[go: up one dir, main page]

Strony

piątek, 30 czerwca 2023

1292. Czerwiec ulata.

Z rana mój mózg pomylił budzik z telefonem. Wiem, że kot leżał mi na brzuchu i mąż coś do mnie mówił, najprawdopodobniej, że mnie kocha i że zaraz jedzie. Poranna niezborność objawiła się m.in. zmianą rytuału ogarniania się do pracy. Zazwyczaj przygotowania zaczynają się na serio, gdy zakładam majtki, a dopiero gdzieś na końcu tego procesu są perfumy. Dzisiaj odwrotnie, perfumy przed majtkami (pewnie chodziło o to, że gdy doszłam do szafy, nie wiedziałam, po co się tam znalazłam).

Rzeczy miłe: Dostałam potwierdzenie ze szkoły języka irlandzkiego (czytanie - 94 %, pisanie - 86 %, słuchanie i mówienie - 75 %, takie są moje wyniki z kursu; well done, grl). Poszliśmy z Kochanym do Marksa&Spencera i wracanie w drobniutkiej mżaweczce na parking dzierżąc w ręce doniczkę z kolendrą było przyjemnym, zwykłym zajęciem. Poza tym zjedliśmy pyszny obiad w Cedar Gate, tym razem wcisnęłam w siebie całe główne danie i nie przyniosłam żadnych resztek do objedzenia na jutro. Rozmawiałam z rodzicami (ogólnie) oraz z koleżanką-seminarzystką (o statystyce), co mnie na duchu podniosło. 

Tatko przypomniał, że wczoraj minęło 80 lat, jak babcia Frania z całą wysiedloną rodziną ruszyła w nieznane, i jej noga więcej nie postała w Zamojszczyźnie.

***

I historia mojego życia w zapętleniu: uczę się lub zdaję egzaminy lub piszę prace lub podliczam cudze średnie, a czerwiec mija sobie nie wiadomo kiedy.

czwartek, 29 czerwca 2023

1291. Zwykłe rzeczy.

Mam wrażenie, że nie obudziłam się aż do dziewiątej, chociaż wiem z całą pewnością, że wcześniej  w kawiarni popijałam macchiato czytając artykuł o tym, jak mógłby wyglądać pan Darcy, gdyby był realną postacią z epoki. W pracy regularnie, pokręciłam się tu i tam, nie wydarzyło się nic niezwykłego; ogólnie panuje radosna atmosfera związana z kończeniem pewnego etapu; najpierw będzie konfetti, potem papierologia i spowolnienie (Luiza śmieje się wszystkimi zębami, bo za kilka miesięcy wyjeżdża do Somerset i nie wraca). Kochany w domu o siódmej. Na obiad rzeczywiście gulasz (z zamrażarki), do tego placki ziemniaczane i ogórki małosolne (przyniesione z polskiego sklepu), wszystko to zjedzone pod wywiad z Davidem Byrnem. Potem do Freda zadzwoniła Krakuska (z okazji imienin, z córką i mężem w tle). Doszło do okazywania koszulek (w koty) i spodni (moich, w jeże) oraz do skrótowej wymiany njusów o świecie. Piękni ludzie. Nie wiedziałam, że Fred miał imieniny, on też nie wiedział, ale to nic nie szkodzi. W temacie pisanek nadal umysłowy zator, spowodowany także tym, że spora część została już napisana i nie mogę się przemóc, żeby otworzyć pliki. Tak czasami mam, że chcę uciec od wszystkiego, zmienić temat, zacząć zajmować się czymś zupełnie innym, nie podlegającym ocenie, nie dającym nikomu żadnych korzyści.

środa, 28 czerwca 2023

1290. Dobrniemy przecież.

Pobudka o ósmej (matko, nie kop kota, śpi się), śniadanie, dwie godziny pracy z excelem, spacer nad morze (odpływ, wszędzie wala się morska sałata), kręcenie się wokół własnej osi bezładnie dość (co innego kot, ten śpi do czwartej po południu). Postanowiłam obejrzeć coś "pod prasowanie", ale żadna godna uwagi polecajka nie była dostępna w sieci i nie wiadomo kiedy Gdzie jest trzeci król (1966) z Łapickim okazał się strawną opcją (zawsze się mi ilość króli myli i kto podkładał komu, poza tym nafochana i wymalowana Jędrusik drażni mnie coraz bardziej). Na obiad pierogi z polskiego sklepu. Emocje spłycone (powinnam się martwić, że deadline'y, a tu tylko oczko lekko pyka). Kochany mój dzielnie próbuje przetrwać ten tydzień (akuratnież śpiewa pod prysznicem). Z pozytywów: wiem, co będzie jutro na obiad (gulasz z czymś + ogórki małosolne).

wtorek, 27 czerwca 2023

1289. W ciągu.

Owsiankę przeżuwałam z rana na pół śpiąco. 

W pracy trochę inaczej niż zwykle, przez trzy godziny zachwalałyśmy nasze Centrum i działanie programu, do stolika podchodzili różni ludzie, dużo było w tym roku uchodźców, często słabo znających język angielski (służyłam nawet jako tłumaczka dla jednego Ukraińca). Przy okazji rozmów z Saren wyszło, co to za opaleni faceci wsiadają do autobusu w Termon (w dawnym hotelu jest azyl dla imigrantów z terenów Gruzji). Czy ja tu kiedyś pisałam o takiej jednej Alynie? Wygląda na to, że wyrzucili ją z roboty. A może nie, może tylko się mi zdaje, poza tym nie moja sprawa, ot zaskoczenie. W każdym razie było niestereotypowo, nadal miło, łaziłam tu i tam, na koniec do papierniczego po dwa tonery (amarantowy i żółty) oraz plastikowe koszulki w liczbie stu. Pogoda dziwaczna, głównie szara, raczej duszna, wygrażająca deszczem. Po moim powrocie do domu Kochany zjawił się o przewidywalnej godzinie, dostał obiad i już śpi. Pewnie jeszcze coś pogrzebię w liczbach, papierach, emilkach, jak to truteń-intelektualista.

poniedziałek, 26 czerwca 2023

1288. Wolny poniedziałek.

Kochany cały tydzień ma szychtę w Cavan, wybył do pracy zanim zdążyłam otworzyć oko. Klaruje się nam plan funkcjonowania domu na kilka następnych tygodni: Fred ma dzienne zmiany, ja wracam wcześniej, więc robię obiady. Tyle różnicy, że dzisiaj obyło się bez mojego wyjazdu (poniedziałek robię we wtorek ;)). 

A wolne poniedziałki mi chyba nie służą. Szybciej poszło wyciągnięcie z ziemi cebuli przekwitłych narcyzów, które w zeszłym roku wpuściłam do ogródka, niż zabranie się za to, co najbardziej wymaga mojej uwagi. Poza grzebaniem w ziemi, krótki spacer po pieczarki do lokalnego sklepu za winklem (z entuzjastyczną asystą Ryszarda, który obudził się po godzinach letargu w sypialni), poza tym stagnacja i szuranie nosem w genealogii (na tę chwilę uważam, że w tajemniczym rodowodzie taty warto skupić się na nazwisku Decker). Muzycznie Armia oraz pan Piotr z panem Krzysiem. Kochany już nastawił budzik na jutro.

niedziela, 25 czerwca 2023

1287. Prokrastynacja 2.

Budzę się na raty (za oknem plumka deszcz), na dobre dopiero po dziewiątej i ruchy mam takie wolne, że do południa schodzi mi przy stole: przeżuwam śniadanie, kaffkuję, słuchamy z Fredem starej muzy (Peter Gabriel, trochę Trojanowskiej, Ostrowska). Po południu też brak pisanka, bo w parnej, szarej pogodzie idziemy z Kochanym na spacer. O trzeciej preparowanie obiadu (za oknem grzmi, potem leje deszcz). Po posiłku małżonek wybył kupić coś z Lidla. Wieczorem Danny Rose z Broadwayu (1984), tym razem z nowo rozpakowanej płyty dvd. Film oglądało się mi lepiej niż poprzednio, bardziej mnie bawił (może dlatego, że w międzyczasie obejrzałam wszystkich ojców chrzestnych). A z pisankiem trud i mozół wiecznie odkładany. Słuchamy Sojki i Iwańskiego z płyty na której widnieje jeszcze cena sprzed denominacji złotego, 117 tysięcy.

sobota, 24 czerwca 2023

1286. Upał.

Niewyspana, jak niedźwiedź obudzony w środku zimy. Fred chciał się zmieścić w wolne okienko u mechanika, więc założywszy na siebie co tam było w szafie (nic do siebie nie pasuje, chyba rozwijam własny styl), po śniadaniu wyturlaliśmy się Hondą do miasta. Samochód został w warsztacie, a my łaziliśmy po okolicy. Byliśmy na kawie u Aury, która jak zwykle unikała kontaktu wzrokowego (i po raz kolejny udowodniła, że nie umie robić najprostszych rzeczy, tym razem podwójnego macchiato). W TK-Maxxie kupiłam kilka par skarpetek (Brakeburn; przyciągnęło mnie głównie ciekawe połączenie kolorów, bo jak rano zauważył małżonek, smyrek u mnie dostatek), a Kochanemu znalazłam fajny, letni kaszkiet (bawełniany R&M Wegener), który zaraz został pozbawiony metek i wylądował na mężowskiej głowie. Gdy samochód był gotowy (nadal rzęzi i raczej nie przestanie, trzeba się pogodzić), przemieściliśmy się na miejski parking i poszliśmy na pizzę/lody do Il Forno. W czasie tych naszych kawowo-obiadowych przystanków wracaliśmy do sytuacji rodzinnych przekazanych we wczorajszych rozmowach telefonicznych. Czemu ludzie utrudniają sobie życie? Odpowiedź częściowo pewnie jest sokratejska: z niewiedzy. Gdyby wiedzieli, robiliby inaczej? 

Jeszcze wczoraj miałam pomysł, czy by się nie wybrać do Dublina na Pride, ale dobrze, że ograniczyliśmy się do naszej prowincji. Ciepło zaczęło być trudne do zniesienia i wróciliśmy do domu dość zmęczeni (po napojach oboje uderzyliśmy w kimono). Nowa energia wstąpiła w nas przed dziesiątą wieczorem: Kochany podlewał ogródek, przygotowałam trzy donice z cebulami narcyzów do zimowania (jutro dalszy ciąg), wspólnie ogarnęliśmy Lucyfera rozpłaszczającego się na inne rośliny (za pomocą taśmy klejącej, brawo my :D). Dzisiaj było u nas podobno zawrotne 25°C! Wierzę. 

***

No i komu tu niby kibicować? Tak źle, i tak niedobrze.

piątek, 23 czerwca 2023

1285. Terapie.

Praca do trzeciej. Zaraz wracaliśmy, bo kot spał zamknięty w domu (a może by chciał wyjść przecież). Nie mogę czekać na specjalną okazję, lubię patrzeć jak się cieszysz, powiedział mąż po wręczeniu mi dużej, jedwabnej chustki All Saints. Próbowałam motania na różne sposoby, ale lubię styl ludowy, babciny (wtedy dobrze widać szkielety wplecione w kwiaty). Telefon do taty (bo dzień ojca) i rozmowa z mamą (np. o przepychankach w Szkle Kontaktowym). Fred też łapie kontakt: rozmawiał ze Stu (Na razie tu żyję, bo się przyzwyczaiłem, stwierdził szwagier), potem z Usz, o konflikcie, innym spojrzeniu na szwagra i o pracy do dupy (cała ta długa wymiana informacji i opinii o żyćku zostawia w Kochanym gorzki posmak). Jeszcze trzeba mi zapisać, że małżonek dokończył montaż telewizora na uchwycie przy ścianie, dzięki czemu ekran nareszcie nie zagraca powierzchni płaskich maciupeńkiego domu. Zamiast filmu obejrzeliśmy wspomnianego przez Usz Makłowicza, bo mówił dobrze o naszej Irlandii. Późnym wieczorem pierwsze spotkanie ze stroną Lubgens. 

czwartek, 22 czerwca 2023

1284. Przespane.

Kochany zabrał mnie z pracy punkt czwarta (tak w ogóle to wrócił nad ranem, gdy byłam już po śniadaniu; kot miał podwójną wartę, najpierw przy mnie w nocy, potem przy Fredzie w dzień). Kupiliśmy coś w Lidlu i skręciliśmy do Termon po lokalne truskawki (dwa opakowania €6). Zrobiłam obiad tylko dla siebie, bo małżonek musiał odespać nocne wędrówki po Derry. Potem sama zapadłam w sen, na piętnaście minut jak to mówią, czyli zgasło mi światło, obudziłam się dopiero o dziewiątej ... jem truskawki, część mózgu nadal drzemie, w tle śpiewa Kryzys (lata osiemdziesiąte). 

W Centrum dzieciaki fascynowały się dzisiaj akcją ratunkowo-poszukiwawczą batyskafu Titan. Media stworzyły fantastyczny, wyssany z palca deadline relacjonowany minuta po minucie, ale kawaleria nie nadjechała

środa, 21 czerwca 2023

1283. Letnie przesilenie.

Praca do pierwszej, lunch w Cedar Gate i spotkanie z Fredem, który już wyjechał z domu i króliczymi zakosami zmierzał w kierunku Derry. Na koniec ucałowaliśmy się baklawowym pocałunkiem, Kochany został przy swojej kawie, tymczasem ja powędrowałam na dworzec. Obiad już był, więc po powrocie do domu zaszłam do sklepu po włoskiego loda waniliowego na deser. Pokrętną drogą doprowadziło to do tego, że mój kubek z krową stracił ucho. Kot wrócił tuż przed deszczem (bo to bardzo mądry kot). Herbata została wypita z rannego kubka; ostatni odcinek dwudziestego pierwszego sezonu Midsomer Murders obejrzany. Drzemka. Krótkie szwendanie się po ogrodzie (niespodziewanie ciepłym i pogodnym). Brzuszki. Pisanko.

wtorek, 20 czerwca 2023

1282. Młody księżyc.

Kochany wrócił nad ranem nie wiadomo kiedy (spałam na misia), wyjechał też bardzo wcześnie, nawet nie zjadł śniadania jak należy. U mnie głównie pisanko i genealogia. Planowałam wyjść na plażę około południa, ale właśnie o tej porze wybrzeże zasnuło się chmurami i zniechęciło mnie do pomysłu. Na poprawienie nastroju wybrałam stary film, który przynajmniej raz oglądałam i bardzo nisko go wówczas oceniałam (20 lat temu brakowało mi wyczucia peerelowskiego krindżu, który teraz tak bardzo mnie bawi; widocznie to przychodzi z wiekiem ;)), Dwaj panowie N (1961) Chmielewskiego, zacny kryminalny ramotek, znowu z Mikulskim w roli przystojniaka. W Polsce od wczoraj różne źródła weterynaryjne grzmią o niebezpiecznej chorobie u kotów, rozmawiałam z rodzicami na ten temat i się okazało, że nic nie wiedzą. Może to tylko fakt medialny; mam nadzieję. Fred już dzwonił, że pędzi leci do domu. 

Gdzieś tam za chmurami księżyc pewnie wychodzi z nowiu.

poniedziałek, 19 czerwca 2023

1281. Lubię głaskać kozy.

Tayto Park zamieniło się nie wiadomo kiedy w Emerald Park, ale poza tym wszystko mniej więcej tak samo. Podobnie jak ostatnio, nie skorzystałam z urządzeń wznoszących i opuszczających, za to weszłam do kina 5D i dałam się spryskać wodą. Najmilszą częścią było spotkanie edukacyjne na którym Emma opowiadała o tym, żeby myśleć globalnie, ale działać lokalnie. Potem poszliśmy popatrzeć na zwierzęta i głaskać kozy!


Pierwsze krople deszczu zaczęły kapać, gdy pakowaliśmy się do busa. Po powrocie do Drołdy zaczęło lać, zanim dobiegłam do Tesco byłam zupełnie przemoczona. Kochany w tym czasie wybierał się w drogę przeciwną do mojej i się rozminęliśmy. Przemoczenie w niczym mi nie zaszkodziło, burza przeszła zanim doturlałam się do naszej wsi. Fred ułatwił mi podjęcie decyzji kulinarnych, bo w lodówce czekała na mnie surówka z rzodkiewki. Z innych miłych rzeczy: MM 21.3. Humper dostał moją kartkę na 80 urodziny i oczywiście zaśpiewał piosenkę (wiem, bo oglądałam filmik). Jutro nie muszę się wcześnie zrywać z łóżka.

niedziela, 18 czerwca 2023

1279-1280. Prokrastynując.

Weekend mojego nicnierobienia. Ryszard też się nie napracował, przespał dużą część soboty przewracając się z jednego tłuściutkie boczku na drugi. Po śniadaniu Fred pojechał na zakupy i trochę utknął w mieście, bo zawinął autem do mechanika (wymiana oleju i identyfikacja piskoszmerów, które od jakiegoś czasu wydobywają się spod maski). Po obiedzie poszliśmy z Kochanym na spacer; na plaży pustki, bardzo dziwne zjawisko w sobotę o tej porze. Zastanawiałam się nawet, czy jest jakiś mecz o którym nie wiem (a zazwyczaj nie wiem nic o żadnym), ale nie znalazłam w sieci wystarczająco przekonującej informacji na zadany temat. W drodze powrotnej spotkaliśmy panią z wesołym  labradorem o imieniu Lexi (a very good girl). Wieczorem wizyta u Ka&Jot, spożycie bezowych gniazdek z bitą śmietaną i owocami, pogadanka w ogrodzie i oglądanie na Netflixie biografii księdza Kaczkowskiego, Johnny (2022). Ogrodnik po raz kolejny nie zawiódł, niestety dziwnie modulowany głos z offu tłumaczył mi, co widzę (całość mocno średnia).

Dzisiaj Kochany musiał po południu jechać do Dublina, a mnie napadła leniwa niezborność, po prostu żadnych sukcesów, tylko bezmyślne gapienie się w ekran. Długo rozmawiałam z Kamą, przerywając sobie Fredowym obiadem (bataty i kulki wołowe) i jego wyjazdem do pracy. Poza tym w ten weekend odkryłam, że jest dostępny dwudziesty pierwszy sezon Midsomer Murders. Wczoraj, gdy czekałam na Freda obejrzałam odcinek z Nigelem Haversem i Christopherem Timothym (ależ te lata lecą!), dzisiaj odcinek drugi, The Miniature Murders. Teksty leżą rozgrzebane, umysł wędruje po zbędnych wszechświatach; wzrosła konsumpcja truskawek i popcornu.

piątek, 16 czerwca 2023

1278. Praca intelektualna nie znosi pośpiechu,

drodzy moi. W każdym razie tak twierdzi dr Pierzasta i wiem, że ma rację. Przed spotkaniem bardzo się stresuję, a po spotkaniu myślę sobie: dam radę. Ale to wieczorem, od szóstej czasu polskiego. Wcześniej byłam w pracy, pokręciłam się też po mieście, zaszłam do B&B po muffinkę truskawkową, więc już znam łysego chłopaka, który do niedawna baristował w Coście, a teraz jest tutaj, prawdopodobnie na miejsce Martaszki (rzucił robotę w poniedziałek, zaczął pracować we wtorek, i słusznie; znamy tę samą menadżerkę, więc nie musimy sobie wzajemnie tłumaczyć). Po obiedzie Kochany wskoczył do łóżka i razem z kotem przespał burzowe popołudnie (padało i temperatura spadła, ale i tak nic się nie chce), a ja tymczasem, jak wspomniałam, nasiadówka seminaryjna. Później rozmawiałam z mamą (Lucjan jednak nie może mieszkać w domu, bo napiernicza się z innymi kotami; trudno, dostał ofertę, nie dał rady ze swoją osobowością, coś jak u ludzi), trochę tłumaczyłam akty urodzenia/ślubu/zgonu z rosyjskich bazgrołów ręcznych na niebazgroły angielskie (po nudnym przerzucaniu tekstu z programu do programu rozumiem 20-40%, w zależności od poziomu bazgrolenia) i ogólnie wietrzyłam umysł po stresie.

czwartek, 15 czerwca 2023

1277. Gorąc.

Rano zapomniałam zabrać z tylnego siedzenia samochodu dżinsową kurtkę, ale w ciągu dnia nie było ani minuty, żeby się mi to to przydało. Skończyliśmy szychtę wcześniej, Fred przyjechał po mnie samochodem nadal rzężącym (Kochany chciał go dzisiaj zostawić u mechanika, ale mechanikom chyba też jest gorąco i pierdolą) i od razu wróciliśmy do domu. Zanim mąż zaczął robić obiad, siedzieliśmy jeszcze chwilę przed domem. Anna Emerytka w końcu wyszła na dwór, noga za nogą przywlokła się do Katlin, więc chwilę rozmawialiśmy. Bardzo słabo wygląda, widać, że sensacje sercowe mocno jej dokuczyły (jest lepiej, jest lepiej, mówi, ale nadal pali). Aż Ryszard przyszedł się z nią przywitać. Poza tym, cóż. Roztapiamy się, choć trochę to może śmieszne przy 24 stopniach. Kochany podlewa ogródek. Noc nie zapada.

środa, 14 czerwca 2023

1276. Łazęgi.

Nadmiar lata spowodował, że aż mam zamęt w głowie, które spodnie przewiewne wybrać, te czy tamte. U Gronji ranek i wczesne popołudnie. O drugiej Kochany podjechał karocą, żeby mnie uwieźć na północ. Bo z Aś byliśmy umówieni, która akurat gościła Pewnego Znajomego (PZ to gość z którym kiedyś jechałam na koncert Kultu. W międzyczasie PZ wyjechał na stałe do Polski). Więc w planach było spotkanie się gdzieś na mieście naszym ulubionym. W praniu okazało się, że kulyżanka kończy pracę później niż ja i na początku będziemy musieli zadowolić się swoim własnym towarzystwem. Przejechaliśmy górami z miasta do miasta, zaanonsowaliśmy się u szeryfa i poszliśmy szukać pubu z dobrą rybą (przez chwilę była rozmowa z PZ, który miał swoje własne sprawy do odhaczenia). Dorsz na dwa sposoby w PJ O'Hare's był znamienity. Po obiedzie poszliśmy z Fredem na spacer do portu i tak ogólnie, naokoło, żeby gadać i się gapić.


Potem postanowione zostało, co chcemy robić dalej i udaliśmy się w kierunku restauracji Cztery Pory Roku, na kawę i spodziewanie dobre desery. Gdy dołączyła do nas w końcu Aś, spędziliśmy we trójkę super popołudnie na tarasie w pełnym słońcu (temat główny: autyzm oraz niemili ludzie). Na ósmą byliśmy umówieni z Ka&Jot, czyli buzi buzi i następne miasto. Tu także odbyła się bardzo przyjazna nasiadówka w cztery głowy (tematy główne: kłótnie rodzinne, genealogia, transseksualizm). Gdy wyjeżdżaliśmy przed jedenastą wieczorem, na dworze nadal było względnie jasno. Wspaniały, letni dzień. 

wtorek, 13 czerwca 2023

1275. Duszno.

— Kocham Cię nad życie, ale pora mi spierdalać, rzekł mąż do żony.
— Musisz? 
— Powiedzieli, że mi nie zapłacą, jak nie pojadę do pracy. 
— Chuje.

***

Po śniadaniu wyszłam na plażę. Chciałam się po prostu przejść, żeby rozchodzić bolące biodro, przy okazji zadzwoniłam do taty, który opowiadał mi co tam nowego (rodzice rano jechali do miasta autobusem, ale Suzuki ma już wymienione coś tam i znowu jest super), więc od słowa do słowa na plaży ściągnęłam sandałki i w zamyśle krótki spacer zamienił się w przyjemne błąkanie się bez celu na granicy odpływu. What a lovelu day, przywitałam się z przypadkową osobą, którą mijałam brodząc stopami w morzu, w końcu kultura musi być. Isn't it wonderful? odpowiedziała mi starsza pani. Miała opalone nogi i haluksy, jak ja. Trzeba się rozejrzeć za bransoletką na kostkę, tak myślę. 

Kochany wrócił w nocy i wstał trochę po południu. Zrobił obiad po którym, jako że lato powróciło do nas z wielkim bang, poszłam do sklepiku za rogiem po loda w wafelku. Potem odbyło się wyżej zapisane rozmowopożegnanie i zostałam sama w domu uprawiając ogródek oraz umiarkowane życie sąsiedzkie. Wieczorem w asyście kota podlewałam co bardziej klapnięte roślinki i obcinałam przekwitłe łodygi pszonaka (rodzina z małymi dziećmi wypatrzyła Ryszarda leżakującego przy drzwiach wejściowych, wyrazili swój zachwyt nim i naszym małym ogródkiem pełnym wszelkiego robactwa; jak twierdzą, ich córka is obssessed with Richard). Duszno. Prysznic. Już wiem, co będę robiła jutro po pracy, znam również datę spotkanie z promotorką. Aaargrh.

poniedziałek, 12 czerwca 2023

1274. Skisły poniedziałek.

Parna, szara pogoda gdzieniegdzie podlewana mżawką. Wystarczyło, że w przerwie na lunch przeszłam się po kawę i byłam cała mokra, bardziej z powodu duchoty niż deszczu. W komputerowym chodziły dwa wiatraki, ale i tak wszyscy byli zaorani aurą. Fred ma dzisiaj nockę w Belfaście (z pewnością będzie wracał o świcie), ale jeszcze zdążył mnie przywieźć z miasta i mogliśmy chwilę pogadać nad fastfoodowym obiadem (udka kurczaka a la w podobie po chińsku). Po wyjeździe męża odgruzowałam tapczan z ubrań i przy prasowaniu pożegnałam się z dwudziestym sezonem Midsomer Murders. A teraz trzeba mi zanurzyć się w starość.

niedziela, 11 czerwca 2023

1273. Lewackie iwenty, part tu.

Poszliśmy spać dzisiaj po pierwszej i poranek był dość późny. Do wstania zmotywował mnie Ryszard pukający w drzwi sypialni, śpicie?

W lodówce nie było za wiele interesujących rzeczy, więc w drodze do stolicy postanowiliśmy zahaczyć o Cedar Gate. Fred odkrył nową zupę (zupełnie zieloną) o nazwie molokhia. Oczywiście nie zjadłam wszystkiego, część makloubeh z kurczakiem zapakowałam do domu. 

Kiedy kilka dni temu sprawdzałam prognozy pogody, w sobotę miało być słonecznie, a w niedzielę zapowiadano deszcz. Odwróciło się, pogoda była przepiękna. Kochany zaparkował niedaleko odkrytej wczoraj kawiarni, żebyśmy od razu mogli pójść do IMMA. Przespacerowaliśmy część korytarzy mieszczących wystawę Sarah Pierce: Scene of the Myth:



Ludzi na zewnątrz IMMA było całkiem sporo, ale nie mieliśmy czasu na chłonięcie atmosfery (na dziedzińcu akurat występował zespół). Wróciliśmy do samochodu, żeby podjechać na Inchicore Square, bo kolejne spotkanie w polskiej bibliotece, tym razem z Woydyłło-Osiatyńską, zaczynało się o wpół do piątej. Psycholożka potoczyście opowiadała nie gubiąc wątku (co mnie osobiście mało kiedy wychodzi), widać było, że lubi występować przed publicznością i dzielić się swoimi myślami. Kupiliśmy dwie jej książki, Ukoić siebie oraz Nasz bieg z przeszkodami. Okaże się na ile są to interesujące lektury (oczywiście zostały podpisane przez autorkę). Po wystąpieniu, zdobyciu autografów i zrobieniu sobie zdjęcia nie miałam ochoty zostawać na spotkaniu z dr Iwoną Palicką. Zamiast tego zapuściliśmy jeszcze raz żurawia do biblioteki i Kochany za €10 wyharatał kolejne książki: trzy grube tomy Witkacego, Pewnego razu w Hollywood Tarantino i dwa reportaże: Szczygła Niedziela, która zdarzyła się w środę i Surmiak-Domańskiej Mokradełko. Szybko zapakowaliśmy się do samochodu i wyruszyliśmy do domu (z przerwą na Tesco). 

Chociaż grafik niedzielny nie był napięty, bardzo jestem zmęczona po tych naszych przygodach (gdy szukam w lodówce masła i Kochany mi mówi, że jest na dole po prawo, patrzę na górę po lewo). Sen mnie odgradza od zamartwiania się zwyczajnymi sprawami: co i jak napisać, gdzie upchnąć książki, kiedy zrobić prasowanie, gdzie wysłać cv.

sobota, 10 czerwca 2023

1272. Lewackie iwenty, part łan.

Przy śniadaniu przypomniałam sobie (zainspirowana Anne i Katlin za oknem), że wczoraj, gdy raźnym krokiem wracałam z papierniczego, spotkałam na Sklepowej Majkela, który zmierzał w kierunku rzeki. Gdy mnie zauważył, zrobił taki ruch, jakby chciał skręcić do jakichś drzwi lub w uliczkę, tylko żadnych drzwi akuratnież w tym miejscu nie było. Czy jeszcze ktoś wierzy, że gość jeździ do pracy? Z pewnością nie żona i sąsiedzi. Bardzo to smutne, bo pamiętam jego reakcję po śmierci kota i wiem, że nie jest złym człowiekiem.

U mnie tymczasem owsianka na pożywne śniadanie, potem dobicie drugim śniadaniem z guacamole i już zaczęłam się oblekać, niechętnie i nieuważnie, na wyjazd odchamiający. Niechętność nie wynikała z celu podróży, tylko z tego, że mnie kręgosłup napierdalał w miejscu, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę. Ach, no trudno. Wyjechaliśmy do stolicy wczesnym popołudniem i dotarliśmy na miejsce o takiej porze, że jeszcze mogliśmy pozwolić sobie na łazęgę. 

Inchicore mnie absolutnie oczarowało, szczególnie plac przy którym znajduje się polska biblioteka jest jak wieś. Po drodze wypatrzyliśmy kawiarnię, więc oczywiście od razu się tam wybraliśmy. Loaf Cafe Kilmainham okazała się spoko miejscem (kawy + sałatki). Obok jest oczywiście więzienie Kilmainham, więc krok po kroku przemieszczaliśmy się w kierunku IMMA, przy okazji dając się zaskoczyć pogodzie.

Deszcz rozpadał się na dobre, tak, że do głównego budynku szliśmy skryci pod baldachimami lip. Kolejnym zaskoczeniem była dostępność wystaw. Nie zamierzałam niczego oglądać, ponieważ nie zaanonsowaliśmy swojego przybycia. Tymczasem wystarczyło nacisnąć klamkę i nikt o nic nie zapytał.



Nasz pobyt był krótki i niezobowiązujący, przeszliśmy się tylko jednym korytarzem i po zrobieniu kilku zdjęć ruszyliśmy w drogę powrotną, przemykając między kroplami. 


Zdarzenia literackie przewidziane były dwa. Jechałam z zamiarem kupienia książki o Rudolfie Probście, ale spotkanie z Laurą Barszczewicz i Lidią Zielonką skutecznie mnie od tego odwiodło. Za to wydałam całe 6 euro na zakup czterech używanych książek: dwóch powieści Coetzee, Hańbę i Czekając na barbarzyńców, psychoporadnika Ellen Hendriksen Jak przestać się bać i przede wszystkim Patrząc na starość UAM-u (wcześniej Fred za dwa euro posiadł Blaszany bębenek Grassa). Dzikie rozpasanie intelektualne. O dziewiętnastej było spotkanie z Dorotą Masłowską, trochę sztucznie zaczęte, bo tym razem wywiadowania nie prowadziła pani bibliotekarka. Seplenienie autorki zwracało uwagę tylko przez kilka minut, potem nie miało znaczenia. 


Świetna postać, inteligentnie odpowiadającą na pytania, godzina minęła błyskawicznie. Masłowska podpisała nam dwie książki i płytę. Mąż uzmysłowił sobie dopiero w domu, że zostawił jej swój długopis. Byliśmy pierwsi w kolejce, wszyscy dobrzy ludzie mają więc autografy nasmarowane Fredowym długopisem. Gdy już byliśmy "podpisani", zdumiała mnie Litwinka, która podeszła z zapytaniem, którą książkę Masłowskiej bym jej poleciła, bo ona nie czytała żadnej po polsku, a bardzo by chciała coś prostego. Droga powrotna przemigotała błyskawicznie. Zupa zjedzona. Społeczeństwo jest niemiłe w głośnikach. O dziwo, z plecami lepiej.

P.S. Masłowska ma pismo dziecka.

piątek, 9 czerwca 2023

1271. Niewiele.

I kolejny weekend pora zacząć. Pierwszy raz próbowałam gyōzy, nietypowo, bo jako dodatek do kalafiora z beszamelem. Poza tym odwłok boli mnie od ćwiczenia i to wcale nie jest miłe. Wydarza się niewiele; nawala sieć, Lucjan u rodziców dochodzi do siebie, Fred podczytuje Masłowską; ruszam się, jak mucha w smole.

czwartek, 8 czerwca 2023

1270. Corpus Christi.

Byłoby bardzo miło, gdyby u nas ludzie też chodzili od ołtarza do ołtarza. Ale akurat nic z tego, trzeba było wstać do pracy.

Przed południem praca polegała na tym, że wybraliśmy się na piechotę do południowej części miasta przez 67 schodów i graliśmy w kręgle. Po południu też niezgorzej. Miałam okazję spacerować, więc zmiana pogody na mniej miłą nie umknęła mojej uwadze. Fred zabrał mnie po czwartej, weszłam do domu, walnęłam się do łóżka i dopiero obiadek mężowski mnie obudził (Kochany zrobił mix wegeleczo i meatballsów z kartoflami). Może się trochę wychłodziłam, albo co, w każdym razie obudziłam się z bólem głowy i małżonek mnie bardzo ładnie poratował. Na deser zaliczyłam rozmowę z teściową, która już wróciła z sanatorium. Ziew. Trzeba się brać za to, za co miałam się brać.

środa, 7 czerwca 2023

1269. Ogarniam się.

O poranku wszyscy byliśmy lekko rozmiękczeni. Fredowi też niewiele się chciało, a Ryszard stał na środku Kuchniosalonu jak nieszczęście i musiałam go zanieść do miski, żeby zaczął spożywać. Ojadłam się kanapek z truskawkami i ruszyłam do pracy na dziewiątą trzydzieści. 

Po powrocie (Fred wywiózł mnie z miasta, wcześniej byliśmy na kawie w Czarnej) na oparciu krzesła zastałam śliczny płaszcz Ganta, dwustronny (w kolorze szarym i ciemnogranatowym), dla mojej osoby. Będzie na jesienną Polskę.

Była dłuższa pogadanka z rodzicami. Najpierw zadzwoniłam z zapytaniem do mamy, czy by nie miała ochoty wybrać się na wyprzedaż porcelany po Krzysztofie w Wałbrzychu. Od słowa do słowa zaczęliśmy rozmawiać o nowym kocie, oficjalnie Miauczysławie, ale całym czarnym z żółtymi ślepiami, więc jak dla mnie Lucjan. Lucjan będzie kastrowany w piątek. Niefart ... w związku z tym wyprawa po dobra Krzysztofa pewnie nie zaistnieje. Z kota przerzuciliśmy się na genealogię i tutaj włączył się tatko. Chcąc nie chcąc (ale bardziej chcąc) otworzyłam drzewo i dopisałam kilka nazwisk oraz spędziłam nad tym więcej czasu niż należało. Ale ogarniam się już. Chyba. Na to wygląda.

wtorek, 6 czerwca 2023

1268. Ładne i brzydkie.

Praca biurowa przeniesiona na jutro, spotkanie z dochtórką nie w tym tygodniu, dostałam również dyspensę w temacie oddania pracy z TT, więc trochę mi ciśnienia uszło i poczułam się lepiej. Dobrze spałam, wygramoliliśmy się z łóżka o dziewiątej i po śniadaniu, wczesnym popołudniem, pojechaliśmy na zakupy. Pogoda się nieco skiepściła, po kawie chcieliśmy łazić na plaży w Annagassan, ale byliśmy tam z dziesięć minut (wiatr mnie nie zachwycił). Fred ma więcej wolnych dni, dobrze, że może się zregenerować. Po obiedzie mężowską ręką uczynionym wróciliśmy do Nocy i dni Antczaka (odcinek czwarty, Wieczne zmartwienia).

Spotkała nas też niespodzianka, gdy już myślałam się okokonić do wieczornego mędrkowania nad pracą. Anne przyniosła bezę z bitą śmietaną i truskawkami. Ponieważ na przekór wszystkiemu ustał wiatr, zaprosiliśmy ją na wieczorną herbatę w ogródku, do tego doszła Katlin, i tak we czworo gadaliśmy, aż do zachodu słońca ...

... o kocie, trutce na szczury, gościu, który topił się w naszej zatoce o czwartej rano, mleku, spa do stóp, Wu ...

***

Oczywiście to nie jest tak, że omija mnie wszystko brzydkie, które dzieje się na świecie. Czytam o zaporze w Nowej Kachowce. Od 468 dni jestem tego samego zdania: Putin powinien umrzeć.

poniedziałek, 5 czerwca 2023

1267. Czerwcowy bank holiday.

Fred postanowił dzisiaj malować naszą szopkę (w zeszłym roku tego nie zrobiliśmy i drewno się trochę zapuściło). Jak postanowił, tak uczynił. Pomogłam mu malując tylko raz jedną ścianę, poza tym dumałam nad hipotezami, zrobiłam obiad oraz zdjęcia młodej wronie (wronowaci sąsiedzi mają latorośl z leucyzmem; tym razem lepiej się przyjrzałam):

Rozmawiałam z Ryszardem oraz z Bánem:

Na obiad zjedliśmy makaron z sosem bolońskim. Żeby sobie życie utrudnić, napisałam do dochtórki, czy by nie chciała się spotkać, żebym mogła jej powiedzieć, że nic nie umim (zobaczymy, co ona na to). Fred zmachał się przy malowaniu, ale dzień był piękny, więc mimo wszystko poszliśmy na spacer nad morze, bo wiadomo: moczenie odnóży, chodzenie po plaży na bosaka — z tego małżonek, miejmy nadzieję, nigdy nie wyrośnie. Czyli włóczyliśmy się, ktoś na motoparalotni pyrkał nad wybrzeżem, Fred podkasał swoje portki i podskakiwał jak dzieciak. Doszliśmy aż za winkiel, całkiem sporo chodzenia było. Po powrocie rozmawialiśmy z Anne, o kocie, śmierci (Mallen został uśpiony, prawdopodobnie zjadł jakąś truciznę, bo wysiadła mu wątroba), polityce. Ja nieskładnie, bo w żadnym języku mi dzisiaj nie wychodzi. Na deser dnia obejrzeliśmy Złote czasy radia (1987) Allena. Oczy się mi zamykały, ale dawno niczego razem nie oglądaliśmy i chciałam dotrwać do końca (poza tym, to jest też dobry, sentymentalny film). Już wiem, że jutro nie muszę się zrywać do pracy o świcie, więc cymes.

niedziela, 4 czerwca 2023

1266. Letnia transformacja.

Rajtki w trupki, na stopy sandały Martensa, które dostałam od Freda w zeszłym roku na prawie-imieniny, i o poranku, na jednej kromce chleba z bananem, można ruszyć na lans zakupowy, gdyż nam lodówka świeciła pustkami (ponieważ Ryszard zgłaszał potrzebę spaceru, przed startem jeszcze dziesięć minut rodzinnego łazęgowania). Kochany nie pozostał dłużny zakładając swoje ogrodniczki w paski. No i tak, w południe wszelkie dobra spożywcze zostały zwiezione do domu (byliśmy jeszcze na kawie w retailu, ale to wiadomo).

Ze smutnych nowin: w czasie popijania kawy doszła do nas informacja, że zmarł Mallen, jeden z białych kotów Anne. Ostatnio rozmawialiśmy z Fredem, że coś ani jednego jej kota nie widzimy i to jest niepokojące. Mallen miał lat 15 i zapewne niezłe życie. Po powrocie zaprosiłam Anne do naszego ogródka na czat, ale nie byłam zaskoczona, że potrzebowała się najpierw wypłakać w ciszy swojej sypialni (na parterze zastałam tylko płaczącego Majkela). 

Obiad był bardzo dobry (dorsz pieczony, Fredowa sałatka grecka, na deser sałatka owocowa zjedzona w ogródku).

Fred dostał relację fotograficzną Kaś Matki Kotom z marszu w Warszawie. Poza tym, nayerbany rozmawiał przez telefon z Krakusem (Młodsza Latorośli złamała sobie rękę, pokazała nam z dumą gips). Z innych spraw kocich: pokój zawarty z Bánem skutkował tym, że dzisiaj biały sąsiad złowił coś w naszym ogródku. Fred twierdził, że to było większe od myszy, mniejsze od szczura, Krakus wkręcony w opowieść sugerował ryjówkę. 

Chwilę podłubałam w pracy mgr i na siódmą wyszliśmy nad morze. Nadal ciepło, więc było wodowanie stóp, a jakże.







Plaża akurat pustoszała, ale widać, że wieś zamieniła się w letni kurort. Jeśli kiedykolwiek zastanawiałam jak to jest mieszkać w takim miejscu, gdy inni dojeżdżając do niego kilometrami stoją w korkach, albo walczą o miejsce parkingowe, to teraz już wiem. Wspaniałe uczucie. Wieczorem upiekłam kilka naleśników do dżemu truskawkowego. Gdyby nie powracający niepokój o wiadome sprawy uczelniane, byłoby jak w raju. 

sobota, 3 czerwca 2023

1265. Dé Sathairn.

No i pięknie. Fred po śniadanku chodzi rozpromieniony, obamboszowiony, prywatny, rozwiesza w ogrodzie za domem wyprane skarpetki oraz przerywa nadmiar zawiązków na jabłoniach. Ja się cieszę znalezieniem starej pomadki z filtrem oraz równie starym korektorem antyseptycznym na mój zaczerwiony nos. Pacykuję obydwoma specyfikami twarz, więc wychodzi zakaz całowania (ciekawe ile się utrzyma, daję mu pół godziny).
___
edit 13:45 Bratanek sąsiadki właśnie maluje jej dom. W powietrzu typowe tutaj ciepło-zimno: w cieniu dopada człowieka chłód, za to przy wykonywaniu aktywności fizycznej czuje się upał jak w Polsce. A aktywność fizyczna była: poszłam na spacer, sama, bo Fred czilałtuje się w ogrodzie (pije yerbę, opala się, gada z kotem, kosi trawę). Po drodze napotkałam Anitę z psami (Lui i Jessie; Buddy zmarł w zeszłym roku), więc oczywiście przystanęłam na pogawędkę. Gronja, właścicielka małej strzechy nad morzem, przygotowywała swój dom do całościowej odnowy frontu. Na plaży powoli gromadzi się tłum. W drodze powrotnej jeszcze chwila rozmowy z Uśmiechniętą Kathleen (szła na spacer z córką i wnukami).
___
edit 22:25 No i takie to nasze życie jak w Madrycie. Były lody jedzone (w wafelku, ze sklepu za winklem) i w związku z tym spacer z Ryszardem (do sklepu i z powrotem). Sporo siedzieliśmy przed domem, więc się niejako przy okazji, akurat gdy czatowałam z mamą, sąsiad przed nami otworzył. Ten "nowy" z prawej, którego imię może gdzieś zapisałam, ale teraz nie pamiętam. Tak w ogóle to wczoraj zauważyliśmy, że rozmawiał z kotem. A dzisiaj powiedział, że Ryszard rano wlazł do niego do domu, i że nie chciał steka, i że to bardzo fajny kot. Oraz, że nie kosi trawy, bo trzeba dbać o pszczoły. Tak, że ten ... pogadaliśmy. Nie wiadomo, czy sąsiad będzie to jutro pamiętał, bo był mocno dziabnięty. Nom. Poza tym Fred siedziąc z mądrą miną w ogródku czytał jedną z książek Masłowskiej. A ja wpadłam w genealogię i widzę, że wszystkie drogi prowadzą do Dyjaka (gdyż mnie w najmniej odpowiednim momencie życiowym oświeciło, żeby pogrzebać w aktach z Tarnogrodu i poszłam za tym głosem). Kilka godzin w plecy, praca mgr leży, ja siedzę zafascynowana.

piątek, 2 czerwca 2023

1264. Dé hAoine.

Słońce, słońce, słońce, tak wygląda prognoza pogody dla wsi przez najbliższy tydzień. W pracy ostatni mail przyszedł tuż po dwunastej; z pięciu telefonów, które wykręciłam około godziny drugiej po południu, odebrane zostały trzy. Znaczy: feck off, jesteśmy na lunchu, po przerwie nie wracamy, długi weekend. Z serca uważam, że tak należy żyć i to jest kraj dla mnie. 

Sama też zjadłam obiad na mieście, więc po powrocie do domu tylko herbata i czat z Katlin (sąsiadka musiała komuś opowiedzieć, jak Ethan dostał dzisiaj meltdownu i uciekł Majkowi z placu zabaw, oraz, że widziała we wsi Majkela z Alkoholowym Paddym, zalanych w trzy dupy). W głowie już tylko długi weekend rozpościerający się przed nami, oraz marzenia o następnym weekendzie, który właśnie częściowo został zaplanowany (dwudniowy karnet na obydwa popołudnia wykupiłam przez Eventbrite; jaram się, że hej). Jeszcze napisanie i wysłanie listu z prośbą o kolejne przesunięcie deadline'u TT 2, co zabrało mi wieki i uśmiechnęło na końcu tego procesu, gdyż mnie system poinformował, że dostanę odpowiedź w ciągu 48 godzin (sobie wyobraziłam elfa, który to niby będzie mi odpowiadał w niedzielę w tym kraju). A w Polsce wtedy będzie marsz. Kaś Matka Kotom wybiera się na niego w stolicy, z kumplami i sąsiadami. Fred dał jej pełnomocnictwo do reprezentowania naszej podstawowej komórki społecznej.

czwartek, 1 czerwca 2023

1263. Déardaoin.

Ponownie piękny, jasny świt i podwózka do miasta z małżonkiem, który śmigał w tym samym kierunku. Dzień nieco napięty (głównie z powodu pracy elfa, bo myślałam, że coś źle zrobiła, tymczasem błąd nie leżał po mojej stronie), w związku z tym samym punktem mało czasu dla mojego własnego projektu pt. magisterka. Dostaliśmy od mamy życzenia na Dzień Dziecka (mama wstawia je na FB konsekwentnie dla nas obojga od kilku lat), zresztą tatko też zadzwonił z tematem (akurat byłam w pracy). Do domu wracam późno, Fred jeszcze później. Oboje cieszymy się, że kwitnący łubin przyciągnął wielkie trzmielowe stado.

Z Martaszką jest chyba źle, znowu dostałam od niej niepokojącą wiadomość tekstową brzmiącą jak mania prześladowcza. Zastanawiam się co robić w tej sytuacji (nie znam w zasadzie nikogo z jej bliskich, nie ma ani kogo zapytać, ani z kim poważnie porozmawiać).