[go: up one dir, main page]

Strony

czwartek, 31 sierpnia 2023

Postscriptum #1354.


Sierpień śmignął.

1354. Swojsko.

Zadziwiająco mocno spałam. Kiedy otworzyłam oko Fred już siedział obok, ubrany, zaczytany w sieci i z kubkiem pierwszej kawy z dripa. Tatko wrócił ze sklepu, nakarmił trzodę i pojechał jeszcze raz; specjalnie po to, żeby kupić dla nas swojskiej kaszanki. 


Wyżej poranna fotka z serii "zobacz kotka" (grzbiet Mruczysława, Maciej, nieśmiała Rózia, Miauczysław), niżej więcej kotków (Niunia góruje nad Wojciechem).


Po zjedzeniu śniadania, ciasta, obgadaniu rodziny, umówieniu dentysty i wygłaskaniu paru futrzaków, Fred przeszedł do pisania swoich spraw, ja do wygładzania mgr (ładnie brzmi: wygładzanie, a to raczej zapychanie dziur i poprawianie rażących błędów). Zdjęcia z pracy Kochanego przez ostatnie dni właśnie wleciały na FB, więc mogłam sobie lajkować mężowską pracę twórczą.

Kiedy mama wróciła z pracy we czworo zjedliśmy obiad, potem z Kochanym we dwoje wybraliśmy się do miasta, najpierw na kawę do Kota, potem powstał zamiar spaceru do tężni, a może nawet do lasu bukowego. Już się wykaraskaliśmy z samochodu, już widziałam kaczki na stawie ... na całe szczęście Fred dodzwonił się do Józefa z pytaniem jak mu tam idzie opieka nad kotem. Na szczęście, bo przez to zagadanie stanęliśmy w miejscu i później nie trzeba było daleko wracać do auta. Gdyż taka sytuacja:


Burza przyszła szybko, zasnuła krajobraz deszczem i w takim intensywnym opadzie zaczęliśmy wracać na wieś. Po drodze w nagrodę:


Ochłodziło się, ale nie zrezygnowaliśmy ze spaceru: wyszliśmy do sklepiku po wkłady do zniczy, następnie pomiędzy kałużami zaszliśmy na cmentarz (groby dziadków i cioci). 


Kolacja, gadanie, mama jest zmęczona, więc o dziesiątej wskakuje do łóżka. My jeszcze przy ekranach, komentujemy świat (Maksymilian chrapie; Niunia zajęła stanowisko na rozłożonym i zasłanym tapczanie).

środa, 30 sierpnia 2023

1353. Przeskok.

Pobudka po trzeciej. Ubrałam się, skrolowałam trochę sieć, w końcu wyszłam na przystanek zatrzaskując za sobą drzwi. Wszystko było dzisiaj mniej więcej na czas, przyjechałam na lotnisko na tyle wcześnie, że jeszcze zjadłam śniadanie. Lot raczej spokojny, z niewielkimi turbulencjami, z pięknymi widokami na wodę po której ślizgały się małe, białe plamki. 

W Polsce pojawiłam się przed południem (znękana obcierającymi mnie butami, za to zadowolona z mężowskiej asysty). Pojechaliśmy od razu do Tcy, najpierw na obiad do Mozzarelli 2.0, potem do fryzjera, na końcu do Kota (kawę podawał pan Kornel; buty zostały wcześniej wymienione na inne, plastry na pięcie te same):

No i proszę, gdy pojawiliśmy się w lesie pod domem, najpierw przywitała nas Malinka (sierścią na spodniach). Reszta hodowli też cała i zdrowa (taka np. Rozalka rozmazana na zdjęciach):

Dzień jest szary, od czasu do czasu pada drobny deszcz. Jemy fasolkę szparagową, kanapki z pomidorem, pychotki z bitą śmietaną (oraz maliny, ale to już tylko z mamą, dzielimy się owocami z jednej michy). Fred zmęczony, wziął ketonal i już położył się spać. Jest po dziesiątej czasu polskiego.

wtorek, 29 sierpnia 2023

1352. W drogę.

Z rana odpadły mi niektóre punkty, np. ścielenie łóżka dla gościa, gdyż księciu pan po pracowitej nocy (w czasie której budził matkę swą) zaległ na piernatach. 

Jutro autobus 4:35. Ale podróż już rozpoczęta. Właśnie siedzę w pieleszach u Ka&Jot, za ścianą pies popiskuje. Ka przyjechał po mnie tak, jak się umówiliśmy, o 9:30. Wcześniej Ryszard wszedł do domu i zastał w nim Józka. Jeszcze wcześniej, po tym jak omówiłam z kocim opiekunem kwestię segregowania śmieci, byliśmy z gościem na spacerze nad morze w zupełnym mroku (niedaleko brzegu kuter pracował oświetlony jak choinka). Ale to po tym jak Anne zapukała, żeby zapoznać Józka, i dołączyła do niej Katlin z Ethanem (trochę później była też rozmowa z Anną) ... wróciłam do domu z gościem, autobusem o 18:30. Padnięta jestem. Czyli pisałam, że kot zaległ na piernatach. A w pracy praca i pod jej koniec niespodzianka -  zapytano mnie, czy zostałabym na kontrakcie jeszcze do lutego i częściowo wymieniała support na uczenie (IT). Bardzo to było miłe. Czyli chwilowo nie muszę się martwić o dziury w CV. A Jot pożyczyła mi swój szlafrok. Czy to nie brzmi chaotycznie? Z Józkiem zaraz po pierwszym spotkaniu poszliśmu na obiad do Cedar i kawę do Czarnej. Katrina postawiła lunch całej obecnej obsłudze, bo idzie do szpitala, i taki miała kaprys (dlatego w Cedar zjadłam tylko hummus). Buty mnie obtarły w czasie spaceru nad morze (jest za późno, by zmienić koncepcję outfitu). Potrzebuję snu. Wieczorna herbata owocowa u przyjaciół i rozmowa o intuicji.

poniedziałek, 28 sierpnia 2023

1351. Nadal.

Z rana obudził mnie mail od dochtórki; niby dobrze, że odpowiedziała, ale od razu się poirytowałam i wyskoczyłam z łóżka. Dzień ładny (rano, w słońcu i zupełnej ciszy, na ogród spadały igiełki deszczomgły), nie mam jednak czasu na spacery. Zaraz zaczęłam dokarmiać kota, wyglądać przez okno i poprawiać cholerne tabelki. Po śniadaniu rozmawiałam z Kochanym, który w środku Jeleniej bujał się na huśtawce i popijał kawę. Mąż mój najdroższy pokazał mi też prezent, książkę Bator Ciemno, prawie noc (w ładnym wydaniu z kotami na okładce) i płytę Masłowskiej Dorota Wolne (2023; okładka też super). I tak, tabelki coś jakby poprawione, teoria jakoś tak nie bardzo. Czyli na urlopie będzie dalsza walka z wiatrakami (aż pewnie któryś się na mnie przewali). Niby coś tam posprzątałam, ale mam wrażenie, że w chałupie teraz jakby większy bałagan. Odkryłam szkła kontaktowe nadal zdatne do użycia, których nie nosiłam licho wie czemu (biere; pewnie jak założę, to sobie przypomnę). Sąsiadki obydwie (Katlin, Anna) jeszcze raz upewniły się co do grafiku (chociaż żadna to nowina, lecę, zaraz będę z powrotem; na razie jutro jeszcze trzeba się pokazać w pracy). A teraz, cóż, herbata z cytryną, suszenie włosów i tabelki.

niedziela, 27 sierpnia 2023

1350. Zaczynam się kręcić.

Pomiędzy pisaniem paru zdań kręcę się szukając dnia wczorajszego, sprzątam, układam na walizce stosy t-shirtów, paszport, notatnik z miliardem haseł. Wieczorem rozmawiałam z naszym kocim opiekunem, który będzie leciał do nas przez Zürich. Też już jest na walizkach i się stresuje. Nadal rozbijam martensy, wygląda na to, że są to moje buty na wrzesień. Ka właśnie wraca z rodziną z Minorki i już zapodał temat mojego wylotu. 

sobota, 26 sierpnia 2023

1349. Drobne rzeczy ...

... domowe (porządki, prasowanie), pisanie. A skoro prasowanie, to wiadomo, odmóżdżacz: padło na Wyspę złoczyńców (1965) z Machulskim, czyli pierwszą filmową odsłonę Pana Samochodzika. I już standardowo: dynamika męsko-damska okropna, dialogi nie do zniesienia. Za to w tle Kazimierz Dolny, Janowiec, Wisła. Będę tam. 

Jeszcze w nocy-o-północy zaskoczył mnie na MyHeritage krótki list. Napisał do mnie z Francji wnuk przyrodniego brata prababci Marianny. Okazuje się, że córka drugiego brata prababci, Alina, nadal żyje i mieszka w Dijon.

Kochany tymczasem w Polsce występuje w roli oprowadzacza. Wczoraj przyjechał Kuzyn Z Miasta Łodzi z żoną, dzisiaj Wu w swoim kabriolecie. Fred był z nimi na zamku, jadł sernik, chodził po Lubomierzu. Mówi, że nadal pachnie pastą do siedzeń z kabrioletu brata.

piątek, 25 sierpnia 2023

1348. Zmęczenie.

How can I make people recycle? rano dwaj starsi panowie w kawiarni przy stoliku obok ratowali świat. Jeden wyciągnął arkusze ze szkicem ... komiksu i pokazywał drugiemu jak ostatnio spędzał czas.

Lorejn odchodziła, więc po południu był lunch pożegnalny w Il Forno. Przyłączyłam się ... w końcu i tak trzeba było coś zjeść (połowę pizzy, jak się okazało, darmowej, przywiozłam do domu). Ale dzień pracowniczy zmarnowany, nie zrobiłam nic cudzego ani własnego (podniesiony z ekscytacji głos Lorejn wwiercał się mi w mózg). O tej porze nie mam czym myśleć, żeby zrozumieć co napoprawiałam w statystyce, więc tekst zostanie wysłany jutro. Kochany też bardzo zajęty, a ja tak odmóżdżona, że zapomniałam mu powiedzieć: skarpety są! Po powrocie zastałam pod drzwiami przesyłkę zapakowaną w plastikową torbę. Sądziłam, że to kurier taki zmyślny, ale nie. Anna do mnie zadzwoniła (z bingo), czy już wróciłam, bo opakowała mi pudło, żeby nie zamokło. Sąsiedzi w tym kraju ;) A skarpety suche. Dobra, koniec story time (tylko jeszcze zapiszę, że do Zbynia machałam i Zbyniu do mnie).

czwartek, 24 sierpnia 2023

1347. Jeszcze trochę.

Na plaży mnóstwo słonowodnych odpadów (patrz poniżej i znajdź martwego ptaka), może dlatego tuż przy brzegu pracowicie pyrkoliły dwa krewetkowce-drapieżniki (widać, że prąd przygnał plątaninę morskich domów).

Najpierw kupiłam flat white, potem udałam się w kierunku zacisznego zakątka, gdzie ostatnio lubię przestawiać kamienie i przy okazji znalazłam na plaży €5. Po powrocie ze spaceru chwilę czatowałam w ogródku z Anną jeszcze raz objaśniając jej grafik naszych wyjazdów i przyjazdów. Wyprałam bluzę z Buddą (może wezmę na podróż). Pozamulałam przed ekranem (Kochanem psuje się laptop, trzeba mu kupić nowy, więc sprawdzałam różne modele). A w sumie chodzi o to, że rano miałam pracować z Gronją, ale antycypowałam jej spóźnienie (i w efekcie brak pracy dla mnie). Zrobiłam bardzo słusznie i chwalebnie z tym spacerem, bo faktycznie nie byłam potrzebna.  

Kochany tymczasem rano wyjechał z domu rodziców do Jeleniej. Już pokazywał jakie ładne mają talerzyki do ciast w jednej z kawiarń (ciasto zostało wcześniej zjedzone). Teraz Fred jest w domu, gdzie spędzi kilka nocy, i z okna widzi Bóbr (wierzę mu na słowo, bo na razie tylko ciemność). Tęsknię. Piszę. Medytuję.
___
edit 21:10 dzień był naprawdę piękny, pachnący późnym sierpniem. Widać jak niepostrzeżenie umknęła gdzieś większa część lata i o tej porze zapada już zmrok. Powoli cichnie szum dochodzący z głównej ulicy; w oddali dzieciaki kończą podwórkowe rozróby; u sąsiadki słychać włączony telewizor; w niektórych oknach rozbłyskuje światło żyrandoli. 

środa, 23 sierpnia 2023

1346. Mąż poza domem.

Kochany obudził mnie pocałunkiem o wpół do szóstej, coś tam do niego marudziłam nieskładnie i tak się pożegnaliśmy. Jego lot był o czasie, więc jeszcze przed południem mąż przesłał mi zdjęcie ze słonecznego lotniska we Wro. Tymczasem, u mnie w pracy tylko 3 w porywach 4 osoby w budynku; cisza taka, że aż dzwoni w uszach. Ponieważ nie było szefowej Centrum, skończyłyśmy wcześniej ze wszystkim plusami tego faktu (obiad z Cedar Gate, zdążyłam na autobus przed trzecią i w ostatniej chwili umknęłam przed deszczem). Do domu. Holowanie opróżnionych koszy na śmieci do ogródka. Herbata. Drzemka. Łączenie się wi-fi z drukarką (działa!) oraz inne tego typu przyjemności. Odpaliłam plik z pracą mgr. Miodzio, nic się mi nie chce.

wtorek, 22 sierpnia 2023

1345. Rozbieg.

Truskawki kupione przez męża (pyszne, chociaż pewnie lekko mnie uczulają). W pracy nowiny (Luiza jednak nie przeprowadza się do Somerset, bardzo smutna dla niej sytuacja; dla mnie trochę też). Kochany przywozi mnie do domu i dalej szoruje podłogę w kuchni, potem robi obiad i do końca pakuje walizki. Początkowo założenie było takie, że jedzie na lotnisko na noc (wylot ma bardzo wcześnie, za wcześnie, żeby zdążyć naszym pierwszym wioskowym autobusem), ale gadu gadu i jest plan: o brzasku Katlin podwiezie go do Drołdy. W dużym bagażu Kochany spakował już moje buty na góry (powstaje więc zobowiązanie, żeby ich użyć). Wiemy też, kiedy jedziemy do Nowej Aleksandrii (świekra poinformowała nas u kogo mamy szukać kluczy do mieszkania). Rozmowa z mamą była (grafik środy oraz mglisty grafik całego pobytu dziecków w Kraju Przodków zapodany). Mąż odpina szelki od spodni ...

poniedziałek, 21 sierpnia 2023

1344. Jakoś trzeba przeżyć.

Obudziłam się w pustym łóżku i dość długo roiłam sobie, że Fred jest w kuchni. Odkrycie, że w domu nikogo nie ma naprawdę mnie zaskoczyło (Kochany zapomniał wziąć torbę z kanapkami, musiał się spieszyć). Na dodatek miałam sen o moim konsultancie statystycznym. Właśnie rozmawialiśmy (w internacie tłocznym jak Marszałkowska), gdy się mi młodzian pochorował. Po obudzeniu dłuższy czas nie byłam pewna czy mam dzisiaj te konsultacje, co studiuję i czy na pewno zdałam wszystkie egzaminy (to mój główny lęk senny: w śnie uświadamiam sobie, że gonią mnie terminy, a ja zapomniałam zdać egzaminu z poprzedniego semestru ... zazwyczaj jest to matematyka). 
___
edit 19:15 Dużo frustracji, mało efektu. Spotkanie było, coś tam raportuję, ale nie do końca. Kochany wrócił po południu, trochę nawiózł prowiantu i żonę utulił. Mieliśmy dwa niespodziewane telefony, najpierw od świekry (z zapytaniem o grafik naszego przyjazdu), potem od Usz. Ten drugi był bardzo super. Szwagierka ze Szwagrowskim zdecydowali się na ślub (w najbliższym możliwym terminie — padło na listopad). Dobrze, że u nich też dobrze. 

niedziela, 20 sierpnia 2023

1343. Szum deadline'u.

Późna pobudka. Rozmowa z mamą (sama zadzwoniła przez łocapa; święto!) o uniwersytecie trzeciego wieku i że zaraz jadą z tatkiem oglądać pałac i zjeść obiad na mieście. Gdzie popełniłam błąd? można sobie zadać pytanie. Czy jako córka byłam wystarczająco zrzędliwa i rzucająca kłody pod nogi? Widać, że nie. Ech. Czyli moi rodzice włóczą się po Dolnym Śląsku jak amerykańscy milionerzy, a u mnie mąż gotuje obiad (nogi kuraka z wczorajszego rosołu, oraz inne delicje). Kot nam niedomagał, nie jadł (zgroza!), ale nie tak, że gdzieś indziej się ożarł, tylko było widać, że coś mu leżało na żołądku (chodził po ogródku i jadł sałatkę z perzu). Na dodatek chyba boli go tylna łapa (kuleje tylko trochę, ale to dlatego, że on zawsze przemieszcza się tygrysio, więc nawet jak kuleje, to niby tak ma być). Pogodowo niedziela bardzo ładna, tylko, że  znowu dołożyłam sobie do pieca spotkaniem umówionym na wieczór i wiadomo, że na prawdziwe odprężenie nie było szans. Nigdzie nie spacerujemy (Fred pisze scenariusz, ja piszę wszystko inne, czasem wychodzę do ogródka i sapię). Online spotkanie z dochtórką i koleżanką trwało ponad godzinę. O matko, dochtórka miała rację, powoli zaczynam nie cierpieć tej pracy.

sobota, 19 sierpnia 2023

1342. Cóż zrobić ...

Wybieram się z wszystkim jak sójka za morze. Zamiast od razu z rana pisać emilka do dochtórki, oglądam zdjęcia wąwozów na Krecie i skarpety na stronie dr Martensa (Fred kupił kilka). Poza tym rozbijam trzewiki kupione w lipcu. Ech, tabelki przerabiam w poprzek i od tyłu. Niezadowolona jestem. Ale cóż zrobić. Tzn. nie wiem. Bo też i przykro-przyjemna jest ta praca, gdy gałki oczne kontaktują się z mózgiem. Za to Kochany wkopał pszonaka w miejsce, skąd wyjęłam cebule narcyzów (badyl ładnie przezimował w donicy wystawionej na wiatr, a latem znowu zaczął przysychać, widocznie doniczkowe bezpieczeństwo we względnym ciepełku nie dla niego). I co jeszcze? Przekazałam Annie jabłka pozostawione przez kuzynkę; rosół zrobiłam i zjadłam; głowę mam gdzie indziej. Jeszcze przysiady zostały do odhaczenia i niemiecki na duolingo (wiem, że mnie niczego nie nauczą; tak tylko, z nawyku dziobię).

piątek, 18 sierpnia 2023

1341. Deszczowa buka.

Rano mżawka, brak gór na horyzoncie, po południu duże fale na morzu. W pracy byłam sama w biurze, cicho, spokojnie, dobrze się klikało. Po dziesiątej wyszłam na kawę, Kochany był jeszcze w mieście, więc spotkaliśmy się w Czarnej. Mąż wrócił do mnie po południu; kartofelki zostały kupione we wsi, bo się nam zapomniało wcześniej (jaskółki nad nami latały), i potem, właśnie z powodu jazdy przez Termon widzieliśmy białe grzywy fal (Kochany dokupuje też steki u rzeźnika rodzinnego i robi nam obiad). 

A kiedy tak Fred robi obiad, grzebię w poczcie gmailowej, co ma tysiąc lat i kasuję, bo mi wysyłają ostrzeżenie, że się mi pojemność kończy. Ale co kasuję! Pierdyliard zawiadomień od wydawców podręczników, plany lekcji, oceny w tabelkach, brudnopisy protokołów z rad pedagogicznych, autorskie sprawdziany, zawiadomienia dla rodziców o ocenie końcoworocznej, listy wycieczkowe, plany naprawcze, sprawozdania z konkursów, odpowiedzi od organizatorów konkursów, gotowce ankiet ewaluacyjnych i raporty ewaluacyjne od nadobnej Goshi (to za Kluzik-Rostkowskiej było, w ogóle spora ilość materiału z lat 2012-2013, może ostatnio z 10 lat temu robiłam porządek), harmonogramy zespołu zadaniowego, sprawozdania roczne różne, w tym samorządu uczniowskiego oraz multum uczniowskich prezentacji w pedeefach. A kysz, znikaj przeszłości!

Kochany zaczął powoli pakować walizkę, żeby za kilka dni nie robić tego w panice. Nad wybrzeże przysnuła się deszczowa buka i zakryła sobą wszystko.
___
edit 20:00 no i proszę (trzy godziny temu jeszcze tlił się we mnie zapał, żeby iść na spacer, gods love me), dopiero teraz się dowiaduję, że buka ma na imię Betty (drugi sztorm imienny w sezonie), w nocy nad wybrzeżem ma przechodzić 7 w skali Beauforta. Ryszard wrócił do domu, został wysuszony kocim ręcznikiem i zapadł w sztormowy sen.
___
edit 22:20 jedzenie smażonej, baraniej wątróbki po dziesiątej wieczór? Ryzykownie. W głośnikach debiutancka płyta The Sugar Cubes (1988) wybrana na ene due rike fake (mój paluszek, Fred mówi stop).

czwartek, 17 sierpnia 2023

1338-1340. W ciągu.

Wtorek.
Pracoholizm mi z pewnością nie grozi, ale mam świadomość intensywności najbliższych dwóch tygodni i już się nie wymiguję. Słońce. Ryszard odprowadzający mnie na przystanek. W pracy praca, w domu pisanie do późna. Pomiędzy (w drodze do domu, na dworcu i w autobusie) długaśna rozmowa z rodzicami, którzy wylegują się na swoim "rodos" razem z psami i kotów rzeszą nieprzebraną. Używam nowego della na przemian ze starym hapekiem, żeby nie dopuścić do zupełnego skiśnięcia baterii u tego ostatniego.

Środa.
Wspólna z Fredem próba przedłużenia drzemki przerwana drugim wrzaskiem budzika, o 6:40. Razem jedziemy w kierunku północnym, mąż wysadza mnie przy nabrzeżu. 

Bolą mnie stawy w dłoniach, okazuje się, że Kochanego też. Może empatyzujemy ;) Ładnie, nawet ciepło, znowu po pracy idę na dworzec w krótkim rękawku, tym razem taszcząc do domu pracowniczego laptopa. Jeszcze kilka kliknięć do Gronji, obiad wsiowy (kartoffeln plus dwa jajka sadzone i śmietana) z deserem (mój Anioł kupił mi ulubiony jogurt kokosowy), sprawdzanie, co tam w sieci, czekanie na męża.

Czwartek.
No i co? Kiedy akurat mogę dłużej pospać, wyłażę z wyrka przed ósmą, nie wiadomo po co. Fred przed chwilą pojechał do pracy. Dokańczam zieloną herbatę. Obudziło mnie słońce, ale teraz za oknem kuchennym przyczaja się szarość od strony lądu. 
___
edit 14:00 

 

Poza tym są plusy pójścia po loda w wafelku do sklepiku za rogiem. Sprzedawczyni była zaskoczona moim widokiem, bo od dłuższego czasu żyła w przekonaniu, że gdy nasz kot do niej zachodzi, jesteśmy na wakacjach. Czyli wiemy, gdzie od kilku dni Ryszard je trzecie śniadanie (to miejsce w którym go dokarmiano zanim na stałe się do nas wprowadził). Kot w czasie naszej rozmowy pojawił się w drzwiach sklepu, karnie podreptał ze mną pod dom, a ponieważ chciałam usiąść na skwerku, podążył za mną i tam, gadając coś do mnie w swoim kocim języku, potem towarzyszył mi gryząc moje buty i siedząc pod ławką (skoro już siedzimy, to siedzimy, miau).

poniedziałek, 14 sierpnia 2023

1337. Niepokoje.

Spotkanie miałam umówione na wieczór, oczywiste, że psuło mi to smak całego dnia. Kochany wrócił ze stolicy ok. czwartej rano (śniadanie jedliśmy osobno). Dla relaksu chwilę grzebałam w ogródku (gdybym miała odpowiedzieć na pytanie wyrywanie której rośliny jest najbardziej terapeutyczne, bez kozery powiedziałabym: koniczyna) siłą rzeczy dzięki Katlin zapoznałam się z sąsiedzkimi tragediami (Lisa ma prawdopodobnie endometriozę, a Majkelowi umarła matka). Moje zabieranie się za statystykę nierówne, raz nawet na dłużej wyszłam do ogrodu pomóc Fredowi w koszeniu trawy. Nawiedził nas biały sąsiad, to mu przy okazji wyczochrałam uszyska:

Dobre kocisko, pokręcił się tylko w ogródku, nie wbijał na kwadrat (widać, że żyją z Ryszardem w zgodzie, więc nie ma powodu do interwencji). Wieczorne spotkanie z dochtórką mnie względnie uspokoiło; się okazuje, że odpadają mi trudne obliczenia, których w uj nie rozumiałam. Po raz kolejny wychodzi, że łatwo mnie pocieszyć - błyskawicznie zapomniałam o innych troskach i przestałam się zajmować tym, czym powinnam (za to kolaż powyższy zrobiłam). 

niedziela, 13 sierpnia 2023

1336. Zygzaki.

Rzeczywiście, mózg ucieka od problemów w sen. Znowu wylegiwałam się tak długo, aż Fred wstał pierwszy. No nic, zrobiłam guacamole z dwóch dojrzałych awokado przywiezionych wczoraj przez Kochanego. Jeszcze w południe sączę pośniadanną kawę (mąż akurat mieli nową porcję, zapach rozchodzi się po całej minichacie). Obiad zjadłam pojedynczo, bo Fred przed trzecią ruszył w kierunku Dublina. Potem wieki prokrastynacji i trochę pisania ... (zapewne będzie) przed północą. W międzyczasie Kochany zadzwonił z Dublina, żeby zreferować postępy w pracy i rozmowę z siostrą. Może Stu do nas przyleci, żeby zmienić krajobraz chociaż na chwilę (byłoby dla niego dobrze, tak myślę).

sobota, 12 sierpnia 2023

1335. Z poślizgiem.

Znowu bardzo długo spałam. Fred urzędował w Kuchniosalonie, kot nażarty, a ja przekładałam się z boczku na boczek. Nic dziwnego, że śniadanie zjadłam przed dwunastą, gdy Kochany wybył już na zakupy. Potem mitrężyliśmy czas rozmawiając i dopiero około drugiej każde z nas zajęło się swoim sprawami: ja nanoszeniem poprawek do pracy, Kochany dokańczaniem tekstu, który chciałby nagrać z kolegami pod koniec sierpnia. Na obiad dymiące kopce makaronu. Dla żony drzemka poobiednia. W tle dnia było jeszcze długie pranie (mimo chmur mąż ufnie wywiesił wszystko w ogrodzie) i słuchanie nagrań Fortu BS.

Wieczorem najpierw spacer z kotem (nie dało się inaczej, po otwarciu drzwi frontowych okazało się, że Ryszard siedzi i czeka: słońce jest, wyłazicie w końcu?), potem spacer do morza na którym dziś fale bałtyckie. Wracaliśmy z wiatrem w plecach. 

Trzeba się przyznać, że poza przepisaniem piątkowych poprawek, niewiele zrobiłam. Za to Dyjak śpiewa do późna. 

piątek, 11 sierpnia 2023

1334. Tojebusia.

Oboje martwimy się kocim brakiem nastroju. Ryszard zjadł pierwszy posiłek dopiero, gdy wróciłam do domu, a nie było to od razu po pracy (najpierw Fred chciał zapłacić ubezpieczenie samochodowe, potem z biura poszliśmy pod wielkim parasolem na kaffkę do Czarnej; lało).

Kochanemu się przypomniało już po obiedzie, że mi kupił jeszcze jeden gadżet dziewczyński i gdzieś go zbunkrował. Oto on po szczęśliwym znalezieniu:

Tweedowa tojebusia, prawie jak mamy Muminka. Kiedy się ją rozwikła okazuje się bardziej pojemna w środku niż to wygląda po wierzchu (można w niej zmieścić ciętego ratlerka). 

czwartek, 10 sierpnia 2023

1333. Tak i nie; za to jest czajnik.

Spałam do dziewiątej, jakbym chciała uciec od myśli o regresji liniowej i zbliżającej się a koniecznej zmianie pracy. Kot był bardzo grzeczny, nic a nic nie harcował (w kuchni nie ma śladu po walce z gigantycznym pająkiem, który wczoraj znowu mnie wystraszył; wątpię by pokój został zawarty, raczej kątnik wykazał się roztropnością, co mnie wcale nie dziwi, bo to duży pająk, zapewne z bogatym doświadczeniem życiowym). Zmitrężyłam sporo czasu na nie wiadomo czym (trochę wiadomo: oglądałam komentarze Midasa do Szopki dla reportera).

Zanim jeszcze Kochany pojawił się w domu, kurier przyniósł paczkę dla Freda, a w niej sandały dr Martensa, fajna rzecz. Miły wyjechał z hotelu przed południem, pojawił się w domu przed piątą ciągnąc za sobą zmianę pogody i morską mgłę. Przyjechał z bukietem róż, mięciutką marynarką w kolorze kawy z mlekiem dla moi (Majestic Filatures, znowu) oraz nowym czajnikiem dla nas obojga (Tefal nieco bajerancki). Teraz (choć nie tylko w rocznicę) sobie mogę klikać w czajnik i się go pytać o temperaturę.

A jeśli chodzi o ucieczkę od myśli, labilna jestem. Raz się mi zdaje, że sobie poradzę, a raz, że nie. Teraz przeważa myśl, że tak (młody przesłał mi wyliczenia, dochtórka potwierdziła spotkanie na poniedziałek), ale jest jak w kalejdoskopie. 

6 lat. 

środa, 9 sierpnia 2023

1332. Overthinking.

I duchota. 

Dni są szare, tym bardziej więc wysoka temperatura zaskakuje. Ryszard odprowadził mnie z rana na przystanek i jeszcze próbował perswadować, żebym została. Kochany (wyspany nieszczególnie) przesyłał mi zdjęcia słonecznego Cork, uliczek, portu, mostu, kebabu w cienkim cieście. W ciągu dnia koleżanka poszła na pogrzeb ojca Bridżet, jakiś czas siedziałam w biurze sama, poszłam też do Moorlanda na lunch (skoro w naszej kuchni pustki). Marynarka tak się do mnie kleiła w drodze powrotnej, że wełna-nie wełna, wrzuciłam do pralki (program wełniany i płyn wełniany, więcej dla wełny zrobić nie mogłam, bo podszewka już dawno wołała o decyzję). Gdyby nie podminowanie myślami, mogłabym się pławić w wiejskim życiu (rozmawiałam z Katlin, przywitałam się z Majkelem ... sąsiad wyglądał tragicznie, czyli tak jak od dawna). 

Wyjdę na chwilę zerknąć na trawnik. Potem pisanie, prysznic, herbata, może mail. 

wtorek, 8 sierpnia 2023

1331. Bezczajnikowy wtorek.

Jeszcze wczoraj wysiadł nam na dobre czajnik. Chciałam przeprosić się ze starym, trzymanym na wszelki wypadek w szopce, ale kiedy przyszło co do czego, przypomniałam sobie, dlaczego jest tam gdzie jest (trzeba się pozbyć niedziałających gratów). Tak więc żyję bez czajnika. Kochany zawiózł mnie rano do pracy i pojechał w kierunku Cork; przez dwa dni jesteśmy z Ryszardem sami na gospodarstwie. 

Dla odmiany przyjemne ciepło (wzięłam kurtkę przeciwdeszczową, potem chodziłam po mieście w lekkiej marynarce). Miejscówka pod Cork (raczej dobre 30 km dalej) wg mężowskiej relacji okazała się zatęchłą norą ze słabym Internetem. Taki dom w którym, gdyby to było Midsomer Murders, niewątpliwie ktoś by zginął (więc cieszę się, że Fred nie jest tam jedynym gościem; mam nadzieję, że mimo wszystko zdoła wypocząć).

Gdy jestem sama, zmieniam dietę na wsiową. Dzisiaj kartoffeln ze zsiadłym mlekiem, jajkami sadzonymi i żółtą fasolką okraszoną masłem. Bardzo zacne. Jedząc te wielkopolskie delicje zerkałam na ostatnie pożegnanie Sinéad w Bray. Nawet gdybyśmy mieli wolny dzień, pewnie patrzylibyśmy na wszystko z góry (nie w tym sensie, tylko w normalnym). Za dużo ludzi. Ciekawe, gdzie (i czy) ją pochowają.

Wybory będą 15 października. 

poniedziałek, 7 sierpnia 2023

1330. Poniedziałkę.

Spałam, a moje Kochanie już tuptało wczesnym porankiem. Kiedy na dobre się obudziłam, Miły w stroju adekwatnym wybywał na Północ. Dzisiaj bank holiday, co nie robi mi różnicy, bo ostatnio nie pracuję w poniedziałki. Statystyka była. Nadal czuję luzy, ale brnę dalej, bo nie widzę innego wyjścia. Ryszard był nie w sosie, dopiero po południu nareszcie coś zjadł do końca.

*** 

Kochany pokazywał mi drogę na mapie. Zaparkowali z Ka gdzieś na Trassey Road, po czym dolinką rzeki Trassey i Zajęczą Przełęczą doszli pod Slieve Commedagh i skręcili w podejście na Slieve Beg, potem Cove Mountain (na ostatniej fotce widok na Slieve Binnian). W drodze powrotnej Fred zatrzymał się u przyjaciół na popas i wrócił przed dziewiątą wieczór. 





niedziela, 6 sierpnia 2023

1329. Niedziela.

Spotkania statystycznego nie było (młody uprzedził mnie już wczoraj i umówiliśmy się na inny termin), wyjścia Freda w góry nie było (niestabilna pogoda i późny powrót po wczorajszym kinie domowym miały dużą siłę argumentu; są plany na jutro), było życie niedzielne zwykłe. 

Ja: pisanko. Kochany pojechał na zakupy spożywcze (np. truskawki dla żony), w drodze dogadując sprawy z potencjalnym i mocno już prawdopodobnym Rysiowym opiekunem. Wiemy, że Józek kupił bilety, czyli idzie ku lepszemu ... ale nie wszędzie: Kochany rozmawiał też telefonicznie ze świekrą — ze Stu jest podobno kiepsko. Może tak być. Co da się zrobić z tą wiedzą? Niewiele. I tylko my, dziecka z letka wyrodne, nie jesteśmy powodem do zmartwień, nawet komplementem się nam oberwało: Jedyne światełko na horyzoncie w mojej rodzinie, tako rzekła świekra o naszym stadle (od razu zdecydowałam, że to pójdzie na bloga, bo jakby się miało nie powtórzyć, ślad zostaje). Po obiedzie (powtórka menu z wczoraj) pogoda ustabilizowała się na tyle, że poszliśmy nad morze.


Noga za nogą, międląc tematy doszliśmy do falochronu. Spadło na nas kilka deszczowych kropek, ale chmury przesunęły się uprzejmie dalej i napadały do morza, przez większość spaceru towarzyszyło nam zachodzące słońce. Powrót był przez plażę i drogą pod górkę, w sam raz dobra trasa, żeby zauważyć, że jeżyny powoli dojrzewają.


Jesteśmy po kolacji (wcześniej była chwila rozmowy z tatą, który oddzwonił, gdy w domu zrobiło się ciszej). Wróciliśmy jeszcze do obgadania wczorajszego filmu oraz przetrawienia informacji, że Sinéad chowają we wtorek, nie tak znowu daleko od nas. 

sobota, 5 sierpnia 2023

1328. Sobota.

Deszcz. Kochany jeszcze śpi, wrócił z Dublina o północy. Kot już śpi, wrócił nie wiadomo skąd nie wiadomo kiedy (zjadł śniadanie i zdecydował się mi towarzyszyć śpiącym kotem w Kuchniosalonie). Zamknęłam okno w sypialni, bo woda uporczywie zaciekała na wewnętrzny parapet. Spokojnie, wieś też drzemie. Symfonia Haffnerowska zagrana przez the Royal Concertgebouw Orchestra pod batutą Haitinka.
___
edit 10:08 Jeszcze bardziej adekwatny jest zbiór koncertów na flet i obój (Manco & Pecolo, 2020).
___
edit 11:15 "Nie najadłszy się" — imiesłów przysłówkowy uprzedni od czasownika "jeść". Patrząc w dal za kotem, z dobrą minutę próbowałam to to utworzyć i wypowiedzieć w zdaniu. Na szczęście Fred już wstał i mi pomógł. 
___
edit 15:20 Robota się ślimaczy, nawet byłam na kwadrans w ogródku, powyrywać chwasty i żeby dać oczom odpocząć. Kochany z rękami w mielonych, będą na obiad (w buraczkach). Akurat Ka zadzwonił z zaproszeniem na kawę i film oraz pomysłem, że może jutro pójdziemy we trójkę w góry (Mam ręce w mięsie, ale żona mi trzyma, możesz mówić, rzekł Woland). Już się umówiłam na spotkanie statystyczne w niedzielne popołudnie, ale mąż dostał zgodę ustną na wyjście z przyjacielem ;)
___
01:15 Wróciliśmy do domu przed pierwszą. Seamus i Damhnaic zrobili digestivy z cukrowymi piankami (bardzo słodkie dziadostwo). Obejrzeliśmy w czwórkę Bez skazy (1999) z nieodżałowanym Philipem Seymourem Hoffmanem (to chyba jeszcze z czasów, gdy przebieranki były dla aktorów ryzykowne); film taki sobie, Hoffman jak zwykle epicki. Była dolewka herbaty zielonej. Dopiero pod koniec dnia zorientowałam się, że silny poranny deszcz zawdzięczaliśmy sztormowi Antoni, pierwszemu imiennemu w tym sezonie (który to sezon zaraz się kończy). Lepiej późno niż wcale. 

piątek, 4 sierpnia 2023

1327. Tumult myśli.

Nie mogłam zasnąć, ale gdy już przyszło co do czego (pewnie ok. drugiej w nocy) spało się mi dobrze. Dopiero po dziesiątej zebrałam się do tego, co zamierzałam. Kochany miał wyjazd na popołudnie. Wcześniej obgadaliśmy funkcjonowania tego świata, oraz rozłożyliśmy dodatkową suszarkę, którą Fred kupił, gdy był jeszcze bardzo chory — niespodziewanie odkrył ją podczas kompulsywnego sprzątania śmieci na szafie z ubraniami (przeleżała w oryginalnym opakowaniu kilka lat, god loves it). Do tatki zadzwoniłam. Zadowolony, miał zadania do odhaczenia (ubrać się ładnie, pojechać po mamę). 

Praca powolna, sprawdzanie źródeł, wypisywanie cytatów, znajdowanie baboli myślowych w interpretacji statystyki (jeden duży babol, jak mogłam go wcześniej nie zauważyć!). Wieczorem zaczęłam oglądać Wiśniowy sad (1972), ale odechciało się mi po 1/3. Nie ten dzień. Dla odmiany, rozmowa z mamą tylko mnie wkurzyła (nie wkurzać się!). Ryszard większość piątku łazikował (nie padało, pewnie dlatego), a potem prześladował wielkiego pająka i trzeba było go ratować (pająka owego). Ogólnie not too bad, could be better.

czwartek, 3 sierpnia 2023

1326. Stres i sen.

Dzisiaj odbębnione zostało wczoraj, więc nie musiałam się zrywać na czas. Ale i tak grzebałam się ze stroną firmową i wysyłaniem newslettera, więc trochę mnie to zjadło. Po południu łeb boli od patrzenia w ekran. Pociesza mnie trochę inny newsletter, od Ganszyniec. Ten akurat z sensem, ciekawy, wiem, że autorka pojawia się i znika walcząc z demonami, ale po drodze inspiruje. 

Przyszło mi zawiadomienie z banku, że zamieniają mi rodzaj konta z jednego na drugi (akurat w moje urodziny). 

Kochany był na basenie i zrobił nam zakupy. Obiad: linguine z pesto leciuchno wyszłym z daty, na deser jogurt waniliowy z granolą. Potem zaczęłam kombinować, czy laptop łączy się mi z telewizorem, bo chciałam coś obejrzeć. Połączył. Zaczęłam więc oglądać dokument o Woodym Allenie, ale po jakichś dwudziestu minutach dałam się pokonać senności i powędrowałam do łóżka. Wstałam dopiero przed ósmą. 

Senny wid był jednym z lepszych ever jakie pamiętam. Niestety, nadal pisałam w nim pracę (nie ja jedna, przez moment śmignęła mi w tle dr Pierzasta oraz jej koleżanka tłumacząca komuś po co piszemy), ale jednocześnie byłam postacią w filmie, częściowo kryminalnym, który startował do ważnej nagrody. A w nim podziemny dom sąsiadujący z celtyckimi zabytkami, z kamiennym murem ogrodowym z którego wychodziło się na ... nieckę betonowego kanionu. Dom zresztą mienił się możliwościami. Raz był położony w dole betonowej dziury, innym razem jego drzwi frontowe wychodziły na ludną ulicę afrykańskiego miasta z piętrowymi, słomianymi domami, a potem na nasze wybrzeże. Było w tym śnie nasze morze, błyskające falami. Nasze szczury tańczące w świetle księżyca. Kora Jackowska wyrywająca sobie włoski spod pachy oraz kobieta w gumofilcach, która pływając w morzu zamieniała się w wieloryba. Ktoś kogoś zabił. Z całą pewnością kochał się we mnie gwiazdor starego kina (i gdy teraz o tym myślę, scena przypominała film Może pora z tym skończyć, bo był to przerywnik muzyczny). Obudziłam się tuż po tym, jak niezrażona szczurzym tańcem i przypływem podchodzącym do ogrodu zaintrygowałam się otwartymi drzwiami na tyłach i znalazłam za nimi kobietę w gumofilcach (teraz już bardzo podobną do Goshi), która karmiła sucharkami wielkiego, czarnego psa. Pies ciamkał, słońce pięknie zachodziło, kobieta stwierdziła, że jeszcze tu posiedzi, bo szkoda dnia. 

Minęła następna godzina. Wypiłam zieloną herbatę, zjadłam trochę czekolady podsuniętej przez Freda. Waglewski gra dla żony. Jeszcze się nie pozbierałam.

środa, 2 sierpnia 2023

1325. Paprochy.

Kochany wrócił do domu punkt szósta, akurat budzik przestał mi wrzeszczeć w mózgu. Coś jak sztorm? Z pewnością wiało mocniej i świat rzucał na mnie paprochy deszczu. Gdy doszłam do przystanku minęła mnie Miszel we fluorescencyjnym stroju do biegania (chodzenia, w jej przypadku)

Lovely weather, morning, zagadnęłam jak zawsze.
Isn't it just gorgeous? uśmiech rozświetlił jej twarz.

Biegła jeszcze inna, nieznana mi młoda dziewczyna, a za chwilę w przeciwnym kierunku sunęła Przetrącona Okapi (często ją widuję o tej porze jak zbiega z pagórka i kiwając głową, krzywo, ale skutecznie, gna jak wicher). Deszcz taki, że człowiek naprawdę jest mocno zdumiony, gdy w końcu przemaka, bo to tylko pył fruwający w różnych kierunkach. Widok na morze jak w filmie: szara otchłań, przy brzegu przebija biel spienionej wody. Tak, że ten ... poetycko. Szychta spędzona w miłym towarzystwie Saren, która na końcu obwieściła, że w piątek się nie widzimy (pomiędzy miałyśmy wspaniały pomysł, żeby rzucić to wszystko i założyć rozwojowy dom opieki dziennej nad emerytami). Będzie wolne (więcej czasu na dobijanie się wiadomą sprawą). Kochany się wyspał i zajechał karocą pod Centrum dwie minuty po czwartej. Sklep. Obiad. Nie wiadomo kiedy przyszedł czas jechania na północ. Gadane było, o wakacjach, czyli rodzinie i s p r a w a c h (tematyka pouczająca).

wtorek, 1 sierpnia 2023

1324. Sierpień.

Kombajny na polach, Lucyfer przekwitł, obudziły się wrzosy i przede wszystkim od jakiegoś czasu deszczu więcej niż słońca.

Poszłam spać po północy i zaliczałam kręciołkę (wybudzenia, sprawdzanie godziny i czy daleko jeszcze do szóstej). 

Kochany pojechał do Galway, na popołudnie, ale wyjeżdżał z domu kilka godzin wcześniej, więc umówiliśmy się, że wybywam do pracy autobusem. W Centrum Luiza dostawała ostatnich ataków paniki (w czwartek jej syn się żeni, potem długo się nie widzimy). Pływam w statystyce (powiedziano mi, żebym "nie robiła Saren", tylko wzięła się za siebie; Saren, która nadal grzebie się ze swoją pracą, potaknęła). Ka&Jot już w domu, jesteśmy umówieni na jutro (będzie opowiadanie o wakacjach; chyba fajnie, może się zrelaksuję).