Ryszard od rana przyuczał teściową do karmienia kota. Idzie jej dobrze. Potem jemy śniadanie, teściowa do kościoła na wpół do dwunastej, a ja prasuję wczorajsze spodnie, coby pozbyć się z nich wilgoci. Bo dobre są, dzisiaj znowu ruszyłam w nich na stolicę. W międzyczasie krótko spiknęłam się z Luś, która zrywała morele w swoim sadzie, widać, że chciała mi wszystko pokazać, ale porozmawiamy dłużej, gdy teściowa wyleci do Polski.
Nastawieni na ekscesy pogodowe wybraliśmy się do Dublina samochodem, który został zaparkowany przy Merrion Square. Krótka wizyta w parku i chwilowy pobyt pod Oscarem zostały zwieńczone wejściem do galerii narodowej:
Ostatnio byliśmy tutaj z Fredem w maju 2019 roku. Przestawili nam Caravaggia, ale w końcu go znalazłam. Niektóre obrazy rozpoznawałam, inne przegapiłam, po dwóch godzinach wyszliśmy z budynko mocno zmachani kontaktem z kulturą. Zjedliśmy tani obiad w Toltece na Suffolk St i wypiliśmy dobra kawę w Caffè Nero pod 29 Dawson St (niedaleko złotej małpy). Teściowa chciała jeszcze zobaczyć trochę architektury, ruszyliśmy więc przez Stefana w drodze do auta klucząc jak kłóliki. Dla odmiany dzisiaj pogoda dobra, deszczu brak, wiatr w miarę, wystarczyła mi pasiasta marynarka.
Wracając w kierunku Merrion Square rozczuliłam się wlepkami:
Dopiero po powrocie do auta zauważyłam, że zaparkowaliśmy pod domem pana od kota, Erwina Schrödingera.
Jestem zmęczona, trochę boli mnie gardło, to drugie raczej z uwagi na wczorajszy rejs przez deszczowe miasto po irlandzkiej tupaninie. No i koniec z tym lipcem.