Na początku dnia bardzo byłam dynamiczna: kierowcy przekraczający szybkość do utylizacji, wybieranie Rysiowi pudełka na "po kremacji", wydzwanianie do weta i gadanie o wszystkim, co ślina na język przyniesie. Koleżanki zachowały się jak normalni ludzie - wiedziały o kocie, uścisnęły mnie, okazały współczucie, chociaż przecież kota na oczy nie widziały. Tak należy robić, pocieszać, gdy człowiek przeżywa stres, nawet jak się nie czuje tego samego. W końcu na każdego przyjdzie jego kolej, prawda?
Co sobie myślę o Fredzie? Fred jest najwspanialszym mężem na świecie. Gdy twierdzę, że trafiłam jak ślepa kura ziarno, nie ma w tym ani trochę przesady. Zawiózł mnie do pracy, potem wrócił do domu na śniadanie i spotkaliśmy się ponownie w czasie mojej przerwy (Czarna). Trochę rozmawialiśmy wiadomo o czym. Wszystko to w sytuacji, gdy Kochany bije się cały czas z myślami, co mógłby zrobić inaczej, lepiej, żeby pomóc umierającej istocie i ma żołądek zawiązany na supeł, a do oczu cisną się mu łzy. Otóż, nic nie mógł. Czasami bywają takie sytuacje i gówno prawda, że "tak miało być". Po prostu tak się zdarzyło i się nie odstanie. Wracając do domu zobaczyliśmy na kuble sąsiadów kota i przez moment oboje pomyśleliśmy Ryszard wrócił. To była Amber. Nie jej wina. Piękny kot, ale nie nasz.
A po lunchowej kawoherbacie sytuacja się trochę zmieniła (to tak a propos mojego dynamizmu). Zrobiło się mi zimno, apetyt zniknął, za to ciągle chce się mi pić, i oczywiście reumatyzm łazi po ciele jak ta lala. Rodzice byli chorzy przez cały czas naszych oddzielnych u nich pobytów. Gdy wyjeżdżałam już było lepiej, ostatniej nocy dudniący kaszel dobiegający z ich sypialni ucichł. Tak więc dunno. Albo pomimo ostrożności coś od nich załapałam, albo zaszkodził mi wczorajszy sok, zimny jak woda z górskiego potoku, albo po prostu łeb szuka lewarka.
Kochany nie chcąc czekać na mnie w mieście zajechał do przyjaciół i zastał tylko Jot, która też okazała współczucie tak jak się robi w takich sytuacjach. Cieszę się (Ka nie zadzwonił, bo chyba się bał, on emocjonalnie nie dźwiga takich spraw, więc chwała mu za to, że nie gada bez sensu jak nie umi z sensem). Fred przyjechał mnie odebrać z Drołdy, jeszcze poszliśmy do polskiego sklepu (tam, gdzie ludzie są mili), po różności i paracetamol.
Gdy leżałam w łóżku i naparzałam w klawiaturę, wspólnie z Kochanym zadzwoniliśmy z podziękowaniem do ludzi, którzy w niedzielę gdzieś o 15:30 zawiadomili Freda. Okazało się na koniec, po wysilaniu mojej mózgownicy, że rozpoznaję głos. To była córka Uśmiechniętej Kathleen, która identycznie jak mama przeciągała słowa i obdarzyła nas błogosławieństwem na koniec. People have to be nice to each other. God bless you. Jak zwykle nie wnikam, przyjmuję każde dobrze wyglądające błogosławieństwo. Mieliśmy szczęście, że to była ona, że nie bała się podejść do konającego stworzenia.
Anne zawiadomiła radnego, który wrócił z prośbą, abyśmy się z nim skontaktowali przed następnym posiedzeniem rady, bo będzie poruszana sprawa progów spowalniających na głównej ulicy. Super, mam na czym skupić głowę. No i takie tam. Fred słucha Stachury podbitego Satanowskim. Dzwonimy do rodziców opowiedzieć, co tam u nas (oboje rozmawiamy z łóżka). Kaszlę od czasu do czasu i jeszcze nie zdecydowałam, czy jutro chce się mi iść do pracy czy nie bardzo. Fotograficznego podsumowania miesiąca dzisiaj nie będzie, może później, albo whatever.
Kochamy się z Fredem i mamy dobre życie, mimo wszystko.