Wygrzebywaliśmy się z łóżka o dość wczesnej porze, jak na dzień teoretycznie wolny. Wyjazd był o dziewiątej, ale wiadomo, kaffka, stek (to ja! dojadałam, czego nie wciągnęłam wczoraj), decydowanie w co się oblec. Do tego jeszcze dla Gronji monitoruję ilość ludzi, którzy powoli zapisują się na wydarzenie, więc rano wysłałam kilka emilków.
Na onkologii nie ma już obowiązkowych maseczek, zlikwidowali również boksy w poczekalni, prosili jedynie o dezynfekcję rąk. Czekania było na ponad półtorej godziny, przyjęła nas afrykańska praktykantka, która niekoniecznie umiała wypowiedzieć wszystkie medyczne pojęcia. Ale gra i buczy, badanie nie wykazało niczego rakowego. Zabraliśmy się ze stolicy do domu, przez Drołdę oczywiście, żeby się zatrzymać u Aury i wypłoszyć ją do kuchni. Po drodze był jeszcze TK Maxx, gdzie Fred kupił mi spodnie (na dzień dziecka, jak twierdzi). Po powrocie nadganiałam pracę biurową, a Kochany walnął się do łóżka na popołudniową drzemkę.
Nareszcie dostałam informację zwrotną z lokalnego ośrodka edukacji — zaliczyłam pierwszą część kursy TT na "merit" (czyli miałam 65%-79% zadania uznane). Ależ bardzo proszę, dobra wiadomość. Cieszę się, naprawdę, jeden ogon odhaczony na plus i już nie powiem sobie, że wszędzie odniosłam porażkę (to byłoby bardzo przykre, morale by mi siadło totalnie). Gronja potrzebuje dodatkowej pomocy ponad to, co na dzisiaj zaplanowałam, więc wieczorem jeszcze naniosę małe poprawki i wracam do magisterki. Najlepsza wiadomość dnia jest jednak taka, że Kochany jest zdrowy oraz zadowolony (jak zauważyła pani praktykantka).
***
Maj był miesiącem pełnym mojej frustracji. Kroczkami, byle do przodu.