powiedział Fred odkładając krzywo ukrojoną kromkę chleba. W naszym domu tworzy się dziwny język. I dziwna przyjaźń, bo Ka dzwoni np. żeby zapytać co tam i zaprasza do siebie. Nie po to, żeby uciec z Fredem do "męskich" zajęć, tylko tak, posiedzieć chce w kuchni, z partnerką własną przy tym obecną. W środę nic z tego, Kochany w południe wybył najpierw do ekspresowego fryzjera w Drołdzie, potem do pracy w Mullingar, ja sfrustrowana siedzę w papierach. Wygląda na to, że Ka będzie mnie w poniedziałek odbierał z lotniska. Spore poświęcenie, bo i mieszka dalej niż my, pora dnia także mało wygodna. Na razie nie czuję, że znowu lecę. Luś też markotna, nie chce ze mną gadać, bo ma obronę w poniedziałek i 15 pytań do opracowania jej zostało, a wiadomo, że jak zaczniemy nadawać, to na kwadransie się nie skończy.
Deszcz spadł tym razem wieczorem, były też pomruki burzowe, bardzo rzadkie na naszym wybrzeżu. Brakuje mi obecności kota, który w ostatnich dwóch tygodniach ignoruje dom, wpada tylko na jedzenie. Dzisiaj rano więc Rysiek znowu na chwilę, napchać się i po przygodę. Kochany do południa odsypia pracę. Po śniadaniu, kawie i czytaniu niejasnych smęt o intuicji i inkubacji wychodzę nad morze. Nad wodą lato, wprawdzie krajobraz po deszczu nadal pochłania wodę, ale w powietrzu Kostaryka (to taka figura retoryczna, wiadomo, że u nas to oznacza z 20 stopni, łuuuhuuu).
Katlin mówiła mi wczoraj, że zrobi sobie test, bo Lisa znowu ma covida, jednak dopiero dzisiaj sprawdziłam liczby pandemiczne i dobrze nie jest — na wyspie zachorowalność rośnie. Miejmy nadzieję, że dam radę obrócić do Polski i z powrotem bez żadnych sensacji. Więc czytam, zaznaczam, łeb mnie boli od tego, najwyraźniej wzrok mi poleciał, najbardziej mi przeszkadza, że z bliska coraz gorzej widzę przez okulary (no patrzcie państwo, takie dziwne zjawisko!). No ale do soboty trzeba jakoś domachać. Fred pojechał na wieczór do Ka, ja nie mogłam z takiego powodu, że dostaję już pierdolca egzaminacyjno-podróżniczego i nic mnie nie bawi. Odprawiona, z rozbabranym plecakiem, postanawiam lecieć w tych samych spodniach co 2 tygodnie temu, ale bez kapelusza (dla odmiany). Paszport i majtki na każdy dzień spakowane, to najważniejsze. Na egzamin pójdę w koszulce z jęzorem Stonesów. Bo tak.