[go: up one dir, main page]

Strony

wtorek, 31 października 2023

1415. Brnąć.

Na początku dnia bardzo byłam dynamiczna: kierowcy przekraczający szybkość do utylizacji, wybieranie Rysiowi pudełka na "po kremacji", wydzwanianie do weta i gadanie o wszystkim, co ślina na język przyniesie. Koleżanki zachowały się jak normalni ludzie - wiedziały o kocie, uścisnęły mnie, okazały współczucie, chociaż przecież kota na oczy nie widziały. Tak należy robić, pocieszać, gdy człowiek przeżywa stres, nawet jak się nie czuje tego samego. W końcu na każdego przyjdzie jego kolej, prawda?

Co sobie myślę o Fredzie? Fred jest najwspanialszym mężem na świecie. Gdy twierdzę, że trafiłam jak ślepa kura ziarno, nie ma w tym ani trochę przesady. Zawiózł mnie do pracy, potem wrócił do domu na śniadanie i spotkaliśmy się ponownie w czasie mojej przerwy (Czarna). Trochę rozmawialiśmy wiadomo o czym. Wszystko to w sytuacji, gdy Kochany bije się cały czas z myślami, co mógłby zrobić inaczej, lepiej, żeby pomóc umierającej istocie i ma żołądek zawiązany na supeł, a do oczu cisną się mu łzy. Otóż, nic nie mógł. Czasami bywają takie sytuacje i gówno prawda, że "tak miało być". Po prostu tak się zdarzyło i się nie odstanie. Wracając do domu zobaczyliśmy na kuble sąsiadów kota i przez moment oboje pomyśleliśmy Ryszard wrócił. To była Amber. Nie jej wina. Piękny kot, ale nie nasz.

A po lunchowej kawoherbacie sytuacja się trochę zmieniła (to tak a propos mojego dynamizmu). Zrobiło się mi zimno, apetyt zniknął, za to ciągle chce się mi pić, i oczywiście reumatyzm łazi po ciele jak ta lala. Rodzice byli chorzy przez cały czas naszych oddzielnych u nich pobytów. Gdy wyjeżdżałam już było lepiej, ostatniej nocy dudniący kaszel dobiegający z ich sypialni ucichł. Tak więc dunno. Albo pomimo ostrożności coś od nich załapałam, albo zaszkodził mi wczorajszy sok, zimny jak woda z górskiego potoku, albo po prostu łeb szuka lewarka.

Kochany nie chcąc czekać na mnie w mieście zajechał do przyjaciół i zastał tylko Jot, która też okazała współczucie tak jak się robi w takich sytuacjach. Cieszę się (Ka nie zadzwonił, bo chyba się bał, on emocjonalnie nie dźwiga takich spraw, więc chwała mu za to, że nie gada bez sensu jak nie umi z sensem). Fred przyjechał mnie odebrać z Drołdy, jeszcze poszliśmy do polskiego sklepu (tam, gdzie ludzie są mili), po różności i paracetamol.

Gdy leżałam w łóżku i naparzałam w klawiaturę, wspólnie z Kochanym zadzwoniliśmy z podziękowaniem do ludzi, którzy w niedzielę gdzieś o 15:30 zawiadomili Freda. Okazało się na koniec, po wysilaniu mojej mózgownicy, że rozpoznaję głos. To była córka Uśmiechniętej Kathleen, która identycznie jak mama przeciągała słowa i obdarzyła nas błogosławieństwem na koniec. People have to be nice to each other. God bless you. Jak zwykle nie wnikam, przyjmuję każde dobrze wyglądające błogosławieństwo. Mieliśmy szczęście, że to była ona, że nie bała się podejść do konającego stworzenia.

Anne zawiadomiła radnego, który wrócił z prośbą, abyśmy się z nim skontaktowali przed następnym posiedzeniem rady, bo będzie poruszana sprawa progów spowalniających na głównej ulicy. Super, mam na czym skupić głowę. No i takie tam. Fred słucha Stachury podbitego Satanowskim. Dzwonimy do rodziców opowiedzieć, co tam u nas (oboje rozmawiamy z łóżka). Kaszlę od czasu do czasu i jeszcze nie zdecydowałam, czy jutro chce się mi iść do pracy czy nie bardzo. Fotograficznego podsumowania miesiąca dzisiaj nie będzie, może później, albo whatever.

Kochamy się z Fredem i mamy dobre życie, mimo wszystko.

poniedziałek, 30 października 2023

1414. Powrót.

Nie tak miał wyglądać mój powrót. W domu rodzinnym wszyscy przygnębieni, chociaż nigdy Ryszarda nie spotkali. Wojciech rozpychał się w moim łóżku, ale to nie z tego powodu nie mogłam spać: ciągle się mi przypominało, jak głaskałam Rysia, albo jak kot śmiesznie ruszał brodą, gdy mnie słuchał, myślałam o jego dużym nosie z małym zgrubieniem na grzbiecie, o tym że lubił być głaskany między oczami. Przy śniadaniu rozmawiamy głównie o zwierzętach, o Wojtusiu myjącym patelnię po jajecznicy, i że schudł, bo codziennie tłucze się z Rozalką i ta miłość zmieniła jego grube, kocie życie. Kiedy w piątek wychodziłam z domu chyba pogłaskałam Rysia na pożegnanie, ale nie mogę sobie przypomnieć na pewno, więc teraz upewniam się, że przed wyjściem głaskam wszystkich: Gosię, Wojtusia, Rozalkę, Malinkę, Maksia, Niuniasia, Maciejka, czarnego Miauczysława i zabijakę Mruczysława, który do oporu próbował wieźć się na dachu naszego samochodu. Autystyczny Róziaczek tylko zerknął na mnie z daleka. 

Po drodze zajechaliśmy na cmentarz, mama zaskoczyła mnie przemyśleniami na temat przeniesienia grobu cioci Stachy do wspólnego grobu z dziadkami. Minęło już 40 lat, w zasadzie dlaczego nie, ciocia pewnie nie miałaby nic przeciwko; sama miałam kiedyś tę myśl, tylko nie wypowiedziałam jej głośno. 

W podróż wzięłam dwie książki, Fossego oraz przedwojenne wydanie dwóch nowel Sienkiewicza, Przez stepy i Listy z Afryki (1932, Gebethner & Wolff). Byłam z rodzicami na lotnisku sporo wcześniej, zjedliśmy po croissancie i kontynuowaliśmy rozmowy żałobne, o śmierci Lali, o Bursztynie-Rabladorze. Pokazałam rodzicom filmik z Janem i szympansicą. W końcu trzeba się było pożegnać i przejść przez bramki. Zanim to zrobiłam, kolejne zaskoczenie: Anne zaoferowała, że zabierze mnie z lotniska. Zgodziłam się bez namysłu.

W Polsce trzymałam się nieźle, im bliżej było domu, tym czułam się gorzej. Można niedowierzać informacjom, ale zobaczyć, doświadczyć to co innego. Czytałam książkę, czasami przymykałam oczy mikrosnami próbując odespać noc. Końcówka lotu była bardzo niespokojna, z powodu wiatru samolot szedł innym kursem, zamiast półwyspu Howth przez okno widziałam wyspę Lambay, długo krążyliśmy nad zielonymi polami, żeby lądowanie było od zawietrznej. Anne rzeczywiście czekała na mnie przy wyjściu, wpadłyśmy sobie w ramiona i ryczałyśmy przez dwie minuty. Potem ryczałyśmy w samochodzie, i na obiedzie w Cedar Gate. Sąsiadka podwiozła mnie do domu i spędziła ze mną kilka godzin, na oglądaniu Pokotu (2017) oraz dyskusjach, głównie o śmierciach ludzi i zwierząt. Kochany w pracy, widzę w tych krótkich chwilach, gdy się ze mną kontaktuje, że wygląda bardzo źle. Deszcz pada, kot nie wraca.

Hell will never be full until their in it, mawia mama Anne. Tak czuję w temacie człowieka, który zabił naszego Rysia. Nie ma usprawiedliwienia, nie ma wybaczenia.

niedziela, 29 października 2023

Postscriptum #1413.

Po źle przespanej nocy (kręcę się z ekscytacji? z resztek stresu?) wolny dzień domowy. Przed południem spacer z tatą, Maksiem i asystą Mruczysławową. Poszłam też sama na cmentarz do dziadków i ciotecznej prababci. Jemy obiad. Wiadomość przyszła, gdy porozkładani w fotelach zerkaliśmy na Twister. Ryszard miał wypadek na głównej ulicy, jacyś dobrzy ludzie widzieli to i zadzwonili do Kochanego. Nasz Najlepszy Kot umarł w drodze do weterynarza, na rękach Freda. Anne odwiozła i przywiozła męża, podpowiedziała co zrobić, pomogła - dobrze jest mieć sąsiadów, którzy traktują takie rzeczy poważnie. Nadal nie wierzę do końca, że kiedy wrócę, Rysio nie przywita mnie w domu, nie będzie się kręcił po Kuchniosalonie, nie będzie z nami drzemał w łóżku. Wiem, ale nie czuję.

1413. Jak człowiek.

Fred zadzwonił 20 minut temu.

Rysio nie żyje.

sobota, 28 października 2023

1411-1412. A jednak.

Piątek
Ze wsi do wsi, z mgły do mgły. Rano wyruszyłam najpierw do miasteczka, odpękać swoje trzy godziny, po czym od razu poszłam w kierunku dworca, żeby wsiąść w autobus do lotniska. Tak w ogóle to miałam szczęście do krótkich rozmów z nieznajomymi. W autobusie porannym zapoznałam się z Sofiją, młodziutką Ukrainką, którą obserwowałam już od jakiego czasu, bo dojeżdżamy o tej samej porze (odezwała się pierwsza, po swojemu, bo się jej kiedyś wydało, że mówię jej językiem ... pewnie słyszała mały fragment mojej rozmowy z Kochanym; dziewczyna z Zaporoża). W autobusie popołudniowym z kolei zaczepił mnie jakiś Paddy, który jechał do T2, żeby stamtąd wylecieć na wieczór kawalerski do Liverpoolu. Sześć, żegna się ze mną Paddy, i oczywiście życzy mi dobrze. A później na lotnisku, w kolejce do obiadu stał za mną John Keely, pan z ochrony. No czy ja mam na głowie napisane, że trzeba mnie wesprzeć duchowo? Życzenia dobrego obiadu, oraz wszystkiego. Potem machamy do siebie z Fredem, on wędruje po płycie lotniska, ja podskakuję w kolejce przed gatem. Lot bez wydarzeń na miejscu 6E; widok na Breslau opatulony mgłą. 

Zasypiam tuż po północy, w łóżku w którym wczoraj spał Kochany (mama mi oświadcza, że nie zmieniała pościeli; słusznie).

Sobota
Pół dnia skwaszone przeżywaniem, a jak przyszło co do czego, katastrofa intelektualno-pamięciowa. Jestem pewna, że moje wyjście na plus (w które jeszcze nie wierzę) zawdzięczam wstawiennictwu dr Pierzastej, która potwierdziła, że ta oto osoba naprawdę napisała tę oto pracę, oraz że zazwyczaj wie, jak się nazywa. Wstyd straszny, mogłabym się schować pod kamieniem, ale w sumie zdane, więc jednak nie. Na dyplomie 4,5. 

A to kanie od Stefy:


Wyszłam do bramki. Przywitałyśmy się, opowiedziała mi o swoim ataku serca i że musi chodzić, więc teraz roznosi paru "dobrym ludziom" grzyby, które zbiera. Kiwam głową, choć prawdę powiedziawszy, robi to od lat — na starym blogu taki tekst (29/09/2012):

przygarnia porzucone psy
koty sąsiadów bardziej ją lubią niż swoich właścicieli
grzyby chyba też wolą, żeby to ona je zauważyła
więc zbiera, zbiera i zbiera
...
wieczorem idzie do sąsiadów,
którzy też przygarniają porzucone psy,
z reklamówką kań i maślaków

Czyli nie chodzi o atak serca. Chwilę z nią rozmawiałam, że przyleciałam na egzamin i że mamy z mężem kota (dowiedziałam się, że Magda też ma dwa koty; wcale nie jestem zdziwiona). Przy okazji Filemon do nas dołączył, kolejny jegomość podkarmiany przez tatę:


Pogoda mokra, ciepła, piękna (mi pasuje, no) ...


O zmroku wyszliśmy z tatkiem przespacerować Maksia. Obejrzałam Cztery wesela i pogrzeb (1994), z zaciekawieniem jak go odbiorę po latach (nadal najbardziej podoba się mi wątek gejowski). 

Teraz, kilka godzin po, czuję, że zdałam i mam mnóstwo czasu na wszystko inne. Mój bobrze, jak super!

czwartek, 26 października 2023

1408-1410. Przedloty.

Wtorek
Poniedziałek zakończyłam miłą wymianą zdań z Anne z okazji, że obie zapomniałyśmy o swoich urodzinach. Kot znowu budził mnie z dziesięć razy, więc sen miałam niespokojny, choć twardo nie zamierzałam wstawać na pacnięcia Jaśniepańcia (na śniadanie zeżarł dwie dokładki do czysta, no mój borze, nieomal umarł z głodu przez matkę okrutną i nieczułą). Rano rozmowa z Kochanym, on też w stresie, bo wiadomo, Tworzy. Przy śniadaniu ząb ukruszył się mi do końca, farewell szóstko (i dobrze, to była chyba ta część, która raniła mi dziąsło). Tymczasem mysz żyje sobie cichutko pod miotłą lodówką, całkiem żwawo zwinęła ociupinkę chleba, którą jej podrzuciłam w prześwit między słoikami, cheddarem też nie wzgardziła. Wieczorem Anne zaśmiewała się do rozpuku, gdy opowiedziałam jej o mojej wspaniałomyślności (tuż przed dziesiątą wieczór syn znajomej Anne podrzucił mi żywołapkę, niby przy okazji wyprowadzał psy, ale jestem wdzięczna, tym bardziej, że pogoda nie zachęcała i tuż po jego wizycie lunęła kolejna hojna porcja deszczu).

Środa
Mysz próbowała dostać się do sera, ale nie dała się złapać. My bad. Dzień stresujący, najgłówniej z powodu upływającego czasu, chociaż dzieciak z autyzmem też jest punktem zapalnym. Wieczorem dzwonię do mamy sprawdzić jak tam - w domu rodzinnym nadal choroba. Wymyślam sobie, że po sobotnim odstawieniu maniany, pójdę na cmentarz posprzątać groby dziadków i cioci Stachy. Jeśli rodzice dadzą radę, może pojedziemy na dalszy grobbing, bo to zawsze jest ciekawe. Kochany dzwoni dopiero po dziewiątej, miał bardzo emocjonujący dzień, nagrał dużo materiału i chciał mi o tym opowiedzieć.

Czwartek
Miał być dzień z wilkołakiem, ale cieszę się, że poprosiłam o wolne. Jak miło się nie spieszyć, wstaję dopiero po ósmej i zaraz oczywiście przeganiam Amber (łudziłam się jakiś czas, że żebraczyna dała sobie spokój, ale nic z tego, wczoraj uderzyła ponownie z siłą huraganu wymiatając do czysta wszystkie miski Rysiowe). Czwartek zachęcający, w ciągu dnia byłam nawet na krótkim spacerze ze słuchawkami na uszach. Fred pracował dzisiaj do późna i z góry uprzedzał, że u rodziców będzie dopiero w nocy (tatko jutro znowu do lekarza, bardzo się mi to wszystko nie podoba). Tymczasem "zbiegłam" sweterek Missoni (niebiesko-zielony, w kratkę dziergany), temperatura prania niby letnia, ale podziałała źle na jeden ze splotów i bryndza, nie wiem, czy da się to naprawić. Poza tym po odprawie pierwszy raz mam taką sytuację, że numer siedzenia zostanie mi przydzielony dopiero na lotnisku. Niepokojące. Kochany już u rodziców.

poniedziałek, 23 października 2023

1405-1407. Yeah.

Sobota
W piątek wieczorem światło zgasło jeszcze kilkakrotnie. Chcąc nie chcąc nasłuchiwałam przyjścia prądu, żeby móc wstać, powyłączać światła i nastawić termostat. Sobotę zaczęłam więc później, kot alarmował mnie kilka razy, że na pewno zaśpię. Z kontaktów sąsiedzkich tylko poranna szybka pogadanka z Katlin (o braku prądu i zalanych drogach). U mnie wszystko wg planu. W Polsce, w ramach dystansowania się od chorych, Fred pojechał do Wro i w kinie Magnolii obejrzał Zieloną granicę (2023) Agnieszki Holland. Pod koniec dnia Ilona dzieli się ze mną swoimi zmorami na temat obrony. Oraz wpłacam na zbiórkę dla tego kota.

Niedziela
Kocie wydeptywanie i pacanie budzikowe. Dzień słoneczny i bardzo spokojny, przynajmniej dopóki Ryszard nie przyniósł do Kuchniosalonu żywej jeszcze myszy, która wyrwawszy się mu z pyska natychmiast schowała się pod pralką kuchenką (pralkę odsunęłam, ni ma). Życie z myszą lub z jej trupem. A rodzice w połączeniu messengerowym brzmią fatalnie, z domu wyruszają tylko na chwilę, po aspirynę, lek na wszystko. Pogoda jest taka, że pół dnia szłabym przed siebie, sytuacja zmusza do siedzenia i tańczenia w Kuchniosalonie. Z kontaktów sąsiedzkich jedynie szybki czat z Anną, która tuż po południu ze szczotą ruszyła do akcji "mycie okna z zewnątrz". Wieczorem jeszcze raz dzwonię do rodziców z reprymendą słowną na temat pójścia do doktora. Na deser tego wszystkiego, w sypialni wysiadła żarówka (więc przeniosłam tam lampę z Kuchniosalonu i teraz się zastanawiam, czemu na to wcześniej nie wpadłam; jest klimat uszatkowy).

Poniedziałek
W niedzielę postanowiłam się nagrywać (jak gadam). Rano jadę autobusem słuchając samej siebie. Cuda, panie. Poza tym przy przygotowywaniu śniadania słyszałam coś jakby chrupanie. Kolano, albo mysz ostała się przy życiu. Zapobiegliwie zablokowałam kotu możliwość wchodzenia do Kuchniosalonu podczas mojej nieobecności. Wróciłam z pracy późno (autobus znowu miał ponad kwadrans poślizgu, ale i tak nie dość, żeby łeb przypomniał mi o nabyciu żywołapki na stworzonka) i jeszcze przed "obiadem" odbębniam spotkanie online z kulyżanką i dochtórką. No co może nam dochtórka powiedzieć? Kopa na drogę. Kochany w Polsce działa, kręci swoje historie, ale miał czas kupić mi prezent: książkę nowego noblisty, Jona Fosse, świeżo wydane Drugie imię (2023). A rodzice usiłują zdrowieć (tatko był dzisiaj u lekarza, a mama ... w pracy; gdyż są rzeczy, których nie pojmę). No nic, wracam do mówienia do samej siebie (na zewnątrz wzmaga się wiatr, po miłej, nudnej niedzieli Met Éireann znowu ostrzega, że będzie lało).

piątek, 20 października 2023

1404. W dwie strony.

Leje. Kochany zawiózł mnie do pracy w której jedynymi efektami mojego działania były: obcięty palec z marcepanu oraz takaż gałka oczna, wyrwana. Po trzech godzinach pozorowania udałam się w drogę powrotną. Już wczoraj zauważyłam, że na dworcu próbują zmienić organizację ruchu (czyli jakąś wymyślić, bo wcześniej nie było żadnej organizacji i pewnie mieli skargi). Kiedy tak sobie siedziałam w poczekalni całkując różne tematy przyszedł Fred, z moją walizką oraz zestawem papierowych map (Karkonosze, Rudawy Janowickie, Dolina Bobru). Chwila rozmowy, pocałunki i zmykam. Autobus wjeżdża w głębokie kałuże, które śnią o byciu rzekami.

W domu ciepło i sucho, za oknem coraz większa plucha. Od razu robię obiad (korzystam z porannych zakupów Freda i własnych; na deser mam jogurt z granolą), w międzyczasie organizuję telekonferencję z kaszlącą mamą, żeby ją zawiadomić, że Kochany powoli turla się w ich kierunku (widziałam na własne oczy):

Mąż bez przeszkód i dużo przed czasem dotarł na lotnisko, ja tymczasem zabrałam się za swoje sprawy: czytanie, notatki, gadanie z kotem.
___
edit 21:35 Fred zgubił na lotnisku swój kaszkiet Wigensa. Małe szanse, żeby zguba trafiła do biura rzeczy znalezionych, ale zaraportowałam online. Wiatr dwa razy zgasił u nas (czyli u mnie i u kota) światło. Kochany zaś doleciał szczęśliwie; chwilę rozmawiałam z kasłającymi rodzicami, gdy czekali na zięcia. 

czwartek, 19 października 2023

1403. Mały piątek.

Fred bardzo wcześnie rano wyjechał do pracy, mnie z pewnością Ryszard budził pacnięciem w nos, ale zdzierżyłam. Deszcz sztormowy nadal się grzebał; trzeba było mi wskoczyć w kurtkę przeciwdeszczową zamiast w płaszcz do zadawania szyku. Dopiero w kawiarni, gdy smak przeparzonego espresso wykrzywiał mi usta, przypomniałam sobie, że siedząc tutaj z Kochanym wczoraj po południu rozlałam trochę kawy na spodnie i muszę je wrzucić do prania (zupełnie o tym nie pamiętając podświadomie założyłam inne). 

Czwartek pracowniczy zakończyłam optymistycznie i wracałam autobusem w którym wszyscy byli tacy zadowoleni, że nie dało się nie być samemu zadowolonym pomimo deszczu, który powrócił akurat na czas mojego przejazdu. Kochany już się trochę zdrzemnął; zastałam go, gdy zestresowany właśnie przeżywał, że jutro wylatuje. Wyciągnęłam mu z szafy moją walizkę i ekspresowo zrobiłam obiad "stykany" (do kartofli kulki wołowe z pieczarkami, znalezioną w otchłani lodówki papryką i sosem warzywnym).  

Wieczorem dzwonimy do rodziców. Zakichani siedzą w domu, przeziębienie z mamy przeszło na tatę, mama tymczasem z kaszlu przerzuca się powoli na smarkanie (zauważam też, że potwierdziły się nieoficjalne wiadomości od doktor Pierzastej w temacie egzaminu; so far, so good)

środa, 18 października 2023

1402. Babet.

Wtorek skończyłam po północy, wysłuchaniem jednej z płyt Bukartyka. 

Białe fale, które można u nas oglądać od wczoraj, są prezentem od Babet, drugiego sztormu imiennego w sezonie. 

W pracy obiboctwo, nonsensowne dyskusje kto ma jaki kamień urodzinowy oraz klejenie pająków. Nowa dziewczyna, Emma, zapowiada się na tę chwilę dobrze (oprócz Szanon z grupy odpadli Dżon i Rijana). Lubię Dżima, którego chyba wszyscy dziadkowie byli w IRA. Jestem bez energii; dobrze, że Fred miał wolne i mógł mnie zawieźć w obydwie strony. Dzięki temu zaraz po pracy poszłam do Czarnej i czekałam chwilę na Kochanego, żeby móc sobie z nim siedzieć na kanapie, w spokoju napić się kawy i zresetować mózg. Reszta deszczowego dnia w domu, nad papierami i mężowskim obiadem.

wtorek, 17 października 2023

1401. Rozkminki jesienne.

Kochany położył się spać na pół godziny przed moją oficjalną pobudką, jeszcze trochę drzemałam trzymając męża za rękę. Niesamowity poranek z brzoskwiniowym niebem od strony Mournsów. I przenikliwy wiatr. A potem już tylko szarość. W pracy jak zwykle, bez turbulencji; Kochany przyjechał po mnie pod Centrum, pojechaliśmy do Lidla przy M1 i przy okazji zaszliśmy do Costy. Zjadłam pierwsze mince pie w sezonie i przez to się mi przypomniało wszystko: że przecież zaraz Halloween, że zaraz ślub, a potem bardzo szybko święta i jakoś tak potrójnie świątecznie się mi zrobiło. Na morzu fala, fala, fala zimowa, gniewna, a my przed późnym obiadem (mąż przygotowuje rybę, jemy o siódmej) przeglądamy ceny biletów lotniczych. Dzwonię do mamy, sprawdzić czy kaszle. Kaszle, ale jest w dobrym humorze, opatulona w swój niebieski szlafroczek siedzi w towarzystwie Niuni na tapczanie i ze smartfona rządzi światem. Ponieważ kminimy już o kolejnej podróży, Fred zadzwonił do Perlistego (Kochany spiknął kolegę z Ka, bo się okazuje, że mają wspólne hobby, nurkowanie); zobaczymy co z tego wyniknie.
___
edit 22:15 kontakt z Kaś Matką Kotom. Wygląda na to, że widzimy się w listopadzie, wbijemy do niej na kwadrat przy okazji pobytu okołoślubnego (cieszę się bardzo, dawno się nie gościliśmy, a w nowym mieszkaniu wcale). Fred wymienia uwagi o wyborach, bo wiadomo, Kaś żyje tymi sprawami, ma widoki z pierwszych rzędów i w poniedziałek rano płakała ze szczęścia (nie sama).

poniedziałek, 16 października 2023

1400. Poniedziałek powyborczy.

Z rana odgrzewam resztki wczorajszego obiadu. Kochany wrócił na pewno późno, a ponieważ dzisiaj znowu pracuje w systemie wieczorno-nocnym, odsypiał rzeczywistość do 12:15. U mnie tymczasem poniedziałek pracowniczy przerzucony na stałe na czwartek, więc mogłam sobie pozwolić na wolne ruchy (to "na stałe" wyniknęło w ostatni piątek - inna praca nie wchodzi w paradę, mogę wybierać dni dyżurów, a dłuższy weekend mi na tę chwilę odpowiada). Piję kawę, piszę, dumam, gadam do siebie oraz trochę z Iloną, przez messengera (okazuje się, że nie spotkamy się na obronach, będzie miała egzamin dzień wcześniej). Gdy Kochany wstaje też rozmawiamy głównie o wczorajszych wyborach, bo wkręca nas obserwowanie statystyki. Wydarzenie jest historyczne, najwyższa frekwencja wyborcza ever. Nasze głosowanie jest gdzieś tutaj. Bardzo jesteśmy z Fredem z siebie dumni. A mama chora. Gdy zadzwoniłam do niej wieczorem, kaszlała mi w kamerę i rozmowa była raczej krótka (statystyki ją jednak zainteresowały, jak można się było spodziewać). 

niedziela, 15 października 2023

1399. Ważny grafik.

Obudziłam się coś po ósmej (wcześniej też kilka razy, m.in. gdy Fred przyjechał z pracy, otworzył okno w sypialni i zrobiło się mi zimno). Trochę jestem śnięta, poszłam spać po północy, ślęczałam jeszcze nad sprawami. Mama już pokazała relację z czynności ważnych na tatowym fejsbuczku - zerwali się z samego rańca, obfotografowali się w ładnych strojach i już są po głosowaniu! No dobra, naleśniki, kawa mężowska, pocałunki, konsumpcja, wyjazd. 
___
10:15 zapach smażonych naleśników. Smażenie nie jest szczególnie porywające, więc dzwonię w tym czasie do mamy. Pokazuję jej naleśniki i zimny, jasny dzień za progiem. Co się okazuje: mama poszła głosować w jedwabnym szaliku, prezencie od zięcia, a tatko zaraz się dołączył zaznaczyć, że on miał buty też od zięcia (czyli pewnie jakieś aliganckie barkery, albo coś). Rozmawiamy ponad 20 minut. Tylko głosuj tam porządnie! na zakończenie. Zamierzam.
___
10:30 sprostowanie: małżonek wstał, wziął kubek z kawą do ręki, zerknął na zdjęcie i powiedział, że to nie barkery, tylko loaki :D
___
11:22 całowanie było, przytulanie było. Kochany zmiótł z talerza wszystko do ostatniego naleśniczka z dżemem z czarnej porzeczki (teraz tęsknie skrobie po dnie słoika w poszukiwaniu resztek). Z rozmowy okołośniadaniowej wyszło, że zmarł ojciec Szwagrowskiego i już odbył się pogrzeb - nie wiedzieliśmy od razu o sprawie, choć spodziewaliśmy się zejścia, bo od jakiegoś czasu sytuacja była krytyczna. Kochany rozmawiał z Usz wczoraj tuż przed pracą i potem mówił brzydko do przedmiotów martwych (świekra pojawiła się na pogrzebie, zadręczała Usz i zachowywała się skandalicznie). No wiesz, ona (w sensie, siostra) nie przepracowała tego konfliktu tak jak ja (bardzo mnie to zdanie wypowiedziane przez Freda rozbawiało; wyobraziłam sobie, że mówi Ryszard robiący Ryszardowe miny, który dodaje i na koniec wbiuem jej pazura). Ech, no to ubieram się pięknie i lecim. 
___
21:10 (czasu polskiego) Urokliwy jest Dublin słoneczną jesienią. Nasz okręg 111 był usadowiony w szkole średniej w Drumcondra. Nie byle jakiej szkole, do Okonela chodzili Joyce, Luke Kelly i Colm Meaney. Z pewnością już tu głosowaliśmy, chyba jeszcze przed pandemią, pewnie w 2019, bo rozpoznawałam okolicę. Zaskoczyła mnie kolejka, do tego spora grupa ludzi była ciekawie ubrana (np. starszy pan z kolorową bandaną fantazyjnie zamotaną na głowie). Tylko jedna osoba z kilku stojących przede mną poprosiła o kartę referendum (podobnie było w kolejce u Freda, który stał w ogonku obok). Odhaczyliśmy się po trzynastej, zrobiliśmy sobie zdjęcia przy urnie, wróciliśmy do samochodu zaparkowanego pod jednym z platanów na N Circular Rd (chyba zaraz obok Maple House) i ruszyliśmy do Drołdy na obiad. Trochę szkoda, że nie mogliśmy się dłużej włóczyć po jesiennym Dublinie, ale Fred ma kolejną nockę. Jeszcze chwilę przeszliśmy z Kochanym za rączkę po mieście, buzi, ja na dworzec, małżonek do samochodu pozostawionego na parkingu pod polskim sklepem. W torbie, a w zasadzie w brązowym bereciku, ostrożnie przewoziłam Fredową cebulę :)

W domu byłam tuż po piątej, wypuściłam Rysia i z ulgą rozpłaszczyłam się w Kuchniosalonie przy herbacie malinowej. Zadzwoniłam do taty, żeby mu zdać relację z głosowania. Do siódmej nadal nie doszłam do siebie (zimno). Przy rozkładaniu się do robienia notatek coś mnie tknęło, żeby sprawdzić emilki uczelniane i zauważyłam dzisiejszą wiadomość od nieocenionej doktor Pierzastej. Jest dobrze; nie muszę, ale chcę lecieć do Polski. Przed dziewiątą zadzwoniłam do mamy z tą radosną wiadomością i już zostałam do ogłoszenia exit poll. Odliczamy jak w sylwestra, komentujemy we trójkę. Jest dobrze podwójnie.
___
edit 23:15 (czasu naszego) tatko podekscytowany zadzwonił jeszcze raz, żeby opowiedzieć, co ogląda w telewizji.

sobota, 14 października 2023

1398. Za mało.

Korzystam z małych przyjemności, jak wspólne rozwieszanie prania. Poza tym bujam się po Kuchniosalonie czasami napadając Kochanego przytuleniami. Nadal tworzę notatki (straszne nudy, mało emocji). Na dworze słonecznie i zimno, więc wychodzę tylko, gdy muszę (a nie muszę prawie wcale). Zjadamy z mężem zrobiony przez niego obiad i Kochany dość szybko (chwilę po piątej) rusza w trasę. Rozmowa z mamą o wszystkim, kontakt z Fredem robiącym zakupy w polskim sklepie (w temacie jaka mąka do naleśników). Prasowanko (i oglądam Midsomer Murders 22.6). Bardzo mało dzisiaj zrobiłam, argrhrh!

piątek, 13 października 2023

1397. Dynamika.

Wczoraj wieczorem Fred kupił dla nas obojga bilety na listopadowy ślub (szybko będzie, mierzymy siły na zamiary do tego stopnia, że karkołomnie postanowiliśmy podróżować przez Lublin). 

Rano wstawać się nie chce, Ryszard za to wstawać nie za bardzo zamierza. Okazuje się, że w nocy przyłaziła do nas Amber (przynajmniej tak zrelacjonował godzinę temu Kochany, ja spałam jak martwa). To by wyjaśniało, dlaczego Ryszard zmęczony i zdeterminowany czuwa na posterunku. Z pracy wróciłam tym razem ekspresowo i w oczekiwaniu na Freda zrobiłam dla siebie biały ser z rzodkiewką. Kot w tym czasie zwlókł się z łóżka, coś przekąsił, wykonał szybki patrol wokół domu i znowu mam go w sypialni ... intrygujące.
___
edit 19:45 Kochany wrócił wcześniej niż zwykle w tym tygodniu. Uraczyłam nas oboje raczej kiepskim obiadem. Po oreo pocałunku małżonek pod prysznic i pod kołdrę, żeby odespać nockę, a ja tracę czas, rozmawiając np. o tym jakie są kiepskie obrony i ile ludzi oblewają (terminu dalej nie ma; no good).

czwartek, 12 października 2023

1396. Dwunasty. Już?

Siedząc wczoraj w domu przegapiłam zasadniczą zmianę pogody, temperatura spadła o kilka stopni, dzisiaj ma być 14°C, jutro jeszcze trochę niżej i prognozy na październik mówią, że ciepło już nie wróci. To od razu wyjaśniło dlaczego rano Ryszard biegusiem (zanim jeszcze Fred wyjechał do pracy) załatwił swoje sprawy, wpadł przez okno, zjadł i zakopał się w kołdrze. Witaj dniu :)
___
edit 20:20 W drodze do pracy widoki z okna piękne, o takie:


A to widok kawiarniany (inny perspektywa):


Oddałam laptopa i zajęłam się swoimi sprawami. Jeszcze dostałam od Gronji mały prezent, kubek z napisem Today is my day, w różowate paski. Będę go używała w Centrum. 
Kochany spędza godziny całe na dojeździe do i z pracy, obiad jemy dopiero przed ósmą. I rozmawiamy. Więc łapię orient, że zmarł Janusz Grudziński z Kultu (głównie z tego powodu, że Kazik wylądował w szpitalu). Na deser zajadamy się czekoladą z orzechami. 

środa, 11 października 2023

1395. Czasotracenie.

Bezczelności kociej ciąg dalszy: jeszcze przed alarmem o ósmej goniłam Amber po Kuchniosalonie. 

Dzisiaj ostatni dzień pracy dla Gronji, drobne sprawy w home offisie. Wymuszona nasiadówka domowa w pewnym stopniu inspiruje marazm. Łażę w skarpetach w grochy, klikam, serfuję, odpowiadam na komentarze, z rzeczy pożyteczniejszych: reaktywuję stary gmail (żeby mi go miotła systemowa nie zamiotła jako poczty nieużywanej) oraz sprzątam w pracowniczym komputerze, który zdaję już jutro. Czas zmitrężony. Pomiędzy obiadem moim i mężowskim szukam czego nie zgubiłam na MyHeritage. Ależ mnie ta prababcia Helena wkurza!

(dopiero gdy wieczorem wyszłam ucałować Freda na przywitanie, zobaczyłam piękne niebo nad nami)

wtorek, 10 października 2023

1394. Decyzja jest.

Podwójne macchiato, Vivaldiego L'Estro Armonico, ciastko z morelą, Pani Stempelek. Nadal dość ciepło. Kochany gna do Tallaght. Widzimy się dopiero po szóstej, przy obiedzie. Do kota dotarło wczorajsze szczepienie (rano tylko krótki spacer, drzemka w łóżkowym gniazdku aż do mojego powrotu i kontynuacja leżakowania po kocim tea time)

Echa Izraela i wczorajszej debaty wyborczej w tv rządowej dobiegają do mnie wyłącznie opłotkami. Po ósmej zadzwoniłam do mamy, niby w sprawie wysłanego pełnomocnictwa, ale w gruncie rzeczy politycznie. Pogadaliśmy sobie (tatko się dołączył), przejrzałam dla rodziców listy z ich okręgu. Przejrzałam i nasze, zdecydowałam na kogo głosuję w niedzielę.

poniedziałek, 9 października 2023

1393. Powoli do przodu.

Przed południem Fred pojechał z kotem do weta. Wizyta była udana, nie tylko dlatego, że Ryszard został zaszczepiony i obyło się bez łapoczynów, ale najwyraźniej ośrodek ma lekarza "z podejściem" i jak wnioskuję z podpisu w kociej książeczce zdrowia, jest to Polak, który już zdążył ocalić niejedno zwierzęce życie. Wyprawa zmęczyła męża emocjonalnie, Kochany tak współodczuwał, że jeszcze po pracy musiał mi wszystko ponownie opowiedzieć.

W pracy od dzisiaj mamy Abdula, chłopaka z Syrii (zobaczymy, czy się zasiedzi - wskoczył na miejsce Szanon, która zapomniała, że ma przychodzić). Podpisałam nową umowę, powoli rozwiązuję umowę z Gronją - turla się.

Rano w Drołdzie dzień był ciepły (wybrałam się w świat tylko w bluzie), za to gdy po południu wracałam z Kochanym do domu wieś stała w chłodnej, morskiej mgle. Fred zrobił nam obiad (gulasz z kopytkami), a na wieczór byliśmy zaproszeni do Ka&Jot. Zabrałam się z chęcią, bo trzy godziny mnie nie zbawią, poza tym nie zostaliśmy długo (mąż zaczyna kolejny szalony ciąg pracowniczy i musi się chociaż trochę wyspać). Rozmawialiśmy o różnych rzeczach, więc przy okazji przypomniałam sobie scenkę poranną z zeszłego tygodnia z Flat White (facetem, który tak szybko przebiera nogami, że zawsze jest w kawiarni przede mną). Otóż, długo kminiłam kim jest z zawodu. Garnitur, włosy na żel, buty (nie jakieś tam sportowe, klasyczne, dobre, skórzane), ale ... ta podróż autobusem i czerstwy small talk z baristkami. Menadżer niższego szczebla? Nie :D Że też wcześniej na to nie wpadłam! Sprzedawca butów! Od razu myślę o Alu Bundym i bardzo mnie to bawi.

niedziela, 8 października 2023

Postscriptum #1392.

 Jesienne obrazki:









1392. Babie lato.

Wszędzie drobne siatki pajęcze, nieustraszone maluchy wyruszyły w świat. Ciepły i prawie bezwietrzny dzień zdecydowanie sprzyjał tym wędrówkom. Po śniadaniu kontynuowałam opracowywanie pytań na egzamin. Żeby się mi łeb nie zastał w jednej, dziwnej pozycji, poszliśmy z Kochanym na spacer na plażę (wyprawa cmentarna została odłożona na listopad). Najpierw było oczywiście kółko z kotem po osiedlu. W drodze mąż oddzwonił do mamy (która sądziła, że to ja do niej dzwoniłam; przy okazji świekra zrelacjonowała ostatni grobbing oraz aktualne rodzinne ekscytacje). Zostawiliśmy Ryszarda w domu i ponownie wyruszyliśmy w kierunku wielkiej wody. Najpierw napiliśmy się po kawie siedząc na kawałku kłody przy kawiarence (na zewnątrz wszystkie stoliki i ławy zajęte), potem ruszyliśmy na lewo, do klifów i żeby obejść przylądek. Dużo ludzi miało ten sam pomysł - gdy dotarliśmy do portu, kilkanaście osób czekało na swoją rybę z frytkami. Także my stanęliśmy w kolejce i po dłuższym przestoju połączonym z intensywną obserwacją trzech kobiet uwijających się w fiszendczipsowej kanciapie zjedliśmy obiad na świeżym powietrzu. 

Skoro odpadło nam gotowanie, po powrocie do domu Fred zabrał się za koszenie trawy (i tu widać, że Amber zaprzyjaźniła się z nami na całego - biegała za Kochanym, okazywała zainteresowanie pracami ogrodowymi i cały czas usiłowała się wprosić do Kuchniosalonu).

Z rzeczy mniej miłych: chciałam zaczekać z wizytą u dentysty do czasu kolejnego pobytu w Polsce, ale teraz nie wiem jak będzie. Nie boli, ale dziąsło się paprze (na razie szałwia, przeterminowana z jakieś 10 lat). I jeszcze palce mnie bolą od pisania ręcznego (trzeba stosować płodozmian).

sobota, 7 października 2023

1391. Srebrne jednorożce.

Spaćku długie i miłe sercu. Jako się rzekło, wet odwołany na kiedyś indziej. Fred przed dziesiątą wyszedł na przystanek autobusowy i spędził w mieście z cztery godziny (jest zadowolony z nowego mechanika, chociaż po jeździe próbnej w samochodzie śmierdziało marihuaną). Wrócił do domu, pokazał mi koszulę i skarpety, które kupił na prezent dla taty i zaczął robić obiad. W tym czasie Amber przyszła do korytarza i powiedziała dzień dobry. Nie mieliśmy serca jej wyrzucać, koteczka dostała resztki Rysiowego jedzenia (tyle, że w ogródku). 

Już przy wieszaniu prania zauważyłam, że pomimo szarości dzień jest ciepły i bezwietrzny, więc po obiedzie poszliśmy z Fredem na spacer (najpierw zwiewaliśmy kotu, który drzemał na jednym ze słupków ogrodzenia przy ulicy). Gdy byliśmy w drodze, do męża dodzwonił się Wu, żeby mu zdać relację z grobbingu ze świekrą (więc idąc dalej ciągnęliśmy temat rodzinnego nieszczęścia, udawania i dziwnych sytuacji).

Morze podchodziło coraz bliżej, więc tylko pokazałam Kochanemu miejsce, gdzie ustawiam kamienie i zawróciliśmy. Ten kamień zostawiłam za sobą:

Szkoda, że słabo znam się na geologii. Kamień miał jaspisowe kolory, żałuję jego niefrasobliwego porzucenia, choć przecież wiem, że nie mam miejsca na wszystkie ładne kamienie. Zrobiliśmy też sobie kilka wspólnych zdjęć. Srebrne jednorożce, powie potem Fred przyglądając się fotkom opublikowanym na fejsie.

W drodze powrotnej spotkaliśmy Uśmiechniętą Kathleen, które nas jak zwykle oblesowała. Chwilę obserwowaliśmy chmarę szpaków kołujących nad osiedlem, więc zauważyłam też dwa kormorany, który zamierzały spędzić noc na antenie komunikacyjnej przy gardzie. Naprawdę ciepło, powietrze stoi. 

Zapada zmrok, Kochany odpoczywa przy zielonej herbacie (dużo dzisiaj chodził), Tilt (1988) w głośnikach, pizza na kolację.

piątek, 6 października 2023

1390. Przeplatanka.

Coś łeb boli w nocy, nie od zatok, tak po prostu, jakbym miała skoki ciśnienia (i po co? zupełny nonsens). Piątek pracowniczy przebiegał bezproblemowo, jak weszłam, tak po trzech godzinach wyszłam. Gdy byłam już na dworcu, Fred się odezwał z zapytaniem czy wracam, bo on właśnie ze stolicy bieży ku mnie rozklekotanym rumakiem. Wycofałam się z planów powrotu na wieś, zaszłam do CG na libański obiad i do Czarnej, żeby spotkać się z Kochanym i wypić po kawie/zielonej herbacie. Po spotkaniu mąż jeszcze trochę niósł mi teczkę z laptopem, aż rozstaliśmy się na Dyer St. Ja autobusem (równie często stojącym w korkach, co jadącym) do domu, Fred do mechanika mającego się zająć samochodowym rzężeniem. U mnie kolejny odcinek Midsomer, 22.5 (udany; aż mam ochotę obejrzeć Piratów z Penzance), u Kochanego niestety brak sukcesu - mąż wrócił do domu taksówką, auto do odebrania może jutro, czyli najpewniej trzeba będzie odwołać kociego lekarza. 

czwartek, 5 października 2023

1389. Jesieniarstwo.

Kochany wybył jak zwykle wcześnie rano; drzemałam w towarzystwie Ryszarda czekając, żeby choć trochę się rozjaśniło i przestało siąpić (z tym drugim raczej kiepsko). Po dziewiątej online spotkanie z Gronją i zrelaksowany home office (przerywałam sobie śniadaniem, kawą, głaskaniem kota). Przyszło mi zawiadomienie od tutejszego urzędu skarbowego, że wiedzą o mojej nowej pracy. Jeszcze nie wiedzą, że za tydzień po raz ostatni pracuję dla Gronji (rok wystarczy, zmierzam w innym kierunku, ale nie powiem, ciekawe doświadczenie).

Tymczasem terminy ostatecznego egzaminu nadal pozostają tajemnicą, kupiłam bilety lotnicze opierając się na estymacji pi razy drzwi. Rodzice zostali poinformowani, że będą gościli dziecka swe w odcinkach, bo na tę chwilę zapowiada się mijanka z Fredem (większa część ponad półgodzinnej rozmowy z mamą była jednak o zębach i znieczuleniach).

Mąż chce mi w prezencie urodzinowym podarować wyjście, a skoro zażyczyłam sobie wyjścia na cmentarz, trzymam kciuki za lepszą pogodę weekendową (aktualne wietrzne byle co nie spełnia moich oczekiwań). 

środa, 4 października 2023

1388. Czwarty października.

Znowu założyłam do wyjścia grube skarpety martensa, niech to będzie podsumowanie samopoczucia. Wczoraj dopiero późnym wieczorem się mi przypomniało, że w ciągu dnia dostałam zawiadomienie o zaliczeniu drugiego kursu TT, tym razem na "distinction" (jakim cudem, skoro świadomie ominęłam jedno albo dwa zadania?). Przeczytałam je i po pięciu minutach mózg wykasował informację. Oh, well, ***** *** i do przodu.
___
edit 17:30 Gdy rano siedziałam w autobusie, tatko zadzwonił z życzeniami i wspomnieniem, że to była sobota, a dwa dni później owinięta w kocyk ruszyłam w swoją pierwszą podróż, samochodem marki Żuk wyprodukowanym w Lublinie.

W pracy spoczko. Chodzę jak śnięta pomimo porannej kawy wypitej w Czarnej. Na lunch wybyłam do Moorlanda, po powrocie koledzy zaskoczyli mnie gromkim odśpiewaniem happy birthday i konsumpcją tortu czekoladowego. A to moja grafika urodzinowa powstała z nudów między drugą trzydzieści a trzecią:


Zarezerwowałam Ryszardowi wizytę szczepionkową u weta. Wczoraj późnym wieczorem trochę się z Kochanym martwiliśmy, bo kot wrócił z obchodu ze zmrużonym okiem. Dzisiaj śladu nie ma po urazie (matka, o czym Ty do mnie miauczysz? Pączek czekał przy wejściu na osiedle, z ogonem w górze doprowadził mnie do domu, już zjadł i wyszedł). Co mi się chce? Nic. Spróbuję obejrzeć kolejny odcinek Midsomer, 22.4.
___
edit 20:50 odcinek z Simonem Shepherdem. Nie poznałam (cóż, wszyscy się starzejemy).  Świekra zadzwoniła z życzeniami pomiędzy mszą a odnową (a mama nie, bo ona zawsze wszystko robi na odwrót;)). Kochany wrócił z pracy z bukietem kwiatów. Na obiad mieliśmy zjeść lazanię, po kilku kęsach zgodnie zostawiliśmy ją ptakom. 
___
edit 22:35 zwieńczeniem tego dnia jest ząb. Dolna szóstka miała amalgamatowe wypełnienie od ponad 30 lat. Niby przeczuwałam to już od jakiegoś czasu, chociaż u dentysty nic nie wyszło. Właśnie dzisiaj musieliśmy się rozstać. Czuję jak po lewej stronie twarzy zionę otchłanią. 

wtorek, 3 października 2023

1387. Trzeci października.

Mogłabym spać i spać. Wczorajsza krótkość wpisu nie wynikała ze stanu poniedziałku (który był udany), a z zupełnego energetycznego wyzucia. Wieczorem miałam siłę przeczytać dwa pytania egzaminacyjne (z prawie dziewięćdziesięciu obowiązkowych). Podgrzewam śniadanie. Na nogach najcieplejsze skarpety (to mi mózg podpowiedział po ściągnięciu się z wyrka. I tak dobrze. Wczoraj bez pomocy Freda zaspałabym do pracy).
___
edit 8:39 Czarna i możliwie najwolniej robiona kawa. W tle kwartet fletowy nr 4 Mozarta, Rondo, Allegretto grazioso.
___
edit 19:00 weterynarz przypomina nam esemesowo, że Ryszard powinien być zaszczepiony. Słusznie. Zobaczymy, kiedy się nam uda wstrzelić to wydarzenie w grafik (Kochany ma wolne dopiero w piątek). Oprócz tego znużenia ciąg dalszy. Ponieważ nie jestem w Centrum jedyna, w czasie lunchu dochodzimy do wniosku, że to wpływ zmiany pogody na zimniejszą (zgadzałoby się też ze stanem kota, który rano wcale się nie pali do kocich patroli). 

poniedziałek, 2 października 2023

1386. Krótko.

Czekam na Kochanego, obiad pyrka na gazie (sos pseudoboloński do pseudospaghetti będzie); popijam zieloną herbatę, bo mi kiszki marsza grają i właśnie skończyłam oglądać pierwszy Vlogoween Gosi ze Szkocji.

niedziela, 1 października 2023

1385. Chwilowe ocieplenie.

3:10 budzi mnie hałas w ogródku. To chyba Kochany tuż przed wyjazdem wrzucał coś do kosza. Kolejną godzinę wiercę się w łóżku próbując ponownie zasnąć, a kiedy już się udało męczył mnie dziwny sen. Wstaję ok. 8:45 i daję kotu jeść. Ryszard wylizuje michę do czysta, myje łapki, wychodzi frontowymi drzwiami. Serfuję w necie popijając pierwszą herbatę zieloną z żurawiną. Dzień zapowiada się na słoneczny, więc wstawiam pranie; jem śniadanie po dziesiątej; kot akurat wrócił ze spaceru i już drzemie w sypialni. Po jedenastej rozwieszam pranie i idę nad morze:

Rzeczywiście jest bardzo ciepło. Zaczęłam brać witaminę D, ale była okazja złapać trochę naturalnej, bo szłam z krótkim rękawkiem. 

Wracam ok. 12:50 (w drodze powrotnej widzę Bána skupionego na obserwacji czegoś pod murkiem przy sklepie i mówię mu cześć, Bán jest grzeczny, więc odpowiada; wita się ze mną także Anna w drzwiach swojego domu dyskutująca z Patrikiem). 

Kawa. Przyglądam się kotu (od mojego wyjścia do tego momentu właściwie nie śpi, tylko siedzi w jednej pozycji), pytam się, czy wszystko ok. Chyba ok. Nawet jeśli coś, to na razie się nie przyzna. W końcu po drugiej po południu wychodzi ostrożnie stawiając łapy.

Spa stóp. Zaczynam oglądać Midsomer Murders, 22.3 i ciągle coś mi przerywa. Przed trzecią niespodziewanie do domu puka Ka - przyjechał tylko z chłopakami i w sklepie za rogiem kupił lody, pomyślał, że je zje rozmawiając ze mną przed domem. To dobry plan, słońce miło miło ogrzewa.

Kochany zaskakuje mnie powrotem do domu tuż po piątej. Obiad jemy godzinę później. Ponieważ w Kuchniosalonie zrobiło się ciepło (wyciąg nie działa), uchyliłam okno przy zlewie. Nie wiem jak długo Bán obserwował nas z parapetu, bo zauważyłam go dopiero, gdy po wykonanym dużym susie lekko zdezorientowany wylądował na podłodze. Kupa śmiechu z tym kotem, złapałam, wypuściłam, powstrzymałam się, żeby nie wycałować.

Fred jest zmęczony i obolały. Mielimy chwilę sprawę wujostwa i cioci Ce, bo był u nich Wu i przesłał dość szczegółowe sprawozdanie, ale przed ósmą mąż mnie przeprasza (chciałby rozmawiać, tylko nie ma siły, musi się położyć). 

Na MyHeritage pisze do mnie Stephanie. To partnerka wnuka przyrodniego brata prababci Marianny. Widzę, że nadal działają w temacie poznania swoich egzotycznych przodków. Wyjaśniam im kwestię, dlaczego polskie nazwiska mają różne końcówki. 

W Kuchniosalonie nagle zaczyna hałaśliwie latać zielony pluskwiak (odorek zieleniak?). Wyrzucam go przez okno w sypialni. Kochany już śpi.