[go: up one dir, main page]

Strony

wtorek, 31 grudnia 2024

1841. Zadzieram kiecę i lecę.

Ach, czwarta trzydzieści po południu. Siedzę we własnym domku, po prysznicu, z turbanem na głowie i zapijam się herbatą owocową. A było to tak:

Dwanaście godzin temu miałam nastawiony budzik, ale okazał się niepotrzebny, bo tatko wstał godzinę wcześniej i tak się tłukł po mieszkaniu, że chcąc nie chcąc oko me otwarte. Dość żwawo się pozbierałam, a nawet zjadłam jeszcze jajecznicę z trzech jaj i ruszyliśmy. Na Dolnym Śląsku budził się piękny, mroźny poranek, port lotniczy skrzył się światełkami (małe, ale bardzo ładne lotnisko, i tyle w nim wspomnień!). Duży bagaż zmieścił się w wytycznych, szybko się go pozbyłam i zasiadłam z rodzicami do napojów (tradycja). 

Wylot odbył się z półgodzinnym poślizgiem (na do widzenia spryskano samolotowi skrzydła). Lot był zrazu przyjemny, przez mgiełkę podziwiałam szczyty Sudetów przykryte śniegiem i zaczytywałam się w dalszych częściach biografii Herberta (jestem zaledwie ok. trzechsetnej strony, miłe odkrycie mnie spotkało: poeta był konfabulantem). Im dalej na zachód, tym gęstszy kożuch chmur, a ostatnia część podróży odbyła się z turbulencjami — gdy byliśmy już dość nisko, boczny wiatr mocno spychał nas z toru lotu i na końcu było trochę napięcia. Obok mnie siedziała para jadąca do córki mieszkającej w Lisburn, rozmową skutecznie rozproszyliśmy sobie niepokój przyziemienia. Siedziałam na ogonie, tymczasem okazało się, że wychodzimy z samolotu tylko przodem ze względu na porywisty wiatr. Mimo wszystko, nareszcie! Witaj, Irlandio! :D

Połączyłam się z mamą, żeby pokazać jej, że mnie nie zwiało, odebrałam bagaż i wpadłam w ramiona Freda, który czekał na mnie od dłuższego czasu. Pojechaliśmy przez pawilony Swords, żeby zjeść pizzę w Milano. Jeszcze tylko przejazd przez wieś, bo Kochany musiał zajrzeć do apteki, i włala.
___
edit 17:50 A to Ka zadzwonił, że też już z dzieckami wylądował, był na zakupach, a teraz jest w domu i czy mamy ochotę jutro na kiszkę. Mamy.
___
edit 19:00 oczywiście spędzamy tę noc w domu. Nawet za bardzo nie chce mi się niczego oglądać, choć RTE obiecuje o ósmej The ABC Murders. Na razie zajadam winogrona. I comiesięczny kolażyk zrobiłam, taki o:

___
20:20 jednak nie, film Poirotowy to wersja z Malkovichem, trzeci odcinek, nie ma sensu wpadać do środka znienacka :). W głośnikach Kryśka Prońko, w ustach smak piernika z nadzieniem morelowym (przywiozłam z Polski). Zaczęłam czytać Masłowskiej Magiczną ranę. Czyli to będzie pierwsza książka w nowym roku.
___
edit 22:45 kiełbie we łbie. Dawno już poszłabym spać.
___
edit 23:20 zadzwoniłam do rodziców. Mama śpi, tatko akurat wychodził, fajerwerki tak napierdalały, że ledwo się słyszeliśmy (pauperzy znowu wyciągnęli swoje zabawki). Dopiero kwadrans później tatko oddzwonił z życzeniami. Happy New Year, Polsko!
___
edit 00:15 przywitaliśmy nowy rok wspólnie, herbatami, jogurtem z granolą (po drzemce przed jedenastą łeb mi się nagle obudził razem  z żołądkiem, dlatego zajadam) i z Cianem Ducrotem śpiewającym w Dublin Castle. Zdrowia i przygód.

poniedziałek, 30 grudnia 2024

1840. Już czas.

Pobudka dość irytująca (dobrze, że wpadło mi do głowy odprawić się przed czasem, dzięki temu zauważyłam, że mam literówkę w nazwisku; trzeba było zmienić nazwisko na bilecie, czyli wyskoczyć z kasy; żebyś zdechł, panie O'Leary!).

W powietrzu czuć zmianę, zamiast słońca szarówka. Zanurkowałam w szafę w poszukiwaniu szalika z kaszmiru (in vain, przypuszczam, że niefrasobliwie wyrzuciłam go w czasie jednej z czystek ubraniowych). Zamiast tego znalazłam prezent od babci Mani, wiejską chuścinę z czystej wełny, ponadgryzaną już przez mole. Biorę ze sobą do domu, razem z maminymi radami jak cerować dziury cieniusimi nitkami ze starych skarpetek.

Ach, i płarotek się pojawił, jeden z tych całkiem udanych, 6.04, Dumb Witness (1996), poza tym kojaki i midsomery. Nie czytam, nie kombinuję umysłowo, zalegam i zbieram się w sobie, czas na mnie, poleruję skrzydła; już przed południem zrobiłam próbne pakowanie walizki (prawie wszystkie książki się zmieściły). Wieczorem Kochany potwierdził, że będzie na mnie czekał na lotnisku.

niedziela, 29 grudnia 2024

1839. Zagnieżdżenie.

Do moich obowiązków należało wyprowadzenie karła i głaskanie Rozalki (mała dzikuska, skoro już odkryła, że głaskanie jest miłe, podchodzi i zagaduje). Próbowałam sprawdzić sygnatury kilku filiżanek, które kiedyś kupiłam; nic ciekawego z tego nie wyniknęło (jedna filiżanka z cieniutkiej porcelany ma wzór używany przez firmę Minton, ale wygląda jak bardzo niechlujna kopia; dziwne, kiedyś jeszcze to zgłębię). Odbyłam też rytualną drzemkę podczas skoków w Obersdorfie. Nad wsią nadal chłodna cisza, wyszłam na zewnątrz tylko na kwadrans (wspomniany poranny spacer z karłem). Prognozy już zapowiadają zmiany, zresztą zerkam też na zapowiedzi dublińskie. Wieczorem oglądamy z mamą Skłodowską (2019), potem Kości.

sobota, 28 grudnia 2024

1838. Bezfredzie.

Długo wszyscy spaliśmy, wstałam dopiero o ósmej, mama podobnie, tatko jeszcze później, co jest raczej niezwykłe. Pogoda niezmiennie chłodna i słoneczna, trawę przykrył szron, a nad wsią cały czas wisiała nieruchoma mgła poprzetykana smogiem z sąsiedzkich kominów. Przed południem wyszłam do sklepu po wkłady do zniczy, potem poszłyśmy z mamą na cmentarz (nadal smarkam, mama kaszle, ale jest jakoś lżej).

Skończyłam czytankę Hemingwaya, Stary człowiek i morze (PIW, 1971), tuż przed tym jak wyruszyliśmy do miasta. Gdyż po południu we trójkę pojechaliśmy do Korony na obiad u Greka. Podobno tłumy były tam identyczne jak wczoraj (wdałam się w pogawędkę z dziewczyną, która robiła dla mnie herbatę z malinami). A dlaczego do Greka? Bo sobie tak zażyczyłam (ku radości mamy). Chciałam odskoczni od świątecznych dojadań i wszystkim to dobrze zrobiło.

Krajobraz powrotny (mgła ze smogiem się zagęszcza, jasna koronka zamienia się w kożuch):

Zatrzymaliśmy się na chwilę wracając przez Tcę, rodzice szukali specyfików do szamba; nawet nie wyszłam z samochodu, ciemno, dopadło mnie zmęczenie. 

Wieczór bez spektakularnych wydarzeń, z kryminałkami, ale oglądanymi leniwym okiem. Zastanawiam się nad podsumowaniem tego roku (tak pół na pół), sprawdzam prognozy pogody na pierwszy dzień stycznia (w Irlandii ma być wietrznie), rozmawiam z Kochanym po drugiej stronie Europy. Jest mi bardzo wygodnie w wielgachnym łóżku pod gigantyczną kołdrą, pewnie zaraz zgaszę światło i z przyjemnością poleżakuję przed snem.

piątek, 27 grudnia 2024

1837. Odlot.

Piątek zaczęłam od szurania po domowej biblioteczce. Wyciągnęłam dwa cieniutkie tomy autorstwa Hemingwaya i wiekową biografię Czechowa, może jeszcze coś przeczytam przed końcem roku. Kochany miał plan wyjechać około jedenastej, trzeba się było energicznie zbierać z kawami i śniadaniami. Rzeczywiście, wyruszyliśmy zgodnie z planem, Fred jako kierowca, ja i tatko, mama została w domu. Krajobrazy przewspaniałe, na dole szron, w powietrzu lekka mgła, jasno.

Na lotnisku usiedliśmy przy kawie i rurkach z kremem:

W końcu trzeba się było podnieść; chwilę jeszcze staliśmy obserwując jak zwyczajowo Kochany musi przejść przeszukanie osobiste (na bramce zawsze piszczy mu jego robokopowy kręgosłup) i ruszyliśmy w drogę powrotną. Zatrzymaliśmy się tylko w Tcy, na chwilę, bo mama zażyczyła sobie próbki różnych "na chybił trafił" gier liczbowych na nowy rok. Ależ proszę bardzo. Zapłaciłam z własnej kasy, więc jeśli rodzicielka coś trafi, będziem dzielić ;)

Przed zachodem słońca wyszłyśmy z mamą wyspacerować koślawego krasnala:

Maksiu potyka się o własne tylne nóżki, ale jest bardzo dzielny, oszczekał cztery razy większego psa majaczącego na horyzoncie i zrobił z nami małe kółko po lesie za płotem (przeszliśmy obok pustostanu). 

Mama obserwowała w aplikacji jak Fred leci do domu :D Rozmawiałam z nim już kilka razy, jest zmęczony, w sobotę wcześnie wstaje; ogrzewanie hula, sąsiedzi są na miejscu. Zaczęłam czytanie Starego człowieka i morze, ale dokończę jutro ... na tefałenie jest Uwierz w ducha (1990), ten wspominek sprawi mamie przyjemność ;)

czwartek, 26 grudnia 2024

1836. 26122024.

Za oknem najpierw szron i chłód, potem okna w słońcu, udekorowane Miauczusiem i Zosią, następnie Filemonem. Po śniadaniu i kawie poszliśmy z Kochanym na cmentarz; wkłady zapalone przez rodziców dwa dni temu jeszcze się tliły, dodaliśmy trzy świeczki. Nie wypuściliśmy się w dalszą drogę, wprawdzie aura była całkiem przyjemna (zupełna flauta), ale nie chcieliśmy ryzykować, skoro to pierwszy spacer od kilku dni.




Dzień minął szybko. Dwa następne posiłki i nie wiadomo kiedy przyszedł na Freda czas odprawy lotniczej oraz pakowania niewielkiego plecaka. Nie lubię, gdy fruwa beze mnie. Gdzieś w trakcie dnia jeszcze rozmawialiśmy ze Stu (Kochany układa z puzzli stan rodziny na dzisiaj); tatko też wykonał parę telefonów, ale nie brałam w nich udziału. Mama bardzo chora, z tatkiem chyba trochę lepiej.

środa, 25 grudnia 2024

1835. 25122024.

Śniadanie rozciągnęło się na dwie godziny: biała kiełbasa, kapustą z fasolą, krokiety z barszczem, sałatka, galareta. Tak się napchałam, że nie spróbowałam ani śledzi, ani nie tęskniłam za słodyczami (zapomnieliśmy o degustacji ciast). Mama opowiadała, że 50 lat temu tego dnia była pogoda jak wiosną, słoneczna i ciepła, a następnego spadł wściekły deszcz. Zimowy mróz przyszedł dopiero w nowym roku. Długo rozmawiamy o dobrej kawie.

Przez resztę dnia słodkie obiboctwo domowe, przy kolejnych posiłkach spróbowaliśmy wszystkiego, co tam lodówka miała. Tata też już zarażony i pod wieczór nastrój rodzicom siada, co mnie wcale nie dziwi (specyfiki różnorakie pomagają na chwilę). 

Poziom filmów w tv kopalniany, a chałtur koncertów bożonarodzeniowych oglądać nie lubię (wystarczyły mi natrętne zapowiedzi koncertu Na Skałce z częścią wykonawców niedziwnie znajomych z pisowych pokazówek), więc miałam czas przeczytać Kotolotki Ursuli K. Le Guin (Prószyński i S-ka, 2020). Lubię czytać książki dla dzieci, z tą jednak zapoznałam się za późno. Z powodów oczywistych spacer się nie zadział. Wieczorem obejrzeliśmy drugą cześć Władcy Pierścieni (nigdy do tej pory nie widziałam). 

wtorek, 24 grudnia 2024

1834. Wilija'24.

Kaszlałam i kaszlałam; wstałam wcześnie i chętnie. Najpierw zrobiłam sałatkę warzywną pod okiem inspektora sałatkowego (w tle kolejne audycje w Radiu 2, jedne ciekawe, inne mniej, ale np. już wiem, że nie mam ochoty na biografię Bonieckiego, książka spadła z listy robiąc miejsce dla innych). Inspektor sałatkowy:

Kochany zawinął piętnaście śledzi w różowym sosie, ja zawinęłam siedemnaście grubych krokietów. O pierwszej krokiety były gotowe, a w wielkim garze pyrliły się pyry 🥔 do wody ze śledzia. Choinki brak, podobnie jak w zeszłym roku, zresztą było nawet skromniej, bez stroika (szukałam jakiegoś na piętrze u babci Mani, zamiast tego zainteresowały mnie filiżanki, które kiedyś kupowałam, zrobię nowy research, gdy będę miała czas), w oknie wiszą nasze bombki okolicznościowe (cztery, jedna bombka była dla babci i widnieje na niej imię "Marysia") oraz światełka. Nie było siły na takie drobnostki, mama bardzo zasmarkana, Fred nadal słaby, tatko na razie opiera się zarazie ;). 

Rozalka już zupełnie się ze mną oswoiła, przychodziła po głaski i miaukała po rozalkowemu; wszyscy inni włochaci domownicy proszą o wypuszczenie na zasmarkany świat i wpuszczenie do środka, okazują zainteresowanie kuchnią, ale nie są namolni.

Dopiero o czwartej zaczęłyśmy z mamą smażyć filety karpia. W tym czasie do Freda zadzwonił Kuzyn z Miasta Łodzi. Uśmiechnął nas ten kontakt, kuzyn był zatroskany o nasz powrót do macierzy, coś tam mu Fred grzecznie odpowiadał. Kolacja odprawiła się po piątej. Kochanemu Gwiazdor przyniósł (poza szelkami) perfumy The One Dolce&Gabbany, rodzicom różne dobra (tacie m.in. fikuśny płaszcz w kratę, mamie wełniano-jedwabny sweterek-narzutkę), u mnie taki stosik:

W czasie kolacji Kochany zadzwonił do mamy, świekra była wyłącznie w towarzystwie Stu i Usz, rozmawialiśmy krótko (szwagrostwo nie wyglądało na bardzo podekscytowane). Menu: uszka (kupne) w barszczu (kupnym), kapusta z fasolą i karp. Wszystko inne zostawiliśmy sobie na jutro, łącznie z ciastem. Z wiadomości, które dostałam na messengerze, najsympatyczniejsza jest od Marksistki: żadnego tekstu, tylko nocne zdjęcie z okna jej nowego mieszkanka, widok na zabytkowe dachy Waldenburga przyprószone śniegiem. 

Gdy już zerkaliśmy na Drużynę pierścienia, Kochany przekręcił do Wu (u szwagra akurat samotnie i niefajnie). Otwarłam podchoinkowe pierniki z nadzieniem; mama drzemie, zwierzęta jeszcze pewnie będą wychodziły na podwórko, nad oknem czerwone światełka, na parapecie dwa stosy książek.

poniedziałek, 23 grudnia 2024

1833. Sztafeta.

Mama pracowała; z rana szukała gripexu, czyli choroba w rodzinie podana dalej, niestety. Trudno, trzeba się dostosować do chaosu w planach. Był pomysł pojechania dzisiaj do Wro? Nie było sensu tego zgłębiać (Fred nadal słaby). O szóstej na nogach, przeglądam jakieś głupoty, gdy Kochanie moje zwinięte w rogalik pochrapuje w gigapościeli. Przyszło mi do głowy, żeby w nowym roku przeczytać w końcu dzienniczek Faustyny Kowalskiej i od tego konceptu zaczynając trafiłam na artykuł o mistycznych ekstazach

Z wypraw: wyprawiłam się do apteki, żeby zakupić specyfiki "na zaś" (coś na potencjalny kaszel nocny i kaszel dzienny).

Po śniadaniu przeczytałam Szafę Tokarczuk (Wyd. Literackie, 2022), potem Kochany łyka proszki, ja cherlam. Rodzice wrócili z zakupów po zmroku, mama jak stonka po opryskach, na tę chwilę chyba odpędziła mikroba. Zupa pomidorowa. Piekę 17 naleśników do krokietów (zawijam jutro). Na kolację degustacja bigosu. Kryminałki? Oczywiście.

To już 6 lat.

niedziela, 22 grudnia 2024

1832. Jednak chorobowo.

Kochanego dopadło to samo, tylko inaczej. Zaczęło go boleć gardło, pojawiła się silniejsza gorączka i większość dnia mąż spędził w łóżku; posilał się rosołkiem i herbatami z miodem, oglądaliśmy też razem kolejne Columbosy :)

Rano na krótko poszliśmy z tatkiem na cmentarz, żeby zapalić dwa znicze; pogoda była mało zachęcająca, przenikliwie zimno i szaro; w drodze powrotnej spotkaliśmy mamę spacerującą Maksia. W południe rodzice wyjechali do miasta; kiedy wrócili, zjedliśmy we czworo obiad. 

Poza prezentem, o którym już wiem co nieco, w domu są cztery nowiutkie książki do zabrania, włala:

Przed wigilią jeszcze coś uszczknę z tej wyprawki, na razie po piątej (mrok, że oko wykol) skończyłam czytanie Wieczoru Trzech Króli Szekspira z tomu podwójnego (Wydawnictwo "W drodze", 1994). 

I wiadomo, że wspólna kolacja, i wiadomo, że kryminałki na programie kryminałkowym. O ósmej termometr naliczył Kochanemu stopni Celsjusza 38 i 1/2. Noc ma być deszczowa (nie sprawdzę, ale takie było obwieszczenie dla ludu). Posiedzimy, pewnie jeszcze raz zmierzę mężowi temperaturę. 

sobota, 21 grudnia 2024

1831. Przesilenie.

Nareszcie jest, najdłuższa noc w roku, a później coraz więcej światła. Zaczęłam dzień od dokumentu o ślepowronach w Dolinie Górnej Wisły :D Obejrzeliśmy też z Kochanym Pętlę (1957) Hasa (trzeba przeczytać Hłaskę, ale to w nowym roku). Rodzice wyjechali do miasta, a ponieważ mama dostała na swój telefon kod potrzebny do odbioru laptopa, nie musieliśmy wybierać się do Tcy, laptop przywiózł się razem z rocznicowym tortem. Kochany miał trochę zabawy z nowym sprzętem (czternastocalowy Dell Inspiron), ale że nie pamięta wszystkich haseł, najlepsze zostawił na później. Ja z kolei zrobiłam sobie po południu dłuższą drzemkę; przebudziłam się na dobre, kiedy był czas na przygotowywanie herbaty i kawy. Gdyż:

Wprawdzie ślub kościelny był w pierwszym dniu świąt, ale cywilny właśnie dzisiaj, więc rodzice nie chcieli czekać zbyt długo z pysznym tortem śmietanowym z malinami, gdyż byłaby to zbrodnia na torcie. 

Chyrlam, ale nie jest tak źle. Z minusów, nigdzie dzisiaj nie wychodziliśmy. Za to już czuję świętowanie (nareszcie, bo katar trochę mi tę radość niecodzienności zasmarkał), chociaż większość dnia chodziłam w szlafroku, albo w rozciągniętych spodniach po mamie (bardzo wygodne, super). Kuchennie wydarzeń niewiele, bigos dochodzi od wczoraj, poza tym constans; na obiad rodzice przywieźli kurczaka z rożna. Martwi mnie, że mama jest często zmęczona. Wieczorem lampimy się z Fredem w kryminały na TV 6.

piątek, 20 grudnia 2024

1830. Dubidubidu.

Pobudka dość wczesna, wszystko przez to, że od drugiej rano spanie kiepsko mi szło. Śniadania mieliśmy z Kochanym różne (ja resztki z wczorajszego chińczyka, mąż kaszanę) i wybyliśmy do Magnolii, samochodem, a nie szynobusem, jak wcześniej planowaliśmy. Początek naszej wizyty był zorganizowany naokoło pomysłów na prezent rocznicowy dla rodziców (są dwa, jeśli pierwszy zawiedzie, jest plan b). Gdy dowiedziałam się tego, co mnie interesowało, poszliśmy do Cukierni Sowa (polecam herbatę imbirową).

Zajrzeliśmy jeszcze na chwilę do Empiku (Fred kupił płyty cd: Zalewskiego Z głowy & Oddalenie Kazika) i jazda do domu. Po drodze suszarnia, tam gdzie zawsze w Tcy. Wypiłam herbatę i zjadłam miso, ale to prawie wszystko, bo gorączka zaczęła mnie lekko rozbierać (dziwne miejsce, menu nawet ok, ale obsługa jakaś taka ... hm). Mama w międzyczasie zadzwoniła, że powoli zmierzają na wieś.

Kochanemu bardzo zależało, żeby obejrzeć film Zbynia dopóki jeszcze ma do niego dostęp, więc przed obiadem mąż zrobił sobie krótki seans filmowy. Potem aktywności domowe, obiad, Kochany rozmawiał z Ka, ja smarkałam, kaszlałam i dramatyzowałam. Oczywiście kryminałki wleciały, kawałki Kojaka, CSI z rudym, Kości ...

czwartek, 19 grudnia 2024

1829. Koleje chorowania.

Ach, kichanie i testowanie trzech różnych tabletek na gardło. Na jedenastą byliśmy umówieni do fryzjera, więc trzeba było się w końcu wyturlać spod nowej, gigantycznej kołdry. W salonie fryzjerskim przywitano nas z honorami (herbata zimowa & ciastko bezglutenowe), Grubiutka rzucała dowcipami, a jedna pani zapytała, czy mam balejaż (słodkie!). W Kocie zresztą dwie panie też komentowały moje pióra :D Małżonek zaryzykował nową fryzurę i zostawił na sarmackiej czuprynie kręcone włosy (już sobie kupił kosmetyki do skrętów). Po kawiarni kantor wymiany walut, sklep elektroniczny (Kochany kupił sobie nowego laptopa, tzn. zapłacił za niego; laptop przybędzie w sobotę), Rossman i obiad u chińczyka. Dzień był ponury i chłodny, ale nie robiło to na mnie wrażenia (tatko wyciągnął z garażu moją starą, ciężką kurtkę, która nadal się sprawdza).

Przyjechaliśmy do domu przed rodzicami i trochę na nich czekaliśmy (brama jest zazwyczaj zamknięta). Była okazja, żeby w samochodzie porozmawiać z Mruczysławem.

Rodzice szukali po sklepach pieczarek, w końcu kupili ostatnie 2 kg. Obrałam je, zostały usmażone i będą czekały na swoją rolę główną w wigilijnych krokietach. Poza tym czas mija leniwie, choroba rozwija się bez przytupów, jestem zmęczona i najchętniej przespałabym połowę dnia. Postanowiliśmy odłożyć wyjazd do Wro do jutra. Wieczorem Kochany rozmawiał ze Zbyniem. Mnie lektura nie idzie, bo głowa nieco boli.

środa, 18 grudnia 2024

1828. Bro, chora na Polskę.

Obudziłam się wcześnie. Już po piątej zaczęłam grzebać w biblioteczce dumając nad tym, co by tu przeczytać w czasie pobytu (przywiozłam ze sobą dwie zabrane uprzednio książki, Steinbecka i Remarque'a), padło na Makbeta w tłumaczeniu Paszkowskiego (Wyd. Łódzkie, 1984). Prawie skończyłam czytać zanim pojechaliśmy na lotnisko po Kochanego. Potem była kawa w Kocie i obiad po sąsiedzku (szukając mamy, która wyruszyła na wycieczkę nie informując nas gdzie maszeruje, spotkałam Lusia). W drodze do domu jeszcze wizyta w aptece, gdyż tradycyjnie już ... zaczęło mnie boleć gardło. Czyli tabletki do ssania i ciepłe płyny. Próbowaliśmy z Kochanym oglądać Makbeta Jarzyny, ale nie przekonał nas, wymiękliśmy po kwadransie. Z półki ściągnęłam kolejne "szekspiry": wydanie Wiele hałasu o nic + Wieczór Trzech Króli w tłumaczeniu Barańczaka. Jednak to nie mój dzień. Muszę wygrzać gardło, bo jest mi niemiło.

wtorek, 17 grudnia 2024

1827. W drodze.

Spróbuję coś przegryźć na lotnisku, rzekłam do męża kwadrans przed trzecią i zaraz się rozchichrałam, bo przypomniałam sobie wrocławską kunę. Podróż w ciemności bez przeszkód. W głośnikach płyta Animals Pink Floyd, adekwatnie drogę przecinają nam dwa lisy (pierwszy na górce za wsią, drugi na autostradzie) i kot. Buzi i zostaję sama. Naprawdę trzeba coś przegryźć.
___

___
edit 11:00 (czas polski) bardzo szybka podróż. Polska przywitała mnie wiatrem, lekkim deszczem i … tatką wypatrującym mnie przy wyjściu z lotniska. Plan był inny, miałam się przemieszczać do Tcy komunikacją miejską, a tu niespodzianka (która nie byłaby niespodzianką, gdybym odebrała tekst od mamy wysłany, gdy już nie miałam zasięgu). Aura ponura, ale wielkie stado żurawi nad łąkami, w domu zaś włochate radości.
___
edit 12:30 (cz. p.) Z nowości domowych: przy schodach wejściowych tata ułożył płytki, Malinia i Maksiu dostali nowe łoża (oboje niedomagają, Malinia głównie śpi, Maksiowi rozjeżdżają się tylne nóżki), jest też nowy, metalowy kwietnik dla asparagusa (czy to antyczny asparagus babci Mani?). Już głaskałam Zosię (trochę się mnie bała, wytłumaczyłam jej, że mieszkałam tu kiedyś). W domu zrobiło się cicho, tatko gdzieś na zewnątrz, niedługo będzie jechał po mamę. Zmęczona jestem, zjadłam maminą zupę, dwa kawałki babki i wspomagam się kawą, w moich nogach usadowił się pokraczny Maksio, który przez dłuższą chwilę dyscyplinował swoje fikające łapki.
___
edit 18:45 (cz. p.) Dzięki wczesnemu, komfortowemu dojazdowi na wieś mogłam dłużej wypocząć. Nakryłam się kocem i chrapnęłam, że aż miło; gdy doszłam do siebie, okazało się, że śpi ze mną Niunia. Przez godzinę rozmawiałam z Celtem, pokazałam mu domowe zwierzaki, wszystkie, które miały ochotę zaistnieć w kamerze; rodzice akurat wrócili z miasta i też Celtowi pomachali. Kochany pokazał mi prezenty od Katlin (dostałam wielki szal w esyfloresy i torboplecaczek). Zawiesiłam z mamą kilka światełek, poza tym, jak to u rodziców, kryminały, rozmowy, kudłacze; jemy i dumamy nad chorobą zamiokulkasa. 
___
edit 21:25

poniedziałek, 16 grudnia 2024

1826. Zbieram się.

Dość spokojny dzień w pracy, pobrylowałam trochę, skończyłam szychtę wizytą u Katriny, która akurat (cóż za przypadek) wysłała mi dokument o który prosiłam od kilku tygodni. Dobrze dla niej; życzyłam jej wszystkiego najlepszego. Nie zaszłam do biura obok, gdyż Alis is still a c*nt. Cipa musi się obejść bez moich życzeń :E

W drodze do domu z autobusu widzę księżyc jak ogromny, złoty talar wschodzący nad rozlewiskami, a wcześniej, po drugiej stronie nieba, blisko zachodzącego słońca jasno błyszczącą gwiazdę-planetę.

Jak tylko Kochany wrócił z pracy (jakiś kwadrans po mnie), poszliśmy do Katlin wręczyć prezenty dla niej i Majka. Babci Anny nie było w domu. Obiad. Po obiedzie panika ubraniowa, upychanie rzeczy w walizce. O siódmej trzydzieści chyba wszystko. Wszystko? Wszystko. Może wszystko. Kochany już pod prysznicem, idzie wcześniej spać. Ja jeszcze nie wiem, na razie jestem podjarana i zasuszona (piję którąś filiżankę herbaty).

niedziela, 15 grudnia 2024

1824-1825. Weekend przed wyjazdem.

Sobota spędzona domowo: dwa razy nastawiłam pranie, przygotowałam część zajęć na poniedziałek, zrobiłam obiad (Kochany nie dojadł; bardzo rzadko się to zdarza, choć nie jestem przekonana, że po raz pierwszy, ale mąż, który zawsze dojada domagał się, aby wydarzenie to tutaj uwiecznić ;)), wyprasowałam, co się walało po chałupie. Niewiele czasu poświęciłam planom wyjazdowym, większość dnia spędziłam z neurozami Mrożka. Co tam większość dnia, weekend był literacki, gdyż bo ...

... w niedzielę przed południem połknęłam ostatnie sto stron Mrożek. Biografia (Wyd. Literackie, 2023) Anny Nasiłowskiej. Trochę rozczarowanie, nadal nie wiem za wiele o jego relacjach rodzinnych, a to one najbardziej mnie interesowały. Poza tym małe pranie ręczne, blogowanie, rozmowa z Celtem (u nas mrok, nie mam ochoty na spacery, ale może zrobimy live'a, gdy dojadę do rodziców), pracownicze bzdury. Wieczorem krótka rozmowa z mamą. Rozedrganie, bo niewiele zapakowane i jakoś w głowie groch z kapustą. Sprawdzam pogodę, wykonuję drobne gesty w kierunku przydasiów. Żeby tylko przeskoczyć jutro.

piątek, 13 grudnia 2024

1823. Z mroku.

Obudziłam się z bólami w małych stawach (dłonie, halluksy), pewnie pokarało mnie za ciastki, które wsunęłam wieczorem nie bacząc, że najlepiej byłoby zjeść coś na słono, albo nawet lepiej, dać sobie spokój. Arrgghhh. Tymczasem trzeba było mi dzisiaj do pracy — w Jamie zamieniłam dni, żeby nie musieć następnego czwartku odrabiać w nowym roku. Byłoby dobrze, gdybym była lepiej przygotowana, tymczasem nie jestem, nie lubię stawiać ocen, więc w nocy śniła mi się praca w szkole.

Oczywiście, jak zwykle w czwartek było bardzo miło. Kochany podwiózł mnie prawie pod drzwi, rozmawiałam chwilę z Szefem, potem zajęłam się przybyłym narybkiem w liczbie czterech. Pomogłam im dokończyć zadania, kto mógł, przedstawił prezentację (Li nerwowo nie dał rady, ale dobry z niego chłopak), skończyliśmy wcześniej, bo szef nie miał ochoty zaczynać następnej godziny opłaty parkingowej. I słusznie. Kochany, uprzedzony przeze mnie, stawił się na miejscu i ruszyliśmy do domu. Po drodze zatrzymaliśmy się w Forge na obiad. 


Przed trzecią byłam więc w domu, do tego objedzona po uszy. Mogłam zrobić sobie małą czarną i zrelaksować się nad książką. Mieliśmy nietypowego gościa: Bán przyszedł się zagrzać, trochę był brudny, ułożył się w miejscu w którym drzemał Rysio; posiedział z godzinę i wyszedł.


Wyciągnęłam już dużą walizkę. Wprawdzie wylot dopiero za kilka dni, ale od jutra Kochany pracuje codziennie, więc lepiej dla niego było zrobić to, co musi być zrobione. Zacznę się dorzucać z pomysłami, gdy poczuję się lepiej. Tymczasem zadzwoniłam do rodziców zapytać jak tam sprawy organizacyjne: uszka i pierogi zakupione, mama poluje na karpia w filetach, zakupy ciastkarskie mają być zredukowane, gdyż rozmach nasz w wyobraźni nie odpowiada możliwościom żołądkowym w realu. Bezustannie za ciemno i za zimno, a szpaczory wyjadają kosowi jabłka. 

czwartek, 12 grudnia 2024

1821-1822. Skrótowo.

Środa
W nocy budziłam się z zimna, byłam jednak zbyt leniwa, żeby zamknąć okno. Dopiero nad ranem rozgrzałam się i rozespałam na dobre. Efekt? Wstałam o dziesiątej! Kolejny szary dzień, na szczęście Kochany też jest w domu. Sprawdzam prace, przygotowuję się na jutro, czytam biografię Mrożka, drapię się po nosie. Pod wieczór oglądam Gosię ze Szkocji, potem rozpakowujemy kolejne dvd. Tym razem Na zachodzie bez zmian Milestone'a. Film ma 94 lata, a mimo to dobry. Dziwy nad dziwami.

Czwartek
Z rana Czarna nieczynna o zwykłej porze, więc nie mogłam Kochanemu kupić kawy (pani Stempelek nieumalowana, zaspana, przyszła spóźniona, najwyraźniej na zastępstwo). Ale potem siedziałam i sączyłam (malują kawiarnię, dziwna pora na takie zmiany). Praca, po pracy spocznij. W domu byłam przed czwartą, co wiele nie pomogło, bo słońce zaraz zaszło. Na obiad wymiatamy resztki z lodówki. Trzeba coś jeszcze kupić na te kilka następnych dni, ale to jutro. 

wtorek, 10 grudnia 2024

1820. Wtorek w borsuczej norze.

Zaczytywałam się dzisiaj w Na Zachodzie bez zmian Remarque'a (Mediasat Poland, 2004) i skończyłam lekturę tuż przed obiadem (Kochany zapodał spaghetti z pesto). Po południu dodzwoniłam się do fryzjerki, odebrała Grubiutka, jesteśmy zapisani w przyszłym tygodniu przed południem, akurat w sam raz będzie czas na śniadanie i kawę. Kiedy tak sobie w środku dnia leżaczkowałam w komorze sypialnej i czytałam majtając paluszkami w skarpetkach oraz popijając wodę, mąż upitrasił również sałatkę z tuńczyka, w sam raz na kolację. Bogowie jońscy, że też ja, ślepa kura, miałam takie szczęście!

Ogólnie zaś mrok. Fred wyszedł na chwilę podrzucić ziarno ptakom, ja wystawiłam tylko nos za próg, żeby potwierdzić, że zimno i lepiej mi tam, gdzie byłam wcześniej. Katrina na mojego kolejnego porannego maila odpisała, że załatwi. Zobaczymy co załatwi (nadal zen ;)). Perlisty oddzwonił, to Kochany rozmawiał sobie z przyjacielem. Czyli siedzimy w norze w nastroju zimowym, kontakt ze światem podtrzymany, aczkolwiek jakby trzeba było komu ruszyć z odsieczą, nie wiem ile czasu by nam zajęło zbieranie się do kupy (pewnie sporo). 

Po degustacji Fredowej sałatki zasiedliśmy do kina domowego: Snajper (2014) Eastwooda; film raczej średni.

poniedziałek, 9 grudnia 2024

1819. Poniedziałek, dziewiątego.

Jeszcze wczoraj dość późno wieczorem rozmawiałam z tatką (oddzwonił po Szkle kontaktowym; Malineczka czuje się trochę lepiej). Gdy byłam w łóżku, Kochany mi uświadomił, że za dziewięć dni o tej porze będę w Polsce. Obudziłam się po pierwszej, trochę mi zabrało, zanim znowu przysnęłam, po czym ze snu wyrwał mnie budzik tak gwałtownie, że przez dziesięć minut działałam na automacie. 

Wyjechaliśmy z domu na skraju smolistej nocy, niebo czarne, tylko w stronę wybrzeża jedna jaśniejsza łata przez którą usiłowała się przebić bladoszara wiadomość o świcie. Kawiarnia przed pracą, skrolowanie blogów, krótka wymiana maili z Teatralną (hej, macham z Wyspy), praca, po pracy, czekanie na autobus, wieś w przybraniu nocnym (sąsiadka Filipinka, jak zwykle odziana w ogromny, gruby płaszcz idzie przede mną, czyli dom już niedaleko, skręcam, wyciągam klucz), robię obiad, wraca Kochany, obiad nareszcie gotowy, więc jemy. Potem już tylko umysłowy odpoczynek, uwagi o dniu, zerkanie wzajemne na teksty, herbaty, prysznic, tuptanie dołków.

niedziela, 8 grudnia 2024

1818. Little joys.

Nadal zbyt wietrznie, żeby brykać po najpiękniejszej choćby ścieżce nadmorskiej. Po śniadaniu Fred podkradł mi więc szalik w kolorze biskupiego fioletu (bardzo mu pasuje) i wyjechaliśmy do Północnej, oficjalnie, żeby zobaczyć ceny kulek dla ptaków. Najpierw jeszcze chwilę rozmawialiśmy z Bánem. Ciociu, może bym się pogrzał tutaj tak trochę, co? Wujek, co ty na to?

W Newry Kochany najpierw kupił rzeczone kulki, potem zaparkowaliśmy pod TK Maxxem i przeszliśmy na druga stronę rzeki w poszukiwaniu miejsca o nazwie Loft 27 (bardzo miła obsługa znienacka w języku polskim; jak się okazało firma rodzinna, filiżanki w folkowe wzory, naleśniki z serem i malinowym sosem jak się należy, zachwalam i polecam).

Najedzeni wróciliśmy do samochodu, weszliśmy do sklepu, trochę szukaliśmy inspiracji świątecznych, w przypływie optymizmu kupiłam w TK Maxxie kalendarz kieszonkowy na rok 2025. Będę z niego korzystała, inaczej niż z kalendarzyka na rok 2022 (który zamierzam nareszcie wykorzystać, mianowicie do zapisywania wielu tysięcy sekretnych haseł). Kiedy tak się przemieszczaliśmy tam i sam, wpadła na nas Jot w świątecznym stanie podgorączkowym. Z powodu owego stanu tylko się uchachaliśmy, pozdrowiliśmy i poszliśmy w przeciwnych kierunkach.

Przejeżdżając w drodze powrotnej przez El Paso, zatrzymaliśmy się jeszcze w Easonie. Fred kupił nareszcie prezent dla znajomego z pracy (dwie książki), a ja zrobiłam sobie samej prezent w postaci wiecznego pióra Parkera w kolorze winnym. Bardzo jestem kontenta z tego zakupu, poprzedni parker zaczął niekontrolowanie zasychać, na dodatek lekko pękła mu plastikowa obudowa (możliwe, że jedno ma coś wspólnego z drugim), przez to nie pisałam piórem od kilku lat (nadal mam gdzieś naboje). 

Chyba wyczerpaliśmy wizyty paraświątecznozakupowe w tym sezonie, oboje nas mierzi ludzka ciżba przelatująca z kąta w kąt z takim tupotem. Drogi coraz bardziej zakorkowane, z parkingów pod wielkimi centrami wyjeżdża się cokolwiek niemiło i w ogóle. Kulki są, to najważniejsze.

sobota, 7 grudnia 2024

1817. Z filmowego rozrzewnienia ...

... poszliśmy spać dopiero dzisiaj, po pierwszej w nocy. W zasadzie leżałam już w łóżku jakiś czas i nasłuchiwałam spokojnie plumkającego deszczu zastanawiając się, kiedy przyjdzie Darragh. Czwarty sztorm sezonu zjawił się około 1:20. W ciągu minuty za oknem zerwał się okrutny wiatr, spojrzałam na zegarek, Fred wyszedł spod kołdry i zamknął okna. Rano strat niewiele, powywracane śmietniki (wiatr od północnego-zachodu), ale pomysł Ka na sobotni spacer wybrzeżem nie nadawał się do użytku (w południe wiatr przetaczał się tam nadal z prędkością ponad 55 km/h).

Gdzieś w trakcie dnia rozmawialiśmy chwilę z Ka podrzucając mu informację, że idziemy w El Paso do kina (przez internet kupiłam dwa bilety na Small Things Like These w Omniplexie). Małżonek wyszorował do czysta łazienkę. W porze obiadowej na stół wjechały pieczone bakłażany. Przed wieczornym seansem kinowym zajrzeliśmy jeszcze na chwilę do przyjaciół, na herbatę i skubanie cheddara. 

Film mnie zaskoczył, po obejrzeniu zwiastuna spodziewałam się czegoś z natury bardziej amerykańskiego, byliśmy tymczasem na kinie europejskim. 

piątek, 6 grudnia 2024

1815-1816. Mikołajki i in.

Czwartek
Tak nastawiłam budzik, że byłabym zaspała, gdyby nie mózg mój z wewnętrznym tykającym zegarem, który obudził mnie dziesięć minut przed czasem: ej, ej, sprawdź godzinę, chyba nie nastawiliśmy tak, jak trzeba

Podróż z Kochanym; soundtrack jakiegoś nieznanego nam koncertu Jethro Tull w tle. Praca prawie jak przyjemność (chociaż zdenerwowała mnie księgowa, ale to w Centrum; Alis is a c*nt). Po południu Kochany czekał na mnie przed drzwiami wyjściowymi Jamy i mókł. Szybko przetransportowaliśmy się do domku, żeby raz dwa zrobić obiad. Przed czwartą byłam już napasiona jak opos, a w głośnikach śpiewał mi Ralph Kamiński. Potem próbowałam się relaksować leżąc pod kołderką; sen nie przyszedł, ale nie narzekam ani trochę. Sinozęby nie chciał połączyć mojego laptopa z ekranem tv; Fredowi udało się po dłuższych próbach, postanowiliśmy to uczcić oglądaniem Mistery Train (1989).

Piątek
Zaczęłam dzień wysłaniem listu z oficjalną prośbą do Katriny; kilka sekund później zauważyłam literówkę w imieniu (za późno). Trudno, świetnie (mogłabym powiedzieć facepalm, ale postanowiłam zmierzać w kierunku zen = gniew ani martwienie się o ocenę mnie nie przytłaczają).

Po śniadaniu zatekstowałam do Anne z pytaniem, czy chce lindory o smaku irish cream (Kochany pomylił się i kupił nie takie, jakie zamierzał), ale zanim sąsiadka zdążyła wpaść do nas po porannej kąpiółce, sama jej zaniosłam dwa pudełka słodyczy, bo my z kolei wymyśliliśmy sobie, żeby jechać do miasta na wąchanie książek już, teraz, natychmiast. Gdy wręczałam jej podarek, Anne dała mi z uśmiechem czerwoną kopertę; dopiero w samochodzie sprawdziłam, że w środku jest karta podarunkowa Caffè Nero opiewającą na €25. Nie w kij dmuchał!

Pogoda paskudna, ale mam na sobie WBPP (wielki brązowo płaszcz przeciwdeszczowy) i żadne babrania chmurowe nie są mi straszne. Zaparkowaliśmy na trzecim piętrze Scotch Hall, stamtąd sturlaliśmy się windą w dół do Waterstonesa; Kochany szukał książki dla irlandzkiego znajomego, a w rezultacie kupił mi mikołajka, książkę Keegan, Antarctica (pani sprzedająca też docenia Claire i ma swoje ulubione opowiadania, ha!). Z SH pobierzaliśmy przez most do Czarnej, żeby zbunkrować się w najdalszym kącie z kawami kupionymi dzięki niespodziewanemu prezentowi od sąsiadki (pani Stempelek 3 śmiechujkowała, że tym razem oboje bierzemy kawę na miejscu). Po kawie i przegryzce wróciliśmy do Babci, następne nasze przystanki to: sklep zoologiczny, TK Maxx, Tesco. W pierwszym miejscu zrobiliśmy szybki przegląd kocich przysmaków i przywitaliśmy się z koteczką ze schroniska. W drugim kupiłam mikołajka dla męża (zielony T-shirt z merynosów, Good Man), prezent dla Anny (zestaw mydeł i kremów) oraz zestaw ołówków grafitowych i suchych pasteli dla siebie.

Po powrocie do domu odkryłam, że zupa o której sądziłam, że jest grzybowa, jest zupą warzywną. Wszystkiemu są winne karły i gnomy, wycedził Fred. Mój przypadek z zupą i mężowski przypadek z lindorami jak najbardziej to potwierdzają. Zastanawiam się, jak zawrzeć z nimi pokój.

Obejrzeliśmy na dvd Człowieka z żelaza (1981). Długi film, z trzewi PRL-u, bardzo nas nastroił filozoficznie, wspólnie i osobno analizowaliśmy jak to kiedyś było. Dużo za późno przypomniałam sobie, że przecież nie ugotowaliśmy głównego obiadu (za to słuchałam smętnych piosenek Draco Rosy).

środa, 4 grudnia 2024

1813-1814. Środek tygodnia.

Wtorek
Czytam (zaczęłam bardzo nie lubić bohaterki obecnie czytanej powieści), piszę, rozmawiam z tatką, robię obiad, umawiam się na szczepienie i nie wiem, czy robię dobrze, ale rezerwuję sobie dwa kłucia na raz: covid i grypa. Jeśli wyjdzie koktajl Mołotowa, mam dwa tygodnie na wyzdrowienie. Tak sobie teraz przypominam, że gdy wczoraj wracałam autobusem po zmroku, mnóstwo domów było już ustrojonych świątecznie, albo przynajmniej z choinką rozświetloną centralnie w oknie.

Środa
Spaliśmy przy otwartym oknie (dla odmiany) i rano obudziły mnie rozmowy ptaków robiących inspekcję ogródka. Na szczepienie byłam umówiona kwadrans przed dwunastą. W mojej głowie rozcinało mi to dzień na pół, chciałam jeszcze coś przejrzeć na jutro, na wypadek, gdybym po szczepieniu nie czuła się rewelacyjnie. Korona na prawym ramieniu, grypa na lewym, pani robiąca zastrzyki okazała się mistrzynią (ugryzienie komara bardziej się czuje). Na obiad wątróbka, mąż w roli kuchmistrza (skoczył do lokalnego rzeźnika, gdy czekałam w przychodni). Świat za oknem bury, ani jednego promyka słońca, poza tym dość mokro, choć wcale nie padało. Kochany całuje mnie w szczepionki (covidowa boli bardziej, czy to nie interesujące?). Skończyłam czytać The Discomfort of Evening Marieke Lucas Rijneveld (Faber & Faber, 2020); dyskomfort, indeed. Było jeszcze przed piątą, więc postanowiliśmy obejrzeć dłuższy film na który zazwyczaj nie mamy czasu. Przed seansem zadzwoniłam do mamy, na chwilę tylko, zapytać, czy szelki doszły. Przy okazji dowiedziałam się, że mama zaraz jedzie do dentysty. Poza tym Malinka i Maksiu źle się czują, nie chcą jeść. Stareńcy oboje i zmęczeni, Malinka zjadła dopiero jajecznicę i przynajmniej pije wodę. Może to tylko zły dzień dla staruszków. W kinie domowym odrestaurowana kopia Człowieka z marmuru (1976) Wajdy. Właśnie skończyliśmy i o tym rozmawiamy. Dobry.

poniedziałek, 2 grudnia 2024

1812. Zmęczenie ...

... mnie dopada. Nogi miękkie w kolanach, wychłodzenie, z rana czytałam, teraz będzie trudniej; po późnym obiedzie i wyjadaniu jogurty morelowego myślę tylko o prysznicu. 

Z zachowań społecznych: byłam w pracy, która mnie nieco ujadła, po powrocie zadzwoniłam do mamy, żeby jej uświadomić, że może spodziewać się DHL, a gdy Fred po raz kolejny w tym tygodniu rozmawiałam telefonicznie z Kolegą Z Bloku, wtrąciłam swoich groszy kilka (jego mama, pani Z-wa, z panieńska ma nazwisko mi znane, możemy być spokrewnieni, piąta woda po kisielu, dlaczego by nie, ja tam zawsze jestem na tak).

niedziela, 1 grudnia 2024

1811. Ulotna niedziela.

Wygramoliłam się z wyrka po ósmej, na czas, żeby jeszcze dać buzi Fredowi przed jego wyjazdem do miasta. Przeglądam listę książek, które chciałabym przeczytać w następnym roku i te z którymi chcę jeszcze zdążyć w tym. Do mojego wylotu planuję skończyć czytanie czterech, zobaczymy, czy się mi uda. W każdym razie dzisiaj zaczynam The Discomfort of the Evening Marieke Lucas Rijneveld (Faber & Faber, 2020). Po południu przypomniałam sobie, żeby coś podrzucić ptakom w ogródku. Oczywiście, czekały. Chwilę obserwowałam jak szpaki robią ewolucje na karmniku i zrobiłam im kilka zdjęć. Zjedliśmy z Kochanym wege obiad po jego powrocie, potem wskoczyłam pod prysznic, a Kochany zagadał się z Kolegą z Bloku, który wypytywał go o pryncypia oraz zapraszał nas do siebie przy najbliższej okazji, czyli za kilka tygodni. I takie tam, ulotne rzeczy, jak przygotowanie się do pracy. Znowu ciemno. Znowu grudzień!

sobota, 30 listopada 2024

1810. W chmurze.

Kochany wyjechał wczesnym rankiem. Około południa dokończyłam czytanie Small Things Like These Claire Keegan (Faber & Faber, 2022). Wyśmienita proza. Dopiero wczoraj zdałam sobie sprawę, co miała na myśli starsza pani z księgarni pytając, czy widziałam już film. Obejrzę go z pewnością, bo książka jest po prostu genialna, złożona z dokładnie tylu słów, ile było potrzeba, żeby opowiedzieć tę historię. W ciągu dnia, poruszona mocnym tekstem, trochę blogowałam, chwilę też rozmawiałam z Kamą, potem z Kochanym, który miał przerwę w pracy. Ogólnie do obiadu chodziłam z głową w chmurach i tylko na chwilę zeszłam na ziemię w celu zerknięcia na poniedziałkowe zajęcia poranne. Nos znowu zaczął boleć (buuuu!). Po obiedzie całkiem dobrym, przez allegro kupiłam Kochanemu (na wyraźne mężowskie życzenie) szelki do spodni roboczych. To prezent pod choinkę, więc cicho sza, nie mówcie nikomu ;)
___
edit 22:30 listopadzie, listopadzie, nie byłeś taki zły, a nawet byłeś całkiem dobry :)

piątek, 29 listopada 2024

1809. Widocznie ...

... trzeba było spać, skoro spałam i spałam, obudziłam się dopiero, gdy Kochany wstał jako pierwszy. Za oknem ciemno, a tu już przed dziewiątą. Nad wsią przez cały dzień przechodził ponury, wietrzny front. Piątek na zwolnionych obrotach. Skończyłam czytać Too Much and Never Enough Mary L. Trump (Simon & Schuster, 2021), książkę dość ciężką psychicznie do strawienia. Pod wieczór zadzwoniłam do mamy — Kochany upewnił się sekretnie w rozmowie z teściową (poszłam do łazienki policzyć wypaczające się płytki), że mikołajowe prezenta przybyły w całości; mama uaktualniła stan mojej wiedzy o domowych wydarzeniach (Maksio właśnie wrócił ze szpitala po dziennym pobycie, ale nie chciał rozmawiać, obrażony poczłapał do kuchni) i stan postępów w przygotowaniach świątecznych (majonez został kupiony). Zaczęłam czytać Small Things Like These Keegan, ponieważ jednak Kochany chciał obejrzeć film, znalazłam coś krótkiego i na tym się skupiliśmy, Tajne przez poufne (2008) braci Coen (filmweb mi podpowiadał, że mi się spodoba i miał rację)

czwartek, 28 listopada 2024

1808. Dziękczynienie.

Pobudka wczesna i bardzo niechciana. Na obrazku powyżej krwawy wschód przecieka przez mroczne żywopłoty, gdy z Kochanym zjeżdżamy z górki. Z rana zimno (oczywiście kawiarniana godzinka świetna, jak zwykle), tuż po południu, wg zapowiedzi, zaczęło padać, a gdy dojechałam do wsi okazało się również, że wieje i to z niezłym przytupem. Poza pichceniem obiadu i wycieczką na drugą stronę ulicy, żeby podać Junonie kropelki, brak wydarzeń. W Stanach dzisiaj dziękczynny czwartek; na instagramie widzę jak jedna pani odchudzająca się robi mac-n-cheese dla rodziny, jakby obrządek był w chlewiku. Bardzo ciekawe. Rozmawialiśmy z Kochanym o naszych mamach. Zainstalowałam nowy program antywirusowy. Popijam wodę, bo, że niby zazwyczaj piję diuretyki i to wszystko przez to. No nie wiem, czytam gdzieś, że to przesada, zresztą na pewno mam tolerancję, ale że wody pić nie zaszkodzi, to piję. Za prysznic gorący jestem wdzięczna. Za mocny dach. Za męża najlepszego, i że mnie rodzice kochają.

środa, 27 listopada 2024

1807. Obudziły mnie ...

... wiadomości, że wprawdzie następny sztorm, Conall, nam akurat nie dokuczy, bo idzie na UK, ale za to gdy uchyliłam żaluzje, okazało się, że na zewnątrz jest biało od szronu (w nocy -2°C). Wczoraj, na deserek wtorku, strzyknął mnie w szlachetnej części pleców mych korzonek. Argrgrhh! Noc była spana ostrożnie. Wygrzebywałam się z pieleszy niechętnie, ostatnią godzinę leżałam po mężowskiej stronie łoża (Kochany po siódmej wybył do pracy), wygrzewając się matą elektryczną.

Pogoda zmotywowała mnie do energiczniejszych ruchów (za oknem szybko pojawiły się pierwsze zziębnięte ptaki) i po herbatce wyszłam do ogródka głodnych nakarmić (nawet podzieliłam się z małżeństwem kosów własnym jabłuszkiem). Od czasu do czasu próbowałam dodzwonić się do lekarza, aż w końcu, niespodzianie, w trakcie kawy (mojej) porannej, ktoś odebrał. Poszłam. Pani w hidżabie mnie obejrzała i zaordynowała lekarstwo: proszę pić. No to piję. A dzięki spacerowi naokoło wsi korzonek się ze mną przeprosił. Czyli same plusy oraz prawdą jest, że ruch to zdrowie.

U Junony byłam dwa razy, za drugim razem z Kochaniem. A poza tym zjedliśmy dobry obiad (najwyraźniej pieczony bakłażan wszedł na stałe do naszego menu). Tymczasem w Browsku na polanie żubrowej jeleń:

Nic nie robiłam (poza pobieżnym przejrzeniem, co tam na jutro), a jestem sterana, rozmemłana. Fred połączył się z Krakusami, gdyż paczka do nich doszła i SL jest bardzo szczęśliwa. Czyli super. I naprawdę, panie bobrze, jak mnie dobrze. Nie przygotowuję się na święta, okien nie myję, ciast nie piekę, mąż już prezenty nakupował zapobiegliwie. Zadanie takie zostaje, żeby obmyślić, co dla rodziców na pięćdziesiątkę. Myślę, myślę, żyłka na czole pulsuje. Na dobranoc zakrapiam sobie ucho :D

wtorek, 26 listopada 2024

1806. Po śniadaniu ...

... poszliśmy z Kochanym nad morze, słońce miło przygrzewało, wiatr w normie, więc wyciągnęłam z futerału aparat, żeby móc zaobserwować fruwacze. Najpierw zaszliśmy do kawiarenki przy plaży.

W kawiarence wystrój bożonarodzeniowy, w kącie stała mała choinka, i to pewnie już od trzech tygodni :) Po wypiciu kaw wypuściliśmy się na piasek; wszędzie pozostałości po niedawnym sztormie, mnóstwo połamanych muszli ensis ensis (po polsku ich nazwa brzmi chyba okładniczka) oraz dużo muszli ślimaków, niektóre naprawdę spore (wielka łapa Freda daje pojęcie o skali):



Ach, i nareszcie zrobiłam fotkę zimowym gościom z północy, to rzeczywiście bernikle obrożne, spokojne, niezbyt rozgadane, akurat oddawały się relaksowi połączonemu z czyszczeniem piór:

Pozwoliły trochę do siebie podejść (bez przesady, oczywiście), mogłam się przyjrzeć ich jasnym, pękatym brzuchom. Były też inne spotkania, z wronami, szpakami, mewami i z czerwonookimi ostrygojadami, a przy zejściu z plaży Fred wypatrzył chowającego się w mule małża (lub kraba); obiecaliśmy, że mewom nie powiemy (na zdjęciu akurat jest część innego kraba, który nie miał szczęścia).


Wracając z plaży natknęliśmy się na Uśmiechniętą Kathleen i jej córkę, trzeba było się zatrzymać, chwilę porozmawiać, że jest ładnie, że do świąt został mniej niż miesiąc. Dostaliśmy błogosławieństwo oczywiście. W domu byliśmy chwilę po drugiej, nasze cienie już długie i cienkie.

Kochany najpierw miał pomysł na obiad morski, ale sklep rybny w porcie zastał zamknięty. Małżonek dłuższą chwilę grzebał w ziemi ogrodowej, i pewnie rozważał, co lubi bardziej: jechać na zakupy bez żony i zaraz wrócić, czy jechać z żoną i po kupieniu chleba pójść z nią na obiad. Ha! W zachodzącym słońcu wyjechaliśmy do Drołdy i obiad został zjedzony w Il Forno (makaron carbonara, ale tak bardziej z polskim akcentem, chyba na śmietanie, a jakby wędlina była z polskiego sklepu, to bym się wcale nie zdziwiła). Wyszliśmy z restauracji, gdy było już zupełnie ciemno i zrobiliśmy małe kółko po dwóch ulicach miasta. Zimno; szliśmy w oparach własnych oddechów.

Po powrocie pod dom przez dłuższą chwilę bawiłam się myślą, gdzie zgubiłam gwiazdę polarną, bo Wielki Wóz bardzo wyraźnie widniał nad domem sąsiada. Trzeba było rozłożyć mapy nieba, które przekręcałam i przekręcałam.

A potem mniej przyjemne rzeczy. Przez dłuższy czas oboje paraliśmy się ładowaniem na pewną stronę ważnych dokumentów. Do kroćset! (nieprawda, inaczej klęłam). I jeszcze strzyknęło mi w plecach bardzo boleśnie. I nos mam suchy niemiło (nie dodzwoniłam się dzisiaj do lekarza, trzeba będzie się tym zająć wcześnie rano). Junonę odwiedziłam dwa razy, ma spust kocinka.

poniedziałek, 25 listopada 2024

1805. Poniedziałek nie tak straszny.

Wczesna pobudka, wczesny wyjazd, kawa i lektura w Czarnej, praca, powrót autobusem w ekspresowo zapadającym zmroku (na dworcu spotkałam Dione o elfich uszach, kurtuazyjnie wymieniłyśmy się informacjami). Fred pojawił się jakiś kwadrans później, zjedliśmy smażone pierogi ruskie, po czym wyskoczyłam podkarmić księżniczkę Junonę i zakropić jej do jadła kilka homeopatycznych kropel na śmierć. Długo nie zabawiłam, choć nie było planów na wieczór. Ogarnęłam ostatnie trzy miesiące na moich kontach bankowych, żeby Kochany mógł jutro wysłać papiery do instytucji, co to się mu naprasza. Siedzimy sobie i rozmawiamy o robieniu filmów, dlaczego niektóre są fujowe, a niektóre nie. 

Z polecenia Hebiusa obejrzeliśmy Misjonarza (1982) z Michaelem Palinem. Bardzo przyjemna obsada, nawet Sophie Thompson przemknęła w tle; a krajobrazy ... cymes.

niedziela, 24 listopada 2024

1804. Idziemy dalej z tym listopadem.

Słonecznie, ale też wietrznie i chłodno, nie chce się wychodzić z domu. Nie wychodziliśmy aż do popołudnia, potem ja miałam hamletowski problem, czy jechać z Kochanym do miasta czy nie. Bo ja bardzo lubię się z mężem włóczyć i słuchać muzyki z samochodowych głośników ;D. Po dłuższych rozważaniach, mając już na sobie spodnie do wyjścia, zdecydowałam jednak przeciw temu pomysłowi. Kochany wyjechał, ja postanowiłam iść pod prysznic, umyć włosy i ogarnąć rzeczywistość jutrzejszą zainteresowanym spojrzeniem. Po powrocie Freda z zakupów i obiedzie zrobionym przez męża, obejrzeliśmy Brzezinę (1970) Wajdy. Bardzo niepokojący, posępny film, troszku taki zawajdany. W trakcie seansu przerwałam na chwilę, żeby się ekspresowo ubrać i wyskoczyć na pięć minut do Anne, w celu ustalenia z sąsiadką, czego Junona ode mnie od jutra potrzebuje (na zewnątrz już bardzo ciemno, wiatr się wzmaga). Przy okazji okazało się, że Anne też czyta biografię Trumpów i również wolno jej idzie (w zasadzie wiem, skąd u mnie taka reakcja: historia, która źle się kończy, czarny charakter wygrywa i dla dzieci znikąd pomocy; przykre bardzo). Junona zaś grubiutka jak pączek w maśle, mama niczego jej nie odmawia, więc i ja nie będę (po kątach są jeszcze gdzieś pochowane Rysiowe przysmaczki, czuję, że się do nich dobierzemy, a co!). 

Trzeba się opatulić, okokonić, włączyć oczyszczacz powietrza, posłuchać jeszcze co mądrego.
___
21:40 o żesz, przez oglądanie Brzeziny mam na stosie do przeczytania kolejną książkę. Fred pogrzebał i wyciągnął z domowej biblioteczki Opowiadania Iwaszkiewicza :D

sobota, 23 listopada 2024

1803. B jak Bert.

Bert uderzył w drzwi gdzieś około trzeciej nad ranem. Te powiewy były najsilniejsze, nic dramatyczniejszego niż ten spektakularny nalot sztormowego wiatru na samym początku już się nie wydarzyło. Po śniadaniu jechaliśmy do miasta trasą nadmorską i efekty działalności sztormu nadal były widoczne: spienione morze, a przede wszystkim lokalne podtopienia (kilka razy przejeżdżaliśmy przez wodę uwięzioną w obniżeniach terenu).

Gdy rozsiedliśmy się do naleśników, przez messengera połączyła się ze mną świekra. Rozmawialiśmy niezbyt długo, bo w Trzecim Miejscu był gwar i tłok. Po posiłku wyszliśmy na krótki spacer; wiatr znad Atlantyku przywiał ocieplenie, przyjemnie było więc iść; doszliśmy aż do księgarni, gdzie kupiłam książkę Keegan, Small Things Like These. Potem Kochany szukał nowych guzików do swojego swetra, a na końcu zajechaliśmy po warzywa do Tesco. 

Późne popołudnie i wieczór bez wydarzeń. Chwilowo wciągnęło mnie odpowiadanie na blogowe komentarze, rozmowa z Kochanym, potem dodzwoniłam się do rodziców, snułam z mamą historie, o zdrowiu, pogodzie, grudniowym przylocie. Nos lepiej, zobaczymy na jak długo.

piątek, 22 listopada 2024

1802. Czyste powietrze.

Z powodu moich utyskiwań nosowych Kochany przypomniał sobie, że mamy zupełnie nieużywany oczyszczacz powietrza i przed wyjazdem do pracy wyciągnął go z szopki (Rowenta PU2350, zapisuję dla pamięci). Rzeczywiście, urządzenie było jeszcze zapakowane w oryginalną folię, testowałam je dzisiaj dość intensywnie; trudno powiedzieć, czy cuda czyni, ale oddychać jakby milej.

W ogrodzie znowu szron. Ewolucji karmnikowych ciąg dalszy:

Z wolnychlektur.pl pobrałam Próby de Montaigne'a, chociaż przede wszystkim słucham audiobooka (stwierdziłam, że jak mi się odechce słuchania, mogę kontynuować czytając). 

Kochany wrócił po pracy zziębnięty, ale wesół (jutro ma wolne). W czasie późnego obiadu rozmawialiśmy z ciocią Ce, wiadomo, życzenia. Rozmowa nie była długa, chyba nadal nie jest tam za dobrze, ciocia jak zwykle ucieka w pracę. Po ósmej zadzwonił Ka, podzielić się swoimi dzisiejszymi przygodami i sukcesem starszaka (jest nowa szkoła). I tak zeszedł dzień (trochę na koty, bo o tym też rozmawialiśmy z ciocią Ce: czy przewidujemy kociego lokatora). Przeszłam w stan prehibernacji, nic nie robię, co najwyżej zmywanie garów, prasowanie, nosa dotykanie. Jutro ma wiać, może wywieje, co zbędne.

czwartek, 21 listopada 2024

1801. Zimno, ale ładnie.

W nocy obudził mnie chłód, nad ranem przesunęłam się w łóżku na połowę męża i żywiłam się jego ciepłem. W hrabstwach zachodnich był pomarańczowy alarm z okazji spodziewanych opadów śniegu. Tymczasem na naszym "cycku" maksymalnie 4°C, słońce, zimno, ale jak najbardziej znośnie, a nawet ładnie (wizualnie). Kochany odwiózł mnie do pracy i pojechał Babcią do mechanika. Niestety utknął w tym El Paso i gdy ja skończyłam, on cały czasu czekał na Godota. Poszłam w związku z tym do Czarnej na kawę, żeby doczekać do wyjazdu autobusu i tu miałam małą przygodę: karta bankomatowa nie chciała w żaden sposób zastartować, a miałam za mało gotówki, żeby zapłacić za to, co już dla mnie przygotowano. Pani Stempelek po irlandzku machnęła ręką, ale oczywiście nie dawało mi to spokoju, bo machać sobie można, ale jednak to chamstwo nie płacić. Wypiłam kawę i wcisnęłam w siebie bułę szybciej niż planowałam, po czym poszłam pod mój bank, żeby sprawdzić czy i tam firmowy bankomat pozostanie głuchy na petycje. Na szczęście bankomat nie widział problemu, wróciłam do Czarnej zapłacić pani Stempelek (nie lubię takich sytuacji, super, że tak szybko się ułożyło), ale sprawa jest nadal niejasna. Trzeba będzie przetestować kartę w paru innych miejscach.

Jeszcze à propos ładności wizualnych, wracałam gdy słońce pod ostrym kątem oświetlało ten chłód: zielenie, żółcie na tle chłodnego błękitu nieba i szarości chmur w zakolu rzeki, przed wsią ptaki morskie skubiące coś w oziminie (zauważyłam ostrygojady, kilka czajek oraz jakiś rodzaj bekasa, zawsze je mylę).

Fred nie wrócił do domu od razu, jeszcze podjechał Babcią pod NCT (Babcia zdała, odhaczone). Po dziwnym obiedzie (podzieliliśmy się kupnymi pierogami), Kochany wręczył mi upominek wyprzedzający — top/bezrękawnik w kolorze kiwi z merynosiej wełny (Tahari) i dwa flakoniki perfum Wilgermain. Od wąchania perfum doszliśmy do tego, że może warto by mi było zrobić sobie testy alergiczne, bo ciągle coś (nos nadal boleśnie suchy, który to już tydzień, poza tym pamiętam o tym dziwnym przypadku jedzeniowym z palpitacjami).

środa, 20 listopada 2024

1800. Cold snap.

Góry Mourne nie kłamały, zapowiedziały zimę i jest. Rano świat pokryty szronem, słonecznie, chłodno, zamarzły poidełka, skrzepła ziemia w doniczkach z cebulami narcyzów. Miało nie być ptasiej stołówki, ale nie godzi się w taki dzień (jestem miękka jak stary jasiek). Były więc ziarna, suszone robale, kawałek zepsutego naleśnika (w sensie: w nieregularnym kształcie, ale świeżego), poza tym ze zmarniałego elstara zerwałam kilka jabłek, przekroiłam i dodałam jako witaminki (pan kos od razu się pojawił bardzo kontent z zaistniałej sytuacji). Na początku przyleciały dwa szczygły (czyli stado musiało się czaić w pobliżu), do szpaczej czeredy dołączył rudzik, mignęła mi też gdzieś pliszka, oraz nieśmiała modraszka, a między wróblami znowu pojawiła się jedna zięba. Regularsi:




Upiekłam kilka naleśników, dobre wyszły (tylko ten oddany ptakom był w kształcie Wyspy Północnej). Po kaffce zabrałam się za przygotowania na jutro, a Kochany wyjechał do miasta, nadać paczkę do Krakusów i zrobić zakupy spożywcze (inauguracja zimowej uszanki). W trakcie pracy weszły mi dwa naleśniki do spółki ze smażonymi jabłkami od Jot, palce lizać (zupełnie zapomniałam jak bardzo lubię smażone jabłka, gdybym nie była ujową panią domu, byłabym sama zrobiła). Kochany wrócił z miasta po kilku godzinach (jeszcze nie do końca się wyrobiłam), z prowiantem i pomysłem na prezenty dla Katlin i Majka (kosmetyczki); po rozłożeniu całego majdanu, Fred zrobił nam obiad bardzo pyszny (zjedliśmy o szóstej). Potem dostałam newslettera od Ganszyniec na temat sensu brzydkości listopada i bezsensie świętowania bez przerw. Już do tego doszłam sama, ale zapisuję w kajeciku adekwatne opowiadanie Le Guin do przeczytania. Nie będę więcej mówiła, że listopad jest brzydki, to się rozumiem samo przez się ... i tak właśnie ma być.

Wieczorem jeszcze rozmawiam z Anne, o księżniczce Junonie, kiedy będę się nią opiekowała, oraz o kotach ogólnie, bo to zawsze dobry temat.

wtorek, 19 listopada 2024

1799. Wtorek hiperczytelniczy.

Pierwszy raz spieniłam mleko do kawy prasą francuską, bardzo mnie rozbawił ten mój nagły koncept (widać, że w takim razie espresso musi być znacznie mocniejsze; poza tym cappuccino domowe wyszło mi super). Na zewnątrz chwilami siąpił deszcz pół na pół z gradem, podrzuciłam więc trochę karmy dla ptaków (nie dokarmiamy codziennie, żeby zanadto nie rozpuszczać, bo trzeba przyznać, że mamy do tego naturalną skłonność; gdy wyszłam opatulona szalem, w kurtce i czapie, na kominie domu natychmiast przysiadła wrona i czujnie obserwowała, czy będą kulki "dla wron", oczywiście były). Potem próbowałam zrobić fruwaczom zdjęcie przez brudne okno, ale większość z nich jest nadal ostrożna (podrywają się do lotu, unikają dobrych ujęć). Poza szpakami, wróblami, wronami przylatują sierpówki, wśród wróbli wypatrzyłam ziębę.

Kochany zrobił mi niespodziankę i wrócił z pracy godzinę wcześniej niż się spodziewałam, wtoczył się przez drzwi razem z białą gapą oświadczając, że szczyty gór Mourne przykrył śnieg. Ha! Mleko tymczasem znowu brudny, wszedł do kuchni z większą pewnością, ale zaraz chciał wychodzić. Pod wieczór małżonek przedzwonił do Krakuski, żeby się jej przyznać, że butów nadal nie wysłał, a nawet zgubił adres. Rozmowa trwała tak długo, że po zamknięciu się w sypialni zdążyłam przeczytać ostatnie 70 stron Rodziny Połanieckich (ebook wolnelektury.pl), po czym wyszłam, oświadczyłam, że koniec i chwilę rozmawiałam z Krakuską (oraz obecną w okienku SL), że w sumie nie lubimy Sienkiewicza. Całego czytania było dzisiaj ponad czterysta stron, jakąś taką miałam melodię.

Miałam wieczorem smażyć naleśniki, gdyż mleko już dziś konkretnie wychodzi z mody. Ale z tego wszystkiego, co się nazywa literatura, zapomniałam i próba naleśnikowa będzie jutro, na przeterminowanym mleku. Żyję na krawędzi :E

poniedziałek, 18 listopada 2024

1798. Przyjemny powrót.

Ziiimno jak dyjabli. Rano jeszcze trochę ciemno, gdy wyjeżdżam z Kochanym. Gdy z kolei wracam autobusem po piątej, zupełnie już mrok, na dodatek od południa pada coraz gęstszy, chłodny deszcz. W szparze listowej znalazłam wetkniętą kartkę z katalogu nagród Louth Looking Good (zapytam Annę, czy to ona zostawiła, ale to już jutro). Wiadomo dlaczego: nasza ulica zdobyła pierwsze miejsce w jakiejś tam kategorii, a jako ilustracja posłużyły nasze najkraśniejsze hortensje.

No i dlaczego tak zimno? Bez sensu, wszystkie koty siedzą w domach, jeśli mają domy. Ale po południu radocha. Rozgrzewam się zupą z Tesco; przyjeżdża Kochany i do płyty The Boatman's Call (1997) robi swoje popisowe danie; kupuję bilet powrotny z grudniowej eskapady; zaczytuję się przy tym od rana do wieczora; sprawy nie mogą się mieć inaczej, niż radośnie (płyta ze snujami Mikołaja Jaskini zostaje wysłuchana po raz drugi).

niedziela, 17 listopada 2024

1797. Rosołowa niedziela.

Noc była jak świt, niebo jaśniało.

Po śniadaniu dodzwoniłam się do rodziców i prawie godzinę rozmawiałam z mamą o starych Polakach, choinkach naściennych, kuzynostwie i naszym przyjeździe. Rodzice ucieszyli się, że wpadamy (będziemy kilka dni przed świętami i z pewnością pokręcimy się po okolicy), robią już jakieś niewielkie ruchy w tym kierunku, żeby było dobrze. Poza tym tatko robi sobie zęby za tysiące. Pochwaliłam. 

Jestem dzisiaj o wiele bardziej rozgarnięta, nie wiem, czy to słońce, czy zapach rosołu, w każdym razie nie przysypiałam i ruszałam się całkiem żwawo. Za oknem szpaczory rąbią opadłe jabłka, aż miło (sądziłam, że to tylko gratka dla kosów, ale nic z tych rzeczy). Kochany po pracy dostał obiad dwudaniowy, co się u nas nie zdarza często.

Fred rozmawiał wieczorem z Perlistym; przyjaciel jest ponad tydzień po dość poważnym zabiegu rozwiązującym problemy zdrowotne z którymi zmagał się od jakiegoś czasu. Czy przed końcem roku nareszcie zgadamy się na spotkanie w czasie i przestrzeni (jak to się rzekło Bukackiemu), któż to wie.

Połanieckich wyszłam z pierwszego tomu i stwierdziłam, że nie będę się już rozpraszała na inne lektury, tylko dotrwam z tą jedną do końca (jak się można domyślić, Bukacki jest moją ulubioną postacią). Jutro trzeba się zerwać przed świtem, na razie daję jeszcze nura do książki.

sobota, 16 listopada 2024

1796. Oziębła sobota.

O, rozkosze ciepłego łoża! Nie ma nic milszego, gdy tak cholernie jest zimno, niż wtulić się w małżonka i wbić mu w gorące jego plecy wychłodzone kolanko. Kochany musiał zwlec się, niebobrze, już o piątej trzydzieści. Mnie trochę się przysnęło, od śniadania do południa słuchałam (tym razem do końca) The Adventures of Sherlock Holmes (Magpie audio, 2017), potem podczytywałam Połanieckich. Uznałam, że wystawianie nosa z domu jest bez sensu w taką mroczną pogodę. Dodzwoniłam się do tatki i oznajmiłam mu, kiedy zawitam; chwilę rozmawialiśmy o drobnostkach. Kochany wrócił z lekkim poślizgiem, po drodze jeszcze kupił coś na jutrzejszy rosół. Po obiedzie zapłaciłam za Fredowe bilety, bo jego konto robiło mu psikusy i opłata z jego banku nie przechodziła. Czyli wiemy już kiedy Kochany przylatuje i wylatuje od teściów, żeby pomiędzy tymi datami angażować się w ciężkie obowiązki głaskania i zabawiania trzody domowej (będzie miał na to dni dokładnie dziesięć). Do uzgodnienia pozostał mój powrót, co się rozstrzygnie niebawem. Pozwalamy sobie już się zacieszać; będzie miło.

piątek, 15 listopada 2024

1795. Wyciszony piątek.

Dzień zaczęłam bardzo bolesnym skurczem łydki. Wstaliśmy późno i po pochłonięciu śniadania zaczęliśmy się rozglądać za możliwościami lotniczymi. Przerwaliśmy sobie te rozważania spacerem nad morze. Żałowałam później, że nie wzięłam normalnego aparatu fotograficznego, bo na plaży ludzi prawie wcale (głównie morsujący), za to wielkie stado bernikli człapało sobie godnie, a potem poderwało się do lotu i kołowało nad Głową. Po powrocie zrobiłam obiad i zaczęłam się znowu troskać bzdurami pt. gdzie i kiedy. W końcu wykupiłam lot w jedną stronę dla siebie. Kochany musiał czekać na rozwój sytuacji z jego pracą; wiemy już, że nie lecimy razem, ja przewożę cięższy bagaż; nie zdecydowałam jeszcze o dacie powrotu.

Wieczorem obejrzeliśmy Czasem trzeba odpuścić (2024), szwedzki film o rodzinie. Dobrze się zapowiadał, ale im dalej w las, tym bardziej wątek pokrzepiający dominował nad logiką.

Tak ogólnie, po spacerze i obiedzie byłam bardzo senna (wychłodzenie?). Poziom energii po południu -0, więc i słuchanie audiobooka nie idzie tak, jak by mogło (tylko dwie sprawy kryminalne). 

czwartek, 14 listopada 2024

1794. Gloomy Thursday.

Praca była bardzo spoko, jak zawsze w czwartki, natomiast ogólna aura nie zachwyca. Wprawdzie rano zaskoczyło nas przejaśniające się niebo i łagodna, jak na poranek, temperatura (w nocy marzłam pod kołdrą, byłam przekonana, że na zewnątrz ziąb), ale im bardziej w dzień, tym więcej typowych objawów listopadowych: chłodno, wilgotno, światło w zaniku. Miałam trochę czekania z okazji dojeżdżania do miasta, więc na czytniku zaczęłam kolejną książkę. Czyli teraz rozgrzebanych mam pięć pozycji. Co tym razem? Uwaga, uwaga! Rodzina Połanieckich Sienkiewicza. Już po pierwszym rozdziale widzę, że tekst nie zmiażdży mnie swoją intelektualną wyżyną, ale co tam. Mam ochotę nadgonić trochę klasyków. Poza tym lubię serial Rybkowskiego z czarującym Andrzejem Mayem (którego też, jak się okazuje, materiał wyjściowy nie powalił na kolana). Główna atrakcja: porównywanie tekstu z ekranizacją.

Kochany wrócił znacznie później niż zwykle, bo Babcia miała pod wieczór wyznaczony przegląd (Babcia musi jeszcze tam wrócić, z powodu jednego światełka, które się włączyło i samo się nie wyłączy). Jemy obiady różne. Do tej pory wysłuchałam trzech kolejnych historii z serii przygód szerlokowych, może łyknę jeszcze jedną, bo dlaczego by nie?

środa, 13 listopada 2024

1793. Śpiąca środa.

Gdy tak wracaliśmy po północy przypomniałam sobie, że w poniedziałek minęło 14 lat od śmierci Waci — na starym blogu wpis (11/11/2010):

Ciężko jest na sercu, kiedy umiera taki wieloletni towarzysz. Kiedyś pewnie całodobowe gabinety weterynaryjne będą na wyciągnięcie ręki. Jeszcze nie teraz, jeszcze nie ... a dzisiaj pierwszy wieczór bez zanoszenia jej do koszyczka.

Rano z kolei sprawdziłam datę śmierci babci Mani. To dzisiaj. Babcia Mania bardzo kochała Wacię, chyba pierwszego psa w swoim życiu lubiła tak bardzo. Datę śmierci Waci pamiętam, bo umierała cierpiąc, daty śmierci babci Mani nie pamiętam, bo sobie wyobrażam, że umarła w świętym spokoju. Wieczorem dodzwoniłam się do tatki, który powiedział mi, że pojechał na Hochkirch, zapalić świeczkę na grobie babci Frani, która obchodziłaby 97 urodziny. Kumulacja listopadowa. Na Dolny Śląsk spadł pierwszy śnieg.

Oboje z Kochanym byliśmy zmęczeni z powodu krótkiej nocy. Fred musiał niestety jechać do pracy. Przewalałam papiery, żeby ogarnąć sytuację na jutro. Wysłuchałam też dwóch kolejnych historii z audiobooka The Adventures of Sherlock Holmes. Spać wcześnie. Ziew.

1792. Wtorek koncertowy.

A ja nadal o wtorku:)
Obudziłam się pierwsza i zrobiłam prasówkę zanim jeszcze moje Kochanie otworzyło oko. Podładowałam baterię w aparacie (na koncercie nie okazał się użyteczny i szybko go wyłączyłam), zrobiłam guacamole, zrobiłam też kaffkę dla Freda. Kochany włącza te płyty Cave'a, które mamy. Śniadanie. Kaffka u mnie. Rozważamy możliwości lotnicze w grudniu (różne opcje pozostają otwarte). Bán do nas zawitał, coś tam nam namiauczał, obwąchał szafkę na buty, pokazał, że ucho ma brudne i wyszedł.

Przyszła paczka dla Starszej Latorośli Krakusów, ze zrealizowanym marzeniem butowym. A do mnie payslip z potwierdzeniem zwrotu podatku (o pani! znowu jestem zamożną kobietą i mogę sobie kupić puzzle z 1000 części). 

Obiad o drugiej i wyjazd do stolycy. W drodze Ka zadzwonił poradzić się w temacie szkoły dla Seamusa (koedukacyjna czy nie, katolicka czy narodowa); nic mądrego nie stwierdziłam, ale bardzo to miłe, że ktoś chce się dzielić rozterkami. W Dublinie Kochany zaparkował Babcię na Abercorn Rd, po czym wyruszliśmy na poszukiwania Caffè Nero, bo było jeszcze sporo czasu do wydarzenia. Jak się spodziewałam, do kawy nie było tak daleko, przycupnęliśmy nad filiżankami w schowanku 5 Excise Walk, North Wall (stolik przy drzwiach, zaglądałam do okien ludziom mieszkającym po drugiej stronie deptaka zastanawiając się, jak im się tu mieszka, jak to jest być dublinką). Po drodze zrobiłam kilka zdjęć; woda na Liffey gładka jak szkło.

Przed 3arena spory tłum z trudnym do wykrycia mianownikiem. Mali i duzi, grubi i chudzi, starzy i młodzi, oryginalni i kopie. Zasiedliśmy wysoko w części H, chyba mniej więcej w podobnym punkcie jak 2 lata temu na Sigur Rós. Bardzo intrygujący support (Black Country, New Road) pojawił się trochę po 19. Nick Cave and the Bad Seeds wystąpili o 20:30 punkt. Oczywiście Warren Ellis, oczywiście George Vjestica, pani w brylach, do tego czteroosobowy chórek. Trochę po jedenastej wybrzmiały ostatnie nuty Into My Arms

Było warto. Dobrze, że gość zamiast kaznodziejstwa wybrał zawód artysty. W domu byliśmy dopiero przed pierwszą (tunel nam zamknięto, niechcący wjechaliśmy do dublińskiego portu i trochę po nim krążyliśmy szukając wyjścia).

poniedziałek, 11 listopada 2024

1791. Poniedziałek grobowy.

W pracy długi, ale bardzo cichy dzień. Po wczorajszym meczu Drołdy z Derry (które nasze miasto wygrało) na ulicach i w Centrum widać był efekty świętowania, cicho jak w grobowcu (rano zero korków, na zajęcia dotarły cztery osoby). 

Wracając z miasta po trzeciej (Kochany ma dzisiaj i jutro wolne; na horyzoncie pierwsza kwadra rośnie w oczach) opowiadaliśmy sobie jakie psy chcielibyśmy mieć: ja oczywiście labradora i jamnika, Kochany oczywiście bernardyna i owczarka podhalańskiego. 

Kochany chyba znalazł prezent świąteczny dla taty, tweedowy płaszcz Moon. Przez znalezienie mam na myśli przejrzenie własnej szafy: nabytek od lat wisiał nienoszony. Piękny jest i szkoda, żeby go któregoś dnia mole odnalazły.

Po obiedzie wjechała kawka (jak nigdy u mnie), lebkuchen z dżemem z moreli z Lidla (pyszotka) i pierwszy odcinek The Adventures of Sherlock Holmes (przerwany dłuższą drzemką postkawową). Obudziłam się tuż przed dziewiątą wieczór, akurat gdy małżonek odpalił płytę Nicka Cave'a. Trzeba się wprowadzić w nastrój, wiadomo. Jutro przecież koncert!

niedziela, 10 listopada 2024

1790. Dzień jeża.

Kochany do pracy, żona w domu, prasuje gacie i ogląda Rebekę w wersji BBC z 1978 roku, z doskonałym Jeremym Brettem (nigdy nie słyszałam o tej ekranizacji, Brett wspaniały, idealny Max de Winter). To miniserial, więc trochę czasu zeszło (tak naprawdę chciałam posłuchać po angielsku Przygód Sherlocka Holmesa, wyszło inaczej, więc może jutro). Przygotowałam się na poniedziałek, jako tako (mam poczucie dziury czasowej, ale nic więcej nie wykombinuję, sprawy okażą się w praniu).

Cieszy, że wrona-sąsiadka zauważa moje wejście do ogródka. Obwieszcza je podekscytowanym kraknięciem, czyli już wie, że trzeba wytężać wzrok, bo może gdzieś w obejściu zostawiono dla niej prezent. Fred twierdzi, że rano szpaki siedzące na dachu domu Katlin też reagowały ekscytacją na pojawienie się jego osoby. O wyszedł, idzie, idzie, wejdzie do ogródka czy nie wejdzie? posuń się, bo nic nie widzę!

Z drzewa genealogicznego wynika, że jestem m.in. z Jeży. Moja 6 x prababcia była z domu Jeżówna. Też mi nowina ;]