[go: up one dir, main page]

Strony

czwartek, 30 czerwca 2022

925-926. Daznt macz tu kanapka,

powiedział Fred odkładając krzywo ukrojoną kromkę chleba. W naszym domu tworzy się dziwny język. I dziwna przyjaźń, bo Ka dzwoni np. żeby zapytać co tam i zaprasza do siebie. Nie po to, żeby uciec z Fredem do "męskich" zajęć, tylko tak, posiedzieć chce w kuchni, z partnerką własną przy tym obecną. W środę nic z tego, Kochany w południe wybył najpierw do ekspresowego fryzjera w Drołdzie, potem do pracy w Mullingar, ja sfrustrowana siedzę w papierach. Wygląda na to, że Ka będzie mnie w poniedziałek odbierał z lotniska. Spore poświęcenie, bo i mieszka dalej niż my, pora dnia także mało wygodna. Na razie nie czuję, że znowu lecę. Luś też markotna, nie chce ze mną gadać, bo ma obronę w poniedziałek i 15 pytań do opracowania jej zostało, a wiadomo, że jak zaczniemy nadawać, to na kwadransie się nie skończy.

Deszcz spadł tym razem wieczorem, były też pomruki burzowe, bardzo rzadkie na naszym wybrzeżu. Brakuje mi obecności kota, który w ostatnich dwóch tygodniach ignoruje dom, wpada tylko na jedzenie. Dzisiaj rano więc Rysiek znowu na chwilę, napchać się i po przygodę. Kochany do południa odsypia pracę. Po śniadaniu, kawie i czytaniu niejasnych smęt o intuicji i inkubacji wychodzę nad morze. Nad wodą lato, wprawdzie krajobraz po deszczu nadal pochłania wodę, ale w powietrzu Kostaryka (to taka figura retoryczna, wiadomo, że u nas to oznacza z 20 stopni, łuuuhuuu). 

Katlin mówiła mi wczoraj, że zrobi sobie test, bo Lisa znowu ma covida, jednak dopiero dzisiaj sprawdziłam liczby pandemiczne i dobrze nie jest — na wyspie zachorowalność rośnie. Miejmy nadzieję, że dam radę obrócić do Polski i z powrotem bez żadnych sensacji. Więc czytam, zaznaczam, łeb mnie boli od tego, najwyraźniej wzrok mi poleciał, najbardziej mi przeszkadza, że z bliska coraz gorzej widzę przez okulary (no patrzcie państwo, takie dziwne zjawisko!). No ale do soboty trzeba jakoś domachać. Fred pojechał na wieczór do Ka, ja nie mogłam z takiego powodu, że dostaję już pierdolca egzaminacyjno-podróżniczego i nic mnie nie bawi. Odprawiona, z rozbabranym plecakiem, postanawiam lecieć w tych samych spodniach co 2 tygodnie temu, ale bez kapelusza (dla odmiany). Paszport i majtki na każdy dzień spakowane, to najważniejsze. Na egzamin pójdę w koszulce z jęzorem Stonesów. Bo tak.

wtorek, 28 czerwca 2022

924. Podrygując.

Pogoda całkowicie się skiepściła, rano leje i wieje tak, że Ryszard Kot po śniadaniu postanawia zwinąć się w precel i przeczekać w sypialni. Przed wyjazdem do pracy słucham Abbey Road, Anniversary Edition Beatlesów. Dzień przeleciał bezkonfliktowo, Fred wpadł do miasta, po drodze do domu zatrzymaliśmy się w Termon na szamę całkiem dobrą. Przelotem czytam gdzieś, że siwizna zaczyna być w Polsce trendy, Mucha i inne na instagramach się pokazują niepofarbowane (zanim przyjdzie deser gładzę swoje włoski na głowie, ładne takie). Zamulanie i ostatnie zajęcia z CBT, zostaje tylko pisanie pracy. Wieczór spędzam na genealogii, podrygiwaniu do Night Time Killing Joke (1985). Rozmawiamy o zjawisku Jaza Colemana, potem słuchamy pierwszej płyty Comy (czekam na Zbyszka, bo to fajna piosenka jest).

poniedziałek, 27 czerwca 2022

923. Jedziemy od nowa.

Wstałam, opuściłam drzemiącego Freda bardzo dzielnie i czekając na przystanku zapoznałam (czy ja mogłabym patrzeć w ziemię i zamknąć gębę? No nie) Patrika. Patrik ma siostrę Mary, która mieszka w Galway. I nowy travel pass, którego jeszcze nie dostał, więc trochę był niespokojny, czy zdoła to wszystko wyklarować kierowcy (chyba mama mu wytłumaczyła, co ma powiedzieć). Potakuję, pół na pół się domyślam co nadaje, bo mówi narzeczem. Wspominam, że w Polsce upały. On nie lubi upałów, rozumiemy się. Patrik ma z 40 lat i jest niepełnosprawny intelektualnie. Czasami go widuję "na wsi". 

Już w autobusie się mi przypomniało, że nie wzięłam kanapek, chociaż miałam wczoraj szczerą chęć poprawy. Łeb boli, słońce świeci, wysiadłam na wcześniejszym przystanku tylko po to, żeby z buta minąć biuro i poleźć do Caffè Nero. Trochę ulgi. Potem praca, było co robić, co zawsze mnie w tym miejscu cieszy. Fred przyjechał po mnie do Bootsa, zakupy spożywcze, powrót do domu, Kochany robi obiad, ja się opierniczam i z minuty na minutę rośnie mi gul, że się nie uczę. Fred rozmawia ze swoja mamą o różnych takich, w tym sprawach finansowych. Dostajemy nieco uspokajających wiadomości o Wu, nie w sensie, że dobrze, tylko w sensie się zobaczy. Musi wystarczyć, świata nie zbawimy, kijem rzeki nikt nie zawróci. Tak więc, jest prawie dziesiąta, a ja nadal nic nie umiem. Idę już, idę. 

niedziela, 26 czerwca 2022

922. Na horyzoncie.

Mam zniżkę formy, nie mogę dospać i budzę się przed dziewiątą. Dodatkowo dzień nam się zważył informacją od teściowej, która przypuszcza, że z Wu jest gorzej. Nie bardzo wiadomo co zrobić z taką wiadomością, skoro na razie nijak da się to zweryfikować, próbujemy analizować ostatnie rozmowy i zachowania, tylko tyle, bardziej ma to pomóc nam niż komukolwiek innemu. Fred wyjeżdża po południu do pracy, ja z kolei z ociąganiem zaczynam przeglądać materiały do następnego testu. Jako małą ucieczkę włączam odcinek The Affair at the Victory Ball (1991). Pod wieczór Ryszard przyszedł poleżeć w łóżku, wiadomo, że głównie z powodu deszczu, ale zawsze to miła odmiana po kilku dniach ciągłego nawiewania z domu. Na horyzoncie wiszą bure chmury, jednak promyki słońca po raz kolejny robią szturm na trawnik.

sobota, 25 czerwca 2022

921. Dublin Pride'22.

(wyjechaliśmy z Drołdy do stolicy autobusem, wróciliśmy do domu pod ósmą wieczorem, zmęczeni jak psy gończe po całodniowym norowaniu)

Najpierw nieco spóźnieni dotarliśmy do O'Connell Street, gdy parada już ruszyła:


Zakotwiczyliśmy na dłużej w pobliżu Iglicy, zrobiłam tam sporo zdjęć. Następnie przemieszczając się na południe znaleźliśmy koniec tej żmii. Fred zaprowadził mnie na kawę do ... kościoła na Jervis St. Ciekawe rozwiązanie, napitki pod tablicami pamiątkowymi.

Czyli zaczęliśmy od końca, bo naszym celem był obiad w Toltece na Suffolk St (po drugiej stronie rzeki). Spacer był przyjemny pomimo delikatnego deszczyku.

Po obiedzie chciałam dojść do Oscara, żeby mu zrobić zdjęcie jak się patrzy, a nie w półmroku i z krzaków, jak ostanio. Przeszliśmy więc przez Stefana (bo tak), a potem naokoło Merrion Square na którym odbywała się drag queen impreza. Oscar:


Pomimo zatrzęsienia przenośnych toalet, co trochę ktoś wyłaził z krzaków ;)

Zmachana jestem. Prawdę powiedziawszy nie chciało mi się jechać, dobrze, że mam Freda i mogę za nim podążyć, kiedy nic mi się nie chce. Całą sobotę wiał wiatr, tyle, że udzieliły się nam pozytywne emocje przy oglądaniu tęczowego przemarszu i w tłumie było całkiem przytulnie. Zresztą nawet pod koniec wizyty w Dublinie, gdy chmury gęstniały, zarzucenie na siebie płaszcza rozwiązywało problem. Siedzimy w domku, na zewnątrz szaleje wiatr, Fred właśnie rozmawiał z siostrą o życiu na ziemi. Dobry, dobry dzień. Dziękuję, Kochany.

piątek, 24 czerwca 2022

920. Stany zjednoczone.

Jest zapowiedź zmiany pogody, która się ziszcza — pod wieczór zaczyna coraz bardziej wiać. Pozytyw dnia jest taki, że Anthonemu udało się odblokować mojego lapka, po pracy biorę go pod pachę (laptopa, nie Anthonego) i czuję, że jest niedziela rano, święto. No ale wracamy do rzeczywistości. Laptop ma kłopot z aktualizacją (na razie działa, nie wiem o co chodzi), deszcz spada na suszące się pranie, a wieczorem małżonek mi mówi, że przez teściową dostaliśmy list od Jezusa. Wymemłana jestem, idę spać.

Postscriptum #919.

Więc ruszyliśmy, żeby być w Dublinie na ósmą. Zaparkowaliśmy pod samą NCH i poszliśmy jeszcze na trochę do Stefana:



Tymczasem w programie niespodzianki. Rachel Podger, znana solistka na którą wielu czekało, rozchorowała się (nie wiadomo, czy na Chorobę) i trzeba było zmienić program koncertu, żeby Irish Baroque Orchestra, Claire Daff i Kinga Ujszászi dały radę bez niej. 


Rozpoczęto wg planu, koncertem na dwoje skrzypiec 1043, ale potem był kawałek Händla i niespodziewanie Bachowska partita na flet solo 1013, po czym z tą samą flecistką niecały koncert 1044, bez pierwszej części. Następnie wykonano La Folia Geminianiego i kawałek Czterech pór Vivaldiego. Bardzo fajnie dawała Kinga Ujszászi, energiczna, pozytywna skrzypaczka, takie trochę sreberko.


Po koncercie jeszcze chwila spaceru na mieście, które wyraźnie przygotowuje się na Pride. Parki już się zamykały, do Merrion Square dotarliśmy, gdy porządkowy brzęczał kluczami i pomachaliśmy Wilde'owi zza krzaków (z tego zaczyna się robić tradycja). Ale było miło tak łazić po bezwietrznym, całkiem ciepłym mieście, które drapało sie po brzuchu przed snem.



czwartek, 23 czerwca 2022

917-919. Tymczasem (jeszcze raz) lato.

Empuzjon (WL, 2022) rozpoczęty na lotnisku we Wrocławiu był we wtorek zakończony. Kolejna książka z moim ukochanym Dolnym Śląskiem, która zapraszała do galopującej lektury i trzeba było zaspokoić tę potrzebę natychmiast. Po powrocie na wyspę (Fred wita bukietem róż) położyłam się spać gdzieś po północy, Ryszard obudził mnie o wpół do piątej. Praca, powrót do domu autobusem, spotkanie online. Sąsiadki już wiedziały, że wróciłam. Zmęczona, no ale Empuzjon.

Nie wiem o której w środę nad ranem Kochany wrócił z pracy, oboje byliśmy w każdym razie poturbowani niedospaniem. Zostawiłam Freda w łóżku i poczłapałam w rozdeptanych lasockich do pracy kołysząc się jak zaspana kaczka (dopiero na przystanku zauważyłam, że do przykrótkich dżinsów założyłam pasiaste skarpetki, co nadało mi wygląd alkoholowej awangardy z początku lat 90-tych). W pracy sprawdziłam czy są wyniki egzaminu. 14 pkt. I teraz nie wiem czy popełniłam gdzieś błąd, czy też miałam rację przy zgłoszeniu błędu w odpowiedziach. Oh, well, jest dobrze, kolejny dziwny dzień, rano szary i przydymiony mgłą, potem coraz cieplejszy.

Lektura Tokarczuk zachęca mnie do powrotu do #projektBiblia porzuconego w okolicach Księgi Liczb. Jeszcze nie podjęłam rękawicy.

Mąż przyjeżdża po mnie na czwartą. Laptop nadal zostawiony w Centrum, Antoni podłubie w wolnym czasie, tak mówi. Zamiast jechać do domu idziemy z buta do Il Forno zjeść w ogródku pizze (2, słownie: dwie) i popić sokiem pomarańczowym. Towarzyszę też Kochanemu do ulubionej ostatnio kawiarni, patrzę jak wypija wielkie cappuccino siedząc wygodnie jak Lebowski.


Z kawiarni nadal nie do domu, skręcamy bowiem na plażę, gdzie poznajemy puchatego szpica o imieniu Jojo, tulamy się, wkładam do kieszeni marynarki jedną czerwoną muszelkę i dwa morskie szkła, białe i zielone.


Nic więc dziwnego, że w domu jesteśmy po siódmej wieczorem. Zanim jeszcze zmienię buty obcinam kilka przekwitłych kolb łubinu, któremu to się stało, gdy nie patrzyłam. Zmęczona nadal strasznie, chwilowe leżakowanie trochę pomaga, ale nie daję rady wysiedzieć na dokumencie o Stonesach (2007), idę spać po śmierci Briana Jonesa. Fred mówi przed snem, że wiele nie straciłam. 

A dzisiaj jest czwartek. Przetestowaliśmy kota ... no musi ktoś przychodzić, bo Kochany zostawił na noc zignorowany przez Ryszarda pasztecik, a teraz go nie ma (pasztecika owego). Szanse, że nasz domowy tygrys z własnej, nieprzymuszonej woli zjadł stary (czyli kilkugodzinny) posiłek są prawie żadne. Who are you?

Tak w ogóle to obudziły mnie wronowate, miały zlot w naszym ogródku na tyłach, machały tymi swoimi skrzydliskami. Dzisiaj będzie odchamianie się barokiem. A na razie śniadanie zjedzone (ja), kawa wypita (małżonek), dzień dobry.
___
edit: 16:00 Fatalnie się czuję, słabość jakowaś. Ale gramolę się, żeby z Fredem, mężem najdroższym, kupić coś na obiad. Tak więc ubrana w różowe moro fru-fru ( projektant miał pewnie załamanie nerwowe) przed wskoczeniem do samochodu poznałam Lulu. Anna Emerytka ma bowiem od tygodnia nowego pieska, trzymiesięcznego maltańczyka, który jest jeszcze maluszkiem i nie bardzo umie na smyczy (chce iść we wszystkie strony na raz). Przytuliłam białą kulkę, wzięłam na ręce, super nowa sąsiadka. Po drodze do sklepów słuchaliśmy składanki Grechuty, Unikaty (2006), nucimy razem z nim Wędrówkę

Chyba zamknęli Epik, miejscówka znowu ma malowany szyld (bardzo dobrze, to było kiepskie miejsce kalające wspomnienie po Canale). Przed powrotem do domu kawa w Coście, siedzimy na zewnątrz obserwowani przez mewy. Ciepło.

wtorek, 21 czerwca 2022

Postscriptum zdjęciowe do kilku dni w Polsce.

Się opublikuje, gdy będzie czas i laptok :)

edit 24/06/22 17:30










poniedziałek, 20 czerwca 2022

916. W oczekiwaniu na podróż.

Babcia Mania dała mi prezent: sfatygowane lusterko i wspomnienia jak to na Kuźnicy zdawała egzamin w klasie piątej z piątakiem w kieszeni. Podobno mówili na nią Korzańsconka. Nie wiem czy to prawda, ale to dobra historia. Z rana pomimo zapowiadanej zmiany pogodu nadal duszno, przy kawie zaczyna być burzowo, aż w końcu spada niewielki deszcz. Koguty pieją na zmianę.

Udało mi się skontaktować z dr Dziwaczkiem, więc wiem, że jedną część modułu mam już zaliczoną. Resztę popołudnia spędzam jedząc zupę pomidorową, spacerując po ogrodzie i wybierając klamotki do przewiezienia. Na podróż wezmę Empuzjon Tokarczuk. Z filmów zabieram dokument o Rolling Stonesach, Fugę Smoczyńskiej, Śniegu już nigdy nie będzie Szumowskiej, Wnętrza Allena i Eskortę Lee Jonesa. Robię też parę zdjęć fotkom z albumu, niektóre mają ponad 100 lat.
___
edit 20:00 Tak więc po obiedzie złożonym z pierogów z truskawkami jedną z ostatnich czynności pożegnalnych było ucałowanie babci i pogłaskanie Rózi po główce. Koteczka siedziała w fotelu na tarasie, zapatrzona autystycznie w deszczową dal. Komitet pożegnalny był złożony z dwojga dorosłych i psa. Komiczną sytuację na lotnisku przy ostatnich kawkoherbatkach opiszę w postscriptum za jakiś czas. Teraz pora na lekturę, gdyż:

niedziela, 19 czerwca 2022

915. No dobra.

Jak zwykle przy okazji egzaminów dzień upływał nieco nerwowo do godziny 0, a potem był czas relaksu i ew. plucia sobie w brodę. Mam wątpliwości co do odpowiedzi, zgłoszonego błędu i w ogóle, czy zaznaczyłam wszystkie obowiązkowe miejsca, teraz niczego jednak nie zmienię, czas rozpuścić włosy i ruszyć dalej. Za to Rózia dała mi się w końcu pogłaskać (resztę dnia chodzę w zasierścionej sukience). I na kolację zjadłam z mamą smażone ziemniaczki z jednej patelni i popiłam kefirem ze wspólnego kubka. Dr Mercy, Dr Pryszczylla i Moje koszmarne stopy. Gorąco niesamowicie, pomijając niewielki stres piękny weekend, pozbawiony wydarzeń.

sobota, 18 czerwca 2022

914. U rodziców

Lipa powoli przekwita, nadal mocno pachnie. Wskoczyłam w pasiastą sukienkę kupioną chyba jeszcze w Tesco, gdy ta sieć była w Polsce (na dzisiaj w sam raz, mama włączyła wszystkie wiatraki i w domu jest optymalnie, ale na zewnątrz świat powoli topi się z gorąca). Zjadłam śniadanie z babcią, rodzice wrócili z zakupów, relaks. Kochany na wyspie, już w drodze na rezonans.
___ 
edit 17:00 Po uratowaniu jaszczurki, która dzielnie walczyła z Mruczysławem i leżakowaniu w ogrodzie pod parasolem pojechałam do Wro odebrać legitymację. Wszystko przebiegło bardzo sprawnie, mam plastikowe ID, które będę mogła jutro użyć. Przy okazji pokazałam mamie uczelnię, potem pojechaliśmy na drugi koniec Wrocławia zjeść gyrosa w Koronie. Refleksję mam taką, że ludzie w usługach są milsi niż kiedyś, widać zmianę pokoleniową. W domu zwierzaki szukają schronienia przed upałem, Rózia nadal mnie unika i pewnie nie starczy jej czasu, żeby przywyknąć do nowej sytuacji. Pyszne ciasta babkowe, herbaty, program o rolnikach szukających żony i jakieś amerykańskie głupoty. Czekamy na odcinek Columbo.
___
edit 21:30 Rodzice poświęcili sporo popołudnia na ratowanie świata, dzisiaj w postaci sikorki, która jako jedyna nie wyleciała z gniazda. Bywają takie sytuacje, raczej przegrane. Grab został zaatakowany przez jakiegoś szkodnika. Gosi słabuje wzrok, (początkowo mnie nie poznała), zresztą babci wzrok też poleciał, chociaż jej to już wcześniej. Dobrze, że Maciej daje radę, brzuch zarasta mu na nowo futerkiem, Niunia też w dobrej formie  przychodzi na niunianie. 

piątek, 17 czerwca 2022

913. W ruchu.

Wczoraj nie skończyło się szybko, jeszcze zanim Kochany wrócił do domu Luś w ponad godzinnej rozmowie rzucała przekleństwa na swoją uczelnię. 

W temacie laptopa: liczyłam na firmowego informatyka, ale dzisiaj miał wolne, więc lapek tylko się przejechał ze mną do pracy i wrócił z Fredem do domu. Najpierw jednak mąż przywiózł mi ekwipunek (w toalecie Centrum przebrałam się "na latanie") i poszliśmy na lunch do Il Forno. Pogoda w tej części Irlandii jest masakryczna, szaro i parno, od czasu do czasu kropi drobny deszcz. Nogi już mi same przebierały do podróży, zebraliśmy się wcześniej, wpół do piątej byłam na lotnisku. Nigdy wcześniej nie widziałam tutaj takiej kolejki, żmija zawijała się jakieś 100 metrów przed bramkami i pomimo tego, że cały czas się poruszała, potrzebowałam 45 minut, żeby dojść do kontroli. Nie było się co spieszyć, lot jest opóźniony przynajmniej o godzinę, siedzę i wrastam.
___
edit 02:20 w moim starym łóżku.

czwartek, 16 czerwca 2022

912. Awaria.

W nocy zniecierpliwiłam się przy aktualizacji komputera i zostałam za to ukarana. Mój laptop żadnym zaklęciem nie dał się rano uruchomić. Nie znam hasła administratora, więc tragedia. W związku z tym śniadanie było dziwaczne: kopytka podsmażone na maśle z tak samo przygotowanymi pieczarkami, które miały być wczoraj na obiad, do tego kulki ciasta z masłem czosnkowym. Piękny mechanizm radzenia sobie mi wyszedł: gdy coś nie wychodzi, robimy coś innego bardzo szybko. Pojechaliśmy też z Kochanym załatwić sprawę opłat za dom, payslipy na szczęście były cały czas na emilkach, więc przynajmniej z tym nie było problemu. Po wizycie w urzędzie poszliśmy do Caffè Nero, a potem na chwilę do miejskiej galerii (nie było tam nic ciekawego, chyba instalują dopiero nową wystawę). 

Dzień jest niezwykle parny, góry wiszą we mgle. 

W domu zaczęłam przygotowywać się do podróży, tymczasem Fred włączył Grechutę i rozpoczął wielkie prasowanie. Umyłam włosy i tak już do końca dnia będę łaziła w szlafroku, robiąc obiad, mierząc ubrania na podróż, czytając teksty na Fredowym lapku. Kochany zadzwonił do kumpla znającego się na awariach (Luka poradził mi, żeby najpierw zgrać pamięć i od tego zacznę; i tak nie zamierzałam brać laptopa w podróż, więc ciśnienie mi ze łba nieco zeszło, czy słusznie to się już okaże innym razem), potem wyjechał do Ka&Jot. Wprawdzie zapowiadaliśmy się razem, ale muszę pozbierać myśli z podłogi.

Z innych rzeczy: oboje mamy wrażenie, że nocą ktoś do nas wpada na szamę. Ryszard drugi raz pod rząd jest z rana głodny, a jego miseczki są nienormalnie do dna wyczyszczone. Anonimowe zwierzątko jest bardzo dyskretne i szybkie, dzisiaj uwinęło się pomiędzy pierwszą w nocy a siódmą nie budząc żadnego z nas.

środa, 15 czerwca 2022

911. Skrót.

Ptasie mleczko w polewie karmelowej przed śniadaniem. Rozmawiamy o teorii ucieleśniania emocji w nawiązaniu do muzyki i książek. Potem idziemy na spacer, najpierw z kotem po osiedlu, potem na Głowę:






Fred nie czuje się najlepiej, pobolewają go różne ważne części. Po powrocie odgrzewam żurek, siedzimy w ogrodzie przy yerbie/herbacie, Kochany umawia się z przyjacielem na góry (jakieś, gdy będę poza domem). 

Szpak Protestujący (kot podchodzi do szpaczej miseczki i wyjada swoją własną karmę, której nie chciał jeść, gdy była w misce kociej):

Lubomski Conte'm (1997). W zasadzie miała być dalsza część obiadu, ale zamiast tego znużona zasnęłam przy boku Freda. Za dużo ciastek (pokarało mnie bólem brzucha), oglądam filmik Gosi na pocieszkę, a mąż planuje sierpniowy wylot do Polski. Lubomskiego Ambiwalencja (2008). Wu ma przez telefon głos pogodny, jednak dalej nie wiadomo, co on w zasadzie robi ze swoim życiem, gdy nie pracuje. Ból minął.

wtorek, 14 czerwca 2022

910. Wtorek, dzień zwykły.

Ziu, ziu, ziu ... czy to już wtorek? Ja nie wiem gdzie te dni, tygodnie, miesiące znikają. W pracy miałam spotkanie z Catriną i Bridżet. W piwnicy. Biznesowe spotkanie, bo mi się przecież za kilka miesięcy kontrakt kończy. Może będę miała jakieś praktyki interesujące, byłoby miło. A tymczasem posiedziałam z Piterem, poszłam na kawę do Caffè Nero, pochichrałam się z paniami (Lorejn wracała z wakacji francuskich dwa dni, opowiadając o tym machała rękami i zaśmiewała się do rozpuku), żeby na końcu Fred mnie przestraszył stojąc na schodach budynku w którym "pracuję". 

Lubię to miejsce. Dla cudaków jest.

Sprawę czynszu trzeba nam załatwić, więc poszliśmy na przełaj do Intreo (wcześniej, w przerwie w pracy, jeszcze przed kawą, upewniałam się w okienku u Pani Wytrzeszczającej Oczy jakie papiery są potrzebne, nie ufam jej jednak, może to była wersja na wtorek, a jak wiadomo jutro jest środa). Strasznie brudne jest miasto z tej naszej Drołdy, mimo to wędrując tak na szago wypatrzyliśmy ciekawy zakątek. Potem Tesco, powrót do domu, kot wyłazi z krzaków, mąż robi obiad, w międzyczasie Katlin wpada do ogródka zobaczyć, że się naszym jabłonkom jabłuszka pokazały. Na razie małe jak pypcie, ale liczy się. Potem trzy godziny CBT i awaria odbioru sieci (którą cały czas miałam, tylko moja karta sieciowa jej nie widziała, w takiej sytuacji raz powiedzieć "kurwa" się nie liczy w zasadzie, więc nie doprowadzam do takiej sytuacji). A teraz Kochany robi coś, co może będzie żurkiem. I mi obwieścił, że mały brudas, który od czasu do czasu dostaje od nas jedzenie, żyje jednak. Fajnie, smuciliśmy się. Ryszard jest niepocieszony.

poniedziałek, 13 czerwca 2022

909. Poniedziałek, dzień zwykły.

Eksperyment Fredowy na piątkę, okazało sie, że magiczna karta działa także w prywatnych liniach autobusowych, tyle, że Kochany wrócił trochę później i przerwał mi sen w którym Aura opowiadała jak to ją córka nie kocha (właśnie ją miałam zapytać, co mam z tym wspólnego, poza tym, że córce się nie dziwię).

Małżonek zaparkował na ulicy przy której pracuję, a ponieważ bardzo bardzo chciał kupić filtry do kawy w M&S, mieliśmy okazję paść sobie w ramiona w połowie drogi. Potem był polski sklep, zakupy czekalodowe (dla Thomasa) i ogórki małosolne (dla nas). Ekspedientki uważają nas zapewne za dziwaków, mniejszość psychiczną z której paragonów nie da sie wywnioskować żadnego sensownego obiadu. No trudno, parkomat był zapłacony, więc jeszcze zrobił się czas na Caffè Nero. Nowy chłopak przyucza się na baristę, pełen entuzjazmu, wygląda jakby się nadawał, Kochany nawiązał z nim nawet wstępną dyskusję na temat dat palenia kawy. W kawiarni o tej porze dużo ludzi-dziwaków: starsza para, która przyszła na herbatę i z trudnością gramoliła się od stołu, dziewczyna czytająca książkę, facet w podobnym wieku z własną lekturą, grupa młodziaków z odręcznymi notatkami "na naukach" (mamo, idę z kolegami, pouczyć się, do kawiarni). Siedzimy, popijamy, rozmawiamy o filmach. Bardzo mi dobrze.

W domu Fred gotuje na obiad kalafior z beszamelem, potem coś tam dziobię uczelnianie, ale bez przekonania. Gdy przychodzi do rozmowy na temat opłat za dom, Kochany ucieka do ogródka. Dopiero pod północ, robiąc poważne miny Głównego Najemcy, zaczyna wypełniać papiery. 

niedziela, 12 czerwca 2022

908. Papier i pióro.

Fred wstał przede mną, kręciłam się w półśnie jeszcze z godzinę, albo i dłużej. Kochany robił dzisiaj eksperyment dojazdu autobusem za darmoszkę aż do Limerick (eksperyment się powiódł, przynajmniej w jedną stronę, zobaczymy jak będzie z powrotem). Pozostawiona sama sobie zaczęłam wynotowywać ze slajdów punkty, które mogą się pojawić na egzaminie. Fizyka jądrowa to to nie jest, ale głupio byłoby mi pójść nieprzygotowaną i nonszalancką. Wcześniej jeszcze miałam ostatni wykład z neuro (prowadząca ma ADHD, jestem pewna). Poza tym złożyłam podanie o przedłużenie prawa jazdy, powinnam je dostać za kilka dni. Nigdzie nie wyłażę, hoduję garba przed laptopem, robiąc przerwę dla Freda (pokazuje mi miasto) i mamy. W następny weekend w Polsce ma być upał.

sobota, 11 czerwca 2022

907. Zamiast wyprawy.

Dzień wietrzny, mokry, zmienny, wypełniony czynnościami zwykłymi, albo nie nadającymi się na bloga ;). Po obiedzie (był dorsz) analizujemy kiepskość Hoffmanowego Ogniem i mieczem w porównaniu z jego wcześniejszymi filmami. Gdy Kochany rozmawia ze szwagierką wychodzę do łazienki umyć włosy, i w ten sposób omija mnie ekspresowa wizyta Ka & Jot. Przez szum wody słyszę jakieś ekscytacje i trzask drzwi, ale w kuchni dopiero po jakimś czasie zauważam kawałki lejzi kejka robionego przez Jot. Fred rozmawiał z Usz o kotach (a jakże!) oraz o nowym pomniku na cmentarzu. Oczywiście zaproszenia do nas zostały wielokrotnie powtórzone. Stawy mnie bolą, szczególnie haluksy, chyba  przez pogodę, bo jakoś nie mogę sobie przypomnieć, żeby tydzień był fizycznie wyjątkowo nadwyrężający. Kochany przygotował sałatkę z tuńczyka, więc kolacja też pyszna.

piątek, 10 czerwca 2022

906. Dużo miziania.

Zapach mielonej kawy o poranku. Kawa nie dla mnie, bo o tej porze dla mnie za wcześnie, ale Kochany tak ma, że kawa przed śniadaniem musi być. Przy tym moim zatrudnieniu wytworzył się nam rytuał: jeśli Fred ma wolny dzień, to nastawiam budzik na 6:30 zamiast szóstej, rozbudzam się gmerając w laptopie i godzinę później robię mężowi kawę, po czym go budzę i jem śniadanie. Wyjeżdżamy do miasta ok. 8:30, Kochany czasem potem robi zakupy, albo wraca do domu, zajmuje się swoimi sprawami. 

Wygasiłam wszystkie komputery, pozamykałam drzwi i wybyłam do polskiego sklepu, z którego zwinął mnie Fred. Poszliśmy do Il Forno na pizzę i na spacer nad kanał Boyne:





Katlin akurat kosiła trawę, gdy parkowaliśmy pod domem, więc przystanęliśmy chwilę pogadać. Fred zastanawiał się kilka dni temu, dlaczego stary, głuchy labrador nie wydeptuje nam ostatnio ścieżki w ogródku. Już wiemy, że nie żyje, zmarł ze starości, albo co. Jego małego kolegi, jacka russella, też nie widujemy, karma psia na niego czeka. 

Potem weszliśmy do domu, dwie minuty później lunął deszcz na świat.

Inne: teść ma pomnik, Fred partycypował w kosztach. Rozmawiałam z mamą, trzeba jej było pomóc w aktywowaniu pakietu DNA. Kochany ma plan na jutro, a na razie ogląda klipy Ralpha Kamińskiego. Czy ja nie powinnam się uczyć? Idę.

czwartek, 9 czerwca 2022

905. Zmiana pogody.

Tak mnie zmęczyły noce bez Freda, że dzisiaj nawet nie wiem, kiedy wrócił, zasnęłam snem niedźwiedzicy. Początek dnia nie zapowiadał niczego szczególnie przyjemnego, od rana mżył deszcz, wysiadywałam w domu kompulsywnie gmyrając w drzewie genealogicznym. Nawet nie zjedliśmy porządnego obiadu, Fred od razu wsunął pierogi na późne śniadanie. Potem się niespodziewanie rozpogodziło, a nas kopnął jaś wędrowniczek. 

Pojechaliśmy najpierw na zakupy spożywcze, a tak naprawdę to przejść się po hipermarkecie i spod TK Maxxa, gdzie był zaparkowany samochód, pomaszerować do Costy. Po kawie był rozwlekły powrót samochodem na wieś w towarzystwie trzypłytowej, punkowej składanki Lust For Life: The Music That Changed A Generation (Fred kupił na którymś wyjeździe, zapewne będziemy jej słuchać w czasie podróży autem jeszcze nie raz). Weszłam do domu tylko na chwilę, bo Kochany zaproponował spacer z kotem dookoła osiedla. Voilá:


I niebo nad osiedlem, prosz:


Po drodze napatoczył się Dżejmi, który bardzo zapragnął Ryszarda pogłaskać, więc mu kot powiedział co o tym myśli. 

Przyjemnie, jasno, dość ciepło. Chciałam jeszcze. Żeby nie łazić na głodniaka, przy płycie Hejzela (Fred wcześniej rozmawiał z nim przez telefon, panowie coś tam kręcą akcję z pokazem filmu połączonym z koncertem) napchaliśmy się na szybkiego sałatką jarzynową z polskiego stoiska w Tesco. Potem podjechaliśmy samochodem na parking przy plaży. Ładnie, jakieś chłopaki w negliżu grające w piłkę, parę pań pływających w zimnej wodzie, kilka rodzin z psami. Po piachu skacze mnóstwo pcheł, bo akurat zaczął się odpływ, kolację trzeba zjeść przed zachodem słońca, nie? Fred mnie tula. Dobrze mi, no, co zrobić ;)

środa, 8 czerwca 2022

904. Dzielność środowa.


Małżeństwo z nas jest zgodne.

Pogoda zmieniła się na gorsze, w drodze do domu lawirowałam między kroplami, Kochany w tym czasie już pędził na Północ, i gdy ja skończyłam sprawę z krewetkami zadzwonił pokazać mi swoją kawę i ciasto marchewkowe.

Przesyłka dotrze do rodziców w piątek — wiadomość od kuriera spowodowała, że zadzwoniłam do mamy i przegadałam wieczór uzgadniając, kto miał ile dzieci, kto się powiesił i jak było kolejno po imieniu wszystkim kuzynom królika.

Odcinek Midsomer z Nortonem, Haigiem i Philipem Jacksonem na brzydki wieczór. Powieki mi lecą, łeb opada, ale będziemy dzielni jeszcze dwie chwile.

wtorek, 7 czerwca 2022

903. Life goes on.

Well, praca przyjemna, na przerwie pokłusowałam do Moorlanda i się rozrzewniłam. Nie chce mi się ruszać, niczego zmieniać, iść do przodu, a trzeba, kurczaczek, trzeba, bez względu na to, jak mocno się zagnieździłam na żerdce w tym kurniku. Jednym okiem zerkałam dzisiaj na tekst, który miałam oddać do północy, nie udało mi się go dokończyć do popołudniowych zajęć, więc klikałam także w trakcie kursu.

Majkel zadziwiająco rozmowny zaczepił mnie w kolejce do autobusu (w zasadzie zrobił na mnie "buu!"), był w towarzystwie Alkoholowego Paddy'ego (czyli Jimmy'ego, pewnie większość dnia udawali, że nie pociągają). Szkodzi mu ta znajomość, wyglądał bardzo kiepsko. Domyślam się, że po jednorazowym, grzecznym pojechaniu z Anne na plażę, doszedł do wniosku, że już może wypić jedno dwa trzy cztery piwa, na początek. 

Kochany znowu północek na Północy, rano mnie podwiózł, po czym przeżył ekscytację dnia, gdy szukał portfela, który się nie zgubił. Pogoda była dziwaczna, słoneczna niby, ale z biegiem godzin coraz bardziej zacinająca zimnym wiatrem. Problem kota, którego trzeba wieczorem szukać, rozwiązał sie sam — zanim skończyłam zajęcia zaczęło padać i niezadowolony rudzielec rozłożył sie na łóżku w sypialni w pozie wyczekującej.

Tekst puszczony w obieg ... żeby tyle czasu dumać nad dwoma stronami, śmieszne po prostu. Ale w takim razie w nagrodę Secrets and Spies obejrzę, tym razem z panem Bennetem.

poniedziałek, 6 czerwca 2022

902. Ruminacje/luminacje.

Fred pojechał na Północ, taki jest jego bank holiday, więc i dla mnie się nie liczy. Miałam na jutro napisać tylko trzy małe akapity, ale męczyłam się z tym przez większość dnia. Wertując strony internetowe przeklinałam copywriterów, których istnienie uczyniło moją pracę cięższą i bardziej irytującą. To bezmózgie przepisywanie głupot, przypisywanie sobie autorstwa, naciągane interpretacje bezźródłowych badań, koślawe tłumaczenia i przegapione literówki powielane ze "znawstwem" przez kolejnych copymatołków! Żeby was luminacja! W zasadzie nie skończyłam, wydaje mi się, że mam czas do końca wtorku (oby!). Dzień był ładny i Ryszard przedrzemał go w rabatce przed domem. Wieczorem dwa w jednym, prasowanie i oglądanie drugiego odcinka 12 sezonu Midsomer Murders — z przyjemnością zerkałam na dwóch aktorów DiU'95, Susannah Harker i Davida Bambera. Kot zjadł kolację i przykleja rudy nos do szyby. A ja wracam do grzebania w śmieciach.

niedziela, 5 czerwca 2022

901. How are you getting on, pet?

Bardzo się z tym grzebałam, ale po majowej posusze dokończyłam czytać książkę — o poranku, z mokrymi włosami, w rytmach płyty Kultu, z mężem pijącym obok pierwszą kawę doczytałam ostatnie 40 stron Bonobo i ateisty (Copernicus Center Press, 2020). Trochę rozwaliła mnie końcówka, dopisek od Redakcji, która postanowiła wytłumaczyć o czym to jest i "subtelnie" pokrzepić wierzące serduszka (nie dziękuję).

Dzień szary, ale nie marudzę i oblekam się na spacer po Carlingford. Tak:

Fred również: 

Oraz:




Zostawiliśmy samochód przy drodze niedaleko zamku Jana, bo widać było, że miasto jest napakowane. Poszliśmy przez zamek na pieczonego ziemniaka do Ruby Ellen's (ta sama, co ostatnio, miła kelnerka How-are-you-getting-on-pet), potem na spacer przez Tholsel St. (dwóch gości spotkanych wcześniej na molu śpiewało Dirty Old Town) i cmentarz (zaczepiła nas miaukająca trikolorka, w kościele obok był chyba koncert), zajrzeliśmy też do rupieciarni na Dundalk St., gdzie można kupić wszystko, nawet klęcznik. Wróciliśmy do domu po szóstej i Kult ponownie zaśpiewał Wróci wiosna, baronowo ;)

Od powrotu kręcą mnie zatoki, nie tak mocno jak w piątek, ale to nadal nic miłego, alergię podejrzewam od dawna i nic z tym nie robię, bo nie wiem od czego zacząć. Na koniec dnia obejrzeliśmy lajtowe Yesterday (2019) Danny'ego Boyle'a, niezła muzyka, więc nie była to kompletna strata czasu. Nos powoli się uspokaja, jeszcze słuchamy Ralpha Kamińskiego i Kochany opowiada mi swoje koszmary.

sobota, 4 czerwca 2022

900. Las rzeczy różnych.

Którąś już noc pod rząd w ogródku pojawia się miaukająco-mrukający kot, nie wiemy nawet dobrze jak wygląda, bo ciemno. Jeszcze trzy noce wstecz bał się, gdy pojawiałam się w oknie, ale dzisiaj chyba próbował wejść do środka, słyszałam jak spadł ze śmietnika. Nie widujemy go w ciągu dnia, Ryszard się do tej znajomości nie przyznaje i wraca do domu, gdy przybysz decyduje się na moment zniknąć z widoku. Bardzo dziwne. 

Kupiłam rodzicom testy DNA, będziemy się badać, już się nie mogę doczekać. Zadzwoniłam do mamy, żeby ją uprzedzieć i przy okazji sprawdzić, co jest w paczkach, które ostatnio przyszły do nich z Empiku na zamówienie Freda (tym razem nie było przykrych niespodzianek, wszystkie zawierały to, co małżonek wrzucił na listę). Już sobie głów nie łamiemy, gdzie to wszystko zmieścimy, przekroczyliśmy punkt krytyczny, nie ma sensu o tym myśleć.

Wyszliśmy na spacer do wiejskiej plaży. Na miejscu oczywiście pożałowałam, że nie wzięłam aparatu, fale były spektakularne. Więc tylko czarny kamień:

Praca w ogródku, nie za dużo. Fred przesadził jednego cherlaka w róg działki, ja wysadziłam do gruntu przekwitnięte prymulki i w korytku na ich miejscu wylądowały cebule przekwitłych narcyzów, "fałszywe" Jetfire i Lucky Number, żeby się w nowym sezonie razem wykłuwały.

Wiemy już kiedy przyjedzie do nas teściowa, Kochany po popołudniowej drzemce uknuł w głowie cunning plan lipcowo-sierpniowych ruchów i kupił jej bilety. Przebimbałam dzień, Fred zrobił dużo więcej, jeszcze wieczorem posortował swoje koszule, słyszałam jak mówił do szafy brzydkie wyrazy. Idę czytać, bo mam wyrzuty sumienia.

piątek, 3 czerwca 2022

899. Dobry dzień, słaby stan.

Poszliśmy spać po drugiej, obudziło nas zimno, po ogaceniu uderzyliśmy jeszcze raz w kimono. Po ósmej trzydzieści obudziłam się ponownie, tym razem przegrzana szlafrokiem i zimowymi skarpetami, które na pół śpiąc założyłam w nocy. Jeszcze leżąc w łóżku wymieniłam messengerowe podrowienia z Kaś Matką Kotom. Jej futrzaste dziecka zwiedzają swoje nowe mieszkanie, które za miesiąc ma być gotowe do przyjacielskich wizytacji. 

Po śniadaniu wyjechaliśmy do miasta, najpierw do polskiego sklepu, bo przy okazji zaszłam do apteki na West St. zrobić zdjęcie do legitymacji. Pierwszą legitymcję studencką wyrabiałam 28 lat temu, ta będzie pierwszą z siwymi włosami, nie potrzebuję jej, ale nie chce mi się kopać z koniem, czyli panią w dziekanacie, która może być nawet młodsza ode mnie. Przy Tesco ze zdumieniem odkryłam, że w Drołdzie szykuje się nowa Costa, niestety w miejsce Cafe Lemonade, dobrej jadłodajni ze smacznymi sałatkami i pyszną pavlovą na deser. Szkoda. Byliśmy w "starej" kawiarni, pięć minut spaceru dalej, natknęliśmy się na Elaine. No nie całuj go tak, nie całuj, ciągle go całujesz, rzecze Elaine. I nie pytaj co tu jeszcze robię, 10 lat będzie w tym roku. No co miałam jej powiedzieć? I won't. Pożegnaliśmy Elaine-Która-Utknęła i pojechaliśmy do Oldbridge przejść się wzdłuż kanału rzeki Boyne.




Dobry dzień był na spacer, pogoda piękna, trochę burzowa, jaskółki śmigały tuż przy ziemi. Kochany wymyślił, że na obiad przygotuje krewetki z sałatką grecką, więc wracając do domu skręciliśmy na chwilę do portu.  

I kto ma skarpetki w jeże?


Niestety, gdy Fred zrobił obiad zjadłam kilka kęsów i musiałam się na chwilę położyć. Przez godzinę zamiast mózgu miałam w głowie jednego, wielkiego gluta. Trochę mi przeszło, gdy wieczorem zajęłam się sprawami biurokratycznymi (nie ma to jak wyrzut z nadnerczy starej, dobrej adrenaliny wkurwu). Udało mi się złożyć podanie o dostęp do programu statystycznego i podanie o zaliczenie lektoratu, sprawa legitymacji pozostała nierozwiązana, zarezerwowałam spotkanie, które nie dojdzie do skutku, bo mnie tam nie będzie. Zobaczymy co się wydarzy w związku z tym.