Od czasu do czasu czułam się wczoraj nie z tego świata, dopiero wieczorem olśniło mnie, że mam zawroty głowy. Sytuacja przeniosła się na dzisiaj; zawroty nie są spektakularne (wyobrażam sobie, że tak ma marynarz, który schodzi na ląd), ale lekko odrywa mnie to od rzeczywistości.
W okolicy południa pojechaliśmy z Kochanym do Navan, żeby odwiedzić dwa miejsca, Ramparts Walk oraz Room8 Café. W drodze, do kręcenia we łbie doszło mi strzyknięcie w kręgosłupie, również niewielkie, dokładnie w miejscu skrzywienia. Na szczęście w czasie drogi jako tako nastawiłam to, co mi wyskoczyło, inaczej z planami byłoby krucho. Sypię się, uszczerbki na integralności irytują.
Dolina była przykrytą grubą deszczową kołdrą i przez większość trasy do Navan padało. Na miejscu zaś magia, wyjechaliśmy poza kołdrę, Kochany przejechał zakręt, ale zaraz się poprawiliśmy, żeby zaparkować przy nadrzecznej trasie.
W przyjemnie chłodnym powietrzu zrobiliśmy około dwa kilometry wzdłuż rzeki Boyne. Trochę było ludzi i piesków, jedna czapla, jedna ruina pałacu na horyzoncie, jeden zegarek odliczający czas zimowy, parę świeżych kałuż, kilka ołtarzyków upamiętniających jakichś ludzi.
Kawa nie jest najmocniejszą stroną Room8 Café, za to moja zupa pomidorowa była jak domowa. Przyszliśmy do restauracji w momencie największego zagęszczenia i musieliśmy chwilę poczekać na stolik. Zamykano o czwartej, zdążyliśmy jeszcze wciągnąć po waniliowej panna cotcie i do samochodu. Kochany wybrał alternatywną drogę powrotną, przez Newgrange. Mgły właśnie wstawały w dolinie, widoki mroczne i piękne (ludzie epoki kamienia wiedzieli co robią, wybierając to miejsce).
Zaległam w sypialni, podczas gdy Fred (bardzo długo) rozmawiał ze Stu; poza różnymi innymi wydarzeniami, szwagier niestety rozstał się z dziewczyną ... szkoda, nowa krew w rodzinie dobrze się zapowiadała, ale widocznie różnice były zbyt duże.
Zaczęłam testować wyszukiwarkę Qwant, oczywiście nadal na przeglądarce Google Chrome, choć zastanawiam się przyszłościowo nad przeglądarką Vivaldi. Poza tym postanowiłam porzucić MS Word na rzecz LibreOffice. O ile sobie przypominam, do płacenia za worda motywowała mnie magisterka (wcześniej testowałam darmową Apache), ale gdy nie muszę się spinać wizualnie, martwić kompatybilnością z TPTB (nie przynoszę pracy do domu), we własnym ogródku mogę mieć po swojemu.
Coś sobie jeszcze przypomnę, jakiegoś zdziśka? Rano znowu złapałam rodziców w drodze, tym razem wracali z miasta z nowym transporterem dla małych zwierząt, bo wiadomo, w poniedziałek trzeba dwa koty (razem, ale osobno) zawieźć do tej samej lecznicy. Pogodę mieli rodzice piękną, humory im dopisywały, oby tak dalej. U nas Bronka coraz bardziej naciska na wpuszczanie jej do sypialni, bardzo ładnie prosi, albo bardzo ładnie przeciska się między nogami zagapionego człowieka. Śliczna jest nasza kocia. I ogon ma coraz dłuższy.