Czwartek
Tak nastawiłam budzik, że byłabym zaspała, gdyby nie mózg mój z wewnętrznym tykającym zegarem, który obudził mnie dziesięć minut przed czasem: ej, ej, sprawdź godzinę, chyba nie nastawiliśmy tak, jak trzeba.
Podróż z Kochanym; soundtrack jakiegoś nieznanego nam koncertu Jethro Tull w tle. Praca prawie jak przyjemność (chociaż zdenerwowała mnie księgowa, ale to w Centrum; Alis is a c*nt). Po południu Kochany czekał na mnie przed drzwiami wyjściowymi Jamy i mókł. Szybko przetransportowaliśmy się do domku, żeby raz dwa zrobić obiad. Przed czwartą byłam już napasiona jak opos, a w głośnikach śpiewał mi Ralph Kamiński. Potem próbowałam się relaksować leżąc pod kołderką; sen nie przyszedł, ale nie narzekam ani trochę. Sinozęby nie chciał połączyć mojego laptopa z ekranem tv; Fredowi udało się po dłuższych próbach, postanowiliśmy to uczcić oglądaniem Mistery Train (1989).
Piątek
Zaczęłam dzień wysłaniem listu z oficjalną prośbą do Katriny; kilka sekund później zauważyłam literówkę w imieniu (za późno). Trudno, świetnie (mogłabym powiedzieć facepalm, ale postanowiłam zmierzać w kierunku zen = gniew ani martwienie się o ocenę mnie nie przytłaczają).
Po śniadaniu zatekstowałam do Anne z pytaniem, czy chce lindory o smaku irish cream (Kochany pomylił się i kupił nie takie, jakie zamierzał), ale zanim sąsiadka zdążyła wpaść do nas po porannej kąpiółce, sama jej zaniosłam dwa pudełka słodyczy, bo my z kolei wymyśliliśmy sobie, żeby jechać do miasta na wąchanie książek już, teraz, natychmiast. Gdy wręczałam jej podarek, Anne dała mi z uśmiechem czerwoną kopertę; dopiero w samochodzie sprawdziłam, że w środku jest karta podarunkowa Caffè Nero opiewającą na €25. Nie w kij dmuchał!
Pogoda paskudna, ale mam na sobie WBPP (wielki brązowo płaszcz przeciwdeszczowy) i żadne babrania chmurowe nie są mi straszne. Zaparkowaliśmy na trzecim piętrze Scotch Hall, stamtąd sturlaliśmy się windą w dół do Waterstonesa; Kochany szukał książki dla irlandzkiego znajomego, a w rezultacie kupił mi mikołajka, książkę Keegan, Antarctica (pani sprzedająca też docenia Claire i ma swoje ulubione opowiadania, ha!). Z SH pobierzaliśmy przez most do Czarnej, żeby zbunkrować się w najdalszym kącie z kawami kupionymi dzięki niespodziewanemu prezentowi od sąsiadki (pani Stempelek 3 śmiechujkowała, że tym razem oboje bierzemy kawę na miejscu). Po kawie i przegryzce wróciliśmy do Babci, następne nasze przystanki to: sklep zoologiczny, TK Maxx, Tesco. W pierwszym miejscu zrobiliśmy szybki przegląd kocich przysmaków i przywitaliśmy się z koteczką ze schroniska. W drugim kupiłam mikołajka dla męża (zielony T-shirt z merynosów, Good Man), prezent dla Anny (zestaw mydeł i kremów) oraz zestaw ołówków grafitowych i suchych pasteli dla siebie.
Po powrocie do domu odkryłam, że zupa o której sądziłam, że jest grzybowa, jest zupą warzywną. Wszystkiemu są winne karły i gnomy, wycedził Fred. Mój przypadek z zupą i mężowski przypadek z lindorami jak najbardziej to potwierdzają. Zastanawiam się, jak zawrzeć z nimi pokój.
Obejrzeliśmy na dvd Człowieka z żelaza (1981). Długi film, z trzewi PRL-u, bardzo nas nastroił filozoficznie, wspólnie i osobno analizowaliśmy jak to kiedyś było. Dużo za późno przypomniałam sobie, że przecież nie ugotowaliśmy głównego obiadu (za to słuchałam smętnych piosenek Draco Rosy).