[go: up one dir, main page]

Strony

piątek, 30 września 2022

1019. Good and not so good.

Z rana chciało łupnąć, czułam jak chciało, gdy ściągałam z półki owsiankę, ale wygrałam. Traktowałam plecy dobrze, dłużej mościłam się na krześle, uważałam przy wymachiwaniu kończynami. Tymczasem dzień był rozpęknięty na pół. Fred wrócił z pracy nad ranem, dałam śpiącemu królewiczowi buzi i wychynęłam na deszcz (na szczęście przystanek jest rzut beretem). W deszczu polazłam do kawiarni (znowu te same chłopaki z bajerą "co ci podać, kochanie"), potem do pracy na trzy godziny. Nie powinno mnie dzisiaj być, ale to było odrabianie przyszłego poniedziałkowego popołudnia (którego to popołudnia mam pędzić z rozwianym włosem na lotnisko, jak bogowie dadzą). Trochę robienia list, trochę gawęd ludowych, ustalenie kiedy wracam, krótki wypad po sconesa dla Saren, (czy ja zapisałam, że wczoraj przyszedł mi tekst od Bridżet, że mi sfinansują kurs, którego mi nie chcieli sfinansować? nie napisałam, to piszę), nim się obejrzałam, było "po" i Fred czekał na mnie w samochodzie pod Centrum. Pojechaliśmy do Lidla po zakupy obiadkowe, potem z Kochanym wróciliśmy do centrum miasta i poszliśmy na lunch do Il Forno. Ja nie wiem, czemu mam takie wrażenie, że jak tam wchodzimy, to się kelnerzy uśmiechają specjalnie do nas. Niepostrzeżenie rozpogodziło się, tak jak rano wieszczyła stara Ger, gdy zła rozdziewała się z mokrej kurtki. Po obiedzie poszliśmy do perfumerii, nic nie kupiliśmy, a z tego spaceru utkwiło mi w pamięci, że gdy szłam po kładce do Scotch Hall zobaczyłam wśród mew na rzece gołębia, który próbował wystartować z wody. Nie mogliśmy mu pomóc. Gdy kilka minut później wracaliśmy tą samą trasą, już go na rzece nie było, mewy rozczarowane końcem rozrywki siedziały znudzone na brzegu. Fred mnie pociesza, że gołąb pewnie dopłynął do brzegu (faktycznie tam zmierzał) i odbił się od wystających z wody kabli. Może tak było, chcę tak myśleć.

W domu nie mogłam się dopić herbatą (dyspensa na dwa kubki czarnej z cytryną i cukrem), aż siorbałam z radości, bo jak wiadomo, tak jest najsmaczniej. Skończyłam czytać Czarną owcę medycyny Liebermana (WP, 2020), a raczej te kilka stron, które mi zostały po wczorajszym intensywnym powrocie do lektury. Książka jest niezłym źródłem wiedzy o rozwoju psychiatrii, wstawki osobiste i rozwlekłe opisy znajomości autora obniżają jej wartość. Obejrzeliśmy z Kochanym 10 odcinek Zmienników, i kilkakrotnie wysłuchaliśmy piosenki Come on Eileen Dexys Midnight Runners (1982). Wzięłam tabletkę na gardło, ale dalej ćmi. No good. Za to sztylet w plecach zamilkł. Good. Wieje i śwista w ciemności, czyli rewelacja.

czwartek, 29 września 2022

1018. Nadprogramowe nicnierobienie.

Przeciągnęłam się z rana i ryms. To nie był dźwięk, tylko uczucie kłującego bólu, ciało przez następne kilka minut nalegało, żebym położyła się na podłodze i znieruchomiała. Miałam tak ostatnio z 5 lat temu, nadal nie rozumiem wzoru. Wgramoliłam się do łóżka trochę bardziej na czterech łapach i postanowiłam zasnąć na wieki (nie trwało to długo, musiałam napisać do pracy, że nie zamierzam się nigdzie wybierać). Skracając tę historię: super pomysł, gdyż Ośrodek zamknięto na dwa dni z powodu plagi covida. Wstałam na śniadanie, wyszłam na moment przed dom, żeby Katlin mogła opowiedzieć mi wesołą historyjkę, jak to z Ethanem utknęła w pokoju i trzeba było wyłamywać drzwi (wracając w poniedziałek z pracy byłam chwilowym świadkiem zakończenia tej przygody). Słoneczny ziąb mnie owionął, więc dalej żadnych głupich pomysłów. Położyłam się spać, a gdy się obudziłam Freda nie było już w domu (praca w Swords). Coś zjadłam i zajęłam się z nudów genealogią. Stan na teraz: bolą mnie plecy i gardło. 

środa, 28 września 2022

1017. Rozmyślania i działania.

Fred wrócił po północy, akurat dogotowywała się obiadokolacja. Poszłam spać, a Kochany jeszcze trochę ślęczał, żeby mu się w brzuchu ułożyło. Obudziłam się z melodią Do ludożerców Cichej, ale to pewnie dlatego, że słuchałam_śmy folku. Genialnej płyty Tany wysłuchałam wczoraj po południu kilkakrotnie, a nawet do niej tańczyłam w stylu Davida Byrne'a, zaś małżonek po powrocie odpalił Niewierne Samych Suk. Tak to jest. Fred wstanie za godzinę. Myślę o śmierci. Rozmawiałam przed chwilą z Marchwą, która składa podanie o rozpoczęcie seminarki od nowa, bo Czesio pokonał ją po raz drugi. Miałam z nim zajęcia w zimowym semestrze i tak w kontekście ostatnich wydarzeń (szerszego oglądu w temacie demencji), oceniam, że już nie powinien uczyć.
___
edit 19:15 Zanim jeszcze Kochany wstał, zajrzałam do spożywczaka za rogiem, żebyśmy mieli z czym dojeść dżem z czarnej porzeczki wychodzący z daty. Kupiłam mleko i płatki owsiane. Normalne mleko pełnotłuste, i normalne płatki Flahavan's, a nie głupoty-organiki (tu jest wieś, tu się konkretne rzeczy spożywa). Na śniadanie było 7 naleśników z dżemem. Na obiad klopsy wołowe w sosie Łowicza "8 warzyw" do makaronu (bardzo, bardzo). Fred po obiedzie wskoczył w samochód i hops w kierunku Dublina, ja na ekspresowy spacer nad morze (rzuciłam okiem tylko, nie uśmiechał mi się powrót po plaży pod wiatr). Rozmawiałam z mamą, oprócz tego fryzjer zamówiony, Midsomer 14.7 obejrzany, włos pod normalnie działającym prysznicem umyty, stopy nakremowane.

wtorek, 27 września 2022

1016. Szarroburro i złe wieści.

Nie budziłam rano Freda, który wrócił o Dzikiej Godzinie. Zaczęłam poranek od cappuccino w Caffè Nero, potem kupiłam pomadkę w Bootsie (L'Oreal 125, Maison Marais), chyba po to, żeby ją odbijać na filiżankach (co zaraz uczyniłam na filiżance z gorącą wodą). Na rozweselenie dnia stopy zostały wsunięte we wściekle kolorowe, owocowe skarpetki kupione w ostatnią sobotę. W Stockwell Artisan był lunch i radyjkowe słuchanie przemówienia o budżecie na nowy rok. Mamy się nie martwić, rząd myśli za nas (no dobrze). Wszyscy wskoczyli nagle w jesienno-zimowe kurtki, trudno ludzi rozpoznać, poza tym do Ośrodka nie dotarły osoby, które wczoraj miały pozytywny wynik testu na covid. Reszta mniej lub bardziej zamaskowana trwała na posterunku, kosmata Lulu brykała między ludźmi niczym się nie przejmując. 

Po powrocie do domu znalazłam kartkę pocztową od naszego dostawcy energii z informacją najuprzejmiejszą, że 6 października, między 9 a 17 nie będziemy mieli prądu, gdyż przeprowadzane będą roboty w celu jeszcze bardziejszego poprawienia naszych doświadczeń prądowych. Ale to nie jest ta wieść zła. 

Do wyjazdu zostało kilka dni. Tatko zadzwonił wieczorem, przyprawiając mnie tym o palpitacje (raczej nie zdarza mu się dzwonić po dziewiątej) i niby zaczął od czegoś innego. Pokombinował i odpalił akumulator w naszym wozie, taki jest zdolny, ale tak naprawdę to chciał powiedzieć o babci. Babcia Mania od jakiegoś czasu nie schodzi do kuchni, w ogóle nie ma ochoty chodzić. Tatko zagląda do niej co jakiś czas i zamienił się najprawdopodobniej w całodobowego opiekuna osoby leżącej (choć się tak nie wyraził, żeby to nie zabrzmiało źle). Przypuszczam, że u babci postępuje demencja i nasilają się konfabulacje (które zauważyłam podczas ostatniej wizyty). Niby spokojnie i chyłkiem, a jakby zupełnie nagle nastąpiła taka sytuacja, że lepiej już było i nie bardzo jest możliwość ruchu. Materac przeciwodleżynowy jest, nadzór jest, moja wizyta nabiera zupełnie innego wyrazu.

poniedziałek, 26 września 2022

1015. I like Mondays.

Przy każdym przebudzeniu okazywało się, że kot spał za moimi plecami. Jeszcze wczoraj odczuwalna temperatura spadła o kilka stopni i kręci się wokół 10-12 °C, oczywiste więc, dlaczego Ryszard rozpoczął procedury jesiennego zagnieżdżania się w naszej sypialni. Cóż, skarpety w lisy, duży, ciepły swetr na grzbiet, milusi szalik naokoło szyi. Kochany podwiózł mnie do Centrum, gdzie bardzo ucieszono się na mój widok i gdzie po grzebaniu w papierach rozbolała mnie głowa. Na lunch wyszłam do Il Forno, liczyłam, że suty posiłek i dobra kawa (nadal kontroluję ilość) wpłyną na zatoki, i słusznie, poczułam się lepiej. Krętą drogą (przez księgarnię) doszłam do Ośrodka i tam jeszcze bardziej nastrój mi się poprawił. Odbyłam kilka inspirujących rozmów, np. z Oli, która jest mamą nienażartego Frankiego:

Albo z chłopakiem, który w zeszłym tygodniu był jak zombie, a dzisiaj przyszedł z rozciętym nosem, za to wszystkim innym uśmiechniętym, oraz z nadpobudliwym Denisem, który przypomina mi Gajosa, chce być Amber i opowiedział mi bardzo ciekawą historię swojego życia. Niestety pod koniec okazało się, że niejaki Alan może mieć koronę, w związku z czym nastąpił malutki popłoch, Paddy zaczął dezynfekować kije do bilarda, a reszta zaopatrzyła się w maseczki. Może jutro się spotkamy, kto wie ;) W każdym razie pierwszy raz od dłuższego czasu szłam w masce pod wiatr i stwierdziłam, że to bardzo fajna metoda na zapalenie zatok.

Wieczorem Kochany w pracy (nie zdążył zjeść obiadu, biedak, bo przyszedł gość od prysznica). Na MyHeritage zgłosił się do mnie przedstawiciel rodziny Janickich z którym mogę być spokrewniona przez dziadka w 10 pokoleniu. (z ostatniej chwili) Spłuczka jest naprawiona, prysznic działa dobrze, choć teraz z kolei trzeba go zupełnie rozkręcić, żeby woda była optymalnie gorąca. Oh, well.

niedziela, 25 września 2022

1014. Domowa niedziela.

Kochany pasie mnie od rana białą kiełbasą, na deser resztki kawy z Peru i polskie ciastki. I tak sobie siedzimy w tę niedzielę, przy laptopach, albo trochę prasując (ja), trochę robiąc obiad (Fred) i oglądając kolejne Midsomery, 14.6 (oboje; Kochanemu się nie podobało, mówi, że bez sensu). Okno większość dnia zamknięte, chłód się ściele ponuro i nawet Ryszard nie miał ochoty na kocie szwendy. Przetestowaliśmy pierwsze jabłuszko elstar (cierpki wypierdek) i wzruszyliśmy się przy 9 odc. Zmienników. Wieczorem grzebię w genealogii (odkryłam imiona prapradziadka Kiełbasy) słuchając genialnej Karoliny Cichej (wszystko, co mamy, i jak leci).

sobota, 24 września 2022

1013. Miejska sobota.

Stado szczygłów jest stałym gościem we frontowym ogródku. Lenistwo ogrodowe popłaca i sprawia innym radość. Mam nadzieję, że Ryszard nie ma w związku z tym własnych planów.

Sobotę po śniadaniu spędziliśmy w mieście (najpierw odbył się spacer z kotem, bo Ryszard zobaczył, że się stroimy i wyciągnął swoje wnioski — wyszedł z domu, po czym czekał na nas za drzwiami). Costa (na maszynie stała Aura, która rzuciła mi kwaśne spojrzenie ... natychmiast poprawiłby mi się nastrój, gdybym była w złym), TK Maxx (nakupiliśmy sobie dziwnych skarpetek), Jysk (Fred nabył zawieszaną szafkę na płyty), sklep sportowy (rozglądam się za kostiumem kąpielowym). Na późny lunch poszliśmy do Cedar Gate przetestować kolejne dania (sambosa, faszerowane liście winogron, dawood basha, mix mahashi; tym razem obsługiwała nas grubiutka, miła muzułmanka). Do szóstej po południu czas zleciał nie wiadomo kiedy (nadal jestem najedzona). 

Are you new to Drowda, guys? zagadnąl nas jeden z grupki młodocianych osobników, gdy szliśmy West St rozglądając się, jakbyśmy mieli cały czas świata. No? odpowiedziałam. Pewnie obstawiali zakład skąd jesteśmy. Co mi przypomina, że wczoraj Patricia była przekonana, że przyjechałam z Niemiec. Utkwiło mi to w głowie, bo podobnego zdania był ktoś dzień wcześniej, na praktyce. Co trzeba zrobić, żeby wyglądać po niemiecku?  Zresztą nie wiem o co chodzi bardziej, akcent, ubranie, czy imię i nazwisko (gdy się przedstawiam). Ciekawie pomieszanie koncepcji i stereotypów. 

Franciszek Pieczka był podobny do dziadka Bronka, jestem pewna, że myliłam ich będąc dzieckiem (a nauczycielkę od biologii myliłam z Eleni). W domu w Polsce została płyta dvd z Austerią Kawalerowicza (nr 1 na liście do przywiezienia). Na razie kontynuujemy z Fredem oglądanie Zmienników, odc. 7 i 8. Śmieszy i boli.

piątek, 23 września 2022

1012. Życie wsiowe.

Wracając do wczorajszego wieczoru, chłopcy rosną jak na grzybach (czy nie powinnam napisać, że jak grzyby po deszczu? się nagle zastanawiam ... drożdże to też grzyby, mówi Fred; ach, czyli o to mi chodziło, no dobra, zostawiam to w spokoju), pokazali nam zadania na literowanie z angielskiego i irlandzkiego. Rozśmieszyło mnie, gdy jeden z nich zaanonsował nas jako "our friends". Chyba nie mają nic przeciwko naszym wizytom, Ka kupuje wówczas ciasto czekoladowe :D

W głowie zaczynam robić plany "na Polskę". Rozmawiałam rano z mamą (jeśli weźmie urlop, pojedziemy razem do Wro szwendać się po mieście). Podbiję legitymację studencką, pójdę do fryzjerki i kosmetyczki, będzie grzebanie w domowych archiwach.

Po śniadaniu wyszliśmy z Kochanym na spacer, żeby zobaczyć różne rzeczy, np. to szpacze radio:

Na plaży zaczął się odpływ, morze było bardzo spokojne, duże stado mew spało na skałach przy drodze na klify, a za migoczącą taflą wody na południu widać było półwysep Howth:


Drepcząc tak bez celu na południe znalazłam szkło morskie niecodziennej urody:

Ponieważ "na plażę" noszę zazwyczaj tę samą kurtkę, oto aktualizowana zawartość mojej kieszeni:

Od lewej: kawałek interesującej skorupy z bliznami, najprawdopodobniej po pąklach, kawałek taniej ceramiki, nadłamana muszla przegrzebka podniesiona z plaży z powodu różowego koloru, mleczny kwarc, szkło morskie w seledynowym odcieniu z poprzedniego zdjęcia, za nim szkło znalezione kiedyś tam wcześniej (zielone), krzemień, skorupa kraba znaleziona tydzień temu. Doszliśmy z Fredem dalej niż zazwyczaj:

Niektóre posiadłości wyglądały bardzo dobrze, inne niekoniecznie. Brzeg jest nieźle umocniony, miejsce na dom letniskowy jak najbardziej do zaakceptowania. To zaś jest Ned:

Tym razem byłam tak rezolutna, żeby zapytać także mamę o imię i zrobić nowofunlandowi zdjęcie. Bo jest to nasze drugie spotkanie, rozmawiałam z Megs w lutym, przypomniałam sobie o tym dzięki blogowi. W tym czasie wiedzieliśmy już z małżonkiem, że trzeba szybko wyciągać nogi w drugą stronę — do Freda zadzwonił elektryk, który właśnie krążył po okolicy. A to kanarek:

Dzięki kanarkowi poznałam Andrew z Dundalk, który pracuje w Cash & Carry. Niestety kanarka nie udało się nam złapać, a Fred już musiał gonić do elektryka, więc się rozdzieliliśmy. Andrew zobaczyłam ponownie z kwadrans później — mijał mnie w środku wsi zasuwając pod górkę na rowerze, pewnie w stronę Dundalk, a ja rozmawiałam z Patricią. Patricia, której do dzisiaj nie znałam, ma we wsi domek na kółkach, mieszka w Drołdzie, więc wpadłam na nią, gdy czekała na autobus. Jej zięć umarł rok temu, u córki kilka miesięcy później zdiagnozowano raka. Patricia uważa jednak, że trzeba się trzymać i żyć dniem dzisiejszym. Poleciła mi kiążkę The Spy and the Traitor Bena Macintyre'a i chwilę rozmawiałyśmy o bezsensie wojny. Gdy tak stałam, Katlin z Majkiem do mnie zamachali. Życie wsiowe.

Tymczasem elektryk z czarną brodą miał na imię Art. Dobry znak. Chyba powymienia nam to i tamto (na tyle był rozgarnięty, że zauważył problem z korkami). Zrobiłam obiad, zjedliśmy go, Fred zadzwonił do mamy, a ja udałam się na drzemkę. Wieczorem obejrzeliśmy kolejne dwa odcinki Zmienników, 5 i 6. Czy czas cwanego chama powrócił? Ech, w głośnikach Waglewski gra żonie (1991/2020). Umarł Pieczka.

1011. Jak miło.

Dzień rozpoczęty rzęsisty deszczem w Irlandii nie może być zły. Zanim dojechałam na praktykę, poszliśmy z Kochanym do Housingu przekazać jednej z pań Wybałuszających email wysłany przeze mnie jakiś czas temu, na który nie dostałam odpowiedzi. Przy okazji rozsupłał się nam worek z naprawami, Fred dorzucił problem z podgrzewaczem wody przy prysznicu i elektrycznym ogrzewaniem łazienki. O, niespodzianko! Gdy ja zajmowałam się m.in. tym:

do domu wpadł elektryk obfocić urządzenia. Co z drzwiami, nadal nie wiadomo.

Po południu pogodniej, Kochany przyjechał po mnie do miasta i zrobił nam dobry obiad. Na wieczór byliśmy umówieni z Ka&Jot. U przyjaciół rozmawialiśmy głównie o głupocie Putina, potem we trójkę (Jot odleciała w sen) obejrzeliśmy Na rauszu (2020) Vinterberga, całkiem adekwatną ilustrację utraty kontroli nad piciem. Wróciliśmy do domu około północy wystraszając tym w kuchni pająka, który ratował się sprintem pod meble. Fred pokazał mi na niebie Wielki Wóz.

środa, 21 września 2022

Postscriptum #1010.








1010. Środek tygodnia.

Z rana wchodzę niepotrzebnie na onet i potem próbuje się emocjonalnie odciąć od wieści na Ukrainie (po pogrzebie Elizki portale informacyjne wróciły do rozdrabniania potworności wojny). Kochany śpi, wrócił przed trzecią w nocy. Po dziewiątej wybudził go gwałtownie telefon od Ka z zaproszeniem na jutro wieczór. Na śniadanie biały ser z rzodkiewką i szczypiorkiem. Testuję pudding czekoladowy Milbony, Fred peruwiańską kawę paloną przez Cafe Direct. Szpaki zbierają się na zimowisko, szczygły systematycznie wyjadają nasiona lawendy.
___
edit 15:30 Ponad dwie godziny chodziliśmy sobie z Kochanym naokoło Głowy. Szarość, lekki wiatr, nawet ciepło, jeżyny i głogi radykalnie owocują. Nuciłam God Rest Ye Merry Gentlemen na przemian z God Save the Queen, gdy tymczasem Fred chwalił zasłyszany po drodze dźwięk silnika kosiarki do trawy. Najpierw zjedliśmy lody w nadmorskiej kawiarence, wypiłam kawę na rozruch (tutaj zaskoczyły nas tłumy uczniów w żółtych kamizelkach, którzy najwyraźniej zrobili sobie przerwę w sprzątaniu plaży). Na szlaku za to spacerowiczów było niewielu, głównie młodzi ludzie, a to z psem rasy amerykański buldog, a to z kilkutygodniową młodzieżą w nosidełku. Wypatrywaliśmy kłólików, ale nie znaleźliśmy kłóliczych kroci, raczej zatrzęsienie dziur i bobków. Ślad po jakimś nieszczęściu kłóliczym się pojawił (wydarte futro) i nawet powstała w głowie małżonka myśl, że kłóliki są na ważnym pogrzebie, stąd taki ich niedobór w krajobrazie. Różne rzeczy być mogą. Po powrocie Kochany pokazał mi nową kosiarkę. W piekarniku pierś kaczki, kartofelki bulgoczą, pomidory już czekają w śmietanie.
___
edit 21:00 Trawnik prawie równy. Obejrzeliśmy dwa kolejne odcinki Zmienników. Słuchamy Świń (1985), genialna płyta.

wtorek, 20 września 2022

1009. Rozczarowanie.

O godzinie czwartej rano kot zagadał do mnie kocim irlandzkim, tak mnie to wybudziło, że pamięć snu uleciała na zawsze (i bardzo dobrze, bo mielenie sennych widziadeł po przebudzeniu już się zrobiło nudne). Porankowi towarzyszył rozlany niepokój. Wiadomo, wczoraj weszłam do praktyki bez oczekiwań, a dzisiaj coś się miało dziać. Tymczasem nie za bardzo się działo, chociaż poznałam nowych ludzi. Za dużo sobie nie wyobrażałam, brak fascynującego zajęcia bardzo mnie jednak zmęczył i myślałam o hummusie, marzyłam o nim (później z braku hummusu w domu, na talerz obiadowy wpadła fasolka z puszki). W efekcie spekulatywnej kotłowaniny ostatnich dni zupełnie zapomniałam, że jeszcze w sobotę Aś proponowała mi podwózkę do domu po pracy. Gdy przyszło co do czego sprawa okazała się nieaktualna, co mnie wcale nie zmartwiło, bo zapomniawszy o rozmowie kupiłam rano bilet powrotny. Wieczorem 14.5 Midsomer Murders z wątkiem druidzim. Bardzo jest mi miło we własnym, przytulnym łóżku i nie jestem już w stanie zrobić dużo więcej ponad umycie zębów na dobranoc.

poniedziałek, 19 września 2022

1008. I znowu to samo.

Naprawdę z tymi snami ... śniło mi się, że Maciej umarł po długiej chorobie. Na szczęście potem ożył, co było do przewidzenia. Reszta dnia zdecydowanie milsza. Kochany zawiózł mnie do Centrum, trochę się tam pobujałam, na lunch zjadłam wczorajsze resztki obiadowe, które ilościowo wcale nie wyglądały jak resztki, potem udałam się w kierunku południowym (tzn. najpierw na kawę ;)). Początek praktyki był taki, że siedziałam w pokoju do którego zwyczajowo między 14-16 wpadają "potrzebujący" i się im przyglądałam, od czasu do czasu do kogoś zagadując. Od jutra shadowing Paddy'ego (czy będzie to wartościowe doświadczenie, nie zależy w tej chwili za bardzo od nas, więc staram się tego w głowie nie rozdrabniać). Wróciłam do domu później niż zazwyczaj, bo autobusem po osiemnastej. Przy przygotowywaniu chybcikowego obiadu zadzwoniłam do mamy, która nie za bardzo była w formie. Dlaczego, w zasadzie nie wiadomo i niby trochę się jej poprawiło, kiedy po obiedzie rozmawiałyśmy o tym i owym. Mama zamartwia się ogrzewaniem i pieniędzmi. Całe życie uczciwie pracowała. Wyborcy pisu zasługują na długie i bolesne istnienie w niezmienianym pampersie. Na pocieszkę (dla mnie) prysznic (3-minutowy, bo się podgrzewacz psuje), gorąca woda do picia i Gosia ze Szkocji. Fred mówił, że nie będzie za długo pracował. Już to powiedziałam kotu, ale Ryszard stwierdził, że on mimo wszystko zagrzeje ojcu poduszkę.

(u sąsiadów pochowali królowe Elizkę, pozachwycam się innę razą).

niedziela, 18 września 2022

1007. Jesieniarstwo.

Sen taki, że chłopak-gwiazda (metroseksualny dość) zmagał się z remontem mieszkania socjalnego ;D. Były też inne sny, które chciałam zapamiętać, ale kot kręcący się i spadający z łóżka skutecznie wybudzał mnie z postanowienia.

Zaprawdę, wczorajszy spacer z którego wróciliśmy po zachodzie słońca mocno nas dotlenił. Obudziliśmy się oboje późno, w świetle nowego dnia wróciły rozkminy. Np. przyjaciółka nam powiedziała, że 2 tygodnie temu miała kolejne załamanie, nowy lekarz zamiast pillsów zasugerował godzinne spacery. Lokatorka mieszka z nią od tygodnia, to też dodatkowy stresor. Julija się uśmiecha, ale chyba wraca myślami do wojny, ciężko jej, jeszcze nie wiadomo jak długo zostanie, ani w zasadzie "czy".

Tatko przekazał, że w naszym samochodzie zostawionym w Polsce prawdopodobnie wysiadło zasilanie. Postara się coś z tym zrobić, jak się nie uda, trzeba będzie kupić nowy akumulator. Czyli wiadomości różne takie. A my hyc, wybraliśmy się do miasta. Najpierw miało być, że na zakupy, ale wyszło, że poszliśmy sprawdzić libańską restaurację Cedar Gates, która powstała na miejsce dawnej Canale (w pandemii był w tym miejscu nieszczęsny Epik, którego zniknięcia nikt nie żałuje): 

Bardzo dobre jedzenie, przystawki w sam raz, główne dania niezbyt pikantne (na dodatek zestaw dla dwojga wyszedł za €30), nie zjadłam wszystkiego, wzięłam resztę na wynos. Po jedzeniu krótko Lidl, potem kawa na zewnątrz Costy. Za kontuarem stała Shauna (+ zmianą rządziła prawdopodobnie Andrea, która mnie zapytała, czy już zwiedziliśmy wszystkie miejsca w okolicy), więc nie zapłaciłam ni centa, chociaż Fred wziął kubeł cappuccino na czterech szotach kawy. Napełnieni kawą pojechaliśmy do Oldbridge zrobić rundkę po ogródku:



Nastrój jesieniarski mi się włączył automatycznie. Ach, i jeszcze teściowa się mnie pyta, o czym miała do mnie więcej napisać. Pojęcia nie mam, może chodziło mi o genealogię (jutro zbiorę myśli na ten temat, jeśli będzie co do zbierania). Do końca dnia nie jem nic więcej poza ciasteczkami do dwóch pierwszych odcinków Zmienników. Kota bolał brzuch, Fred ma stan podgorączkowy, ja smarkam.

sobota, 17 września 2022

1006. Łazikowanie.

Sennik się zacina, noc była spokojna, dzień słoneczny. Wylazłam z łóżka dwie godziny przed Fredem, żeby się podelektować rzeczywistością, ale śniadanie i tak zjedliśmy razem, około dziesiątej. 

Newry (poznanie Juliji, przesiadka do naszego samochodu) → Castlewellan Forest Park (szlak naokoło jeziora) → Maggins Bar Castlewellan (późny lunch) → widok z Dundrum Castle (w remoncie) → Murlough National Nature Reserve (drepczemy na wydmy). 







piątek, 16 września 2022

1005. Dobre nowiny, kawa, na pewno nie przed dziewiątą.

Sen kryminalny, ktoś kogoś chciał wysadzić w powietrze. Wspomnienie jest mocno zatarte, Kochany zerwał się o trzeciej nad ranem, żeby przygotować się do wyjazdu do Limerick i pamięć śniku zwietrzała mi po tym przedwczesnym przebudzeniu.

Ranek słoneczny i chłodny, typowa wrześniowa pogoda z niemiłosiernie zacinającymi wiatrami okrzepła i postanowiła pobyć. Rodzina gawronów na półumarłym drzewie we wsi grzała się w słoneczku niechętna tak od razu rozwijać skrzydła. Z tego chłodu przed pracą poszłam do kawiarni, żeby mieć kubek do ocieplania dłoni i jeszcze wepchnęłam w siebie ciastko z brzoskwinią. Już na wstępie w robocie na schodach złapała mnie Catrina i poinformowała, że dostali zgodę na przedłużenie mi kontraktu o rok. Będę w tym czasie szukała innej pracy i coś tam sobie dłubała. Git.Wyszłam na chwilę dorobić klucze do biur, pomimo wiatru w słońcu nie było tak najgorzej. 

Kochany nie pracował za długo, ale powrót w czasie jesiennych wykopków drogowych zajął mu znacznie więcej czasu niż planował. Korki, wszędzie korki, bo wszędzie remonty. Na obiad stek, potem zanurzyłam się po uszy w zdjęciach z wczoraj. Trzeba je przetrawić, bo już mnie Aś zaczepiała, że może byśmy we czwórkę (Aś ma gościa z zagramanicy ostatnio dobrze znanej) gdzieś się wybrali. No, a kto miałby się gdzieś wybrać, jak nie my? Fred lojalnie uprzedził jednak, że wcześniej niż o dziewiątej z łóżka nie zamierza się wygrzebywać. Przyjaciółka przyjęła to ze zrozumieniem. Mapa już została obczajona.

czwartek, 15 września 2022

1004. Cunning plan.

Następny sen w tym tygodniu był z pewnością długi i zawiły, zapamiętałam z niego, że w domu rodziców Freda (w tym śnie żyli oboje) na ścianie była sztukateria podmalowana czarną farbą.

Plan kochanego małżonka polegał na tym, że kupił przez internety nową kosiarkę (Titan, akumulatorowa), którą postanowił odebrać w Swords. W związku z tym pojechaliśmy do ... pałacu. Bo wiadomo, jak się jedzie do sklepu z rupieciami, to odwiedza się także pałac, żeby nie zapomnieć, co jest w życiu ważne, tak?

Do tej pory nigdy nie byliśmy w Newbridge House & Farm. Dom jest z czasów gregoriańskich, nie byliśmy pewni, czy chcemy go zwiedzać i początkowo Kochany kupił jedynie bilet na farmę ...


... i oczywiście wypatrzył tę panią w oknie powyżej.




Farma zawierała wszystko, co trzeba. Obok drobiu i typowych zwierząt hodowlanych była ptaszarnia (także z papugami i innymi ptakami ozdobnymi) oraz alpaki. Oprócz tego przeszliśmy się przez walled garden, nie tak bogaty w roślinność, jak np. warzywnik w Ardgillan, ale też ładny, pełen opadłych jabłek i rozprawiających się z nimi krukowatych. Następny tour z przewodnikiem po domu był o trzeciej, nie sądziłam, że do tego czasu będziemy jeszcze na miejscu, tymczasem przed trzecią zastała nas kawa w pałacowej jadłodajni:


Dokupiliśmy resztę biletu i daliśmy się oprowadzić bardzo miłej Emmie. Grupa odwiedzaczy składała się z nas oraz jeszcze jednej pary z chłopcem, który niedawno nauczył się chodzić, w związku z czym biegał jak wicher po korytarzach i wchodził w kadr:




Mieliśmy do dyspozycji parter, ponieważ na piętrze przebywała rodzina dawnych właścieli majątku, z których panowie za domem grali akurat w krokieta (nie mylić z krykietem). Po zwiedzeniu domu wyszliśmy jeszcze na chwilę do parku, nad którym zaczęły się zbierać ciemne chmury, potem przystąpiliśmy do realizacji drugiej części planu: odebrania kosiarki i zjedzenia obiadu w pizzeri Milano w pawilonach Swords. Pomiędzy tymi punktami podróży zaszliśmy do TK Maxxa, gdzie wypatrzyłam ładną, dzianinową marynarkę w gołębim kolorze w białą kratkę (Tahari). Kochany dorzucił do tego skórzany portfel dla mamy (zawiozę go jako prezent w czasie najbliższego wyjazdu do domu). A to już wyżerka, cztery pizze na dwóch cieniusich spodach:


Ach, pysznie było, i ciekawie, i pogoda dopisała oraz outfit był interesujący (do sztruksowej spódnicy i bordowych rajstop, stare, wełniane tenisówki, bo je kocham, do tego na niebieski t-shirt sweterek w rude maziaje, rudy płaszcz w kratkę, zielony szal Freda oraz szary, wełniany kapelusz z dużym rondem). 


A teraz chciałoby się poszerzyć wieczór o kilka godzin, żeby można było przed jutrzejszą pracą obejrzeć zdjęcia, nasycić się wrażeniami, spisać je i godzinami układać się do snu poprawiając się w pościeli jak dwa stare koty.

środa, 14 września 2022

1003. Plaża, ludzie, ryby, ptaki.

Ze snów dziwnych zapamiętało mi się tyle, że mama mi powiedziała, że kiedyś miała kochanka. Fred pospał dłużej (słyszałam jak wracał z pracy, ale mój zaśpiączkowany mózg otulony poduszką nie zanotował godziny), więc po śniadaniu poszłam na plażę sama. 

Budka ratowników już zwinięta, pustki, kilka osób siedziało w kawiarence powoli sącząc płyny. Spotkałam Cyklopa z psem, który maszerował chyba aż z Termon, a potem, już na ulicy, Uśmiechniętą Kathleen zmierzającą nad wodę (prosiła pozdrowić męża i przekazać, że zmówi za nas modlitwę).

Kochany usmażył na obiad gładzice od Saren, bardzo smaczne. Duże stado szczygłów (ponad 10 sztuk) pasło się na naszym trawniku (nasionka koniczyny, mniam mniam, do brzuszka). Fred wyjechał na siódmą wieczór do Drołdy i wrócił o dziesiątej (dobra taka krótka praca). W tym czasie napasiona rybami rozmawiałam z tatą i obejrzałam 14.4 Midsomer Murders. Jutro razem cały czas i tak jest najlepiej. 

wtorek, 13 września 2022

1002. Kolejny zwykły wtorek.

Sny to mam naprawdę świetne, dzisiaj np. śnił mi sie brzuch Hanny Stankówny. W porannym autobusie (coś się noce ochłodziły) taka zaś z kierowcą rozmowa: ja mu mówię Single to Drołda, on mi na to pytanie stawia Adult single? Nie, kurde, dla młodzieży. Kierowca chyba w śnie głębokim prowadził.

Okazało się, że dwie dziewczyny z nowej grupy są irlandzkimi trawelerkami. To ciekawe, bo zazwyczaj zgadywałam pochodzenie, a tutaj mam czarne na białym, do paranaukowej obserwacji obyczajów. Z drugiej strony, słabo to się w takim razie zapowiada, w sensie kontynuacji działania. Ciężko jest rano wstać, gdy nikt w domu rano nie wstaje, i iść do pracy, gdy nikt poza tym nie idzie, bo nigdy nie szedł. Z innych pracowniczych ciekawostek, dostałam nowinę ściśle tajną, przy okazji pytania o zużycie dni wolnych przed zakończeniem mojego kontraktu, że TPTB pracują nad przedłużeniem kontraktu tegoż. Ani o to nie prosiłam, ani nie wyglądałam, fajnie, że uważają mnie za użyteczną. Na razie pokładam nadzieje w przyszłotygodniowej praktyce. I wpadam Kochanemu w ramiona, gdy czeka na mnie pod budynkiem w swoim zajebistym kapelutku.

Po powrocie do domu zapoznaliśmy się z Paddym, młodszym bratem Anny (sąsiadka coraz bardziej niedomaga i czuje się samotna; wczoraj podobno zatrzasnęła się w mieszkaniu). A potem, jeszcze przed obiadem, doczytałam na blogosferze, że dwa dni temu zmarł DeLu, czyli Asmodeusz, czyli Kornel Wolny. Ostatnio pisał jakby mniej i drażliwy był na tyle, że nie chciało mi się wchodzić w dyskusje. Zresztą, nie wiem, czy to prawda. Chyba był drażliwy nawet dłużej, może zawsze.

Fred po obiedzie wyjechał do pracy. Trochę posłuchałam Iana Dury'ego, i zabrałam się za prasowanie (moje ulubione prasowanie bielizny). Więc wiadomo, Midsomer, 14.3, które robi się coraz bardziej gore. Gdy skończyło się prasowanie, drugą rzeczą do której midsomery nadają się idealnie jest malowanie paznokci (pomalowałam, kolorem angora cardi). 

Każdego dnia przed snem myślę, jakie ja mam szczęście z tym moim chłopakiem. Pomyślę, poczytam książkę, powącham paznokcie. 

poniedziałek, 12 września 2022

1001. Prowincjonalne przemieszczania.

Noc była nieprzyjemna, kręciłam się bezustannie, wstałam z podkrążonymi oczami. Główną przyczyną był kot zawracający nam głowę swoimi petycjami o spacer, ale też pewnie rozpoczęcie nowego roku. Śnił mi się pożar w obejściu moich rodziców, dziwny pożar, który pochłonął połowę stodoły i garażu, tak, że mogliśmy sobie powiedzieć "odbuduje się". Tata balansował na wiązarze, ale bałam się o niego tylko trochę. Tymczasem poniedziałek rozpoczął się na tyle ciepło, że kot dostał od matki swej pozwolenie na wyjście na spacer po antybiotyku. Zostawiłam mu otwarte okno na cały dzień. Wprawdzie niebo było na początku zachmurzone, ale im dalej w las, tym bardziej pachniało spokojną, ciepłą jesienią.  

W pracy pojawiło się sztuk dziewięć narybku: Dejwid, Kijan, Mark, Adam oraz Rebeka, Megan, Kirsty, Dolly i Kejli. Rokują. Wróciłam do domu po piątej, Kochany w tym samym czasie już zawijał w moją stronę z Tullamore, więc udało się nam zgrać wspólny obiad (tescowe burgery wołowe zasmażone w buraczkach z kartfelkami i ogórkami z szalotką w majonezie). Jako bonus robienia obiadu, mogłam po nakarmieniu kota (bo on oczywiście dostał żarcie najpierwszy) podrygiwać do Thin Lizzy. 

Kochany przybył z bukietem kwiatów (dla mnie) i kamizelką (też dla mnie, Diesel z tłoczonej skóry). Wieczorem słuchamy sobie Aurory. Andrju zadzwonił z zapytaniem, co z tym Dublinem, bo ceny hosteli podobno niemożebnie skoczyły do góry. Nie wiemy co z Dublinem, wieśniaki nie wiedzą, co tam w wielkim świecie. Lekko mi i słodko, przegapiłam moment na ćwiczenia, a o tej porze już mi się nie chce. Jutro będę brzuszki i rozciągania, dzisiaj tylko poduszka na głowie.

niedziela, 11 września 2022

1000. Przestój.

Ziściła się przepowiednia sąsiada o radykalnej zmianie pogody. W ciągu dnia lało i wiało. Doskonały dzień na kryminał Midsomer, tym razem z Haydn Gwynne i Phyllidą Law, 14.2. Ryszard do czysta wylizał antybiotyk, prawie wcale nie smarka, więc na wieczór wyszedł na spacer. Kochany wrócił po południu. Sięgnęłam po klasykę kina radzieckiego, razem obejrzeliśmy Afonię (1975), porozmaliśmy o ciekawostkach i Fred już wskoczył do łóżka (jutro znów wczesna zmiana). Nie mam zamiaru ślęczeć po nocy, w poniedziałek zaczynamy nowy semestr. Dobranoc, dniu.

sobota, 10 września 2022

999. Spacer, lody, reflektory, słońce.

Kochany przyjechał nad ranem. Zanim małżonek zregenerował się po nocce, pokręciłam się po domku, zrobiłam małe pranie i poznałam starszego pana mówiącego akcentem z Donegalu, który z dwoma synami roznosi świątobliwe ulotki, a przed xmasem świąteczne kalendarze. Dzień był piękny, Ryszard dostał dyspensę na wyjście, a my po wczesnym obiedzie poszliśmy na spacer lodowo-kawowo-plażowy, na którym spotkaliśmy Anne z jej Majkelem.









Anne, która lubi pływać w morzu, objaśniła mi kwestię meduz na plaży — one tam lądują z takiego powodu, że już w zasadzie umierają, wcześniej odpadają im parzydełka i ogólnie, this is the end. Poza tym w czasie naszego spacerowania z tulaniem sporo rozmawialiśmy z Fredem o związku Ka & Jot, bo nas to porusza, widzimy, że sytuacja konfliktowa nadal nie jest zażegnana. Jot drąży i jak tak będzie dłubała, może się dodłubać, ale przecież jej tego nie powiem.

Po powrocie napitki we frontowym ogródku i ponad godzinne grzebanie się z polerowaniem reflektorów w naszym autku. Elstary takie piękne:

Ryszard prawie nie smarka i nieomal odzyskał swój koci tenor. Grzecznie stawił się na kolację antybiotykową, potem zgodziłam się na wypuszczenie go na noc (po usilnych namowach ponadgatunkowych). Małżonek musi wstać przed świtem do pracy, więc jest już w łóżeczku. Dobry to był dzień z moim Kochaniem.