[go: up one dir, main page]

Strony

piątek, 31 października 2025

2145. Dzień i noc.

W pracy do trzeciej. Popołudniowe niebo po sztormie pogodne; pojechaliśmy do Costy, wdrapaliśmy się na piętro, kawa z widokiem została wypita, i heja do domu, do myszy. Zanim jeszcze weszliśmy do środka, Majk zdybał Freda i zaprosił go do domu po drugiej stronie drogi, więc też udałam się do sąsiadki, żeby zobaczyć jak ma się Katlin. Katlin ma się dobrze, cieszy się, że operację ma już za sobą, nadal ciężko jej chodzić, więc petentów przyjmuje w salonie siedząc w królewskim fotelu (sąsiadka się nie certoliła, zadarła kieckę i pokazała nam opatrunek, bo grunt to być dobrze poinformowanym; gdy wychodziliśmy, właśnie przyjechał kolejny gość, zapewne w celu okazania).

Ethan pukający do drzwi nieomal przyprawił mnie o atak serca. Myszy się rozbiegły, ja w panice, bo zapomniałam, że trick-or-treat. Kochany uratował sytuację, wyciągnął skądeś niemieckie pierniczki (Lidl po raz kolejny rządzi). 

Po siódmej zaczęło się napierdzielanie fajerwerkami, w naszym zakątku łomoty dobiegały z kierunku, gdzie mieszkają Polacy i lokalna biedota. Myszy tylko na nas zerkały, czy wszystko w porządku. Myślałam o skrzydlatych sąsiadach, jak sobie dają radę z przejawami ludzkiego niedorozwoju umysłowego.

Przed ósmą, tak sobie siedząc w Kuchniosalonie ze śpiącą Mańką na kolanach, łowiąc jednym uchem schyłek fajerwerkowej popierduchy, skończyłam czytanie Nowego imienia (ArtRage, 2025) Jona Fossego. Na wieczór już niby niczego po Fredowym obiedzie zacnym wcisnąć się nie da, ale skoro to jogurt z granolą, miejsce się jednak znalazło.

I październik pyk. Bardzo dobry był to miesiąc, trochę się upewniłam w swoich umiejętnościach, trochę zaczęłam się rozglądać w celu zlokalizowania innych możliwości. W domach wszyscy zdrowi, nie mogę narzekać. 

czwartek, 30 października 2025

2144. Od rana pogoda ...

... idąca ku złemu, poranna mokrość przechodząca w coraz bardziej niespokojny deszcz, obecnie mamy sztorm: pozostałości huraganu Melissa przetaczają się nad Wyspą. Mimo wszystko nic takiego, nasze hrabstwo nie ma nawet ostrzeżenia żółtego, i jeśli dobrze rozumiem, sztorm nie został wyróżniony imieniem, ale miło nie jest: gdy wyszłam po południu z autobusu, na naszej ulicy wiatr ścinał z nóg (w pracy różne takie — zostaliśmy zaproszeni na wydarzenia hałolinowe, wszystko potoczyło się bez większych zatorów).

Rozmawialiśmy chwilę z mamą, uaktualniając co tam u nich (zima idzie, mama wzięła sobie wolne przed świętami). Zjedliśmy po zupce z Tesco, wyobrażałam sobie, że na drugie będzie makaron z pesto, ale oboje jesteśmy dość zmęczeni, mało zainteresowani kontynuowaniem poważnej szamy. Myszy ganiają się po Kuchniosalonie; deszcz z wiatrem walą o szyby. Z planów: prysznic i rozważania podkołdrowe.

środa, 29 października 2025

2143. Rześko, pięknie, krzywo.

Jednoeurówki, pięćdzięsięcio- i dwudziestocentówka przeniosły mnie na chwilę do Hiszpani. Jednak na przystanku odczuwalna temperatura była bliska zeru :)

Dzień porażająco wzorowy: naprawiono mi światło w biurze, frekwencja idealna, w kawiarni niespodziewanie kawa za darmo, na dodatek będę miała nowego pracownika. Objaśniam i bryluję. Oczywiście pod koniec nie było już tak różowo, ale aż strach się bać, jeśli jutro napotkam jakieś trudności, bo człowiek łatwo przyzwyczaja się do dobrego.

Kochany podjechał naszą błękitną strzałą niedaleczko, pakuję się do środka i lecimy zajrzeć do sklepu zoologicznego w celu oglądania kocich kontenerków. Przy okazji pączucie z Lidla i kawa z Costy. Przez to wszystko, gdy wjechaliśmy do wsi, nad wybrzeżem zapadł już zmrok. Reszta dnia typowa, obiad i dyskusje; kręcę się ostrożnie, bo mnie od rana coś w krzyżu łupie (zapewne nieergonomiczne pozycje podczas czytania, tylko jak siedzieć "normalnie" z moim esem floresem?).

wtorek, 28 października 2025

2142. Pobankholidejowo.

W pracy wywaliłam w końcu przeciekający toner z niebieskim tuszem, zepsuty jeszcze przez Szefa. Refleksja filozoficzna: od razu lepiej. Bonusik: wydrukowałam śliczne zdjęcie Ryszarda, który teraz będzie mi towarzyszył w biurze. Spokojny, typowy dzień po bank holiday, jeszcze nie wszyscy wrócili umysłowo do pracy, więc nikt się nie czepiał i nie miał własnych pomysłów (nikt się nie czepiał, poza mną — zadzwoniłam z pretensją, że żarówki nadal niewymienione :D).

Odwiedziwszy wprzódy jajomat, jechaliśmy popołudniem na taki garniec złota:

Po śmierci emigranta, z kotów-lokatorów została Anne tylko Mili. Dzisiaj pierwszy dzień kocioopieki, sąsiadka wróci do domu w czwartek późnym wieczorem. Mili jest duża i ładna, ale nasza Bronia jest ładniejsza ;). Z kolei Fredowi kończy się czas dojazdów do Pieseła; po podaniu psu śniadania, mąż przyjechał do domu, podwiózł mnie do pracy, potem jeszcze raz zajechał do miasta, dokarmił Pieseła w czasie dnia, bo też i pomysł miał taki, że wieczorem już do niego nie wraca. Ale wieczór i tak będzie długi, Kochany jedzie na lotnisko, po Ka z rodzinką. Za szybko nie jedzie, samolot przylatuje o pierwszej w nocy (przy dobrym wietrze).

Po wege obiedzie (kartoffeln, fasolka z zasmażką, jaje), szybkim zmywaniu i moim chwilowym wyjściu do sąsiadki, zrobiliśmy sobie kolejny halloweenowy seans za sprawą następnej płyty dvd: Lawa (1989) Konwickiego. Bardzo dobra adaptacja Adasiowego tekstu. Myszy oglądały, ziewały, tłukły się i tak dalej. Mania w drugiej części dramatu słodko zasnęła nam na kolanach.

poniedziałek, 27 października 2025

2141. Szarość poniedziałkowa.

Bank holiday bardzo się przydało. Ponownie mogłam niespiesznie wstać, napić się herbaty, poczekać na Kochanego, który późniejszym porankiem zjechał z El Paso. 

Przynajmniej częściowo odgruzowałam dzisiaj jedną z szaf i przeniosłam do niej co ważniejsze książki, gdyż jak mówi stare przysłowie kotów kto sika, nie błądzi, ale potem zapaszek nie za dobry. Wczesnym popołudniem poszliśmy z Kochanym na spacer nad morze. Ubraliśmy się porządnie, adekwatnie do pogody: było trochę chłodno, na szczęście bezwietrznie, lekki deszcz. Na szarym morzu dużo kutrów, naliczyłam dziewięć, widocznie krewetka bierze jak szalona. A tu proszę, młode poszły w świat z tej torebki, na oko możliw młode rai nakrapianej, raja montagui:


Wróciliśmy po drugiej, trochę zmoknięci, ale zadowoleni. Przerwa na herbatę i zaplanowanie dalszej części dnia: Kochany robi obiad (dojadamy domowe kotlety mielone), biorę prysznic, potem zasiadamy do filmu już nam znanego, ale akurat jest odpowiedni klimat, bo i film nieco halloweenowy na sposób dolnośląski, Ciemno, prawie noc (2019). Próbuję pozbierać do kupy wszystkie fabularne różnice między obrazem i książką. Jak to z myszą, książka lepsza (ekranizację oglądaliśmy po raz pierwszy pięć lat temu, w pandemii, z naszym kochanym Rysiem).

Kochany wyjechał tuż po ósmej. Pod wpływem filmu wysłuchałam kilku wykonań lamentu Dydony z opery Purcella: Jessye Norman, Marianne Kielland, oraz Lynne Dawson. Pewnie przed snem będę jeszcze rozmawiała z Fredem. I jakaś książka. Kotki dwa już drzemią.
___
edit 21:15 dosłownie chwilę po tym, jak puściłam notkę, usłyszałam za oknem wzmagający się wiatr. Przez noc powiewy mają być tylko do 60 km/h, ale podobno spodziewany jest większy sztorm za dzień czy dwa. 

niedziela, 26 października 2025

2140. Klucz!

Gdyby nie retro zegarki, które same się nie przestawiają, inaczej niż zegarki w telefonie i laptopie, może nawet nie zauważyłabym zmiany czasu na zimowy: "na stary czas" wstałam później niż wczoraj, zmotywowała mnie myśl, że myszy czekają na śniadanie. Kochany też długo relaksował się w mieście, i słusznie; przyjechał na wieś po dziewiątej czasu zimowego; pierwsza zauważyła go Maryjka, wystartowała z pozycji leżącej do okna, Kotato, Kotato!


Miałam do oddania dwie książki wypożyczone w bibliotece w Dublinie. Dzień był akurat idealny na przebywanie w pomieszczeniach, więc zygzakiem pojechaliśmy: najpierw do Drołdy, żeby kupić żwirek dla kotów oraz chleb dla nas, i napić się jeszcze kawy, następnie do stolicy, a w powrotnej drodze do pawilonów Swords, żeby zjeść pizzę w Milano. 

W Inchicore jesień :)


Niedziela częściowo odbyła się pod hasłem poszukiwania klucza. Ostatni raz widziałam go przed południem — ponownie weszłam do domu, żeby zabrać rękawiczki, bo ziąb, klucz dyndał wówczas w zamku. Od tego momentu słuch po kluczu wcale nie tak łatwym do zgubienia (zaopatrzony jest bowiem w czerwoną smycz i różne brzdąkaje) zaginął. Napisałam do Anne, żeby sprawdziła, czy przypadkiem nie ma go w drzwiach naszego domu, co też sąsiadka po swoim powrocie z morsowania uprzejmie uczyniła. Ano, ni ma. W sumie mnie to uspokoiło, bo wykoncypowałam, że w takim razie odłożyłam go gdzieś w czasie szukania rękawiczek (Mózg wątpił, ale mu powiedziałam, żeby się w końcu zamknął). No i super, wracamy po szóstej, jest już ciemno, jak w piosence, wchodzę do środka, klucza nadal ni ma. O cholera, wertowałam najbliższą rzeczywistość przez kolejne pół godziny. I co się okazało? Okazało się, że cały czas miałam go ze sobą, w brązowej kurtce Barboura, która ma podwójne kieszenie! (facepalm) Ale poważnie, bardzo się zaniepokoiłam: czyli tak się odczuwa ubywanie rozumu.

Wracając zaś do naszej wyprawy, oto łupy biblioteczne, nieplanowane, bo nigdy nie wiadomo, co wygrzebie się ze sterty książek za tujuroicz (byliśmy tam ostatnio w czerwcu; albo pani ma tak dobrą pamięć, albo my mamy w sobie coś):


Po znalezieniu klucza zrobiłam powyższe zdjęcie i nareszcie mogłam się zrelaksować. Szara, deszczowa niedziela szybko zleciała, dobrze, że jutro jest bank holiday. Kochany jeszcze długo rozmawiał przez telefon, m.in. ze starszym z braci, usiłując pomóc w rozwiązaniu problemu, który może rozwiązać wyłącznie sam petent, ale cienszko, skoro petent informacji zwrotnych nie słucha i dlatego ma problemy. Z innych "problemów" (ten może nawet całkiem nasz), Bronia pierwszy raz wskoczyła na szafę obok lodówki. Mamy w domu nastolatkę, która szuka guza i testuje granice.

Kochany zapewne już w mieście, ja niewątpliwie w szlafroku, przed chwilą dojadłam coś jeszcze, bo lunchowa pizza, choć przepyszna, nie została przeze mnie skonsumowana w całości (ostatnio zrobiłam się wrażliwa na różne składniki, dość powiedzieć, że proces starzenia się organizmu nie budzi mojego entuzjazmu). Może za chwilę porozmawiamy przez Messengera. Bardzo kocham mojego męża.
___
edit 21:55 to już od dłuższego czasu wiadomo, ale zapisuję, żeby pamiętniczek też wiedział: mamy nową prezydentkę, lewaczkę Catherinę Connolly.

sobota, 25 października 2025

2139. Kaffki, sens życia, przodkowie.

Takie mam przyzwyczajenie, że rano lubię się napić zielonej herbaty bez dodatków. Wszystko jedno jakiej, chodzi o to, żeby była zielona, bo czarna mi nie pasi smakowo. Więc gdy obudziłam się na dobre (budziłam się kilka razy, ostatni raz przed dziewiątą) i Kochany akurat do mnie zadzwonił z informacją, że zaraz jedzie (byłam wówczas jeszcze pod kołdrą, hamletując wstać czy nie wstać), poprosiłam go właśnie o zakup zielonej herbaty z Tesco.

Na śniadanie dojadamy resztki sosu z czwartkowego obiadu. Kochany dzwoni do tatki, przy okazji pokazujemy koty i snujemy różne rozważania. Zachciało mi się przy tym słonecznym chłodzie choć na chwilę ruszyć z domu. Jedziemy więc do miasta, do znanej nam Costy, w celu podziwiania nowego drajw sru. Nie wyjechaliśmy na długo, ot, kawka i małe ciastko, ploty na piętrze (siedzimy na górze i obserwujemy jak z siedem osób uwija się na dole), po drugiej wracamy. Droga bardzo jesienna, kolorowe liście, jak w Polsce. Trochę było kręcenia się wokół własnych ogonów, poza tym mąż zadzwonił do Perlistego, pytać co tam u niego w Niemcach i snuć filozoficzne historie o sensie życia.

Kochany zrobił nam obiad, zjedliśmy. Wskoczyłam na głęboką wodę genealogii XIX-wiecznych bidaków, którzy nikogo nie obchodzą (znalazłam ciekawe źródło jeszcze niezindeksowanych akt). Potwierdziłam fakt urodzenia się mojej prapraprababki po kądzieli, Marianny z domu Serafinowskiej, w rodzinie grabowskiego komornika. Odkryłam też, że jej z kolei matka, choć było wówczas powietrze czyste i marchewki bez chemii, na przednówku roku 1852 rozstała się z życiem. Pochodzenia matki nie udało mi się na razie wyśledzić, ale i tak odkryłam naprawdę dużo (wszystko dzięki BaSI) — mama mojej prababci Marianki zmarła bardzo młodo i pamięć o jej przodkach wydawała się stracona na zawsze. Posiedzę.

piątek, 24 października 2025

2138. Randka.

Skończyłam o trzeciej, Kochany podjechał Babcią i ruszyliśmy na randkę :D Okazja? Piątek, długiego weekendu początek, poza tym, to zawsze miło. Wybraliśmy się do suszarni w El Paso, potem pieszkom do kawiarni. 

Po kawie wyszliśmy jeszcze na krótki spacer w centrum miasta, czyli zwyczajowo do księgarni i z powrotem. Na deptaku właśnie montowano ozdoby wyglądające na świąteczne bombki (do świąt pozostało dokładnie dwa miesiące, szybko minie). Księgarnia akurat się zamykała; wypatrzyłam książkę, może jeszcze ją kupię, bo do mnie mówiła (powstrzymałam się w ostatniej chwili, głównie z powodu braku ceny na okładce). Po spacerze zajechaliśmy do Pieseła; zrobiłam nam po herbacie i zasiedliśmy z Kochanym do czwartego odcinka drugiego sezonu 1670. Zadzwoniłam do tatki, żeby się dowiedzieć, czy porozumieli się ze Stu w sprawie samochodu (dochodzę do wniosku, że Stu słabo wychodzi planowanie i przekazywanie planów).

Gdy przyjechaliśmy do domku nad morzem, złapałam końcówkę Fair City (taki irlandzki Klan); już mnie Dżejmi z naszej grupy raz pytał, czy oglądałam, to muszę chociaż zerknąć :D. Poza tym, skoro zapłaciliśmy licencję TV, dalej leciałam z tematem: na RTÉ News były wiadomości o nagrodach Tidy Towns (np. Dromiskin wygrało w jednej z kategorii, ciekawe, interesujące). Chodziło mi głównie o to, żeby się załapać na wydarzenie polityczne: wybory prezydentki. Głosowanie się zakończyło, ale wszystko będzie przeliczane dopiero rano.

Fred musiał wracać do miasta. Znowu rozstanie, widzimy się jutro.

czwartek, 23 października 2025

2137. Chłód.

Maniutek nie zjadł z rana dokładki, niepokojące. W fabryce głodno i chłodno, na dodatek byłam sama, trzeba było jednak odjaniepawlić swoje. Czwartek skurczył się w oczach: ledwie zjedliśmy obiad, a już słońce wpadło za horyzont, a temperatura odczuwalna zaczęła zmierzać ku zeru. Kochany właśnie wyjechał w zupełnej ciemności do El Paso biorąc ze sobą zimową, puchową kurtkę. Za zaparowanymi szybami Kuchniosalonu ziąb. Niepostrzeżenie przemarzłam do kości, spróbuję się za chwilę rozgrzać pod gorącym prysznicem, potem jakieś luźne ruchy, niezobowiązujące, bo przecież jutro piątek.

środa, 22 października 2025

2136. Poleciało.

Dzień wyciszył się i rozjaśnił, lubię tak. Wprawdzie rano o wiele zimniej, za to popołudnie przyjemne, od razu po powrocie do domu, wzięliśmy kocóreczki na spacer dookoła komina. Trochę czasu minęło od ostatniego razu, lepiej więc było widać jak urosły — Mania z ledwością mieści się w szelkach.

Od dzisiaj Kochany ponownie wyświadcza przysługę Ka — przez kilka dni będzie jeździł dokarmić i spacerować Pieseła, którego rodzina wyjechała na wakacje. 

Rozmawiałam z mamą, żeby upewnić się, że rodzice odbiorą telefon od Stu, który zamierza do nich wpaść pewnego dnia i zabrać nasz samochód na przejażdżkę do stolicy. Kochany zrobił nam w tym czasie obiad, a potem rozmawiał z Kolegą z Bloku. Obiad był pyszny; zaraz wskoczyłam w buty trekkingowe, żebyśmy raz dwa mogli wyjść nad morze, bo dzień właśnie przygasał.


Jeszcze chwila i wyłączyli światło; wracaliśmy przez wieś, gdy mieszkańcy już zasłaniali okna, a ostatni spóźnieni podróżnicy z pracy 9-5 parkowali pod domami. Jak dobrze wrócić do cieplutkiego pomieszczenia, choćby tak mikroskopijnego. Bronia stała w oknie i czekała, oczka zaświeciły się naszej łasiczce jak wilkołakowi.

Przed ósmą Kochany wyruszył w trasę. Zobaczymy się jutro rano. Ja tymczasem dłubu dłub, przed chwilą nareszcie wysłałam, co zamierzałam pchnąć od dwóch dni, list motywacyjny poprawiałam z pięć razy, jakby to na tym etapie miało jakiekolwiek znaczenie. Poleciało, sorted, mogę wrócić do leserstwa i lektury.

wtorek, 21 października 2025

2135. 211025.

Wczoraj wieczorem skończyłam czytać niewielki zbiór wierszy Fossego, Pies i anioł, więc dzisiaj przy porannej kawie mogłam kontynuować Nowe imię. Bo na chwilę zanurzyliśmy się z Kochanym w starym wzorcu: jedziemy razem do miasta, stajemy pod Czarną, wchodzę, kupuję dwie kawy w tym jedną na wynos, podaję Fredowi tę na wynos, mąż odjeżdża, zasiadam do lektury przy filiżance (dzisiaj jeszcze kupiłam Kochanemu dwa croissanty, bo nie jadł porządnego śniadania).

Powrót z pracy nieco opóźniony, byłam w domu kwadrans przed mężem; jedliśmy obiad do Ma chérie, płyty Czyżykiewicza, dobrze po szóstej.

Kolejne płyty, przywiezione z Polski: Mrowisko Klanu, Kinematografia Paktofoniki, Siódma pieczęć Republiki.

Coś tam dłubię przy CV i liście motywacyjnym, skończę jutro. Słucham muzyki. W planach niemiecki na duolingo i czytanka. Oraz patrzenie w Internatach, gdzie lecą samoloty :)

poniedziałek, 20 października 2025

2134. Dobre wieści.

Deszczowy poranek i znośne popołudnie. Kochany zawiózł mnie do pracy, a po południu najpierw byliśmy w TK Maxxie uskutecznić poszukiwanie szlafroka (zdecydowałam się na szlafrok Benettona, w ciemnym odcieniu zieleni; na parterze sklepu rozmawiałam z miłą, starszą panią, którą pochwaliła moje siwe włosy), potem zajrzeliśmy na obiad do Borzalino. Poniedziałek, więc restauracja raczej pusta, przyjemnie dużo przestrzeni i jedzenie jak zwykle pyszne. 

Inne dobre wieści: zaplanowana operacja u świekry już się odbyła, podobno mama Freda czuje się nie najgorzej — tak wynika z relacji Wu; Katlin również jest po operacji, wyjęli z niej kamień gigant, Majk aż zapukał do nas i obwieścił Kochanemu, że będzie w porządku.

Dzień ma kocyk raczej krótki, nie wiadomo jak się ułożyć. Ledwie wróciliśmy do domu, ciemność zupełna. Mierzę szlafroczek, trochę sarkam, że jakiś taki nie dość oversizowy, ale kolor ma piękny, do reszty przywyknę (jest kaptur, to najważniejsze). Zaraz prysznic, zapewne jeszcze chwila blogowania, dwie chwile na lekturę i pora w kimono. 

niedziela, 19 października 2025

2132-2133. Łikęd.

Sobota
Wieje (czyli zmiana pogody na gorsze po całym tygodniu bezwietrznej halołinowej ponurości). 

Ach, jak miło mieć męża w domu. Przynajmniej po przebudzeniu się, bo Kochany zaraz musiał lecieć. Dzień oglądania drugiej części DiU (trzy kolejne odcinki, znaczy). Z myszami, oczywiście.

Rozmawiałam z mamą, pytałam ją, czy gdzieś nie zlokalizowała Fredowej apaszki. Wieści z Polski takie, że Józia wczoraj chorowała (dzisiaj lepiej).

Jako że robiłam binge-watching, a na dworze deszcz, nie było za wiele miejsca na przygody. No i spoczko. Widocznie potrzebowałam regresji, typowej nastoletniej soboty, gdy nie odpowiadam za nic i nic mnie nie obchodzi. Kontynuując niemyślenie, po tym jak Kochany, bardzo zmęczony, wcześniej poszedł spać, oglądam Gosię w kuchni.

Niedziela
Ależ pogoda! Godzina 8:30, leje, wieje, mrok. Kochany właśnie wyszedł do pracy, jeszcze w tej fatalnej pogodzie opróżnił nam śmietnik (w tym celu trzeba wyjść do ogrodu na tyłach, zaledwie kilka metrów, ale brrrr). Siedzę pod kotem (Mania weszła mi na ramiona i patrzy, jak stukam w klawiaturę), drugi kot cichcem wysiudał mnie z fotela, gdy poszłam po zieloną herbatę. 

edit 9:05 właśnie zobaczyłam małą dziewczynkę pod wielkim parasolem, zmierzającą do domku sąsiada. W Kuchniosalonie nadal włączone światło, na zewnątrz ćmok. Stan myszy na godzinę punkt 9, po wysiudaniu Kotamamy z fotela, gdy je zapytałam, czy zamierzają tam nadal siedzieć:


To było pięć minut temu, zaś chwilę temu Mańka zaczęła chrapać.
___
edit 16:05 W końcu zza chmur wyjrzało słońce. W końcu podcięłam sobie grzywkę — nadal to nie to samo, co w maju, do tego trzeba byłoby ciachnąć jeszcze z centymetr, ale się boję, fryzjerka ma pewniejszą rękę. Niech się uleży, może w tygodniu skrócę bardziej.

Myszy mają niesamowitą wprost zdolność usłyszenia, że otwiera się wołowinkę, albo jakiejś inne dobre mięsko. Dobiegnięcie do lodówki ze startem z  pozycji śpiącego kota zabiera Mańce sekundę. Teraz kocóreczki znowu drzemią, tym razem osobno. A ja łażę w szlafroku, w takim stanie doczekam już do przyjazdu Kochanego, potem oboje wypindrzymy się na wyjazd do Ka&Jot.
___
edit 23:30 U Ka&Jot pizza, herbata i dwa kolejne odcinki 1670

Anne przesłała nam tekst, że Katlin jest od dwóch dni w szpitalu, ale najwyraźniej to nie rak. Dobre wieści zawsze w cenie. 

Pod kołderką. Jeden wiersz Fossego i spać.

piątek, 17 października 2025

2131. Frrrrriday!

Ciężki był ten tydzień. Po pierwsze, powrót z urlopu. Po drugie, powrót bez Kochanego. Po trzecie, w pracy robiłam za trzy osoby, bo inni jeszcze albo z urlopu nie wrócili, albo nie dostali kontraktu. Plusy mijającego tygodnia też są: pozbyłam się na stałe jednej osoby, prawdziwego strupa na głowie (prywatnie współczuję, zawodowo za prowadzenie terapii mi nie płacą, bo to dużo pieniążków).

Kochany skontaktował się ze mną, gdy przemieszczałam się do domu. On również w podróży, na lotnisku pił kaffkę.

David Khrikuli ładne wybrał kawałki do fortepianowania.

Zanim jeszcze Kochany pojawił się w domu, rozmawiałam z tatkiem oraz obejrzałam trzy odcinki DiU z Firthem. Dziewczyny biegały to tu, to tam, przychodziły na głaski, pysie (Bronka) i brzuszki (Mańka), bawiły się rolką od papieru, czyli dużo domowej czułości w oczekiwaniu na Kotatę. Ale już jest! Nie do wiary!
___
edit 21:45 to jeszcze ogłoszę, że Kotata przywiózł prezenta dla Kotamamy: skarpety w inkaskie wzory i chopinowski T-shirt (obie rzeczy z Medicine).

czwartek, 16 października 2025

2130. Na tapet ...

... wjechała ostatnia część Septologii Fossego. 

Kupiłam rano roczny dostęp do MyHeritage, gdyż byli tak mili i zeszli mi z ceny 80%.

Po powrocie do domu odsłuchałam nagrania Tomoharu Ushidy, gdyż Konkurs Chopinowski; wieczorem live Kevin Chen i Eric Lu, choć tego drugiego właśnie przed chwilą na dobre przerwałam sobie mietczynskim.

Gdy akurat zabierałam się za pseudoobiad, rozmawiałam z Kochanym, który już w domu moich rodziców prezentował nową, kozacką fryzurę. Co się okazuje, Kochany też zakupił po zniżce subskrypcję — Gazeta Wyborcza spuściła z tonu. 

I tak to leci. Nadal jestem zmęczona brakiem męża w chałupie. A dziewczynki-kocinki to mamy śliczne.

środa, 15 października 2025

2129. Osikanie.

Znowu przespałam noc bez przerw, włączył mi się śpioch jesienny; trudno było strząsnąć z siebie wychłodzenie i zmęczenie. Rano zaś Mania zamieniła się w lisi kołnierz i po śniadaniu usiłowała drzemać mi na ramionach, gdy siedziałam przy laptopie. 

W pracy poczucie mocy. 

Po powrocie do domu najpierw tropienie sików — niestety, tak jak cały czas miałam z tyłu głowy, nieusunięte z niskiego poziomu książki też zostały kiedyś tam olane, sprzątanie zajęło mi trochę czasu, układanie książek podług rozumu zostawiam sobie na weekend.

Z rzeczy miłych: jeszcze w czasie pracy przeglądałam stare zdjęcia Rysia, albowiem gdyż, Fredowy znajomy zgodził się zrobić obrazek, który może wstawimy do ogródka. Obraz na drewnie już jest gotowy, lakier schnie w pałacowej łazience przy pokoiku na poddaszu.

Zaraz przejrzę po raz kolejny zdjęcia z minionego urlopu. Zerknę czy wróciła sąsiadka; prysznic, herbata, może książka Fossego.
___
edit 22:05 rzeczywiście, zaszłam do Anne, bez bielizny podspodniej, gdyż już byłam gotowa do lotu pod kocyk; oddałam kabelek od telefonu, wypytałam o chrupki; wymieniłyśmy się poglądami kocimi i tak sobie stałyśmy w ciepłej ciemności, że aż Katlin dołączyła na moment (biedna ona, nie jest lepiej, wymiotuje, chudnie); dobrze mieć sąsiada. Rozmawiałam też przed chwilą z moim pałacowym mężem: tam, gdzie jest, nic się nie zmienia.

wtorek, 14 października 2025

2127-2128. Powrót w tryby.

Poniedziałek. Solidny sen. Skończyłam niedzielę czytając do końca Prawiek i inne czasy Tokarczuk (WL, 2005). A dzisiaj trzeba już było wracać do realiów. Realia były gęste, taka praca, pchnęłam wszystkie papiry, zjadłam meksykańskie jedzenie, wróciłam do domu.

Po nakarmieniu kotów, nakarmieniu siebie oraz po obowiązkowych głaskach zrobiło się przed siódmą. Rozmawiałam chwilę z tatką. Rozmawiałam dwa razy z Kochanym (dwa razy wieczorem, wcześniej oboje byliśmy zajęci, mąż już w Jeleniej i okolicach).

We wtorek rano sprawdzam pogodynkę: ma nie padać. Tymczasem na żywo ponurość i niewielki opad chmury. Dzień pchnęłam, ale teraz widzę, że ciężko — bardzo jestem zmęczona, oczy mi się zamykają. Kochany wkleja zdjęcia ze znanych mi okolic, piękne, rozświetlone. 

Odkryłam, że nie mam kabla do telefonu, a cacko prawie zdycha. Zagadnęłam Anne w temacie, zaraz zapukała i poratowała; rozmawiałyśmy chwilę w Kuchniosalonie, w towarzystwie myszy wyczyniających cuda, ale ona też zrypana, jeszcze nie jadła obiadu, trzeba było kończyć. Łeb leci.

niedziela, 12 października 2025

2126. Aklimatyzacja.

Noc miałam niespokojną i wstałam wcześniej niżby to było sensowne w wolną niedzielę. A skoro mieliłam myśli, to również pisałam. Rozmawiałam z Kochanym i przekazałam mu wieści sąsiedzkie. Zjadłam pół-irlandzkie śniadanie (fasolka, jajka sadzone, bułka, którą Ka był tak miły kupić) i wyszłam na spacer, żeby uporządkować łeb. W tym czasie Kochany już przemieszczał się z domu moich rodziców do przyjaciela.

Spacer w poszukiwaniu przyjemnych zdarzeń był całkiem udany: po pierwsze, choć obsługa kawiarenki wydawała się dziwować flat white, zrobili ją jak należy; po drugie, mały Ethan rozpoznał mnie z daleka i wywrzeszczał moje imię na pół plaży; po trzecie, spotkałam Uśmiechniętą Kathleen i rozmawiałyśmy dobry kwadrans (posiadłam wiedzę o różnych sprawach, np. dowiedziałam się, że jest drugą z jedenaściorga rodzeństwa i jej najmłodszy brat, którego jest chrzestną, jeździ na wózku inwalidzkim, oraz że mama urodziła ją, gdy miała lat 23, a jej mąż zmarł w wieku lat 39), po czwarte, w drodze powrotnej szłam za rodzinką 2 + 3 i jeden ze szkrabów, na oko trzyletni niedorostek, na całe gardło śpiewał Zombie the Cranberries (pochwaliłam wybór repertuaru).

Po południu zaczął mnie ćmić ząb, górna piątka z wypełnieniem. Cholera. Ćmi słabo, ale i tak niedobrze

Sprawa z kotem pomieszkującym u Anne prosta nie była. Przykro, że spotkał go taki los, z drugiej strony jednak, mogłam pierwszy raz od miesięcy otworzyć na oścież okno w sypialni (żadnych nieproszonych gości); może i ptaki na powrót sprowadzą się do naszego ogródka.

Z rzeczy rozrywkowych, dopiero teraz zauważyłam, że Gosia zaczęła vlogoweeny, a Mieciu opowiedział o straszliwej, animowanej wersji Quo Vadis. Coś tam zaraz ogarnę (dam kotom kolację, sprawdzę, gdzie są siuśki tym razem), ale ogólnie jestem zbyt zmęczona na ekstrawagancje i oszczędzam energię (walizka wypakowana zaledwie w połowie).

2125. Z soboty na niedzielę

Od rana czarny gang grał w football, cały dom był boiskiem bez bramek, za to z kilkoma papierowymi piłkami. Mama pokazała trofea otrzymane w piątek: szklaną statuetkę, książkę, różę. Przed południem rodzice pojechali z Bronkiem do weterynarza. Słucham Erika Lu (przesłuchania II etapu konkursu chopinowskiego).


Czasu za mało. Na chwilę wyszłam do ogródka, ale pogoda taka sobie, nie zachęcała, mżyło; po powrocie rodziców zjedliśmy obiad, dojadłam jeszcze moje ulubione ciasto i do końca spakowałam walizkę.


Kochany odwiózł mnie na lotnisko po czwartej; mieliśmy czas na pożegnanie, Costa, spoczynek przy kawach i rurkach z kremem, w końcu jednak trzeba iść, przechodzę przez odprawę i jeszcze przed okazaniem paszportu, bezwiednie czytam dwujęzyczną książkę dla dzieci, U z dwiema kropkami Katarzyny Minasowicz (Windokrąg, 2025). Lektura (adekwatna do sytuacji) zajęła mi jakieś trzy minuty.


W czasie lotu wróciłam z kolei do Tokarczuk i zatrzymałam się ok. 60 stron przed końcem. Świetnie. Po ponownym włączeniu telefonu, pierwsza wiadomość jaką odczytałam była o śmierci Diane Keaton. Kochany również powtórzył ten przekaz, obydwoje jesteśmy poruszeni.

Szybki kontakt z Ka (weszłam na piętro, żeby przyjaciel mógł mnie odebrać spod sali odlotów) przyjemny, wygodny powrót do domu. Przez chwilę rozważałam zajrzenie do Anne (światło w oknie), ale było dobrze po 22, doszłam do wniosku, że nie należy przesadzać. Podstawowy ogar, dałam dziewczynkom nocną przegryzkę, zrobiłam sobie herbatę, zaczęłam pisać tę notatkę, gdy nagle przestraszyło mnie chrobotanie, dokładnie to: chrobotanie w okno kuchenne, nie dzwonek do drzwi. Dopiero po chwili ogarnęłam, że to sąsiadka. Zaprosiłam ją do środka; Anne przyniosła mi zupełnie zaskakującą i smutną wiadomość, którą chciała się podzielić właśnie teraz, nie mogła czekać do rana, bo już wystarczająco czekała: jeden z Ukraińców, kotów którymi się opiekowała, zginął w środę na drodze, dokładnie w tym samym miejscu, co Ryszard. Jeszcze bardziej zaskakujący od wiadomości, był stan sąsiadki, która powtarzała wątki i zwlekała z wyjściem — zauważenie, że Anne jest pijana zajęło mi trochę czasu. W końcu przed pierwszą w nocy udało mi się ją skierować do wyjścia. Muszę to wszystko przetrawić, jutro, czyli dzisiaj, ale później. 

piątek, 10 października 2025

2124. W drodze.

Nadszedł czas pakowania. Znowu. Po śniadaniu Kochany upchnął w walizce trochę koszul, które kiedyś zostawił u mamy z myślą, że nie będzie musiał przylatywać z cięższym bagażem. Czasy się zmienił, nie bywamy aż tak często. Mąż zdecydował się również na zabranie ze sobą obrazu wiszącego w salonie, obrazu-prezentu, wieki temu namalowanego przez wujka — będzie epopeja z jego dalszym transportem, albo i nie, może zawiśnie u moich rodziców. Ja z kolei wzięłam książkę Szyszkowskiej, Człowiek uwikłany. Żegnamy się. Pod stopami opadłe liściem. Wyruszamy tuż po 10. 

Na warszawską Pragę-Południe wtoczyliśmy się niemalże o czasie; PoE już czekał na nas w kawiarni No i co przy Kamionkowskiej, stolik zarezerwowany, napitki zacne, rozmowa, oglądam rysunki naszego blogowego kolegi, życzymy wszystkiego dobrego sprzedawcy w tiarze.

Jakby nie było fajnie, trzeba pozostawać w ruchu — podstawowa zasada życiowa. Przed trzecią musieliśmy jechać dalej: czekało na nas kolejne wydarzenie, spotkanie rodzinne w innej części miasta, w restauracji China Town na Ursynowie; nieoczywisty budynek, ale jedzenie dobre; wokół stołu trzech braci i ich partnerki, intrygująca mieszanka osobowości (Usz ze Szwagrowskim nie mogli uczestniczyć, z różnych powodów).

Po szóstej rozchodzimy się, każda para w swoją stronę. My do apteki, do samochodu i znowu w drogę. Część podróży na Dolny Śląsk odbyliśmy w drobnym deszczu (déjà vu z poniedziałku); chwilowy przystanek, jak często się nam zdarza, w Wiśniowej Górze, żeby Kochany mógł wesprzeć się kolejną kawą. Nogi i tyłek drętwieją. W końcu las, znajoma dróżka ukryta wśród drzew, brama jest otwarta, wystarczy przesunąć.

Dziwne takie wędrowanie, nigdy się zdumiewać nie przestanę, rano tam, wieczorem tutaj.

czwartek, 9 października 2025

2123. Szewcy, krajobrazy, pijalnie.

Dzień zaczęłam mailem do jednej z managerek. Myślę, że podług logiki na wakacjach nie powinnam się do niej odzywać, zrobiłam to tylko dla siebie, dla własnego dobrostanu, a trochę przez złośliwość. 

Rano kapsaicyna nadal utrzymywała się gdzieniegdzie na gładkich powierzchniach płaskich — gdy dotykałam twarzy po dotknięciu blatu biurka, czułam lekkie pieczenie skóry. Cóż. Nieważne. Zen. Zen również w trakcie śniadania, gdy temat zszedł na psy szczepienia. Fredowi nawet oczko nie drgnęło podczas słuchania matczynych teorii, przeciągnął się tylko kilka razy, żeby zrelaksować mięśnie. 

Anne przejęła opiekę nad myszami jeszcze wczoraj wieczorem, bo szwagier ze swoją dziewczyną środowym porankiem zaczęli się przemieszczać w kierunku Polski. Rano i wieczorem dostaję fotki i filmiki z kociczkami w roli głównej; sądzę, że po tym doświadczeniu będą jeszcze bardziej rozpuszczone.

Wracając do poranka — państwo D mieszkający piętro niżej, dokładnie pod mamą Freda, z przyjemnością przystanęli, żeby wypytać Kochanego o wszystko. Może ktoś by powiedział, że to wścibstwo z ich strony, ale ja uważam takie rzeczy za miłe. Prawie rozminęliśmy się z szewcem, musiałam chwilę poczekać; but prima sort i tanio jak barszcz (inna sprawa, że chciałam mu zapłacić w euro, gdyż mi komórki mózgowe nie zaskoczyły). Zaraz po załatwieniu sprawy szewskiej ruszyliśmy we troje przed siebie. Czwartkowa pogoda szara, przejściowo deszczowa. Najpierw cmentarz, Fred zapalił znicze, a w drodze do samochodu został zaczepiony przez człowieka wykonującego prace porządkowe. Podobno kolega. Do końca dnia Kochany nie przypomniał sobie rzetelnie, kto zacz.

Kierunek: Kazimierz. 

U Dziwisza spotkaliśmy grubiutkiego kota właścicieli oraz psa gości. Pies miał na imię Maryjanek i lubił słuchać Mieczysława Fogga. Wejście na punkt widokowy przy sanktuarium ZNMP. Obiad w libańskiej restauracji Kaslik poleconej nam przez PoE:

Po drodze, między Dziwiszem a punktem widokowym, kupiliśmy dla Anne kolejny prezent, ceramicznego kota-zawieszkę.

Kierunek: Nałęczów.

Coś jest w tym miejscu, zdecydowanie. Spacer wśród schorowanych kasztanowców, fotki z Prusem Bolesławem, napitki w pijalni czekolady Wedla (mnie się zachciało jeszcze lodów waniliowych) i powrót przez lubelską prowincję spowitą ciemnościami.

W domu, na kolację zjedliśmy po puławiance, które Kochany sprytnie zakupił rano u Sarzyńskiego. Oboje nas dopadła jakaś niemoc, niechciej, zmęczenie po niezauważalnie intensywnym, miłym dniu. Mąż dopina plany na jutro, bo wiadomo, znowu zygzaki. Mimo wszystko, nie chce mi się stąd wyjeżdżać, choć z drugiej strony, są dwa fajne miejsca, gdzie chcę być: dom rodziców i nasz własny, dom myszowy. Zawsze się za czymś tęskni.

środa, 8 października 2025

2122. Mgła, peleryna sarkazmu, martwi ludzie, łacha jesienna, ostre papryczki.

Po śniadaniu wyszliśmy na zamglone miasto. Najpierw Kochany zaprowadził mnie do kanciapy szewca. Na ostatniej prostej wyprzedziła nas jakaś Karyna, wepchnęła się pierwsza rączką do klamki, szybko szybko wygrałam, i dawaj ha ha ha z pytaniem do szewca, czy mógłby jej przykleić coś tam przy torbie, prawda. Pan szewc zapewne wielokrotnie już miał dowody upadku znajomości zawodów, bo przewrócił oczami i rzekł tylko jedno: kaletnik. Człowiek niewielu słów na widok mojego rozdziawionego trampka udzielił mi informacji zwrotnej to niedobrze, poza tym na jutro oraz 15 zł. Nawet nie zostawiłam nazwiska i trochę się martwię, że trampek został z tym panem.

W herbaciarni Czartoryskich byliśmy punkt dziesiąta. Mgła nadal opadała, trochę było chłodno, Zamówiliśmy kaffki i czekaliśmy na Zielonego. Kolega Freda zjawił się za jakieś 20 minut. Przyjemnie spędziliśmy czas; świat doprawdy jest mały i piękny, kolega w swojej sarkastycznej pelerynce był ciekawym rozmówcą. W herbaciarni zaopatrzyłam się w trzy różnorodne herbaty dla Anne.

Po spotkaniu poszliśmy w kierunku pałacu i spontanicznie weszliśmy do muzeum (jeden bilet zł 30). Trafiliśmy w moment idealny, wycieczki szkolne właśnie się przewaliły, wywrzeszczały na schodach i przetoczyły przez korytarze, po małych Hunach nie został nawet smrodek. Cisza.

W czasie naszego zwiedzania aura na zewnątrz zrobiła się rewelacyjna. Pomni grafiku dnia, obfociliśmy pawie i wróciliśmy do domu na obiad, ale po obiedzie jeszcze raz wyszliśmy na spacer w kierunku pałacu, tym razem minęliśmy budynek i poszliśmy do parku, spojrzeć na lwy, łachę, w promieniach zachodzącego słońca przejść do pałacu Marynki

Następnie Kochany poprowadził mnie hen hen naokoło swojego miasta: od pałacu Marynki Kazimierską, Kaznowskiego, Sosnową i Kopernika do Lubelskiej.

Przed osiemnastą byliśmy przed domem, ale … nie mogliśmy zostać w środku. Świekra przypaliła ostre papryczki, całe mieszkanie waliło zwędzoną kapsaicyną, przez głowę już galopowały mi rozpaczliwe myśli o organizowaniu na cito nocy w hotelu; sytuacja wyklarowała się po jakiejś godzinie. Wieczór spędziliśmy przy stole, zajadając ciasta i z minami mędrców rozmawiając o bzdurach (sytuacja typowa: świekra, która w sieci popchnie w świat każdego pisowsko-religijnego mema, nagle nie wierzy Internetowi, że kapsaicyna jest w składzie gazu pieprzowego i wertuje papierową encyklopedię — znosimy to z godnością chachamów, którzy widzieli już wszystko). Wieczorem tknęło mnie, żeby sprawdzić maila pracowniczego: problemy menagerów z dodawaniem liczb i cudze dramy zostawiam sobie na jutro rano. Zen podwójny, mam tę moc.

wtorek, 7 października 2025

2121. Pomiędzy.

Noc była krótka, mózg nadal funkcjonuje mi w trybie poprzestawianych godzin. Świekra przygotowała nam śniadanie, jedliśmy, rozmawialiśmy o pozostawionych w domu kotach. Cytat ze Srogiego Freda w kontekście naszej wizyty teatralnej, który dość mnie rozbawił, bo nie miał sensu, ale trochę też miał: Tak patrzę na zdjęcia rodzinne i mi się Makbet przypomniał. Świekra wykorzystała moment, gdy Kochany zniknął w łazience, żeby poruszyć temat życia prywatnego Stu. Wytrzymałam, czyli rysa na wizerunku, za to dobry nastrój został ocalon. Kierunek: Kozłówka.

Podróż trwała mniej niż godzinę. Gdy mijaliśmy lokalną szkołę muzyczną, przypomniał mi się Dzień świstaka, jego filozoficzna puenta. Po drodze, dzięki mamie Freda, grał mi w głowie utwór Danny Boy, oczywiście za dźwiękiem poszedł obraz. Lubelskie wsie chyba nie różnią się bardzo od wsi wielkopolskich, dużo nowych domów, sporo wysiłku włożonego w zapominanie.

Pałac w Kozłówce sztos. Zanim jeszcze weszliśmy do głównego budynku, moją uwagę zwróciła grupa osób przebranych w sarmackie stroje, która w klombach przed pałacem śpiewała na jakąś ludową nutę. Stroje szlacheckie, piosenki chłopskie, kapitalne! 

Najpierw kupiliśmy bilety do paru miejsc i czekając na wejście z przewodnikiem podeszliśmy do kawiarni (kawa z kapsułek, sernik). W pałacu zwiedzaliśmy pomieszczenia na piętrze (rozmach i klamoty), potem muzeum socrealizmu i galerię w której można było zobaczyć maski pośmiertne różnych gości (Chopin i Mickiewicz mieli krzywe przegrody nosowe).

Ach, i but! Zanim weszłam do pałacu, skrzypienie lewego conversa okazało się oderwaną podeszwą; po zwiedzaniu z przewodnikiem, wróciłam do samochodu, żeby wymienić wełnianki na glany (druga para butów pod ręką to był naprawdę dobry pomysł).

Chcieliśmy zjeść obiad w Nałęczowie, ale zrobiło się późno, wróciliśmy do domu i tu zaliczyłam drugi fail: nie zjadłam zupy, niestety ilość religijnie dodanej kiszonki przekroczyła granice mojej tolerancji. Drugie danie było pyszne; świekra w tym czasie wyszła na mszę.

Wypijmy za to, rzekł Freda wznosząc kryształ z Piwniczanką kończącą rozmowę o zdarzeniu porannym. Korzystając z sytuacji komfortowej (pełne brzuchy, łagodna pogoda, zapasowy klucz), poszliśmy w kierunku Zielonej. W Empiku Kochany kupił mi książkę Zyty Rudzkiej pt. Mykwa, poza tym w lodziarni, przy lodach i napitkach, omawialiśmy dzisiejsze przypadki. 

Po zakupie kilku kosmetycznych drobiazgów (w tym nowej szminki firmy Kobo, kolor magenta 425), poszliśmy w miasto i w oświetlanych przez pełnię głowach zrodziły się nam różne fajne pomysły stalkingu. Najpierw przemaszerowaliśmy pod oknami DK, jestem przekonana, że widziałam ją na balkonie. A dlaczegóż by nie zadzwonić domofonem do państwa W. na czwartym piętrze i nie zapytać: Dominik wyjdzie? Najlepszy był jednak pomysł, żeby zerwać się z łóżka przed Słońcem, przejechać ponad 100 km na płd-wsch, zaczaić się pod Sezamem, wejść do sklepiku osiedlowego za zgarbioną sylwetką jednego z pierwszych klientów i jakby nigdy nic powiedzieć: cześć, Stachu! Bardzo byłam tym konceptem ubawiona :D


Wróciwszy na osiedle Kochany wypatrzył dla mnie światło w oknie kuchennym i słabsze, pełgające światło ekranu telewizyjnego w salonie. Tup tup na górę. Napiliśmy się senchy, zdmuchnęłam świeczki z czekoladowo-malinowego torciku. Pora przyłożyć głowę do poduchy. Kolejny dobry dzień. 

poniedziałek, 6 października 2025

2120. Przemieszczenie.

Pospałabym dłużej, ale zerknięcie po piątej rano na FB i natknięcie się na informację, że siostra Brauna opowiedziała o bracie, rozbudziły mnie na dobre. W zasadzie nie chodzi o sam wywiad, na ten nie kliknęłam, ale przeczytałam kilka komentarzy, stupid me, i oblepiła mnie maź wydzielana przez niezadowolonych frajerów, które całe życie dokonywali kiepskich wyborów i teraz ktoś musi za to odpowiedzieć, ktoś inny, bo przecie to oni są ci dobrzy, wrażliwi, a świat zły i nie działa jak należy. Normalnie nie reaguję, ale byłam zaspana i nieprzygotowana. Sakreble! Czyli wstałam zrobić sobie senczę poranną przed szóstą, akurat gdy mama przygotowywała się do pracy. Nie ma tego złego, mogłam porozmawiać z mamą w na wpół obudzonej kuchni.

Od wpół do dziesiątej jesteśmy już w drodze z deszczowego Dolnego Śląska zygzakiem na wschód. Gdzieś na S8 zorientowałam się, że zostawiłam w domu kapelusz. Szkoda.

W Łodzi gościliśmy ostatnio sześć lat temu, w czasie podróży poślubnej, niezobowiązująco, u dziewczyn z teatru. W międzyczasie Kamienica zmieniła adres, trochę było rozglądania się i parkowania w krzakach (miasto zaprezentowało się nam w stanie buro-ruinalnym), ale odnaleźliśmy się i miło spędziliśmy kilka godzin przy herbacie/kawie i ciastku. Oczywiście, rozmowy były głównie o projektach, ale tak to jest z naszą znajomą i czasem myślę, że właśnie tak warto żyć. Poznałam sympatyczną Zuzę z jednym okiem.

O trzeciej byliśmy umówieni z kuzynem Freda. Deszcz. Rodzinka Kuzyna z Miasta Łodzi, żona i córka, bardzo gościnna. Nie sprawdziły się nasze przewidywania, siedzieliśmy dobre cztery godziny, zjedliśmy obiad, wymieniliśmy się aktualizacjami stanu rodzinnego, powstało pamiątkowe zdjęcie, czyli ogólnie było miło.

Reszta drogi do świekry wiodła w ciemności. Zanim wjechaliśmy pod warszawski tunel, deszcz koszmarnie pogarszał widoczność, mokry pył rozbryzgiwał się na wszystkie strony, Fred prowadził maksymalnie skoncentrowany. Przełom pogodowy nastąpił na Wiśle, przestało bździć, po minięciu Wawy, zatrzymaliśmy się na MOPie Pilawa, żeby Kochany mógł się nieco zresetować. W Nowej Aleksandrii pojawiliśmy się dobrze po dziesiątej.

Herbaty, późna kolacja; nakarmiona i umyta zalegam w dawnym Fredowym pokoju chwilę przed północą.

niedziela, 5 października 2025

2119. I jeden dzień.

Relaks. Pośniadannik spędziłam na grzebaniu w starej biżuterii, postanowiłam zabrać ze sobą jeden ze złotych pierścionków, niepasujące do niczego kolczyki z lapis lazuli, dwa naszyjniki, z jantarem i granatem, oraz ukraińską bransoletkę ze szklanych paciorków.

Wyszliśmy z Kochanym na krótki spacer do cmentarza. Spacer odbył się przez lokalny sklepik, Kochany kupił trzy wkłady do zniczy i zapalniczkę. Musiała być pora na sumę, bo spotkaliśmy kilka osób idących w przeciwnym kierunku.

Wojtuś & Gosia

Po pysznym obiedzie rodzinnym, wyjechaliśmy wczesnym popołudniem do Kota. Kawiarnia była pełna ludzi, ostał się jeden wolny stolik :) Tym razem nie chodziliśmy po mieście, było trochę za zimno.

Z powrotem w domu: drzemka przy Barei i Szpicbródce, robienie kolacji z mamą i dyskusje o ekranizacji klasyki (DiU i Lalki). Płaroty w tv.

sobota, 4 października 2025

2118. Urodzona w szabes …

… podobno o 1:40. Czyli wylądowałam w Polsce nowo narodzona (akurat zapadałam w kolejny mikrosen, gdy koła podwozia zaboksowały w lądowisku o godzinie 1:44). Jak na narrację sztormową, lot był spokojny; w czasie podróży zaczęłam czytać Prawiek i inne czasy. Reszta wydarzeń równie gładka, szybko przeszliśmy przez granicę, Fred błyskawicznie odebrał bagaż, chwila i już witaliśmy się z rodzicami. Kochany przejął od tatki kierownicę i chodu przez Wrocław (mama jeszcze nie czytała o śmierci Hiacynty Bukiet i był to jeden z tematów podróżnych).

Pod lasem niebo usiane gwiazdami, wokół domu nowy chodnik ułożony przez tatkę; w środku przywitała nas czarna banda (pierwsza była wścibska Józia). Zębów mycie i sen (trzecia czasu lokalnego). 

Wstałam o ósmej, oczywiście czarna banda zaraz mnie dopadła, Bronek i Frania bez pardonu zaczęli się pakować w cudze śniadanie, gorsze to to od szarańczy.

(Józia z mamą też plątały się to tu to tam). Tymczasem za oknem poranna loża krytyków (Maciej jest już chyba głuchy, nie reaguje na stukanie w szybę):

Zmiany pokoleniowe są bardzo zauważalne: Maksiu ledwo chodzi, Wojciech i Niunia głównie śpią (pociesza fakt Niuniowej puchatości, koteczka jest znacznie grubsza niż przy poprzedniej wizycie, co ma znaczenie, bo wrażliwość jej brzuszka od kilku miesięcy jest dużym problemem zdrowotnym); Rózia, Rozalka i Zosia nie pogodziły się z obecnością w domu czarnej bandy, Gosi Koty i trójki jej dzieci, złodziei obierek ziemniaczanych i kolekcjonerów cudzych skarpet; Filemon ciężko choruje i odmawia leczenia. Poniżej cień Filemona za płotem, na pierwszym planie Gosia Pies z Mruczysławem kopiują układ choreograficzny ze starej foty Macieja i Malinki:

Rozmowy z rodzicami, idealne prezenty Fredowe (cztery książki Fossego, mnóstwo filmowej klasyki na dvd oraz muzyka na cd); od razu przeczytałam książkę Fossego Dziewczynka ze skrzypcami, króciutką historię ilustrowaną dla dzieci. Rodzice pojechali na zakupy. Odbyłam urodzinowe wideokonferencje ze świekrą i z Celtem. Plany miałam na dzisiaj trochę inne, ale byłam zbyt zmęczona na wymyślanie wysublimowanej aktywności kulturalnej — są takie dni, że jedzenie, rozmowy i drzemanie wystarczą (wyszłam na dwór tylko na chwilę, stąd foty Mruczysławowo-Gosiowe; drzewa szumiały).

Zjedliśmy bigos, na deser zdmuchnęłam świeczki z liczbą 50 na torcie śmietanowym z malinami. Dostałam od rodziców piękną, złotą bransoletkę z miasta Łodzi i kubek z napisem motywacyjnym, z którym zgadzam się po całości. Tak miło się zrobiło, że musiałam udać się na drzemkę. Prosz (Wojtuś wyleguje, na ręce wspomniana bransoletka):


Wieczór w pieleszach, na ekranie Co ludzie powiedzą, w tle chrapanie psa, pod ręką grubiutki kot, bochenek chleba jak trzy bochenki, jakby się komuś zakwas przedawkował. W głowie wielki spokój.

piątek, 3 października 2025

2117. W locie.

Od rana kociokwik. Szybkie ogarnianie przestrzeni, dopakowywanie walizki, zębów szczotkowanie, kotów uspokajanie. Fred jedzie po brata, więc wyjeżdżamy razem, a skoro nie miałam śniadania, po wyciągnięciu paru euro, szuram do Czarnej. Praca, bla bla bla, wysyłam, odbieram, kiwam, poprawiam. Po pierwszej Szef zajeżdża swoją furą, troskliwy, bo przecie sztorm. Costa, pijemy, konsumujemy (mój pierwszy mince pie sezonu), gadamy, zostawiam mu klucze do biura, Szef odwozi mnie do domu. W domu goście, Stu śpi, Mag jest spoko, Mania pierwszy raz nasikała na tapczan. Wysyłam ostatni raport do pracki. Kochany robi obiad x 4; wpada Anne, zapoznać się z tymczasowymi sąsiadami. Jeszcze obiecujemy sobie z sąsiadką, że po powrocie urodziny trzeba obejść solidnie. Wieje, wieje; przed wyjazdem w kierunku Dublina ja i Kochany ekspresowo zrywamy z jabłoni wszystkie jabłka, rzucamy je po prostu na ziemię, bardziej pomóc drzewkom nie możemy. Stu siada za kierownicą, jedziemy, przyroda rzuca w nas liśćmi, całymi tonami liści, na prowincji drzewa obalone to tu to tam, na autostradzie Babcia aż furczy lusterkami, ale ciśnie bardzo dzielnie.

Wysiadamy i Stu od razu rusza w drogę powrotną. Mnóstwo lotów opóźnionych, przechodzimy fast trackiem, ale nie ma się do czego spieszyć; kanapka, jogurt z granolą, sok jabłkowy. Wg grafiku już powinniśmy siedzieć w samolocie, tymczasem prorocy głoszą półtorej godziny spóźnienia. Na razie. Ament.

czwartek, 2 października 2025

2116. Niby ciężki ...

... dzień, okazał się nie tak najgorszy. Chyba będę miała dodatkowego tutora, finanse zrobione, lepiej nie zrobię, pod koniec dnia przyszedł mi nowy nabytek, Pol. Wychodząc z biura spotkałam Szona i Czarliego (przywitałam się), na dworcu spotkałam Oszina (przywitałam się), po drodze jeszcze Dżef (opiekun chłopaka na wózku) zagadał do mnie, jakbyśmy byli przyjaciółmi (przywitałam się serdecznie po raz trzeci).

Mamy przedbiegi byłego huraganu; gdy wychodziłam z autobusu, wiało i siąpiło — Amy, pierwszy sztorm imienny sezonu. Ostrzeżenia głównie na zachodzie, Kerry na pomarańczowo, jutro żółto-czerwono na całej wyspie. Pora na nas.

Odprawiona; wykupiłam fast track, bo kto tam ich wie.

Anne wpadła po siódmej, dopytała gdzie, co i jak, wypiła rooibos z wanilią i pomarańczą, porozmawiała z kotami, dostała klucz.

Cośkolwiek ogarnęliśmy syf domowy, Kochany wywalił parę rzeczy do szopki, na oślep, powiewając w mroku połami płaszcza przeciwdeszczowego. Próbowaliśmy zamontować kamerkę, aplikacja działa, ale brak dobrego miejsca. Padnięta jestem, nie będę się szarpała z rzeczywistością; spać.

środa, 1 października 2025

2113-2115. Czas chaosu.

Poniedziałek
Po pracy jedziemy zajrzeć do Woodiesa, ale nie kupujemy tego, co chcemy (liście zmieniają barwy, opadają, walają się pod nogami; zawsze było mi tego mało w Irlandii, to teraz mam). Coś znowu jest mi nieswojo, czuję wychłodzenie, więc od razu po smacznym obiedzie wskoczyłam pod prysznic i pod kołderkę (może nie tak natychmiast, bo jeszcze rozmawiałam z mamą o wełnianych butach zostawionych w Polsce, ale przed ósmą już wygodnie leżałam w sypialni). Jakbym wcześnie się nie układała, sen i tak dopiero po dziesiątej.

Wtorek
Podporządkowany pracy i pakowaniu. Coraz bardziej myślę, a co w piątek? A co jeśli zgubię, zapomnę? W pracy zaś nie pamiętam, żeby schować swój polski łeb, próbuję robić za dużo, za szybko odpowiadam na maile, za bardzo się staram. Dość tego, basta! Zwolnić trza, łazić leniwie. Na dworze jeszcze jesienniej niż wczoraj, i patrzta państwo, wrzesień się skończył:

Myjąc kuchenkę (ledwo ciapu ciap po wierzchu, oczywiście), obejrzałam starą kobrę z Gajosem i Raksą, Toccatę (1971). W końcu wzięłam się za ściąganie aplikacji do kamerki, którą chcemy umieścić w kuchni.

Środa
W pracy, zdecydowanie dzień świra. Z jednej strony papiery, z drugiej strony papiery źle przez kogoś wypełnione, z trzeciej inne jeszcze rozważania natury egzystencjalnej. Puściłam grupę z popołudniowych zajęć, w nadziei, że będę miała więcej czasu — czasu było dokładnie tak samo za mało. Na dodatek ziąb, oraz szwankujące ogrzewanie, ból głowy i palpitacje. Kochany przyjechał w momencie, gdy byłam gotowa rzucić to wszystko. Pojechaliśmy zrobić drobne zakupy spożywcze, przy okazji poszliśmy na kawę do Costy. 

W domu, zamiast wziąć się za coś praktycznego, spędziliśmy trochę czasu z myszami w ogródku. Czyli usiadłam z herbatą dobrze po szóstej, wypchana pączkiem i czipsami ziemniaczanymi. Zamiast obiadu (czipsy działają), zawiesiny: Kochany zawiesił nową roletę na miejsce starej, obgryzionej przez młodzież w czasie nocnych zabaw. Rozmowa z mamą, znowu temat butów. Co jeszcze posprzątać? Nie wiem, nie chce mi się. Co spakować, bo nie spakowane? W osiedlowej ciemności zaszłam do Anne, zaprosiłam ją na jutro wieczór. Obiadokolacja: robaki i łosoś na ciepło (posiłek właśnie skwierczy na patelni).