[go: up one dir, main page]

Strony

niedziela, 30 czerwca 2024

1657. Rozgrzewka.

Wstałam o siódmej, Kochany leżakował dłużej (ale też wcześniej położyłam się spać, padłam na twarz tuż po północy). Coś tam sprawdzałam, bardzo wolno, a Fred pisał swoje pisadełko. Obiad zrobiłam dziwny, wyszedł wege (ryż, kupne hamburgery z kalafiora, trochę falafela i brokuł z sosem jogurtowym), a po nim telefon do tatki (w lesie burza), spacer nad morze i powrót przed szóstą. Na plaży Kochany zadzwonił do Krakusów i pokazał im nasze krajobrazy, a ja znowu zjadłam snickersa (bo ostatnio, w piątek, to był snickers, nie mars; błąd rzeczowy poważny, gdyż marsów nie lubię) i znalazłam kolejną skamielinę, być może koralowca, tym razem drobnego:

Zdjęć w czerwcu zrobiłam całe multum, wybrać 16 z nich sensownie to niepodobność. Ponieważ gór trochę na blogu było, do szesnastki wpadają raczej inne, niemniej (nie)ważne.


Małżonek żegna się ze starą pracą na raty.
Poszedł już spać, bo musi zerwać się przed świtem.
Jeszcze poślęczę nad cudzą głupotą.

sobota, 29 czerwca 2024

1656. Stupor.

I znowu próba nadania struktury dniowi. Fred wyjechał do pracy tak wcześnie, że gdy się obudziłam, długo leżałam w przeświadczeniu, że nadal jest obok. Pobudka na dobre o wpół do siódmej (blogowanie, sortowanie prania, ładowanie szczoteczki do zębów, śniadanie, kilka kropel serum do skóry głowy — te drobne rzeczy pozwalają mi poczuć, że coś robię i dokądś zmierzam). 

Praca papierkowa jak krew z nosa. Kochany wrócił o drugiej i zastał mnie zupełnie sfrustrowaną (właśnie zamiast śmietany dodałam majonez do pomidorów na obiad!). Ja chcę wakacji! Taka moja odezwa. Oraz maksiowe pomrukiwania. Drzemka poobiednia rozwlekła się do godziny. 

Byliśmy umówieni z Ka, więc mój łeb mógł się zająć czymś innym. Pojechaliśmy do przyjaciół na rozmowę przy herbacie z dzikiej róży, głównie o planach mieszkania z Piesełem, który ładnie ostrzyżony socjalizował się z nami przez pół wizyty. Fred poszedł z Ka i psem na wieczorny spacer, Jot oprowadziła mnie po domu (nie, że tego potrzebowałam). Kochany jest bardzo poruszony planami, to mój pierwszy pies, wyznał mi w drodze powrotnej. Wiem, że będzie dobrze. Na razie jednak trwam w stuporze. Na wizytę, wbrew rozsądkowi, pojechałam w sandałkach. Pogoda zaś taka sobie, wprawdzie pod wieczór wyszło słońce, ale to nic tu nie znaczy. Za to w drodze powrotnej około północy zauważyłam, że horyzont nadal jaśnieje. 

piątek, 28 czerwca 2024

1655. Spać/nie spać.

Nie mogłam spać, nie umiałam, trzy, może cztery godziny i zaczęłam łazić. Kochany zerwał się o jedenastej, kwadrans później pojechał autobusem do Ka, sprowadzić nasz samochód i zrobić zakupy. Jem śmieci. Pochłonęłam dwa marsy, więc cukier skoczył mi na tyle, że mogłam skupić się na Mrożku odłożonym przed wyjazdem. Kiedy poziom cukru spadł, poszłam spać. Obudziłam się w kiepskim nastroju, z myślą, że koniec wakacji, że to już druga po południu, a Kochanego nadal nie ma. Zrobiłam sobie na obiad byle co (makaron z sosem ze słoika; Fred wrócił z prowiantem ciut za późno, za to kupił mi prezent, kremowy sweter Ralpha Laurena, wełniany, trochę ażurowy, dziwny kształt) i pokrzepiona dokończyłam Miłość na Krymie (Noir sur Blanc, 2000), co zainspirowało mnie do sięgnięcia po adaptację z 1998 roku; obejrzałam połowę i resztę zostawiłam na jutro, gdy będę (miejmy nadzieję) w lepszej dyspozycji. Jeśli chodzi o rozpakowywanie się, zmęczyliśmy się z Fredem dokładnie w tym samym momencie. Moja walizka nadal stoi w Kuchniosalonie opróżniona w połowie. Zresztą wiele rzeczy czeka, np. wyschnięte pranie sprzed dwóch tygodni czeka na posortowanie i włożenie do właściwej szafy. To sobie poczeka, nie dzisiaj; moje ciało wróciło, reszta nie. Chcę wyregulować czas snu i czuwania, idzie jak po grudzie.

Postscriptum #1654.

Nie dooglądałam Wózka, jedynego sensownego odcinka Pogranicza w ogniu, bo czas był na nas. W drodze do lotniska załapaliśmy się na burzowe mycie samochodu; rodzice odstawili nas gdzie trzeba i ruszyli w drogę powrotną. Wiedzieliśmy, że samolot może być spóźniony z powodu zawirowań pogodowych, ale nie było tak najgorzej, wystartowaliśmy po północy (czyli z godzinnym poślizgiem). Tor lotu był dla mnie raczej nietypowy, w ciemności ledwo rozpoznawalny, flightradar pokazuje, że lecieliśmy nad Męczesterem, jednak nie wychwyciłam żadnego charakterystycznego punktu. Obyło się bez ekscesów, czas minął raczej szybko (próbowałam drzemać), tylko pod koniec lotu pasażerka przede mną była już zupełnie zbetoniona (Fred zauważył, że opiekowała się osobą niepełnosprawną, mnie to zupełnie umknęło; współczułam starszej kobiecie, która siedziała obok tego bełkotliwego duo). Samolot wylądował po drugiej czasu lokalnego, wykaraskawszy się z odbiorem bagażu tylko jakiś kwadrans czekaliśmy na autobus do Drołdy (chłód). W mieście taksówka niepytana podjechała nieomal natychmiast, kierowca ucieszył się, bo mieszka w naszej wsi. I tak, o wpół do piątej byłam już po prysznicu, we własnym łóżku, gotowa uderzyć w kimono. 

czwartek, 27 czerwca 2024

1654. Dzień podróżny.

Znowu wstałam za wcześnie (szósta) i wiem, że to niedobrze, dzień będzie baaardzo długi i skisnę. Nic nie poradzę, mózg do mnie gadał. Zrobiłam kawę Kochanemu, odprowadziłam rodziców do bramy, wyczesałam Malinkę, ze ściśniętym żołądkiem czekałam, aż tatko wróci z dobrymi bułkami na śniadanie (bułek niet, trzeba zjeść wczorajszy chlebek). Po śniadaniu spakowaliśmy się, po czym wyjechaliśmy na ostatnią kawę do Kota, oraz na lody do starej cukierni.

Przy tejże drugiej okazji pani nas poinformowała, że zdybaliśmy ją przed wakacjami i jeszcze jutro można przyjść, a my że jutro to futro, bo nas nie ma, a ona, że co tak późno żeśmy przyszli w takim razie, a my, że byliśmy tutaj w poniedziałek, a jej nie było akuratnież. Sympatycznie, że niektórzy ludzie nas pamiętają, chociaż wbijamy raz na ruski rok. 

Gorąco tak, że po mieście nie chciało się nam chodzić, a ponieważ samochód zaparkowany był pod Kotem, mieliśmy okazję odmachać koledze Narodzonemu, który siedział z żoną na zewnątrz kawiarni sącząc jakieś tam napitki. Bardzo to pokrzepiające, że są ludzie, którzy lubią ze sobą spędzać czas.

Na wsi też skwierczy. W domu chodzą wszystkie wiatraki, okna zacienione, większość zwierząt pochowana, tylko mała Rozalka opala uszy wylegując się na parapecie. W ogrodzie osy i pszczoły masowo korzystają z poidełek, zauważyłam też, że zbiornik na deszczówkę jest już prawie pusty. 

Mama wróciła z pracy, odpaliliśmy gotowca (tylko młode kartofelki własnoręcznie przez tatkę obrane, schabowe i trzy sałatki kupne) i już jesteśmy po obiedzie. Trzeba będzie porozłączać elektronikę, dopchnąć kolanem jakiś pakunek oraz ostatecznie ustalić ubranie na podróż.

środa, 26 czerwca 2024

1653. Upał.

Jedną nogą już macamy grunt na Wyspie (Fred sprawdził swoją umowę o pracę i dzwonił do biura, ja zerkałam na pocztę pracowniczą), nic się nie dzieje, ale powoli trzeba nam zawracać.

Po śniadaniu Tca. Oczywiście Kot (sernik pistacjowy). Oczywiście próba spaceru w parku zdrojowym (doszliśmy do tężni; po kilku minutach chłodzenia się w ich cieniu zawróciliśmy do centrum miasta).


Była druga próba suszarniowa (Fred degustował; mieli klimę, więc super oraz rewelacja!). Ach, i lody z Lodówki:


Wybierając chłodne miejsca zaszliśmy do świnty Jadzi, krótka ekskursja naobokoło. Po wyjściu z bazyliki spotkały mnie dwie miłe rzeczy, jedna po drugiej. Po pierwsze zamachała do mnie Bożka, odmachałam jej bardzo energicznie. Po drugie, na ławce pod drzewami nadal siedziały dwie panie, które zauważyłam, gdy zmierzaliśmy do kościoła. Tylko, że teraz szczerzyły się do nas centralnie. Gościówy w naszym wieku, ubrane INACZEJ, chichocząc zapytały, gdzie się szukaliśmy, żeby się znaleźć i wyglądać tak, jak wyglądamy. Przystanęliśmy na chwilę, zaakceptowaliśmy komplementa. No i super. Ale potem do samochodu, bo żar nam mózgi lasował.


Pomogłam mamie usmażyć ryby na obiad; zjedliśmy, pogadaliśmy; odprawiliśmy się (już wiadomo, że powrót będzie długi, bo lot jest późny, a po północy nie mamy środka lokomocji w kierunku naszego autka, które czeka pod domem Ka; przyjaciela nie chcieliśmy angażować, ciężko pracuje). Oglądamy telewizyjne kryminały i zbieramy się w sobie.

wtorek, 25 czerwca 2024

1652. Dzień we Wro.

Sympatyczny był ten gorący wtorek, nawet się trochę niechcący opaliłam, szczególnie na ramionach. Rano odwieźliśmy mamę do pracy i pojechaliśmy do Wrocławia, najpierw do Magnolii, bo Fred miał jedną, krótką sprawę w Empiku (chciał odnaleźć pewną płytę cd), poza tym właśnie tam zostawiliśmy samochód; zamiast zakupu płyty, w książce Co robią lisy znaleźliśmy wspólnie sześć wiewiórek oraz kupiłam trzy cholernie drogie książki, dwa Mrożki (autobiografię i opracowanie Nasiłowskiej) i jednego Kurskiego. Gdy małżonek załatwiał sprawę w banku, poszłam kupić nam bilety tramwajowe, po czym dziesiątką dojechaliśmy do Teatralnej, żebym mogła pokazać "mój" instytut (o, tu był!). 

Drugie śniadanie w Hard Rock Café na Rynku (amerykańskie naleśniki z syropem klonowym); spacer Szewską w poszukiwaniu kawiarni Cherubinowy Wędrowiec (spotkaliśmy Tycjana śpiącego w antykwariacie i pamiątkę po Dantem na zewnątrz budynku — znam imiona kotów, bo właścicielka akurat otwierała drzwi, był z nią też pies o imieniu Nuta).

Kawa jakże zacna w przyjemnym, schowanym od gawiedzi miejscu (przed nami rozpościerał się malutki, okolony murami ogród Ossolineum). Spacer od Szewskiej przez plac Uniwersytecki i Dubois do Rydygiera; obiad w Powoli. W drodze powrotnej do tramwaju wstąpiliśmy jeszcze do Galerii Miejskiej na Kiełbaśniczej (wstęp bezpłatny, eksponaty dziwnociekawe, uaktywniające mi tę część mózgu, która chciałabym rysować, lepić i dziergać bez sensu).

Tramwaj 22 zawiózł nas do naszego autka, a po czwartej byliśmy z powrotem na wsi. W domu kupne pierogi, spacer z Kochanym, serial tv. Po dziesiątej jestem już nieźle zmęczona. Wiem, że za mało śpię, ale nie mogę się powstrzymać, tyle jest światłości.

poniedziałek, 24 czerwca 2024

1651. Lokalnie.

Wstajemy później niż zwykle, pijemy swoje napitki i opowiadamy sobie, co tam (Fred postanowił wyjechać z Miasteczka jeszcze wczoraj, bo atmosfera u cioci eR zaczęła się robić napięta). 

Po śniadaniu pojechaliśmy do Tcy, trochę się pokręcić tu i tam. Byliśmy w Kocie (tym razem obsłużyła nas właścicielka, super kobieta), w Rossmanie (przy kasie zdybała mnie żona Dżi; byłam uprzejma, odpowiedziałam dzień dobry; widziałam ją już wcześniej i postanowiłam zignorować, ale jak widać nie dało się), w suszarni (Kochanemu też smakowało, bardzo się cieszę).

Doszliśmy do parku zdrojowego (po drodze zaczepił mnie mój były uczeń, Hubercik; jak się te dzieci starzeją ;)), zrobiliśmy tam kółeczko dla zdrowotności, potem Kochany zapragnął lodów, więc przed powrotem na wieś zatrzymaliśmy się w starej cukierni. 

Po obiedzie macerowaliśmy się w domowej duchocie. Byliśmy też na cmentarzu, na krótko, żeby zapalić trzy wkłady reklamowane jako świecące się przez tydzień.

Trudno mi się wziąć za czytanie czegokolwiek z domowej biblioteczki, wysoka temperatura wysysa ze mnie wszelką chęć. Tymczasem Fred toczy z Rozalką walkę o otwarte okno, stawka jest wysoka (spokojny sen w chłodniejszym otoczeniu).

niedziela, 23 czerwca 2024

1650. Życie domowe.

A może to chodzi o napromieniowanie słońcem? Budzę się przed północą, potem po czwartej. Punkt piąta wychodzę na chwilę na dwór, odetchnąć rześkim powietrzem (w domu zaduch), spotykam Miauczyńskiego oraz jakiegoś kotka, chyba tegorocznego, który nieśmiało zagląda na mnie zza sztachetek barierki ogrodowej. Pacam mamę po nosie, do dziewiątej, mówi mama, odganiając mnie jak muchę. Robię sobie zieloną herbatę, bo już wiem, że nie zasnę (do dziewiątej zrobiłam małe pranie ręczne, zjadłam śniadanie oraz, a jednak! poszłam z mamą na spacer do cmentarza).

We trójkę na naszym „rodos” jemy obiad i generalnie jest jak w raju, zakłócanym jedynie porykiwaniem silników motocyklowych (niedaleko odbywa się zlot; nigdy nie pojmę podniety tym zajęciem); zerkam na genealogię (uzupełniam drzewo informacjami przesłanymi jakiś czas temu przez świekrę); pod wieczór idziemy z mamą do lasu wykopać trzy różowe kffiatki.

Zamiast zostawać jeszcze jedną noc u cioci, Fred postanowił wrócić z Miasteczka dzisiaj późnym wieczorem. Czekam. Zerkam na mecz Szwajcaria-Niemcy. 

sobota, 22 czerwca 2024

1649. Droga / dom.

Za gorąco. Znowu nie spało mi się dobrze. Poranek mamy oczywiście wspaniały; ciocia eR ponownie rozpieszczała nas pyszną jajecznicą jedzoną w ciaśniutkiej kuchni. Spakowałam się jako tako, przy samochodzie pożegnał nas puchaty Lucuś:


Dojechaliśmy do Tcy i weszliśmy do Kota. Rodzice mieli być gdzieś na mieście, ale gdy skończyliśmy kawę i wyruszyliśmy do wsi, mama oddzwoniła już z domu. Ostatnie kilometry w deszczu, mimo to ulga niewielka (zresztą, po chwilowych fochach, niebo się rozpogadza); zjedliśmy obiad w ogrodzie i przed drugą Kochany ruszył w drogę powrotną. 

Część ubrań została już wyprana; od kiedy nie noszę butów górskich puchną mi stopy, szczególnie prawa (czy to nie jest głęboka, życiowa porada? noś buty górskie dla zdrowia). Z mamą gapimy się na jakieś obrazki w tv oraz ze wspólnej patelki jemy smażone kartofle i popijamy je kefirem. 

piątek, 21 czerwca 2024

1648. Powrót do świata.

Z perspektywy trzech noclegów kolejność brzmi następująco: Odrodzenie miejsce pierwsze, Hala Szrenicka miejsce drugie, Dom Śląski miejsce trzecie.

Ze zmęczenia dopadła mnie bezsenność. Nie musieliśmy się dzisiaj spieszyć ze wstawaniem, bo tylko pakowanie i śniadanie, mimo wszystko jednak sen miałam przerywany, marnie regenerujący. O ósmej zeszliśmy na śniadanie (jajecznica z pieczywem), przy okazji znowu widzieliśmy się z Wackiem (siedział na dachu za oknem, wpuściłam go do jadalni).


Droga ze schroniska do Szklarskiej jest stroma i uciążliwa (pomimo raczej gładkiej nawierzchni), nie chciałabym jej przemierzać pod górę, szczególnie tego upalnego dnia.

Po długim marszu (minęliśmy m.in. wodospad Kamieńczyka) doszliśmy nareszcie do Szklarskiej i żeby się ochłodzić weszliśmy do pierwszej lepszej lodziarni (Lokalna na Jedności), która jak raz okazała się znakomita. Gdy dopełzliśmy do przystanku, byliśmy o kwadrans spóźnieni na autobus 107 do Jeleniej. Psiakość. Albo nie. Zjedliśmy makaron w Kamiennym Piecu, restauracji po sąsiedzku. Następny autobus miał zepsutą klimatyzację i naburmuszonego kierowcę, nałogowego palacza. Na szczęście, zaraz mieliśmy dobre połączenie do Miasteczka. Dopiero w Jeleniej dotarło do mnie, że to ostatni dzień szkoły (w autobusie spotkaliśmy córkę Mrzygłoda). 

Nareszcie Miasteczko. Wysiedliśmy przed mostem, zaszliśmy do domu kultury (Deniro do nas zeszedł chwilę porozmawiać). W bloku ciocia eR przywitała nas botwinką i naleśnikami z serem (najpierw wskoczyliśmy pod prysznic, bo wiadomo; ciocia chodzi ubrana w non-ironowe fartuszki, jak babcia Mania, zapomniałam, że niektórzy starsi ludzie nadal ich używają). Mieliśmy pójść na spacer, ale w międzyczasie na naleśniki wpadła Hania, nad Miasteczkiem zawisła burza, a ciocia włączyła tv na mecz Polska-Austria (burza na jakiś czas odcięła prąd, mała strata). Poszliśmy na krótki spacer dopiero po meczu.

Czyżby lato?

czwartek, 20 czerwca 2024

1647. Karkonosze, dzień trzeci.

Pobudka o … trzeciej :D. Źle spałam, wyglądałam przez okna, robiłam zdjęcia świtu.

Wyszliśmy z naszego ulubionego schroniska o siódmej, oglądając się za siebie i robiąc sporo zdjęć. Do następnego razu :)

Zamiast kontynuowania marszu oczywistą drogą (czyli po północnej stronie Wielkiego Szyszaka) zaplanowaliśmy zejść z Głównego Szlaku Sudeckiego i wrócić na niego za symbolicznym źródłem Łaby. Po drodze Czechy, szlak zielony w kierunku na Szpindlerowy Młyn ze skrętem w Labský Důl, wspinaczką do Labskiej Boudy i marszem do Hali Szrenickiej.

Początek szlaku był stromy i nietypowy, zarośnięty, w ogóle prawie nie uczęszczany, znaleźliśmy na nim np. płytę nagrobną (oraz monetę z roku 1962, którą zgubiłam gdzieś w trakcie wspinaczki, pewnie, gdy wyciągałam z kieszeni telefon, żeby zrobić kolejne zdjęcie).

Trasa do źródeł Łaby to trudna bajka. Wspaniałe widoki, dużo zieleni, mało ludzi. Ale potem trzeba zacząć powrót na grzbiet, a mamy już kilka km w nogach, na dodatek pogoda niepotrzebnie się rozsłoneczniła.




Stękałam, kwękałam, przystawałam i złorzeczyłam słońcu, ale dopełzłam.


Para Niemców z Ulm (on, wg własnych słów, z Breslau) szukali prawdziwego źródła Łaby, rozmawialiśmy chwilę (po angielsku) co i jak. Plecaki wydawały się coraz cięższe, więc Fred mi opowiadał jak to dawniej bywało, w czasach słusznie minionych, gdy na plecach oprócz śpiwora i dmuchanego materaca targał 20 konserw turystycznych (paprykarz, wołowina w sosie własnym, ryby) oraz kilka flaszek wody ognistej.

Minęliśmy Szrenicę ze schroniskiem zagnieżdżonym jak orle gniazdo i po czwartej siedzieliśmy w pokoju nr 304 (335,60 zł, rezerwowany przez booking, własna łazienka), po obiedzie i kompletnie wyzuci z energii. Kochany musiał się zdrzemnąć choć godzinkę, ja nie byłam lepsza, i nawet myśl, że już nie musimy się spieszyć nie pomagała.

Przy wieczornym zamawianiu naleśników i ich konsumpcji okazało się, że schronisko ma kota. Kot Wacek:


Nie czujemy nóg. To był długi dzień. Teraz tylko odpoczynek.

środa, 19 czerwca 2024

1646. Karkonosze, dzień drugi.

Bardzo silny wiatr wiał przynajmniej do pierwszej w nocy. Pobudka po piątej. Oprócz nas pięć osób w pokoju nr 14, razem z parą śpiącą w jednym łóżku. Bardzo spokojne towarzystwo, wszyscy górscy podróżnicy (mamy wielkie szczęście, doceniam je). 

Dwóch młodych gości również wyszło na szlak o zbliżonej porze. Jednego naszego współlokatora spotkaliśmy jeszcze z trzy razy (przecinał nam drogę). Poza tym turystów niewielu, szczególnie w porównaniu z dniem poprzednim; w połowie drogi zaczęliśmy się witać z małymi grupami Czechów idących od Przełęczy Karkonoskiej. Szlak na dzisiaj (czerwony): Spalona Strażnica, droga zimowa (Kocioł Małego i Wielkiego Stawu), Słoneczniki, Mały Szyszak, zejście do Odrodzenia.


Oczywiście, wiele razy plułam sobie w brodę, że nie mam normalnego aparatu fotograficznego. Tego dnia akurat z powodu łani, która przecięła nasz trakt w okolicach Spalonej.



W okolicach Małego Szyszaka niebo coraz bardziej zaczęło się zasnuwać. Fred nie bez powodu zaplanował tak krótką trasę i jego przewidywania zbiegły się z faktycznym ciągiem zdarzeń: gdy zbliżaliśmy się do schroniska, spadła na nas ostrzegawcza mżawka. 

O jedenastej byliśmy już po naleśnikach (dla mnie z powidłami śliwkowymi, dla Freda z serem) oraz po utracie kilku banknotów porwanych przez wiatr. Tzn. utracie tymczasowej, bo mój rycerz bez białego konia dwa razy zaszedł za schronisko i odebrał przyrodzie nasze 150 zł.

Czekając na możliwość wejścia do pokoju piliśmy dobrą kawę (w filiżankach! żadnych papierowych kubków, jak w Domu Śląskim) i rozmawialiśmy z tatką. 

Odrodzenie po doświadczeniu z Domem Śląskim to bajka (nie chodzi o obsługę, ta była w porządku, ale o ogólną organizację). Naleśniki pyszne, zupa pomidorowa okazała się prawdziwym kremem (Fred chwalił kwaśnicę). 

Pokój nr 10 kosztował nas 190 zł + 10 zł za dwa ręczniki. Zeszła noc to 150 zł w pokoju wieloosobowym, bez ręczników, z poszwami udającymi prześcieradła i łazienką w korytarzu. Ach, i tutaj cytryna do herbaty nie kosztuje dodatkowych 2 zł. I w toaletach są odświeżacze powietrza, mój jeżu!

Przed obiadem wyszliśmy z herbatkami na taras (tuż po południu od polskiej strony nad schronisko zaczęła nadciągać mgła-chmura, która w szybkim tempie pochłonęła wszystkie widoki):

Na obiad sikory w sosie węgierskim (nie pamiętam, żebym kiedyś to jadła, pyszne!), Fred wziął ruskie z kwaśną śmietaną. Po obiedzie leżaczkowanie, gapienie się na mgłę, wypatrywanie hohoni. Uświadomiłam sobie, że przed wojną był to dom wypoczynkowy Hitlerjugend :)

Jeszcze przetestowaliśmy racuchy z jabłkami, ustaliliśmy, że kochamy to miejsce i że trzeba jakoś omijać Dom Śląski. Potem prysznic i odpoczynek przed jutrzejszym długim marszem przez Czechy.

wtorek, 18 czerwca 2024

1645. Karkonosze, dzień pierwszy.

Wstaliśmy o czwartej rano, ciocia eR nakarmiła nas jajecznicą, a za godzinę przyjechał Mrzygłód. Kuzyn podwiózł nas do Przełęczy Okraj. Początek (o w pół do siódmej) był trudny, ciągle pod górę, zasapałam się i piłam izotoniki jak smok. Wczesny początek dał nam luksus spokojnego, bezludnego krajobrazu.

Chodzenie po górach polega na otwieraniu i zamykaniu, twierdził filozoficznie Fred. Możesz mi asystować? Nie chcę, żeby mi coś pierdolnęło w kręgosłupie, skonstatowałam ja. Takie to refleksje podróżne na temat plecaków.



Szlak niebieski: Czoło, Skalny Stół, Sowia Przełęcz, Czarna Kopa, Śnieżka, następnie zejście Drogą Jubileuszową i Dom Śląski. Pogoda w sam raz, niewielkie chmurki dawały mi ulgę w cierpieniu; w kosodrzewinie ptaki śpiewają, jakby u nich nadal była wczesna wiosna. W schronisku byliśmy sporo przed rozpoczęciem doby hotelowej, wzięliśmy więc coś na podtrzymanie energii (żurek dla Freda, dla mnie barszcz z krokietem, gofr z bita śmietaną) i czekaliśmy. O w pół do czwartej już przysypiałam na łóżeczku, półmokra, bo w schronisku zabrakło ręczników (nie dowieźli, rzekomo, ale wcześniej spaliśmy tutaj dwa razy, więc wiemy jak jest — ostatnio też nie mieli ręcznika dla Freda).

Ogólne wrażenie z Domu Śląskiego: nope. Miejsce jest maszynką do robienia pieniędzy, tłumy jak na głównej ulicy Karpacza (zamówień z 500 dziennie), a przy tym kompletny brak wysiłku w kierunku poprawienia jakości usług (bardzo nieładnie, mili państwo). To pozostawia w człowieku głębokie pfe, pomimo magicznej lokalizacji.

Po piątej wybraliśmy się do kantyny na obiad, wydaliśmy na herbatę 40 zł (następnym razem trzeba nosić ze sobą torebki). Dość wcześnie mycie zębów we wspólnej łazience z widokiem. 

poniedziałek, 17 czerwca 2024

1644. Miasteczko.

Nad ranem budziłam się kilka razy, rozbudzał mnie blady świt o czwartej, różne strefy czasowe na zegarkach oraz nocny fitness Rozalki i Wojtusia. Bałam się, że prześpię budzik, albo że źle go nastawiłam (chciałam pożegnać się z mamą przed jej wyjściem do pracy). Niebo przed godziną siódmą było bez jednej chmurki. Pięknie. 

Objadłam się zupą pomidorową (kiedyś babciną, teraz już maminą), jeszcze raz przejrzałam, co biorę, a czego nie biorę; tatko wrócił z miasta (przywiózł nam świeże pieczywo); po dłuższym budzeniu się, kręceniu i doprowadzaniu do stanu używalności (Fred w ogrodniczkach przeciągał się i pił kawę z pół godziny), po dziewiątej wyruszyliśmy. Komitet pożegnalny:

Jechaliśmy przez Tcę, więc była kawa w Kocie oczywiście. Zrobiliśmy też zakupy w aptece, tak na wszelki wypadek.

A w Kocie spotkaliśmy Psycholoszkę. Bardzo była miła ta rozmowa. I klimaty takie, o:

Wczesnym popołudniem dojechaliśmy do Tadka, żeby przez ponad dwie godziny, nad zieloną herbatą i ptasim mleczkiem, rozmawiać o rzeczach ważnych i istotnych oraz dyskutować na temat miru domowego z jedną Franciszką.

Potem Jelenia i obiad w restauracji Kucie Smaku na placu Ratuszowym (dla mnie pierogi ruskie, smażone, i bukiet sałatek). 

Nareszcie Miasteczko. Przywitaliśmy się z ciocią eR i poszliśmy na dłuższy spacer, na cmentarz i po izotoniki. Po drodze Fred rozmawiał z paroma ludźmi (bo wiadomo). Po powrocie zostaliśmy nakarmieni i załapaliśmy się na początek meczu Francja-Austria. Przyjechał Mrzygłód, ustaliliśmy grafik poranny na jutro. Wreszcie, po dziesiątej prysznic i spać. Za oknem burza.

niedziela, 16 czerwca 2024

1643. Leraksu dzień.

Szara niedziela, z biegiem godzin coraz duszniejsza. Wyturlaliśmy się z łóżka, żeby śniadać, pić dobrą kawę (w Kocie Fred kupił Indonezję o nazwie Sumatra Gayo), i zerkać na odcinek Columbo (lubię zwracać uwagę na role poboczne i sprawdzać nazwiska twarzy, które skądś znam: tym razem Grant Heslov). Po wczorajszej eskapadzie popołudniowej, dzisiaj zostałam w domu, a Fred wyjechał do Kota na spotkanie ze znajomym (wracającym do Kalisza z Wro). W czasie mężowskiej nieobecności skończyłam czytać Corneille'a (Siedmioróg, 1996).

Wyciągnęłam mamę na spacer na cmentarz. Przywitałyśmy się z paroma znajomymi (zmarłymi, oczywiście) i tym razem zaszłyśmy aż do części dla dzieci. Po powrocie gmerałam w garażu w poszukiwaniu plecaka i butów na góry. Przy okazji zerknęłam na archiwizowane tam papiery i odkryłam, że mam jeszcze jednego Coetzee'ego (Lato), oraz że dostałam książkową nagrodę za najlepszą pracę maturalną z polskiego. To ostatnie pokazuje jak dziwnie działa moja głowa. Ludzie pamiętają tematy swoich prac maturalnych, nawet, gdy były niewiele warte, tymczasem mój mózg po prostu zamyka takie rzeczy na klucz i nie chce ze mną o nich rozmawiać (książka Alison Lurie, Sprawy zagraniczne). Jeszcze lepsze było odkrycie notatek z ilustracją w tomiku Rękodzieło myślenia Heideggera. Nie pamiętam, abym pisała ten tekst, ale widzę, że to moje pismo i mój szkic. 

Kochany wrócił, gdy z rodzicami jadłam obiad na zewnątrz, i szybko nadrobił grafik dnia ;) Oczywiście, po posiłku poszliśmy na spacer robiąc kółeczko do babci Mani.

W temacie planów na nowy tydzień, znalazły się kijki (już zaczynaliśmy myśleć o kupnie nowych), poza tym w końcu potwierdzono nam rezerwację noclegu w Domu Śląskim, czyli trasa została przypieczętowana. Wiemy też, gdzie jesteśmy jutro. Jutro jesteśmy gdzie indziej. Resztę dnia poświęciłam na wylegiwanie się w zachodzącym słońcu na ławce przy furtce, rozmowy, głaskanie zwierzaków i zjedzenie kolacji. Spakowałam plecak i martwię się, że nie mam tego, co powinnam mieć. Jutro trzeba przejrzeć zawartość od nowa.

1642. Wczoraj / dom / planowania / bez Cichej.

(w sobotę) Wstaliśmy przed ósmą i jedliśmy śniadania o różnych porach. Kochany jeszcze kończył pić pierwszą kawę, gdy ja wychodziłam z mamą na cmentarz. Zabrałyśmy ze sobą Maksia, który bardzo dzielnie, najpierw rześko, a potem coraz wolniej, przebierał swoimi krótkimi nóżkami.

Kochany sporo czasu parał się rezerwacją noclegów w schroniskach górskich (bardzo jest to upierdliwe logistycznie, trzeba wydzwaniać, albo tylko mejlować i czekać; plany i życzenia: Dom Śląski, Odrodzenie i Hala Szrenicka). W tym czasie mama zrobiła pyszny obiad, który zjedliśmy w ogrodzie, pod parasolem:

Pogoda robiła się szara, burzowa. Popijając kawę w ogródku zaczęłam czytać Cyda Pierre'a Corneille'a (to kolejny rozgrzebany tekst; w samolocie z kolei napoczęłam O stawaniu się sobą Carla Rogersa), podczas gdy Fred dobijał targu z właścicielami schronisk, Tadkiem i ciocią eR.

Wiedzieliśmy, że w Kaliszu, w ramach La Strady, występuje Karolina Cicha ze swoją płytą tatarską. Zrobiłam notatki z nazw miejscowości, które powinniśmy mijać i przed czwartą po południu wyjechaliśmy z domku pod lasem do Wielkopolski. Byliśmy w mieście ze sporym marginesem czasowym, więc zjedliśmy podwieczorek w Łączniku Kulinarnym (dla mnie grzybowa-krem oraz sernik wiedeński z sosem malinowym, wszystko całkiem dobre) oraz zajrzeliśmy na bryłę kaliskiej katedry (tej, co to w niej Konopnicka z Konopnickim się poślubili). Potem jeszcze dość dłuuugo czekaliśmy na występ włoskiego teatru ulicznego Teatro Due Mondi z przedstawieniem Wall Cracks, oraz na Cichą i Spółkę. Szczęśliwie, miejsce było urokliwe, rozgadane gawronimi konwersacjami.

Due Mondi przedstawili temat na topie (mury, migracja), w ich wykonaniu nieco zbyt przegadany jak na teatr uliczny, natomiast z koncertem problemy były dwa. Po pierwsze, Cicha się rozchorowała i zagrała tylko Spółka w składzie Patrycja Betley/Karolina Matuszkiewicz/Olena Yeremenko/Paweł Betley: 

Spółka była oczywiście świetna (jak można się było spodziewać: muzycy, którzy wiedzą, co robią i ciekawy folk), ale w połowie koncertu zaczął na nas kapać deszczyk, który w minutę zamienił się w ciepłą ulewę. Zaczęliśmy biec w kierunku Kazimierzowskiej, gdzie stał nasz samochód, początkowo po kurtki przeciwdeszczowe. Gdy dobiegliśmy, byliśmy tak mokrzy, że kurtki byłyby zbyteczne. Zamiast powrotu pod CKiS, wybraliśmy powrót do domu. 

Ostatnią przygodą sobotnią była droga powrotna. Kochanemu powoli wyczerpywała się bateria w smartfonie, więc mój iPhone przejął prowadzenie i wróciliśmy małymi dróżkami, które doprowadziły nas do legendarnych kocich łbów (intencjonalnie ominęliśmy je jadąc w przeciwną stronę). Bardzo mnie te kocie łby ucieszyły. Sentyment. A w domu byliśmy o północy.

piątek, 14 czerwca 2024

1641. Aklimatyzacja.

Na starcie dnia odbyła się w ogrodzie rozmowa z Maciejem Dyplomatą. Kot mnie przywitał i pozwolił się pogłaskać. Inaczej niż Rózia, która tylko podeszła z zaciekawieniem sprawdzić, czy ja to rzeczywiście ja. Inspektor żywności (Wojtuś) żądał dostępu do kaszanki wyciągniętej z lodówki (Kochany miał ochotę na tradycyjne śniadanie w domu pod lasem, podczas gdy jego żona zadowoliła się bułką z pomidorem i jajkiem). Malinka wyleguje się na tarasie, i coraz wolniej podnosi się z legowiska; cóż, starość (ale Gosia, jej siostra, jest nadal rześka).


W samo południe byliśmy umówieni u fryzjera i prawie się wyrobiliśmy ;) Po fryzjerze poszliśmy do Kota, gdzie zupełnie przez przypadek naszliśmy kolegę Narodzonego z żoną. Przywitaliśmy się, uścisnęliśmy sobie dłonie, przedstawiłam Freda. To jest ciekawa sytuacja, bo wiele lat temu kolega Narodzony nie należał do moich faworytów, ale z perspektywy czasu inaczej oceniam sytuację. 


Po kawie i cieście (sernik sernikowy był przepyszny) zaszliśmy do Rossmana i umówiliśmy się z rodzicami na obiad u chińczyka. Potem rodzice wrócili do domu, a my poszliśmy przez miasto do samochodu i podjechaliśmy do zdroju, żeby przejść się naokoło stawów. Pomimo chmur pogoda była niezła, będzie cieplej, a taki przejściowy dzień pozwali się nam zaaklimatyzować. 


Gdy wróciliśmy na wieś, przed wjazdem na podwórko musiałam przenieść na rękach tego jegomościa, bo spał za płotem, zbyt blisko drogi (Miałczysław, kot dochodzący):


Jest łagodny i burczy tylko na innego kota dochodzącego, Filemona (który wylegiwał się cały czas w ogródku na jednym z rozstawionych krzeseł).

Rodzice też byli zmęczeni zarwaną nocą; nigdzie indziej nie wychodziliśmy, pod wieczór niebo jeszcze bardziej się zasnuło; jemy kolację, zerkamy na Skąpca z de Funesem; oboje klikamy pokrzepiająco. Mimo leciutkiego zlasowania mózgu przypomniało mi się, żeby odezwać się do Agniechy :)

Postscriptum #1640.

Start z Zielonej Wyspy.