W pracy do trzeciej. Popołudniowe niebo po sztormie pogodne; pojechaliśmy do Costy, wdrapaliśmy się na piętro, kawa z widokiem została wypita, i heja do domu, do myszy. Zanim jeszcze weszliśmy do środka, Majk zdybał Freda i zaprosił go do domu po drugiej stronie drogi, więc też udałam się do sąsiadki, żeby zobaczyć jak ma się Katlin. Katlin ma się dobrze, cieszy się, że operację ma już za sobą, nadal ciężko jej chodzić, więc petentów przyjmuje w salonie siedząc w królewskim fotelu (sąsiadka się nie certoliła, zadarła kieckę i pokazała nam opatrunek, bo grunt to być dobrze poinformowanym; gdy wychodziliśmy, właśnie przyjechał kolejny gość, zapewne w celu okazania).
Ethan pukający do drzwi nieomal przyprawił mnie o atak serca. Myszy się rozbiegły, ja w panice, bo zapomniałam, że trick-or-treat. Kochany uratował sytuację, wyciągnął skądeś niemieckie pierniczki (Lidl po raz kolejny rządzi).
Po siódmej zaczęło się napierdzielanie fajerwerkami, w naszym zakątku łomoty dobiegały z kierunku, gdzie mieszkają Polacy i lokalna biedota. Myszy tylko na nas zerkały, czy wszystko w porządku. Myślałam o skrzydlatych sąsiadach, jak sobie dają radę z przejawami ludzkiego niedorozwoju umysłowego.
Przed ósmą, tak sobie siedząc w Kuchniosalonie ze śpiącą Mańką na kolanach, łowiąc jednym uchem schyłek fajerwerkowej popierduchy, skończyłam czytanie Nowego imienia (ArtRage, 2025) Jona Fossego. Na wieczór już niby niczego po Fredowym obiedzie zacnym wcisnąć się nie da, ale skoro to jogurt z granolą, miejsce się jednak znalazło.
I październik pyk. Bardzo dobry był to miesiąc, trochę się upewniłam w swoich umiejętnościach, trochę zaczęłam się rozglądać w celu zlokalizowania innych możliwości. W domach wszyscy zdrowi, nie mogę narzekać.