[go: up one dir, main page]

Strony

środa, 31 sierpnia 2022

987-988. Dogadzam sobie.

Wtorek był drugim dniem bez popijania kawy, a nawet bez herbaty, czyli radykalnie. Fred chodził po swoim mieście, umówił się z Grzesiem, którego przedstawił mi przez kamerkę. Takie tam omówienie sytuacji na świecie i przegląd nekrologów.

Łąka (ja nadal o puzzlach) została ułożona, zobaczyłam światło w tunelu przy Greatest Hits Thin Lizzy (2004), którego piosenki coraz bardziej zaczynają mi wchodzić do ucha. Wieczorem drugi odcinek Spraw Inspektora Morse'a, pod koniec byłam już bardzo senna i nawet wielki pająk, który zeskakując gwałtownie z prysznica zrobił ratowniczy trawers przez łazienkę nie podniósł mi ciśnienia. 

Co intrygujące, wczorajsza noc i dzisiejsza przespane doszczętnie, bez budzenia się i sennych niepokojów (dzisiejszego dziwacznego snu z panią Małgorzatą Lewińską), przypisuje to radykalnemu odcięciu kofeiny/teiny. A teraz już zielona herbatka jest pod ręką, chociaż gdyby nie kot dalej leżakowałabym w łóżku. Po pierwsze jednak, Ryszard łapoczynami domagał się wrzucenia zawartości saszetki do miseczki, po drugie w głowie miałam myśl umówienia się z weterynarzem na oglądanie kota, bo te ociućkane łapulki Ryszardowe mnie dobijają. Wizyta będzie jutro rano. Odhaczone obowiązki, więc rozpieszczam się. Zrobiłam podpłomyka z ziemniaków, które zostały po wczorajszym obiedzie — to jest moje śniadanie popitem kefirem, w głośnikach Thin Lizzy, czyli trochę starego (przepisy babci Mani), trochę nowego (bujanie się do muzyki irlandzkiego bandu). Za oknem ładny dzień się zapowiada. Dzień dobry, środo.
___
edit 12:50 Kochany chodzi po Nowej Alekandrii w poszukiwaniu laptopa dla mnie, tymczasem ja szósty raz słucham Whiskey in the Jar w wykonaniu Thin Lizzy. Słuchałam jej często 11 lat temu wędrując po Toronto (z dzisiejszej perspektywy była to zapowiedź lepszej przyszłości). 
___
edit 18:30


poniedziałek, 29 sierpnia 2022

986. Już prawie koniec.

Rano rozmowy przystankowe z Patrikiem (herbata jest niedobra, cukier jeszcze bardziej). Widoczny koniec wakacji, autobusy zapełniają się powoli młodzieżą w mundurkach (i jeszcze ostatnie wycieczki kumpelskie do Penneysa, rzutem na taśmę), na trasę wróciły też autobusy szkolne.

W pracy robię NIC. Nie przesadzam. Zła jestem, bo mogłabym mieć wolne, Centrum w zasadzie zamknięte, w budynku siedzą ci, którzy muszą, każdy zajmuje się własnymi sprawami. Gdybym miała wolne, byłabym z Fredem w Janowcu, szlibyśmy sobie uliczkami miasteczka, może nawet podskakiwali. Niestety, siedzę w robocie w której nie ma nic do roboty, czytam więc o Lavoisierze i przeglądam bloga pewnej mitomantki. Fred za to chodzi po Janowcu i czyta o Modiglianim.

Na sokowirówce wykluły się pająki.

niedziela, 28 sierpnia 2022

985. Do jutra.

Ryszard większość dnia przeleżał na Fredowym biurku, od czasu do czasu przechodząc na stół i domagając się spojrzenia na kota:

Mocne postanowienie układania puzzli musiało ustąpić rzeczywistości. Fred zadzwonił, żeby pokazać wodę. Przyjaciele udali się w kierunku mojej wsi i zaproponowali, żebym pojechała z nimi do portu (dobrze, a nawet cudownie, bo akurat pora obiadowa, a u mnie tylko kartoffeln mit kefir). Obiad był więc z takimi widokami:

Po obiedzie krótki spacer na klify:


Seamus i Damhnaic, jak to chłopcy, marudzili i biegając robili zamieszanie. A może nie jak to chłopcy, nie wiem, nie znam się.  Naokoło Głowy pływały delfiny, a w porcie obok fok dryfowały dziesiątki lwich grzyw. Ciepłe wybrzeże było dzisiaj przykryte warstwą chmur, spadło na nas wprawdzie kilka kropli deszczu, ale tak nielicznych, że nie opłacało się zakładać kurtki. Niedziela gdzieś mi umknęła. Kot wrócił wcześnie z przechadzki, potem kręcił się naokoło przeszkadzając w układaniu puzzli (w końcu zasnął na kocu, którym przykryłam układany obrazek, czasami wybudza się i ciućka łapulki). Jestem senna i bez energii, jutro, obiecuję sobie, jutro będzie dynamiczniej.

sobota, 27 sierpnia 2022

984. Układanka.

Ładnie zaczęty dzień, otwarcie okna, sen, kocie śniadanie. Mięknę na starość. Zauważywszy kiełkujący czosnek, zamiast go zjeść, natychmiast posadziłam przed domem. Po kawie wyszłam na dłuższy spacer (do tamtej wydmy — nowy, niezbędny dla zdrowia psychicznego dystans). Morze skrzy się, poprzedni przypływ zostawił dziesiątki jesiennych lwich grzyw, aktualny przywlókł kolejne:

Kraciasty od przedpołudnia w Nowej Aleksandrii, najpierw wędrował po mieście w poszukiwaniu kawy, potem rozgaszczał się u mamy, stamtąd zadzwonił, żeby mi pokazać prezent dla mnie od teściowej (złote kolczyki). Nie spodziewałam się. Ryszard też dostał prezent (dwie obróżki).

Po południu pod muzykę Taste i Thin Lizzy układam. Układam i układam. Puzzle naprawdę zajmują umysł i relaksują. Oczywiście nadal nie ułożone, ale kot już jest ;). Poza tym, dzięki puzzlom zapomniałam o praniu w ogrodzie i wyszłam je zebrać dopiero o zmroku. Dobrze się stało, chyba pierwszy raz tutaj mogłam zaobserwować latającego nietoperza. 

piątek, 26 sierpnia 2022

983. W sobie.

Nawiązując do Hebiusowego komentarza zostawionego onegdaj, małżonek za morzem wpływa na moje pisanie tutaj w taki sposób, że żyję w innym tempie. Gadam tylko do siebie, a w ciągu doby poza jedzeniem i siku mogę np. robić dwie rzeczy, które dominują nad dniem. Nosa na dwór nie wyściubiłam (small talku z sąsiadami o kocie nie liczę), do wczesnego popołudnia odczytywałam stare dokumenty pisane zawijasami, potem mi do głowy wpadło, że dzisiaj (znaczy: DZISIAJ) ułożę puzzle, co to je od Freda dostałam. Pięć godzin i obiad później: kolana trzeszczą, kolory w sztucznym świetle się rozmazują, ze sto puzzli ułożonych, czyli dziewięćset innych chichra się po kątach, łypię naokoło coraz bardziej przekonana, że dostał mi się wybrakowany zestaw. Ale twarz Małej Mi jest, chyba żeby mi ironiczne spojrzenie rzucić.

A Fred jest na Saskiej Kępie, ot co!

czwartek, 25 sierpnia 2022

982. Tu i tam.

Rano w głowie Zima Vivaldiego, allegro non molto, nie wiadomo dlaczego, ale w związku z tym do śniadania wysłuchałam wersji Freivogel & Voices of Music, żeby nucić zimowe motywy do końca dnia.

Saren podwiozła mnie do wsi po pracy. Kot w dom. Gdy unaoczniałam go Fredowi, zza winkla objawiła się Anne szczęśliwie na łono ulicy naszej zwrócona. Więc i jej także Kochany pokazał polskie koty i psy, ogród, oraz jak je winogrona prosto z winorośli. 

Po odejściu z obsady pana Pokrzywy już mi się nie chce oglądać Midsomer Murders. W zamian pierwszy odcinek Spraw inspektora Morse'a (1987), bardzo dobry, z aktorem w wieku 45 lat wyglądającym na 60-latka.

Mąż nakupował płyt (m.in pięciopak Herbiego Hancocka) i filmów (m.in. Afonię Daneliya) i narobił w swojej głowie tłok planów, że jedzie do mamy, spotyka brata, potem wraca, potem jeszcze raz wraca, tym razem do mnie. A potem, mroczną jesienią, idziemy na koncert Sigur Rós. No i czy ja nie mam fajnie?

środa, 24 sierpnia 2022

979-981. Trójpak.

Parny, burzowy wtorek poniedziałek. Ryszard nie spał w domu, ale zgłosił się rano po śniadanie, włochaty tyłek. Jeszcze w nocy zaczęłam świetną ksiażkę Czarna owca medycyny. Nieopowiedziana historia psychiatrii (2020) Liebermana. Czy taka nieopowiedziana to nie wiem, ale dobrze jest mieć wszystko w jednym miejscu. Pomimo tego, że skończyłam pracę wcześniej, a może właśnie dlatego, dopadło mnie jakieś czarnowidztwo i poczucie marnacji czasu. Midsomer 13.7. Fred w miasteczku, gościł się u cioci eR.

Bardzo lubię kocie poranki, gdy kitku Ryszard paca mnie łapą na pobudkę, otwieram mu okno i jeszcze idę na drzemkę. Co jest fajnego w budzeniu się przez pacanie? Nie wiem, ale niesamowicie się mi to podoba, człowiek dobrze zaczyna dzień namacany kocią łapa. Środa Wtorek ładnay, bez deszczu, Rysiek po wyjściu na siusiu wrócił zanim wyjechałam do pracy, więc zdążył sie posilić dwudaniowym śniadaniem. Na lunch darmowa kawa i domowa wałówka. Po pracy Anna zapukała, akurat, gdy rozmawiałam z Fredem już rozgoszczonym z powrotem u moich rodziców (po drodze odwiedził w sanatorium Norberta i Andrzeja). Sąsiadka będzie miała dzisiaj wyniki badań i się stresuje, bo niedawno szybko schudła.

Wczoraj wieczorem miałam robić co innego, ale do szczętu poniosła mnie genealogia, tak, że ledwo wcisnęłam we środę wtorek ostatni odcinek 13 sezonu Midsomer. Dni mi się mylą. I nie napisałam nic, więc mi mąż mówi popijając kawę, że nie napisałam. To piszę. W domu moich rodziców pies Maksiu właśnie siedzi na Fredowym łóżku. Jest kwadrans po siódmej rano :* 
___
edit 20:00 Przed południem zadzwoniła do mnie Anne. U niej szósta trzydzieści, ale ze stresu nie mogła spać. Spóźniła się na samolot i w związku z tym poprosiła mnie o dokarmienie kotów. Zaraz zrobiłam użytek z klucza, z piętra zeszła tylko głodna Junona z głową ubrudzoną sadzą. Porozmawiałyśmy jeszcze chwilę (z Anne, Junona była zajęta ciamkaniem). Podobno Rachel się przeprowadza. Hm. O Majkela nie pytałam, sąsiedzi nie widzieli go już jakiś czas, ale to taki przypadek, że gdyby zniknął to ... zniknąłby. Ludzie nie doszacowują swojej epizodyczności.

Nad morze wyszłam tylko na chwilę, na tyle, żeby zobaczyć mewę bez połowy nóg (nie miała normalnych skoków). Albo mutacja, albo wypadek, w każdym razie mewa (z tych mniejszych) nie wydawała się cierpieć, chodziła swoimi dziwnymi nogami po plaży. Za to ja odczułam dyskomfort, zaraz chciałam się z tą mewą zaprzyjaźnić, usłyszeć jej historię, co w sytuacji mewio-ludzkiej jest oczywiście awykonalne.  

Pod domem Katlin poznałam małego Oszina (przyjaciel Ethana) i jego mamę, Imę. Teraz dwa liliputy będą do mnie wrzeszczały "Hello!". Reszta dnia mi przemknęła, zepsułam zupę kalafiorową i zanurzyłam się w genealogii. A dlaczego ... a dlatego, że ostatnio na FamilySearch znalazłam zagłębie aktów urodzenia, małżeństwa i zgonów. Szczególnie zgony są fascynujące, np. jeden pociotek zmarł "na krosty". 

niedziela, 21 sierpnia 2022

Postscriptum #978.

Midsomer Murders, 13.6.

Doczytałam do końca Protezownię (MR, 2002). Zwieńczenie akcji w porządku (za to dodaję punkt), ogólnie fabuła spoko, styl prowadzenia opowieści niekoniecznie mi odpowiada. Bywa.

Martwi mnie, że Rysio może dostawać uczulenia na pajęczaki. Jest sezon, paluszki przy łapulkach łysieją, brzuszek też nieco podrapany. Na dodatek kot zdarł sobie dzisiaj strup z rany na szyi (goił się, więc pewnie i swędzi). Ech.

Fred wędrował po swoich ulubionych ziemiach, spotkał się z Tadkiem i zajechał do Czech. Teraz przez dwa dni będzie w Miasteczku, zatrzymał się w tym samym pałacu w którym przycupnęliśmy razem z tatą, w sierpniu zeszłego roku. Nawet pan Krzysio ten sam, tylko jakby go więcej. Wieczorem Kochany zmęczony, już gotuje się do spania, ale jeszcze podlinkowuje mi prezent od Tadka, Monteverdiego Lamento della Ninfa w wykonaniu Dorona Schleifera.

978. Tupot mew.

Mewy naprawdę tupią, sama widziałam. 

Ryszard od rana sygnalizował ładną pogodę:


Po śniadaniu i wstawieniu prania wyszłam nad morze. Odpływ sprawił, że szłam i szłam, do tamtej wydmy, dopiero prawie na miejscu zdałam sobie sprawę, że bezwiednie dokonuję rekonstrukcji spaceru z Fredem z zeszłego tygodnia. Nie wzięłam sandałków, więc nici z brodzenia. Nie wzięłam aparatu, nici z dobrych zdjęć, tylko kilka kalkulatorem:








Wracając widziałam te tupiące mewy. Całkiem możliwe, że były to młode mewy małe, hydrocoloeus minutus, z jeszcze niezupełnie ciemnymi głowami, ale bez dobrych zdjęć trudno to zdecydować. W każdym razie przy brzegu wchodziły do wody i tupały, żeby wystraszyć śniadanie. Bardzo to komicznie wygląda. Pierwsza połowa dnia piękna, chmury dzikie, pędzą gdzieś na zmianę.

sobota, 20 sierpnia 2022

977. Deszcz, decyzja, lektura, rozmowy.

Ryszard obudził mnie punkt szósta. Daj mi jeść, otwórz okno i możesz spać dalej. Tak też zrobiłam, druga pobudka była przed dziewiątą. Pogoda jest dzisiaj nieokreślona, padało, ale nie jest zimno, ściana domu w ogródku na tyłach chroni od wiatru, więc po południu kocisko wychodzi na zewnątrz i drzemie pod tą ścianą ignorując deszcz.

Fred o poranku zameldował się ze wspólnej gawry, a ponieważ koledzy byli zmęczeni po wczorajszych zawodach, poszedł sam na zamek Świny i oprowadził mnie po włościach von Schweinichen. W międzyczasie kupiłam bilety lotnicze do Polski na jesień. Decyzja zapadła.

Intensywnie doczytuję Protezownię Piaseckiej (Manufaktura Rozwoju, 2020), przerywam sobie genealogią i walczę z sennością (te moje spadki ciśnienia są naprawdę upierdliwe). Mama mi mówi, że zmarła Josephine Tewson, czyli Elizabeth z Co ludzie powiedzą? Nie chciałam wracać do starego odcinka Midsomer z jej udziałem, zamiast tego Master Class, 13.5. Protezownię skończę jutro, bo jak powiedziałam Lusiowi, już straciłam nadzieję, że choć jeden człowiek będzie w niej taki fajny jak ja, z problemów mający tylko katar, w związku z czym lektura mnie nieco zużywa. Jak zwykle godzina zeszła nam na gadaniu o wszystkim. Zaczęło się od kota, którego Luś musiała uśpić i bardzo chciała mi o tym opowiedzieć w szczegółach. I dobrze, od czego ma się przyjaciół. 

piątek, 19 sierpnia 2022

976. Dzień czwarty.

Są dni, gdy jestem tak bardzo w sobie, w swojej głowie, że nie bardzo jest co referować. No chyba, że wspomnę o tym jak rano biegłam za autobusem, bo kierowca dostał zły rozkład i przyjechał za wcześnie. W zasadzie nie biegłam "za", tylko dobiegałam "do". Sprint poranny. Poza tym przed pracą spotykam w kawiarni te same osoby.

Odc. 13.4 Midsomer

Fred już jest z koleżkami trzema tu i tam. A przede wszystkim lokalna tv uwinęła się raz dwa z informacją o projekcie. Jest wywiad z Kochanym w sieci. Jedną z cech, którą podziwiam u męża (a jest ich wiele), jest jego odwaga w obliczu "co ludzie powiedzą". Nie gównodeklaracje paszczowe leszczy, w rodzaju "mam wyjebane", tylko autentyczna odwaga bycia sobą i robienie tego, co chce robić. Rzadki przypadek wolności.

czwartek, 18 sierpnia 2022

975. Nasłuchując nowin.

Młode szpaki kropkowacieją na potęgę, za kilka tygodni nie odróżnię ich od starej gwardii. Wyszłam przywitać się z morzem i przy plaży spotkałam Cookeya. Super, bo sądziłam, że już go nie ma. Starenia, głównie tęsknie spogląda na morze, ale żyje.

Fred cały dzień na wyjeździe, był w miasteczku ("nasz" dom na Politajewa jest ładnie odnawiany, nabył go ktoś mądry, cieszę się), zajechał do Jeleniej, kupił płytę Waglewskich Duchy ludzi i zwierząt, zjadł obiad w Pierogarni na 1 Maja. Dobrze, że miejsce przetrwało, inne biznesy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Kochany też widzi, że z babcią Manią coraz słabiej (chwilę rozmawiałam z nią rano), niekoniecznie fizycznie, ale emocjonalne nieogarnięcie postępuje. 

Rodzice mieli po południu czwarte szczepienie, na razie czują się okej. Małżonek już do nich dojechał, zresztą z kolejnymi nowinami (po południu udzielił wywiadu i może jutro będzie w regionalnej tv).

W międzyczasie obejrzałam dwa Midsomery, The-Made-To-Measure Murders (serce rośnie, gdy się słyszy, jak ktoś przykłada wagę do dobrego materiału na marynarkę; James Wilby jak zwykle ziemianinem) i Blood on the Saddle (nie za mądre, akurat do prasowania się nadaje). Przeskanowałam też nostalgicznie ostatni odcinek DiU'80 (widać w sierpniu romantyzm mi się nasila). Jeszcze nie mam ochoty na sen.

środa, 17 sierpnia 2022

974. Diabli wiedzą.

Ryszard wrócił wczoraj na tyle wcześnie, że zdążył przed zamknięciem okna na noc. Dzisiaj również długo leżakował w łóżku. Wydaje się zdrowy, ale rano świat pachnie jesienią i pewnie stąd słuszne lenistwo. Też to przeżywam, np. od kwietnia nie za bardzo śledziłam vlogi Stacey, ale dzisiaj wróciłam do niej z powodu otwarcia sezonu nostalgii i jesiennych jarmarków.

Zdarzenia zajmujące: mżawka, poszukiwanie mojego paszportu, kupowanie nowego ubezpieczenia podróżnego, które właśnie nam "wychodzi", oglądanie Bernadette piorącej edwardiańską suknię wg zaleceń z epoki, zupa kalafiorowa, drzemka poobiednia, kot, genealogia (znalazłam akt zgonu praprababci zmarłej w Tarnogrodzie oraz akty urodzenia dziadka Bronka i trzech jego starszych braci). W ciągu dnia kilka kontaktów z Fredem o sprawach różnych. Najprawdopodobniej jutro Kochany rusza przed siebie. Mąż przekazuje niepokojące wiadomości od Justy, która nadal jest w szpitalu, (jak się okazało) z komplikacjami pocowidowymi.

Sąsiadka (z pudelkiem i synkiem, nie znam kobiety) przyniosła Rysiową zgubę. Znalazła osobno tag z imieniem, osobno obrożę, a mimo to wiedziała, że należą do tego samego kota. Dziwne, zaiste.

wtorek, 16 sierpnia 2022

973. Dzień pierwszy.

Fred wyjechał z domu o świcie, gdy pająki jeszcze łaziły w kątach niezadowolone z faktu świecenia im po oczach. Tak jak było do przewidzenia, kiepsko spałam/spaliśmy. Gdy wyjeżdżamy razem, jest przede wszystkim ekscytacja, a tak to meh. Majk towarzyszył Kochanemu, żeby odprowadzić nasz samochód pod dom. Już nie kładłam się spać, za dwie godziny i tak trzeba mi było na autobus. 

Żeby sobie osłodzić początek dnia, kawa i ciastko z morelą w Caffè Nero. W końcu wygrzebuję z czeluści internetu dyplom z kursu CBT o którym wiedziałam od wczoraj, ale nie mogłam skumać gdzie mam go szukać, bo przecież na moodlu go nie było, ofkorz. Award of distinction, bardzo wery gut. To może kolejny kurs?

Ochłodzenie się ziściło, pozbawiona samochodu musiałam się dzisiaj zaopatrzyć w kurtkę przeciwdeszczową. Po południu trochę słońca i w tym słońcu odkryłam, że Rysiowa rana pod nową obróżką jest większa niż sądziliśmy. Przez chwilę zastanawiałam się, czy to nie jakaś nowa rewelacja z tajemniczego życia dachołazów, ale chyba mi się zdaje. Kot ma apetyt, twierdzi, że nic go nie boli i żąda wypuszczenia. Będę go obserwowała, bo może trzeba będzie z puchatą mendą do weta.

Kochany odezwał się od razu po wylądowaniu, potem w drodze z Wawy do moich rodziców i wieczorem już na miejscu (większość zwierzaków zaraportowana). Z rozpaczy obejrzałam Hasło Korn (1968). Ależ ten Nowak byłby świetnym pisowym aktorem. 

I noszę spodnie w jeże.

poniedziałek, 15 sierpnia 2022

972. Wstęp do zmiany.

Ach, ja tu się zamartwiam, knuję jak przekonać prowadzącą że jestem fajna, a się okazuje (w końcu zajrzałam na portal uniwersytecki po długiej przerwie, w pracy, gdy mi się nudziło), że mam u dr Pierzastej 5 z seminarium mgr. Opłacało się być na każdym spotkaniu, nawet nie mając nic inteligentnego do powiedzenia. Teraz tylko utrzymać to dobre wrażenie na swój temat przez kilka następnych miesięcy.

Jeszcze o jedenastej wczoraj w nocy pierwszy deszcz, potem opad nad ranem. Dzisiaj w mieście oberwanie chmury właśnie, gdy miałam wywędrować na przerwę obiadową. Ochłodziło się, w końcu można oddychać. Fred zamiast się pakować, łazikował po Drołdzie, kupił różne rzeczy z listy (w tym nowy identyfikator dla kota na miejsce zgubionego wczoraj), parę ubrań dla chłopaków, których odwiedzi w Polsce, oraz fioletowe spodnie Fat Face “po domu” dla żony, gdyż ... były w jeże. Tak jak wyjechał o poranku, wrócił do domu dopiero ze mną. A teraz, po obiedzie, z gołą klatą kręci się po "pokojach" i zestresowany nadrabia czas metodycznie napełniając 20-kilogramową walizkę.

niedziela, 14 sierpnia 2022

971. Zwierzęta brodzące.

Szukając płyty Demarczyk gadam trochę do siebie, a trochę do męża:
Widzisz, gdzie ona jest? (znajduję) Leżała na Ralphie.
Myślę, że Ralph nie miałby nic przeciwko temu, stwierdza Fred.

Przy śniadaniu słuchamy pani Ewy, w oczywisty sposób pojawiają się więc tematy ciężkie, jak nadmierna egzaltacja pani Groniec, powstanie warszawskie, czy dywersyfikacja energetyczna Polski. Za to po kawie spacer lekki i zajmujący. Wracamy z niego dopiero o trzeciej, choć przemierzamy tylko naszą wsiową plażę, aż do tamtej wydmy. W czasie spaceru widzimy dużo różnych rzeczy, np. ziemniaki morskie (ten akurat był bardziej byłym ziemniakiem morski, ziemniakiem RIP/śp.):


albo kamienie:


Kamienie były duże, ale małe też:


Pewien piesek o imieniu Lilo przyniósł nam nawet jeden kamień, żebyśmy mieli. Spytałam się chłopca z aparatem na zębach czy to jego pies. Jego, i tak już ma, że przynosi kamienie. Dobry piesek, chłopak też dobry, spokojny, taki irlandzki. To oni tam w oddali sobie gadają:


Plaża robiła się coraz mniejsza i mniejsza, bo morze wracało, ale doświadczenie było niezwykle przyjemne (fale nie za wysokie, woda miała optymalną temperaturę). Pod koniec spaceru obserwowaliśmy, jak Michael (to wioskowa łódź ratownicza) wyjeżdżał z pomocą kolegi z hangaru, zwodował się i odpłynął w siną dal. Potem suszyliśmy nogi na ławce pod kawiarenką:


W sklepie obok domu Fred kupił lody w wafelku, jeszcze chwilę siedzieliśmy na skwerku przy naszej ulicy jedząc te lody i rozmawiając z Anną. Następnie kawa domowa, rozmowa ze Zbyniem (bo przecież Kochany dogrywa wyjazd, rozsyła wici), i wyruszyliśmy do Drołdy pełni nadziei, że w Borzalino uda się nam zjeść lunch. Jak zwykle byliśmy jednymi z pierwszych gości, obiad z deserem został pochłonięty, przejechaliśmy na drugą stronę rzeki do parku Ramparts i zmitrężyliśmy kolejną godzinę po prostu idąc przed siebie wzdłuż Boyne, która korzystając z odpływu bez pośpiechu, nie płosząc drzemiących mew, turlała się w kierunku morza:


W domu ponownie o ósmej. Ryszard się akurat pojawił, bez obroży przeciwpchelnej i z ranką na szyi. Gdyby nie ta dziwna sytuacja, której kot nam nie chciał wytłumaczyć, byłaby to niedziela idealna. Wieczorem miała być burza, radykalna zmiana pogoda. Na razie nic z tego, brak wiatru, niebo łypie na nas bezdeszczowo. Białe koty Anne przywędrowały do naszego ogrodu i w ciemności robią za duchy.

sobota, 13 sierpnia 2022

970. Przez palce.

W drodze do plaży zauważyłam, że naprzeciwko 300-letniego domu Gronji trwają prace budowlane (szary budynek wyglądający jak brudny magazyn okazał się starym domem mieszkalnym z drzwiami kompletnie zarośniętymi zielenią, ciekawe: zburzą czy zmodernizują). Na plaży powrót fali, brodziłam w niej pokazując wszystko mamie przez messengera (o zobacz, tam jest pies, a tam człowiek, falę widzisz?). Jeden starszy pan szedł z wielkim czarnym psem o imieniu Missy (zapytałam o imię, bo była podobna do naszego Grahamka). Rablador ;).  No i tak przepuściłam ten gorący, sierpniowy dzień przez palce. Lusiek wysłała mi zdjęcie kreacji weselnej na dziś. Mama odzwoniła jeszcze, żeby mi pokazać, co robiła. A co robiła? Poszukiwała domu do kupienia na wyspie. Nie schodziła poniżej 7 mln euro, jak to ona (drogi gust wdrukowany na stałe w DNA, nie wiadomo po kim, ale to był z pewnością ktoś ważny). Z najnowszych wieści: kot właśnie wstał, wyszedł z budki, pogłaskan został i zażądał pasztecika.
___
edit 21:04 No i dlaczego tak? Właśnie obudziłam się z nieprzytomności sierpniowej. Fred już w domu, obsłużył się sam i zjadł coś w sensie obiadu. Dlaczego zasnęłam na tak długo, nie wiem. Wiem za to, że przez ten czas nie zmieniłam pozycji, śpiąc na lewym boku przykryta kocem jak kokonem. Gorąco. Referuję Kochanemu zasady kociej diety. 

piątek, 12 sierpnia 2022

969. Pot i brawura.

Piątek zaczynam od konkretnego wysmarkania nosa i obejrzenia obrazków z kotami Jean-Jacquesa Sempé.

Ostatnio (czyli w wakacje), gdy dojeżdżam autobusem do miasta, Centrum jest jeszcze zamknięte, stąd:


Popijam, notuję historie i robię muzyczne odkrycia. Pracę kończę o godzinę wcześniej, gdyż obsługa wychodzi z budynku, bo heatwave. W drodze powrotnej autobus doświadcza klęski urodzaju: zwyczajowo pan z niepełnosprawnym, dorosłym synem na wózku, ale do tego trzy spacerówki, każda z dzieckiem w środku. Wszyscy wsiadają i wysiadają bezkonfliktowo, wzajemnie sobie pomagając, przytrzymując, ustępując. Kierowca spokojnie czeka. Potem czytam, że w Warszawie tramwaj ciągnął za sobą dziecko po ulicy.

Fred zgodził się zostać dwie dodatkowe godziny w pracy. Po rozmowach z Lusiem (ma kolejnego chorego kota) i mamą, postanowiłam wprowadzić w czyn absurdalny w tych warunkach pogodywych plan wysadzenia cebulek narcyzów do gleby. Właśnie dzisiaj. Zrobiłam to. Nadal kręci mi się w głowie. Wszystkie cebulki (oprócz dwóch rodzajów jeszcze w czerwcu wysadzonych do korytka) zostały wypuszczone na wolność przy rozmarynie. Niech sobie radzą, nie będę im zrzędziła, podleję czasami.

Kochany nareszcie wrócił o dziewiątej. Obiad. Kontakt z Wu (brzmi w słuchawce wesoło i rozsądnie; przekazuje info z samego gniazda pisowskich os). 

czwartek, 11 sierpnia 2022

968. Dogorywanie.

Wczorajszy wieczór był super. Jedno zdjęcie:

Obok Herbiego Hancocka zagrali Lionel Loueke (gitara), James Genus (bas), Justin Tyson (perkusja). 

Dzisiaj tymczasem upał wychodził mi uszami. Nie namówiłam samej siebie na spacer, nie tym razem. Fred wyjechał rano do pracy, mnie zatoki rozbolały tak, że miałam siły tylko na rozwieszenie prania. Pewnie dochodzę do momentu, gdzie pomoże jedynie antybiotyk, ale wyczekuję mniej słonecznej aury na pójście do lekarza. Dogorywając obejrzałam Całą prawdę o Szekspirze (2018) Branagha (wspaniała obsada i zdjęcia, pomysł trochę mniej, to wszystko takie ... stare). Rysio wyszedł ze swojej budki dopiero po czwartej po południu, zjadł podwójny obiad z deserem i wyruszył na spacer. Bardzo rozsądny ten nasz kot.

Fred wrócił z pracy po ósmej, wręczył mi bukiet kwiatów i prezent (szare dżinsy Lagerfelda), gdyż znowu stuknęła nam rocznica (o czym zapomniałam). Obiad, rozmowa o wspaniałej środzie i czas na sen.

środa, 10 sierpnia 2022

967. Heatwave it is.

Roztapiamy się w cieple jak masło. I szuramy bosymi stopami w krystalicznej wodzie. 

Spacer nad morze miał być zwieńczony obiadem z portowej fiszendczipsiarni, ale dzisiaj środa, obiad musieliśmy zrobić sobie sami. Potem Fred pożyczył od Anny kosiarkę i bez koszuli, pokazując blizny pooperacyjne, wykonał wyrok na trawie. Pranie schnie jak szalone. Kot większość dnia siedział w swojej budce ogrodowej, godzinę temu przyszedł po obiad, miaucząc i ziewając jednocześnie. Trochę się zdrzemnęłam, sterana nie wiadomo czym. Gorąc, aaaa. Wydrukowałam bilety na koncert w NHC i sprawdziłam, czy Herbie Hancock nadal żyje. Wszystko na to wskazuje, więc trzeba dobrać sobie strój i wio do stolycy. Jakby co, siedzimy na balkonie. 

wtorek, 9 sierpnia 2022

966. Pierogi na katar.

Wyglądałam jakbym chodziła w spodniach od pidżamy. Bardzo miłe uczucie, które polecę każdemu. Niestety w ten piękny dzień męczyły mnie zatoki, więc na obiad kupiłam ruskie pierogi na rozgrzanie słowiańskiej duszy (które okazały się działać zgodnie z moją intencją — boli mniej, choć nadal smarkam).

Wróciłam do wsi autobusem, przede mną siedział Majkel (wesoły a trzeźwy, o dziwo). Poinformował mnie, że Anne podróżuje ze swoją mamą po Quebecu, a jego Honda już nie pojeździ, bo nie przeszła przeglądu. Poza tym Ryszard jak dostaje od niego przysmaczek, to daje się pogłaskać tylko dwa razy, potem syczy. Mała łajza (z tego Ryszarda), nie przyznaje się do smaczków od sąsiadów, ale i tak wszystko wiemy (dzisiaj kot przyszedł rano z piórkiem na głowie i twierdził, że nie ma pojęcia skąd się tam wzięło).

Zaczęłam oglądanie 13 sezonu Midsomer od The Sword of Guillaume (2010). Odpakowałam puzzle, które Fred kupił mi kilka tygodni temu (elementy wysypałam z plastikowej torby, żeby je uwolnić od jej nieładnego, chemicznego zapachu; układać będę jak przyjdzie czas). Piję płyny i czekam na Kochanego, który skończył pracę, pokazał mi przez telefon ulice Mullingar, a teraz zmierza w kierunku domu. 

poniedziałek, 8 sierpnia 2022

965. Komórka mózgowa ds. laptopa.

Ciepło, szerokie spodnie i bluzka z rollingstonesami. Grubaskowaty Dżejmi szedł ze mną do West St w swoim różowym outficie porannym popalając e-papierosa o smaku truskawkowym. Bye Dżejmi, and don't follow me!

Ponieważ zapowiada się nam jednorazowy przypływ gotówki, Fred zaproponował kupno nowego komputera (dla mnie). Nawet bym o tym nie pomyślała, gdybym nie była znaną lokalnie rozlewaczką herbat na klawiatury. Mój HP Envy to nadal niezły sprzęt, ale przez to rozlewanie muszę do niego podłączać klawiaturę zewnętrzną, bo laptopowa nie działa poprawnie (szejm on mi!). Przeglądam modele, kminię ceny. Przy okazji ożywa mi w głowie odłożony na później temat czytnika książek (zajmuje się nim pewnie ta sama komórka mózgowa).

Kochany wrócił nad ranem, za to dzisiaj miał wolne i po pracy mogłam mu wpaść w ramiona, co też skrupulatnie uczyniłam. Poszliśmy do Il Forno na makaron, potem szwendaliśmy się po mieście. Doszliśmy aż do Scotch Hall (kładka na rzece nadal w remoncie, nic nie szkodzi, dzięki temu zajrzałam przez okno do knajpki powstałej na miejsce zamkniętej Canale), małżonek sprawdzał ceny butów, ja poszłam do księgarni zanurzyć się w zapachu farby drukarskiej. Zakupów brak (poza dwiema zgrzewkami sanpellegrino z Dunnesa odwiedzonego po drodze do parkingu). Jeszcze mi sie roiło, że wróciwszy do domu pójdę na plażę, ale po wstępnym przywitaniu się z kuchnią odcięło mi w mózgu prąd. Kochany też nie miał melodii do dalszej włóczęgi i spędził wieczór rozmawiając przez telefon z Robem, starym kumplem i zacnym, z którym nadganiał życiowe aktualizacje. 

Już mi się mężowski wyjazd do Polski zaczyna nie podobać, nie będzie go trzy tygodnie, a myślałam, że dwa. Buuu! Niecałe trzy tygodnie, podkreśla Fred, gdy czytam mu tę notkę (coby mi małżonek pomysł na jej tytuł podrzucił, gdyż komórka od wymyślania tytułów już śpi). Zaraz, zaraz, zaraz, niech no to ładnie ubiorę.

niedziela, 7 sierpnia 2022

964. Perypatetycy.

Przed wypiciem pierwszej herbaty dokończyłam czytanie książki Masłowskiej, taka jestem. Sprawne, język jak zwykle mnie zachwyca.

Małżonek mój, wygrany na loterii, zgodził się przed swoją pracą iść ze mną nad morze, brodzić gołymi stopami w wodzie. Dostał za to kawę i całusa (nadal jest ciepło, taki też zapowiada się nowy tydzień).

Czytałam o wczorajszym wypadku autokaru jadącego do Medjugorie, w Polsce to chyba ważna sprawa. Wieczorem rozmawiałam z Dżadziją, co tam u niej i u drobnicy. Żyje się. Uświadamiamy sobie, że jeśli zaaplikujemy obie o obywatelstwa, będziemy miały różne narodowości, ona będzie Brytyjką, ja Irlandką. Dżezz! W międzyczasie obejrzałam ostatni odcinek 12 serii Midsomer. Jeszcze wezmę się za Protezownię (Manufaktura Rozwoju, 2020), chociaż ziewam jak smok. Może zdążę z zakończeniem lektury przed wyjazdem Freda do Polski, miło byłoby dać feedback autorce.

sobota, 6 sierpnia 2022

963. Pierwsza sobota sierpnia.

Przed wyjazdem do pracy Fred odbył krótką rozmowę, która postawiła nam włosy na głowach. Ryszard został w czwartek zaatakowany przez Denisa, psa sąsiadów. Wyglądało to podobno poważnie. Po południu bardziej pociągnęłam Katlin za język, potwierdziła, że pies strasznie się wściekł i nieomal złapał Rysia, ale księciunio sprytnie schował się pod samochodem, potem uciekł pod następny. Aż się bliżej kotu przyjrzałam, czy nie odniósł kontuzji. Pączek wygląda na zdrowego, apetyt mu dopisuje. Coś jest z Denisem nie tak, bo warczy także na ludzi.

Po śniadaniu i kawie wyszłam na spacer nad morze, zdjęłam sandałki i chodziłam na bosaka, łapałam kontakt z ziemią. Odpływ był daleki, w połowie drogi do wody napatoczył mi się pod nogami krab wielkości dwueurówki. Wzięłam go w rękę razem z grudką ziemi w której próbował się schować. Początkowy plan ocalenia był taki, że zaniosę go do morza, ale ponieważ właśnie tam mewy odbywają czujne patrole, zostawiłam kraba w zagłębieniu wypełnionym wodą, w którym natychmiast się zakopał po czułki. Spacer był relaksujący, przysiadłam jeszcze przy kawiarni czekając aż wyschną mi stopy. W drodze do domu słyszałam dźwięki radia płynące z chaty Gronji i największy przebój A-ha z piętra innego domku. 

Skończyłam czytać Podróż ludzi Księgi (WL, 2019). Rozmawiałam z mamą, więc wiem, że a) jeszcze w czwartek zmarł sąsiad z tyłu, b) rodzice mają zaproszenie na czwarte szczepienie, c) mama martwi się o pracę, d) nowa kuchenka została dzisiaj zakupiona. W głowie już prawie postanowione, że jadę do domu na 1 listopada. Rozpoczęłam czytanie Masłowskiej, Kochanie, zabiłam nasze koty (Noir sur blanc, 2012).

piątek, 5 sierpnia 2022

961-962. Czwartkowa wyprawa, piątkowy odpoczynek.

Co się może dziać, jak Fred wstaje przede mną i radośnie łazi po mieszkaniu w sportowych spodniach? Wiadomo, w góry jadziem :D. Wyruszyliśmy o dziewiątej w kierunku Północy. Dzień zapowiadał się na słoneczny, zatrzymaliśmy się tylko, żeby kupić kremy z filtrem; przy martwym lasku zaparkowaliśmy przed dwunastą, w sam raz, żeby zobaczyć krowy na gigancie.


Plusem wypraw w środku tygodnia jest mała liczba turystów, poza tym większość osób ogarnia, co robi. Już na starcie wyprzedziła nas sympatyczna para zmierzająca do Ben Crom, widać, że zaprawiona w łazikowaniu, bo od razu wiedzieli, co mamy na myśli idąc tam, gdzie na razie nie było śladu na horyzoncie po wspomnianej przez Freda górze.

Najgorszą częścią trasy było dla mnie schodzenie z przełęczy, z jakichś powodów błędnik dawał mi mylne sygnały.




Slieve Bearnagh. Ładnie, ładnie.



W drodze powrotnej na przełęcz (tym razem poszliśmy śladem trzech starszych panów, którzy zwijali sie spod góry, gdy my dopiero do niej startowaliśmy; obserwowanie ich było frajdą) złapał nas lekki deszcz, nic wielkiego, byliśmy przygotowani na taką ewentualność. Przy parkingu stawiliśmy się ponownie przed szóstą, umiarkowanie zmęczeni, nie aż tak, żeby nie dojeść kanapek z jajkiem.

Zanim powstał pomysł na wycieczkę, Kochany umówił nas z Ka&Jot, i nie było powodu, żeby spotkanie odwoływać, tym bardziej, że wracając z Północnej przejeżdżaliśmy obok domu przyjaciół. Po napitkach powitalnych obejrzeliśmy na Netflixie Girl in the Picture (2022). Gdzieś widziałam pozytywną "recenzję" tego dokumentu, tymczasem to typowy amerykański gadaniec, gdzie największa patologia przedstawia samą siebie w dobrym świetle i bez względu na treść wszystko zmierza ku happy endowi ("popatrz jaki jej ładny pomnik postawiliśmy"). Film demaskuje "wartości rodzinne" w USA i niemoctwo policji.

Dzisiaj zaś, cóż, do pracy. W pracy praca, takie tam papierkowe pitu pitu. Z miłych rzeczy: work placement się potwierdziło w ciekawym miejscu, tyle, że dopiero od września.

Fred już się szykuje na wyjazd do Polski, Andrju podłącza się z ekipą (jeśli dobrze rozumiem), będą leciały wióry. Co by jednak kiedyś nie było, dzisiaj po obiedzie poszliśmy z Kochanym na spacer. Nadal jest miło pod wieczór, morze spokojne i nie ma śladu po wczorajszej sensacji (wiejska plaża została zamknięta na kilka godzin z powodu znalezionego po odpływie obiektu, który okazał się dużym kawałek plastiku). Tulamy się i Fred śpiewa mi do ucha Fala! turutututum, fala, fala, fala ...

środa, 3 sierpnia 2022

960. Różne takie.

I właśnie jak pościele wyprane, pogoda postanawia się skichać. Byłam wprawdzie nad morzem po śniadaniu (zanim Fred wyjechał do Dublina), ale potem już tak różnie, cały czas trzeba łypać okiem na zewnątrz. Gdy wracałam, zatrzymały mnie Katlin i Anna Emerytka, poczatować o wizycie teściowej, a także zwrócić uwagę na problem. Anne nam nie powiedziała, że leci do Stanów na kilka tygodni, Fred mógł ją wczoraj zabrać na lotnisko, bo było wolne miejsce w samochodzie. A tak samochód Anne stoi w mieście na parkingu i nie ma go kto stamtąd zabrać, gdyż Majkel się jeszcze tego samego wtorku zabrał w siną dal (wczoraj przyszły do nich paczki i nadal stały pod drzwiami, stąd sąsiedzi wiedzieli, że nie wrócił z baśniowego rejsu). Zapodałam do Anne tekst "naobkoło", okazuje się, że jest cat sitterka zaklepana raz na dzień. Wstawiłam paczki do mieszkania, Junona próbowała mnie zaprowadzić do misek. Zapewniłam Anne, żeby następnym razem nie wywalała kasy na opiekunów, skoro sąsiedzi są w domu. Ech ... Majkel chyba trafił w drzwi, bo późnym wieczorem jest światło w oknach. 

Prasowanie z kryminałem, dwa następne odcinki Midsmomer z 12 sezonu (z Olivią Colman i Rikiem Mayallem). Kochany wrócił z pracy i radośnie knuje jutrzejsze historie. 

Udało mi się potwierdzić datę urodzin prababci Antoniny i odpisał mi Andrzej, który umie rozczytać ręcznie pisaną cyrylicę. To będzie przez chwilę ciekawe, dopóki znowu na czymś nie utknę :)

wtorek, 2 sierpnia 2022

959. Boso.

Z rana, na śpiocha, usłyszałam komplement. Teściowa powiedziała, że grzała się w naszym ciepełku, i że jest inaczej, gdy ludzie się kochają, bo jak jeździ do chrześniaka, to czasami jest trudno. No nic, Fred z mamą na lotnisko, ja kotu śniadanie do michy, i do miasta (darmowa kawa za stemple, papierologia jako taka i dyskusje z Luizą o odchudzaniu). Wtorek był początkowo deszczowy, potem zrobiło się bardzo ładnie. Kochany przyjechał po południu zabrać mnie do domu (okazało się, że zaliczył w ciągu dnia drogę do Kildare Village, żeby kupić wymarzoną kaszmirową marynarkę Johnstons of Elgin; piękna, w morskim kolorze).

Po obiedzie poszliśmy nad morze brodzić gołymi stopami w wodzie, zjeść lody i napić się kawy. Wróciliśmy do domu po siódmej nadal ogrzewani słońcem (wygląda na to, że jak tylko teściowa opuściła wyspę, wróciło lato). Zapadam się w genealogię, próbuję bezskutecznie odczytać cyrylicę. Pościel na tapczanie, jeszcze nie sprzątnięta, jutro, jutro, bo teraz prysznic i spać.

poniedziałek, 1 sierpnia 2022

958. Ostatni dzień.

I przyszedł kolejny sierpień, czas irlandzkich zbiorów. Ryszard dwa razy w nocy dojadał, musiałam mu otwierać drzwi od sypialni, księciuniowi włochatemu. Potem trochę narobił nam strachu, bo długo spał w budce w ogrodzie, o czym sądziłam, że mu się raczej nie zdarza (ostatnio leżakował tam długo, gdy był bardzo chory, 2 lata temu). Rano w tle Pamiętnik z powstania warszawskiego Mirona w wykonaniu Mateusza Pospieszalskiego (2009), ale nie bardzo słuchałam, bezdennie głupi rozlew krwi wydaje mi się dzisiaj jeszcze głupszy.

Teściowa chciała nakupić sobie cheddarów, więc udaliśmy się do Tesco i Lidla, potem Fred zaparkował na miejskim parkingu i poszliśmy połazić po mieście, zrobić trochę zdjęć. Dzisiaj jest bank holiday, więc w Il Forno był niezły tłok, ale znalazł się stolik dla naszej trójki i zjedliśmy tam obiad. Jak zwykle trochę pizzy z karczochem przywiozło się ze mną do domu na kolację. 

Zdążyliśmy przed deszczem, popołudnie było mokre, szare i senne, nawet poszłam na trochę w kimono. To ostatni dzień pobytu teściowej, jutro skoro świt wyrusza do Polski. Chyba jest zadowolona. My w zasadzie też, bo bywaliśmy z nią tu i tam, ze swej strony dodam, że dobrze było ją lepiej poznać. Ale kabaret Neo-Nówki oglądamy cichcem, gdy teściowa bierze prysznic. Potem, gdy jest już w łóżeczku, we trójkę słuchamy płyty Ta nasza młodość ze zbioru Piwnicy i rozmawiamy luźno o mało kontrowersyjnych sprawach. Na lodówce nalepka z przypominajką: "zastrzyk".