[go: up one dir, main page]

Strony

niedziela, 28 września 2025

2112. Wchodzę ...

... do Kuchniosalonu, a tu the Eagles w głośnikach, mysz nakarmione, wykupkane, bawią się pod tapczanem, mąż siedzi przy laptopie. Gdyż późno, chyba po dziewiątej. Ruchy wolne. O jedenastej byliśmy po śniadaniu, Kochany kończył jeszcze kolejną kawę, ale już był plan wyjścia nad morze.

Idziemy i idziemy, po drodze Kochany rozmawia ze Stu, pyta co by szwagier chciał zobaczyć, i tak dalej. Piję kawę, kubek jest źle domknięty, więc trochę wylewam na szalik. Ciepła szarość, spokojny dzień, przypływ powoli nadchodzi (na horyzoncie dwie duże jednostki czekające na możliwość wejścia w Boyne oraz fatamorgana dublińska).


Po spacerze myję włosy (pomna planów na wieczór); Kochany robi obiad; w Kuchniosalonie przyjemnie ciepełko, włosy szybciej schną; zanim zabraliśmy się do jedzenia, zauważyłam, że Bronia była niespokojna: najpierw próbowała coś dojrzeć na ścianie i wskrobując się wyżej poruszyła zdjęcie Rysia, potem leżąc na tapczanie przyglądała się czemuś bardzo intensywnie, początkowo sądziłam, że jakiejś latającej muszce (Mania obok niej niewzruszona, śpi, a Bronia patrzy i patrz). To nie była muszka, to była wisząca szafka z płytami tuż przed przegraniem walki z grawitacją. Podtrzymałam ją w ostatniej chwili — gdyby nie uważność Broni, spadłoby nam to wszystko na łby. Czyli w sypialni sajgon, Fred przenosi płyty. Ja z braku laku pucuję podłogę za szafką, bo miałam wypucować. Już mi myśli uciekają w kierunku wyprawy urlopowej (jaka będzie pogoda? ile wziąć par majtek? czy już kupić bilety do muzeum?).

Wieczór u Ka&Jot, rozmowa (głośna, o świętach rodzinnych i innych wariactwach) oraz pierwszy odcinek drugiego sezonu 1670 (podobał się nam). Wróciliśmy do domu. Kochany właśnie wiesza szafkę, wiertarka w robocie, myszy panikują.

sobota, 27 września 2025

2111. W sobotę ...

... o sobocie: obudziliśmy się późno; około dziewiątej uznałam, że nie mogę dłużej czekać z opuszczeniem pieleszy, bo z Kuchniosalonu już dobiegał mnie skarżący się głosik Maniusiowy. Fred odbył do południa dwie istotne rozmowy: z Kuzynem z Miasta Łodzi (czyli ustalone zostało, że niedługo się widzimy) oraz z Kolegą z Bloku. Na wczesne popołudnie miał Kochany pomysł wyjechania do El Paso, na kawę z Wojtkiem. Wolałam zostać w domu, początkowo po to, żeby niby coś posprzątać, ale skończyło się na drzemaniu na tapczanie razem z myszami.

Po południu rozmawiałam z mamą, trochę bez ładu i składu, tak tylko, żeby zobaczyć się w kamerce. Kochany wrócił z zakupami, wyspacerowaliśmy myszy (ogródek po deszczowym opadzie), zrobiliśmy obiad, zjedliśmy, próbowaliśmy też obejrzeć dokument o wczesnych latach Pink Floyd (Fredowi przypomniało się, że dostał dvd od Stu i szwagierki, która zapewne niedługo jeszcze ową szwagierką będzie, gdyż jej czas minął), ale film znudził nas w połowie, gdyż gadające głowy i niewiele ponad to. Zupełnie ciemnym wieczorem jeszcze rozmowa z Ka, mamy zaproszenie na jutro. Nie wiem, co tu robię o tej porze, mus mi łeb wyspać do końca, bo zaraz weekend pryśnie jak bańka mydlana. Zatem, dobranoc państwu.

2110. W sobotę ...

... o piątku nie bez przyczyny. Cały piątek byłam w drodze, a najpierw: o, mój łbie! Zatoki bolały mnie przez pół nocy z czwartku na piątek i uniemożliwiały zaśnięcie. Uspokoiło się gdzieś nad ranem, więc wypoczęłam przed tym długim dniem pół na pół. Tymczasem wg planu nie miałam już wracać do domu po zakończeniu szychty, bo przecież teatr.

Kochany podjechał karocą przed drugą po południu; przebrałam koszulę i ruszyliśmy na miasto, żeby pozałatwiać sprawy. Do spraw należało: zapłacenie na poczcie licencji na TV (odkładałam to całymi tygodniami, ale w końcu trzeba było wyrwać z kieszeni €160), dodanie szwagra do ubezpieczenia samochodowego (niespodzianka: zmieniły się wewnętrzne przepisy i teraz Kochany musiał za tę przyjemność dopłacić), zjedzenie lunchu (znowu meksykańskie bistro, bo smacznie).

Po posiłku ruszyliśmy do stolicy. W drodze oczywiście przysypiałam utulana posiłkiem i ciepłem w samochodzie (nadal czułam się trochę nie teges). Zaparkowaliśmy w typowym dla nas miejscu, przy stacji Connolly, żeby odkryć na tym samym parkingu samochód Druid Theatre. To właśnie na ich sztukę szliśmy do the Gaiety. Do przedstawienia pozostawało sporo czasu, więc wędrowaliśmy, m.in do Tower Records, gdzie kupiłam taką płytę Billy'ego, której słucham pisząc ten tekst:

Lunch był wcześniej, czyli w Dublinie szukaliśmy kawiarni; w końcu wylądowaliśmy w Caffè Nero obok teatru, inne miejsce po drodze z tej samej sieci było zbyt zatłoczone.

Po kawie i ciastku więcej spaceru (usiłowaliśmy odciąć się od obserwowania teatralnej figury, która usiadła centralnie przed nami). Stefan i mroczne mewy.

Druid Theatre Company przyjechało do Gaiety aż z Galway. Macbeth! A skoro Druid Theatre, to wiadomo, że reżyserem jest jedna z założycieli, Garry Hynes. W roli Makbeta doskonały Marty Rea, w roli Banko Rory Nolan, a jako Lady Makbet sama Marie Mullen (współzałożycielka teatru, co odbyło się 50 lat temu, więc łatwo policzyć, że w tej adaptacji żona była znacząco starsza od męża). Bardzo dobre przedstawienie! Gaiety niewielki jak na moje inne doświadczenia, ale lubię jego wiktoriański wystrój. 

Po prawie trzech godzinach z przerwą, marsz do Babci przez rozświetlone miasto (w domu byliśmy dosłownie tuż przed północą, do okna wdrapały się bardzo zaniepokojone myszy). Jak ja lubię tak!

czwartek, 25 września 2025

2109. Czwartek oj.

W pracy spokojniej, niż zakładałam, choć (konieczne) mielenie ozorem wychodzi mi bokiem. Kochany mój był tak dobry, że rano podrzucił mi drugie śniadanie (czekoladowe krłasanty, kajzerki i banany z Tesco), potem pojawił się o czwartej, żeby mnie uwieźdź do miejsca, gdzie kupiliśmy suchą karmę dla naszych myszy. Zupełnie niespodziewanie przy tej okazji, przemieszczając się między sklepem zoologicznym i Costą, napotkaliśmy mojego byłego szefa z pierwszej pracy w Irlandii. Albo on nas napotkał, bo zagadał, gdy byliśmy odwróceni plecami. No cóż, wiadomo, demonizuję, ale uważam, że trawa zdecydowanie mu nie służy.

Czyli była kawa z Kochanym. Lubię tak: siedzimy wygodnie w jakimś kącie, poruszamy tematy bez ładu i składu.

Wykupiłam ubezpieczenie podróżne na następny rok (kolejna sprawa przed wyjazdem odhaczona).  

Naokoło obiadu obejrzałam mietczynskiego, temat bida posiłków. Od razu przy pierwszej "potrawie" przypomniało mi się, że babcia Mania z całą pewnością zalewała czerstwy chleb czarną herbatą (kiedyś czarna herbata była herbatą jedyną) i tak jadła go na ciepło. Świta mi, że ja też tak go jadłam i również mi smakowało. Dawno to było, ciekawe jak niektóre rzeczy zupełnie zacierają się w pamięci, a potem wyskakują znienacka :)

Wyszliśmy na spacer z Kocóreczkami akurat przy zachodzie słońca, po siódmej: szarość i ziąb, czuję, że coś mnie bierze (dziewczynki za to biegają na wszystkie strony i ekscytują się obserwacją osiedla, które jest całym światem; w ogródku rosną nam kanie).

Kochany rozmawiał z dawnym znajomym, Zielonym, który znany jest również Teatru (mała Ziemia; zagadka wyjazdowa: spotkamy się z Zielonym? możliw). 

Albo to wychłodzenie, albo zmęczenie wynikające z napięcia uwagi w pierwszej części dnia (są jeszcze gorsze opcje: w robocie wirusy fruwają po biurze jak drony nad Polską), w każdym razie łeb mi pulsuje, medytacja podkołdrowa jest najwłaściwszym wyborem. Orewłar.

środa, 24 września 2025

2108. Byle do piątku.

Ten dzień, gdy wstaję i nie jest nasikane, jest jak fatamorgana :D

W pracy na początku trochę dramy, potem średnio, było parę spoko rozmów, ogólnie jednak wydatkuję dużo energii. Po pracy Kochany pod drzwiami; pakuję się i idziemy przez miasto do Simony, bistro w którym niedawno byłam z szefostwem. Zamawiamy makarony; Kochany jest zadowolony, że mamy normalne, włoskie miejsce.

Po powrocie do domu bierzemy maluchy na spacer wokół komina. W ogródku widać, ile mąż wykonał pracy z wyrównywaniem części Rysiowej górki i przygotowaniem miejsca pod lucyfery; ziarna zostały wysiane. Korzystając z szarej, spokojnej pogody, wzięłam Mańkę pod pachę i zaszłam do sąsiadki; były czułości kocie, chwila rozmowy z Anne, która pokazała nam swój pierwszy, całkiem świeży tatuaż (Junonę). Tak nam zeszło na nie wiadomo czym do po szóstej. Trochę słuchaliśmy z Kochanym różnej ramotowatej muzy z yt. Jestem zmęczona. Już mnie woła łóżko, słyszę je coraz wyraźniej.

wtorek, 23 września 2025

2107. Życie pracownicze ...

... nieco mnie ujadło (dwa emocjonalne zdarzenia, plus rozwiązanie techniczne, które mi nie odpowiada), a słaby nastrój lekko dobiła sytuacja w autobusie powrotnym, zupełnie nie mająca ze mną nic wspólnego (pijana para, która musiała opuścić pojazd zanim zdążyliśmy wyjechać z miasta). Nagromadzenie złych emocji mus było rozchodzić; w międzyczasie jednak nastawiłam obiad, poczekałam na Kochanego, zjedliśmy i wyprowadziliśmy myszy (widok dwóch małych kotów na smyczach uradował jedną z dalszych sąsiadek, starszą panią po udarze, która porusza się z użyciem laski).

Wyszliśmy na spacer w czasie zachodu słońca. Dobry spacer; temperatura przyzwoita (a przecież rano był przejmujący ziąb). W osiedlach dogoniła nas Iva i chwilę zabawiała nas opowieściami o swoim bardzo dobrze zaopiekowanym psie i historią o tym, że kiedyś wychowywała szympansa.

Wieczór:


Już mi lepiej, kotłowanina ustała, niemniej pewne pytania pozostają otwarte. Ale to jutro i po jutrze. A teraz Maanam, Jestem kobietą.

poniedziałek, 22 września 2025

2106. Takoż ...

... przyszła jesień.

Kochany zrobił mi dzień. Czekał na mnie po pracy, zaproponował test meksykańskiego jedzenia w miejscu, które często mijam, a w którym nigdy nie byłam. Dobre.


Nadal trochę nam żal dublińskiej Tolteki. Podjadłam sobie burrito na wpych, że ho ho. Kochany szukał jakiegoś drobiazgu dla kolegi z pracy, więc przeszliśmy się po głównej ulicy zaglądając do dziwnych sklepików, głębokich jak borsucze nory. Nic ciekawego, jak można się było spodziewać (tandeta, brzydactwo, do tego bez stempla UE, czyli pewnie promieniująca uranem). Skręciliśmy do Szkota. I takie rzeczy w Waterstones:


Puzzle z motywem O czym szumią wierzby! Kochany mi kupił w prezencie, żebym sobie układała, kiedy już będę mogła układać (gdyż na razie tupot kocich stópek). Wróciliśmy do Babci zaparkowanej centralnie pod moją poprzednią pracą i ruszyliśmy do domu, bo już był najwyższy czas. Spacer myszowy krótki; chłód nie odpuścił, wręcz przeciwnie, rozbestwił się. Gdy w końcu zrobiłam sobie pierwszą wieczorną domową herbatę, zadzwoniłam do mamy i rozmawiałyśmy przez kamerkę z pół godziny (w Polsce zmiana pogody gwałtowna; na wsi brazylijska opera problemów z wywozem szamba i mama grozi reaktywacją sławojki; poza tym przestrasza mamę, że ja wracając na Wyspę, gdzieś się po mieście włóczę o północy, chodząc po mostach i szukając taksówki — uspokajam, że nie tym razem, choć tak naprawdę może i owszem). Oczywiście, rozmowy tego typu doprowadzają mnie i Kochanego do innych rozważań, wybiegania myślą, czy lecimy przez opolskie, czy przez miasto Łódź, a jak przez miasto Łódź, to z kim się widzimy. Od razu mi przychodzi do głowy mężowski Kuzyn z Miasta Łodzi, a jak kuzyn, to żona kuzyna, a jak żona kuzyna, to Świrówna, bo kto wie, może się znają, gdyż świat to tylko mała, zatłoczona kropka. Czyli na końcu rozmawiamy o ludziach z wirtualu.

Bo ty nie masz najważniejszego, kończy swój wywód Fred, wiary nie masz.
Jak to nie mam wiary! protestuję. Wierzę w ciebie. Wierzę w cud nad kuwetą. Zobaczysz, pewnego razu obudzimy się i nie będzie nasikane.

Burrito było tak sycące, że wchodzą mi już tylko herbaty. Dobrze jest. Spokojnie na tyle, że mogę sobie wszystko w głowie poukładać, pisać, przeglądać cudze teksty.
Dobrej nocy :)

niedziela, 21 września 2025

2105. Zwodnicze słońce.

Planowałam wyjść po śniadaniu nad morze, ale pierwszy spacer do ogródka w celu wywieszenia prania odwiódł mnie od tego zamiaru. Powiewy powyżej 40 km/h, do tego wyjątkowo chłodne. Za to pranie będzie rozkosznie pachniało; nadeszły dni pralnicze (wstawiłam pralkę trzy razy, najpierw białe koszule, niezbędne, potrzebne od jutra, potem jasne ubrania, które przeleżały czekając na lepszą pogodę, jako ostatnie kocie posłanko i kocyk zasikany podczas ostatniej wizyty u weta), jutro kolejna porcja (w międzyczasie, pomimo prognozy, deszcz z dziwnej chmury jak z kreskówki, na szczęście akurat wyszłam na dwór i szybko przez okno wrzuciłam ubrania do sypialni).

Popołudnie poświęciłam książce, dokończyłam If Only Vigdis Hjorth (Verso, 2024). Jazda :) Fred wrócił, zaczął robić obiad (kalafior i girasoli), ja czytałam, potem opowiadałam mężowi o fabule, bo mocno zazębiała się z tym, o czym ostatnio dyskutujemy zachłannie (chlanie). Po obiedzie koty na smycze (zimno już przejmujące); na chwilę zabrałam Bronisię do Anne, która wyszła w pidżamce (w końcu już siódma, zresztą jest niedziela, zresztą niech se każdy chodzi w pidżamce, kiedy ma ochotę) i wygłaskała koteczkę. 

Zauważyliśmy Gardę czatującą niedaleko naszego domu — wcześniej, przy boisku nieopodal, płonęło ognisko zaczadzające sąsiedztwo czarnym dymem. Domyślamy się, że ktoś podpalił palety zebrane na Halloween. Następne palety, poprzetykane wielkimi oponami, stały na zielonym placu obok nas, stąd zapewne Garda. Po jakimś czasie palety zniknęły.

Kończy się niedziela; woda ścieka mi nadal z włosów, trzeba będzie dosuszyć. 

sobota, 20 września 2025

2104. Nihil novi (end wery gut).

Kiedy się na dobre obudziłam, Fred był już przygotowany do wyjścia. Śniadanie pół-irlandzkie (fasolka, pieczarki, jajka), wstawiłam i rozwiesiłam pranie, więc o dziewiątej byłam gotowa na spacer. Najpierw jednak natknęłam się na Katlin, która zwierzyła mi się z przeciągającej się niedyspozycji.

Na plaży nadal całe mnóstwo skorupek po omułkach, znalazłam  jednego żywego, trzymającego się rozpaczliwie innej skorupy (do morza). I żywego ślimaka-periłinkla ślumpającego w kierunku umykających fal (do morza). I żywe pąkle na kadłubie padłego kraba (do morza). Oraz kilka jeszcze innych spraw.



W domu z powrotem przed jedenastą; zaszłam do sklepu po mleko, zrobiłam sobie budyń waniliowy i kawę. Cała ta poranna procedura bardzo mnie zrelaksowała, spięłam się dopiero później, gdy nie mogłam znaleźć kabla do aparatu fotograficznego (używałam go pierwszy raz od dłuższego czasu), a potem odkryłam, że Maniutek nasikał na ładowarkę do laptopa (nie wyrobię z tym potworem!).

Zerknęłam na stary teatr tv, Błękitny zamek, obejrzałam aktualną Gosię, która robiła w Edynburgu bajaderkę. Po powrocie Kochanego z pracy zjedliśmy obiad, na chwilę wyszliśmy z myszami (zimno się zrobiło, choć nie ziściły się deszczowe zapowiedzi) i dokończyliśmy oglądanie Manhattan Murder Mystery. Wszystko niespiesznie. Czy coś mam do odhaczenia? Ładuję czytnik, będę kontynuowała Hjorth. Prysznic, herbata, lektura, zaleganie.

piątek, 19 września 2025

2102-2103. Przez czwartek i piątek.

Aaaa, długi czwartek, od momentu wyjazdu z domu (po siódmej) do powrotu (przed szóstą) trochę minęło. Dzień pracowniczy gęsty, aczkolwiek spoko, po prostu, trzeba było zrobić, co było do zrobienia. W końcu podpisałam kontrakt. Przyjęłam jeszcze dwóch interesantów o czwartej, kiedy miałam już wychodzić, więc wyszło, że w drogę powrotną zabrałam się z moim Kochanym.

Od rana nad wsią kilkakrotnie przeleciały ciemne helikoptery, robiły dużo hałasu. Zazwyczaj tego typu przeloty oznaczają akcję ratunkową, ale tym razem nie tylko ja zauważyłam, że helikoptery nie należą do straży wybrzeża. Myszy z emocji sikały jak najęte. Nawet sprawdziłam mapę flightradar w czasie jednego z przelotów (na niebie rzekomo nic, null, zero, czyli zapewne jakieś wojskowe hece, może Pomarańczowy leciał nad Irlandią).

Z innych njusów rodzinnych, Wu szczęśliwie się rozwiódł; rozmawiałam z mamą, więc zobaczyłam Gosię i Franię (koty, mamę i córkę).

W piątek radykalna zmiana pogody, od rana ulice mokre od deszczu. Odpękałam wszystko jak należy, i o drugiej Kochany porwał mnie spod biura. Pojechaliśmy do Północnej, kupić tanie rolety na miejsce tych, które Kocóreczki nam do szczętu poobgryzały (te pewnie też poobgryzają, więc się do nich nie przyzwyczajam). Po drodze mijaliśmy El Paso, więc zaszliśmy na obiad do suszarni, włala:

W drodze powrotnej z Newry znowu padało na nasz dopiero co umyty samochód. Po przekroczeniu progu króliczej nory, padłam jak kawka; przez pół godziny nic mi się nie chciało, dopiero po jakimś czasie zmusiłam się do powstania i zrobienia nam herbat. Manhattan Murder Mistery (1993), koniecznie.

środa, 17 września 2025

2101. Dzień do obserwacji.

Pojechaliśmy do miasta rano oboje, bo Fred miał wizytę u lekarza po ostatnim tomografie. Chcieliśmy napić się razem kawy, zanim środa rozpocznie się na dobre; siedzieliśmy przy oknie i rozmawialiśmy o rzeczach.

Rozmawiałam z Kochanym ponownie jeszcze będąc w pracy. Nie poszło tak, jak zawsze. Czegoś tam się lekarze dopatrzyli, w rodzaju czegoś do obserwacji, więc nieprzyjemna sprawa, tak siedzieć i obserwować. Gdy skończyłam o czwartej, Kochany czekał już na zewnątrz z prezentem, książką kupioną w Waterstonesie, The Sea Johna Banville'a.

W domu robimy obiad, po posiłku wychodzimy z Kocóreczkami na ogrodowe przygody, po czym idziemy nad morze; gdy wracamy jest jeszcze przed ósmą (zacinał mocny wiatr, tylko jedna morsopływaczka nurzała się w pianie morskiej; wracając zauważyliśmy młodocianych zbieraczy palet — w zasadzie trudno było ich nie zauważyć, bo czwórka przebojowych chłopaków wyprzedziła nas pomagając sobie w zadaniu transportu hulajnogą elektryczną; czyli zaczął się sezon halloweenowy). Rozmowę Freda z Wu w dużej części spędziłam odpierając Maniusiowe ataki czułości, część pod prysznicem, teraz klikam, dyskusja powoli się kończy. Z pewnością pójdę spać wytulana (w pracy dostałam nową umowę, nawet jej dobrze nie przeczytałam, nie chce mi się o tym myśleć, mam jakieś zagęszczenie refleksji, może/pewnie podpiszę jutro).

wtorek, 16 września 2025

2100. Szczęściara.

Dobry to był pomysł z dłuższym snem (pod kołderkę o dziesiątej, pobudka 6:15).

Czyż nie jest ze mnie szczęściara? Po pracy wychodzę za zakręt i widzę Kochanego, jak zmierza w moim kierunku bardzo z siebie zadowolony; robimy zakupy w polskim sklepie na zaś, potem idziemy na kaffkę do Czarnej. 

Pogoda dziwna, szara, ale w sumie ciepła, niezbyt wietrzna, więc przed obiadem wyszliśmy na chwilę do ogródka z kotami (słońce jak blady krążek). Potem zagościła na wybrzeżu bura chmura, więc deszcz, do tego obiad późny (Kochany po siódmej serwuje łososia z kartoffeln). Czyli spacer nad morze był raczej nocny; wyszliśmy po zachodzie słońca, mieliśmy ze sobą latarkę, która zaraz nam wysiadła. Chwila na plaży, widok na łunę nad Dublinem:

I w drugą stronę, mroczny widok na Głowę:

Już zakręcaliśmy do domu, gdy zobaczyliśmy Stefana wygrzebującego się z hangaru, pipczącego i cisnącego do morza. Piiik. Piiik. Będzie się działo! Zaczęliśmy wypatrywać Michaela; za chwilę Kochany zauważył szybko przemieszczające się światełko, które wyskoczyło zza Głowy, przesunęło się żwawo na środek morskiego krajobrazu i stanęło w miejscu. Michael. Stefan popiczał, pomrugał światełkami, Michael mu odmrugał, zamruczał silnikiem i ruszył w kierunku brzegu. Oto szczęśliwe zakończenie (niedoobejrzane do końca, bo załogi musiały połączyć przyjaciół, żeby jeden drugiego mógł wydostać na suchy ląd, a to zawsze trochę trwa):

Było jeszcze parę osób, jak my obserwujących procedurę. Piiik. Piiik. Wiejskie rozrywki (była ekscytacja! takie szczęśliwe zakończenia to ja lubię).

W domu, za zaparowanymi oknami, czekały na nas nasze myszy. Żeby napisać notatkę musiałam się  na chwilę przenieść do sypialni, bo odparcie myszowych ataków czułości o tej porze dnia przekracza moje możliwości. Zielona herbata, książka (jutro trzeba wcześniej wyturlać się z łoża, dam radę, intencja zacna).

poniedziałek, 15 września 2025

2099. Zmęczona i senna.

Bardzo dziwny dzień. W pracy niby wyzwanie, bo jestem teraz sama, ale gdzieś pomiędzy odkryłam też, że jestem znudzona i niewyspana (brak towarzystwa w biurze to nie przelewki). Rozwiązałam jeden miniproblem, duży problem zostawiłam sobie na jutro, pomna mądrej rady, że czasem sprawy rozwiązują się same (dopiero przy wyjściu nauczyłam się też, żeby trzymać buzię na kłódkę przy współpracownicy z drugiej norki). 

Już pod koniec szychty mąż mi przypomniał, że na piątą dziewczyny są umówione u weterynarza; miałam godzinę, aby zjeść coś obiadowego i zakręcić do weta. Tak też zrobiłam, przespacerowałam się do Il Forno, zjadłam carbonarę (pustki, szybka obsługa, makaron nawet ok), po drodze kupiłam jeszcze kawę na wynos i croissanta z malinami. Pod wetem byłam punkt piąta, Kochany już czekał w samochodzie, z dziewczynami srodze zaniepokojonymi i stłoczonymi w jednym kontenerze. Nasze maluchy przestały być maluchami, obydwie Kocóreczki ważą powyżej dwóch kilo, wychodzi, że przybierały po pół kilo na miesiąc, Mańka jak zwykle jest trochę cięższa. No i cóż, u Mani są wyraźne pozostałości conjunctivitis i węzły chłonne powiększone, temperatura sprawdzona, koteczka wydaje się zdrowa, może to po prostu przydługie wychodzenie z choroby, która kręciła się ponad miesiąc temu, ale jeśli sytuacja z zapaleniem oczu i nosa będzie się powtarzała, trzeba zrobić test na FIV :( Bronia za to nie ma problemów. W drodze powrotnej zaś odwrotnie, Maniusia bezproblemowa, a Bronka Brylska źle zniosła podróż, miała atak paniki i potem długo dochodziła do siebie. 

Całą tę procedurę, od wyjścia z biura, poprzez kręcenie się to tu, to tam, po wyludniającym się, wietrznym mieście, odebrałam dość onirycznie; dziwnie jest być stąd, u siebie i nie u siebie. 

Dostałam od Hebiusa dodatek Tygodnika Powszechnego "Nasi Nobliści. Rozmowy"; pewnie wrzucę go do czytnika na później; po dzisiejszej pracy doskwierał mi głód blogowania i potrzeba picia dobrej herbaty. Ogólnie, odczuwam wyczerpanie, teraz jest ono fizyczne, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to Mózg odpala jakieś minibomby w różnych częściach ciała (szczególnie nogi mnie bolą, pomimo tego, że chodziłam niewiele). 

niedziela, 14 września 2025

2098. 86 dzień lata.

Bronka jest naszym niezawodnym wykrywaczem siuśków Maniuśkowych. Dzisiaj rano, na przykład, zajadała pierwszą porcję karmy, gdy się jej nagle coś przypomniało, i widzę, że żwawo biegnie za tapczan. Fakticznie, stare siuśki, pewnie nocne, Bronka "zagrabia" teren, Kotamamo, zobac, zobac, odkryłam kałużę, napraw. Tak, że tak. Jesteśmy po śniadaniu, Kochany schował się w sypialni i rozważa różne możliwości kontaktu ze światem, myszy śpią snem głębokim. Jeszcze godzinę temu łudziłam się odpaleniem przyjemnego planu "wyjście nad morze", ale pogoda mnie ubiegła i pojawiło się zjawisko atmosferyczne: ciapie deszczem po oknach znacznie wcześniej niż to wieszczyła pogodynka. Ach, trudno, kawa będzie i filozoficzne rozmowy minirodziny na emigracji.
___
17:45 był obiad? Był. Była drzemka poobiednia? A jakże, nawet niespecjalnie chciało mi się iść do łóżka, zdrzemnęłam się na tapczanie w Kuchniosalonie, pomimo kocich przeszkadzajek. Właśnie skończyłam jeść jogurt z granolą, dopijam herbatę. Chwilowo się rozpogodziło i świat na zewnątrz kusi, kolejny wiatr ma przyjść w nocy, do tego czasu może zdążymy wrócić od Ka&Jot.
___
23:55 niespodziewanie, na Netflixie dobry film obejrzeliśmy z Ka, Powrót do tamtych dni (2021) ze Stuhrem (pięknie pokazuje jak matki kadzą dzieciom "jesteś silny", żeby dzieci za nich wykonywały brudną robotę, np. rozmawiały z ojcami-alkoholikami). Poza tym, jeszcze u nas, Fred rozmawiał z Jackiem, a ja połączyłam się na dłużej z rodzicami (w tle przemykały czarne koty). Krótka noc przede mną.

sobota, 13 września 2025

2097. Odpoczynek i koncert.

Wstałam później niż zwykle (po siódmej, należało mi się), dzieciarnia głodna, ale też zmęczona po nocnych harcach: Bronka po śniadaniu od razu poszła w kimono, Maniutek bardziej aktywny, wygrzebywał paprochy spod tapczanu i bawił się nimi w nożną. Zrobiłam Kochanemu kaffkę, mąż wstał około ósmej. Śniadanie (guacamole, jajko sadzone dla mnie, jajka gotowane dla Freda, fasolka w tomacie dla mnie, wołowina, pomidor z cebulką, cheddar). Iiiiii ... miałam jakieś pomysły, rozmawialiśmy, ale około południa Mózg mnie zapytał, czy nie poszlibyśmy na drzemeczkę. Poszliśmy ... zrobiłam sobie dwie godziny odpoczynku od życia. W tym czasie Kochany układał w sypialni półki z butami, przestawiał coś, pakował, otwierał, zamykał; zupełnie mi to nie przeszkadzało, słyszałam objawy istnienia świata dobiegające jak zza mlecznej szyby, od czasu do czasu zmieniałam tylko pozycję, obserwowałam zdarzenia przez wpółprzymknięte powieki. Bardzo przyjemny odpoczynek. Wstałam przed trzecią i zaczęłam robić obiad (kartoffeln, kulki wołowe w sosie pomidorowo-oberżynowym). Po obiedzie wyszliśmy do ogródka z myszami; jesiennie bardzo, słońce jakoś nisko, wszystko się grzebie niemrawo, nawet muchy fruwają wolniej, ostatnie podrygi trzmieli, wysyp rusałek pokrzywników.

Nagle zrobiła się piąta, trzeba było w coś się ubrać i ruszyć do stolicy. Po drodze zatrzymaliśmy się w kawiarni przy emłanie. Gdy siedzieliśmy nad kaffkami, pogoda zmieniła się diametralnie, z północy przypełzła czarna chmura, spadł deszcz z gradem, niebo pobielało kilka razy.

Wyczekaliśmy aż przestanie lać i ruszyliśmy dalej. Na nasze szczęście, deszczowy blob nie dotarł do Dublina przed nami, z niedogodności wystarczyło nam, że Fred dość długo szukał miejsca do zaparkowania i weszliśmy do NCH na pięć minut przed rozpoczęciem opero-koncertu. Najpierw Viva Verdi, potem Viva Wagner; ciekawe porównanie. INO w pełnej obsadzie, orkiestrą dyrygowała Keri-Lynn Wilson, głosy: Sinéad Campbell Wallace, Ryan Capozzo i Yngve Søberg, 

Po schajcowaniu się Walhalli, wyszliśmy na nadal suchą stolicę. Samochód był zaparkowany niedaleko, przed the Victorians. Widzieliśmy lisa! W drodze powrotnej do domu towarzyszył nam wielki półdupek Księżyca.

piątek, 12 września 2025

2096. Wczoraj i dzisiaj.

Czwartek zakończył się dwoma znaczącymi historiami. Po pierwsze, świekra zadzwoniła do Kochanego (temat podziału majątku nie został odpuszczon, brniemy). Po drugie, od kilku dni patrzyłam jeno na książkę Kazantzakisa, aż w końcu posłuchałam Mózgu i otworzyłam na czytniku If Only Hjorth (mam ją także w papierze, może będę stosowała dywersyfikację, jeśli tylko książka wywietrzała z kocich siuśków). Ale to wczoraj późnym wieczorem, zaś w piątek:

W pracy ciche pożegnanie. Był nawet uścisk z Szefem (który nie lubi uścisków) oraz lunch na cztery osoby w Simonie (zapamiętuję miejsce, mają dobry makaron). 

Po posiłku szybko przemieściliśmy się na powrót do biura, Szef odjechał na motórze, ja poczekałam na Kochanego i przed trzecią ruszyliśmy z mężem na kaffkę do Czarnej. Po powrocie do domu, od razu spacer z Kocóreczkami, żeby wykorzystać okienko pogodowe (chwilę wcześniej padał deszcz; słonecznie, ale zimno). Rozmowa z Usz (w temacie świekry i sprawy wiadomej, oraz njusy kocie — biała pantera szwagrostwa będzie miała nowe rodzeństwo z adopcji). W głośnikach debiutancki album Świetlików, Ogród koncentracyjny (1995). Trochę obiboctwa z mojej strony, turlania się po łóżku; gdy wróciłam do Kuchniosalonu, właśnie trwała rozmowa Freda z Perlistym (wspominki, wymianki zdrowotne, kwestie kocie, i in.). Byczenie się weekendowa pora zacząć (w tle Maanamu album O!).

czwartek, 11 września 2025

2095. Usilne poszukiwania ...

... żwirku dla kotów (trzy miejsca, trzy rozczarowania, pojechaliśmy nawet do południowej bramy) opóźniły obiad i inne typowe działania (np. króciutkie wyjście z kotami; na dworze ziąb, ja w neonowej czapce, Fred w puchowej kurtce pod chłodnym niebem, na odchodnym zamknęłam od zewnątrz lufcik w sypialni — okno jest wypaczone i lufcik zacina się tak, że nie można go domknąć od wewnątrz). Nie mam dzisiaj żadnych historii, bo praca dość intensywna, cały dzień z ludźmi płatającymi się pod nogami, więc na koniec dnia nie chce mi się o tym myśleć. Mimo wszystko, chyba jest mi dobrze (ach, pomiędzy pracą a poszukiwaniami żwirkowymi, poszliśmy z Kochanym na kawę, tak sobie, bo lubimy ze sobą chodzić). Ponieważ mój wyjazd październikowy jest niemalże pewny (i koty zaopiekowane, i zastępstwo w pracy zorganizowane), wsączają się mi w głowę przyjemne perspektywy bycia w różnych miejscach (a przecież we wrześniu jeszcze koncert! jeszcze teatr!).

środa, 10 września 2025

2094. Drony i wrony.

Rano obudziłam się do wiadomej sensacji: drony bojowe na terenie, do którego mamy nadzieję dojechać w październiku. W związku z tym, wieczorem, już po obiedzie i spacerze myszowym, rozmawiałam z mamą, żeby dowiedzieć się jak to jest, bo świekra w panice, chce rozdawać dzieciom rodowe srebra. Różnica między naszymi rodzicielami taka, że moi oglądają TVP, a świekra TV Republikę, media pachnące ruską onucą. W mediach oficjalnych stabilizowanie nastroju, w ruskiej onucy destabilizacja, nic nowego pod słońcem. Poza tym w Polsce jest cieplej, czyli przechodzimy do pogody:

Od rana padało, rozpogodziło się dopiero po południu. Kochany podjechał Babcią o umówionej porze, ruszyliśmy jeszcze w miasto, m.in. żebym mogła poszukać kartki pożegnalnej na piątek (znalazłam). Błękit nieba tak zachęcający, że byłam pewna swojego planu wieczornego spaceru, jednak po wyprowadzeniu Kocóreczek zmieniłam zdanie. Ziąb. Nad nami królowały same mewy, wrony schowały się w koronie drzewa po sąsiedzku. Biorę przykład z tych ostatnich, moim gniazdem jest Kuchniosalon z zaparowanymi oknami; czarna herbata już zaparzona, przyjemnie gorąca.
___
edit 20:50 mąż mi mówi, żeby zapisać, że za późno dowiedzieliśmy się o koncercie Johnny'ego Rottena. Oraz rozmowę z bratem jako przypis do situazione. Zapisuję.

___
edit 21:45 skoro zaś już dopisuję takie różne, z takich różnych raczej pozytywnych: dostaliśmy właśnie informację od Stu, że przylatuje opiekować się Kocóreczkami. A Maniutka traci mleczaki, przed chwilą zauważyłam (zaintrygowana spuchnięta wargą biedulinki), że rusza się jej pierwszy kieł (dolny, po prawo).

wtorek, 9 września 2025

2093. Obserwacje, podmianka, niespodzianka, wiatr.

Rano pojechaliśmy z Kochanym razem do miasta. Przy zakupie kawy w Czarnej (jedna na wynos dla czekającego w samochodzie męża, druga na miejscu dla mnie) zauważyłam, że obsługuje mnie trans kobieta (duże dłonie, dziwnie wysoki głos). Bardzo ciekawe, niestety Kochany nie mógł dzielić ze mną obserwacji. Zapytałam oczywiście, czy jest na stałe; jednak nie, zastępstwo z Dublina. 

W pracy miło i trwożnie: zamieniam się z Szefem biurkami. 

Na wieś wróciłam z dwadzieścia minut wcześniej od męża, więc zaczęłam robić jadło (potato masz, szparagi na parze, pomidory w śmietanie), po swoim powrocie Kochany dorzucił do tego smażonego łososia. Gdy kończyliśmy jeść obiad, przypomniałam sobie, że dostałam w ciągu dnia wiadomość od Anne na WhatsAppie: prezent koncertowy, wyjście w ten weekend, suuuper!

Już gdy wylądowałam w naszej wioseczce i weszłam w osiedle, zauważyłam wzmagający się wiatr. Teraz pada i wieje coraz mocniej.
___
edit 19:55 rozmawiałam z mamą. Poopowiadałam jej, że u nas sztorm bez imienia, że zapowiada się wszak inny, później w tygodniu, że odkryłam pusty listopad w kalendarzu Ryanaira dla mojego ulubionego lotniska i początkowo sądziłam, że to wina irlandzkiego przewoźnika słynącego z chciwstwa — ale nie, to lotnisko we Wrocławiu ma przerwę w pracy, bardzo niefortunnie, bo miałam ochotę na mikrowypady. Cóż. Mama pokazała mi zupełnie czarną Józefę świecącą pomarańczowymi ślepkami.

Wieczór zapowiada się krótki, już mnie łóżko przywołuje.

poniedziałek, 8 września 2025

2092. Ależ przyjemnie ...

... po wczesnym prysznicu, z herbatą w łapce. Wróciliśmy z Kochanym znad morza, widoki były m.in takie:

Poza tym? Praca pracowa. Kurz po ostatnim tygodniu jeszcze nie opadł, ale wdrażamy się z poczuciem ślimaczego ruchu w dobrym kierunku. Jeśli o mnie chodzi, dociera do mnie, że klamka zapadła. Wyszłam z biura o czasie, niestety późnym, bo tak teraz będzie najczęściej, i ruszyliśmy z Kochanym do domu (mąż w ciągu dnia przestawiał szafę w sypialni, zajęło mu to kilka godzin, ale efekty są zadowalające). Dopiero na miejscu, gdy wychodziłam z auta, uświadomiłam sobie, że czegoś mi brakuje: zapomniałam plecaka. Byłam prawie pewna, że pozostał w biurze, ale ponieważ z tyłu głowy kiełkowało jakieś pięć procent niepewności, że mogło być to inne miejsce, po obiedzie (spaghetti z pesto) i myszowym kółku wokół komina, pojechaliśmy z powrotem do miasta. Oczywiście, plecak na mnie czekał tam, gdzie podejrzewałam, potem pojechaliśmy do Woodiesa, żeby Kochany mógł sobie kupić buty. Pogoda prawdziwie irlandzka, deszcz, słońce, deszcz (wchodzę do biura, kropi), słońce, i tęcza prowadząca nas do domu. Ale najpierw spacer po plaży, jak wspomniałam na początku. Mały, dobry dzień (choć może nie dla omułków jadalnych; zatrzęsienie ich pustych skorupek leżało w wieczornym piasku).

niedziela, 7 września 2025

2091. Wiatr ...

... i deszcz konkretnie odbierają mi rano ochotę na spacer. Może niesłusznie, może powinnam brnąć, korzystać, ale cóż. Rozmawiam z mamą (rodzice pokazują mi dwa z trzech kocich nabytków, Bronka i chyba Józię), rozmawiam z Kochanym, gdy w przerwie w pracy przemieszcza się gdzieś z szelmowskim uśmiechem, robię kiepski nie-gulasz, zapominam też, że jesteśmy umówieni z Ka&Jot (Kochany mi przypomina, gdy stoimy w ogródku i patrzymy na myszy tarzające się w mokrej trawie — bo nareszcie pogoda zmieniła się około szóstej, wyszło słońce, wiatr zelżał; miałam myć wieczorem głowę, nie zdążę, trudno). Cieszy mnie ta nagła przypominajka. Zaraz ubiorę to samo, co wczoraj, i lecimy na północ :)
___
edit 6:20 (dnia następnego) U Ka&Jot było całkiem przyjemnie, tzn. przynajmniej dla nas, nie wiem czy aż tak bardzo dla Ka, ponieważ Jot w nawiązaniu do naszej rocznicy, dość długo ciągnęła temat braku ich własnej rocznicy. We trójkę (Jot poszła wcześniej spać) obejrzeliśmy film przywieziony przez nas na dvd, Zupełnie Nowy Testament (2015) Jaco Van Dormaela.

Zaćmienie księżyca, jeśli było u nas widoczne, zostało najpewniej przykryte chmurami. Najpewniej, bo zupełnie o nim zapomniałam. Dopiero, gdy wracaliśmy i łysa głowa Księżyca w pełni wychynęła zza chmurnej firanki, coś mi zaczęło świtać.

2090. Sobota domowo-koncertowa.

Wróciliśmy z sobotniego koncertu późno; tuż przed północą gotowa byłam przyłożyć twarz do poduchy postanawiając sobie, że w takim razie wpis będzie zrobiony jutro.

Witaj jutro :)

W sobotę rano Kochany wyjechał do pracy przed moją pobudką. Gdy weszłam do Kuchniosalonu, myszy znowu były głodne, albo przynajmniej tak mi obwieściły: nic nie jadłyśmy, pomocy!

Czytałam blogi, słuchałam nieuważnie albumu Suits Fisha (1994), zrobiłam pożywne, pół-irlandzkie śniadanie dla jednej osoby (fasolka w tomacie, polskie parówki, jajko sadzone). 

Rozmawiałam z mamą, pokazując jej jak Maniuśka rozwaliła się mi na kolanach do góry brzuchem i pozwala mi masować swoją prawą stópkę. Co za kot. Gdy tylko wyszłam na chwilę, rozwiesić ręcznik w ogrodzie (pogoda nieciekawa, niby zapowiadająca deszcz, zakładałam, że pewnie zmoknie zamiast wyschnąć; nie zmókł), Mańka, do tej pory śpiąca, wdrapała się na okno, potem czujnie dreptała wokół zlewu. 

Oglądałam dokument Himilsbach. Prawdy, bujdy, czarne dziury (2002), gdy Kochany wrócił do domu. Chwila mężowskich preparacji ubraniowych, ja również coś tam założyłam, o czym wcześniej nie myślałam za wiele, bo leniwa sobota nie zachęcała do robienia planów. W końcu przed siódmą wyjechaliśmy do Drołdy.

Miejsce ciekawe, kościół św. Augustyna w którym chyba nigdy do tej pory nie byłam. Parę znajomych twarzy.


Wydarzenie: muzyka folkowa nowego pokolenia z okazji trzydniowego festiwalu, Seán Corcoran Series, a w nim m.in. koncertynista Sárán Mulligan (z Dundalk) z Muirine Nic Roibín (z Wicklow), doskonały opowiadacz-pieśniarz Macdara Yeates (z Dublina), po przerwie Oíche Airneáil : A Night’s Visiting z tancerką Edwiną Guckian (hrabstwo Leintrim) i altowiolistą Ultanem O’Brienem (hrabstwo Clare), pisarz John Banville oraz RÓIS (hrabstwo Fermanagh) śpiewająca w stylu przypominającym keening. Nie pamiętam imienia pierwszej występującej, muszę zapytać Anne; wiadomo, że głos czysty jak kryształ, bo bez głosu w Irlandii nie ma sensu marzyć o karierze w Irlandii, zbyt wielka konkurencja, ale jej repertuar był raczej dla początkujących, złożony z samych przebojów (Red is the Rose widzowie śpiewali razem z nią). Poza tym Macdara Yeates zaprosił na scenę trzy śpiewające rodziny/zespoły z różnych stron Irlandii — stanęli i zaczęli śpiewać na głosy, ot tak. Niesamowite doświadczenie.

Mieliśmy szczęście z pogodą, nocny powrót przez miasto do parkingu był całkiem przyjemny (piszę to mając na uwadze rozgrywającą się za oknem o niedzielnym poranku walkę żywiołów morskich).

piątek, 5 września 2025

2088-2089. Koniec pierwszego tygodnia.

Bardzo stresujący czwartek, głównie z powodu pracowniczego "zawracania" głowy. Na końcu ok, ale wydatkowaną energię kompensuję długo.

Późno zadzwoniłam do mamy, która już leżakowała. Późno dlatego, że Fred ciekaw był znienacka, czy dojechała paczka z zakupami, poza tym nurtowała go kwestia szamba i czy rodzice słyszeli o kontrolach zapowiadanych w mediach. Mama z dumą oświadczyła, że gdy urzędniki zobaczyli rachunki z ostatnich 10 lat, nie mieli pytań dodatkowych.

Skończyłam czytać Long Live the Post Horn! Vigdis Hjorth (Verso, 2020).

Piątek w pracy krótszy, więc wiadomo, że inny nastrój. Poza tym pewne sprawy jako tako się klarują; Ajlin, która będzie niedługo moją bezpośrednio przełożoną, odwiedziła nas i zaproponowała pożegnalną kawę w przyszłym tygodniu. 

Kochany wpadł do miasta po pierwszej. Zajrzeliśmy do Lidla i wróciliśmy jeszcze do polskiego sklepu. Po powrocie do domu Kochany zrobił nam obiad, zjadłam, potem odcięło mi prąd. Obudził mnie wrzask straszliwy Maniuśki, która została behind w Kuchniosalonie, gdyż nie dała sobie założyć szelek. A tymczasem siostra na spacerze, łzy kocie i kałuża siusiek w kącie przy wyjściu. Założyłam jej szelki i wyszłyśmy dogonić Brylską Bronisławę z Kotatkiem. Bezwietrzny, chłodny wieczór w świetle słonecznym rozproszonym chmurami. Niespodzianka — Anna właśnie wróciła z domu opieki, na jak długo, kto wie. Podeszła do nas z wysiłkiem, pomagając sobie chodzikiem. Ciężka taka starość, ale niczego nie przesądza; konstatujemy, że dalsi sąsiedzi (Iva & Li), spowici w marihuanowej mgle, mogą kopnąć w kalendarz wcześniej od tej schorowanej staruszki.

Poniżej na zdjęciach, już po spacerze, Siuśka Maniuśka w pozycji spalniczej (ten mały cudak lubi spać do góry brzuchem, trzymając się łapką jakiegoś przedmiotu lub osoby; nigdy w życiu nie miałam takiego dziwnego kota) oraz Brylska Bronisława na swoim ulubionym stanowisku wieczornym, pod Bronią drapak, obok skamieliny przyjemnie nagrzewające się w późnym słońcu (można na tym pyszczek położyć, albo coś), w tle brudne okno:



Na deser dnia oglądam, jak miecio mietczynski testuje kupne fasolki po bretońsku. Bardzo interesując temat, gdyż lubię fasolkę zarówno w wersji polskiej (po "bretońsku"), jak i w wersji anglosaskiej (do śniadania, mniam).

W weekend mamy rocznicę. Ale też w weekend Kochany pracuje (fuj!). Ale też jutro idziemy lokalnie na koncert (fajnie!). Czyli: mąż ciężko pracuje, ja odpoczywam, w międzyczasie próbujemy spędzić razem trochę czasu.

środa, 3 września 2025

2087. Argrhrhrg!

W pracy jazda bez trzymanki; tak, że tak ... ale to głównie sprawy papierowe, rzeczy nad którymi nie mamy kontroli, nie związane z ludźmi, którzy są na miejscu (czyli nie aż tak źle). Mimo wszystko, mam jakiś obraz działań awaryjnych i ogólne zrozumienie, że sprawy mogą pójść nie po mojej myśli.

Kochany przyjechał o umówionej godzinie, a ja, w głowę nienormalna, zamiast zjechać do domu i mieszać w garach, wyraziłam życzenie wyjazdu do Costy. Przegryzłam coś (w pracy zapomniałam zjeść ile trzeba), popiłam kawą, przeszliśmy się z Kochanym po sklepach (już dwa lata temu o tej porze miałam ochotę kupić buty do chodu/biegu, widocznie to taki sezon marzeniowy; chodziłam więc i oglądałam, podobały mi się wyłącznie buty we wściekłych kolorach). Nic dziwnego, że obiad był o siódmej, gdy ludzie innego sortu jedzą już kolację. Ale męża to mam Kochanego! :D (przed obiadem był krótki spacer myszowy; jesień, wszędzie jesień, szpaki zbierają się w szpacze gangi, poza tym czy ja pisałam, że rano lało jak z cebra? to piszę).

Reszta planu dnia jest taka, że coś tam komentuję, coś tam czytam, prysznic, lektura Hjort i ogólnie stress management.

wtorek, 2 września 2025

2086. Zdania wykrzaczone.

Szary, chłodnawy wtorek. W pracy sprawy się komplikują i naprawiają. W domu dobry obiad i krótki spacer po ogródku, z myszami, które zachowują się jak przedszkolaki. Wczoraj wieczorem zaczęłam czytać Long Live the Post Horn Hjorth, wraz ze zmrokiem ciążę ku tej lekturze; gdy przed ósmą zapadam w drzemkę, po obudzeniu się nie wiem, który jest dzień, jaka jest pora dnia i ogólnie, co ja tu robię. Przypominam sobie również, że wcale nie bystrzej czułam się rano, plątały się mi słowa, a zapisane zdania, które rano nosiły pozory sensu, po południu były krzywymi zdaniami. Ciekawe, interesujące.

Kochany sprawdził pogodę na kilka następnych dni. Jesień spada na nas.

poniedziałek, 1 września 2025

2085. Pierwszy dzień szkoły.

Kif, Dżajmi, Tomasz, Wiki, Abi, Emi, Emilia. Dzień minął szybko i poza kwestiami organizacyjnymi, jak zwykle o tej porze roku szarpiącymi nerwy, bezproblemowo. Stosując się do mądrości ludowej Szefa: jutro rozwiązuje sporo problemów przez samo swoje przyjście. Kochany był w tym czasie w stolicy, w szpitalu, na drugim w tym roku CT scanie; przed zakończeniem mojej szychty zdążył coś przegryźć i odebrał mnie z miasta. Po czwartej od razu rzuciliśmy się do robienia obiadu.

Anne wróciła w czasie, gdy byliśmy z Kocóreczkami na spacerze: wydarzyło się tak, że sąsiadka przez chwilę potrzymała na rękach Siuśkę Maniuśkę (w niektórych sytuacjach bardzo jest rezolutna ta nasza gapcia). A to kolejne odważne spotkanie Siuśki Maniuśki z imigrantem (Bronia Brylska akuratnież jest z lewej, poza kadrem):

Dwa wideotelefoniczne kontakty Freda z bliskimi ludźmi: rozmowa ze Zbyniem potwierdzającym, że ktoś nam znany rozwiódł się był jako wykrakaliśmy, rozmowa ze szwagrem w intencji chwalebnej, opieki nad Kocóreczkami w październiku.

Pochłonęłam granolę i mam wszystko w nosie. Powinnam zabrać się za Kazantzakisa (niedługo mam zamiar oddać go rodzicom), ale tymczasem kolejna Hjorth mnie namawia, że może ona. Może ona :)