[go: up one dir, main page]

Strony

niedziela, 31 lipca 2022

957. Dzisiaj ...

Ryszard od rana przyuczał teściową do karmienia kota. Idzie jej dobrze. Potem jemy śniadanie, teściowa do kościoła na wpół do dwunastej, a ja prasuję wczorajsze spodnie, coby pozbyć się z nich wilgoci. Bo dobre są, dzisiaj znowu ruszyłam w nich na stolicę. W międzyczasie krótko spiknęłam się z Luś, która zrywała morele w swoim sadzie, widać, że chciała mi wszystko pokazać, ale porozmawiamy dłużej, gdy teściowa wyleci do Polski. 

Nastawieni na ekscesy pogodowe wybraliśmy się do Dublina samochodem, który został zaparkowany przy Merrion Square. Krótka wizyta w parku i chwilowy pobyt pod Oscarem zostały zwieńczone wejściem do galerii narodowej:






Ostatnio byliśmy tutaj z Fredem w maju 2019 roku. Przestawili nam Caravaggia, ale w końcu go znalazłam. Niektóre obrazy rozpoznawałam, inne przegapiłam, po dwóch godzinach wyszliśmy z budynko mocno zmachani kontaktem z kulturą. Zjedliśmy tani obiad w Toltece na Suffolk St i wypiliśmy dobra kawę w Caffè Nero pod 29 Dawson St (niedaleko złotej małpy). Teściowa chciała jeszcze zobaczyć trochę architektury, ruszyliśmy więc przez Stefana w drodze do auta klucząc jak kłóliki. Dla odmiany dzisiaj pogoda dobra, deszczu brak, wiatr w miarę, wystarczyła mi pasiasta marynarka.

Wracając w kierunku Merrion Square rozczuliłam się wlepkami:


Dopiero po powrocie do auta zauważyłam, że zaparkowaliśmy pod domem pana od kota, Erwina Schrödingera.

Jestem zmęczona, trochę boli mnie gardło, to drugie raczej z uwagi na wczorajszy rejs przez deszczowe miasto po irlandzkiej tupaninie. No i koniec z tym lipcem. 

956. Wczoraj ...

była urodzinowa rozmowa z Usz (szwagierka akurat gdzieś pomiędzy Krakowem a Wawą przyjęła życzenia wszystkiego).

Przed obiadem nic ciekawego, ot, domowe szuranie i rozmowy nieskoordynowane. Obiad, gmyramy się do wyjścia. Miało być dobrze, na nogach skarpetki w jeże, wyżej lniane spodnie Poetry i kraciasta, zajebista koszula Joseph z fikuśnymi rękawami. Wpadłam na pomysł, żeby wziąć ze sobą granatowy płaszcz, co potem okazało się kluczowe.

Gdyż po wyjściu ze stacji Connolly zaczął kropić na nas deszcz. Na początku niewielki, poza tym pierwszy przystanek w drodze do tuptania nie był bardzo daleko.

Bo znowu wylądowaliśmy na Grafton St w Bewleys. Siedliśmy niedaleko wejścia, obok nas dwie kobiety w różnym wieku, jedna z nich, ta starsza, okazała się zakonnicą o imieniu Lisa, która była kiedyś w Polsce, w ... Polanicy. Skąd wiem? Bo ja się nie mogę opanować, żeby nie gadać z obcymi ludźmi. Obsługiwał nas kelner, Luke.

Po wyjściu z kawiarni okazało się, że pada jeszcze bardziej. Ogaceni czym tam było pod ręką doszliśmy do centrum handlowego Stephen's Green. W TK Maxxie teściowa niespodziewanie dla samej siebie kupiła sobie walizkę na czterech kółkach (stara zostanie u nas). Z nosami po których ściekał nam deszcz przeszliśmy pod Gaiety Theatre, ale ponieważ był jeszcze czas, po sąsiedzku weszliśmy przeczekać te pół godziny w Caffè Nero. Potem zostawiliśmy walizkę w recepcji teatru i przez prawie dwie godziny słuchaliśmy tuptania Riverdance. Brandon Asazawa fikał w głównej roli męskiej (podobno dopiero kilka tygodni temu został solistą).

Po przedstawieniu już nie padało. Lało. Fred prowadził nas w deszczu  i ciemności do stacji Pearse, z postawionym kołnierzem, dźwigając w ręku walizkę i oglądając się od czasu do czasu za siebie. Wyglądał jak morderca ze zwłokami w bagażu, jak w amerykańskich filmach noir.

Przejechaliśmy do stacji Connolly i tam poczekaliśmy pół godziny na połączenie do naszego miasta. Chociaż spodnie kleiły się mi do ciała, wcale nie było zimno. Mokra i ciepła noc.

Jeszcze słyszę to tuptanie, to w pociągu Fred (ja też). W domu chwilę po północy. Ryszard czekał zmoknięty przed domem. Mamy od kota naganę. 

piątek, 29 lipca 2022

955. Spokój.

Teściowa zachwycona jest naszym wsiowym wybrzeżem, i słusznie. Spacerowała z Kochanym, gdy byłam w pracy, multum zdjęć zostało zrobionych, będą rozsyłane po świecie.

Mam mocne postanowienie poprawy w temacie drugich śniadań, bo już dość się napatrzyłam na lunch boxy Luizy i innych koleżanek z Centrum (czy ja już nie miałam tego postanowienia, ale mi zetlało?). A na razie Fred zrobił krewetki z sałatką grecką na obiad. 

Słuchamy płyty Odpoczna, przy okazji zapoznaję się z rodzinną historią teściów mającą swój wątek w lasku pod Odrzywołem. Potem rozmawiamy o genealogii.

Ostatnie dwa odcinki Mistrza i Małgorzaty obejrzane. Chyba pora wrócić do powieści. Na razie śpiączka.

czwartek, 28 lipca 2022

954. Nas-troje.

Noc miałam niespokojną, z rana czułam się jakby ktoś dał mi przez głowę. Pomna planów na dzisiaj nastawiłam budzik na szóstą, ale obudziłam się wcześniej i wyłączyłam dziadostwo. Nie było sensu z bólem zatok stresować się i w pośpiechu nanosić korekty przed odesłaniem pliku z tekstem. Zrobiłam Kochanemu kanapki i małżonek z mamą udali się w kierunku Grobli Olbrzyma beze mnie. Zostałam na cały dzień w domu z kotem, wrzuciłam w końcu pracę na stronę, poinhalowałam się gorącą herbatą i ogólnie spędziłam czas sama ze sobą. Ryszard leżakował w sypialni od rana do czwartej po południu — mieliśmy wspólną popołudniową drzemkę, po której każde zjadło swój obiad, on indyka w białym sosie, ja mashed z rzadką jajecznicą zagryzione ogórkami małosolnymi. 

Fred z teściową dobrze się bawili w Północnej, mieli słońce, którego u nas brakowało. Fotografie małżowe:




Tymczasem u moich rodziców cyklinowanie skończone, teraz odchodzi malowanie różowego pokoju na zielono.

Jesteśmy pewni, że od wczoraj nocny złoczyńca is back (przez kilka ostatnich nocy wróciliśmy do zwyczaju pozostawiania otwartego okna i chwilę był spokój). Nowe rozwiązanie: zamykanie drzwi sypialni. Ryszard będzie mógł z nami spać, a nikt nie będzie szurał nosem w jego talerzach. 

Słyszę jak w kuchni Kochany z mamą dyskutują nad zdjęciami z podróży. Po prysznicu, w szlafroku, już mogę w kimono. 

środa, 27 lipca 2022

952-953. Dłubanina.

Wtorek.
W pracy dopieszczałam tekst, albo też raczej czyniłam go strawialnym. Poprawiam i poprawiam, ciągle coś, jeszcze nie koniec, poza tym ogólnie raczej słabe jest moje wrażenie na ten temat.

Teściowa pozostawiona sama w domu postanowiła nam zrobić obiad, oprócz tego przyjmowała hołdy imieninowe i telefon często robił dzyń. Fred trochę z nosem na kwintę, bo rano w drodze do pracy miał niefajne zdarzenie drogowe z którego nie wiadomo, co wyniknie. I jeszcze zmęczony do tego. Dwa następne odcinki Mistrza i Małgorzaty i nie wiadomo kiedy robi się noc.

Środa.
Znowu do pracy, Fred tymczasem spędza czas z mamą. Kilka godzin siedziałam tylko z Saren, pod koniec wpadła do nas dziewczyna, która chce zapisać się na nowy semestr i zarzuciła nas informacjami o wszystkim. Typowe ADHD z dodatkowymi problemami, jeśli wytrwa w postanowieniu wrzesień będzie ciekawy. 

Po południu spacerowaliśmy we troje naokoło Oldbridge.


... i pod koniec spotkałam kłóliki. Fajnie, małe bobki wyszły wcześniej na sylflaj ;D

Po obiedzie oglądamy jeden odcinek Mistrza, czyli znowu odkładam, co miałam zrobić. Dalej dłubanina, wieczorem wykupiłam Grammarly, żeby sprawdzić tekst programem antyplagiatowym. Po co ja się tak przejmuję? Nie wiem, za bardzo jestem akuratna. 

poniedziałek, 25 lipca 2022

951. Turla się i buczy.

Teściowa dzisiaj paciorki od rana i post, gdyż podobno przed przyjęciem komunii się nie je, a ona o 9 na mszę. Jak dla mnie spoko, w głośnikach Kasia Krzaczek, jakoś brniemy. 

Kochany zabrał nas na wycieczkę po wybrzeżu (Annagassan, Blackrock, Proleek Dolmen, do Carlingford przez przełęcz obok Długiej Kobiety i punkt widokowy), spotkaliśmy się z Aś, Fred kupił mamie prezent imieninowo-urodzinowy (jedwabny szal). W zmiennej, wietrznej aurze poszliśmy na molo i przez zamek Jana wróciliśmy na główną ulicę, żeby zjeść lunch w Ruby Ellen's. Na spacerze była krótka wizyta w ruinach opactwa i w rupieciarni na Dundalk St. Kochany chciał się jeszcze zatrzymać w porcie Greenore, przez kilka chwil obserwowałam więc rozładowywanie i ponowne załadowywanie promu przewożącego samochody do Północnej. Czas minął nam szybko i przyjemnie, pogoda jako tako sprzyjała, udało się poomijać drażliwe tematy, choć teściowa miała wątpliwości przy Mateuszu Lewicie (obejrzeliśmy trzy następne odcinki Mistrza i Małgorzaty). 

Jutro oboje zmywamy się z domu na parę godzin (poniedziałkową pracę przeniesiono mi na środę, ale wtorek jest tylko wtorkiem, bez dyspensy). I super. W takich sytuacjach czas biegnie mi inaczej, budzę się potem po kilku dniach nie kapując gdzie jestem i co przegapiłam z normalnego życia. Tymczasem praca zaliczeniowa domaga się ostatnich poprawek, deadline przytupuje, powietrze poza domem dobrze mi zrobi. 

niedziela, 24 lipca 2022

950. Jest dobrze, kiedy jest dobrze.

Zachwyt i rozczulenie: Ryszard siedział wczoraj dużo w domu, w nocy spał z nami w łóżku (czyli trzymał łapę na pulsie zmian). O świcie, gdy teściowa wyszła do ubikacji, kot wszedł do kuchni i czekał cierpliwie, aż zostanie nakarmiony. Ponieważ gościni została źle przyuczona, obszedł się smakiem, poczekał jeszcze z godzinę i obudził mnie pacaniem w goły łokieć. Poczułam się, jakbym odzyskała kota, który chce z nami spędzać czas. Po naszym powrocie z plaży, gdy teściowa jest w kościele, Fred na zakupach, a ja piszę część notatki, kot pochrapuje leżąc w łóżku obok.

Á propos spaceru:



___
21:50 Różne były pomysły kontynuowania dobroci tego dnia, jeden z nich był taki, że jedziemy na długą plażę. Pojechaliśmy, niestety za nami podążyła chmura. Zaniepokojeni tym zjawiskiem udaliśmy się na plażę w Termon, ale i tam podążyła za nami chmura, która, gdy kulturalnie czekaliśmy aż sobie pójdzie, spadła na nasz samochód z całym impetem. Wobec oczywistego konfliktu interesów pomiędzy nami i prognozą pogody, wróciliśmy do domu, i do kota, który od początku wiedział, że tak będzie. W zamian zostały obejrzane dwa pierwsze odcinki Mistrza i Małgorzaty (2005).

sobota, 23 lipca 2022

949. Powsinogi.

Pogoda zapowiadała się na słabą, mimo to po śniadaniu wybraliśmy się we trójkę do Ardgillan na podziwianie domu, ogrodu i restauracyjki (zjedliśmy tam obiad). Przy okazji krótko porozmawiałam z Christiną Poole, artystką, jak mniemam. 






Wracając z wycieczki zahaczyliśmy jeszcze o plażę w Laytown, nową Costę przy Tesco (jej menadżerką okazała się Wiktoria) i Lidla. Gdy wychodziliśmy z ostatniego sklepu złapał nas deszcz, który towarzyszył nam do naszej wsi. Psia pogoda, ale dzień zmierza ku końcowi, jesteśmy w domu, więc nikogo to nie martwi (może poza kotem). Jeszcze rozkminiam z teściową genealogię. Fred idzie wcześnie spać. Dziwa nad dziwiami.

piątek, 22 lipca 2022

Postscriptum #948.

Orzeł wylądował.

Było to bardzo ekscytujące. Najpierw zobaczyłam ducha. Czy to był on, czy tylko mi się śniło? 

Teściowa pojawiła się dużo później, zadowolona i rozgadana, w samym krótkim rękawku, bo zostawiła w Polsce kurtkę, i po hucpie z dokumentami, które zgubiła przy okazji zakupów w strefie bezcłowej. 

Poza tym wyniki tatkowego DNA:

947-948. Nierówno w blokach.

Czwartek.
Najpierw obudziło mnie ciamkanie kota, potem ... ciamkanie kota. Ryszard jeszcze raz wpadł do domu coś wciągnąć, gdy Fred wybył już do pracy. 

Sprawdzam prognozy na kilka dni. W najbliższym tygodniu ma być normalnie, 20℃ czasami podlane deszczem. Wybrałam się na spacer nad morze, by przy okazji w powrotnej drodze kupić steki. Mimo wszystko można się zmachać, w powietrzu wisi nieokreślona duchota. Podejmuję próbę umycia piekarnika, ale wkurwiam się po pięciu minutach. 

Zagęszczają się ruchy naokoło opuszczonego domku Judżina: jakiś czas temu odwiedzacze, wczoraj elektrycy, dzisiaj hydraulicy. Wszystko znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że niedługo będziemy mieli nowego sąsiada, pytanie tylko ile to "niedługo" potrwa, bo już się nie mogę doczekać.

Piątek.
Ryszard zaskakuje mnie poranną wartą we frontowym ogródku. Tymczasem my ... nie powiedziałabym, że jesteśmy zwarci i gotowi. Fred kończył dzisiaj pracę wcześniej, świetnie, bo te codzienne zmiany ciurkiem od gorącego poniedziałku zaczynając bardzo go sterały. Teściowa odprawiona od tygodnia, więc to z głowy. Rano na przystanku rozmowa z Dżejmim, który musiał z kimś pogadać, bo jechał pierwszy raz do pracy (przez to nawet przysiadł się w autobusie). Spotkałam go potem w Moorlandzie, towarzyszył grupie specjalnej młodzieży.

Zaczęłam pracę od kawy i słuchania Tortiniego. W pracy coś tam klikałam jednym palcem lub dwoma, dzisiaj tylko Saren, więc sobie rozmawiałyśmy o tym i tamtym, przy okazji wypłynęło wspomnienie o cioci Stasze, dobrej kobiecie. Moje cv poszło w zeszłym tygodniu do miejsca w którym fajnie byłoby mieć praktykę, tak mnie poinformowała Katrina, kreśląc od razu obraz, że nie tak łatwo sobie tam wejść. Wiem.

Fred odebrał mnie spod pracy, wróciliśmy do domu z zakupami, w ogródku przywitał nas Ryś. Dobra nowina jest taka, że bombka między oczami zniknęła, może rzeczywiście to był pryszcz, albo kleszcz z czapką-niewidką, miejsce jest lekko zadrapane, ale nie ma guzka. Słońce miło dawało, więc poszliśmy z kotem na spacer. Widać, że futrzak coś rozkminia i próbuje się w ogródku wygodnie ułożyć, kocim weltschmerzem czuć na kilometr. 

Na dworze pięknie, w głośnikach Joe Bonamasa Live at the Sydney Opera House (2019), Fred zrzucił ubranie robocze i wskoczył pod prysznic. 
___
edit 17:49

środa, 20 lipca 2022

946. Krzątanina.

Czy nie byłoby prościej, gdybym sprzątała regularnie? Zapewne. To i owo mus jest odgruzowywać, umyłam lodówkę, przejrzałam szafę z ubraniami i stojak na buty (jest na nim 20 par). The Doors przygrywali mi z płyty Waiting for the Sun (wydanie z dodatkami na 40-lecie) ... no cóż, gdy mniej znałam język wydawali mi się głębsi ... Wyprasowałam zaległe pranie okupujące tapczan na którym będzie spała teściowa. To akurat zrobiłam z przyjemnością, przy okazji obejrzałam starą, całkiem fajną kobrę z Peszkiem, Cel uświęca środki (1977). Pogoda się ustabilizowała na szarym fochu, wieczorem jest nawet nieco zimno. Teraz oczy same się zamykają, Kochany już drzemie, jeszcze chwilka.

wtorek, 19 lipca 2022

945. Nadal lato.

Pogodowo powtórka z rozrywki. Udało mi sie wstrzelić z pisaniem tekstu w widełki wymaganej liczby słów, teraz tylko cyzelowanie zostało, cieszę się. 

Wróciłam z pracy i od razu wzięłam się za obiad (Fred był już w drodze powrotnej). Dzisiaj trochę kiła-mogiła, Kochany jest umówiony z Ka na odebranie jego rodziny z lotniska, bo przyjaciele z dzieciakami wracają z Wilna. Wszystko fajnie, tylko przylot jest po północy, więc małżonek wręczył mi prezent*, pogłaskał kota, zjadł obiad, wziął prysznic i poszedł spać do jedenastej wieczorem. Kochany musi ich przecież dowieźć do domu, który jest w zupełnie innej stronie świata, wrócić, dokończyć sen, wcześnie rano zerwać się do pracy. Biedak wypił kawę i wyjechał. 

Ryszard zjadł podwójne śniadanko i podwójną kolację, pomiędzy przebywał poza domem. Widać, że upał mu doskwiera, poza tym martwię się tą jego bombką na nosie, chyba oboje z Fredem się martwimy, bo mieliśmy kocie sny.

* szerokie, lniane spodnie, brązowe w białe prążki, Elena Miro.

poniedziałek, 18 lipca 2022

944. Heatwave.

27-28℃ w naszej wsi. Nawet w lipcu zeszłego roku, gdy moczyliśmy sobie stopy w ciepłym jak zupa morzu, nie pamiętam takich prognoz. W związku z tym pierwszy raz w tym kraju wyszłam do roboty w bawełnianej sukience. Słusznie, w południe powietrze utknęło między ulicami miasta, i ani wte ani wewte. W ramach lokalnego dziwactwa od czasu do czasu czułam jak znikąd spada na mnie kropla deszczu. Poszłam na lody do Il Forno, następnie dowlokłam się do polskiego sklepu po cztery ogórki małosolne do obiadu, potem dymiąc jak Spike przemykałam w cieniu budynków w kierunku dworca autobusowego. Lepka podróż, jeszcze chwila rozmowy z sąsiadkami, że prze*ebane, wyrzucenie do ogrodu starych kocich chrupek i wstawienie poidełka dla ptaków, i zamykam się na cztery spusty. Ochłodzenie przyszło wieczorem, bo na szczęście u nas częściej wieje niż nie wieje. Fred wrócił z pracy skonany temperaturą, zjadł obiad, odebrał jeden telefon z Polski i zapadł w śpiączkę. Jutro będzie lepiej.

niedziela, 17 lipca 2022

943. Frustracje, kot, opera.

Niedzielę rozpoczęłam słuchaniem podrzuconego mi przez Hebiusa zeszłorocznego koncertu Orlińskiego, Arie e concerti

Bardzo mnie frustruje rozgrzebana praca zaliczeniowa, nawet śniła mi się szkoła i przymus zaliczania matematyki, do którego to egzaminu próbowałam się we śnie uczyć. Koszmar ;)

Ryszard pojawił się późniejszym porankiem, wyczyścił miski, dostał przysmaczek, potem siedząc na Fredowym biurku usiłował nam coś powiedzieć. Szkoda, że nie znamy kociego. Wyczułam między jego oczami mały guzek, może to mikroskopijny kleszcz, albo zlepione futerko.

Po śniadaniu zaczęłam się przygotowywać na wyjazd do Dublina. Mam jeszcze kilka sukienek czekających na swój czas, na dzisiaj odcięłam metki od czarno-białej plisowanki DKNY. Samochód pozostał przed dworcem kolejowym w Drołdzie. Bilet powrotny kosztował €12. 

No i pięknie, pogoda (stolyca smaży się w 28℃) oraz cała reszta. Ponieważ byliśmy tylko po śniadaniu, ze stacji Connolly tropiąc przy okazji osobę, która szła po mieście w czarnym berecie i pidżamie w niedźwiedzie polarne, potoczyliśmy się w poszukiwaniu pizzeri (miałam bilet do Pearse, ale co tam, pogoda za dobra, żeby nie chodzić). Minęliśmy np. hotel będący inspiracją do pijackiej sceny we Fredowym filmie:

Tak trafiliśmy na Dawson St Pizza w Milano faktycznie niezła, obsługa taka sobie, restauracja tej sieci w Swords jednak bardziej mi się podoba.

Może była to też kwestia słabej klimatyzacji, Fred był w garniturze i się roztapiał, ja pomimo letniej sukienki też ledwo zipałam. Znacznie lepiej było na kawie w Caffè Nero pod nr 29. Stamtąd, wzmocnieni kofeiną, ruszyliśmy już do Bord Gáis Theatre, bo był na to czas najwyższy. Na miejscu czekały na nas imienne bilety i program.

Tosca z Sinéad Campbell Wallace w roli tytułowej była wspaniała, bez żartów. Tómas Tómasson jako Scarpia jeszcze lepszy (zakończenie I aktu i jego Va Tosca robi wrażenie). Dimitri Pittas jako Cavaradossi dawał radę. Akcję, podobnie jak we wcześniej oglądanej przez nas Carmen, przeniesiono do XX wieku, chyba dobrze, bo faszystowsko-kościelne elementa odpowiednio podbijały przekaz.

Przedstawienie skończyło się przed ósmą, miasto nadal było jasne i bardzo ciepłe, więc spacer do Connolly był czystą przyjemnością.

Turlaliśmy się powoli do miasteczka, za oknami zachód słońca, oboje wybiegaliśmy myślami do przyszłego weekendu i wizyty teściowej.

Anne zjechała pod dom około jedenastej, wyszłam w szlafroku, żeby jeszcze raz podziękować za bilety. To był piękny dzień, jutro trzeba się po prostu zabrać za frustracje. Kot nie wrócił na kolację. 

sobota, 16 lipca 2022

942. At this point, no good.

Fred od wczesnego poranka w trybie praca, ja tymczasem plączę się w irlandzkim upale po ogródku. Miałam pisać drugą część tekstu na zaliczenie, oczywiście więc prokrastynuję przez wynajdywanie sobie zajęcia. W ten sposób większość rzeczy nadających się do prania ręcznego suszyło się dzisiaj w przyjemnym wietrze, wyprałam też jedwabną sukienkę, którą ostatnio miałam na sobie. Im dłużej prałam, tym bardziej nie dało się nie myśleć o tej Nigdy Nie Wypranej, która wisi w szafie i czeka. Kupiłam ją w Kildare Village 3 lata temu, Diane von Furstenberg, po zniżce kosztowała zaledwie €150. W drugiej połowie czerwca kupiłam. Dokładnie to trzeciego :D

Założyłam do solidnego noszenia raz, 7 września'19. Na przodzie ma plamy tłuszczu od poślubnego obiadu, prześladowały mnie lęki, że jak się nimi zajmę, to będzie po sukience mojej najwspanialszej. Ale przyszedł dzień prania i nic się nie wydarzyło. Materiał jest odświeżony, uporczywa pamiątka po czeskim jedzeniu (z restauracji, która już nie istnieje) niestety pozostała. I pogoda się pod wieczór skichała. Poza tym kot po dwóch dniach poprawy znowu pojawił się dopiero po południu, do tego oczywiście, bo jakże by nie, nażarty. A tekstu zaliczeniowego dopisałam całe dwie linijki. No good.

piątek, 15 lipca 2022

941. Powrót kota marnotrawnego.

Miasto kiśnie w zaduchu (rano budzi mnie flat white zrobiona przez Conora, ale popołudnie i tak mi się nie podoba). Kot Ryszard już prawie normalnie, siedzi w rabatkach i żąda dokładek do posiłków. Kochany miał szybki dzień w pracy, wyjechał po obiedzie, wrócił przed zachodem słońca, więc jeszcze zdążamy pogawędzić z Katlin przed snem. Stoję przed domem w szlafroku i słucham wspomnień sąsiadki o tym, jak jej ojca, który mieszkał na górce, gonił osioł.

czwartek, 14 lipca 2022

940. Czwartek chodzony.

Kotu magicznie wrócił poranny apetyt. Odetchnęłam, tym bardziej, że dzisiaj miało być miło z definicji. Nawet dałam się namówić Fredowi na założenie jedwabnej sukienki Aquascutum, która wiele księżyców temu prawie została moją suknią ślubną i od tamtego czasu czekała na swoją szansę wisząc w szafie z kompletem metek. Aś podjechała pod nasz dom około dziesiątej, wyjechaliśmy jej samochodem do miasta, żeby dalej udać się do stolicy pociągiem z poręczną pomocą leap cards, €8:

Wysiedliśmy na stacji Connolly, z peronu piątego wsiedliśmy w pociąg do stacji Pearse i na piechotę doturlaliśmy się do Royal Dublin Society, akurat na czas, aby "przed van Goghiem" napić się kaffków/herbatków z budki stojącej na zewnątrz Shelbourne Hall:

Po półgodzinnym doświadczeniu multimedialnym (częściowo fajnym, częściowo takim sobie) chwilę rozmawiałam z Kieranem i Grace, oboje z Dublina, choć wcześniej to on z Północnej, ona z Edynburga. Sympatyczna para wyglądająca na artystów (po prawdzie pojęcia nie mam kto oni, Kieran zaczepił mnie, gdy oboje czekaliśmy pod toaletami na partnerów). 


Następnie z RDS udaliśmy się piechotą do Tolteki na Suffolk St. Dla Aś było to miłe odkrycie, możliwe, że też będzie tu wracała. Po Toltece spacer do kawy i ciasta w Bewley's na Grafton St. Miejsce otwarte w 1927 roku, zazwyczaj tłoczne, ciasta warte spaceru z bolącym haluksem.

W drodze powrotnej do Pearse odwiedziliśmy jeszcze sklep z płytami. W Tower Records tym razem nie było nic, co by nas zachwyciło, możliwe, że byliśmy już zmęczeni (widziałam Metropolis Langa na dvd, ale odłożyłam to w głowie na później, Fredowi spodobał się pewien T-shirt, ale nie było jego rozmiaru). Za to z powodu przyjaciółki, która weszła do księgarni vis-a-vis, mam taki prezent od małżonka:

1000 elementów :) Siniec na kolanie to jeszcze od wdrapywania się na czworakach na Great Sugar Loaf.

Niespodziewanie po powrocie miałam telekonferencję z mamą, gdyż:


Czyli wiem już po kim te bałkańskie korzenie i się tym oczywiściem jaram (powraca temat prababci, która kisiła kapustę w całych główkach, tak jak podobno jej babcia). I tym, że głodny kot na nas czekał. W ogóle, raz mi zimno, raz gorąco, termiczne mam przeżycia. Pogoda dziwnie na mnie działa ostatnio, wykopuję się spod kołdry i sypiam z gołym tyłkiem na wierzchu. 

środa, 13 lipca 2022

939. Jak dobrze mieć sąsiada.

Rano zachciało mi się wyprać ręcznie różne jedwabne i wełniane delikatności. Jest ładny dzień, pranie szybko schnie. Muzycznie wchodził nam David Bowie, przy śniadaniu Blackstar (2016), po spacerze Station to Station (1976). Odpięłam nogawki od starych górskich spodni i wystawiłam bieliznę swoich łydek na świat, Fred też w szortach, plus w okularach wcale nie słonecznych (oświadczając, że pierdołowacieje), nawet trochę moczył stopy w morzu na wiejskiej plaży, ja tym razem podziękowałam (woda nadal zimna). 

Kawa, lody i ciastko w lokalnej kawiarence:

Po drodze do domu Kochanemu przypomniało się, że rzeźnik rodzinny powiedział mu ostatnio, kiedy jest u niego do dostania wątróbka jagnięca. W środy. Dzisiaj jest środa i na obiad upitraszona ręcami mężowskimi wątróbka jagnięca.

Gdy wczoraj Kochany plątał się po Dublinie czekając, aż się zrobi równomiernie radioaktywny, do jego koszyka wpadł zestaw rojników. W związku z tym były dzisiaj prace ogrodowe, które nabrały rozpędu. Sześci rojników zasadzonych, do tego malwy i inne chabazie łąkowe poszły pod topór. W ciągu kwadransa usłyszałam trzy pochwały na temat ogrodu naszego piękności (znaczy, najwyższy czas był na te malwy). Zostały dwa gołe paski ziemi, coś będzie się tu działo. Może goździki? Jeszcze nie wiadomo, w każdym razie coś spokojnego jak Czubaszek, żadnych korzeni na dwa metry jak u tych wściekłych malw. 

No i jeszcze, Fred jeździł dużo na mopie, podłogi lśnią. Oboje mamy z tyłu głowy, że zbliża się czas przylotu teściowej.

Niespodziewanie w czasie prac ogrodowych pojawił się Ryszard. Kot dostał pasztecik, wyszedł za nami na skwerek osiedlowy (siedzieliśmy z Kochanym na żółtej ławce, Rysiu w naszym cieniu), potem asystował przy rozmowach z sąsiadką, wrócił ze mną do domu i wyczyścił następną michę paszteciku. Bardzo dziwne, od kilku dni ograniczał się do jednego poroztrącanego nosem posiłku dziennie i gdzieś leciał. Mamy pewne podejrzenia — Fred podzielił się wczoraj z Katlin zmartwieniem, że Ryszard u nas nie bywa, co oznacza, że ktoś go dokarmia. Są ludzie, którzy znają ludzi, ya know :). Zobaczymy, czy trend się utrzyma, na razie kot wrócił na kolację (!).
___
22:40 Sprawdzam temperaturę na jutro w Dublinie, dowiaduję się, że we wtorek w stolicy padł rekord temperaturowy Anno Domini'22 so far.
27.7 ℃. Szaleństwo :D

wtorek, 12 lipca 2022

938. Hedoniści.

Do odgłosów jeży chrumkających w ciemnym ogrodzie przeczytałam pierwsze 50 stron Podróży ludzi Księgi. Ryszard zjawił się dopiero nad ranem, razem z powracającym z pracy Fredem. Dzisiaj do pracy, o poranku nad głową moją chmury o nazwie Asperitas. Cały dzień szary i zaduch taki, że pot ścieka po plecach.

Kochany wybył na prześwietlenia, nie CT, ani MRI, tylko medycyna nuklearna. Scyntygrafia? Nie jestem pewna, ale coś z izotopem. W Dublinie trochę mu zeszło, przyjechał do Drołdy o czwartej. Już mieliśmy zbożny pomysł zjedzenia obiadu we własnym domu i nawet byliśmy w Lidlu, zaczęło się od klopsików wołowych, rozciągnęło na kupowanie w sklepie sportowym kijków do chodzenia po górach dla Freda, i wyszło na to, że pojechaliśmy zobaczyć, czy Borzalino jest otwarte. Nie było, co tak mnie rozżaliło, że spod Borzalino udaliśmy się na piechtę do Il Forno. Kochany zjadł makaron, ja wzięłam pizzę z karczochem, której trochę zostało na wynos, na jutrzejsze śniadanie. Naprawdę mamy dobre intencje i chcemy żyć skromnie. Na końcu poklepałam męża po brzusiu zasłoniętym różową koszulą i poszliśmy jeszcze do polskiego sklepu, żeby nakupić herbat.

Jest podnieta czwartkiem. Aś już mi zaraportowała, że leap karty do niej przyszły i można sobie w głowie planować, gdzie jedziemy i co robimy. Tymczasem Anne przez messenger zapytała, czy mogłabym zaopiekować się we wrześniu jej kotami (tylko przez kilka dni). Jasne, że mogę. A na razie kończę wtorek, jeden rozdział, potem spać.

poniedziałek, 11 lipca 2022

937. Smutno.

Czuję każdy mięsień w nogach, zaskoczyło mnie to, bo wczoraj było w porządku, a dzisiaj po schodach chodziłam jak zombie. Wygląda na to, że nie będzie tak najgorzej z pracą zaliczeniową, grzebałam ją wprawdzie większość dnia, ale coś się ruszyło (inna sprawa, że robiłam to w pracy, bo nie było nic innego do roboty). Dzień cieplutki, wybór samej marynarki na wyjście był słuszny. Poza tym smutno, kota dzisiaj nie widziałam, idę poczytać Tokarczuk Podróż ludzi Księgi (WL, 2020).

niedziela, 10 lipca 2022

936. Kocie lamentacje i nerwy zszarpane.

Puakauem całą noc, teraz chce mi sie spać, powiedział Rysio, gdy rano chciałam mu dać śniadanie. Kot co godzinę przychodził w nocy z jakimś problemem i miauczał rozdzierająco, nie wyspaliśmy się przez niego, ale nie ma innego wyboru, okno musi być na noc zamknięte, żeby odzwyczaić intruza od szamy na krzywe ryło. Czy nasze kocisko to zaakceptuje, czy wyprowadzi się na dobre porzucając ojca i matkę, tego nie wiemy. Na razie to jedyny nieinwazyjny pomysł jak się pozbyć nieproszonego gościa.

Mieliśmy śliczny, letni dzień z którego trudno było zrobić użytek. Kochany po południu musiał jechać do pracy, ja z kolei utknęłam z moją pracą zaliczeniową, nie z powodu braku klepek, raczej braku źródeł. W końcu wyprowadziłam się z laptopem do ogrodu, ale tylko na chwilę, jasne niebo odbijające się w ekranie zrujnowało romantyczny zamiar pracy intelektualnej w okolicznościach przyrodniczych. Zaledwie 1/5 tekstu powstała (czyli i tu będzie męka).

Piękne zjawisko wystąpiło pod wieczór, akurat rzuciłam okiem przez okno, więc zdążyłam wybiec i zebrać pranie, bo znad morza nadciągała mgła gęsta jak mleko. Właśnie ostatnie spodnie wrzucałam przez okno, gdy chmura weszła do ogrodu.

A tymczasem Ryszard jednak przyszedł przed dziesiątą (nie było go cały dzień) i znowu rozpacza rozdzierająco oraz żąda, żeby się bawić. Nie pisz bloga, jak ja cierpię, baw się, o matko, zamknięty jestem, to straszne!

sobota, 9 lipca 2022

935. Sugar Loaf i reszta dnia.

Ryszard przynajmniej dwie godziny spał z nami w łóżku, na koniec jednak obraził się i śniadanie zjadł dopiero w czasie naszej nieobecności. Bo w towarzystwie płyty Exploited Barmy Army – The Collection (2013) wyjechaliśmy po dziesiątej na Great Sugar Loaf. Bardzo udane wejście na małą górkę, podejście pod koniec strome, ale na tyle krótkie, że nie zdążyliśmy się zmęczyć czy zirytować. Na górze zjedliśmy lanczyk, porozmawialiśmy też z pewną Holenderką, która wędrowała z trójką dzieci i sama zgłosiła się do zrobienia nam wspólnego zdjęcia. Było to bardzo miłe, jej rudy syn miał na imię Beau i był fajnym, uważnym dzieciakiem (tak jak cała reszta).






Do naszego hrabstwa wróciliśmy na tyle wcześnie, że kawiarnia przy polu bitwy nadal była otwarta:



Coś często tu bywam (trzeci raz w tym tygodniu). Po powrocie Kochany rozłożył się z kolejną kawa przed domem, sprowokowało to sąsiada, Majkela, do obdarowania nas nietypowym prezentem: krakersami i serami od jego mamy, 90-letniej pani z Belfastu.


Gdy Anne wróciła z pracy i zobaczyła nasz stolik odkryła, że ma taką samą tacę, więc ... dostała ją z powrotem. Była jeszcze rozmowa o różnościach i sąsiadka nauczyła się wymawiać nazwę Wrocław.

Niestety naprawiacz kosiarek nie przyszedł o umówionej porze. Za to Ryszard wrócił. Wyczytałam, że kot może się stresować intruzem, który próbuje przejąć jego teren, stąd ucieczki. Próbujemy go przytrzymać w domu, jest koci dramat i smutne piosenki miau, serca nam pękają.