... do Kuchniosalonu, a tu the Eagles w głośnikach, mysz nakarmione, wykupkane, bawią się pod tapczanem, mąż siedzi przy laptopie. Gdyż późno, chyba po dziewiątej. Ruchy wolne. O jedenastej byliśmy po śniadaniu, Kochany kończył jeszcze kolejną kawę, ale już był plan wyjścia nad morze.
Idziemy i idziemy, po drodze Kochany rozmawia ze Stu, pyta co by szwagier chciał zobaczyć, i tak dalej. Piję kawę, kubek jest źle domknięty, więc trochę wylewam na szalik. Ciepła szarość, spokojny dzień, przypływ powoli nadchodzi (na horyzoncie dwie duże jednostki czekające na możliwość wejścia w Boyne oraz fatamorgana dublińska).
Po spacerze myję włosy (pomna planów na wieczór); Kochany robi obiad; w Kuchniosalonie przyjemnie ciepełko, włosy szybciej schną; zanim zabraliśmy się do jedzenia, zauważyłam, że Bronia była niespokojna: najpierw próbowała coś dojrzeć na ścianie i wskrobując się wyżej poruszyła zdjęcie Rysia, potem leżąc na tapczanie przyglądała się czemuś bardzo intensywnie, początkowo sądziłam, że jakiejś latającej muszce (Mania obok niej niewzruszona, śpi, a Bronia patrzy i patrz). To nie była muszka, to była wisząca szafka z płytami tuż przed przegraniem walki z grawitacją. Podtrzymałam ją w ostatniej chwili — gdyby nie uważność Broni, spadłoby nam to wszystko na łby. Czyli w sypialni sajgon, Fred przenosi płyty. Ja z braku laku pucuję podłogę za szafką, bo miałam wypucować. Już mi myśli uciekają w kierunku wyprawy urlopowej (jaka będzie pogoda? ile wziąć par majtek? czy już kupić bilety do muzeum?).
Wieczór u Ka&Jot, rozmowa (głośna, o świętach rodzinnych i innych wariactwach) oraz pierwszy odcinek drugiego sezonu 1670 (podobał się nam). Wróciliśmy do domu. Kochany właśnie wiesza szafkę, wiertarka w robocie, myszy panikują.