[go: up one dir, main page]

Strony

wtorek, 30 czerwca 2020

195-196. Dwupak.

Poniedziałek.
Dzień, w którym obudziłam męża. Gdy już wychynął z pieleszy w stroju Adama i się zastanawiał wtf, powiedziałam mu, że może wracać, bo to za tydzień. Zapomniało mi się doczytać, że do aplikacji potrzebny jest medical report, musiałam więc przebukować termin w ndls. Dochtór przyjmie mnie jutro. Po drodze zaliczyliśmy spacer nad morze, żeby zobaczyć jak piasek galopem przesypuje się z jednego kąta plaży w drugi.

Pomiędzy wczoraj a dzisiaj była rozmowa na messengerze z Dżadziją, o prawie jazdy, wyborach, skakaniu na główkę i że nam dobrze.

Jutro, czyli dzisiaj.
Śniłam o powrocie do pracy w polskiej szkole. Koszmar. Potem było tylko lepiej. Po 10 dochtór zbadał mi wzrok i na papierze napisał, że muszę nosić okulary. Okulary już miałam na nosie. Pogoda nadal taka sobie, szaro. Pojechaliśmy na zakupy i poszwendaliśmy się po Drołdzie, żeby sprawdzić, co już jest otwarte. Niewiele, a w jednej kawiarni oferowano kawę w papierowych kubkach. Zrezygnowaliśmy. Gdy Fred poszedł do swojego banku, zapuściłam żurawia na drugą stronę ulicy i zdębiałam! Hotchpotch na 44 St Laurence St w którym kupiłam mój ulubiony kapelusz się zwinął, w pustej witrynie zamajaczyło "shop to let". Shit und Scheiße. Sprzedawał w nim Ken, gość z Belfastu.

Kolejnego jasia wędrowniczka dostaliśmy po obiedzie. Miał być spacer do morza, ale ponieważ tropił nas Rysio, po kółeczku na dzielni wsiedliśmy do samochodu. Była plaża w Annagassan, potem spacer po Blackrock. Szczyt przypływu, dość ciepło, sporo ludzi kręci się po wybrzeżu, które pachnie starym glonem.
___
edit 00:09 Klątwa skorpiona Woody'ego Allena (2001) na sen. Jego filmy coraz bardziej mnie bawią.

niedziela, 28 czerwca 2020

194. Niedziela wyborcza.

Rodzice z samego rana ustroili się odświętnie i wyposażeni w maski oraz rękawiczki żwawo pomaszerowali do urny wyborczej. Ich zdjęcia gotowych do tej akcji przywitały mnie o poranku razem z Rysiem pacającym mnie łapką po policzku. Większość dnia leje i mamy niedzielę na przeczekanie. Gotuję młode ziemniaki, które dostaliśmy od Katlin, w łupinkach jak mi poradzono, żeby doświadczyć całej wspaniałości smaku.

Skończyłam lekturę biografii Ciechowskiego pióra Stelmacha Lżejszy od fotografii (WL, 2018). Trochę brak w wypowiedziach balansu pomiędzy realiami a zachwytem, jak to w Polsce — o zmarłym w samych superlatywach, chyba że to Stalin lub Hitler. Nie chcę powiedzieć, że Ciechowski na tę krytykę zasługiwał, po prostu jestem pewna, że balans byłby inny, gdyby wywiadujący nie musieli się pod swoimi wypowiedziami podpisywać.

Z okazji wyborów zjedliśmy pod wieczór budyń waniliowy, tyle, że bez soczku. Jeszcze chwila rozmowy z mamą — ona zawsze przy wyborach twardo siedzi przed tv i przeżywa. Tymczasem my znudzeni komedią z de Funesem, porzuciliśmy ją, żeby na na ninatece obejrzeć Operę o Polsce Piotra Stasika (2017). Było warto. Krótko, dosadnie, o tym jak jest.

sobota, 27 czerwca 2020

193. Ostatnia sobota czerwca.

Smarzowski na dobranoc powoduje ciężkie sny. Z rana wita mnie deszcz, bure chmury cały czas przetaczają się nad wybrzeżem, a przy śniadaniu naturalnie pojawia się kwestia wczorajszego pytania, które nie było takie tylko sobie. To ważna sprawa i właśnie nas o to zapytano. Fred mówi też, że ślub wisi w powietrzu, taki jaki i nam się podoba, na własnych warunkach. Sieć otworzyła mi oczy na wszechobecność konformizmu i postawa Ka nie może mi nie imponić. Fajnie, że razem z Fredem znamy takich ludzi. Mamy szczęście.
___
edit 23:20 Dostaliśmy dziś jasia wędrowniczka — pomimo niesprzyjającej pogody i w zasadzie nie potrzebując pilnie niczego z miasta, pojechaliśmy, żeby pojechać. Pożytek taki, że mam nowe tusze do drukarki, które zaraz mogą się przydać. Po obiadokolacji w postaci kopiastych talerzy makaronu z pesto, oglądamy Moją krew, twoją krew (1986) Kostenki, dokument dla BBC o polskim roku tamtego okresu. Jak w tytule, Republika góruje.

192. Zamglony piątek.

Morska mgła wchodziła i wychodziła, nie mogła się zdecydować. Było chłodniej niż w czwartek, ale nadal nie padało, więc Fred pomalował stary murek przed domem resztkami farby, która została po malowaniu szopki i płotu. Astilbe, nasze tawuły, kwitną jak szalone. Dwie zakupione w maju, niby fioletowe, okazały się być w dwóch różnych odcieniach różu, jedna to jasny wrzos, druga róż krwisty.

Od wczoraj wieczór (w czwartek) mózg działa mi na lekko spowolnionych obrotach, mam kłopot z wypowiedzeniem się w jakimkolwiek języku, robię błędy, słyszę je, gdy już opuszczą moje usta. Po obiedzie byliśmy umówieni u Ka&Jot. Czas pomiędzy spędziłam z głową przytuloną do poduszki i powoli jakoś się ogarnęłam. Obejrzeliśmy we czwórkę Różę (2011) Smarzowskiego, film o powojennych zawiłościach losów na Mazurach, lokalesach i innych Polakach. Film na godziny dyskusji o bohaterstwie. Przed seansem Jot nas zapytała, czy gdyby coś im się stało, zaopiekowalibyśmy się ich chłopcami. Takiego pytania nie słyszy się codziennie.

Wróciliśmy około północy. Siekiera była naturalnym wyborem. Niebo świeci nawet o tej porze.

czwartek, 25 czerwca 2020

191. Hats on and we're ready to roll.


Dosłownie. Kolejny piękny, długi dzień. Zakładaliśmy, że wieczór spędzimy u Anne, w jej w ogródku na tyłach, tak więc z rana, po wygrzebaniu się z łóżka, pojechaliśmy w rejs do miasta, żeby zrobić jakieś zakupy z polish treats, poza tym zaopatrzyć się w kilka obiadów.

Kapelusze ready, a ja założyłam pierwszy raz swoje fosforyzujące trampki. Było cudnie, najpierw polski sklep (patrzam sobie, a tam na town hallu powiewa tęczowa flaga), potem Tesco i Lidl. Ponieważ pogoda była wspaniała, zjechaliśmy do miejskiego parku Ramparts nad Boyne, żeby zjeść lidlowskie pączki z dżemem truskawkowym, posiedzieć na ławce i wygrzać się w słońcu.



Potem zachciało mi się kawy i podjechaliśmy do Oldbridge House. Nadal nie ma w pełni otwartej kawiarni, ale dostaliśmy kawę na wynos i lody dla Freda.



Zeszło nam na piciu, siedzeniu, gapieniu się i spacerowaniu do dobrze po trzeciej. W samochodzie grał Dezerter. Gdy wróciliśmy do domku po czwartej, ustaliliśmy z Anne godzinę 6:30, czyli po zjedzeniu Fredowego obiadu. My, Anne, jej Majkel, Katlin, Junona i Mallen (dwa ostatnie to koty).


Nasiadówka do dziesiątej z wegetariańskimi przekąskami i non-alcoholic drinks.


Jak dobrze mieć sąsiada.

środa, 24 czerwca 2020

190. Dzień z planem.

Sprzątanie kuchni. Obiad. Spacer. Rozmowa.

Przy sprzątaniu wyglądało na to, że pogoda się pogorszy, ale tu jest Irlandia, you never really know. Zero wiatru, słońce, krótki rękawek, na plaży mnóstwo zielska pozostawionego przez odpływ. Spacer przecudny, najlepszy jaki tu może być. Zrobiliśmy kilka dobrych uczynków wrzucając małego, żywego kraba z powrotem do wody i omijając galaretki. Anne i Katlin robiły weranda news, gdy wychodziliśmy i były w tym samym miejscu, gdy wróciliśmy przed siódmą. Dołączył jeszcze Majkel, mąż Anne. Pogadaliśmy o robieniu wody sodowej, wronach, które dobierają się do gniazda szpaków i, a jakże, o Ryszardzie. Teraz siedzę w kuchni w staniku i grzeję się w wieczornych promieniach słońca. Dziś już nie wychodzimy, herbatka, komputer, może książka.

wtorek, 23 czerwca 2020

Postscriptum #189.

Maleństwa.

meduza kompasowa

młoda meduza beczkowata, rhizostoma octopus

chełbia modra

189. English weather.

Wesoły dzień nam nastał. Z pomocą budzika wyszliśmy z domu relatywnie wcześnie. Przed wyjazdem przez telefon złożyłam tacie życzenia z okazji Dnia Ojca, pogadałam też chwilę z babcią. Złożyłam cv w Termon, potem w Drołdzie wbryknęlimy do kolejki przed TK Maxxem. Po trzech godzinach wyszłam obładowana: czterema T-shirtami (dwa gładkie, czarny Replay i szary Crew Clothing Comp. i dwa pasiaste, bakłażanowy Polo Ralph Lauren i granatowy Lee), dwiema sukienkami (drobna plisowanka w stylu lat 20-tych DKNY i fiu bździu All Saints), marmurkowymi dżinsami All Saints, dwiema parami czarnych Barkerów z woskowanymi sznurówkami (prawie identyczne, Fred nalegał, bo mi się należą). W sklepie nadal reżim sanitarny, więc przymierzalnie zamknięte. Wszystko to jednak okazało się pasować, do oddania jest tylko pomarańczowy sweterek Ralpha Laurena. Zanim to zrobię, pokażę Jot, może się jej spodoba.

Po obiedzie i spacerze nad morzem krótka rozmowa z Katlin o tym i owym — akurat pod jej domem stał czarny Minor 1000, którego właścicielem okazał się biber z białą brodą. Poznaliśmy kolejnego Majka, bibera z którym Katlin i Majk jeżdżą na charytatywne wyścigi.

Wieczór czytelniczy, każde z nas z własną książką, Ryś na laptopie.

poniedziałek, 22 czerwca 2020

188. Wybory.

Oddane głosy nadaliśmy w kopertach na poczcie przy West St. Dzień był coraz bardziej parny i chmurny, ale gdy maszerowaliśmy w tamtą stronę, akurat nie padało. Otwarli nasz TK Maxx, kolejka na zewnątrz była taka, że przenosimy wizytę na kiedy indziej. Zakupy ograniczyliśmy do minimum, po powrocie Fred zrobił wczorajszego rosołkowego kurczaka w dzisiejszym sosie słodko-kwaśnym do ryżu, a potem już tylko prysznic i popołudniowe fikanie nogami w łóżku, z książką (można fikać, bo Ryszard Kot śpi kilka godzin na laptopie w kuchni). Lżejszego od fotografii czyta się mi świetnie (jestem w III części, skończyłam podrozdział 22, podrozdziały są numerowane od tyłu), wszystkie "w studiu" i "w radiu" są poezją dla ucha i oka.

niedziela, 21 czerwca 2020

187. Krótko.

Właśnie wróciliśmy z naszego klubu dyskusyjnego u Ka&Jot. Tym razem Kamerdyner Bajona (2018). Plus za Gajosa, Woronowicza, język kaszubski, zdjęcia, ale Fabijański był tam zbędny (okropnie zagrana postać, topornie napisana rola), i postacie rysowane zbyt prostacką kreską. Dzień upłynął mi na czytaniu książek przy gotowaniu rosołu, który właśnie odgrzewam. Gdy wracaliśmy, nad morzem nadal wisiała poświata słoneczna, wiatr ucichł, niebo się przetarło i na drugim brzegu pełgały światełka domów w Północnej. Coś pięknego.

sobota, 20 czerwca 2020

186. Niewyspanie, rocznica, sztorm.

Wczoraj, czyli dzisiaj, nie mogliśmy zasnąć. Po skończeniu Trzech panów wróciłam do biografii Ciechowskiego Stelmacha porzuconej w zeszłym roku po pierwszym znurzeniu kilkudziesięcioma stronami lektury. Tak zeszło do wpół do drugiej w nocy. Fred siedział nad laptopem do trzeciej, potem wierciliśmy się oboje w łóżku, aż po nosach zaczął nas smyrać świt.

Pogoda jest zdradliwa, za oknem słoneczko, ale krótko po tym jak wstałam zaczął wiać bardzo nieprzyjemny wiatr. Przed południem Fred wyjrzał przez okno w kuchni i odkrył, że Katlin i Majk obchodzą złote gody — nad ich oknem wisiała taka informacja wypisana wielkimi literami. Skoczyliśmy do Termon, bo na szczęście od poniedziałku jest już otwarty lokalny gift shop. Wybraliśmy dla nich dyfuzor do olejków eterycznych w kształcie zmieniającej kolory lampy (Newgrange Living) i olejek o zapachu trawy cytrynowej. Wręczyliśmy im prezent od razu po powrocie, zastając tam przy okazji najmłodszą siostrę Katlin, która też wpadła z prezentem. Oczywiście musieliśmy posiedzieć w salonie na little chat o wszystkim.

Wiatr przerodził się w sztorm, który skutecznie unieruchomił nas w domu, zacina od południa, szeroko, przez cały kraj. Ryś po raz kolejny mnie zdumiewa ... wiedział o tym sztormie od samego początku, gdy tylko przyszedł z rana mnie obudzić w celu konsumpcji paszteciku. Po posiłku, zamiast zwyczajowego spaceru, zasiadł na parapecie i wpatrywał się w śliczne, prawie bezchmurne niebo. Poszedł spać na łóżko i dopiero po lunchu poprosił o otworzenie drzwi. Gdy południowy wiatr zawiał mu prosto w pyszczek, plany na popołudnie zostały przypieczętowane. W twarz?! Mówię wam, idzie sztorm, a ja idę spać.

Wczoraj łudziłam się, że zakończę Sagę puszczy, czytanie o podłości ludzkiej mnie jednak przerasta. Tylko Ochrona, zostało kilkanaście rozdzialików, codziennie poczytam tyle, ile dam psychicznie rady. Za to Lżejszy od fotografii (WL, 2018) zaciekawiła mnie, skończyłam podrozdziały 42-37. Mam nadzieję, że infantylność wypowiedzi córki Ciechowskiego, która spowodowała, że odłożyłam biografię na tak długo, nie pokona mnie za szybko. W czasie lektury mała przerwa na eklerka i cup cake, które po szóstej Majk przyniósł nam z rodzinnej imprezki przeskakując między kroplami sztormowego deszczu. Wiatr ma się nasilać do północy.

piątek, 19 czerwca 2020

185. Pakiet wyborczy, śmierć Wali.

Kolejny deszczowy dzień.
Dwa pakiety przyszły do nas krótko po południu. Wyszło tak, że odebrałam je jeszcze w szlafroku.

Gdy przygotowywałam się do wyjazdu do Drołdy na zakupy, dostałam wiadomość o śmierci kolejnego psa taty. Walunia wczoraj po usg dostała diagnozę — liczne guzy (trzustka, wątroba, nerki, żołądek, śledziona), wet był zaskoczony, że pies jeszcze żyje, i że do niedawna nie było jakichś szczególnych objawów ciężkiej choroby. Ponieważ coraz bardziej cierpiała, została dzisiaj uśpiona.


Przeżyła swoją siostrę o 19 dni, spokojna, pewna siebie, niezależna, piękny piesek.
___
edit 20:25 Nie mam gorączki, ale słabo się czuję, od kilku dni znowu wykańczają mnie zatoki, od tego gardło, a dzisiejszy krótki postój przed Tesco w mżącym, zimnym deszczu lepiej mi nie zrobił. Po powrocie do domu nie miałam siły dojeść pysznego spaghetti à la Fred. Słuchamy płyty The Man Who Sold the World Bowiego (1971). Fred odkrył Rory'ego Gallaghera, a teraz prasuje mi koszulki.
___
edit 21:44 Po wyjściu spod prysznica Space Odddity (1972) i nucę sobie god knows i'm good, god knows i'm good, god knows i'm good ...
___
edit 23:37 Co za dzień. Dobrałam się do Trzech panów w łódce, od razu pękłam tę ramotkę i mogę ją w końcu odłożyć na półkę. Ostatni raz miałam ją w ręku gdzieś na początku maja, a może dalej. Jeśli nastrój się mi utrzyma, jutro rozprawię się do końca z Simoną. A tymczasem Fred mi właśnie mówi, że umarł Ian Holm. Jakby się z Zafónem umówili.

czwartek, 18 czerwca 2020

184. Gdzie się podział czwartek?

Położyłam się spać o trzeciej w nocy, Fred wrócił około ósmej, wiem to bardziej z jego esemesa niż z realu, bo akurat byłam w comie (kot mnie obudził z godzinę wcześniej i poprosił o pasztecik z sosem). O tej trzeciej, gdy otwierałam okno, żeby dobrze się spało, było ciemno, że oko wykol, ale kilkadziesiąt minut później weszła do sypialni poświata nowego dnia ... czerwiec.

Małżonek spał do czwartej po południu, ja przez to niedospanie kręciłam się po domu jak mucha w smole. Zrobiłam dwie pożyteczne rzeczy: obiad i rezerwację do NDLS na koniec miesiąca. Ryś pół dnia spał z tatkiem (aura nie zachęca do polowań i spotkań towarzyskich), potem wyszedł na obchód po szarej, mokrej dzielnicy. Wrócił i teraz leży na fredowym laptopie, czym ojca zmusza do czytelnictwa. Fred w okularach czyta o Breiviku, kot rozwalony przed nim na biurku od czasu do czasu zmienia pozycję wydając z siebie kocie posapki.

środa, 17 czerwca 2020

183. Dzień egzaminu.

Przed południem zdałam test teoretyczny prawa jazdy. W zasadzie w momencie, gdy powinnam do niego przystępować, już skończyłam klikać i zadowolona szłam przez Drołdę. 39/40. Początkowo sądziłam, że wyłożyłam się na pytaniu o jazdę długą, męczącą trasą. Niby było do wyboru, że powinnam po prostu uchylić okno, ale wolałam zaznaczyć, że zatrzymam się, odprężę i  napiję kawy. W tym kraju to jest właściwa odpowiedź, czuję się rozumiana (wyłożyłam się na pytaniu o użyciu krótkich świateł). Dwie panie w przyłbicach zadbały o przyjemne i bezpieczne doświadczenie egzaminacyjne. Dzień deszczowy i parny, podeszłam do niego w marynarce i fredowej chuście zamotanej na szyi, i tak właśnie odziana maszerowałam z centrum do Lidla na peryferiach, gdzie Fred robił akurat zakupy. Stąpałam po kobiercach z płatków dzikiego bzu. Po powrocie do domu obiad, a teraz w planie naleśniki do powideł śliwkowych. Fred jedzie wieczorem do pracy, pierwszy raz od marca, zupełnie bez sensu.
___
edit 21:58 Samotna noc, Fred w robocie. Rozmawiałam z rodzicami, Walunia, siostra Lali, nie je drugi dzień. Tatko jest podłamany, uważa, że pies umrze. Jego oceny są zazwyczaj obarczone dużym błędem, podszyte emocjami, ale smutno się jakoś zrobiło. Ryś po długiej drzemce na fredowym laptopie wybył na nockę. Nie wiem, co obejrzę, zaraz udam się na poszukiwanie czegoś ciekawego.
___
edit 23:48 Próba niewinności czyli ostatni pozostały mi do obejrzenia (nie szłam po kolei) odcinek przygód Panny Marple z Geraldine (2007), do której wróciłam po trzymiesięcznej przerwie. Intryga całkiem udana, można było się oderwać na chwilę.

wtorek, 16 czerwca 2020

182. Kot, filiżanki, morze.

Z serii makabra: Krótko cieszyłam się z rana, że Rysio taki grzeczny, śpi obok i wcale nas nie budzi. W kuchni na podłodze leżała głowa wróbla.

Z serii mąż sam na zakupach: Fred pojechał zobaczyć, gdzie jest biuro w którym zdaję, bo nie widać go na googlu. Biuro jest. Obok zostały zakupione trzy maciupeńcie filiżanki do espresso z motywami obrazów Moneta, Tipperary Crystal. Racjonalizacje: bo ostatnie kupione w marcu są za duże do ekspresu do kawy. Poza tym jedna, Fredowa, ma już utłuczone uszko i mnie parzy w ręce, gdy mężowi podaję kawę. Poza tym była przecena.
___

W czasie spaceru pokazałam rodzicom morze. Mgła trochę chłodna, ale w słońcu przyjemnie, woda ciepła, horyzont rozmyty, jakby nie miał końca. Przeglądam ostatnie notatki, które jutro mogą się przydać.

poniedziałek, 15 czerwca 2020

181. Mgła.

Czy życie sąsiedzkie może się obyć bez pogadanki przed domem (Anne) i sconesami jeszcze ciepłymi w sreberku (Katlin)? Może, ale po co. Przed południem piłam kawę ze swojego małego kubeczka, piersi na wolności (no bra), niebo błękitne nad nami, a my sobie gadaliśmy o szydełkowaniu, dolmenach i kotach. Żadnego obrabiania dupy i krytykowania innych. Jakiś czas po tej pogadance do naszej wsi zawitała morska mgła. Kończy się gdzieś niedaleko, bo kot który wrócił z ośmiogodzinnej wyprawy nadal mógł się wygrzać w oknie, które wychodzi na widok wgłąb lądu. Tymczasem szkoła, która jest kilkaset metrów przed nami, cała spowita w szarości ... gdy to pisałam na moment wyszłam z herbatą przed dom, żeby zagadać do Anny, a tu mgła znika spychana wiatrem. Przychodzi i odchodzi, łapie nas i odpuszcza, jakby grała w berka. Wcześniej zadzwonił teść i nawet chwilkę z nim porozmawiałam zanim przekazałam słuchawkę Fredowi. Poniedziałek spokojny i nieco senny po wczorajszym odwodnieniu. Poczyniam ostatnie przygotowania do egzaminu, którego oczekuję z umiarkowanym niespokojem.

niedziela, 14 czerwca 2020

Postscriptum #180.

Proleek dolmen.



Omeath.


Carlingford.








180. Przed siebie.

Zanim jeszcze na dobre skończyła się nam sobota, dostaliśmy od Anne zaproszenie na posiadówkę w jej back garden, gdy będzie ładnie. To miłe i cieszę się na takie spędzanie czasu wolnego. Tymczasem jednak dzisiaj, po późnym śniadaniu, czyli gdzieś około dwunastej, pojechaliśmy szukać dolmenu, który wypatrzyłam, że jest w naszym hrabstwie. Faktycznie, schowany przy wąskiej drodze na której nie wolno parkować, przytulony do pola golfowego, i do tego w odległość rzutu kamieniem od innego zabytku, tzw. wedge tomb. Znalezisko jest bardzo blisko Foyle's Way na którym byliśmy z półtora tygodnia temu. Pogoda dopisała. Miałam na sobie mój ulubiony kaszmirowy sweterek i kaszkiet Hacketta. Starsi państwo siedzący na wedge tomb doradzali nam, żebyśmy do Carlingford pojechali przez Omeath, co oczywiście zrobiliśmy. Jeszcze tylko krótka pogawędka ze starszą panią, która mieszkała po drugiej stronie drogi od dolmenu. W Omeath postój na spacer. W Carlingford spacer (samochód stał cały czas kawałek pod zamkiem), lody dla Freda i popcorn dla mnie. Spotkanie z Aś, a raczej wyjście jej na przeciw (szła z domu). W drodze powrotnej zakupy. Wszystko to na śniadaniu i popcornie. Jestem skonana. Kot wyczekiwał nas siedząc na samochodzie Anne. Wspaniały dzień.

179. Jakoś.

Jest. Laptop na razie działa jako tablet, jak długo, to się okaże w praniu. Tymczasem przez pochmurny poranek przebiło się parę promieni słońca, i jeszcze przed obiadem Fred wybył przed dom, żeby dokończyć oczyszczanie rządka lawendy pod oknem. Po obiedzie poszliśmy nad morze, bryza chłodna, ale spokój, cisza, pogoda w tygodniu zniechęciła niedzielnych turystów do najazdu. Kota musieliśmy napaść pasztecikiem, żeby nam nie towarzyszył, tak więc, gdy wracaliśmy do domu, widać go było z daleka, leniwie rozłożonego na dachu naszego samochodu. Pod północ, po pizzy, zatapiamy się w Jarmushu. Nieustające wakacje (1980) pełne symboliki. Czy osoby robiące opisy do filmów w ogóle je oglądają?

piątek, 12 czerwca 2020

178. Odwyk.

Po śniadaniu oglądam Manhattan (1979), a wieczorem Zakochani widzą słonie (2005). Dwa czarno-białe filmy, które bardzo zajmują mi dziś myśli, szczególnie drugi. Za oknem ta sama pogoda czwarty dzień pod rząd. Laptop suszy się przewrócony grzbietem do góry. Ciekawość zaspokoję jutro.
Dziękuję, kochanie.

Postscriptum #177.

Faktycznie, makaron ze zrestukturyzowanym rosołem był, na życzenie mojego religijnego męża. Po czym zagłębiłam się w internety w poszukiwaniach kontratenorów. Ah, Jaroussky! Rinaldo z kobiecą obsadą mówię stanowcze nie! Wieczorem wylałam herbatę na laptopa. Gdy się wysuszy, okaże się czy żyje. Do pierwszej w nocy na te smuteczki trzygodzinna Ziemia obiecana Wajdy (1974). Przy odrobinie spostrzegawczości można dostrzec włosy łonowe pana Olbrychskiego, opowieść jest za to o sprawach i sprawkach ważniejszych, o obrazie Polski wyłaniającym się z dymu fabryk.

czwartek, 11 czerwca 2020

177. Boże Ciało.

Obudziłam się nawlekając we śnie firanki na karnisz i nucąc jakąś piosenkę Davida Bowie, może nawet taką, która nie istnieje. O poranku dzięki Hebiusowi z rana wysłuchałam audycji Moja Opera z fragmentami Rinalda Händla w wersji Hogwooda. Jakub Józef Orliński ciastko, tak w ogóle. "Lascia ch'io pianga" będzie mi teraz grała przy każdej czynności.
___
Scenka rodzinna.
Około wpół do dwunastej akurat mielę kawę, gdy mąż zupełnie nagi, jeszcze mokry po prysznicu, zachodzi mnie od tyłu i szepcze:

— Kochanie, jest Boże Ciało! Może byśmy tak MAKARON zjedli, w rosole, albo coś.

środa, 10 czerwca 2020

176. Wieczorem deszcz.

Dlaczegóż nie nadmieniłam wczoraj, że na obiad była świeża makrela od Thomasa? Dziś łosoś od Lidla ;)

Kontynuacja wczorajszej pogody, ale i tak wyjechaliśmy na zakupy spożywcze z R.E.M. w tle. Mobilizacja po popołudniowej rozmowie z moją mamą spowodowała, że oboje zgłosiliśmy się do okręgu wyborczego nr 59 (głosowanie, jeśli będzie, tylko korespondencyjne).

Rózia nie czuje się najlepiej i bierze jakieś zastrzyki.

Dopiero teraz złożyło się obejrzeć Między słowami Sofii Coppoli. 2003 rok, kawał czasu. Ciekawy film o samotności.

wtorek, 9 czerwca 2020

175. We wtorek.

Wczorajszy argument Ka na temat spaceru był taki, że idziemy wczoraj, a nie dzisiaj, bo dzisiaj będzie brzydko. Jest brzydko.

poniedziałek, 8 czerwca 2020

Postscriptum #174.

Ravensdale Loop, kawalątek Tain Way i powrót przez Ring of Gullion Way.








... oraz obiad z przyjaciółmi.

173-174. Zaległa niedziela i chodzony poniedziałek.

Wczoraj.
Nadal od czasu do czasu myślę o chrypce Wu, także na popołudniowym spacerze nad morzem (znalazłam malutkiego kraba, takiego ledwie dwucentymetrowego, który próbował ukryć się w mule, podrzuciłam go do wody, może to mu w czymś pomogło). Za to w nocy śnił mi się minister Ziobro, sen nie był jednak polityczny, tylko całkiem domowy. Dobrze, że nie wierzę w proroczość snów, to by dopiero był temat do rozmyślań. W ciągu dnia pojechaliśmy na zakupy, był Lidl (chleb), Woodie's (nawóz do kwiatków) i polski sklep. A spodnie miałam w kratkę ;)

[nie wiem, dlaczego tego nie opublikowałam wcześniej]

Dzisiaj.
Rojenie miałam przez sen takie, że nie pojadę. Wczoraj wieczorem strona internetowa mnie poinformowała, że od dzisiaj, zgodnie z irlandzką roadmap level 2, ci od DTT są otwarci, co oznacza, że mój test teoretyczny na prawo jazdy naprawdę dość znienacka odbędzie się w środę (pisząc to sprawdziłam pocztę — test został przeniesiony o tydzień). Gdy wstałam i zobaczyłam słoneczko za oknem, serce mi się odmieniło. Zapakowaliśmy z Fredem swoje buty i przez zapomnienie nie zapakowaliśmy kabanosów, aby udać się do Ka&Jot, a potem ponownie w kierunku Ravensdale, tym razem na szlak z fejkowym kamiennym kręgiem. Pogoda nam przypasowała po całości, grubym trzmielom również (zapylały kwiaty jeżyn do zaćpania). Potem pyszny obiad u naszych przyjaciół i wieczorne 7 uczuć (2018) Koterskiego — reżyser od lat zgłębiający temat nałogów i rodzimych przywar nie zawiódł i tym razem. Dostałam od Jot książkę z nowszymi pytaniami testowymi i byłam nastawiona na jutrzejsze kucie, nie jestem więc niesamowicie uradowana z okazji tego, że egzamin sam się przesunął. Tak czy siak, dzień był udany. Teraz przeglądanie zdjęć :)

Gdy wróciliśmy, Rysio przywitał nas przed domem. Wzgardził pasztecikiem, tajemnica szybko się jednak wyjaśniła, gdyż jest jeszcze jasno o tej porze, a sąsiedzi lubią zagadać, gdy widzą nasz powrót. Anna poinformowała Freda, że nasz wiecznie głodujący kot dostał od niej obiadek. Coś mi mówi, że to nie był jedyny jego obiadek w ten piękny poniedziałek.

sobota, 6 czerwca 2020

172. Chłodna sobota.

Mieliśmy nadzieję na zielony szlak, ale wiatr znad Islandii był tak nieprzyjemny, że Rysio całą noc przespał w naszym łóżku i rano po krótkim spacerze do niego powrócił. Zamiast porannego pakowania się na wyprawę, dość niespodziewanie Poirot: The Veiled Lady, odc. 2.2 (1990) w oryginale, bo przy śniadaniu nie mogłam się oprzeć.

Rysio śpi w domu prawie cały dzień i nie wiem jakim cudem w ogrodzie na tyłach znalazł się nagle martwy szpak. Po południu Fred długo rozmawia przez telefon ze Stu o wszystkim (Wu diagnozy nie ma, ale po próbie chrypi). Jeszcze pogaducha z Kaś Matką Kotków (z Polski wiadomości okropne, że dużo nowych zachorowań), gdy Fred robi szpakowi miejsce na wieczne odpoczywanie pod kwiatkiem, potem pogaducha z Anne przed domem (z Irlandii wiadomości dobre, obie cieszymy się, że lockdown się luzuje).

piątek, 5 czerwca 2020

171. Powoli.

Wstałam około dziesiątej, Fred jeszcze później. Małżonek kosił dziś trawę i zrobił nam obiad, ja jarałam się wczorajszym spacerem i wiadomościami z frontu epidemicznego. Od poniedziałku będzie można poruszać się w granicach hrabstwa i trochę poza nim, sklepy i restauracje ruszą szybciej, może i oferty pracy się jakoś rozbujają. Od strony morza wiał dziś mocarnie zimny wiatr, a my tak bardziej w środku, Fred pastuje swoje górskie butki i rozmawia z Ka, że może jutro, jak pogoda się ułoży, jeszcze gdzieś podskoczymy na nielegalu. A na razie ja wciągnęłam falafel z kminkiem i majonezem, a małżonek smaży właśnie ośmiorniczki krewetki dla siebie, Cream zaś nam przygrywa, I Feel Free — Ultimate Cream (2005).

czwartek, 4 czerwca 2020

Postscriptum #170.

Do domu powracamy po dziewiątej do muzyki Faith No More, na ostatniej prostej drogę wyznaczył nam księżyc-gigant chowający się za podświetlone słońcem chmury (nie do wiary, że o tej porze jest tak jasno, pięknie, i widać na horyzoncie góry bardzo wyraźnie). Jedziemy jeszcze w atmosferze Romy (2018) Cuaróna, co za wspaniały, nie narzucający się deklaratywnymi ideami film!

W ciągu tego dnia przygody na sześć par stóp: do Ka&Jot dojechaliśmy po dziesiątej rano (Fred był tak podekscytowany wycieczką, że w nocy nie mógł spać, ja pakowałam się już we śnie), czekając na podniesienie się chmur nad górami napiliśmy się u przyjaciół kawy, po czym wyruszyliśmy na niedługi szlak, który na drugim przystanku poczęstował nas deszczem. Przechadzkę skończyliśmy gdzieś po trzeciej po południu, i upojeni tlenem zjedliśmy u przyjaciół pyszny obiad (kaczka w towarzystwie frytek z batatów). Potem był ponad dwugodzinny seans filmowy i jazda do domu. Dzień od początku do końca przepełniony szczęściem i dobrym samopoczuciem.

Foyle's Way.








170. No to jedziemy.

Stanley napełniony wiśniową herbatą, sportowy stanik założony, kabanosy w plecaku, wełniane skarpety na nogach. Tylko jeszcze umyć zęby po śniadaniu :)

środa, 3 czerwca 2020

169. Nic takiego.

Polski teatr w Dublinie na który cieszyłam się w pierwszej połowie marca, a którego przyjazd przeniesiono na czerwiec, ponownie przesunął swoją wizytę w Irlandii, tym razem na październik. Czy do tego czasu skończą się wszystkie nonsensy, a my będziemy po wizycie w Polsce, którą z czerwca musimy przebukować na później? Kto to wie ...

Po dwóch upalnych dniach, pogoda odwróciła się na lewo — jest pochmurna i wietrzna, tyle, że nadal niezbyt chłodna. Fred znów wyprzedził mnie we wstawaniu, a po obiedzie, uzbrojony w nowy szpadel obkopał kilka krzaczków w półokrąg. Pomogłam mu w podsypywaniu wszystkiego korą po tym jak skończyłam piec naleśniki. Po pracy ponapychaliśmy się tymi naleśnikami z powidłami śliwkowymi po same uszy.

Luś wczoraj miała okrągłe urodziny, tośmy sobie dzisiaj wieczorem pogadały about life and stuff. Fredowy szlafrok nadal się pierze, a jego właściciel planuje pójść spać około szokującej godziny dziesiątej, gdyż jutro być może idziemy w góry.

wtorek, 2 czerwca 2020

168. Wtorek.

Na śniadanie serek ze szczypiorkiem zrobiony przez Freda i płyta Świnie MWNH (1985) na odsłuchu. Byliśmy na dużych zakupach, z których przywieźliśmy np. szpadel, żeby nie trzeba było pożyczać od Moiry. Wtorek bardzo ciepły, wyglądający tak, jakby burza czaiła się za rogiem — narzuciłam na siebie sztruksowe rybaczki i zrobiłam dziewiczy spacer po sklepach neonowym Conversom, które dostałam w styczniu :). Po powrocie Fred zrobił beszamelowy kalafiorek, a teraz (ciemne chmurki nad wsią ), nad kawami, słuchamy Toma Waitsa Rain Dogs (1985).
___
edit 00:31 — Widzisz kochanie, dobrze, że podlałem kwiatki, bo pada :D

Dopiero skończyliśmy oglądać dokument Młynarski. Piosenka finałowa (2017). Po południu byliśmy na plaży, ja w sandałkach, parno, tłum ludzi, lato. Po spacerze już nie chciało się nam używać szpadla, po prostu byliśmy, Fred godzinę rozmawiał przez telefon z siostrą, Rysio jak to Rysio, właśnie wszedł do domu i przegryzł przysmaczek. Nie śpicie?

poniedziałek, 1 czerwca 2020

167. Dzień dziecka w nas.

Źle spałam. Nad ranem obudziła mnie wiadomość od mamy. Szare baloniki, bo jeszcze jest smutno. Naokoło śniadania zadzwonił tatko z życzeniami, rozmawialiśmy też oboje, ja i Fred, z babcią. Bardzo nas kocho i czeko.

Lato się rozszalało, pierwszy raz szłam po plaży rozhełstana do krótkiego rękawka, dla mnie, zmarzlucha, to jest coś. Multum ludzi, cztery parawany i jeden dmuchany łabędź. Łabędzia taszczyły dwa karki, które posługiwały się od czasu do czasu słowem "kurwa". Przynajmniej jeden parawan to też "nasi" (chyba rzucono parawany w Lidlu, wszystkie były takie same). Schodząc z plaży napotkaliśmy Trzyłapka, który jak ostatnio, położył się na piasku niedaleko drogi i obserwował ludzi i zwierzęta. Przychodzi popatrzeć. Mógłby być nasz, pasuje :)


Wróciliśmy "górą", obok pubu, i prawie natychmiast, zmęczeni słońcem, zaczęliśmy przygotowywać obiad. Zaraz po nim zrobiłam dla nas napoje, Fredowi jego kawkę, dla siebie wiśniową herbatkę z cynamonem, i wyszliśmy na żółtą ławkę, na której lubimy się wygrzewać, gdy jest ciepło i bezwietrznie. Przy okazji była mała telekonferencja z Polską, bo mama była już w domu. U nich gorąc, czyli też dobrze. Czekają na nowego dostawcę gazu, będą coś przełączać ... jak ten czas leci! Gadu gadu, pokazałam mamie nasze rabatki, pojawił się więc i kot rabatkowy, który wrócił ze mną do żółtej ławki:


Nasiadówka na żółtej ławce podziałała tak nastrojowo, że Freda ścięło z nóg na godzinę. Po leżakowaniu mąż zdecydował się jednak na kontynuowanie prac ogrodowych i tak się rozochocił wymachując pożyczonym od Moiry szpadlem, że prawie wyzionęłam ducha oczyszczając darń z nadmiernej ilości piasku. Dzisiaj było kopanie nor pod lawendami zasadzonymi na granicy z działką Anny. Pomocnik:


Skończyliśmy o ... dziesiątej. Jeszcze tylko pogadanka z Anną, sprzątanie narzędzi, prysznic i usuwanie piasku z różnych zakamarków. Będzie coś do picia i pizza. Skonani jesteśmy oboje.