[go: up one dir, main page]

Strony

czwartek, 30 kwietnia 2020

135. Zło nie ma dostępu, jeśli go nie wpuścisz.

Rysio jest lepszy niż barometr. Po śniadaniu wyszedł z domu, rozejrzał się chwilkę i wrócił, żeby rozciągnąć się na łóżku. Więc leje. Fred robi sos do spaghetti, rozmawiamy o Wu, Tokarczuk, historii Polski, prokuratorach i serialu Buffy, the Vampire Slayer. Oglądam Ask a Mortician i czytam bloga @5000lib. Piję zieloną herbatę w swoim bezpiecznym miejscu.
___
edit 23:00 Kot kontrolował sytuację pogodową przez cały dzień. Jakiś czas po tym, gdy wszedł przez okno w kuchni i ustawił się na pozycji widokowej, z nieba spadł grad wielkości kocich chrupek. Spożytkowaliśmy ten czas przyjemnie, a wieczorem kontynuując odrywanie się od smutnych myśli włączyliśmy Garderobianego (2015) z McKellenem i Hopkinsem. Na scenie obejrzałabym tę obsadę z wypiekami na twarzy, w formie telewizyjnej już tak średnio. W trakcie oglądania poczułam smutek, zdałam sobie sprawę, że chciałabym nosić pulowerki podobne do tych, jakie wieki temu moja mama robiła na drutach. 

środa, 29 kwietnia 2020

134. Gloomy day.

Deszcz przez większość dnia podlewał nam nowo zasadzoną lawendę, nie narzekam więc na pogodę. Z telefonicznej rozmowy z Usz Fred dowiedział się w końcu (wszyscy się dowiedzieliśmy, bo to przecie tajemnica była do tej pory), dlaczego Wu jakiś czas temu został w trybie pilnym przeniesiony do szpitala. Myślałam o tym, nie mówiłam głośno, jakbym się bała zaklęć. Bzdury. Fakty to najbardziej uparta rzecz na świecie. Martwimy się o Wu bardzo, każde na swój sposób. Ja uczę się mówić językami i szukam po świecie żelu, który jest w zgodzie z moją twarzą (chyba po prostu poproszę mamę, żeby mi kupiła trzy butle Mixy i wysłała w paczce), Fred z marsową miną słucha Megadeth. Około szóstej trochę się rozpogodziło, więc pojechaliśmy na pół godziny na niebieską plażę, żeby nam urwało łby. Rysio większość dnia spędził w pościeli lub w oknie z miną "what a gloomy day". Po łazankach, uzbrojeni w kawę obejrzeliśmy czeskie Intymne oświetleniowych (1965). Kot zszedł z okna przy napisach końcowych. Zmrok.
___
Przepis na naleśniki.
Do pół litra mleka wbijam dwa jajka i wszystko roztrzepuję. Potem szklanka/półtorej szklanki mąki (zapomniałam ile), rozklepuję partiami, żeby uniknąć grudek. Dodaję wody, mineralna lub jakakolwiek, byle zimna (dzisiaj wyszło mi pół szklanki, im więcej mąki, tym więcej wody, na oko, po połączeniu ingrediencyj ciasto musi być mocno lejące). Na końcu sól do smaku (dzisiaj wrzuciło mi się pół łyżki). Nalewam na bardzo gorącą patelnię. Naleśniki z tego przepisu nadają się do krokietów, wtedy staram się je nalewać tak, żeby były jak najcieńsze (małą chochelką), a po upieczeniu od razu przykrywam, żeby nie schły (często robię krokiety dopiero następnego dnia, bo mi się nie chce tak długo grzebać w kuchni). Przy "cienkim" nalewaniu i niestandardowej patelni do pieczenia (nie do naleśników), wychodzi ich z tego przepisu 14-15. Dzisiaj wyszło mi 8 (przy dużej patelni i nastawieniu "whatever", w końcu robię naleśniki, żeby mi się mleko nie zepsuło). Teraz (po upieczeniu) to wydaje mi się, a nawet jestem pewna, że oryginalnie w przepisie miałam dwie szklanki mąki. Oh, well. Cztery weszły nam od razu, na ciepło, z drzżemem z czarnej porzeczki.

wtorek, 28 kwietnia 2020

133. Spać

Słabo mi się spało. Kręciłam się i co jakiś czas budził mnie mój własny kaszel. Wydawało mi się więc, że wstaniemy dość wcześnie. Tia, śniadanie o trzynastej ;)  Kiedy otworzyłam drzwi, żeby omieść wzrokiem efekty naszych wczorajszych wyczynów, okazało się, że w zamku na zewnątrz nadal jest mój klucz. Włożyłam go tam, żeby móc bez zbędnych mecyi umyć ręce pomiędzy noszeniem doniczek z piaskiem. Klucz powiewał więc zieloną smyczą całą noc i pół dnia w drzwiach, które u nas wychodzą w zasadzie bezpośrednio na ulicę (nie mamy ogrodzenia). Jak znam tutejsze życie sąsiedzkie, pod wieczór pewnie ktoś by zapukał lub zaesemesował z zapytaniem, czy czegoś nie szukamy. Dzień był szary, ale dość ciepły, po wyciągnięciu i rozwieszeniu prania poszliśmy na godzinę nad morze. W drodze powrotnej zastanawialiśmy się w której uliczce nagrywano tu w latach 50-tych sceny do filmu z Rockiem Hudsonem. Z wielu szeregów lepianek przykrytych słomą, zostało się ich w okolicy kilka. Część pokryto gontem, powiększono okna, większość przebudowano lub wyburzono, żeby postawić na to miejsce piętrowe domy do wynajęcia, z widokiem na wybrzeże. Może obejrzę kiedyś film z Rockiem w celach naukowych :) Z rzeczy jakże ważkich: Fred wyciągnął nową wiertarkę i z jej pomocą zamontował bezprzewodowy dzwonek do drzwi. A ja, która nie zrobiłam nic pożytecznego, jestem skonana. Prysznic i spać.

poniedziałek, 27 kwietnia 2020

132. Dzień sadzenia lawendy.

Fred pojechał po nią po późnym śniadaniu. Na magiczne hasło (pani już wiedziała, że chodzi o lawendy) dostał 15 doniczek, plus dwie ładnie rozrośnięte żurawki, zieloną i żółtą. Zjedliśmy obiad (kurczaka w coli), w międzyczasie trochę nas podminowały wiadomości o Wu. Jest w szpitalu, ale nie na obserwacji, bo tam akurat na obserwację się oficjalnie nie przyjmuje, gdyż korona. Trzeba szukać innego ośrodka, któremu korona w obserwacji nie przeszkadza. Usz szykuje kolejne spotkania i pisma. Sposób w jaki system w tym kraju udaje, że przetwarza wiadomości wkurwiaza. Więc zaczęliśmy sadzić lawendę, bo nad tym panujemy. Dziewięć poszło pod okno, reszta z żurawkami zasadzona jest na granicy działki z Anną. Kibicowała nam Anna, która wyszła na spacer, i nasz kot, który nadzorował pracę, a od czasu do czasu brykał z zadartym ogonem jak mała krówka uciekająca przed niewidzialną pogonią. Sądziłam, że nie damy rady z wszystkim za jednym zamachem, bo ziemia pod trawnikiem jest tępa jak Pawłowicz, ale Fred się zaparł. To teraz pije melisę ;)
___
Przepis na kurczaka w coli.
Marynata: mniej niż puszka coli, po łyżce koncentratu pomidorowego (czubata), miodu, ostrej papryki w proszku, pół łyżki soli, pół łyżeczki zmielonego kminku, trochę świeżo zmielonego pieprzu, trzy zmiażdżone ząbki czosnku. Po wymieszaniu zalewam tym mięso kurczaka (zazwyczaj 1 kg pałek) i odstawiam na kilka godzin do lodówki. Piekę w piekarniku w rozsądnej temperaturze (poziom 6 lub 7) przez 45 minut pod przykryciem, po tym czasie zazwyczaj wstawiam kartofle lub ryż. Kurczak dochodzi bez przykrycia, aż reszta jest gotowa.

niedziela, 26 kwietnia 2020

131. Życie rodzinne.

Dzień cichutki jak plumkanie deszczu za oknem. Wyjechaliśmy z Fredem do Lidla przy autostradzie i do polskiego sklepu, wróciliśmy z takimi niezbędnikami jak bezprzewodowy dzwonek do drzwi i wodny masażer do stóp. Dla Anny kupiliśmy oprócz łososia i soku pomarańczowego, ketchup i light majonez. Deszcz spowodował, że góry w końcu wyszły zza chmur. Trzeci raz dałam szansę Zanussiemu — Życie rodzinne (1970) kręci się wokół uniwersalnego tematu konfliktu pokoleń, ale Zanussi nie byłby sobą, gdyby nie wtrącił pianina, języków obcych à la prl i ęą. To nie może być przypadek po raz trzeci, mam potwierdzenie, że gość nie umie pisać realistycznych dialogów. Maja Komorowska jest okej, szczególnie gdy tyle nie biega.

sobota, 25 kwietnia 2020

Postscriptum #130.

Fazy pieska.
Dzień dobry. No jestem, fajnie, że też jesteś.


Teraz nie będę na Ciebie patrzał, bo tam się coś dobrego otwiera.


Mniam mniam.


Fazy kotka.
Siedzimy. Możesz mnie pogłaskać.


Ale jakbyśmy poszli t a m, to by było ciekawie.


Dobra tata, ja za Tobą, mama za mną.


Ale tu to już wiem, pokażę wam, follow me.


Najpierw sadzisz, potem wyrywasz, to bez sensu.


To pogadajcie z Anną, ja tu sobie w słonku poczekam.

130. Even lovelier weather.

Wpis poranny: Od kilku dni nie przychodzi do nas mały mieszaniec jacka russella, który normalnie, jeśli kursował, to w ciągu dnia widzieliśmy go kilkakrotnie. Dostawał od nas raz na jakiś czas porcyjkę pedigree pal. Nie wpadał codziennie, ale byliśmy jego znajomymi ludźmi. Martwię się, chociaż nawet nie wiem czyj to pies. Może jest chory, albo nie żyje.

Po śniadaniu: poszliśmy na półtoragodzinny spacer, nie był długi, po prostu się nam nie spieszyło. Nad morzem odpaliłam messengera i pokazałam tacie wybrzeże. Całkiem sporo ludzi o tej porze biega lub wyprowadza psy. Wyszliśmy akurat na zbliżającą się pełnię przypływu, dobrze, że założyłam nieprzemakalne buty. Widzieliśmy w oddali na pastwisku krowy w galopie, a przy wejściu na plażę spotkaliśmy starego znajomego, Trzyłapka, który wyszedł podelektować się okolicznościami przyrody. Fajny piesul, taki trochę w manierach do nas podobny.




Wpis popołudniowy: Fred zrobił obiadek, gdy ja serfowałam sobie po świecie. Po uczcie, gdy poirytowana przygotowując przemowę zerkałam przez okno (Fred trajlując z Katlin nie przestrzegał 2m odległości), zobaczyłam psią "zgubę". Od razu wyszłam z saszetką i pogłaskałam włóczęgę po brudnym łebku. A Fred dopytywał się, gdzie można kupić lawendę (ma gorączkę lawendową) i w poniedziałek podjedziemy w jedno miejsce, gdyż Katlin wie wszystko. Niech sobie Anglicy ze sklepu online swoje znikające krzaczki lawendy wsadzą w rzyć! Po takich rozważaniach poszliśmy na spacer i tu okazało się, że idziemy na spacer z kotem Ryszardem, który najpierw przysiadł z nami na ławce, a potem becząc jak niezadowolona owieczka zaproponował przechadzkę po osiedlu. Poszliśmy naokoło sklepu, potem trochę w głąb naszej ulicy, i naokoło wróciliśmy do punktu wyjścia. Po powrocie wyrwaliśmy kilka chwastów z trawnika i zagadałam Annę, która wyszła z ogródka umazana farbą. Okazało się, że dzisiaj pomalowała swoją całą szopkę. Pani około osiemdziesiątki.

Jeszcze ciepło, kocilla po kolacji leży na parapecie, prawie letni dzień powoli zniża światła. Popołudniowo gra nam wszystko The Sugarcubes ... Life's Too Good (1988), Here Today, Tomorrow Next Week! (1989) i Stick Around for Joy (1992).
___
edit 22:39 Hannah i jej siostry (1986) Woody'ego Allena to jeden z jego lepszych filmów. Do dobrego scenariusza dodaję wspaniałą muzykę (Bach), kostiumy i fakt, że Allen nie gra tu głównej roli ;) Film, który chcę mieć na dvd.

piątek, 24 kwietnia 2020

129. Lovely weather.

Pierwszy raz od dłuższego czasu przed wyjściem z domu założyłam szkła kontaktowe i dzięki temu zauważyłam rzecz oczywistą — wstaję z bardzo podpuchniętymi oczami, umyka mi to, gdy natychmiast zakładam okulary :D. Więcej warzyw, dużo więcej snu, z czipsików już jakiś czas temu zrezygnowałam. Z postępów w powrocie do języków nie jestem zadowolona.

Wracając do wyjścia z domu — pojechaliśmy do Drołdy na zakupy spożywcze, rozbieranie się z kurtek stwarza możliwość poszpanowania marynarką i szalikiem, który podbieram małżonkowi. Szpanuję więc w tym wszystkim i maseczce na twarzy, w kolejce przed dwoma sklepami. Gdy miły pan wpuszcza nas do Tesco, podskakujemy w rytm niesłyszalnej melodii i panu robi się jeszcze milej. Po powrocie do domu wilczy głód od razu zakasał mi rękawy — zjedliśmy dorsza, wypiliśmy po kaffce i punkt trzecia wyszliśmy na półtoragodzinny spacer. Tym razem nie wzięłam canona, zakładałam, że mgła nad wybrzeżem pogłębia się. Faktycznie, na horyzoncie stał jeden statek, coś jak tankowiec, nieruchomy jak widmo, Dublina nie widać już któryś dzień. Wietrzyk prawie nieobecny, szło się cudownie, świeży odpływ zrobił nam miejsce, żebyśmy mogli dojść do winkla. W powrotnej drodze spotkaliśmy małego/małą futbolistę w żółtych porciętach i morskim futerku, kilka piesków, jedną wronę, samych miłych ludzi. Nie chciało mi się schodzić z plaży. Po powrocie na osiedle zagadali do nas Majk i Katlin. Katlin oświadczyła mi, że Lisa (jej córka), która nie lubi kotów, uważa, że Richard is a lovely cat. Ba! (Richard oczywiście sprowokował te słowa wyłażąc spod samochodu, gdy tylko weszliśmy na naszą ulicę).

Wieczorem, około kolacji, poczułam się słabo i nie miałam siły na Aguirre Herzoga. Zostawiłam film sam na sam z Fredem, wróciłam na puentę, a teraz, gdy jest lepiej, siedzę i zajadam ze smakiem trzecią mandarynkę.

czwartek, 23 kwietnia 2020

128. Czwartek.

Tytuł mówi sam za siebie.
Spacer po śniadaniu to rzecz dobra i święta. Obserwuję wiele ważnych spraw.






Szpaczki brodzące w trawie za kolanka lśnią w słońcu jak monety, mewy obserwując żerowisko odsłaniane przez początki odpływu bawią się bujaniem na falach, a na plaży jest mnóstwo muszli. Chętnie wzięłabym tę czarną, niecodzienną, ale obie skorupki prezentowane przez Freda na jego wielkiej łapie, lekkie i niby niezamieszkałe, wylądowały w wodzie. W morzu nie ma rzeczy bezpańskich.

Powolny, głównie milczący spacer — oboje w domu doszliśmy do wniosku, że opadliśmy z sił. Po obiedzie (pierogi) położyliśmy się obok Rysia w konfiguracji: kot ma połowę łóżka, z nas na drugiej połowie zsuwa się kołdra. Wstałam przed siódmą, akurat żeby po otwarciu drzwi zagadać z Anną wracającą z przechadzki i wdepnąć w tego kwiatka zostawionego dla nas na wycieraczce:


Pilea peperomioides. Rozglądałam się przez chwilę, kto nam zostawił taki prezent. Dopiero po otwarciu messengera dowiaduję się, że to Anne. Zmierzcha się, przez zamknięte okna dobiegają mnie ptasie trele. Fred zajęty jest pisaniem, słuchamy Singles The Smiths (1995). Niebo chwilę temu:

środa, 22 kwietnia 2020

127. Mam marazm(a).







Nawet ja go odczuwam, nie dziwię się więc reszcie świata. Testuję nowy windstopper Gore, który dostałam od Freda latem, coś czuję, że to będzie mój hit tego roku. Po popołudniowym spacerze, nad obiadem złożonym z bigosu i kartofli Fred opowiada mi jak widzi paradę słoni z grafomańskiego tekstu Kory Jackowskiej: trochę z tyłu, a trochę z boku. Suty obiad sprawił, że nie miałam ochoty nigdzie jechać, ale małżonek dostał jasia wędrowniczka i wybrał się do sklepu ogrodniczego w Mieście Juliana. Okazało się, że internety kłamią, sklep był zamknięty. Poszliśmy więc "na wieś", najpierw posiedzieć na żółtej ławeczce, następnie wypuściliśmy się naokoło, przez to ładne osiedle, gdzie kiedyś szukaliśmy Rysia i gdzie potwierdzono nam, że owszem taki gruby kot (jak oni mogą!) niedaleczko był widziany. Pod wieczór uratowałam nas od śmierci głodowej ostatnią porcją szpinakowego makaronu z pesto, a na deser obejrzeliśmy stary film z młodym Marlonem i całkiem do rzeczy Vivien, Tramwaj zwany pożądaniem (1951). Leigh grała niesamowicie teatralnie, ale obecność tej maniery z czasem nabrała sensu i choć nie uniknęliśmy hałaśliwej kakofonii dźwięków obwieszczającej the end, zaliczam film w poczet kina bardzo dobrego.

wtorek, 21 kwietnia 2020

126. Wtorek, ten po poniedziałku.

Wtorek zaczął się nocnym bólem zatok, nakryłam głowę poduszką i nad ranem problem rozwiązał się sam, widać codzienna, nieśmiała zaprawa ma sens.


Ryszard. Czy można nie kochać tego kota? Pod wieczór chcieliśmy iść na najbliższą plażę, ale Rysio postanowił nam towarzyszyć i gdy byliśmy już blisko szkoły, zdecydowaliśmy się zawrócić ze względu na jego kocieństwo bezpieczeństwo.


Podjechaliśmy samochodem do plaży niebieskiej, a ponieważ jest ona bardziej odkryta, piździło tak, jak należało się tego spodziewać. 



W ciągu dnia zadzwonił Ka zapytać co tam jak tam, ja z kolei zadzwoniłam do mamy, żeby ją zastać na leżaku w ogrodzie, pomiędzy Maksiem i Mruczysławem. Fred zrobił zakupy w Drołdzie. Plan na wieczór: 1) behave & continue doing what I'm doing 2) zjeść pierwsze w tym roku truskawki.
___
edit 23:39 Jakich mamy sąsiadów? 
Ano takich, co nam na messengerze po jedenastej wieczorem piszą:
— You big meanies, would you not open the door and let that poor starving cat in...? 
Fred wstaje więc i wpuszcza do domu kota. True story.

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

125. Punkowy dzień.

Poszliśmy spać o drugiej w nocy, więc wstaliśmy z poślizgiem. Tydzień zaczął się słonecznie, ale krzewy uginające się pod naporem wiatru nie zachęciły mnie do przedpołudniowego spaceru. Zamiast tego wybrałam prysznic i mycie włosów w środku dnia. Fred odpalił składankę The Exploited 1980-83 (2015), która towarzyszyła nam do obiadu. Po obiedzie i herbatce, zanęceni utrzymującym się słoneczkiem i słabszym wiatrem, poszliśmy nad morze, ponownie z canonem Freda pod pachą. Tym razem fatamorgana nie była jakoś szczególnie zajmująca (może dlatego, że obserwowaliśmy ją od początku i jasne było, że widzimy cały czas ten sam, jeden statek), natomiast udało mi się ściągnąć latarnię w której istnienie małżonek zaczął wątpić. Rockabill Lighthouse, jak mniemam.




Procedura spacerowa była podobna jak wczoraj, Ryszard odprowadził nas tym razem aż do połowy pierwszej osiedlowej dróżki, a po powrocie zastaliśmy go wygrzewającego się na rabatce. Na plaży, oprócz śladów bytności piaskówek, było sporo esów-floresów robionych przez małe morskie ślimaki. Z innych rzeczy: Fred kupił sobie online meindle Guffert GTX, który przylecą do nas z Helsinek. Na stronie nie było nic równie ciekawego dla kobiet, poza tym mam butki za kostkę z firmy Lowa, Kody III GTX Mid Junior (buty dla wyrośniętyk nastolatków płci męskiej), na tutejszych niewyskoich górach lub w Karkonoszach dają radę, odkąd je mam ani razu nic sobie nie wywichnęłam. Wieczorem kolejny Woody Allen — tym razem Przejrzeć Harry'ego (1997). Film zabawny, chociaż oboje dochodzimy do wniosku, że uważanie Allena za atrakcyjnego mężczyznę nadającego się na partnera/męża jest diagnostyczne samo w sobie :)

Postscriptum #124.

Spacer, który zaczął się i skończył kotem w rabatce.



Po drodze spotkaliśmy jakąś dziwną fatamorganę ...






... i starego znajomego, psa na trzech łapkach.


123-124. Keeping sane.

Sobota.
Poranek obudził mnie chłodny, okazało się, że nie mogę wyprostować nóg, bo Rysiu po śniadanku, które dostał od taty (czego zupełnie nie pamiętam), zapakował się mi w nogach łóżka, gdy wyczuł włączone podgrzewanie. Sobota była dniem zakupowym, odczekaliśmy swoje na zewnątrz pod Lidlem i Tesco, kupiłam dla Anny płaty łososia i sok pomarańczowy, przy okazji był chit-chat o tym jak już nam się nie chce. Poza językami i gotowaniem rosołu, konkretnym zajęciem było słuchanie wykładów dr Pawłowskiej na stronie SWPS.

Niedziela.
Kto rano wstaje, temu tata daje drugi raz śniadanie. Rudy łebek przerwał mi piękny sen po ósmej, żeby mi powiedzieć, że mama jeść. Nie zdążyliśmy zjeść własnego śniadania, gdy Rysiu wrócił ze wsi, wmłócił drugie śniadanie, po czym poszedł spać. Kotem być! ;) Słuchamy białej płyty Ralpha Kamińskiego, potem Tabular Bells Oldfielda (1973). Zrobiłam babciny barszczyk, i choć jeszcze zlasowana po seansie Jokera sprzed dni kilku (jest dobrym filmem celującym gdzieś poniżej moich wygórowanych oczekiwań), zapragnęłam coś obejrzeć. Tak mędziłam przy wyborze, że zdążyliśmy zamiast tego pójść po godzinie piątej na spacer. Rysiu wykaraskał się z pieleszy, zjadł lunch, wyszedł na zewnątrz i usadowił się w rabatce, w ogródku Anny. Trochę go nasze manewry rozproszyły, bo gdy szliśmy w kierunku morza, wydawał się podążać za nami przez jakiś czas. Wszystko jednak w granicach rozsądku :). Spacer był dla mnie ożywczy, wyrwał mnie nieco z niedzielnego marazmu. Obiad zjedliśmy późno, po dziewiątej, potem próbowaliśmy oglądać Czacha dymi (1992), przeróbkę braci Marx. Poważnie, miałam koncepcję, że to będzie niezły przerywnik w życiu, w efekcie jednak po jakiejś pół godzinie (słaby, nieśmieszny film) przerzuciliśmy się na Woody'ego Allena, którego mamy w naszej filmotece na dvd. Mężowie i żony (też 1992), kino jak zwykle przegadane i allenocentryczne. Przyglądam się błyskającym zegarkom i kolczykom, patrzę na Nowy Jork i odpływam.

piątek, 17 kwietnia 2020

122. Postanowienia nienoworoczne.

Nie rozwijam się, ta myśl towarzyszyła mi w nocy i nad ranem od jakiegoś czasu. Znaczy, nie uczę się, utknęłam. Gdy chodzi się do pracy, takie myśli nie mają kiedy dobijać się pod czaszką. Potrzebuję i pracy i nauki. Wstałam w bojowym nastroju, zaraz po obtarciu ryjka ze śniadaniowych resztek wysłałam do urzędu skarbowego pit, który od kilku dni truł mi tyłek i zaczęłam dumać, co zrobić z językami. Dostęp do języków na multikursie.pl skończył mi się w styczniu i postanowiłam go nie odnawiać. Przez jakiś czas dopatrywałam się błędu w sobie, ale fakty są takie, że metodologicznie to były cholerne nuuuudy. Atrakcyjny wydał mi się kurs ESKK, nawet zrobiłam poziomowanie, ale tempo (za wolne) i cena były argumentem na nie. Odkopałam ostatnie dostępne mi uczelniane podręczniki, Aspekte neu i Nuevo Español en marcha 4. Przejrzę je, odświeżę wiedzę i będę się rozglądała za podręcznikami na poziomie C1 lub konwersatorium online. Zajmie mi to trochę czasu.

Po południu może morze? Prosz bardzo:


Tym razem w parze, Fred w pomarańczowym ocieplaczu. Wiatr obecny, silny zresztą, budził mnie kilka razy chłodem w ciągu nocy (zanim obudził mnie mały potwór z rudą czupryną, a to mrucząc mi do ucha, a to depcząc mi po brzuchu). Ale byliśmy dobrze ubrani, nie schodzimy z plaży w panice. Reszta dnia równie spokojna, mąż zrobił pyszny obiad, jadłam, aż mi się uszy trzęsły. Oglądam filmiki na yt, gadamy sobie, przed snem będzie książka/i. Home, sweet home.

czwartek, 16 kwietnia 2020

121. Chodzenie, sufit w łazience i psychoza.

Jak dobrze mieć nogi! Dzisiaj spacer do morza i z powrotem zajął mi około czterdziestu minut. Po wczorajszej długiej, spokojnej przechadzce kręgosłup lędźwiowy dawał mi niepokojące sygnały, a to znaczy, że trzeba go trochę pocisnąć, bo samo lepiej nie będzie. Szłam energicznie, na plaży nawet chwilę pobiegłam. Minęło mnie kilka osób, pozdrawialiśmy się spod daszków czapek jak uczestnicy osobnych, ale pokrewnych religii. Wprawiło mnie to we wspaniały nastrój. Wiem już, co muszę mieć przy chodzeniu: czapkę, szalik i rękawiczki. Szczególnie rękawiczki. Gdy od wiatru marzną mi kostki, mam wrażenie, że cała przemarzam na wskroś. Potrzebuję dobrych butów do chodu, szukam, ale to nic bardzo pilnego. W czasie, gdy ja pozdrawiałam sąsiadów, Fred usuwał z sufitu w łazience kilka warstw starej farby. To nie takie proste, bo farba odłazi tam, gdzie ma na to ochotę (i kiedy, np. gdy stoję pod prysznicem), w innych miejscach trzyma się świetnie i nie planuje odpaść w tym roku. Małżonek się napracował i zakładałam, że będzie zbyt zmęczony na wspólną przechadzkę. Dzień minął nam poza tym cicho, wśród wypranych ręczników i w towarzystwie kota, który po obiedzie zaległ na łóżku wyczerpany obowiązkami. Właśnie skończyliśmy oglądać Jokera (2019) Todda Phillipsa i przyznam, że jestem lekko rozczarowana. Joaquin bardzo przyłożył się do zagrania tej roli, rozwój psychozy i pojawianie się nowych objawów ciekawe i trafne. Tyle, że twórcom zabrakło pomysłu na finał.

środa, 15 kwietnia 2020

120. Dzień dobrych wiadomości.

Po pierwsze, słabo wieje, cudownie świeci słońce. Efekt: ponad dwie godziny na spacerze naokoło Głowy:









Po drugie, Wu został przewieziony tam, gdzie najprawdopodobniej w końcu mu pomogą. Miałam dobre przeczucie. Co nic nie znaczy, ale miałam dobre przeczucie.

Po spacerze odpoczywamy i środa rozłazi się w szwach. Staram się za bardzo nie zaglądać na onet i jego wieści na temat korony i polskiej polityki. Bardzo to źle działa na moje emocje, włącza mi martwienie się, a z tego nie ma pożytku. Gdyby nie zaraza, dzisiaj pewnie zamiast na spacerze naokoło wioski, jechalibyśmy gdzieś w kierunku gór. Potrzebuję mieć szansę szukania pracy w szkole, Fred potrzebuje regularnie chodzić na basen. Na razie to niemożliwe z powodu sytuacji ogólnej, a onetowski pasek z gębą Szumowskiego mnie rozjusza.  Do oglądania podsunęłam nam Grę tajemnic z Cumberbatchem (2014), film już widziałam 2 lata temu, gdy Freda akurat nie było w domu. Ostatnio jakoś tak zgadaliśmy się o Turingu i chciałam powtórzyć seans. Momentami jest dość łopatologiczny, żeby obywatele, co wierzą w cuda, też poczuli dumę, że złamali szyfr Enigmy, ale budzi emocje. W ciągu dnia przygrywał nam album The Wall Pink Floyd (1979).