Nie zerwaliśmy się do śniadania od razu, siedzieliśmy w łóżku popijając pierwsze poranne napitki z nowych kubków. W takiej pozycji zadzwoniłam też do mamy, która akurat przeglądała stare papiery i wyrzucała niepotrzebności, np. wyciągi z mojego nieistniejącego konta. Przy okazji wyłowiła starą pracę licencjacką z WSF-u: Działalność kartograficzna i pisanie jako motywy kolonialne w "Jądrze ciemności" Josepha Conrada. Mądre, najs, kiedyś sobie przeczytam :D Rodzice czują się dobrze, w planach niedzielnych mieli sortowanie wielkogabarytowych śmieci i inne pożyteczne sprawy. Niestety, Maksio im choruje, wczoraj był awaryjnie u dochtórki, rodzice próbują go wyleczyć z poważnego zapalenia psiej pupy.
Usz ze Szwagrowskim zapowiedzieli wizytę na wrzesień. Superowo.
Zanim wyjechaliśmy, do naszych drzwi zapukałan Anna. Otworzył jej Fred (akurat byłam w szlafroku i jadłam śniadanie), ale sąsiadka chciała porozmawiać ze mną. Jeszcze raz powiedziała mi, że nie wiedziała o tych ptakach, była w związku z tym pokojowa wymiana zdań. Nie wierzę jej, ale się nie przeprowadzamy, więc relacje sąsiedzkie będą podtrzymane.
Słonecznie i ciepło, miasto wydawało się nam nieco wyludnione. Najpierw wyjechaliśmy M2 do znanego nam już zakątka w Inchicore na połów polskich książek za 1 lub 2 euro (wycena na oko, na podstawie grubości egzemplarza). Efekt imponujący (to tylko nasz stosik, nastolatka ułożyła sobie własny; Orbitowski dostał się mi za darmo, jako bonus):
Nurkowaniu w makulaturze i czat z bibliotekarką (ta sama pani, co w zeszłym roku, nadal ma pretensje do Tokarczuk) trochę trwało, następnie obraliśmy kierunek na Glasnevin. Po wejściu na teren cmentarza od razu skierowaliśmy kroki do Tower Cafe, gdzie Hana zjadła swój pierwszy w życiu quiche. Spacerując i rozmawiając dotarliśmy do ogrodu botanicznego. Było warto, od naszej ostatniej wizyty miejsce wybujało roślinnością, szklarnianą i każdą inną też.
Hitem ogrodu była feeria rododendronów, wszędobylskie wiewiórki szare, żółw błotny drzemiący na skraju stawu oraz kurki wodne pływające z gromadą kurcząt. A dla mnie jeszcze Kociara, jak wyjęta z kartek Ciemno, prawie noc, nęcąca wiewiórki.
W drodze do domu na dłużej zatrzymaliśmy się w pawilonach Swords, nasz gość chciał zrobić zakupy w Bootsie, my też się z chęcią poplątaliśmy tu i tam (i w końcu nabyłam osłonkę na szczoteczkę). W domu byliśmy po szóstej, ledwo zrobiłam obiad i padłam jak kawka.
Aplikacja w iPhonie podpowiada mi, że wychodziłam mniej kroków niż wczoraj, mimo to jestem bardziej zmachana. Zapewne dołożyła się do tego cieplejsza pogoda. Regeneruję się, jak mogę (płyny, zajęcia inne, niż przebieranie nogami).