[go: up one dir, main page]

Strony

piątek, 31 maja 2024

1627. Dobre nowiny.

Poranek cudów: poduszka super (Fredowi też chyba służy), poza tym coś zrobiłam dobrze, bo jeszcze w domu bolała mnie krtań, ale między poranną kawą i spacerem po mieście nagle przestała. Madżik (może pomogło odwracanie się przez prawe ramię?).

W drodze do domu skończyłam czytać Orlanda Woolf (książka niewielka, więc z przyjemnością zabierałam ją ostatnio do pracy). 

Oczywiście do ostatniej chwili zwlekałam, ale w końcu zaskoczyłam, że jest piątek po południu i wypadałoby odezwać się w sprawie dodatkowego zatrudnienia. Rzutem na taśmę przed długim weekendem podpisałam umowę z Gronją.

Mama oswaja się z nowym telefonem. A Kochany po szychcie zajechał do mechanika (przy okazji na kawę do Ka), więc wrócił później i obiad jedliśmy osobno. 

Miło mi, gdyż: wpadnie trochę grosza, zauważyłam postęp w odkopywaniu się z papierów pracowniczych, jutro rano turlamy się i przeciągamy bez pośpiechu (planów brak, bezhołowie i wygoda), ma być ładnie (przynajmniej ładniej niż było).

***

Maj obrazkowo. 
W zeszłorocznym kolażu majowym był Rysio :(

czwartek, 30 maja 2024

1626. Powieść, poduszki, pośmiane.

Powieść o poranku, powieść po pracy. Był też kilkukilometrowy spacer do Kochanego. Nie wdając się w drobnostki zakupowe od razu obrałam azymut na Costę, kątem oka jeno dostrzegając naszą Babcię zaparkowaną pod jednym z rachitycznych drzew. Fred pojawił się w kawiarni tuż po piątej, przeszliśmy się jeszcze raz do Woodiesa (po drodze zostałam przedstawiona McSeanowi, połowie duetu Damo & Big John; McSean zareklamował nam swój niedzielny koncert). W Woodisie Kochany kupił dwie poduszki ortopedyczne i po odejściu od kasy odkrył, że dostał senior citizen discount :D. Podjadając precelki udaliśmy się Babcią do domu. Od razu wskoczyłam pod prysznic i reaktywowałam zamrożony rosół, bo nie chciało się nam robić obiadu. Cała reszta późnego popołudnia i wieczoru w rozsypce. Dla rozweselenia obejrzałam Miecia krytycznego wobec filmu RH+. Pośmiane, można obłożyć się poduszkami i spać.

środa, 29 maja 2024

1625. Po kawałku.

Kolejny dzień z powieścią o poranku, kolejny nieco mgliście zasmarkany (pogodynki twierdzą, że od jutra już tylko same słoneczne krajobrazy).

Mama wstrząśnięta, bo smartfon jej spadł i teraz nie odbiera ode mnie telefonów, kiedy telefon nie odbiera, a nie kiedy ona nie odbiera. A zadzwoniłam, żeby się dowiedzieć w temacie rozwoju lokalnej aferki. Zmiękła im rura. Może jednak mama będzie pracowała dłużej. No chyba, że się jej znudzi.

Niemożność skontaktowania się z Kaś Matką Kotów tak mnie poruszyła, że odezwałam się do Dżadziji (miesiące jak lata, Królowo). Było krótkie uaktualnienie, kto żyje, kto nie żyje, czy dziecków więcej (nie, ale za to w poniedziałek przybędą świnki morskie). Trochę mnie to uspokoiło, szczególnie te świnki. Żeby sobie jeszcze bardziej wyregulować ciśnienie, poudawałam, że coś sprawdziłam. Kochany już w piernatach, u mnie jeszcze prysznica i lektura dla ętelektualistów. 

Poza tem, krtań jeszcze trochę pobolewa, ale jak dociskam z prawej podczas przełykania, to nie pobolewa. Czyli trzeba dociskać. Mój bobrze, sypię się.

wtorek, 28 maja 2024

1624. Skleroza, mówią, nie boli.

Obudziłam się z bólem krtani, mało finezyjnym, jakby w nocy przeskoczyła mi jakaś chrząstka w głębi mojego jestestwa. No ale co zrobić, trza się było turlać. Kochany nadal pracuje w Drołdzie, więc znowu zabrałam się z nim rano, żeby dłużej niż zwykle siedzieć w kawiarni i ostentacyjnie mieć wszystko w nosie. W przerwie na lunch zaszłam za to do B&B i ucięłam sobie pogawędkę z miłą, starszą panią o tym, co w życiu najważniejsze. The same to you, don’t work too hard, trąciła mnie na odchodnym Joan Flanagan/Fannigan z Carlingford. Nie zamierzałam, he he (tym bardziej, że ciągle szukałam swojego klucza do biura, z pięć razy najmniej). 

Majkel zabrał się z miasta tym samym autobusem co ja, przygaszony, wstawiony, sunący krokiem staruszka z parkinsonem. Wysiadł przy Mace i dotarł do domu akurat, gdy Kochany był już na miejscu. Nie sądzę, żeby sąsiad przygotowywał się do przeprowadzki. A tu maj kończy się bezlitośnie.

Obiad mieliśmy przedziwny, krokiety ze sklepu i jogurt z granolą. Kiedy tak jadłam ten jogurt, w telefonie odpalił jakiś dings, a kiedy odpalił dings, pomyślałam sobie, czy to poniedziałek. Nie poniedziałek, gdyż poniedziałek był w poniedziałek, czyli po niedzieli, a ta była przedwczoraj. Zapomniałam o urodzinach tatki! Więc jeszcze z ustami pełnymi granoli zadzwoniłam z życzeniami kajając się solennie. I tak sobie rozmawiając, a to z solenizantem, a to z mamą, spędziłam prawie godzinę na pogaduchach o stanie świata. Całkiem możliwe, że mama zaczyna właśnie swoje ostatnie trzy miesiące pracy ever (ciekawe jak się ułoży, bo jej aktualna niepewna sytuacja pracownicza ma mniej wspólnego z wiekiem, od dekady zaawansowanie emerytalnym, a więcej z pisowym bezhołowiem).

No i tak to; filcowy bąbel do klucza pracowniczego przyszyty (daj jeżu, żeby to pomagało w lokalizacji artefaktu); rozmowa Freda z Ka podsłuchana (przyjaciele zmieniają samochód); jeszcze jasno, ale powoli trzeba zacząć się mościć.

poniedziałek, 27 maja 2024

1623. Nadrabiając.

Pogoda była dzisiaj niepewna (zapowiadali deszcze), więc tylko połowa planu dojazdowego została wykonana: rano już przed ósmą byłam w mieście i przy kawie rozkładałam się z powieścią. Po południu wracałam jednak autobusem i to dość wcześnie (pracowałam dzisiaj w sumie pół szychty, a drugie tyle zostałam, bo tak mi było na rękę).

Powieść to Orlando Virginii Woolf (Zysk i S-ka, 1994), kupiony w czasach, gdy byłam zafascynowana Emily Brontë. Od pierwszych stron wiem, że będzie wspaniała, choć zdążyłam już zapomnieć szczegółów fabuły. Kochany wrócił z pracy po piątej, gdy podczytywałam nową/starą lekturę. Resztę dnia siedziałam z nosem w papierach (czyli robiłam to, co powinnam była robić w weekend, ale nie robiłam, bo mi się nie chciało). Nadal nie jestem przygotowana na jutro, no trudno, nie jest mi przykro, oj tam oj tam.

niedziela, 26 maja 2024

1620-1622. Przelotem.

Piątek
Wstałam wcześnie, bo od wczoraj tlił mi się w głowie pomysł, że razem zjemy śniadanie. Byłam jednak zbyt śpiąca, więc zrobiłam śniadanie tylko dla męża. Mimo wszystko po wyjeździe Freda już się nie położyłam do łóżka i jakoś przeturlałam się przez dzień, po drodze przeglądając papiery pracownicze. Trochę mnie zmuliło po trzeciej i poszłam na drzemkę, obudził mnie dopiero niepokój, że Fred coś nie wraca. Kochany utknął w mieście robiąc zakupu obiadowe. Obiad. Moje Kochanie zmęczone, więc wcześnie poszedł spać (jutro znowu to samo). Pogoda szara, wieczorem ciepły deszcz.

Sobota
Obudziłam się na chwilę, gdy Kochany wstał, ale pokonała mnie drzemka i zaczęłam dzień dopiero po ósmej. Nie wiem, co robiłam do wczesnego popołudnia (poza jedzeniem), ale w końcu kupiłam piąty tom Szymiczkowej w audiobooku, Śmierć na Wenecji (Znak, 2023). Zamierzałam zrobić to już wczoraj, ale Woblink zirytował mnie na tyle, że dzisiaj zakupu dokonałam w Publio. Słuchanie mnie pochłonęło dość mocno. W międzyczasie Kochany wrócił, zjedliśmy obiad. Audiobooki to zuo, człowiek potem nie ma co pisać na blogu.

Niedziela
Wstałam pierwsza i zadzwoniłam do mamy z życzeniami. Następnie ruchy jakieś rozlazłe, pogoda też taka różna, chmury, deszcz, nagle słońce. Na śniadanie Fred przygotował białą kiełbasę i wziął się do robienia fasolki po bretońsku. Wyjechaliśmy na kawę i małe zakupy. Po powrocie do domu chwilę rozmawialiśmy z Katlin i Majkiem: samochód Majkela już jest naprawiony, ale przygotowań do wyprowadzki jakoś nie widać, a czas mu się kończy. Przypomniało się nam, że mamy dzisiaj rocznicę spotkania, zadzwoniłam do domu jeszcze raz, żeby obwieścić to rodzicom. Przez większość dnia słuchałam Segdy czytającej Śmierć na Wenecji i skończyłam lekturę przed siódmą. Z rozczarowaniem odkryłam, że ostatni plik jest nieco uszkodzony i dźwięk kilka razy przeskakiwał (poza tym historia jak zwykle przyjemna). Żeby mieć co robić po książce, przeprosiłam się z MyHeritage (wykupiłam subskrypcję na kolejny rok). Słuchamy bardów (Bukartyk, Nohavica). Coraz więcej lat się znamy z Kochanym ... palców na kocich łapkach niedługo zabraknie.

czwartek, 23 maja 2024

1619. Nowy kierunek.

Podróż z/do miasta była nietypowa. Kochany miał szychtę w Drołdzie, więc rano zabrał mnie sporo przed czasem i mogłam sobie pozwolić na Czarną w zupełnym relaksie. Po pracy postanowiłam podejść do naszego samochodu, bagatelka, ponad 3 km. Zupełnie niechcący śledziłam przy tym Panią Stempelek, która doprowadziła mnie aż do ulicy Cementowej, w której mi zniknęła jak kamfora. Poza tym po drodze widziałam pana i psa: grubiutki, starszy pan niósł wielki bal, za nim grubiutki, starszy pies niósł duży patyk. Po drugiej stronie drogi minął mnie Chris z kijami golfowymi w plecaku, migający do mnie przewrotnie, że pewnie idę w złą stronę. Po dojściu do celu zakupy w Lidlu z którego wyszłam powiewając bagietką, potem Costa, gdzie przycumowałam w oczekiwaniu na małżonka. Kochany dołączył po piątej (szybka kaffka mężowska), po czem wyruszyliśmy do domu. Obiad (stek, kartofle z wody, brokuły łodygowe w sosie jogurtowo-ziołowym), lenistwo, towarzyszenie Mieciowi oraz cukiernikowi Bartkowi w tworzeniu pavlowej; nie wiadomo kiedy zrobiła się godzina dziewiąta.

środa, 22 maja 2024

1618. Zaklepania i przestoje.

Sprzedawca Butów, który zawsze mnie wyprzedza w kolejce po poranną kawę, ma na imię John. Czyli znamy się bardziej (mogę mu powiedzieć cześć, John).

Kochany smacznie sobie spał po długiej pracy, po południu zaś przyjechał do Drołdy prosto z poszukiwań dobrego mechanika rodzinnego.

Gdy Fred pichcił obiad (wątróbka jagnięca), rozmawiałam z mamą (nic takiego się nie dzieje). Oboje z Kochanym przebieramy już nogami do urlopu, Kochany będzie przebierał w pracy, bo chwilę temu dostał dużo zleceń i jest zajęty przez kilka następnych dni.

Dopisaliśmy się do spisu wyborców głosujących w wyborach do Parlamentu UE w obwodzie 80 (będziemy skreślali krzyżyk w budynku na Ailesbury Rd; woleliśmy ten kierunek, bo łatwo można się tam dostać pociągiem).

Oglądamy starych masochistów i rozmawiamy o fajnych filmach. A potem trzeba coś sprawdzić dla spokojności sumienia (praca nauczyciela bywa głupia). To jeszcze na pocieszkę kupujemy bilety późnosierpniowe do Wawy, żeby było zaklepane.

wtorek, 21 maja 2024

1617. Czas upływa.

Nice. Z rana odkryłam, że jestem chwilowo jakby bogata: jeszcze w czwartek dostałam na konto zwrot podatku (powinnam zaglądać tam częściej). Po pracy wrzuciłam do skrzynki pocztowej list w sprawie medical card (po wcześniejszym telefonicznym upewnieniu się, że wystarczy to, co załączam). A wróciwszy do domu nie zapomniałam wystawić koszów na śmieci z ogródka Anne (co nie miało znaczenia, bo razem z Katlin najpierw je wystawiłyśmy, żeby je za chwilę wstawić z powrotem; czat sąsiedzki jaki się przy tym odbył był długi i owocny, dodatkowo rozmówiłyśmy się z brodatym Li, partnerem Evy, który najbardziej lubi the Prodigy, gdyż ich widział na scenie, jak jeszcze nie byli sławni). Czyli do przodu, nie zapomniałam o ważnych sprawach (za to parę innych odłożyłam). Kochany od popołudnia w pracy; smętnie kręcę się po mieszkanku, czytam głupoty, oglądam głupoty i słucham głupot.

poniedziałek, 20 maja 2024

1616. Letarg.

Wstać trzeba było (bleee, nadal za wcześnie, choć jechałam na dziesiątą). W nocy pobolewały mnie zatoki, ból pozostał ze mną przez pół dnia. Dzień był początkowo słoneczny (o jakiejś piątej rano), potem mglisty i letargiczny, szara kołderka przetarła się dopiero, gdy byłam w pracy. Fred jako najlepszy mąż służył dzisiaj za szofera, więc do domu wróciłam nie tak późno, a po obiedzie zaliczyłam godzinną drzemkę. Kochany obudził mnie o szóstej, jak go prosiłam (musiałam sobie ułożyć w głowie, co tam jutro robię). Po niewielkim dłubaniu w papierach poszłam z Kochanym na randkę nad morze, złapać ostatnie promyki dnia:


Na plaży było kilka osób, w tym parę pluskających się w morzu. Poza tym, małe, popiskujące "biegusy" jedzące ostatnią strawę przed snem (nie wiem jaki to gatunek, widuję je również bardziej zimową porą, jak dreptają między płytkimi falami próbując wyskubać coś z piasku) oraz kilka piesków z rodzicami. Wróciliśmy przed dziesiątą, przez wieś, oglądając takie obrazki:


Tylko na końcu tego spaceru brakuje Ryszarda wyłaniającego się zza zakrętu :(. Po powrocie od razu wskoczyłam pod prysznic. Zdążyliśmy też obejrzeć starego Masochistę o filmie Lubię nietoperze (matuchno, chyba warto zobaczyć w całości).

niedziela, 19 maja 2024

1615. Zmęczenie.

Śniadanie było raczej późno (Kochany nie czuł się w nocy za dobrze, chorował, nie wiadomo, co mu zaszkodziło). W końcu około południa zdecydowaliśmy się na spacer nad morze; na plaży były obchody 125-lecia stacji łodzi ratunkowej, minęliśmy gęstniejący tłum i poszliśmy w kierunku Termon. Siedząc na falochronie zadzwoniłam do mamy złożyć jej życzenia urodzinowe.

Słońce raźnio przyświecało, odpływ był ogromny, więc mogliśmy oddalić się od brzegu i podziwiać zakwitłe glonami rumowiska. Po powrocie do hangaru Majkela stanęliśmy w kolejce po lody i chwilę jeszcze kręciliśmy się w okolicy (zespół grał szanty, był konkurs na najlepszy zamek z piasku, na scenie stanął w końcu chór męski z panami w wieku mocno średnim; spotkaliśmy Lisę, potem Majka z wnukiem i Katlin). Zmęczyła mnie ta przygoda, po powrocie do domu padłam jak kawka, poza momentem przytomności z okazji mężowskiego obiadu, nie byłam w stanie wykrzesać z siebie więcej energii. Wszystko odkładam na jutro, dobranoc.

1614. Gaelic gasp.

Frustracja wygnała mnie z łoża dość szybko, zalegało mi na duszy, że miałam wczoraj sprawdzać, a nie sprawdziłam, poza tym wizję dwutygodniowych wakacji od tej nudnej orki przysłania mi poniedziałkowo-wtorkowy plan robienia osła w zastępstwie Saren. Pomimo tego, że w zasadzie poszłam spać po północy (zafascynowałam się zjawiskiem nazywanym gaelic gasp i nie mogłam się oderwać od yt), gdy Fred wstał, zdążyłam już coś napisać na bloga i wkurzyć się kilkakrotnie, że nie mam w one drivie kilku rzeczy, które powinnam tam mieć. 

Zjadłam z Kochanym drugie śniadanie (robaki; na pierwsze były ogóry małosolne, a co!), następnie mąż widząc, że się pałuję z rzeczywistością, zaproponował dwa plany. Wybrałam drugi: jedziemy do miasta na kawę, kupujemy żarcie, idziemy na spacer nad Boyne. Grand! (+ gaelic gasp).




W zakolu rzeki lato w pełni. Droga przez most była zamknięta (nadal remont, pojawił się murek, którego tam wcześniej nie było), więc mogliśmy swobodnie przejść się odcinkiem, który zazwyczaj pokonywaliśmy gęsiego, mijani przez samochody. 


Dopiero teraz doczytałam w sieci, że to ostatni dzień takiej laby, bo most zostanie otwarty 20 maja ... czyli jutro dzisiaj jutro.

Po powrocie do domu Fred zrobił obiad, potem doturlaliśmy się do Ka&Jot, na wieczorną konsumpcję ciasta, rozmowy, głaskanie Pieseła i seans Hel Kingi Dębskiej (2009). 


Potem Pieseł na spacer, my do domu. Prysznice, ostatnie precelki, Fred coś na zatoki, dobranoc.

piątek, 17 maja 2024

1613. Kamień w kropki i paski.

Rozlazł mi się ten piątek niemożebnie.

Obiad był w Termon (dobry pomysł), przy okazji kupiliśmy prezent na bardzo okrągłą rocznicę Jot. Po długiej przerwie spotkaliśmy się z Wojtkiem, który właśnie kończy pierwszy rok studiów i wydaje się zadowolony z życia tutaj. Fred zgodził się mu pomóc w akcji szukania przechowalni dla paru tobołków. Zajechaliśmy więc do miasta, zaszliśmy do Costy (chłopaka, zupełnie przypadkowo, zgarnęliśmy po drodze), po rozmowie podjechaliśmy do domu przyjaciół, żeby pokazać Wojtkowi, gdzie jego lary i penaty będą na niego czekały we wrześniu (i wręczyliśmy Jot prezent).

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na dawno nie odwiedzanej plaży. Na morzu był bardzo daleki odpływ, flauta, dźwięki ptasze (ostrygojady nad głowami, w oddali mewy, nadal wielkie; wrony zapatrzone na horyzont, parę gawronów szukających ciekawostek kulinarnych pod kamieniami). I takie coś ładne znalazłam, kolejną skamielinę koralowca:


Głowę miałam zajętą nie wiadomo czym, bo jak wspomniałam, osiągnięć w czymkolwiek brak. Dopiero o ósmej wieczorem zauważyliśmy, że nie ma chleba, Kochany wyjechał do sklepu w mieście, poza chlebem przywiózł truskawki, chlebowe bąbelki i robale na śniadanie. Czyli ożarłam się chlebem z truskawkami o dużo za późno; słuchamy VooVoo, Łobi Jabi (1993), bo nam znowu smutno (Lisa pochwaliła ogród, gdy wróciliśmy, chwaliła siedząc w samochodzie, good effort, fair play to you, uciszając małego Ethana, a na nas zaczął padać deszcz).

czwartek, 16 maja 2024

1610-1612. Aliści, konstans.

Wtorek
Kochany pracował po południu w Drołdzie. Początkowo miałam nadzieję, że spotkamy się na chwilę po mojej szychcie, ale zapomniałam, że jakiś czas temu dostałam bilet na lokalne wydarzenie, które jest akurat tego wieczora. 

Wracając z przystanku natknęłam się na psiego sąsiada, dość czystego i mającego mnie w dobrej pamięci. Wyniosłam mu karmę, która czekała na niego w schowku. Cieszę się, że nadal żyje, mały paddy (miał nawet obróżkę, może ktoś zaczął w końcu o niego dbać). A skoro pojawiła mi się w głowie kwestia psia, podczas robienia obiadu zadzwoniłam do mamy i akurat zastałam ją czekającą na wyjście tatki z Maksiem od weterynarza. Pies ma jakieś torbiele, lekarz próbuje się ich pozbyć w mniej inwazyjny sposób (jeśli codzienne wizyty nie pomogą, konieczna będzie operacja).

Wieczorne spotkanie w Drołdzie trwało ok. dwie godziny (od siódmej; zadziwiająco dużo lokalesów wylało się na ulicę). Saren przywiozła mnie i odwiozła. Katriona była przebojowa, ale ponieważ mówiła o uzależnieniach (coś, na czym się trochę znam i mam niejedną opinię), nie urzekła mnie aż tak.

Środa
Poranek chłodnawy, potem środa całkiem ciepła. W ciągu dnia krótko rozmawiałam z Gronją (chyba mała robótka się szykuje). Kochany wrócił późno (nad ranem) i pojechał na kolejne popołudnie/nockę, więc ponownie się rozminęliśmy. Obiad, ogarniam papierologię, słucham popowych staroci.

Czwartek
Kochany wrócił jeszcze później niż wczoraj, gdy położył się do łóżka miałam tylko godzinę snu przed sobą. Truskawki na śniadanie (potrzebuję przejść na dietę truskawkowo-małosolną, już czas). Małżonek przyjeżdża po mnie do miasta, spotyka mnie w Czarnej, już na niego czekam, pijemy płyny, rozmowa podąża w różne nieskoordynowane strony.

Urządziłam się, rzekłam.
Ciekawe, jakby tak wszystkich Twoich chłopaków postawić obok siebie ...
I've improved.

W polskim sklepie kupujemy dziwne rzeczy: pierogi z kapustą i pepsi (mój obiad), racuchy z jabłkami (Fredowy obiad, do pełni zadowolenia potrzebny mu jeszcze tylko cukier puder szczęśliwie w szafce odnaleziony), ogórki małosolne, hummus z Warszawy. Gdy już jesteśmy w domu, na nasz ogród spada rzęsisty, letni deszcz (stoimy w drzwiach, patrzymy jak leje i wspominamy Rysia). Telefon do rodziców był po naszej ósmej (mięso się robi, mama je ogórki, Maksio zdrowieje).

Gra Variété, Zielonookie Radio 'Romans'.

poniedziałek, 13 maja 2024

1609. Zmiana nastroju.

Zaplanowałam pobudkę o ósmej, i słusznie, rzeczywiście potrzebowałam snu, obudziłam się tuż przez budzikiem. W przyrodzie zmiana nastroju, wiatr i deszcz (Ryszard byłby poruszony do głębi). Kochany odkrył, że jednak nie jedzie dzisiaj do pracy, bo mu się dni pomyliły, więc mógł mnie podwieźć (zajęło nam to dwa razy tyle czasu co normalnie, ponieważ dopiero będąc pod Centrum zorientowałam się, że zapomniałam telefonu).

Dzień rozpęknięty dość krzywo: znalazłam się w pracy dobrą godzinę przed zajęciami, wyszłam na kawę, potem szybko zleciał mi tutoring i ponownie spotkałam Kochanego o trzeciej. Fred zrobił obiad, gdy ja klikałam nie wiadomo w jakiej sprawie. Po jedzeniu wpadłam w króliczy dołek papierologii, niewielki, ale wystarczająco, żeby się zirytować (zwrot podatku za ostatni rok, mecyje z kartą medyczną). Już nie chciało mi się wyciągać papierów szkolnych, zdążę, awrio. Obejrzeliśmy Prochy Angeli (1999) Parkera i długo o filmie rozmawialiśmy (ciekawy, nierówny, pełen niedomówień).

Ostatnio w Polsce ciągle coś płonie, tym razem jest dym nad Łąkami.

niedziela, 12 maja 2024

1608. Powrót z "wakacji".

Pobudka o czwartej, w ciemności za oknem ptasie koncerty. Hana była bardzo spięta, wiadomo, pierwszy raz wyruszała sama z tak dużego lotniska. Po odstawieniu Nastolatki na miejsce, przysiedliśmy jeszcze chwilę u Cloud Pikcer, przy dobrej kawie i ciastkach (o jaki ten rogal z różowym nadzieniem był pysznościowy). Cztery godziny od pobudki pościel była już przebrana i razem z ręcznikami zaczynała się mielić w pralce, Hana siedziała w samolocie, a Kochany wrócił do łóżka, żeby odespać zbyt wczesny poranek. Usiłowałam obejrzeć film na podstawie ostatnio przeczytanej książki le Carré, Murder of Quality z Denholmem Elliottem (1991), ale po godzinie odpadłam ze zmęczenia

Jeszcze wczoraj zastanawiałyśmy się z Haną, co to za dziwne owady siedzą letargicznie na brzegach dwóch donic z przekwitłymi narcyzami. Dzisiaj już wiem: pobzyga cebularz zwana narcyzówką, mucha udająca trzmiela (bo lepiej być trzmielem niż muchą ;)), prawdopodobnie wykończyła mi kilka kwiatów. Całkiem możliwe, że larwy przywiozły się ze sklepu ogrodniczego (może w Bella Vistach?). Postanowiłam wykopać cebule z trzech najbardziej przekwitłych donic i zastanowić się, co z nimi zrobić (nie mogę być do końca pewna, które są zarażone, znalazłam kilka gnijących; za jakiś czas rozdzielę je do świeżej ziemi i będę się na jesieni przyglądała sytuacji — teraz przynajmniej wiem, na co zwracać uwagę).

Pranie pięknie schło w letnim cieple, Fred skosił trawnik, ja po przejściach narcyzowych udałam się na krótkie kimono, po czym przed trzecią zdaliśmy sobie z Kochanym sprawę, że nie mamy nic szczególnego na obiad. Pojechaliśmy do Drołdy (najpierw zapobiegliwie mąż ściągnął pranie), na obiad do CG, a potem na kawę do Czarnej. Już kiedy wychodziliśmy z restauracji padało, a po kawie prawie lało, nad głowami zaś pomrukiwała nam letnia burza. Teraz jest pięknie, mrok, ziemia tak ładnie pachnie.

Opóźniłam przygotowywanie się na jutro jak długo się da, ale w końcu coś tam musiałam sobie ułożyć (a jeszcze więcej odłożyć). Wskoczę wcześniej do łóżka, żeby mentalnie ogarnąć koniec "wakacji".

sobota, 11 maja 2024

1607. Dzień przed wylotem.

Bardzo wcześnie jest jasno, jestem pewna, że na dobre przebudziłam się już po piątej. Nie mogąc ponownie zasnąć wygramoliłam się z łóżka, żeby zrobić sobie herbatę, wróciłam do wyrka i otworzyłam książkę. Morderstwo doskonałe le Carrégo zostało doczytane około godziny ósmej :D Naprawdę, bardzo miły początek dnia, powinnam tak częściej.

Po śniadaniu wybraliśmy się do Drołdy, żeby Hana mogła wysłać pocztówkę do przyjaciółki, oraz na kawę na West St (po drodze zerknęliśmy na szczerzącą się głowę Plunketta).

Wspaniała, letnia pogoda. Z Drołdy wyjechaliśmy do Malahide Castle. Rozczarowała mnie motylarnia (jeszcze bardziej, niż poprzednio), która wygląda tak, jakby już nikt o nią nie dbał, za to reszta spaceru przebiegła zgodnie z optymistycznymi przewidywaniami; dla nas to przedsmak wakacyjnego obiboctwa, którego spodziewam się za ponad miesiąc, dla Nastolatki ostatni dzień w Irlandii.



Chodziliśmy bardzo wolno, pokazując sobie motyle, kurki wodne i inne ptactwo, koty, wiewiórki i kłóliki. Do domu wróciliśmy zmęczeni ciepłem i mimowolną głodówką podróżniczą. Wypchaliśmy się makaronem po czubki uszu, Nastolatka spakowała walizkę i poszła sama na plażę, pożegnać się z morzem; trochę rozmawialiśmy o głupotach, jedliśmy truskawki; zerkałam na głosowanie Eurowizji (piosenek nie chciało mi się słuchać, ale Szwajcar jest faktycznie ok). Jutro pobudka przed  świtem (więc idę spać).

piątek, 10 maja 2024

1606. U Olbrzyma.

Dawno mnie tam nie było, na Grobli znaczy. Kochany bywał z gośćmi, ja ostatnio w sierpniu 2017 roku, gdy pierwszy raz przyleciałam do Irlandii. Wstaliśmy wcześniej, żeby po dziewiątej odpalić rakietę. Rano przeczytałam u Rybenki, że ona była wczoraj. Czyli się rozminęłyśmy :) 

Marsz od po dwunastej do po trzeciej; ciepło; samochód na parkingu Causeway Coast Way, stamtąd spacer najpierw górnym szlakiem aż za Amfiteatr, do ławeczki na której rozłożyliśmy się z napitkami. 




Pogoda wspaniała, niezbyt wietrznie, słońce nienamolne, much dużo, wszystkie przyjazne; piątek, więc udawało się zrobić zdjęcia krajobrazu bez turystów. Po ławeczkowym przystanku powrót do zejścia schodami i spacer do Amfiteatru dołem, następnie powrót po własnych śladach i zejście jeszcze niżej, do Port Ganny.






Droga powrotna z Północnej była monotonna i męcząca. Obiad, bardzo spóźniony, już "u siebie": z żołądkami zawiązanymi na supeł dojechaliśmy do Borzalino, żeby wymieść talerze do czysta zanim obsługa zdążyła mrugnąć. W domu prawie od razu poszłam pod prysznic; byliśmy tak zmęczeni, że zaległa między nami cisza, każdy regeneruje mózg w swoim własnym ekosystemie. U mnie od wczoraj kryminał le Carrégo, Morderstwo doskonałe (Sonia Draga, 2013). Za oknem nadal ptasie koncerty.

czwartek, 9 maja 2024

1605. Zbierając siły.

Dzień od początku zapowiadał się na słoneczny i ciepły, więc wyjechałam z domu tylko w marynarce, bez kurtki. Chwilę po dziewiątej zorientowałam się, że dzisiaj pracuję krócej, zmieniło to nasz wspólny plan (po drodze miałam ekspresowe spotkanie z Bridżet w temacie kontraktu); wyszłam z budynku Centrum tuż po dwunastej i od razu, we trójkę, pojechaliśmy do Carlingford (w drodze krótka rozmowa z czubkiem głowy mojej mamy, która siedziała w pracy cichej jak makiem; a to wszystko przez to, że rano się pomyliłam i wysłałam wiadomość tekstową do niej, zamiast do męża mego ślubnego; poza tym w górach widać kwitnienie bluebells bardzo wyraźnie).

Najpierw była wizyta w znajomym miejscu, gdzie nasza gościni kupiła kubek dla siostry, chwila rozmowy z Aś, i wylądowaliśmy w herbaciarni Ruby Ellen. Po obiedzie spacer po mieście, szukanie pocztówki, oglądanie cmentarza i kościoła cabrio oraz wizyta w rupieciarni Williego (Hana kupiła dwie następne książki).

Poszliśmy też na molo, żeby popatrzeć jak języki mgły wędrując wzdłuż wybrzeża wchodzą w zatokę (powietrze znacznie się ochłodziło), i wróciliśmy do samochodu przez zamek króla Jana (cały ten czas oboje z Kochanym byliśmy w identycznych, czerwonych t-shirtach Siekiery, już we właściwych rozmiarach, bo rano na szczęście zauważyłam, że niechcący się zamieniliśmy). 

W drodze powrotnej rozbolała mnie głowa, efekt taki, że na dłuższą chwilę zamknęłam się w sypialni.

Pierwszą przeczytaną książką z weekendowego stosu zostało Misterium Czarnika (Nisza, 2023), krótka, poetycka opowieść o geju ze wsi, który mocuje się ze swoją tożsamością. Na LC książka została raczej zjechana. A mnie się podobała. Wczoraj zaczęłam, dzisiaj doczytałam, akurat gdy leczyłam ból głowy małą kawą zrobioną przez Kochanego. Fred przygotował dla nas kolację (sałatka grecka z lokalnymi robakami), po której mogliśmy się pozapadać w fotele i łóżka zbierając siły przed jutrzejszą przygodą.

środa, 8 maja 2024

1604. Streszczenie.

Kochany zawiózł mnie do pracy, po czym razem z Haną wyjechał na południe, żeby chodzić w górę i w dół po Glendalough (w międzyczasie kupił Nastolatce nowiuśkie merrelle). W pracy spędziłam kilka godzin z Matju. Podróżnicy wrócili przed ósmą i zaraz po zjedzeniu późnego obiadu zapadli w letarg. Maksiu chyba ma się lepiej, nadal nie wiadomo, co mu dolega (wieczorem rozmawiałam z rodzicami).

wtorek, 7 maja 2024

1603. Po długim weekendzie.

Wracałam do domu z myślą, że zaraz zasiadam do laptopa i kupuję bilet powrotny z wakacji. Jakby mnie gdzieś tam usłyszeli, gdyż po czwartej otrzymałam maila z informacją, że dziękują mi za aplikację, ale nic z tego. Nie powiem, zrobiło mi się przykro, na kilka sekund (rozmowa o pracę mi nie poszła, tak uważałam, więc nie miałam oczekiwań na wyrost). Będę się tym kiedyś martwiła, ale nie dzisiaj (kupiłam powrót w fotelu obok Freda, cudownie!).

Tak w ogóle, to Kochany znalazł czas, żeby mnie rano podwieźć do pracy, a potem zabawiał Hanę kolejnymi lokalnymi atrakcjami (ok. szóstej oboje wrócili ze zwiedzania neolitycznych grobowców). Obróciłam się kilka razy wokół własnej osi, zjedliśmy obiad i zrobiło się po siódmej. 

Nareszcie skończyłam Babilon Nowaka/Obirka (Agora, 2022), częściowo z ulgą, bo temat niespodziewanie mnie zmęczył. W domu cisza, mąż coś tam dłubie w Kuchniosalonie, młodzież pewnie czyta, a mnie dręczy mały głód.
___
23:24 zjadłam Fredową zupę grzybową z razowym makaronem, porozmawialiśmy z młodzieżą (okazuje się, że młodzież zna Miecia) o lekturach, maturach (dzisiaj przecież odpalił polski) i bzdurach. Bardzo mile spędzony wieczór, tylko znowu kołderka nocy przykrótka. 

poniedziałek, 6 maja 2024

1602. Kaczki relaksują.

Jak w tytule. Wstaliśmy ciut wcześniej niż ostatnio, żeby dojechać do kaczek w Północnej o ludzkiej porze. I rzeczywiście, najpierw załapaliśmy się na pokaz karmienia ptaków za kwadrans pierwsza, a potem (choć nie sądziliśmy, że tak długo zostaniemy) na karmienie rączką własną o trzeciej. W Castle Espie widać kolejne zmiany: tym razem siatkę rozciągnięto nad zwiedzającymi, więc kaczki/gęsi mogą podejść do ludzi, jeśli taka ich wola. Jest ich mniej niż w 2021, reguły przytułkorezerwatu też się nieco zmieniły, ale życie trwa dalej. Nie wzięłam ze sobą aparatu fotograficznego, tylko iPhone'a, miało to swoje dobre strony (zamiast patrzeć przez obiektyw, chłonęłam atmosferę).





Udało się nam pozostać w tym miejscu do trzeciej, ponieważ poza spacerem zaliczyliśmy także zupę w lokalnym barze. Do tego nastolatka zrobiła ciekawe zakupy (urocze przypinki i używane książki). Rano był plan odwiedzenia po drodze jeszcze jednego miejsca, ale rzeczywistość go zweryfikowała (czas nie jest z gumy, dla nikogo). 

U rodziców Maksio ma się troszkę lepiej, ale poprawa nie jest spektakularna. Kochany po powrocie zabrał się za wszelkie sprawy domowe, podczas gdy ja i Hana zaczytywałyśmy się w lekturach różnych. Tak więc obiad został mi podstawiony pod nos, potem bla bla, prysznic i klikanie z unikaniem pogłębionych przemyśleń, że jutro trzeba wracać do pracy.

niedziela, 5 maja 2024

1601. Powtórka z Dublina.

Nie zerwaliśmy się do śniadania od razu, siedzieliśmy w łóżku popijając pierwsze poranne napitki z nowych kubków. W takiej pozycji zadzwoniłam też do mamy, która akurat przeglądała stare papiery i wyrzucała niepotrzebności, np. wyciągi z mojego nieistniejącego konta. Przy okazji wyłowiła starą pracę licencjacką z WSF-u: Działalność kartograficzna i pisanie jako motywy kolonialne w "Jądrze ciemności" Josepha Conrada. Mądre, najs, kiedyś sobie przeczytam :D Rodzice czują się dobrze, w planach niedzielnych mieli sortowanie wielkogabarytowych śmieci i inne pożyteczne sprawy. Niestety, Maksio im choruje, wczoraj był awaryjnie u dochtórki, rodzice próbują go wyleczyć z poważnego zapalenia psiej pupy.

Usz ze Szwagrowskim zapowiedzieli wizytę na wrzesień. Superowo.

Zanim wyjechaliśmy, do naszych drzwi zapukałan Anna. Otworzył jej Fred (akurat byłam w szlafroku i jadłam śniadanie), ale sąsiadka chciała porozmawiać ze mną. Jeszcze raz powiedziała mi, że nie wiedziała o tych ptakach, była w związku z tym pokojowa wymiana zdań. Nie wierzę jej, ale się nie przeprowadzamy, więc relacje sąsiedzkie będą podtrzymane. 

Słonecznie i ciepło, miasto wydawało się nam nieco wyludnione. Najpierw wyjechaliśmy M2 do znanego nam już zakątka w Inchicore na połów polskich książek za 1 lub 2 euro (wycena na oko, na podstawie grubości egzemplarza). Efekt imponujący (to tylko nasz stosik, nastolatka ułożyła sobie własny; Orbitowski dostał się mi za darmo, jako bonus):

Nurkowaniu w makulaturze i czat z bibliotekarką (ta sama pani, co w zeszłym roku, nadal ma pretensje do Tokarczuk) trochę trwało, następnie obraliśmy kierunek na Glasnevin. Po wejściu na teren cmentarza od razu skierowaliśmy kroki do Tower Cafe, gdzie Hana zjadła swój pierwszy w życiu quiche. Spacerując i rozmawiając dotarliśmy do ogrodu botanicznego. Było warto, od naszej ostatniej wizyty miejsce wybujało roślinnością, szklarnianą i każdą inną też.



Hitem ogrodu była feeria rododendronów, wszędobylskie wiewiórki szare, żółw błotny drzemiący na skraju stawu oraz kurki wodne pływające z gromadą kurcząt. A dla mnie jeszcze Kociara, jak wyjęta z kartek Ciemno, prawie noc, nęcąca wiewiórki.

W drodze do domu na dłużej zatrzymaliśmy się w pawilonach Swords, nasz gość chciał zrobić zakupy w Bootsie, my też się z chęcią poplątaliśmy tu i tam (i w końcu nabyłam osłonkę na szczoteczkę). W domu byliśmy po szóstej, ledwo zrobiłam obiad i padłam jak kawka. 

Aplikacja w iPhonie podpowiada mi, że wychodziłam mniej kroków niż wczoraj, mimo to jestem bardziej zmachana. Zapewne dołożyła się do tego cieplejsza pogoda. Regeneruję się, jak mogę (płyny, zajęcia inne, niż przebieranie nogami).

sobota, 4 maja 2024

1600. Sobota w Dublinie.

Sobotę zaczęliśmy spokojnie, oczywiście mieliśmy w głowie ogólny plan, ale obyło się bez pośpiechu (czyli nic nowego sub sole). Podczas robienia śniadania zauważyłam, że do Anny przyjechał ten sam facet, który wczoraj grzebał przy rynnach. Gdy Fred wyszedł do ogródka, gość nie omieszkał go natychmiast poinformować (w bardzo ugrzecznionej formie), że coś tam odetkał i wszystko jest w porządku. Nie wnikam, albowiem ... gdy ludzie mnie w ten sposób rozczarowują, ma to dla nich dalekosiężne konsekwencje i pfe ze mną pozostanie.

Po śniadaniu wyjechaliśmy do Dublina; na początku mżył na nas lekki deszczyk, ale w drodze wszystko się wyklarowało. Kochany zaparkował pod stacją Connolly i stamtąd ruszyliśmy we trójkę na bardzo długą przechadzkę po stolicy. 

Weszliśmy na moment do Merrion Square, żeby przywitać się z Oscarem, i na dłużej do galerii narodowej:



Znalazłam przyjemność w tropieniu malowanych piesków, zauważyłam też Nano Reid :) Niestety, nie mogliśmy zobaczyć Caravaggia (aktualnie jest w Belfaście). Wizyta miała Hanie unaocznić Dublin od strony kulturowej, ale nie zamierzaliśmy jej dręczyć i rzecz nie była przeciągnięta ponad miarę.

Spacer (i pewnie też chłód) zaostrzył nam apetyty; zdecydowaliśmy, że na obiad pójdziemy do Milano na 38 Dawson St (na talerze wjechały pizze, które zostały wymiecione do czysta):


Zamiast rozejrzeć się w Milano za deserem, w celach poglądowych przeszliśmy do Bewley's na Grafton St. Kawiarnia z witrażami zrobiła na Hanie wrażenie :)


Po deserze był dalszy spacer, odwiedziny u Zielonego Stefana i powolny powrót przez miasto, z zaglądaniem w okna wystawowe i zakupy w Tower Records. 




Hana kupiła kilka płyt, Kochany dodał jej kilka kolejnych, oboje z małżonkiem zrobiliśmy sobie wzajemnie prezenty kubkowe z cytatami z Ojca Teda. W nogach ponad 10 km :)

Po powrocie do wsi, pod domem napatoczyliśmy się na Katlin, która podekscytowana wprowadziła nas w ostatnie wydarzenia oraz swoje przemyślenia związane z Majkelem, jego groźbami w kierunku Anne (coś się zadziało w czasie naszej nieobecności) i próbą sąsiedzkiej pomocy. Mamy być grupą wsparcia; będziemy na tyle, na ile możemy. 

Obyło się bez kolacji, przeważyło zmęczenie. Przysłuchując się rozmowie trwającej w Kuchniosalonie za ścianą z przyjemnością stwierdzam, że nastolatka się nam zrelaksowała i poczuła pewniej.

piątek, 3 maja 2024

1599. Dzień pierwszy.

Fred przywiózł gościa jakoś po drugiej, wyrwało mnie to ze snu, ale zdecydowałam, że przywitam się rano. Pomimo tego, że spałam niewiele, dość szybko się obudziłam, Kochany wyjechał na Północ, a ja zajęłam się wprowadzaniem Hany w wiejskie rozrywki. Po śniadaniu wyszłyśmy w kierunku plaży, zatrzymałyśmy się na kawę (gościni była zaskoczona, że w tak małej wsi jest tak profesjonalnie wyglądające miejsce) i obeszłyśmy Głowę; nie zrobiłam zbyt wiele zdjęć, za bardzo byłam skupiona na rozmowie i opisywaniu krajobrazu:



Duszno, zawiesina na horyzoncie skutecznie przysłoniła góry i inne punkty orientacyjne; po marszrucie byłyśmy nawet nieźle zmęczone, więc obiad i sjesta; Fred wrócił szybciej niż się spodziewałam, we troje spędziliśmy wieczór na pogadankach (albowiem wygadani jesteśmy bardzo, starsze pokolenie z pewnością ;)). 

Nastrój zwarzyło mi sąsiedzkie odkrycie. Jeszcze przed wyjściem na spacer zauważyłam, że u Anny jest facet, który naprawiał dziurawą obudowę rynny, a na dachu obok niego kręcą się szpaki. Pomyślałam, że przecież ma rozum i wiedziałby, gdyby w środku było gniazdo. Obudowa została naprawiona, ale po południu nadal widziałam szpaki usiłujące wejść pod rynnę, z robalami w dziobach. Postawiłam na bezpośredniość i zaszłam do Anny, zapytałam ją czy w środku jest gniazdo. Sąsiadka powiedziała mi, że szpaki próbowały je zrobić, na co ja jej, że nie sądzę, bo gniazdo chyba już tam jest, i to z młodymi. Rzeczywiście zresztą, stojąc tak pod domem usłyszałam ich głosy. Anna zmieniła front i stwierdziła, że jutro rano wezwie tego samego gościa, żeby odetkał dziurę, którą naprawił, a ponieważ stało się to zdecydowanie za szybko, sądzę, że od początku wiedziała o całej sytuacji. Myślę też, że jeśli jutro dziura nie zostanie odetkana, więcej się do niej nie odezwę. Postanowione.

Anne wróciła na tydzień, uściskałyśmy się i chwilę rozmawiałyśmy o rzeczach lekkich i zabawnych (jak np. takie, że Hana już poznała białego gamonia, i że kot próbował jej wcisnąć jakoby był moim hojnie dokarmianym ulubieńcem). Nie wnikam w kwestię Majkelową, sama się wyjaśni z czasem.

czwartek, 2 maja 2024

1598. Nie/ład.

Pogoda szara i ciepła. Na kasztanowcu kwitnącym nad przystankiem od rana pracują pszczoły. Kochany znowu wyjechał o bardzo wczesnej porze; doturlałam się do Centrum zwyczajowo, z porannym postojem w kawiarni. I proszę, bezosobowe pogodynki wieszczyły, że będzie padało, a tu wcale nie, goretex ciążył na plecach, gdy czekałam na Kochanego pod zamkniętym na głucho M&S. Zaczynam długi weekend, jednak wizyta nastolatki poważnie zacienia tę przyjemną myśl. Nie jestem przygotowana, logistycznie (w domu ciastno i nieład, mnie nie przeszkadza, ale gość zmusza do spojrzenia na świat choć przez chwilę jego oczami, a ja nie mam na to ochoty) oraz mentalnie (czy zamiast tego mógłby być kot na przechowanie?). Ze sprzątania wynikają jednak dobre rzeczy, np. odkleiłam z  sufitu łazienki trzy zimujące tam ślimaki, które się coś zagapiły, i zaprosiłam je do ogródka, i podłoga jest teraz jakby jaśniejsza oraz trochę jej więcej). Całkiem ładnie to wygląda, chociaż stres też jest (skąd wiadomo? zjadłam przeterminowany serek waniliowy, bardzo dobry).

Przylot miał być trochę po północy, tymczasem wiemy, że samolot będzie spóźniony przynajmniej o pół godziny. Kochany jutro pracuje, więc próbuje złapać z godzinę snu. Czuwam.

środa, 1 maja 2024

1597. Dzień o nazwie Środa.

Po wczorajszym dniu porywistoponurackim wróciło złudzenie wiosny, ptaszę kwili, pojawiło się słońce. Kochany pewnie wstał o drugiej i wyjechał, gdzie miał wyjechać, bezszelestnie, albo tak byłam złakniona snu. Na przystanku wiatr obejmuje mnie ozięble.
___
edit 17:30 nareszcie obydwoje w domu. Wprawdzie, gdy wyszłam zza winkla, okazało się, że samochodu Freda nadal nie ma, ale Kochany dojechał ledwo zdążyłam się przebrać. Herbata zrobiona, kaczka w piekarniku, marchewka starta. 
___
edit 19:30 Fred już wskoczył pod kołdrę. Poszłabym w jego ślady, ale kuchenka, ale może jedna czy dwie prace do sprawdzenia. Poza tym, kusi mnie i wiem, że ulegnę: będzie kobra, tylko jeszcze nie wiem jaka. Wcześniej rozmawiałam z tatą, który sądził, że mamy dzisiaj wolne (tatko jak zwykle pracuje, zapisuje które ptaki kiedy przylatują i zdaje relację z ostatniej nocki, gdy obudził go tętent stada jeleni). W Polsce bardzo ciepło.
___
edit 22:25 Kto zabił św. Mikołaja (1972) z Milewską, Chamcem w peruce, Kowalewskim. Nawet przyjemne, chociaż groteskowe (poza tym od początku wiedziałam, kto jest czarnym charakterem). Word w offisie doprowadza mnie do pasji szewskiej. Czyli pora sprzątnąć stół i spaćku (kuchenka nadal brudna; awrio).