Jeszcze wczoraj zaczęłam czytać Paśnika Tak szybko się nie umiera.
Zosia potrzebowała całego tygodnia, żeby jako tako oswoić się z naszą obecnością. Widziała mnie już przecież przy kilku ostatnich wizytach, ale dopiero dzisiaj pierwszy raz był głask bez salwowania się ucieczką, koteczka tylko mruknęła i czujnie obserwowała, czy dla Rozalki też będzie głaskanie. Sprawiedliwa procedura nieco ją uspokoiła :)
Poranek szary i wilgotny. Kochany pospał nieco dłużej, w tym czasie używałam jego laptopa do szurania po znajomych miejscach (sama przyjechałam z mniejszą walizką i zostawiłam cięższy sprzęt elektroniczny w domu). Powoli następuje podsumowanie wizyty, wracamy przecież jutro.
Książka, drzemka, za oknem wiosenny deszcz. Wyjeżdżamy do miasta przed pierwszą, bo fryzjer. Najpierw Kot. Zostawiłam Kochanego nad kawą i poszłam na chwilę na suche cięcie: tylko podcięcie końcówek na prosto i bardzo krótka grzywka (zupełnie niechcący odtworzyłam swój ikoniczny look z końca lat 80. :D Może to jest właśnie to?). I jeszcze lody w Bezie (małżonek mnie obfotografowuje, bo jestem ładna).
Wróciliśmy do domu tuż za rodzicami. Obiad był w dwóch turach (frajer nie mieścił tyle różności za jednym zamachem). Po obiedzie poszliśmy z Kochanym na cmentarz, bo wieczór był piękny, nareszcie trochę słońca i ciepła.
Przy kolacji politykujemy, potem zerkamy na Kości w tv. Czytam.