fred rzutem na taśmę zakupił jeszcze dwie płyty dvd. Nie bardzo idzie nam kontakt, gdy znika zasięg internetu ...

Niedziela.
... ale z rana wiem, że Rysiu czekał na tatę w środku. Oboje odsypiamy, ja obowiązkowo przed włączonym tv (tym razem padło na odcinek Columbo z hasłem Różyczka), małżonek w naszym łóżku, z kotem. Nie wychodzę na słońce. Gadam z Maksiem i resztą trzody. Nad Europą przechodzi sztorm Ciara.
___
edit 21:10 ... no i się okazuje, że ten mój Hilary wcale nie zgubił okularów, które myślał, że zgubił na lotnisku.

piątek, 7 lutego 2020

Postscriptum #52.

Po późnym śniadaniu wybraliśmy się do Zielonej, żeby Fred mógł skorzystać z usług fryzjera. Przy tej okazji pochodziliśmy po galerii robiąc małe zakupy, ja w Triumphie, małżonek w 4F. Czekając na postrzyżyny przysiedliśmy w kawiarni Sarzyńskiego i miałam okazję napić się herbaty z płatkami róży, dokładnie takimi samymi, jakich zapas dostałam dwa dni temu od Kaś. Na obiad grzecznie wróciliśmy do domu, mąż z fryzurą sarmacką. Teściowa dobrze gotuje — pieczony sum i sałatka z selera naciowego z ananasem i jarmużem. Po poobiedniej kawie ponownie wyszliśmy na ziąb. Wojska Polskiego-Wróblewskiego-Niemcewicza-Jaworową doszliśmy do cmentarza, żeby zobaczyć groby odbydwu Krzyśków. Potem na przełaj przez osiedla w kierunku Wisły, żeby wyjść akurat niedaleko Tawerny na 6 sierpnia:


Poziom wody na rzece był wysoki a nurt żwawy. Przeszliśmy się mariną aż do końca alejki sapcerowej zdążając akurat przed zamknięciem bramy na ulicę przy XIX-wiecznej kapliczce. Z 6 sierpnia  zeszliśmy do Piłsudskiego, a szukając w drodze miejsca, żeby się ogrzać, zatrzymaliśmy się na godzinę w Sushistudio. Sam budynek przedziwny, z restauracją na piętrze. Wielkie, półokrągło zwieńczone okna przywodziły mi na myśl synagogę. Ale w tym mieście synagogi nie ma. Nie zauważyłam nawet jak jeszcze z 200 m przed suszarnią minęliśmy ślad po niej zaznaczony dziś granitowym głazem. 

Rozgrzałam się miso, wciągnęłam rolki, zapomniałam zrobić zdjęcia "przed" :) Fred odmawia jedzenia pałeczkami.


Wracamy na wieczorną herbatkę w sam raz, po siódmej. Poruszamy tematy bezpieczne, choć to nigdy nic nie wiadomo przy teściach dla których ostatecznym autorytetem są media rydzykowo-kurskie. Jutro spędzę kilka godzin w podróży na zachód, Fred późnym wieczorem wróci do domu i do kota. Chyba oboje jesteśmy gotowi, żeby wyruszyć. 

52. Po uśmiechu go poznacie.

___
Poszliśmy spać bardzo późno, nic dziwnego, że nie mogliśmy się wyturlać na czas na śniadanie. Jest już po dziesiątej czasu polskiego. Słońce pięknie świeci. Zimno. 

czwartek, 6 lutego 2020

Postscriptum #51.

Spacer.
-2°C.






Wracamy po drugiej, akurat na dwudaniowy obiad. W plecaku oprócz Biblii mam ukrytych kilka płyt (Nowa extradycja Żywiołaka, Święto słońca Kapeli Ze Wsi Warszawa, Młodość Ralpha Kamińskiego) do których Fred dorzucił w ostatniej chwili Komedy Muzykę Filmową. Temat najnowszych wieści i dalszych losów Wu powraca przy stole wielokrotnie.


W drodze powrotnej zahaczyliśmy też o NoveKino na Partyzantów 6, akurat tyle, żeby się przekonać, że na Wieczorze Kinomaniaka po dwudziestej grają Judy (2019) z Zellweger. To nam robi plan na później. Możliwe, że nie każdy widz zorientuje się, że to biografia pikującej lekomanki, poza tym tandetne chwyty muszą zaistnieć, jak to w holiłódzie, ale Renée jest genialna. Kiedy wychodzimy deszczyk mży nam na głowy, wracamy wolno, rozmawiając o tym, co obejrzeliśmy.

51. Poranek.

Ziemia jest lekko przyprószona śniegiem. Szarówka nad miastem. Budzimy się wcześnie po bardzo ciepłej i suchej nocy, którą moja pupa w połowie spędziła poza kordłą. Teściowie uraczyli nas sutym śniadaniem. Myrdając stopami pod stołem omijamy tematy newralgiczne, w typie Grety Thunberg i teorii spiskowych. Trzeba umyć zęby i wyjść na świat.
___
edit 19:26 Gdy po śniadaniu wyszliśmy na spacer, w smartfonie zaatakował mnie news, że zmarł Kirk Douglas. Czasami umiera ktoś o kim się sądziło, że już dawno nie żyje. Rocznik 1916.

środa, 5 lutego 2020

50. W gościach.

Zerwaliśmy sie bladym świtem, żeby ruszyć w podróż. Rano tylko herbata (po wczorajszym słabym dniu nie chciało mi się nic). Dzień na wyspie i w Polsce był słoneczny, lecąc nad Howth bardzo wyraźnie widzieliśmy latarnię Baily, a dolatując do Lublina San wpadający do Wisły. Zapomniałam różu, to i mam nowy, kupiony w strefie , 320 rouge profond Chanel. Po trzynastej Kaś Matka Kotom odebrała nas z lotniska i zawiozła do tych dwóch gentlemanów:




Leoś i Kacperek. Gospodyni uraczyła nas symfonią dla zmysłów — zupą dyniowo-batatową z rozmarynem i innymi cudami, oraz czarnymi wstążkami z robaczkami, o ciastach nie wspomnę, bo wciągnęłam ino odrobinkę z powodu przekroczenia pojemności. 



Łaski pełni zobaczyliśmy świetliste chmury nad Azotami dopiero po ósmej wieczorem. Nowa Aleksandria. U teściów po herbatce, rozmowa przy stole i lulu. Chyba oboje zastanawiamy się co tam porabia Ryś. 

(czas lokalny 22:55)

wtorek, 4 lutego 2020

49. Przygotowania.

Dzień pakowania walizki, odprawy, zakupu ubezpieczenia i czerwonego cheddara dla Kaś. W południe internetowo rozmawiam z Marcią — to taka osoba, której nie poznałabym, gdyby nie praca. Nie rzucam się z radami, już wiem, że to bezcelowe. Wytrzymuję, chociaż rozmowa z nią mnie przygnębia, to kontakt z innym, paskudnym światem alkoholowej mizerii. Kilka lat temu zaprosiłam ją na obiad. Teraz nie czuję, że to jest dobry pomysł. I już mi się nie chce — rozmowę kończę w najszybszym możliwym terminie. Poza tym dzień z ciśnieniem trupa. Chłopakomąż wziął mnie więc na wyprawę W Poszukiwaniu Czerwonego Cheddara, którą zaczęliśmy od lunchu w Stockwell Artisan Foods. Gwen zaserwowała nam for a change, czyli jak zwykle, wrap z falafelem (dla mnie) i ciasto marchewkowe z bitą śmietaną (dla Freda). Poza trzema solidnymi kawałkami sera, wyszliśmy z Tesco obładowani kocimi przysmakami. Kolejny jasny, nieomal bezchmurny dzień, pomimo to gór prawie nie widać — Mourne skrywa niewidzialna mgła, Carlingford nierealnie unosi się nad wybrzeżem. Po powrocie złapaliśmy Annę, żeby zostawić jej klucz do domu i prowiant dla Rysia. Słoneczne promienie nadal są widoczne o tej porze, kolorują kawałki pary wodnej na brzoskwiniowo. Dobrze jest.
___
edit 18:40 ... i jeszcze dopisz, mówi mi Fred, że zmieniamy Toyotę na Hondę. Nie dalej jak w ostatnią sobotę, gdy byliśmy u Ka&Jot, Ka się zastanawiał. Dzisiaj zadzwonił, żeby zakomunikować decyzję.
___
edit 22:24 Kaś pisze, że ciasto orkiszowe kupiła. Matkobosko, jak mi się nic nie chce oprócz spania. Reisefieber śpiączkowe. I majtki zapomniałam spakować.

poniedziałek, 3 lutego 2020

48. Wędrówki szpitalne.

Nareszcie w domu. Z rana zmarnowała się kawa, bo tak nie mogłam się doczekać codziennego rytuału, że zaparzyłam ją zanim się okazało, że małżonek na tomograf chce iść na czczo pomimo późnej pory wizyty. Byliśmy więc w Beaumont (markery) i u św. Józefa w Raheny (tomograf). Gdzieś pomiędzy widzieliśmy ogromne stada dzikich gęsi, które pasły się na boiskach w środku ludzkich osiedli, a słońce przeszywało nas na wskroś. Po wizycietach pojechaliśmy do Swords, początkowo z zamiarem pozostawienia samochodu w Pawilonach i spacerowania po mieście w poszukiwaniu restauracji. Okazało się jednak, że na miejscu jest dobra pizzeria. Fred zjadł swój pierwszy posiłek tego dnia po piętnastej w Milano — trochę głośno, ale pizza funghi di Bosco doskonała, oczko wyżej od fastfoodowej reszty naokoło. Zeszliśmy potem do Costy przypieczętować wyjazd kawą. I jeszcze małżonek kupił sobie w międzyczasie brązowy, jedwabny szalik w pcioły Dolce&Gabbana, akuratny na fular, i zielonkawe, zamszowe Conversy. W związku z tym te stare, czarne ze srebrną kratką, które znają Freda cztery razy dłużej niż ja, pójdą do nieba dla trampków, bo już straszą oderwaną piętą. Z Pawilonów wyszliśmy o zmroku, autostrada, jeszcze krótki przystanek w "naszym" Lidlu, i dom. Nie mogę się napić. Zawsze tak mam, że niezależnie od tego ile płynów wleję w siebie poza domem, gdy wracam do domu, przez dłuższy czas czuję takie pragnienie, że nie mogę "dopić" do końca. Lubię ten uczuć.

niedziela, 2 lutego 2020

47. Pacz, mame, wiosna.

godz. 12:18


Wg gaelickiego kalendarza od wczoraj na wyspach jest wiosna. Imbolc. Cuś w tym jest, jak powiedział poeta. Rysio też to zauważył. Po obiedzie Fred ma ostatni dzień pracy przed wylotem, tym razem bliziuchno, rzut beretem na północ, a ja jeżdżę w Nowej Aleksandii palcem po mapie.
___
edit 20:10 Wyjadając resztki nutelli prosto ze słoika dokańczam drugą serię Panny MarpleDom niespokojnej starości i Tajemnica Sittaford (2006). Doskonała obsada, w pierwszym Andrews, Scacchi i Dance, w drugim Dalton, Wilby, a nawet Hardy jako Churchill. I gejowski wtręt (gdy już prawie straciłam nadzieję). Z Geraldine został mi jeszcze trzeci sezon (cztery odcinki), dokończę pewnie za jakiś czas.

sobota, 1 lutego 2020

46. Pierwszy lutego.

Teść przesłał nam wiadomość, że noc spędził w szpitalu, ale jest już lepiej i wrócił do domu. Mama informuje mnie z kolei, że u nich kilkanaście stopni na plusie — moje plany jakie wziąć buty na podróż zmieniają się jak w kalejdoskopie.

Po objedzeniu się ruskimi pierogami wieczór spędziliśmy u Ka&Jot. Trochę obgadaliśmy sprawę ile jest świętych obrazków u rodziców Ka (podobno ze 130) i zmianę samochodów na lepsze (może się zsynchronizujemy). Obejrzeliśmy Chce się żyć (2013) Pieprzycy z Ogrodnikiem — film przede wszystkim świetnie zagrany, także przez dziecko, nie ma ciućkania i bidusiowania nad kaleką. Lubię siedzieć obok, trzymać Cię za rękę i czuć, że się wzruszasz oglądając.