[go: up one dir, main page]

Strony

piątek, 30 maja 2025

1991. Ikoniczny look odzyskany.

Jeszcze wczoraj zaczęłam czytać Paśnika Tak szybko się nie umiera.

Zosia potrzebowała całego tygodnia, żeby jako tako oswoić się z naszą obecnością. Widziała mnie już przecież przy kilku ostatnich wizytach, ale dopiero dzisiaj pierwszy raz był głask bez salwowania się ucieczką, koteczka tylko mruknęła i czujnie obserwowała, czy dla Rozalki też będzie głaskanie. Sprawiedliwa procedura nieco ją uspokoiła :)

Poranek szary i wilgotny. Kochany pospał nieco dłużej, w tym czasie używałam jego laptopa do szurania po znajomych miejscach (sama przyjechałam z mniejszą walizką i zostawiłam cięższy sprzęt elektroniczny w domu). Powoli następuje podsumowanie wizyty, wracamy przecież jutro.

Książka, drzemka, za oknem wiosenny deszcz. Wyjeżdżamy do miasta przed pierwszą, bo fryzjer. Najpierw Kot. Zostawiłam Kochanego nad kawą i poszłam na chwilę na suche cięcie: tylko podcięcie końcówek na prosto i bardzo krótka grzywka (zupełnie niechcący odtworzyłam swój ikoniczny look z końca lat 80. :D Może to jest właśnie to?). I jeszcze lody w Bezie (małżonek mnie obfotografowuje, bo jestem ładna).

Wróciliśmy do domu tuż za rodzicami. Obiad był w dwóch turach (frajer nie mieścił tyle różności za jednym zamachem). Po obiedzie poszliśmy z Kochanym na cmentarz, bo wieczór był piękny, nareszcie trochę słońca i ciepła.

Przy kolacji politykujemy, potem zerkamy na Kości w tv. Czytam.

czwartek, 29 maja 2025

1990. Druga część tygodnia.

Wstaliśmy dość wcześnie. Umyłam włosy i doczytałam ostatnie strony A House in Norway Vigdis Hjorth (Norvik Press, 2017). Po śniadaniu suszę włosie, głaskam koty, patrzę na most w Latchford w prowincji Ontario (bo przecież nie na newsy polityczne; wystarczy mi, że koleżanka z LO, która nie zdała matury, codziennie na FB lobbuje za alfonsem). Dzień jest chłodniejszy, aura nieprzewidywalna, dużo chmur wpadających w ponury nastrój. Pomysł na czwartek: wizyta w Kocie oraz wyjazd do Empiku (bardzo dobry plan).

W mieście, w drodze do kawiarni, zaszłam do fryzjerki zapytać się czy jutro będzie miała dla mnie czas (będzie), i natrafiliśmy na scenkę rodzajową, rodzinną, wzruszającą (czy to wnuk właścicielki powiedział mi pa pa?). Po kawie w Kocie udaliśmy się z Tcy do Empiku wg zaleceń GPS. Obeszło się bez wjeżdżania do centrum, bo księgarnia (niezbyt zasobna, jak się okazało) była w galerii Pogodno na obrzeżach miasta. Znalazłam parę ciekawych książek, ale nic z tego, na co liczyłam (zrobiłam zdjęcia na później, może dodam je do listy życzeń ebookowych, na razie wszystko dość drogie). Nie zważając na cenę kupiłam za to drugie wydanie podręcznika psychoterapeutycznego Popiel/Pragłowskiej z czego jestem bardzo zadowolona. Po poszukiwaniach książkowych wróciliśmy do Tcy i zasiedliśmy w Markizie (na przeczekanie, trochę byłam już głodna i potrzebowałam wsparcia).

Wróciliśmy na wieś chwilę przed rodzicami; zjedliśmy dobry obiad (gulasz z kaszą gryczaną); poza tym nicnierobienie. Rodzice chyba coraz bardziej sfrustrowani są medialną kaszaną, bo podczas kolacji powracał temat wyborów (czy to ogólny trend, że starsi martwią się bardziej?). Udaje się nam go wyprzeć wspomnieniami z ostatnich dni, szczególnie opowieściami o Marksistce; pokazujemy zdjęcia, przytaczamy anegdoty, niebo się rozpogadza. 

środa, 28 maja 2025

1989. Więcej ekscesów i powrót.

Obudziliśmy się na strychu, w XIX-wiecznym łóżku (pierwszy raz w życiu spałam pod kołdrą obciążeniową, dobre to), w mieszkanku, gdzie za blat kuchenny służy granit ze Strzegomia kupiony jako kamień nagrobny dziecięcy. Marksista zrobiła nam płyny poranne, po czym zaczęła tworzyć z Fredem hymn szczurzy na bazie hej kto Polak na bagnety. Po śniadaniu twórczym (dla mnie płatki kukurydziane na mleku, dla Freda pierogi z Biedry), wyszliśmy z Kochanym w kierunku Kiełkownicy (która dla reszty mieszkańców jest wieżą widokową).

Jako że Marksistka poleciła grzyby gatunku golden teacher i kościół pokoju w Świdnicy, poczuliśmy się wystarczająco zachęceni do tego drugiego: po czułych pożegnaniach (cesarz W jeszcze raz wsparł swoją cesarską łapkę na prowincji zamorskiej) wyjechaliśmy ok. południa, w deszczu i w deszczu poszliśmy zwiedzać. Piękny obiekt i jak reszta wydarzeń z dwóch dni, skłania do pewnych refleksji. Wychodząc za 15 zeta kupiłam płytę-składankę z muzyką organową (trochę Bacha, ale też Widor czy Händel).

Coś w mojej głowie nie stykało, bo zdawało mi się, że do Tcy jest strasznie daleko, tymczasem to trochę ponad godzinny rajd, częściowo autostradą. Tuż przed trzecią zapukałam do maminego biura i zaprosiłam ją na obiad. Podjechaliśmy z Kochanym do chińczyka, poczekaliśmy na rodziców, zrobiliśmy zamówienie. Po obiedzie rodzice pojechali na zakupy, a my z buta poszliśmy do Kota (samochód został pod kinem). W Kocie tą razą chemex z Indonezją, całkiem przyjemny.

Przed szóstą na powrót w domku pod lasem. Głównie relaks, nadrabianie pisaniny; aura uspokoiła się nieco, ale gdy z mamą i Maksiem wyszłyśmy na późny spacer, wróciłyśmy w podskokach uciekając przed burzową chmurą. Późna kolacja, trochę próbujemy przekazać myśli i przeżycia. 

Przez dwie ostatnie noce nasze łóżko było zajęte; znowu przyjdzie się nam rozpychać.

wtorek, 27 maja 2025

1988. Z prawa na lewo.

Pobudka o siódmej. Ciocia Ce już na nogach, już się zastanawia czym nas rozpieścić. Zjedliśmy bardzo dobrą jajecznicę, jeszcze trochę rozmawialiśmy, ale do Waldenburga kawałek, a przecież planowaliśmy dłuższy spacer, trzeba nam było dać kopa. Nie omijajcie nas, powiedziała ciocia Ce. Powiedziała też inne rzeczy; ciężko jej, zmiany nie widać na horyzoncie.

Przed nami 200 km, zatrzymaliśmy się tylko na chwilę; w międzyczasie telefon do tatki, bo przecież urodziny. 

Tuż po południu zaparkowaliśmy w ciekawym i bardzo wąskim zakątku i zaczęliśmy wchodzić. A cóż to było za wchodzenie! Na końcu tego wchodzenia, gdy Kochany mi obwieścił, że tu to już na pewno nikt nie mieszka, otwarły się drzwi, a zza nich dobył się znajomy głos. To tu, to tu! Dobrze było zobaczyć Marksistkę po czterech latach; nic się nie zmieniła, ten sam sweter, ta sama Marksistka, tylko inne okoliczności mieszkaniowe. Poznaliśmy chłopaków: W, O & E. 

Wspaniałe stado; w późniejszym czasie cesarz W zaanektował mnie jako prowincję zamorską. Przyjaciółka nakarmiła nas kurzyną z frajera przed dalszą podróżą, zostawiliśmy zbędne toboły i w drogę.

GPS powiódł nas częściowo przez Czechy (Meziměstí, Jetřichov, Martínkovice, Božanov), ale kierunek nie był bardzo genialny, zajechaliśmy aż do norki o nazwie Studená Voda i zaraz wróciliśmy, bo najważniejsze to umieć przyznać się do błędu. Ale w końcu jesteśmy tam, gdzie chcieliśmy być: przez Czechy wróciliśmy do Polski i dojechaliśmy do parkingu w Karłowie pod Szczelińcem Wielkim.

Wchodzenie rozpoczęte po trzeciej to nasz szczęśliwy traf. Właśnie wracały ostatnie szkolne wycieczki, na punkcie widokowym pojawiło się mrowie młodocianych Hunów wydających z siebie straszne dźwięki, ale oczywiste było, że zaraz zejdą i nie zobaczymy się nigdy więcej. Gdy tam w końcu doszliśmy, błogosławiona cisza. 



Po drodze natknęliśmy się na dwie pary i kilka mniej zapamiętywalnych osób. Kruki kraczą, sokoły robią sokole rzeczy, my idziemy, nikt nie drze mordy; magia.

W Waldenburg byliśmy z powrotem po siódmej. Po rozważeniu różnych atrakcyjnych możliwości wyszliśmy na miasto wiedzeni przez Marksistkę-przewodniczkę, która zakreślając ręką mniejsze i większe kółka, przedstawiła nam rys historyczno-architektoniczny aktualnego centrum jej świata. Na kolację kebab w cienkim cieście na Gdańskiej 1 ^..^. Powrót do skryty Drakuli na strychu, rekreacja z chłopakami, szukanie kołder i ręczników, ablucje przy oknie bez firanek i w końcu sen na ponad stuletnim łóżku, które na co dzień służy szczurom za plac zabaw.

poniedziałek, 26 maja 2025

1987. Poniedziałek zygzakiem.

W nocy padał deszcz, powietrze o poranku było wilgotne. Wykaraskaliśmy się z łóżka już po tym, gdy tatko zawiózł mamę do pracy. Mieliśmy plan na dzisiaj i jutro, walizki spakowane, więc tylko trzeba było nam wskoczyć do starego opla i pojechać najpierw w kierunku Wro, bo byliśmy na jedenastą umówieni z Ewelką w Magnolii. Oczywiście wysłałam mamie na FB życzenia z okazji dnia matki. 

Ewelka zaskoczyła mnie w Empiku (po tym jak zaskoczyła mnie pani sprzedająca, która trzy razy wyraziła zachwyt nad moimi włosami); we troje usiedliśmy w cukierni Sowa przy kawach, potem przeszliśmy się na spacer w celu znalezienia prezentu dla wujostwa (zestaw herbat i żeliwny czajnik z Five o’clock).

Na drugą miałam wizytę u dentysty; przeszłam się tam na piechotę, bo to w sumie rzut beretem. Byłam kwadrans wcześniej i wszystko odbyło się raz dwa. Wynik: korzeń do usunięcia, ale nie mogłam tego zrobić teraz. W najbliższym czasie korona (tak postanawiam), a na razie piaskowanie. Z siekaczami olśniewającymi bielą udałam się po dalsze przygody.

Wróciłam do Kochanego, jeszcze raz uścisnęłam Ewelkę (na pasach dla pieszych, bo tak się złożyło, że razem z Fredem zmierzała w moim kierunku) i w drogę, do wujostwa, zobaczyć co tam u nich. Pojawiliśmy się w opolskim o piątej, wujostwo w proszku, bo oczekiwali nas godzinę później. Podziwiałam zaopiekowane koty oraz kilka odmian hortensji w pełnym rozkwicie; wszystko pięknie, obejście na tip top.

Ciocia zaserwowała pyszny obiad przepraszając kilkakrotnie, że nie jest dość ekskluzywny. Drzemka, kochany z wujem i psem spacerują. Ciocia Ce serwuje wspaniałą kolację przepraszając, że nie jest wystarczająco wspaniała. Siedzimy do jedenastej wieczór przy stole. Staramy się robić jak najmniej zamieszania, ale pomóc nie możemy.

niedziela, 25 maja 2025

1986. Niedziela na wsi i w mieście.

W nocy w jednym łóżku przebywały cztery osoby: dwie ludzkie oraz dwie osoby kocie, Niunia i Wojtuś.

Bardzo ładny dzień. Po śniadaniu poszłam na dwa spacery, najpierw z mamą wyspacerowałyśmy Maksia, małą pokrakę. Wracając zaobserwowałyśmy ptaki kołujące nad wsią, jednego wielkiego i dwa mniejsze usiłujące go przegonić. Sokoły i jastrząb? Ciekawe wydarzenie. Przegrupowanie; poszłam na cmentarz z mamą i Fredem, z sukcesem testowaliśmy wkładomat. 

Po powrocie było na tyle ciepło, że na chwilę wskoczyłam w sukienkę i w ogródku zaległam w fotelu z książką. Reszta zwierzyny równie obficie korzystała z promieni słonecznych: Gosiunia wylegiwała się na podwórku, koty polegiwały w fotelach lub asystowały przy posiłkach. Od czasu do czasu nad lasem kołował kruk, oznajmiając swoje przybycie, bądź przemieszczając się bezszelestnie.

Po obiedzie, który zjedliśmy pod parasolem na rodos, wyjechaliśmy z Kochanym do Tcy, na kawę w Kocie (piłam Kenię z kality, zjadłam kawałek baskijskiego sernika) i spacer przy tężni. Tego drugiego nie przerwał nam dzisiaj żaden lokalny pijaczek; przez jakiś czas grzaliśmy się na ławeczce przed tężniami. 

Ostatnie promienie słońca łapaliśmy ponownie w przydomowym ogródku.

Jeszcze raz wyszłam na spacer z mamą i Maksiem po kolacji (las nadal śpiewał, w oddali odezwały się żurawie). Przy szumie telewizorni (nie oglądamy programów informacyjnych, tylko kryminałki lecą w tle) Kochany rozmówił się z Marksistką, a to znaczy, że mamy zaklepany kolejny nocleg. Fajne takie życie.

sobota, 24 maja 2025

1985. Dzień pierwszy.

Zielono, zieleni się w oczach. Wszystko kwitnie, także kosaćce cioci Stachy (to chyba kosaćce poniemieckie, mama pamięta je od zawsze). Obudziłam się o ósmej czasu lokalnego, zmęczona, ale z imperatywem niemarnowania wakacji. Na śniadanie ogórki małosolne z Czajkowa (nie tego Czajkowa, ale też z Wielkiej Polski). 

Kawa dla Kochanego, następnie jajecznica z czterech jaj dla Kochanego, tatko wraca z zakupów, więc jest cytryna. Herbata z cytryną, dosypuję cukier. Jeszcze pamięta babcię, mówi mama (w sensie: torebka cukru leży otwarta już trzeci rok). Poszliśmy z Kochanym na cmentarz, po drodze kupiłam cztery wkłady do zniczy. Na cmentarzu zaskoczenie: przy wejściu zamontowano wkładomat, całkiem niedawno, na monety 5 i 2 zł (wychodzi taniej niż w sklepie). Europa ;) Ciekawe jak w dłuższej perspektywie zareagują tubylcy na ten przejaw rozwoju w kierunku materialistycznej Unii ;) 

Pogoda w ciągu dnia zmienna, czasami nawet ciepło i przyjemnie. Łapała mnie senność, do wyboru była drzemka, lub podróż, więc po obiedzie wyjechaliśmy do miasta. Najpierw Kot, bardzo miła obsługa w osobie Zuzi (dwie różne kawy, Honduras i Brazylia). Potem lody w drugim miejscu.


Spacer naokoło stawów, krótki postój pod tężniami w którym przeszkodził nam lokalny pijaczek wyprowadzany na spacer przez partnerkę. Wędrując po mieście mogłam zauważyć bitwy na plakaty wyborcze, nie zdjęto jeszcze tych, które tydzień temu okazały się marnowaniem czasu i pieniędzy.

(lubię widoczek powyżej, przy każdej możliwej okazji robię zdjęcie tego budynku odbijającego się w stawie) Po powrocie na wieś było trochę zalegiwania przed telewizorem i wczesna kolacja (kanapeczki; politykujemy umiarkowanie, obgadujemy innych drugie umiarkowanie). Kochany rozmawiał z ciocią Ce, czyli mamy plany na poniedziałek!

piątek, 23 maja 2025

1984. Znowu w drodze.

Obudził mnie skurcz nogi. Pakowanko ostatnie i wypad (pork pie, skóra, szwedy w których mankiety fastrygowałam przed północą). W pracy do południa, potem Szef wyjechał, a ja bez bagażu przemieściłam się do włoskiej restauracji. Zjadłam byle co, wyciągnęłam trochę kasy, wróciłam do biura po walizkę. Grzebałam się jak mogłam, ale po dojściu do dworca okazało się, że jeden autobus też się grzebał i spotkaliśmy się w tym samym miejscu i czasie. Na lotnisku byłam więc wcześnie, zjadłam coś konkretniejszego i zeszłam na kawę do Cloud Pickers. Akurat witano irlandzkich żołnierzy z 125 batalionu piechoty wracających z misji pokojowej w Libanie. Kupiłam rodzicom prezenty w Clinique. A teraz czekanie …
___
edit 19:00 jako że system wykasował mi z czytnika książkę, której wypożyczenie przedłużyłam, zaczęłam czytać coś innego: A House in Norway Vigdis Hjorth. Dobre to jest.
___
Zniknęła mi jedna godzina. Jest za kwadrans druga czasu lokalnego. O samym locie napiszę później; tatko otworzył nam leśną bramę ubrany w szlafrok; zwierzaki pochrapują, telefon mam już w kłakach. Mama wróciła do snu. Od Kochanego dostałam t-shirt Milińskiego i skarpetki w koty. Zjedliśmy po pączku, pora na sen.
___
edit 30/05, czyli następny piątek rano ;) dopiero teraz przypomniałam sobie, żeby napisać coś o podróży do Polski; nie było tego dużo, poczucie ulgi i późniejsze przemieszczania spowodowały, że dopiero teraz zebrałam myśli. Wyruszaliśmy z podogonia dublińskiego lotniska, ale nawet mi to odpowiadało (chłód piwnicy po przegrzanych poczekalniach na górze był prawdziwym rarytasem). W samolocie siedziała za mną dziwna para z malutkim dzieckiem. On wysoki, z rzadkimi włosami uciągniętymi w kitkę, ona nalana, trochę podobna do Marksistki 50 kg temu. Para wyglądała na neuroatypową, kobieta (mocno otłuszczona, gdy przechodziła, śmierdziało od niej starym potem) ciągle miała o coś pretensje i wyrażała je do partnera bardzo elaboracyjnymi zdaniami złożonymi. To było bardzo ciekawe, bo wydawało się, że oni bezustannie w czymś się nie zgadzają, ale wyrażali to spokojnie, długimi zdaniami. Dziecko wrzeszczało przez większość podróży, co akurat mi nie przeszkadzało, bo umiem się wyłączyć (czytałam książkę), ale część pasażerów nie była tak zdolna, rozglądali się, posyłali gromy, cmokali. Pierwszy chyba raz na lotnisku we Wro po pasażerów podjechał autobus, w każdym razie dla mnie to pierwsze takie doświadczenie. Kochany już na mnie czekał; nocna podróż do domu bez zakłóceń.

czwartek, 22 maja 2025

1983. Nanana.

Bezustanne wahania temperatury dość mnie rozsypują. Wczoraj było ciepło, ubrałam się na ciepło, ale dzisiaj było so-so. Trudno. Pork pie już się nosi, w głowie kilka spraw organizacyjnych (w drodze powrotnej, w autobusie, Eugene, Gej Lokalny, stanął nade mną i zauważył najuprzejmiej, przepuszczając mnie przy tym do wyjścia, że on też miał taki bardzo dobry kapelusz).

Fred był na kawce u cioci Re, dostałam zaoczne pochwały, miło bardzo. Za drugim razem przywitałam się z ciocią wirtualnie i pokazałam jej kota-trupka na koszulce w której byłam w pracy. Sprawy biurowe zakończyłam szybciej, miałam więcej czasu na obiad i różne rozkminki {Czyli jaka będzie pogoda w końcu? Co mam wziąć? Arghghgh. Po co mi czysta podłoga w łazience, skoro mnie tu nie będzie nie wiem, ale umyłam. Wcale nie jest taka czysta, po co się od razu szokować. Kfiaty ogrodowe podlane. Pakuję te spodnie, bo może będzie chodzenie. A może nie. Dawno się już odprawiłam. Włos umyty, pachnący, filmowy. Pranie mieli się w pralce. Co by tu jeszcze? Panika}

środa, 21 maja 2025

1982. Atawizm.

Dziwna sprawa. Gdy śpię sama, jestem czujniejsza, budzi mnie najdrobniejsza niewygoda, dziwne położenie ciała. Przypomniał mi się Ryszard, jego absolutna czujność, która zanikała, gdy spał z nami w domu i nie przeszkadzał mu nawet punk rock. Pobudka dwa razy, zrobić kółko po domu, żeby ciało się wyciszyło.

Wychodzi na to, że mam ciekawy wkład w lokalne zmiany językowe. Spora grupa znanych mi osób zna teraz słowo "żółwik".

Pogodowo lato. W pracy miło i relaksacyjnie (pomimo śródrocznej inspekcji w osobach dwóch pań, które przybyły do nas na piechotę i w sandałkach). Po powrocie do domu odgrzałam drugą część wczorajszego obiadu, podlałam parę roślinek (tu utknęłam na chwilę z Katlin, która chciała pogadać i przez to nieomal rozgotowałam kalafiora).

Kochany tymczasem wędruje w okolicach Miasteczka: był dzisiaj w Pławnej i kupił nam koszulki od Milińskiego, rozmawiał ze Zbyniem i być może z kuzynem u którego dzieje się źle (owo złe dzianie się było przedmiotem naszej porannej rozmowy).

Nie ma to tamto, zaczęłam się pakować. Rodzice przez messengera mówią mi, że jest ładnie; pakuję więc koszulki na ładnie, począwszy od "ładnie, zwiewnie, z dziurami", a skończywszy na "ładnie, jak się ma T-shirta dobrej grubości i z logiem Siekiery".

wtorek, 20 maja 2025

1981. Pojedynczo.

Dwa razy spotkałam dzisiaj Ivę (sąsiadka jeździ do miasta i wraca z niego z pełnymi torbichami, podobno zrobiła dwie rundki), więc i było rozmawianie. Ot, taki tam small talk, nic pewnego, więc słucham, kiwam głową (ale, że jej siostrzeniec zginął w wypadku spowodowanym przez ojca-kokainistę, to faktycznie przykre). 

W biurze siedziałam sama, obeszło się bez wydarzeń, jeśli nie wspomnieć, że skończyłam czytać Wyspę daltonistów i wyspę sagowców Sacksa (Zysk i s-ka, 2011). W ciągu dnia kilkakrotnie kontaktowałam się z Kochanym, który mi zdawał relacje, a to ze stanu fryzury, a to z miejsca zakwaterowania i podróży. 

Pogoda dziwna, w ciągu dnia przyplątała się burza, niemocna, ledwo kapiąca, która lekko zwilżyła miasto i zostawiła je śmierdzącym. Miałam na sobie kurtkę przeciwdeszczową i w tym niedeszczu chodziłam po sklepach z kamieniem z góry Brandona w kieszeni (oraz z kolczykiem tylko w prawym uchu, bo drugi nie chciał się rano założyć).

Na razie jeszcze się nie pakuję, sprawdzam prognozy i napawam się pojedynczością. Obejrzałam starotkę, Czy Lucyna to dziewczyna (1934). Obrońców 33 wygląda w nim, jakby budynek stał na pustyni (chętnie przejdę się tą ulicą, gdy następnym razem będę w Wawie). Pędź, pędź, mój sokole, ja tu poczekam na dole, rzekła Ćwiklińska (aktorzy musieli mieć niezły ubaw, kiedy to nagrywali).

poniedziałek, 19 maja 2025

1980. Poniedziałunio.

Moje Kochanie kilka minut temu przywitało się z rodzicami na lotnisku we Wro; pilotowałam tę sprawę z obydwu stron, bo najpierw na messengerze dywagowałam z rodzicami czy kto wychodzi i co tak długo, a potem odebrałam wideo od Freda. Wszystko pod kontrolą ;)

Czyli siedzę w domu sama po późnej kolacji złożonej z dwóch jaj na miękko podanych w podstawkach w kształcie świńskich ryjków. Rano Kochany postanowił mnie podwieźć do pracy, a dopiero potem dokończyć pakowanie; po południu już się nie zobaczyliśmy, małżonek przemieścił się do stolicy zanim skończyłam pracę. 

Aura nie najlepsza, słońce oszukuje, wiatr zimny. Po powrocie do domu kilkakrotnie rozmawiałam wirtualnie a to z Kochanym, a to z mamą-solenizantką (która myślała, że tatko zapomniał, ale nie zapomniał, i tort śmietanowy wjechał na stół). Nastawiam budzik i wskakuję pod kołdrę z mocnym postanowieniem doczytania Sacksa na tyle, żeby jutro lekturę definitywnie skończyć i poważnie zająć się czymś innym.

niedziela, 18 maja 2025

1979. Bążur.

O widzisz to jest tak, czapeczka do pracy (Fred zakłada tyłem do przodu kaszkiet Kangola), a tu czapeczka na głosowanie (Fred zakłada army cap Kurtza). 

Z rana małżonek rozmawiał z Aś, bo nadal szukamy prezentu dla mamy (może wszystkowiedzący smartwatch? Aś jako partnerka Azjaty stała się cennym źródłem wiedzy o markach, których nie umiem wypowiedzieć). 

Kolejny słoneczny dzień w Irlandii; już widziałam kilka memów o tym, co się dzieje, gdy zrobimy pranie wszystkiego i nie ma co robić, a tu nadal pięknie. Kochany właśnie wyjechał do pracy na dziewiątą.
___
edit 10:45 pięknie, pięknie. Gdyby Fred był w domu, może nawet chciałoby się nam posiedzieć w ogrodzie zalanym słońcem. A tak to leniwie; wywiesiłam kolejne pranie, sprawdziłam rozkład jazdy autobusów (wyruszę do Drołdy dopiero po trzeciej; podobnie jak półtora roku temu, "nasza" komisja jest w Okonelu), rozmawiałam z mamą (oni też będą głosowali później, bo aura nie zachęcała do porannego wyjścia z domu). 
___
edit 13:45 Aaaaaaa, zamyślenia nie są dobre, zamyślenia przypalają obiady! Musiałam wykoncypować na poczekaniu coś innego. Kartoffeln z jajkiem sadzonym, resztki wczorajszych buraczków, taki jest plan, git. Fejsbuczek mi podpowiada, że rodzice w południe czasu lokalnego wbili się na głosowanie (dokumentacja zdjęciowa jest, jak się należy).
___
edit 16:20 autobus zjawił się o czasie. Zaskakująco dużo ludzi jechało do miasta; z drugiej strony, mijaliśmy wieś zupełnie zastawioną samochodami, nawet najdalszy parking był pełny. Tymczasem deptak w Drołdzie w porównaniu z dniem powszednim mało ludny. Towarzystwo siedzi po kawiarniach, wśród nich ja.
___
edit 20:15 ależ wszystko potoczyło się ekspresowo: Kochany przebrał się, zabrał mnie spod Czarnej, szybko pomknęliśmy na Richmond St North (małżonek zaparkował niedaleczko, pod Donagh O'Daly house); w środku żadnej kolejki, po listach widać było, że największy tłok już się odbył; oddaliśmy swoje głosy i do domu, z chwilowym przystankiem na zakupy w Tesco.

Wróciliśmy na chwilę przed ogłoszeniem pierwszych przewidywań, a te są niestety bardzo przykre. O ile wynik alfonsa zupełnie mnie nie zdziwił, bo twardy elektorat jest odporny na rzeczywistość i ma dobrze zorganizowaną bańkę informacyjną, o tyle faszyści na miejscu trzecim i czwartym pokazują upiorny kierunek myślenia sporej części wyborców. Cóż, nie tylko w blogosferze odstaję.

sobota, 17 maja 2025

1978. Sennie.

Po wstawieniu prania wyszłam na poranny, godzinny spacer nad morze i nie zrobiłam ani jedniusieńkiego zdjęcia, bo przez ten czas rozmawiałam z mamą. U nich deszcz i nudy, u mnie słońce i nudy (Kochany wyjechał do pracy na ósmą). Dzień senny, drzemię, piję kawę; mama zadzwoniła jeszcze raz po południu, żeby powiedzieć, że znalazła ładny dom w naszej okolicy i kupuje ;) Kochany wrócił po piątej; obiad po szóstej. 

Gdy zbierałam pranie, na górce Rysiowej stał kos i tak na mnie spojrzał, jakby chciał zapytać: Przepraszam, a jabłka dzisiaj będą? Więc były; zaraz pan kos pojawił się z kosową i z widoczną radością zajęli się każde swoją połówką. Wszyscy zalatani, młode wróble już fruwają z rodzicami i uczą się korzystania z poidełka. Dobry jest taki spokojny dzień; tylko mam kłopot z czytaniem, odkładam to na później, które nie nadchodzi, bo ciśnienie leci w dół i oczy się zamykają. Chwilowo zafascynowałam się statystyką Eurowizji, tzn. lubię jak dodają te wszystkie punkty, to jest interesujące; bo jednak muzyka eurowizyjna najczęściej do słuchania się nie nadaje. 

piątek, 16 maja 2025

1977. Nie po drodze.

No i czy my jesteśmy normalni? zapytałam retorycznie wchodząc do domu o godzinie szóstej po południu. 

Kochany wręczył mi rano nowy pasek do spodni, czarną plecionkę Ospray (podkradałam mu jego pasek, bo mój stary zaczął pękać; prezent zostawiłam sobie na później). Pracka; po pracce; zarezerwowałam fryzjera, dorobiłam dwa klucze (z których jeden otwiera drzwi, a drugi wręcz przeciwnie). Poszłam na nabrzeże, skąd Fred zabrał mnie na wieś świeżo umytą Babcią. Najpierw pojechaliśmy do portu, na obiad z widokiem:

Po rybie z frytkami na chwilę zajrzeliśmy do domu (m.in. odkryłam sprawę bezużytecznego klucza). Kochany postanowił dokupić jaja we wsiowym automacie, ja postanowiłam się przyczepić jak ogon (tylko zmieniłam apaszkę na Milanówek i pasek na Ospray). Pojechaliśmy, kupiliśmy jajka, po czym skręciliśmy w prawo, miast w lewo. Kawa. 

Spacer (od kawiarni przez Clanbrassil — w likwidowanym sklepie zostały ostatnie z ostatnich butów — Yorke St, Chapel St, Roden Pl, przejście pod Thomasem Williamsonem, spacer Marshes Shopping Centre i powrót Marches Lower do parkingu pod Tesco). U2 w głośnikach, gdy śmigamy do domu. Godzina szósta się zrobiła nie wiadomo kiedy.

Wieczorem obejrzałam do połowy Przejrzeć Harry'ego. Kochany idzie wcześniej spać (ale dopiero po pokazaniu mi zdjęć góry Brandona z roku 2007, z Fredem jeszcze bardzo Srogim).

czwartek, 15 maja 2025

1975-1976. Nadganiam rzeczywistość.

Środa
Kochany kupił i zamontował nowy zamek do drzwi. Kamień z serca, bo ostatnio trudno je było zamknąć. Okazało się, że problem był nie mechanizmie, ale w tym jak wysoko zamek był osadzony; trudno, mamy nowy, we właściwym miejscu. Za to w pracy niewidzialny Harvey the Rabbit otwierał nam drzwi kilkanaście razy; wymiana szwankującej części odbędzie się dopiero w czerwcu. 

Kolejny dzień pięknej pogody. Zajrzałam do Saren, pośmiałyśmy się nawet, odwiedziłam też Safron (oczywiście, już jej się Kwietniowa nie podoba, taki człowiek).

Fred wykorzystał ładny wieczór bardzo praktycznie, skosił trawnik i wysadził resztę kwiatów; rozmawiałam z mamą; obejrzeliśmy krótkometrażówkę Kieślowskiego o siedmiu kobietach w różnym wieku.

Czwartek
Po pracy zrobiłam rundkę pieszą w mężowskie strony; na miejscu przy okazji kupiłam coś na obiad. Tak się dzisiaj grzebało, że zjedliśmy dopiero o siódmej wieczorem. 

Ptaszyny jak w malignie; pewnie wszędzie młode, skrzydlate towarzystwo uwija się nieprzytomnie; z ogródka nadal dochodzą przyjemne dźwięki ptasiej aktywności (wróble, gołębie, jaskółki; kogut pieje).

Głową jestem już w weekendzie, a może nawet dalej. Dopiero sobie uświadomiłam, że ani nie zadzwoniłam do fryzjerki, ani nie dorobiłam kluczy (jak zamierzałam zupełnie szczerze, notatki wszak zostały zanotowane). Czyli są rzeczy do odhaczenia na jutro, dzisiaj tylko pić i czytać.
___
22:15 miałam czytać, tak? Zamiast tego zapadałam w śpiączkę i byłabym się zapadła w całości, gdyby Kochany nie zadzwonił do swojej mamy. Przy rozmowie odbywającej się w tym samym pomieszczeniu uderzyłabym w kimono bez wahania, ale że wszystko odbywało się w Kuchniosalonie, Mózg zaczął słuchać, ciiii, co oni tam gadają? no słuchaj no, i przestań oddychać, bo sapiesz! Oczywiście, Fred zdał mi relację z różnych takich. Ale przede wszystkim było rozmawiane, że może wybierzemy się w tamtym kierunku na jesieni. Bardzo chętnie.

wtorek, 13 maja 2025

1974. Piękny dzień ...

... kusił i skusił. Z Drołdy pojechaliśmy do El Paso na naleśniki, a potem do Blackrock na nie wiadomo co (spacer był, czyli jednak wiadomo).

Ponieważ zawsze dziwimy się światu, znaleźliśmy takie coś:

I to wcale nie jest muszla, tylko os sepiae, kość mątwia. 

W domku na obiad sklepowe krokiety; dupy nie urywały, ale mogą być. Ogólnie mam jak do tej pory dość spokojny tydzień pracowniczy: Szef jest dziwak, co bardzo dobrze mi współgra z moją własną dziwnością, praca zazwyczaj niezbyt stresująca, mam czas na zajmowanie się sprawami pobocznymi. Wieczorem piszę, podsłuchuję mężowskie rozmowy telefoniczne piąte przez dziesiąte i gapię się przez okno. 

Sąsiadka napisała mi wiadomość, że opiekuje się dwoma ukraińskimi kotami, do czasu aż ich właściciele znajdą dom, w którym będą mogli mieć zwierzęta. Zaszłam, zapoznałam się z rodzeństwem, piękne maluchy, bardzo odważne i żwawe:

Po powrocie od sąsiadki Kochany mi oświadczył, że się nam wykluły młode ;) Tzn. znalazł część skorupki jajka, najprawdopodobniej szpaczego:


Przy okazji inspekcji ogrodu się okazało, że ślimonie już wpierniczyły część łubinu i szałwi; odpowiedź jest stanowcza i bezwzględna.

poniedziałek, 12 maja 2025

1973. Rock star.

Poranny ból istnienia; chodniki mokre po nocnym deszczu.

I love your gear, look like a rock star, wasn’t sure I should ask you for an autograph or what, tak mi powiedział nieznajomy starszy pan, który szedł za mną, gdy zmierzałam (sunęłam, kroczyłam, gdyż nie był to zwykły marsz, o nie) po ser do polskiego sklepu. Stary, oliwkowy płaszcz (noszę go któryś sezon), na nogach cielaki i szerokonogawkowy spodzień z domowo zawiniętymi mankietami (pewnie były szyte na modelkę 1.90m), wełniany kaszkiet, mój ulubiony.

Nasze Malutkie Hrabstwo wygrało w niedzielę Delaney Cup, pierwszy raz od 68 lat. Oczywiście na mieście porykiwania. Dzisiaj już na całego, kto nie zdążył wczoraj wieczorem, porykiwał w południe; pub po sąsiedzku pełny w środku dnia, na mieście wiele samochodów z zatkniętymi flagami Wee County, przechodnie w okolicznościowych koszulkach, znajomi dogryzający supporterom Royal County, w Jamie nawet Szef, który nie ogląda meczy, wiedział o co chodzi (przy okazji wygłosił tyradę o wyższości GAA i rugby nad piłką nożną oraz związkiem tej ostatniej z kulturą przemocy). Zachęceni pogłosem, w domu obejrzeliśmy z Kochanym skrót akcji: chłopaki biegały jakby im płacono miliony euro, a po wygranej cieszyli się, jakby wygrali puchar świata (przechodni Delaney Cup to jest taka trochę większa waza na zupę).

Wracając do życia rodzinnego, wczoraj wieczorem odkryłam, że tatko zapisał się na Duolingo i uczy się niemieckiego. Rano sprawdziłam, czy to nie był sen. No nie. Niedawno zadzwoniłam do niego, żeby zapytać co to się stało. No nic się nie stało, tatko uważa sam siebie za starego Niemca, który na pewno zna niemiecki, więc aż tak bardzo nie musi się uczyć, ale chce ;)

Nie sprzątałam, obiad odgrzewany (do Fredowego gulaszu i kupnych klusek śląskich były ogórki małosolne z polskiego sklepu, mniam); jestem zmęczona; miałam coś pisać, coś czytać (Wyspa daltonistów Saksa została napoczęta), zbieram się powoli i z namaszczeniem.

niedziela, 11 maja 2025

1972. Bez energii.

Zasnęłam gdzieś po drugiej w nocy, obudziłam się przed ósmą i już nie mogłam spać, obrazki z podróży kotłowały mi się w głowie, musiałam je posortować, zobaczyć co się utrwaliło. Pranie zostało wrzucone do pralki dopiero po dwunastej, gdyż ruszam się jak mucha w smole (choć jednocześnie odpisuję, uaktualniam i przy tym nawet od czasu do czasu myślę). Ceremonie i ceregiele raczej powolne, do bagażnika zaglądam z trzy razy w poszukiwaniu własnej głowy. Buty zostały umyte i wypastowane na następny czas.

Kochany wstał, przejrzał zdjęcia, zareagował na zaproszenie do Ka, położył się na pół godzinki, choć ładna pogoda zachęcała, żeby rzucić to wszystko i wyjechać do Kisłowodzka. 

Oboje z pewnością nie mieliśmy ochoty na gotowanie obiadu, z pomocą przyszło nam Borzalino, w niedziele otwierane o czwartej. Dopiero, gdy zerknęłam do menu, przypomniało mi się, dlaczego chciałam tu przyjechać. Risotto grzybowe. Sporą część jak zwykle zabrałam do domu w ramach inwestycji w poniedziałkowe śniadanie. W czasie obiadu dziwny algorytm doprowadził mnie do odkrycia, że jedna ważna dla nas osoba, z którą od dłuższego czasu nie mieliśmy kontaktu, usunęła nas z listy znajomych na FB. Coś zaszło jakiś czas temu, ale nie wiemy co, kompletny brak danych. Niby trochę przykro, z drugiej strony niekoniecznie; ciekawe czy kiedykolwiek zagadka się rozwikła.

Wieczorem nadal ciepło, ale też deszczowo-burzowo. Zaraz po obiedzie wyjechaliśmy z Drołdy do El Paso; kręciliśmy się po mieście, nawet podjechaliśmy na chwilę do Blackrock (głównie po to, żeby zrobić zdjęcia gawronom). Ka miał w planach spacer z Piesełem i nie chcieliśmy poganiać jego rutyny. Gdy w końcu znaleźliśmy się pod domem przyjaciela, na zewnątrz stał Wojtek ze sprawą (a nawet ze sprawami, kilkoma pakunkami do przechowania). We czworo spędziliśmy ponad godzinę na rozmowie w kuchni; znowu wyprztykałam się z energii i do domu wracaliśmy w milczeniu (odwieźliśmy też Wojtka do akademika). 

All in all, niedziela poświęcona na dochodzenie do siebie i kurowanie zakwasów.

Postscriptum #1970-71.

Cork (mogłabym tu mieszkać, mogłabym)



Mallow, wieczór i poranek


góra Brandona i dalej przed się







Piękno tych okolic zapiera dech w piersiach. Ale czy chciałabym tu być przy złej pogodzie? Czy chciałabym tu mieszkać na stałe?

1971. Do Brandona i z powrotem.

W domu byliśmy dobrze po pierwszej w nocy, doliczając do tego niespokojny sen poprzedniej nocy (spałam może trzy godziny), to nie był czas na pisemne uzupełniane wrażeń. A tych było sporo.

W sobotę wstaliśmy dość wcześnie, nie potrzebowaliśmy budzić gospodarzy, zjedliśmy małe śniadanie, wypiliśmy płyny i około ósmej trzeba było nam ruszać w kierunku Killarney, gdzie byliśmy umówieni z Elizabetą i jej podopiecznym. Pogoda piękna, słonecznie, bezwietrznie, w dolinie rzeki Blackwater wstawała poranna mgła. Spotkanie w Killarney było zaskakująco pozytywne, acz krótkie. Dopiero co otworzono Brown Sugar Cafe, zasiedliśmy przy napojach i sernikach na ok. godzinną pogawędkę; nareszcie poznałam osobiście Kaja (mogłabym napisać, że do tej pory zawsze mi umykał, ale przecież Elizabetę też widujemy bardzo rzadko).

Po spotkaniu ruszyliśmy na azymut, trochę zaniepokojeni, że na horyzoncie jednak chmury. Pod górą zaparkowaliśmy po jedenastej. Od razu widać było, że tam wyżej pogoda z deka insza. Przez dłuższy czas szczyt Brandona skrywał się w chmurze. Szlak wiódł drogą krzyżową, więc łatwo było się zorientować, gdzie iść. Podejście zajęło nam dobre trzy godziny (często przystawaliśmy), przy czym od stacji ósmej bezustannie towarzyszyła nam już chmura zasłaniająca widoki. 

Tak pozostało do końca, usiedliśmy pod głównym krzyżem, piliśmy herbatę z termosu (na górze były jeszcze dwie pary patrzące w chmurę), Fred marzł, więc zaczęliśmy zejście. Ech, gdybyśmy byli tam o jakieś półtorej godziny później, widoki w końcu zaczęłyby się odsłaniać, od czasu do czasu rejestrowaliśmy to rozpogodzenie będąc już na dole.

Po wspinaczce Kochany powiózł nas trasą widokową; przystanęliśmy przy plaży Wine Strand (Kochany potrzebował uzupełnić kalorie przed długą jazdą, rozłożyliśmy się z kabanosami i resztką herbaty w termosie). Miejscówka piękna sama w sobie, mogłaby być dobrym celem następnej wycieczki. 

A potem równie niesamowite widoki, bo wycieczka wiodła naokoło półwyspu Dingle, Slea Head Dr, przez Graigue, Radharc na mBlascaoidí, Tóchar Maothaithe (zatrzymaliśmy się przy pustelniach, ale niestety wrota był zamknięte na głucho) i tak turlu, turlu, po wąskiej drodze, aż do An Daingean. Obrawszy kierunek na Tralee, jechaliśmy przez Conor Pass (obowiązkowy przystanek):

Reszta drogi powrotnej trudna. Kochany podjechał pod Limerick, żeby wbić się na autostradę. Gdy ja przycinałam komara, Freda powoli zaczynała nużyć monotonna jazda w gęstniejącej ciemności (większy ruch pojawił się dopiero bliżej stolicy; na początku nawigacja wróżyła nam prawie cztery godziny jazdy i przyjazd po pierwszej w nocy, pomyłka była nieznaczna). Tylko na chwilę zatrzymaliśmy się pod Dublinem, żeby mąż mógł rozprostować kości i pobudzić się kawą, bo skoczne utwory the Pogues już tak nie działały. 

Kilka rzeczy wyciągniętych z samochodu prawie na śpiąco, prysznic i pod kołdrę.

piątek, 9 maja 2025

1970. W drodze.

Pakując się z rana i przeglądając plecak znalazłam w jednej kieszeni szczotkę do włosów (szukałam jej od roku), ciasteczko biscoff oraz ... kolejną szminkę nudziarską loreala, Velvet Rose, nr 378, prawie nieużywaną. Kiedy ją kupiłam? Nie wiem, pamiętniczek milczy. No trudno, biere (ze Szczotki Odzyskanej też się cieszę)

Jakby nie obracać mapy, wychodzi mi, że ostatni raz byłam w Mallow, gdy jechaliśmy z Kochanym w góry Kerry i mieliśmy plany związane z górą Brandona (nieurzeczywistnione). To był lipiec 2018. Znowu mamy plany związane z górą Brandona i czeka na nas Mallow.

Czyli rano w pracy była praca. Wyszłam, patrzę, a tu małżonek. Poszliśmy do polskiego sklepu, wykupić wołowe kabanosy. Potem podróż w dół mapy. Jesteśmy w Kildare Village i wsuwamy bruschettę.
___
edit 17:45 Jakby to powiedzieć? Siedzimy w Korku. Przy kawie (Costa na 6 Emmett Pl).

___
edit 20:30 W mieście dużym spacerowaliśmy do siódmej (statua upamiętniająca Rory’ego została obfocona). Przed ósmą znaleźliśmy się w mieście mniejszym. Siedzimy ze znajomymi we czworo, przy herbacie, wspominamy stare czasy (tak się tylko pisze, po prostu rozmawiamy o jakichś ogólnych sprawach, uaktualniamy informacje; zauważam, że nie wszystkie tematy pasują, np. widać, że gospodyni za bardzo nie chce rozwijać wątku swojej pracy, domyślam się gdzie leży trup i umiem być niezaangażowana ;)).
___
edit 23:00 smaczna kolacja (gulaszowa, pasta ze śledzia); niektóre plany uległy niewielkiej korekcie; gorący prysznic, ząbków umycie i spać na dmuchanym materacu już czas.

czwartek, 8 maja 2025

1969. Łeb do wymiany.

Pracowniczo trochę byłam zajęta; chwilowe kłopoty z kamerą, jakieś sprawy finansowe, które mnie jeszcze nie dotyczą, ale wymagały ode mnie spaceru za rzekę (odkryłam nową ścieżkę wśród zieleni), kilka osób, które czegoś chciały (zazwyczaj nikt nic nie chce) i to akurat dzisiaj, gdy Szef zrobił sobie wolne. Aura zdradliwie słoneczna; wprawdzie miałam ze sobą pork pie, ale na wyprawę za rzekę go nie wzięłam, duży błąd, zatoki zaraz się zorientowały.

Najlepszy z mężów w tym czasie upichcił gulasz na obiad, a potem pojechał do Aś zawieźć jej lucyfery. Wracając po lunchu zajechał do Drołdy i zwinął mnie z ulicy ;). Najedzona zerkałam w RTÉ na wybór nowego papieża. Wybór ciekawy, choć zachowawczy, pewnie będzie tak jak zawsze. Chwilę rozmawiałam o tym z mamą. Poza tym nie mam za bardzo siły; pokręciłam się chwilę po sypialni szukając rzeczy do spakowania na jutro i uszy szybko mi opadły. Bolą mnie zatoki; znowu trzeba będzie spać z łbem pod poduszką.

środa, 7 maja 2025

1967-1968. Plany, pudła, krastrofobia.

Wtorek
Kochany poczynił poważne plany weekendowe. Jeśli nic nie popsuje nam szyków, będzie chodzone (wiemy już też, że raczej nie spotkamy się z Elizabetą, gdyż jest w tym czasie zajęta). Z innych planów, zarejestrowałam się do dentysty w Polsce. Czyli niby nic pilnego, bo to za parę tygodni, ale sprawa mnie niepokoi na tyle, że zaklepałam miejsce już teraz. 

Środa
Och, bólu wstawania o szóstej (tym razem, bo Kochany mnie podwozi). Dokończyłam czytać Wired Our Own Way (New Island, 2025), antologię tekstów o doświadczeniu autyzmu. Poza tym wydarzeń brak—kolejne dwa dni słoneczne, na samym wybrzeżu nieco chłodne (inaczej ma się sprawa w mieście, spacery są przyjemne). Kochany zwinął mnie z ulicy, zrobiliśmy zakupy w Lidlu, pojechaliśmy do Costy; po powrocie na wieś jeszcze wizyta u rzeźnika rodzinnego (steki na obiad).

Rozmawiałam z mamą, wesołkowałyśmy z pół godziny. Mąż spędził dzień bardzo efektywnie, w rezultacie czego po obiedzie i rozmowie z mamą, zajęliśmy się wydobywanie z czeluści i zakamarków moich butów oraz umieszczaniem ich w nowym miejscu. Szesnaście pudeł kupionych z tej okazji zapełniło się w kwadrans; plastikowe boksy z pościelą zostały wywleczone i ponowie skitrane pod łóżkami. Matkobosko, mieszkamy w dziupli. Miało być więcej miejsca, nie widzę. Ale jest czyściej tam, gdzie zauważyłam, że jest brudno (nie chciałam za dużo sprzątać, więc nie byłam uporczywa w zaglądaniu, gdzie nie trzeba).

Po tym całym zamieszaniu Kochany wyszedł aż na dwór, żeby wyczyścić swoje piękne Tedy Bakery znalezione w jednym z pudeł. Rysio mógłby napisać: Czasami trzeba wyjść z domu, żeby nie mieć krastrofobii. Kiedyś miauę krastrofobie i to było straszne. Unikajcie, jak możecie. Tyle postów Rysiowych o sprawach ważnych nie zostało napisanych :(

poniedziałek, 5 maja 2025

1966. Wydarzenia poniedziałkowe.

Nie pisałam coś ostatnio o pogodzie? Uaktualniam, że słońce jest zdradliwe. Gdy przed południem wywieszałam w ogródku jedwabną bluzkę i dwa ręcznie prane topy z wełny, łatwo było mi uwierzyć, że liczby kręciły się blisko 10°C. Taki był też weekend, dlatego nie czułam się szczególnie zachęcona do samotnych spacerów. 

Zaczęłam dzień wcześnie i przez następne kilka godzin pozwalałam się sobie zdumiewać, że jest raczej wcześniej niż później. Odniosłam Anne jej kule do bocce, rozmawiałyśmy chwilę; w międzyczasie, od sąsiadki wyszłam do dobrze widocznych z jej okna trzech chłopców szukających piłki (kolejnej, która wpadła do naszego ogródka, tym razem na moich oczach). Oddałam im szmaciankę plus dwie inne, od kilku tygodni czekające na nich w krzakach; malcy byli chyba bardzo zadowoleni, że wyruszyli na tę niebezpieczną wyprawę. 

Czytałam dwie książki; po kilkudziesięciu stronach porzuciłam To the Lighthouse Woolf na czas nieokreślony. Nietypowo dla mnie, postanowiłam się nie łudzić i prawie natychmiast oddałam książkę do biblioteki, niech inni się nią cieszą. Może to jest jesienna lektura, albo nawet zimowa? 

Robiłam dzisiaj próbę makijażu oka. I ćwiczyłam, imaginujcie sobie, do długiego filmiku mietczynskiego o gotowaniu ramenu (są ludzie, którzy ćwiczą do filmików z ćwiczeniami, ale to nie ja). Kochany przyjechał, obiad został zjedzony, włos umyty, herbata z cytryną powoli się studzi do temperatury akceptowalnej. 

niedziela, 4 maja 2025

1965. Długie zymby.

Ma długie zymby, mówiła o mnie babcia Mania, gdy nie lubiłam czegoś jeść. Tak mi się nagle przypomniało w czasie wędrówek po sieci. Czyli wczoraj rano miałam długie zymby na to, co zobaczyłam w lodówce. Dzisiaj było już lepiej.

A skoro przypomniała mi się gwara wielkopolska, to zerknęłam na inne jeszcze słowa z mojego dzieciństwa: oczywiście chabas, pyrychochle, weka, kanki czy haczki zawsze były dla mnie zupełnie normalnymi słowami, gamułę używała jeszcze moja mama, chociaż ostatnio rzadko je słyszę, fajrantu używał dziadek Bronek, a latoś to słowo które wyraźnie pamiętam wypowiadane głosem prababci Marianki, która oczywiście ubrania i trzewiki oblekała. Kiedy byłam niegrzeczna (ja niegrzeczna?), to byłam nieusłuchana, a chora churlałam. Ale przede wszystkim miałam długie zymby na różne rzeczy. To po mamie, która też miała długie zymby. Taka natura widocznie z tymi zymbami

Wstałam, gdy Kochany już siedział w mundurze, po kawie, gotowy, żeby wyjechać do pracy. Zjadłam śniadanie, cudownie zmitrężyłam czas do popołudnia zastanawiając się nad autyzmem i genealogią (zaczęłam też w końcu czytać jedną z książek Woolf wypożyczoną z biblioteki). Potem dostałam od Anne takie piękne zdjęcie "a diamond of a cat":

To był mój pierwszy rok w Irlandii, Ryszard nazywany Stanleyem zaszedł najpierw do sąsiadów (zdjęcie jest z kwietnia owego roku), dopiero pod koniec lipca zapukał do nas.

Akurat odkryłam, że Fred jest piąte przez dziesiąte spokrewniony genetycznie z córką Kazimierza Kutza, gdy Ka zadzwonił, że właśnie przejeżdżają przez wieś i zatrzymali się na włoskie lody. Czyli miałam gości tuż przed powrotem Kochanego do domu. Siedzieliśmy na zewnątrz na zielonej trawce, Anne wyjeżdżająca do Drołdy pożyczyła chłopakom piłki, a w zasadzie kule do bocce, więc mogli się pobawić na terenie zielonym, podczas gdy Ka dopijał kawę. Znajomi odjechali, zrobiłam obiad, przyjechał małżonek, zjedliśmy. Zadzwoniłam do mamy, rozmawiałyśmy o religii i polityce (czyli o księżach-pasożytach oraz o niebezpieczeństwie, że Karolek może zostać debilem nr 2; zgroza). Po zakończeniu tego połączenia Kochany zadzwonił z kolei do Perlistego. Czy się zobaczymy tego lata, tym razem u nas, na Wyspie? Za często piętrzą się trudności bez sensu, mamy nadzieję, że przyjaciel je przezwycięży.

sobota, 3 maja 2025

1964. Regeneracja.

Owsianka z dwoma bananami na śniadanie. A to dlatego tak mję się stało, że nie było w lodówce nic za bardzo jadalnego śniadaniowo (ni ma jaj, ni ma fasoli w sosie pomidorowym, dlaczego?). Zainspirowana przez Gosię ze Szkocji zaczęłam robić lunch dla siebie: makaron razowy z dodatkiem pieczarek, kawalątka cukinii i żółtego sera. Mistrzyni kuchni po prostu ;), talerz wylizałam do czysta oglądając mietczynskiego robiącego sushi burgery, po czym rozwiesiłam pranie i ... poszłam spać. Obudziła mnie wiadomość tekstowa od Anne. Czas już był najwyższy, za godzinę Junona jechała do weta, więc poszłam się z nią pożegnać. Siedziałyśmy w sypialni na górze, my dwie i pulpecja wylizująca sobie łapki z leku.


Żegnaj pulpecjo, miałaś dobre życie.

Przepierka, prasowanie, robienie obiadu, sporo oglądam mietczynskiego (nadrobiłam kilka ostatnich filmików kulinarnych). Z innych randomowych rzeczy: zagadnęłam Aś, czy ma ochotę wzbogacić swój ogródek o parę lucyferów, bo wykopałam wczoraj kilka chaotycznie rozsianych bulw, które, jeśli nie znajdą sobie nowego miejsca, pójdą na Rysiową górkę (Aś się zdeklarowała, zawieziemy je, jak będzie na to czas); FB wyświetliło mi, że mamy z Kochanym ósmą rocznicę znajomości tamże; poza tym odkryłam wypalone! smugi na oknie, jedną bardzo głęboką, pełną popiołu. Czyli: okno w którymś momencie się paliło! Rzeczywiście, jakiś czas temu czuliśmy w domu spaleniznę, ale nie odkryliśmy wówczas źródła zjawiska. Zastanawiałam się, jakie urządzenie elektryczne stało w tym miejscu. Dopiero kiedy Fred wrócił z pracy, olśnił mnie: lusterko. Dom mógł nam spłonąć przez lusterko od kilku lat stojące na parapecie.

No i takto minęła sobota. Wypoczęłam, wyspałam się, siły zregenerowałam. Jutro wyciągam Fredowe hantle.

piątek, 2 maja 2025

1963. Przedmajówkowo.

Gdyż majówka dopiero od popołudnia. Do południa praca, potem Kochany zabrał mnie z miasta.

Z okazji majówki, albo z okazji jakiejkolwiek, zaopatrzyłam się w Bootsie w nową szminkę do ust, tym razem L'Oreal nr 300, Le rouge Paris. Na pierwszy rzut oka niewiele różni się od mojej starej Maison marais, ale rzeczywiście trochę inaczej wygląda w zależności od podtonu skóry. 

Pochowano Annę Emerytkę.

Kochany zrobił obiad (dorsz jak marzenie) i grzebaliśmy nieco w ogrodzie: posadziliśmy łubin i dwie szałwie, trochę chwastów zostało ogarniętych, Fred podlał kilka krzaków; wpadł Mleko, od razu zainteresował się wyłącznie nowymi roślinami; Sąsiedzi chodzili tu i tam, Majk w samych porciętach polerował samochód, Katlin podzieliła się paroma ploteczkami, Lisa zaoferowała się Fredowi, że rozpyta w temacie metalowych tabliczek mogących upamiętnić Ryszarda (kot został oczywiście wspomniany wyłącznie w dobrym kontekście, że wszyscy go kochali i nadal go pamiętają).

Wielokrotnie bezskutecznie próbowałam skontaktować się z rodzicami. Okazało się, że byli we Wro na obiedzie (lambadziarze! ale cóż zrobić, gena nie wydłubiesz) oraz na rodos. Połączyłam się z mamą dopiero po naszej siódmej i nawijałyśmy ponad godzinę. Czyli jestem zmęczona, dopijam herbatę, czytam wpisy blogowe zamiast książki. Kochany mi mówi, że siedem lat temu o tej porze byliśmy w górach Kerry. Jakie siedem lat temu? Przecież dopiero co się poznaliśmy!

czwartek, 1 maja 2025

1962. Rzeczy miłe oraz smutki.

Udany dzień, w pracy poczucie efektywności (dokończyłam finansowe podsumowanie kwietnia), ogólnie głębokie i przyjemne odczucie bycia u siebie. 

Rano zapukałam do Anne, rozmawiałyśmy chwilę, pogłaskałam Junonę, która niestety nadal nie jadła. Przy okazji poznałam osobiście drugą część teamu wspierającego Anne (Tonia przybieżała chwilę po mnie; swego czasu wymieniałyśmy się w opiece nad Junoną, ale zawsze się jakoś mijałyśmy). Po południu wymaszerowałam do pracy Kochanego. Zanim się spotkaliśmy, spokojnie napiłam się herbaty, potem mąż zabrał mnie do El Paso. Tak dziwny kierunek naszej jazdy wyniknął z tego, że wczoraj Fred zapomniał oddać Ka jeden zestaw kluczy do ich domu. Nic więc prostszego jak obiad na mieście; poszliśmy na suszi do Atami. Po posiłku Kochany oddał klucze Jot i wróciliśmy do domu. Postanowiłam jeszcze zerknąć do sąsiadki. Nadziałam się na Katlin, rozmawiałyśmy o Annie Emerytce, wspominałyśmy dawne dobre czasy weranda news, sąsiadka pokazała mi jaką wiązankę kupiła (białe róże i białe chryzantemy) oraz pochwaliła Ethana, który chciał pożegnać znajomą i podziękować jej za to, że zawsze dawała mu po dwa euro.

U Anne było trochę łez i robienie zdjęć małej pulpecji. 

W ciągu dnia Junona poczuła się lepiej i nawet zjadła Rysiowy pasztecik. Jakoś zeszło do ósmej. Jeśli nic dramatycznie się nie zmieni, zabieg uśpienia jest zapowiedziany na sobotę. Do tego czasu sąsiadka dostała wolne w pracy i powoli żegna się ze swoim pierwszym kotem.

***

Wczoraj skończył się kwiecień, przetuptał bardzo cicho, wprowadził wiele zmian zasadniczych: