Kochany wyjechał wczesnym rankiem. Około południa dokończyłam czytanie Small Things Like These Claire Keegan (Faber & Faber, 2022). Wyśmienita proza. Dopiero wczoraj zdałam sobie sprawę, co miała na myśli starsza pani z księgarni pytając, czy widziałam już film. Obejrzę go z pewnością, bo książka jest po prostu genialna, złożona z dokładnie tylu słów, ile było potrzeba, żeby opowiedzieć tę historię. W ciągu dnia, poruszona mocnym tekstem, trochę blogowałam, chwilę też rozmawiałam z Kamą, potem z Kochanym, który miał przerwę w pracy. Ogólnie do obiadu chodziłam z głową w chmurach i tylko na chwilę zeszłam na ziemię w celu zerknięcia na poniedziałkowe zajęcia poranne. Nos znowu zaczął boleć (buuuu!). Po obiedzie całkiem dobrym, przez allegro kupiłam Kochanemu (na wyraźne mężowskie życzenie) szelki do spodni roboczych. To prezent pod choinkę, więc cicho sza, nie mówcie nikomu ;)
___
edit 22:30 listopadzie, listopadzie, nie byłeś taki zły, a nawet byłeś całkiem dobry :)
sobota, 30 listopada 2024
1810. W chmurze.
piątek, 29 listopada 2024
1809. Widocznie ...
... trzeba było spać, skoro spałam i spałam, obudziłam się dopiero, gdy Kochany wstał jako pierwszy. Za oknem ciemno, a tu już przed dziewiątą. Nad wsią przez cały dzień przechodził ponury, wietrzny front. Piątek na zwolnionych obrotach. Skończyłam czytać Too Much and Never Enough Mary L. Trump (Simon & Schuster, 2021), książkę dość ciężką psychicznie do strawienia. Pod wieczór zadzwoniłam do mamy — Kochany upewnił się sekretnie w rozmowie z teściową (poszłam do łazienki policzyć wypaczające się płytki), że mikołajowe prezenta przybyły w całości; mama uaktualniła stan mojej wiedzy o domowych wydarzeniach (Maksio właśnie wrócił ze szpitala po dziennym pobycie, ale nie chciał rozmawiać, obrażony poczłapał do kuchni) i stan postępów w przygotowaniach świątecznych (majonez został kupiony). Zaczęłam czytać Small Things Like These Keegan, ponieważ jednak Kochany chciał obejrzeć film, znalazłam coś krótkiego i na tym się skupiliśmy, Tajne przez poufne (2008) braci Coen (filmweb mi podpowiadał, że mi się spodoba i miał rację)
czwartek, 28 listopada 2024
1808. Dziękczynienie.
Pobudka wczesna i bardzo niechciana. Na obrazku powyżej krwawy wschód przecieka przez mroczne żywopłoty, gdy z Kochanym zjeżdżamy z górki. Z rana zimno (oczywiście kawiarniana godzinka świetna, jak zwykle), tuż po południu, wg zapowiedzi, zaczęło padać, a gdy dojechałam do wsi okazało się również, że wieje i to z niezłym przytupem. Poza pichceniem obiadu i wycieczką na drugą stronę ulicy, żeby podać Junonie kropelki, brak wydarzeń. W Stanach dzisiaj dziękczynny czwartek; na instagramie widzę jak jedna pani odchudzająca się robi mac-n-cheese dla rodziny, jakby obrządek był w chlewiku. Bardzo ciekawe. Rozmawialiśmy z Kochanym o naszych mamach. Zainstalowałam nowy program antywirusowy. Popijam wodę, bo, że niby zazwyczaj piję diuretyki i to wszystko przez to. No nie wiem, czytam gdzieś, że to przesada, zresztą na pewno mam tolerancję, ale że wody pić nie zaszkodzi, to piję. Za prysznic gorący jestem wdzięczna. Za mocny dach. Za męża najlepszego, i że mnie rodzice kochają.
środa, 27 listopada 2024
1807. Obudziły mnie ...
... wiadomości, że wprawdzie następny sztorm, Conall, nam akurat nie dokuczy, bo idzie na UK, ale za to gdy uchyliłam żaluzje, okazało się, że na zewnątrz jest biało od szronu (w nocy -2°C). Wczoraj, na deserek wtorku, strzyknął mnie w szlachetnej części pleców mych korzonek. Argrgrhh! Noc była spana ostrożnie. Wygrzebywałam się z pieleszy niechętnie, ostatnią godzinę leżałam po mężowskiej stronie łoża (Kochany po siódmej wybył do pracy), wygrzewając się matą elektryczną.
Pogoda zmotywowała mnie do energiczniejszych ruchów (za oknem szybko pojawiły się pierwsze zziębnięte ptaki) i po herbatce wyszłam do ogródka głodnych nakarmić (nawet podzieliłam się z małżeństwem kosów własnym jabłuszkiem). Od czasu do czasu próbowałam dodzwonić się do lekarza, aż w końcu, niespodzianie, w trakcie kawy (mojej) porannej, ktoś odebrał. Poszłam. Pani w hidżabie mnie obejrzała i zaordynowała lekarstwo: proszę pić. No to piję. A dzięki spacerowi naokoło wsi korzonek się ze mną przeprosił. Czyli same plusy oraz prawdą jest, że ruch to zdrowie.
U Junony byłam dwa razy, za drugim razem z Kochaniem. A poza tym zjedliśmy dobry obiad (najwyraźniej pieczony bakłażan wszedł na stałe do naszego menu). Tymczasem w Browsku na polanie żubrowej jeleń:
Nic nie robiłam (poza pobieżnym przejrzeniem, co tam na jutro), a jestem sterana, rozmemłana. Fred połączył się z Krakusami, gdyż paczka do nich doszła i SL jest bardzo szczęśliwa. Czyli super. I naprawdę, panie bobrze, jak mnie dobrze. Nie przygotowuję się na święta, okien nie myję, ciast nie piekę, mąż już prezenty nakupował zapobiegliwie. Zadanie takie zostaje, żeby obmyślić, co dla rodziców na pięćdziesiątkę. Myślę, myślę, żyłka na czole pulsuje. Na dobranoc zakrapiam sobie ucho :D
wtorek, 26 listopada 2024
1806. Po śniadaniu ...
... poszliśmy z Kochanym nad morze, słońce miło przygrzewało, wiatr w normie, więc wyciągnęłam z futerału aparat, żeby móc zaobserwować fruwacze. Najpierw zaszliśmy do kawiarenki przy plaży.
W kawiarence wystrój bożonarodzeniowy, w kącie stała mała choinka, i to pewnie już od trzech tygodni :) Po wypiciu kaw wypuściliśmy się na piasek; wszędzie pozostałości po niedawnym sztormie, mnóstwo połamanych muszli ensis ensis (po polsku ich nazwa brzmi chyba okładniczka) oraz dużo muszli ślimaków, niektóre naprawdę spore (wielka łapa Freda daje pojęcie o skali):
Pozwoliły trochę do siebie podejść (bez przesady, oczywiście), mogłam się przyjrzeć ich jasnym, pękatym brzuchom. Były też inne spotkania, z wronami, szpakami, mewami i z czerwonookimi ostrygojadami, a przy zejściu z plaży Fred wypatrzył chowającego się w mule małża (lub kraba); obiecaliśmy, że mewom nie powiemy (na zdjęciu akurat jest część innego kraba, który nie miał szczęścia).
Wracając z plaży natknęliśmy się na Uśmiechniętą Kathleen i jej córkę, trzeba było się zatrzymać, chwilę porozmawiać, że jest ładnie, że do świąt został mniej niż miesiąc. Dostaliśmy błogosławieństwo oczywiście. W domu byliśmy chwilę po drugiej, nasze cienie już długie i cienkie.
Kochany najpierw miał pomysł na obiad morski, ale sklep rybny w porcie zastał zamknięty. Małżonek dłuższą chwilę grzebał w ziemi ogrodowej, i pewnie rozważał, co lubi bardziej: jechać na zakupy bez żony i zaraz wrócić, czy jechać z żoną i po kupieniu chleba pójść z nią na obiad. Ha! W zachodzącym słońcu wyjechaliśmy do Drołdy i obiad został zjedzony w Il Forno (makaron carbonara, ale tak bardziej z polskim akcentem, chyba na śmietanie, a jakby wędlina była z polskiego sklepu, to bym się wcale nie zdziwiła). Wyszliśmy z restauracji, gdy było już zupełnie ciemno i zrobiliśmy małe kółko po dwóch ulicach miasta. Zimno; szliśmy w oparach własnych oddechów.
Po powrocie pod dom przez dłuższą chwilę bawiłam się myślą, gdzie zgubiłam gwiazdę polarną, bo Wielki Wóz bardzo wyraźnie widniał nad domem sąsiada. Trzeba było rozłożyć mapy nieba, które przekręcałam i przekręcałam.
A potem mniej przyjemne rzeczy. Przez dłuższy czas oboje paraliśmy się ładowaniem na pewną stronę ważnych dokumentów. Do kroćset! (nieprawda, inaczej klęłam). I jeszcze strzyknęło mi w plecach bardzo boleśnie. I nos mam suchy niemiło (nie dodzwoniłam się dzisiaj do lekarza, trzeba będzie się tym zająć wcześnie rano). Junonę odwiedziłam dwa razy, ma spust kocinka.
poniedziałek, 25 listopada 2024
1805. Poniedziałek nie tak straszny.
Wczesna pobudka, wczesny wyjazd, kawa i lektura w Czarnej, praca, powrót autobusem w ekspresowo zapadającym zmroku (na dworcu spotkałam Dione o elfich uszach, kurtuazyjnie wymieniłyśmy się informacjami). Fred pojawił się jakiś kwadrans później, zjedliśmy smażone pierogi ruskie, po czym wyskoczyłam podkarmić księżniczkę Junonę i zakropić jej do jadła kilka homeopatycznych kropel na śmierć. Długo nie zabawiłam, choć nie było planów na wieczór. Ogarnęłam ostatnie trzy miesiące na moich kontach bankowych, żeby Kochany mógł jutro wysłać papiery do instytucji, co to się mu naprasza. Siedzimy sobie i rozmawiamy o robieniu filmów, dlaczego niektóre są fujowe, a niektóre nie.
Z polecenia Hebiusa obejrzeliśmy Misjonarza (1982) z Michaelem Palinem. Bardzo przyjemna obsada, nawet Sophie Thompson przemknęła w tle; a krajobrazy ... cymes.
niedziela, 24 listopada 2024
1804. Idziemy dalej z tym listopadem.
Słonecznie, ale też wietrznie i chłodno, nie chce się wychodzić z domu. Nie wychodziliśmy aż do popołudnia, potem ja miałam hamletowski problem, czy jechać z Kochanym do miasta czy nie. Bo ja bardzo lubię się z mężem włóczyć i słuchać muzyki z samochodowych głośników ;D. Po dłuższych rozważaniach, mając już na sobie spodnie do wyjścia, zdecydowałam jednak przeciw temu pomysłowi. Kochany wyjechał, ja postanowiłam iść pod prysznic, umyć włosy i ogarnąć rzeczywistość jutrzejszą zainteresowanym spojrzeniem. Po powrocie Freda z zakupów i obiedzie zrobionym przez męża, obejrzeliśmy Brzezinę (1970) Wajdy. Bardzo niepokojący, posępny film, troszku taki zawajdany. W trakcie seansu przerwałam na chwilę, żeby się ekspresowo ubrać i wyskoczyć na pięć minut do Anne, w celu ustalenia z sąsiadką, czego Junona ode mnie od jutra potrzebuje (na zewnątrz już bardzo ciemno, wiatr się wzmaga). Przy okazji okazało się, że Anne też czyta biografię Trumpów i również wolno jej idzie (w zasadzie wiem, skąd u mnie taka reakcja: historia, która źle się kończy, czarny charakter wygrywa i dla dzieci znikąd pomocy; przykre bardzo). Junona zaś grubiutka jak pączek w maśle, mama niczego jej nie odmawia, więc i ja nie będę (po kątach są jeszcze gdzieś pochowane Rysiowe przysmaczki, czuję, że się do nich dobierzemy, a co!).
Trzeba się opatulić, okokonić, włączyć oczyszczacz powietrza, posłuchać jeszcze co mądrego.
___
21:40 o żesz, przez oglądanie Brzeziny mam na stosie do przeczytania kolejną książkę. Fred pogrzebał i wyciągnął z domowej biblioteczki Opowiadania Iwaszkiewicza :D
sobota, 23 listopada 2024
1803. B jak Bert.
Bert uderzył w drzwi gdzieś około trzeciej nad ranem. Te powiewy były najsilniejsze, nic dramatyczniejszego niż ten spektakularny nalot sztormowego wiatru na samym początku już się nie wydarzyło. Po śniadaniu jechaliśmy do miasta trasą nadmorską i efekty działalności sztormu nadal były widoczne: spienione morze, a przede wszystkim lokalne podtopienia (kilka razy przejeżdżaliśmy przez wodę uwięzioną w obniżeniach terenu).
Gdy rozsiedliśmy się do naleśników, przez messengera połączyła się ze mną świekra. Rozmawialiśmy niezbyt długo, bo w Trzecim Miejscu był gwar i tłok. Po posiłku wyszliśmy na krótki spacer; wiatr znad Atlantyku przywiał ocieplenie, przyjemnie było więc iść; doszliśmy aż do księgarni, gdzie kupiłam książkę Keegan, Small Things Like These. Potem Kochany szukał nowych guzików do swojego swetra, a na końcu zajechaliśmy po warzywa do Tesco.
Późne popołudnie i wieczór bez wydarzeń. Chwilowo wciągnęło mnie odpowiadanie na blogowe komentarze, rozmowa z Kochanym, potem dodzwoniłam się do rodziców, snułam z mamą historie, o zdrowiu, pogodzie, grudniowym przylocie. Nos lepiej, zobaczymy na jak długo.
piątek, 22 listopada 2024
1802. Czyste powietrze.
Z powodu moich utyskiwań nosowych Kochany przypomniał sobie, że mamy zupełnie nieużywany oczyszczacz powietrza i przed wyjazdem do pracy wyciągnął go z szopki (Rowenta PU2350, zapisuję dla pamięci). Rzeczywiście, urządzenie było jeszcze zapakowane w oryginalną folię, testowałam je dzisiaj dość intensywnie; trudno powiedzieć, czy cuda czyni, ale oddychać jakby milej.
W ogrodzie znowu szron. Ewolucji karmnikowych ciąg dalszy:
Z wolnychlektur.pl pobrałam Próby de Montaigne'a, chociaż przede wszystkim słucham audiobooka (stwierdziłam, że jak mi się odechce słuchania, mogę kontynuować czytając).
Kochany wrócił po pracy zziębnięty, ale wesół (jutro ma wolne). W czasie późnego obiadu rozmawialiśmy z ciocią Ce, wiadomo, życzenia. Rozmowa nie była długa, chyba nadal nie jest tam za dobrze, ciocia jak zwykle ucieka w pracę. Po ósmej zadzwonił Ka, podzielić się swoimi dzisiejszymi przygodami i sukcesem starszaka (jest nowa szkoła). I tak zeszedł dzień (trochę na koty, bo o tym też rozmawialiśmy z ciocią Ce: czy przewidujemy kociego lokatora). Przeszłam w stan prehibernacji, nic nie robię, co najwyżej zmywanie garów, prasowanie, nosa dotykanie. Jutro ma wiać, może wywieje, co zbędne.
czwartek, 21 listopada 2024
1801. Zimno, ale ładnie.
W nocy obudził mnie chłód, nad ranem przesunęłam się w łóżku na połowę męża i żywiłam się jego ciepłem. W hrabstwach zachodnich był pomarańczowy alarm z okazji spodziewanych opadów śniegu. Tymczasem na naszym "cycku" maksymalnie 4°C, słońce, zimno, ale jak najbardziej znośnie, a nawet ładnie (wizualnie). Kochany odwiózł mnie do pracy i pojechał Babcią do mechanika. Niestety utknął w tym El Paso i gdy ja skończyłam, on cały czasu czekał na Godota. Poszłam w związku z tym do Czarnej na kawę, żeby doczekać do wyjazdu autobusu i tu miałam małą przygodę: karta bankomatowa nie chciała w żaden sposób zastartować, a miałam za mało gotówki, żeby zapłacić za to, co już dla mnie przygotowano. Pani Stempelek po irlandzku machnęła ręką, ale oczywiście nie dawało mi to spokoju, bo machać sobie można, ale jednak to chamstwo nie płacić. Wypiłam kawę i wcisnęłam w siebie bułę szybciej niż planowałam, po czym poszłam pod mój bank, żeby sprawdzić czy i tam firmowy bankomat pozostanie głuchy na petycje. Na szczęście bankomat nie widział problemu, wróciłam do Czarnej zapłacić pani Stempelek (nie lubię takich sytuacji, super, że tak szybko się ułożyło), ale sprawa jest nadal niejasna. Trzeba będzie przetestować kartę w paru innych miejscach.
Jeszcze à propos ładności wizualnych, wracałam gdy słońce pod ostrym kątem oświetlało ten chłód: zielenie, żółcie na tle chłodnego błękitu nieba i szarości chmur w zakolu rzeki, przed wsią ptaki morskie skubiące coś w oziminie (zauważyłam ostrygojady, kilka czajek oraz jakiś rodzaj bekasa, zawsze je mylę).
Fred nie wrócił do domu od razu, jeszcze podjechał Babcią pod NCT (Babcia zdała, odhaczone). Po dziwnym obiedzie (podzieliliśmy się kupnymi pierogami), Kochany wręczył mi upominek wyprzedzający — top/bezrękawnik w kolorze kiwi z merynosiej wełny (Tahari) i dwa flakoniki perfum Wilgermain. Od wąchania perfum doszliśmy do tego, że może warto by mi było zrobić sobie testy alergiczne, bo ciągle coś (nos nadal boleśnie suchy, który to już tydzień, poza tym pamiętam o tym dziwnym przypadku jedzeniowym z palpitacjami).
środa, 20 listopada 2024
1800. Cold snap.
Góry Mourne nie kłamały, zapowiedziały zimę i jest. Rano świat pokryty szronem, słonecznie, chłodno, zamarzły poidełka, skrzepła ziemia w doniczkach z cebulami narcyzów. Miało nie być ptasiej stołówki, ale nie godzi się w taki dzień (jestem miękka jak stary jasiek). Były więc ziarna, suszone robale, kawałek zepsutego naleśnika (w sensie: w nieregularnym kształcie, ale świeżego), poza tym ze zmarniałego elstara zerwałam kilka jabłek, przekroiłam i dodałam jako witaminki (pan kos od razu się pojawił bardzo kontent z zaistniałej sytuacji). Na początku przyleciały dwa szczygły (czyli stado musiało się czaić w pobliżu), do szpaczej czeredy dołączył rudzik, mignęła mi też gdzieś pliszka, oraz nieśmiała modraszka, a między wróblami znowu pojawiła się jedna zięba. Regularsi:
wtorek, 19 listopada 2024
1799. Wtorek hiperczytelniczy.
Pierwszy raz spieniłam mleko do kawy prasą francuską, bardzo mnie rozbawił ten mój nagły koncept (widać, że w takim razie espresso musi być znacznie mocniejsze; poza tym cappuccino domowe wyszło mi super). Na zewnątrz chwilami siąpił deszcz pół na pół z gradem, podrzuciłam więc trochę karmy dla ptaków (nie dokarmiamy codziennie, żeby zanadto nie rozpuszczać, bo trzeba przyznać, że mamy do tego naturalną skłonność; gdy wyszłam opatulona szalem, w kurtce i czapie, na kominie domu natychmiast przysiadła wrona i czujnie obserwowała, czy będą kulki "dla wron", oczywiście były). Potem próbowałam zrobić fruwaczom zdjęcie przez brudne okno, ale większość z nich jest nadal ostrożna (podrywają się do lotu, unikają dobrych ujęć). Poza szpakami, wróblami, wronami przylatują sierpówki, wśród wróbli wypatrzyłam ziębę.
Kochany zrobił mi niespodziankę i wrócił z pracy godzinę wcześniej niż się spodziewałam, wtoczył się przez drzwi razem z białą gapą oświadczając, że szczyty gór Mourne przykrył śnieg. Ha! Mleko tymczasem znowu brudny, wszedł do kuchni z większą pewnością, ale zaraz chciał wychodzić. Pod wieczór małżonek przedzwonił do Krakuski, żeby się jej przyznać, że butów nadal nie wysłał, a nawet zgubił adres. Rozmowa trwała tak długo, że po zamknięciu się w sypialni zdążyłam przeczytać ostatnie 70 stron Rodziny Połanieckich (ebook wolnelektury.pl), po czym wyszłam, oświadczyłam, że koniec i chwilę rozmawiałam z Krakuską (oraz obecną w okienku SL), że w sumie nie lubimy Sienkiewicza. Całego czytania było dzisiaj ponad czterysta stron, jakąś taką miałam melodię.
Miałam wieczorem smażyć naleśniki, gdyż mleko już dziś konkretnie wychodzi z mody. Ale z tego wszystkiego, co się nazywa literatura, zapomniałam i próba naleśnikowa będzie jutro, na przeterminowanym mleku. Żyję na krawędzi :E
poniedziałek, 18 listopada 2024
1798. Przyjemny powrót.
Ziiimno jak dyjabli. Rano jeszcze trochę ciemno, gdy wyjeżdżam z Kochanym. Gdy z kolei wracam autobusem po piątej, zupełnie już mrok, na dodatek od południa pada coraz gęstszy, chłodny deszcz. W szparze listowej znalazłam wetkniętą kartkę z katalogu nagród Louth Looking Good (zapytam Annę, czy to ona zostawiła, ale to już jutro). Wiadomo dlaczego: nasza ulica zdobyła pierwsze miejsce w jakiejś tam kategorii, a jako ilustracja posłużyły nasze najkraśniejsze hortensje.
No i dlaczego tak zimno? Bez sensu, wszystkie koty siedzą w domach, jeśli mają domy. Ale po południu radocha. Rozgrzewam się zupą z Tesco; przyjeżdża Kochany i do płyty The Boatman's Call (1997) robi swoje popisowe danie; kupuję bilet powrotny z grudniowej eskapady; zaczytuję się przy tym od rana do wieczora; sprawy nie mogą się mieć inaczej, niż radośnie (płyta ze snujami Mikołaja Jaskini zostaje wysłuchana po raz drugi).
niedziela, 17 listopada 2024
1797. Rosołowa niedziela.
Noc była jak świt, niebo jaśniało.
Po śniadaniu dodzwoniłam się do rodziców i prawie godzinę rozmawiałam z mamą o starych Polakach, choinkach naściennych, kuzynostwie i naszym przyjeździe. Rodzice ucieszyli się, że wpadamy (będziemy kilka dni przed świętami i z pewnością pokręcimy się po okolicy), robią już jakieś niewielkie ruchy w tym kierunku, żeby było dobrze. Poza tym tatko robi sobie zęby za tysiące. Pochwaliłam.
Jestem dzisiaj o wiele bardziej rozgarnięta, nie wiem, czy to słońce, czy zapach rosołu, w każdym razie nie przysypiałam i ruszałam się całkiem żwawo. Za oknem szpaczory rąbią opadłe jabłka, aż miło (sądziłam, że to tylko gratka dla kosów, ale nic z tych rzeczy). Kochany po pracy dostał obiad dwudaniowy, co się u nas nie zdarza często.
Fred rozmawiał wieczorem z Perlistym; przyjaciel jest ponad tydzień po dość poważnym zabiegu rozwiązującym problemy zdrowotne z którymi zmagał się od jakiegoś czasu. Czy przed końcem roku nareszcie zgadamy się na spotkanie w czasie i przestrzeni (jak to się rzekło Bukackiemu), któż to wie.
W Połanieckich wyszłam z pierwszego tomu i stwierdziłam, że nie będę się już rozpraszała na inne lektury, tylko dotrwam z tą jedną do końca (jak się można domyślić, Bukacki jest moją ulubioną postacią). Jutro trzeba się zerwać przed świtem, na razie daję jeszcze nura do książki.
sobota, 16 listopada 2024
1796. Oziębła sobota.
O, rozkosze ciepłego łoża! Nie ma nic milszego, gdy tak cholernie jest zimno, niż wtulić się w małżonka i wbić mu w gorące jego plecy wychłodzone kolanko. Kochany musiał zwlec się, niebobrze, już o piątej trzydzieści. Mnie trochę się przysnęło, od śniadania do południa słuchałam (tym razem do końca) The Adventures of Sherlock Holmes (Magpie audio, 2017), potem podczytywałam Połanieckich. Uznałam, że wystawianie nosa z domu jest bez sensu w taką mroczną pogodę. Dodzwoniłam się do tatki i oznajmiłam mu, kiedy zawitam; chwilę rozmawialiśmy o drobnostkach. Kochany wrócił z lekkim poślizgiem, po drodze jeszcze kupił coś na jutrzejszy rosół. Po obiedzie zapłaciłam za Fredowe bilety, bo jego konto robiło mu psikusy i opłata z jego banku nie przechodziła. Czyli wiemy już kiedy Kochany przylatuje i wylatuje od teściów, żeby pomiędzy tymi datami angażować się w ciężkie obowiązki głaskania i zabawiania trzody domowej (będzie miał na to dni dokładnie dziesięć). Do uzgodnienia pozostał mój powrót, co się rozstrzygnie niebawem. Pozwalamy sobie już się zacieszać; będzie miło.
piątek, 15 listopada 2024
1795. Wyciszony piątek.
Dzień zaczęłam bardzo bolesnym skurczem łydki. Wstaliśmy późno i po pochłonięciu śniadania zaczęliśmy się rozglądać za możliwościami lotniczymi. Przerwaliśmy sobie te rozważania spacerem nad morze. Żałowałam później, że nie wzięłam normalnego aparatu fotograficznego, bo na plaży ludzi prawie wcale (głównie morsujący), za to wielkie stado bernikli człapało sobie godnie, a potem poderwało się do lotu i kołowało nad Głową. Po powrocie zrobiłam obiad i zaczęłam się znowu troskać bzdurami pt. gdzie i kiedy. W końcu wykupiłam lot w jedną stronę dla siebie. Kochany musiał czekać na rozwój sytuacji z jego pracą; wiemy już, że nie lecimy razem, ja przewożę cięższy bagaż; nie zdecydowałam jeszcze o dacie powrotu.
Wieczorem obejrzeliśmy Czasem trzeba odpuścić (2024), szwedzki film o rodzinie. Dobrze się zapowiadał, ale im dalej w las, tym bardziej wątek pokrzepiający dominował nad logiką.
Tak ogólnie, po spacerze i obiedzie byłam bardzo senna (wychłodzenie?). Poziom energii po południu -0, więc i słuchanie audiobooka nie idzie tak, jak by mogło (tylko dwie sprawy kryminalne).
czwartek, 14 listopada 2024
1794. Gloomy Thursday.
Praca była bardzo spoko, jak zawsze w czwartki, natomiast ogólna aura nie zachwyca. Wprawdzie rano zaskoczyło nas przejaśniające się niebo i łagodna, jak na poranek, temperatura (w nocy marzłam pod kołdrą, byłam przekonana, że na zewnątrz ziąb), ale im bardziej w dzień, tym więcej typowych objawów listopadowych: chłodno, wilgotno, światło w zaniku. Miałam trochę czekania z okazji dojeżdżania do miasta, więc na czytniku zaczęłam kolejną książkę. Czyli teraz rozgrzebanych mam pięć pozycji. Co tym razem? Uwaga, uwaga! Rodzina Połanieckich Sienkiewicza. Już po pierwszym rozdziale widzę, że tekst nie zmiażdży mnie swoją intelektualną wyżyną, ale co tam. Mam ochotę nadgonić trochę klasyków. Poza tym lubię serial Rybkowskiego z czarującym Andrzejem Mayem (którego też, jak się okazuje, materiał wyjściowy nie powalił na kolana). Główna atrakcja: porównywanie tekstu z ekranizacją.
Kochany wrócił znacznie później niż zwykle, bo Babcia miała pod wieczór wyznaczony przegląd (Babcia musi jeszcze tam wrócić, z powodu jednego światełka, które się włączyło i samo się nie wyłączy). Jemy obiady różne. Do tej pory wysłuchałam trzech kolejnych historii z serii przygód szerlokowych, może łyknę jeszcze jedną, bo dlaczego by nie?
środa, 13 listopada 2024
1793. Śpiąca środa.
Gdy tak wracaliśmy po północy przypomniałam sobie, że w poniedziałek minęło 14 lat od śmierci Waci — na starym blogu wpis (11/11/2010):
Ciężko jest na sercu, kiedy umiera taki wieloletni towarzysz. Kiedyś pewnie całodobowe gabinety weterynaryjne będą na wyciągnięcie ręki. Jeszcze nie teraz, jeszcze nie ... a dzisiaj pierwszy wieczór bez zanoszenia jej do koszyczka.
Rano z kolei sprawdziłam datę śmierci babci Mani. To dzisiaj. Babcia Mania bardzo kochała Wacię, chyba pierwszego psa w swoim życiu lubiła tak bardzo. Datę śmierci Waci pamiętam, bo umierała cierpiąc, daty śmierci babci Mani nie pamiętam, bo sobie wyobrażam, że umarła w świętym spokoju. Wieczorem dodzwoniłam się do tatki, który powiedział mi, że pojechał na Hochkirch, zapalić świeczkę na grobie babci Frani, która obchodziłaby 97 urodziny. Kumulacja listopadowa. Na Dolny Śląsk spadł pierwszy śnieg.
Oboje z Kochanym byliśmy zmęczeni z powodu krótkiej nocy. Fred musiał niestety jechać do pracy. Przewalałam papiery, żeby ogarnąć sytuację na jutro. Wysłuchałam też dwóch kolejnych historii z audiobooka The Adventures of Sherlock Holmes. Spać wcześnie. Ziew.
1792. Wtorek koncertowy.
A ja nadal o wtorku:)
Obudziłam się pierwsza i zrobiłam prasówkę zanim jeszcze moje Kochanie otworzyło oko. Podładowałam baterię w aparacie (na koncercie nie okazał się użyteczny i szybko go wyłączyłam), zrobiłam guacamole, zrobiłam też kaffkę dla Freda. Kochany włącza te płyty Cave'a, które mamy. Śniadanie. Kaffka u mnie. Rozważamy możliwości lotnicze w grudniu (różne opcje pozostają otwarte). Bán do nas zawitał, coś tam nam namiauczał, obwąchał szafkę na buty, pokazał, że ucho ma brudne i wyszedł.
Przyszła paczka dla Starszej Latorośli Krakusów, ze zrealizowanym marzeniem butowym. A do mnie payslip z potwierdzeniem zwrotu podatku (o pani! znowu jestem zamożną kobietą i mogę sobie kupić puzzle z 1000 części).
Obiad o drugiej i wyjazd do stolycy. W drodze Ka zadzwonił poradzić się w temacie szkoły dla Seamusa (koedukacyjna czy nie, katolicka czy narodowa); nic mądrego nie stwierdziłam, ale bardzo to miłe, że ktoś chce się dzielić rozterkami. W Dublinie Kochany zaparkował Babcię na Abercorn Rd, po czym wyruszliśmy na poszukiwania Caffè Nero, bo było jeszcze sporo czasu do wydarzenia. Jak się spodziewałam, do kawy nie było tak daleko, przycupnęliśmy nad filiżankami w schowanku 5 Excise Walk, North Wall (stolik przy drzwiach, zaglądałam do okien ludziom mieszkającym po drugiej stronie deptaka zastanawiając się, jak im się tu mieszka, jak to jest być dublinką). Po drodze zrobiłam kilka zdjęć; woda na Liffey gładka jak szkło.
Przed 3arena spory tłum z trudnym do wykrycia mianownikiem. Mali i duzi, grubi i chudzi, starzy i młodzi, oryginalni i kopie. Zasiedliśmy wysoko w części H, chyba mniej więcej w podobnym punkcie jak 2 lata temu na Sigur Rós. Bardzo intrygujący support (Black Country, New Road) pojawił się trochę po 19. Nick Cave and the Bad Seeds wystąpili o 20:30 punkt. Oczywiście Warren Ellis, oczywiście George Vjestica, pani w brylach, do tego czteroosobowy chórek. Trochę po jedenastej wybrzmiały ostatnie nuty Into My Arms.
Było warto. Dobrze, że gość zamiast kaznodziejstwa wybrał zawód artysty. W domu byliśmy dopiero przed pierwszą (tunel nam zamknięto, niechcący wjechaliśmy do dublińskiego portu i trochę po nim krążyliśmy szukając wyjścia).
poniedziałek, 11 listopada 2024
1791. Poniedziałek grobowy.
W pracy długi, ale bardzo cichy dzień. Po wczorajszym meczu Drołdy z Derry (które nasze miasto wygrało) na ulicach i w Centrum widać był efekty świętowania, cicho jak w grobowcu (rano zero korków, na zajęcia dotarły cztery osoby).
Wracając z miasta po trzeciej (Kochany ma dzisiaj i jutro wolne; na horyzoncie pierwsza kwadra rośnie w oczach) opowiadaliśmy sobie jakie psy chcielibyśmy mieć: ja oczywiście labradora i jamnika, Kochany oczywiście bernardyna i owczarka podhalańskiego.
Kochany chyba znalazł prezent świąteczny dla taty, tweedowy płaszcz Moon. Przez znalezienie mam na myśli przejrzenie własnej szafy: nabytek od lat wisiał nienoszony. Piękny jest i szkoda, żeby go któregoś dnia mole odnalazły.
Po obiedzie wjechała kawka (jak nigdy u mnie), lebkuchen z dżemem z moreli z Lidla (pyszotka) i pierwszy odcinek The Adventures of Sherlock Holmes (przerwany dłuższą drzemką postkawową). Obudziłam się tuż przed dziewiątą wieczór, akurat gdy małżonek odpalił płytę Nicka Cave'a. Trzeba się wprowadzić w nastrój, wiadomo. Jutro przecież koncert!
niedziela, 10 listopada 2024
1790. Dzień jeża.
Kochany do pracy, żona w domu, prasuje gacie i ogląda Rebekę w wersji BBC z 1978 roku, z doskonałym Jeremym Brettem (nigdy nie słyszałam o tej ekranizacji, Brett wspaniały, idealny Max de Winter). To miniserial, więc trochę czasu zeszło (tak naprawdę chciałam posłuchać po angielsku Przygód Sherlocka Holmesa, wyszło inaczej, więc może jutro). Przygotowałam się na poniedziałek, jako tako (mam poczucie dziury czasowej, ale nic więcej nie wykombinuję, sprawy okażą się w praniu).
Cieszy, że wrona-sąsiadka zauważa moje wejście do ogródka. Obwieszcza je podekscytowanym kraknięciem, czyli już wie, że trzeba wytężać wzrok, bo może gdzieś w obejściu zostawiono dla niej prezent. Fred twierdzi, że rano szpaki siedzące na dachu domu Katlin też reagowały ekscytacją na pojawienie się jego osoby. O wyszedł, idzie, idzie, wejdzie do ogródka czy nie wejdzie? posuń się, bo nic nie widzę!
Z drzewa genealogicznego wynika, że jestem m.in. z Jeży. Moja 6 x prababcia była z domu Jeżówna. Też mi nowina ;]
sobota, 9 listopada 2024
1789. Szaroburość Wielka.
Od rana pogoda niewspierająca. Zachciało mi się sałatki jarzynowej, więc ignorując głód zaczęłam ciachać to i owo, i zjadłam śniadanie dopiero, gdy sałatka była gotowa.
Z rzeczy miłych: revenue się do mnie odezwało, przyporządkowali mi ulgi podatkowe do obydwu zatrudnień, powinnam to chyba odczuć już przy następnej wypłacie (łącznie ze zwrotem nadpłaconej kasy). Yay! niczego nie zrobiłam, ale odebrałam tę wiadomość jako własne osiągnięcie.
Poza tym żadnych sukcesów, Fred również znękany rzeczywistością (i miał nawet lepszy powód, był w pracy); do książek się nie zbliżam, bo nos; obejrzałam początek szóstego sezonu grubych sióstr i odcinek o obsesyjnym zbieractwie. Może jedno śmieszne zdarzenie: przeglądam akta zgonów pisane cyrylicą, tylko rzucam okiem przytłoczona ilością, kilka roczników w jednym, gigantycznym pliku, intensywnie myślę Jadwiga Stelmaszczyk Jadwiga Stelmaszczyk, ile tu nazwisk, nie chce mi się; wchodzę w końcu na jaką bądź stronę indeksu, przybliżam randomowy słupek ręcznej dłubaniny na dowolnej stronie z czterystu, przybliżam jeszcze bardziej, zostaje mi 7-10 nazwisk, pierwsze które odczytuję brzmi ... Jadwiga Stelmaszczyk, akt 22/1893. Nie jestem z nią spokrewniona. Była pierwszą żoną mojego prapradziadka, Feliksa. Zmarło się jej w marcu, pewnie zima była ciężka. Dwa miesiące później Feliks ożenił się z moją praprababcią.
piątek, 8 listopada 2024
1788. Śpiący piątek.
Praca, powrót, obiad, kawa. Rano Kochany załatwiał sprawy na mieście, po dwunastej podjechał karocą pod Centrum. Jeszcze chwilę zmarudziliśmy na niewielkich zakupach, po czym jechaliśmy na wieś testując nową drogę po północnej stronie Drołdy. Ależ miasto się rozbudowuje! Z tej strony powstały osiedla o gabarytach całego nowego miasteczka. Nawet na trasie do Fredowej pracy, którą pokonywałam z buta kilka miesięcy temu, wykańczają budynki, których wcześniej nie widziałam.
Obiad jak dla głodomorów, fusili w sosie bolognese (niebotyczna ilość wołowiny, pieczarek i cheddara). Następnie oddałam się lenistwu przy filiżance herbaty przechodzącemu w ponad godzinną śpiączkę i półgodzinne zbieranie się do wstania. W tym czasie zniknęły resztki startego cheddara, resztki raffaello, resztki otwartej czekolady z orzechami też. I żebyś ty mogła coś dojeść, to otworzyłem ciasteczka, powiedział Dojadek :D W ramach seansu wieczornego Rewizor (2014) Stuhra.
Kochany miał w weekend nie pracować, ale ładnie go poproszono o pomoc, gdyż już się odbywa kociokwik świąteczny. Kociokwiki nigdy nie przestają mnie zdumiewać.
czwartek, 7 listopada 2024
1787. Z ciemności do jasności.
Bardzo niespokojnie spałam, po próbach wyciszenia zapadałam się w podusię, żeby po krótkim czasie znowu się wybudzić. Wstałam przed budzikiem, wyjrzawszy przez okno przywitałam się z Bánem, który właśnie polował, tzn. siedział przycupnięty, skupiony przed górką Rysiową.
Nos mam nadal suchy; wczoraj obniżyłam temperaturę na termostacie o dwa stopnie, bo może o to się rozchodzi. Zresztą, znowu kaszlę, też jakby z przesuszeniopodrażnienia.
Po powrocie z pracy (Kochany mnie podwozi) gulasz wołowy z kaszą gryczaną, potem kaffka z Brazylii, kilka raffaello i najnowszy filmik Gosi ze Szkocji o niczym. Po tych procedurach pokrzepiające spanko, najpierw z Kochanym, potem pojedyncze, pobudka, przegląd zadań na jutro, wieczorem rozmowa z rodzicami (znowu zajmują się polityką), aktualizacje (Rozalka bierze tabletki na wątrobę). Dopiero potem przypomniało mi się, że miałyśmy się spiknąć z Safron, napisałam do niej z przeprosinami, ale na szczęście ona też zapomniała. Za to może zrobimy sobie spotkanie w trójcy przed przerwą świąteczną, mam zaproszenie; to będzie czas tuż przed przesileniem, może też przed wylotem ... zmierzamy ku lepszemu, tam gdzie stoję, jest słońce. Kochany zapuścił Talking Heads.
środa, 6 listopada 2024
1786. I śmiesznie, i żubrzo.
Na nogach wcześniej niż musiałam; krótko rozmawiałam przez messengera z Anne załamaną wynikami wyborów. Tymczasem nad Browskiem wstawał chłodny, jasny poranek (żubrów brak). Obejrzałam kilka filmików (o trudnej sytuacji w Grimsby, najbiedniejszym mieście w UK, o hejcie instagramowym u Karoliny Żebrowskiej, o Annie Kliwijskiej, że w sumie nie tak było, jak o niej memują). Na raty podrzucamy do ogródka kolejne porcje ziarna i kulek, ptaki jeszcze boją się, gdy wyglądam przez okno; młode, nie znają procedur, przywykną ;)
Po śniadaniu Kochany wyciągnął mnie na spacer nad rzekę Boyne. Słusznie, pogoda bezwietrzna, w połowie drogi robi mi się bardzo ciepło i niosę płaszcz w ręku. Drzewa sypią liśćmi, ale przy starym ogrodzie zakwitło kilka krzewów różanych schowanych za murkiem. Zakątek pełen ptaszków, które nie przestają nadawać z kolczastych chaszczy.
wtorek, 5 listopada 2024
1785. Kochania listopada odcinek następny.
Od czytania boli mnie ... nos. Chyba od czytania. Powonienie wysiadło mi wczoraj nad śmierdzącym Mrożkiem, dopiero dzisiaj po południu poczułam się w tym temacie lepiej. Bardzo mnie ta sytuacja irytuje, bo tekst był w porządku i nie mam ochoty się powstrzymywać (tymczasem muszę). Z rozpaczy przeszłam na biografię Herberta w czytniku, dzisiaj zaś rzuciłam się na Ucztę Platona (czytaną przez A. Seweryna) jak szczerbaty na suchary. Skończyłam słuchankę wczesnym wieczorem, bardzo z siebie kontenta. Z okazji oczywistej zaczęłam też nareszcie czytać biografię Trumpa pióra jego bratanicy, Mary. Czyli obłożyłam się książkami dozując sobie tekst wg frekwencji "która najmniej śmierdzi".
Kochany kupił mi w prezencie fikuśny pasek Dimoni, taki trochę boho z frędzlami, oraz świąteczny prezent dla mamy, kardigan z kaszmiru i jedwabiu. Odwiózł mnie do pracy i przywiózł z pracy, zamówił mechanika na przegląd samochodu i ogólnie był moim Kochaniem. Gdy wracaliśmy po południu do domu wieś była przyprószona mgłą (kontynuacja pogody szaro i mokro). Pierwsze ptaki zwiedziały się o stołówce, robale wyjedzone, ziarna ubyło, tylko kulki wyglądają na całe. Zadzwoniłam do rodziców zobaczyć co tam kombinują. Akurat siedzieli razem z Zosią na kanapie i głaskając kota fascynowali się wyborami w usa. Maksio nie będzie miał operacji, bo jest za słabiutki. Dostał antykoncepcję w mikrochipie, może to coś pomoże.
poniedziałek, 4 listopada 2024
1784. Oswajanie listopada.
Zawsze kwęczę, że to mój najmniej ulubiony miesiąc. No to trzeba to zmienić. Przez ostatnie trzy dni polegiwałam i zwalniałam, wieczorem zaczęłam czytać biografię Mrożka pióra Nasiłowskiej, dzisiaj kontynuacja. Poza tym z rana praca, po południu Fred podjechał naszą Babcią pod Centrum, ale nie od razu udaliśmy się do domu, najpierw pospacerowaliśmy do Czarnej, żeby siedzieć przy kawie, między ludźmi, w fotelach z lewej strony (patrząc z perspektywy wchodzących; mogliśmy zerkać przez okno). W domu, gdy Kochany robił obiad, trochę ogarnęłam plany na jutro i skontaktowałam się z revenue (znowu nie rozłożyli mi ulg podatkowych jak trzeba). Małżonek zaś otworzył ptasią stołówkę, tylko ptaków na razie brak. Zapach książki mnie wyjątkowo podrażnia, więc nie mogę siedzieć przy papierze za długo. Wcześnie za to wskakuję w szlafrok i chodzę po Kuchniosalonie szukając czegoś do zjedzenia. Jest listopad, jest dobrze.
niedziela, 3 listopada 2024
1781-1783. Jestem, czytam.
Piątek
Moje Kochanie było przekonane, że dzisiaj ma wolne, złudzenie prysło dopiero w porze czwartkowowieczornej. W ciągu dnia kręcę się po domu, słucham Woydyłło, ale bez przekonania, najbardziej to jutram. Rozmawiam z mamą (pogoda w Polsce bardzo ciepła), odbieram od niej zdjęcie grobu prababci Antoniny (pokrzepia mnie, że data jest taka jak trzeba, prababcia rzeczywiście była 10 lat starsza od pradziadka, znaleziony akt urodzenia naprawdę należy do niej). Z Kochanym obejrzeliśmy do końca Rękopis znaleziony w Saragossie (1965) Hasa; jest moc, fakticznie. W Browsku pada, zwierząt brak, liście lecą z drzew :)
Sobota
Śniadanie i słuchanka. W południe ukończyłam nareszcie Woydyłło i zaczęłam czytać Baltazara, autobiografię Mrożka. Odjaniepawlając chwilowo boginię ogniska domowego mężowi z pracy powróconemu zaserwowałam dzisiaj frytki, piersi kurze, smażone oraz pieczarki faszerowane. Za oknem nadal szaro. Podobno na niebieskiej plaży (wieki tam nie byliśmy) wylądowało stado łabędzi z Islandii, naprawdę wielkie, na oko ponad sto osobników. To co tam w Browsku? Tylko trzy jeleniowate.
Niedziela
Śniadanie identyczne jak wczoraj (ciągnie mnie do tuńczyka wymieszanego z jajkiem i pomidorem). Szarość identyczna. Odkładam przygotowywanie się na jutro, aż w końcu biorę się za te tabelki i logiczne myślenie, co mi zazwyczaj idzie nieźle. Przed siódmą (jestem po prysznicu, Kochany jest po obiedzie) skończyłam czytać Baltazara Mrożka (Noir Sur Blanc, 2024). Okokonienie zaowocowało trojaczkiem blogowym. Taka to widocznie listopadowa konieczność.