Z rana chciało łupnąć, czułam jak chciało, gdy ściągałam z półki owsiankę, ale wygrałam. Traktowałam plecy dobrze, dłużej mościłam się na krześle, uważałam przy wymachiwaniu kończynami. Tymczasem dzień był rozpęknięty na pół. Fred wrócił z pracy nad ranem, dałam śpiącemu królewiczowi buzi i wychynęłam na deszcz (na szczęście przystanek jest rzut beretem). W deszczu polazłam do kawiarni (znowu te same chłopaki z bajerą "co ci podać, kochanie"), potem do pracy na trzy godziny. Nie powinno mnie dzisiaj być, ale to było odrabianie przyszłego poniedziałkowego popołudnia (którego to popołudnia mam pędzić z rozwianym włosem na lotnisko, jak bogowie dadzą). Trochę robienia list, trochę gawęd ludowych, ustalenie kiedy wracam, krótki wypad po sconesa dla Saren, (czy ja zapisałam, że wczoraj przyszedł mi tekst od Bridżet, że mi sfinansują kurs, którego mi nie chcieli sfinansować? nie napisałam, to piszę), nim się obejrzałam, było "po" i Fred czekał na mnie w samochodzie pod Centrum. Pojechaliśmy do Lidla po zakupy obiadkowe, potem z Kochanym wróciliśmy do centrum miasta i poszliśmy na lunch do Il Forno. Ja nie wiem, czemu mam takie wrażenie, że jak tam wchodzimy, to się kelnerzy uśmiechają specjalnie do nas. Niepostrzeżenie rozpogodziło się, tak jak rano wieszczyła stara Ger, gdy zła rozdziewała się z mokrej kurtki. Po obiedzie poszliśmy do perfumerii, nic nie kupiliśmy, a z tego spaceru utkwiło mi w pamięci, że gdy szłam po kładce do Scotch Hall zobaczyłam wśród mew na rzece gołębia, który próbował wystartować z wody. Nie mogliśmy mu pomóc. Gdy kilka minut później wracaliśmy tą samą trasą, już go na rzece nie było, mewy rozczarowane końcem rozrywki siedziały znudzone na brzegu. Fred mnie pociesza, że gołąb pewnie dopłynął do brzegu (faktycznie tam zmierzał) i odbił się od wystających z wody kabli. Może tak było, chcę tak myśleć.
W domu nie mogłam się dopić herbatą (dyspensa na dwa kubki czarnej z cytryną i cukrem), aż siorbałam z radości, bo jak wiadomo, tak jest najsmaczniej. Skończyłam czytać Czarną owcę medycyny Liebermana (WP, 2020), a raczej te kilka stron, które mi zostały po wczorajszym intensywnym powrocie do lektury. Książka jest niezłym źródłem wiedzy o rozwoju psychiatrii, wstawki osobiste i rozwlekłe opisy znajomości autora obniżają jej wartość. Obejrzeliśmy z Kochanym 10 odcinek Zmienników, i kilkakrotnie wysłuchaliśmy piosenki Come on Eileen Dexys Midnight Runners (1982). Wzięłam tabletkę na gardło, ale dalej ćmi. No good. Za to sztylet w plecach zamilkł. Good. Wieje i śwista w ciemności, czyli rewelacja.