Za szybko.
sobota, 30 września 2023
1384. Odpoczynek.
9:00 Robić ci kawkę, czy jeszcze podrzemiesz? pytam wstając z łóżka razem z Ryszardem. Jeszcze poczekaj, Fred mówi to wtulony w poduszkę, przekręca się na "moją" stronę i rozprostowuje długie nogi. Obudziłam się z 20 minut wcześniej, na półśpiąco zdążyłam już poskrolować internet w telefonie (nawet chyba napisałam z dwa komentarze). Zauważył to kot i z zagłębienia moich kolan przemieścił się, żeby siąść mi na brzuchu. Przez chwilę poranne mizianko kociej głowy. Wstajemy. Nakładam kotu do michy (wyrzucając niedojedzone mokre sprzed kilku godzin), ale źle odczytałam komunikat. Chodziło o wypuszczenie frontowymi drzwiami (okno było zamknięte przynajmniej od pierwszej w nocy; dopiero wtedy poszliśmy spać).
9:54 Kochanie, czy możesz mi zrobić kawkę? dobiegło mnie z sypialni. Oczywiście, że mogę. Powoli też zabrałam się do przygotowywania śniadania bardzo zadowolona z pomysłu, co na dzisiaj (a na dzisiaj: guacamole ze świeżą kolendrą i czosnkiem, pomidory koktajlowe ze świeżą bazylią, smażony ser halloumi - pierwszy raz kupiłam i na ciepło smakował jak w Cedar Gate, krążki papryki, trochę rzodkiewki, jajka na twardo - Kochany wziął do tego majonez; na deser czarne borówki, dla mnie jeszcze mój ulubiony jogurt cytrynowy z Tesco). Ok. 10:45 zasiadamy do uczty.
11:30 czałowanie i tulanie w kuchni. Mąż zmył naczynia, robi sobie kolejną mocną kawę i mnie pyta, czy mam plany w głowie. Niby mam, ale natychmiast przystaję na jego plan, bo marzyło się mi, żebym zamiast mojego planu jechała przed siebie (pomimo mokrej pogody za oknem, która właśnie sprowadziła kota do domu). Plan Freda: jedziemy na Północ w celu, że jedziemy, jedziemy, potem jedziemy, w Newry kupujemy kocie przysmaki.
12:40 rozpadało się na dobre, lecimy autostradą wzbijając tumany wodnej mgły. O 13:30 jesteśmy na miejscu. W TK Maxxie kupuję dwa mięciusie sweterki: turkusowy, z merynosowej wełny (Cynthia Rowley) oraz jasnoszary z zimnym ramiączkiem (wg producenta kolor się nazywa "mist grey", Phase Eight). W kocim sklepie nie ma tego, co Ryszard polubił, za to Fred obławia się suszonymi robakami oraz decyduje się na kupno nowego odkurzacza (takiego, który da się zawiesić na ścianie). O 14:40 zawracamy w kierunku domu.
15:15 oglądając filmik z Krzysztofem Jarzyną ze Szczecina dojeżdżamy do Costy w Dundalk; rozkładamy się z kawami na niskim stoliku przy oknie. Nadal leje.
15:45 skoro jesteśmy zaparkowani w okolicy, idziemy do obuwniczego. Rozglądanie się za dobrym obuwiem trekkingowym zajmuje nam ok. pół godziny. Przez moment mam ochotę kupić buty do chodu, ale rezygnuję. Następnie przejazd w kierunku zakupów spożywczych, czyli standardowo Lidl i Tesco.
18:00 pogoda nadal deszczowa. W końcu jesteśmy w domu, rozpakowujemy zakupy, wypuszczamy kota, który oddala się w nieznanym kierunku.
19:35 Fred zrobił obiad (kalafior z beszamelem), jemy, w tle Dire Straits (1978). Siadam przed laptopem, przeglądam zdjęcia z września. Szybko mija czas. Za szybko.
20:45 zauważam, że tatko jest aktywny na fejsie, więc go zaczepiam i rozmawiamy o różnościach jakieś dwadzieścia minut (pogoda, nowinki), mama w tym czasie siedzi niedaleko i skroluje swój telefon (a tak w ogóle to w ich odbiorniku leci chyba Szkło kontaktowe).
22:00 Kochany musiał wcześniej położyć się spać, jutro bardzo rano wyjeżdża daleko za Belfast i wstaje o drugiej. Zaraz biorę prysznic.
piątek, 29 września 2023
1383. Dobry piątek.
Naprodukowałam się, a plany i tak trzeba było zmienić. Mimo wszystko miałam poczucie jakbym wracała do domu. Tyle w temacie pierwszych trzech godzin. Z tarczą.
Kochany jechał rano do Trinity na późniejszą zmianę, więc mógł mnie podwieźć do miasta (znalazłam się w pracy o odpowiedniej porze i w komfortowych warunkach). Po tutoringu, zamiast od razu gnać na autobus postanowiłam zrobić wszystko powoli i spokojnie. Zjadłam w biurze przyniesiony z domu lunch, po czym wyszłam na pocztę. Dobrze się złożyło, że głowa mi nie gnała, bo będąc już na miejscu sprawdziłam co mam w niedomykającej się kopercie i okazało się, że nie to, co chciałam wysłać. Wróciłam do Centrum, odnalazłam papiery, ponownie poszłam na pocztę, z szerokim uśmiechem wysłałam list i zrelaksowanym krokiem poszurałam w kierunku Czarnej. Napiłam się kawy (za darmoszkę akurat), zjadłam zielone ciastko, wyczytałam w Irish Mirror, że Bono też ma nadzieję dożyć do zjednoczenia Irlandii. Po kawie, w sąsiadującym Tesco zrobiłam równie relaksujące zakupy na jutrzejsze śniadanie. Jeszcze ATM (trochę drobnych na autobus) i spacer do dworca autobusowego. Przed czwartą byłam w domu; od razu wstawiłam pranie z Fredowym mundurem (żeby miał szansę wyschnąć do niedzieli). Reszta to przeciekanie czasu przez palce, kotłowanina myśli, Midsomer 22.2, czekanie na kota oraz małżonka. Właśnie słyszę klekot samochodu.
___
Edit 23:16 Całus. Na niebie zza chmur łypie pełnia plonów.
czwartek, 28 września 2023
1382. Niewyspanie.
Po wczorajszych skokach ciśnienia (najpewniej, lub wymyśliłam sobie, że tak było), długo się dzisiaj budziłam. Dziwne zmęczenie (teoretycznie spałam ok. 7 godzin). Mam podpuchnięte oczy, więc coś jest na rzeczy.
W pracy elfa bardzo spokojnie, przewalam papiery, dwa razy spaceruję nad rzekę - nadal zdumiewa mnie to miasto, raczej obskurne, w którym kryją się jasne, ciche i przytulne miejsca. Na Boyne wysoki stan wody. Z samego rana, jeszcze zanim przywitałam się z Gronją, po raz drugi we wrześniu zaszłam na kawę do Esquiresa, bo Czarna znowu była o tej porze zamknięta (tym razem wywiesili informację, że im przykro).
Wracam z miasta wcześniej, ale i tak robienie obiadu dla siebie schodzi mi do wpół do szóstej (kartoffeln, dwa jajka sadzone, ogórki małosolne oraz sałatka z pomidorów i kolendry). Kochany pojawia się po szóstej, robię mu obiad (pieczony łosoś), rozmawiamy, w tle Genesis (1983), czas płynie, namierzamy, gdzie w kinie leci Stop Making Sense (1984), daleko trochę, słuchamy kilku piosenek Talking Heads właśnie z tego koncertu. Jutro piątunio. Jeszcze tu jestem, bo produkowałam prezentację. Ząbki. Spać.
środa, 27 września 2023
1381. Sztorm Agnes.
Skoro odhaczyłam w głowie jedną ważną sprawę to do (as there's nothing more I can do with it), trzeba się zająć innymi rzeczami. Argrhhh.
Agnes przyszła w środku dnia, ale w mieście nie wydarzyło się nic ekscytującego (niebo zaczęło się rozpogadzać, gdy zbierałam się do wyjścia z Centrum). Prawdziwe jej oblicze pokazało się dopiero we wsi: na horyzoncie białe grzywy kilkumetrowych fal; walczę z wiatrem, żeby wejść w osiedle; niewidzialna ręka przesunęła worek z ziemią (Anna próbowała w ten sposób zapobiec stukaniu otwartej furtki od naszego ogródka); kot wita mnie zwinięty w precel, ciepły i głodny, niezainteresowany sprawdzaniem, co tam na zewnątrz (przecież słychać).
Kiedy Kochany wrócił z pracy, zjedliśmy na obiad pierogi z polskiego sklepu. Byłam zła na pierogi, że nie chciały się usmażyć tak, jak sobie tego życzyłam. Jeszcze, na drukarkę byłam zła (w końcu jednak wydrukowała Fredowi upoważnienia do wysłania moim rodzicom, z różnymi adresami - niech sobie polskie urzędy wybiorą miejsce, gdzie mąż nie mieszka, skoro nalegają; rodzice dostali e-kopie, więc tata zaraz zadzwonił, że doszło).
Grafik tygodnia nadal się klaruje (w tej chwili wygląda na to, że piątki będą przeznaczone na tutoring). Mam lenia, marzę o braku konieczności zajmowania się papierowymi bzdurami i przyłożeniu głowy do poduszki, żeby mi do snu mruczał sztormowy wiatr. Ryszard po kilku próbach wyjścia na dwór zrobił sikany spacer wokół kubła na śmieci i zalega na parapecie. Mąż szuka zaginionej poduszki w koty. Pierdolę, idę spać; dobranoc państwu.
wtorek, 26 września 2023
1380. Preludium.
Przyjemności są splecione z małymi nieprzyjemnościami. Np. rano, właśnie gdy na zewnątrz zaczęło lać, znalazłam w szafie mięciutką marynarkę Majestic w kolorze kawy z mlekiem, jeszcze z metkami. Deszcz przyciągnął do domu kota, który zapewne czekał w ogrodzie, kiedy pójdę do pracy (mogłam go więc zamknąć i nie martwić się o jego ciągotki wędrownicze). Fred utknął w korku na autostradzie.
Ogacona nową marynarką jakoś przemknęłam między kroplami deszczu. Reszta dnia była całkiem przyjemna (nawet się rozjaśniło; na zajęcia przyszła sama grzeczna młodzież, niegrzeczna została w domu). Z pierwszym września ogłoszono listę potencjalnych imion dla sztormów w nowym sezonie, a już jutro będzie okazja ją wykorzystać (przez Atlantyk przesuwa się w naszym kierunku jakaś duża bromba).
Kochany wrócił na późny obiad. Gdy wyszłam go przywitać, chmury były przepięknie podświetlone dziwnym, pomarańczowym światłem i okraszone tęczą.
Wu zadzwonił do męża i posługując się słownictwem typu "suboptymalnie" oraz "syntetycznie" rozmawiał z Kochanym dobre 40 minut o rysunkach, zapachu w kuchni świekry, ślubie Usz, rozwodzie, kotach, wujostwie i innych. Jeszcze chichramy się z memów o Dąbrowie Górniczej, ale oboje jesteśmy zmęczeni.
___
Edit 20:53 ja pierdzielę; biję się z myślami, czy jeszcze coś w pracy poprawiać, tymczasem od wczoraj mam ocenę recenzenta (4,5) *o*!
poniedziałek, 25 września 2023
1379. Grafik poniedziałkowy.
6:00 budzik wrzeszczy, wyłączam go, bo już wiem, że nie muszę dzisiaj jechać. Wstaję tylko po to, żeby pójść do toalety i przy okazji powiedzieć Fredowi (szykuje się do wyjazdu), że zostaję w domu.
8:30 w roli budzika występuje Ryszard, który nie może się już doczekać, kiedy otworzę drzwi do Kuchniosalonu i podam szamę. Otwieram, podaję.
9:45 jakimiś algorytmami dziwnymi przed śniadaniem kilka razy słucham Polski Kultu; gotuję dwa jajka na miękko, jem trochę gziku, skroluję internet.
10:15 korzystając z lepszej pogody wychodzę na spacer. Wracam lekko po jedenastej. Miałam rację, że nie wzięłam aparatu. I tak szłam patrząc pod nogi, nastawiając głowę do wiatru, który wprawdzie nie był zimny, ale i tak dość nieprzyjemny.
12:15 obejrzałam vloga Bernadette o przeróbkach okładek pseudohistorycznych książek. Już wychodziłam na ogródek, gdy tatko zadzwonił i pół godziny rozmawialiśmy przez messengera o tym, że był w szpitalu na pobraniu krwi, że ogólnie jest dobrze i jest zadowolony (tatko zazwyczaj jest zadowolony).
Pomysł na przyjrzenie się cebulom Golden Bells i Little Princess był pomysłem ostatniej chwili - bulwy źle znoszą zbyt mokre podłoże w wielkiej donicy przed drzwiami. Wyciągam je z gleby, może kilka uda się uratować. Wstrzymuję się z pierwotnym planem wysadzenia w tym miejscu innych narcyzów, bo muszę przemyśleć, czy to w ogóle dobry pomysł. Ryszard zwleka się z łóżka i chwilę mi "pomaga". Gdy wracam do domu, Fred dzwoni, bo ma przerwę w pracy.
14:00 nie chce mi się o tym gadać, ale praca mgr i tak mnie dopada: Ilona ponownie pyta o program antyplagiatowy, dziękuje za pomoc (wczoraj podpowiedziałam jej, jak sformatować pierwsza stronę), więc trochę rozmawiamy (pisząc) i dzielimy się swoimi wynikami.
Jem coś w rodzaju lunchu. Robię sobie kawę, przeglądam net, usuwam martwy naskórek z pięty, którą przytarłam w czasie pierwszego dnia wyprawy do Polski (nowa skóra jest taka gładziutka).
Z nadzieją szukam krindżowego, starego filmu do obejrzenia, w typie, którego w innej sytuacji nie wysiedziałabym do końca (mam stos rzeczy do prasowania). Zamiast tego znajduję dwudziesty drugi sezon Midsomer Murders i oglądam pierwszy odcinek. Kochany zapowiedział się na siódmą wieczorem, więc powoli przygotowuję obiad.
18:35 Fred wraca wcześniej. Rozmawiamy, jemy, rozmawiamy, walczymy z drukarką. Nie wiadomo jak robi się wpół do dziesiątej.
niedziela, 24 września 2023
1378. Grafik niedzielny.
Nieco rozlazły. Po 7:10 na pewno wstałam i dałam kotu jeść. Na pewno piłam herbatę. W którymś momencie jednak wróciłam do łóżka i ponownie wstałam po 9:05, żeby zrobić Kochanemu kawę.
9:55 biorę się za robienie śniadania dla siebie (dwa jajka na miękko, gzik z czerwoną cebulą). Marnuję czas przed laptopem.
12:15 zbieramy się na zakupy do miasta. W czasie tego zbierania się na chwilę tracę głowę dla szczygłów, które przyleciały na jesienną lawendę. Robię kilka zdjęć przez zapaćkane deszczem okno, gdy ptaki siedzą na dachu, spłoszone przez przechodnia:
Na wyjeździe najpierw lądujemy w M&S, bo Freda martwi mała ilość bibuły do dripa. Stąd już niedaleko do Czarnej, więc ok. 13:30 idziemy do kawiarni przynajmniej na 45 minut. Siedzimy, sączymy, rozmawiamy o rodzinie. Po kawie wolnym spacerem wracamy do auta zaparkowanego na Fair St, jedziemy do Lidla, Tesco, chwilę łazimy po TK Maxxie (nic nas nie zadowala aż tak, przymierzam jeden sweterek, ale wyglądam w nim okropnie, obrzydliwe światło w przymierzalni podkreśla każdy wałeczek, nawet taki, którego nie ma :d). Na chwilę podjeżdżamy do sklepu sportowego, żeby się zorientować w cenach butów "na góry".
16:30 nareszcie w domu. Wypakowujemy toboły, zaczynam robić obiad, który kończymy jeść ok. 17:45. W międzyczasie umawiam się z Lusiem na rozmowę. Pogoda przez cały dzień szara, mokra i wietrzna.
18:50 nawijamy z Lusią. Ło, matko! O czym nawijamy? Co podleci. Kończymy godzinę i pięćdziesiąt pięć minut później. Fred jeszcze rozmawia z siostrą, więc i tu dowiaduję się, czego chciałam się dowiedzieć (nie wiem, czy czegoś chciałam się dowiedzieć rozmawiając z Lusiem, zazwyczaj mamy swobodny przepływ aktualizacji).
21:30 Przyglądam się wstępnej ocenie mojej pracy mgr. Stresuje mnie to, odnoszę wrażenie, że promotorka nie przeczytała arcydzieła, bo ocena brzmi 5. Nie wiem, czy jutro pracuję (Saren nie odpowiedziała na moją uprzejmą wiadomość tekstową). Obiecuję sobie jutro przysiąść do nauki, dzisiaj się mi nie chce nic więcej, orewłar.
sobota, 23 września 2023
1377. Grafik sobotni.
Ok. 8:00 kręcę się, odkrywam, sprawdzam smartfona, Fred masuje mi kark, w końcu nasze turlania się w łóżku Ryszard rozpoznaje jako przyzwolenie na zagadanie. Spaliśmy przy zamkniętym oknie, więc wstaję i wypuszczam Ryszarda, który zdecydowanie całym kotem mówi na dwór. Robię nam herbatę i kawę. Przypominam sobie, żeby podładować aparat fotograficzny.
9:45 Kot chwilę wcześniej wrócił z porannego spaceru, zjadł trochę i zaszył się w sypialni. Jem resztki wczorajszego obiadu (makloubeh z kurczakiem), Kochany preparuje kanapki dla siebie. Robię mężowi drugą kawę (Amber pokazuje się w drzwiach do sypialni, ale ucieka, gdy idę w jej kierunku). Pralka kończy program, więc rozwieszam pranie w ogródku.
10:45 W końcu rozpakowałam irygator, nie możemy go używać w łazience, stąd ta zwłoka. Nieporęcznie, ale niech będzie. Irygator, nitkowanie, mycie, płukanka. Od kilku dni używam perfum Cavalli Nero Absoluto (zdecydowanie jesienny zapach).
11:05 jestem już gotowa na spacer do plaży (aparat i herbata truskawkowa w kubku-termosie są na poszykusiu), gdy Fred mnie pyta, czy chcę zobaczyć kaczki. Chcę. Zmieniamy plan. O 11:14 wskakujemy do samochodu i jedziemy 130 km na północ (zatrzymujemy się tylko w Dundalku, żeby dotankować auto i kupić coś do jedzenia na później).
13:25 Castle Espie, pierwszy dzień jesieni (w drodze Kochany przypomina sobie, że ostatni raz był tutaj dzień po śmierci swojego ojca). Kupujemy bilety (Fred szuka znajomej, Kirsty, ale w tym momencie jest nieuchwytna). Pogoda dopisuje, tylko niestety nie można karmić kaczuch, są pod siatką, chronione od dzikich sąsiadów. Pod koniec przygody spotykamy miłą Kirsty, która dopowiada nam tło tej historii: kilka miesięcy temu w zakątku wybuchła ptasia grypa, stracili dużo młodych oraz kilka starszych kaczek. Do roku czasu będą uważani za miejsce podwyższonego ryzyka, na razie więc siatka, zakaz karmienia, maty dezynfekujące przy wejściach. Smutek. Ale za to bernikle obrożne już są! Przyleciały na zimowe pastwiska. Oraz Kirsty zapodaje Fredowi swoją wizytówkę, żebyśmy następnym razem mieli darmowe wejście.
Po spacerze (ok. 15:00) zachodzimy jeszcze do centrum turystycznego, kupuję różowe skarpetki w jeże i brelok do kluczy pracowniczych (filcowe kulki). Kochanego ciągnie do kawy, więc przy okazji zjadamy bardzo dobry wege kisz.
Przed 18:00 jesteśmy z powrotem w domu. Szybko znosimy pranie z ogródka, bo za nami ciągnie zmiana pogody. Deszcz/wiatr. Iron Maiden. Jeszcze jakiś czas nie bardzo jesteśmy głodni.
19:40 wysyłam wniosek o dopisanie mnie do spisu wyborców w obwodzie 111.
21:15 drugi raz słucham ostatniej płyty Masłowskiej. Fred będzie podgrzewał placki ziemniaczane na późną kolację. Ryszard siedzi zniesmaczony w otwartym oknie sypialni (deszcz/wiatr kontynuacja).
piątek, 22 września 2023
1376. Grafik piątkowy.
ok. 4:00 obudziło mnie szuflowanie po dnie miski z resztkami sałatki z obiadu (Kochany wrócił do domu).
6:00 alarm budzika. Nie chce się wstać, kręcę się w łóżku, prawie znowu przysypiam. W końcu zwlekam się, daję kotu jeść, w bardzo zwolnionym tempie robię zieloną herbatę. Pająk chyba już nie króluje (znajduję czyjeś zwłoki pod stołem). Jajecznica.
8:35 po zwyczajowej wędrówce autobusem o tej porze jestem już w mieście. W drodze zorientowałam się, że telefon z kartą płatniczą został w domu. Zamiast na kawę idę od razu zameldować się w Centrum i otwieram drzwi do biura własnym kluczem, bo okazuje się, że jestem pierwsza.
9:20 całą grupą wyruszamy do Carlingford. Zimno i wietrznie. Atrakcje organizuje nam Mac, miły Walijczyk bez zęba na przedzie. Robimy różne rzeczy i noszę na głowie czerwony kask (na szczęście nie mijam za dużo okien, a luster wcale). Z czasem robi się ciut cieplej, ale bez szału.
14: 05 jestem z powrotem w biurze. Otwieram laptopa, żeby przez FB zapytać się Kochanego, czy już wstał. Robimy plany obiadowe (zapraszam męża do restauranta). Robię jeszcze kilka drobnych spraw, przy okazji zmienia się mi grafik poniedziałku.
15:30 wpadam w ramiona Freda. Idziemy w dół ulicy, do libańskiej restauracji, mijając po drodze zgromadzenie samochodów strażackich na głównym skrzyżowaniu miasta. Ludzie zadzierają głowy, gołębie pewnie też, nie wiadomo o co chodzi (może jutro przeczytam o tym w gazecie). Po smacznym lunchu zachodzimy do Czarnej na kawę. W tym czasie Ka dzwoni i zaprasza na pogadanki (czyli robią się plany na późniejszy wieczór, najpierw jednak trzeba wrócić do domu).
17:50 przed domem spotykamy Bána i Amber (ależ oni bezczelni, pytają się, czy mogą wejść frontowymi; nie, nie możecie, go home). Przygotowuję po zielonej herbatce na głowę, relaksujemy się, ale jeszcze nie przebieramy, mielimy myśli, aż przychodzi godz. 19:00 i oboje stwierdzamy zgodnie, że chociaż się nam wcale nie chce, skoro jesteśmy umówieni, pora ruszać.
22:15 nad chatką Wielki Wóz. Nie zostaliśmy u przyjaciół długo, tylko na herbatę i ploty (oboje zbyt zmęczeni na seans kinowy).
czwartek, 21 września 2023
1375. Grafik czwartkowy.
ok 4:50 budzę się na chwilę, żeby mózg mógł zanotować, że Fred wrócił do domu.
7:50 pobudka 2. Kochany przewraca się na drugi bok. Słonecznie. Kot ściąga się z łóżka, drepcze za mną do Kuchniosalonu i grzecznie czeka, aż nałożę mu śniadanie. Zjada wszystko prawie do czysta i prosi o otwarcie drzwi frontowych. Zielona herbata, prasówka (Amber się pojawiła i cichcem próbowała sprawdzić Rysiowe michy). Wiatr przegonił chmury, sprawdzam pogodę i ustawiam pranie ostatniej pościeli oraz drobiazgów. Kochany i kot (jednak zaraz wrócił) zgodnie chrapią. Robię śniadanie dla siebie (jajecznica z trzech jaj, resztki kartofli z obiadu). Chętnie wyszłabym nad morze, ale spodziewam się rozmowy online.
10:00 półgodzinny czat z Gronją, jakieś zadania, omówienie sytuacji ogólnej. Emilki wysyłać będę później, więc mogę spokojnie zająć się porządkowaniem jednej listy. W międzyczasie wiadomość od Luizy z informacją, gdzie jutro jedziemy z grupą i żeby wziąć kurtkę.
11:30 Kochany wstał, zrobiłam mu kawę, rozwiesiłam pranie i wyszłam na spacer nad morze. Przepięknie. Kupiłam flat white i patrząc pod nogi doszłam do mojego kamiennego zacisza (ustawiłam jedną piramidkę). Znalazłam bardzo ciekawy kamień, obfociłam niebo.
W drodze powrotnej pod kawiarnią spotkałam Thomasa z piersióweczką, wymieniliśmy uprzejmości pogodowe. Kupiłam dwa steki na obiad.
12: 50 robię obiad (stek, kartoffeln, pomidory w śmietanie). Kończymy jeść przed drugą, w sam raz, żebym mogła zajrzeć do online biura i poprzestawiać tabelki.
15:40 Kochany wyjeżdża do Tallaght. Machamy mu z kotem na pożegnanie. W pracy online siedzę ponad pół godziny poprawiając drobne rzeczy w excelu i sprawdzając, czy ktoś jeszcze wypełnił formularz. Dla płodozmianu idę chwilę pogrzebać w ogródku. Ściągam pranie. Enola Holmes (2020) bajka dla młodzieży, nie mój przedział wiekowy, ale przynajmniej wiem, co teraz dzieciaki oglądają (tak sobie tłumaczę, że nie był to zupełnie zmarnowany czas).
21:00 za dużo ciastków, spada mi cukier. Nie mogę się zmotywować do ćwiczeń, więc przynajmniej po umyciu włosów jem dobrą kolację. Pająk-gigant nadal żyje i króluje. Suszenie włosów połączę z czytaniem.
środa, 20 września 2023
1374. Grafik środowy.
5:50 budzę się, nie wiem po co o tej porze. Chyba zaniepokoiło mnie, że Kochany nadal nie wstał. Mąż przez półsen informuje mnie, że do pracy jedzie wieczorem. Sprawdzając godzinę kątem oka widzę info od dochtórki (nadal nie ma w podglądzie mojej pracy; przecież wiem).
8:00 druga pobudka, tym razem śniłam wielką wodę (nasze morze z ogromnymi falami). Wstaję, robię herbatę; kot nie kwapi się do śniadania, widocznie jadł wcześniej (szafa była otwarta, czyli stukając nią próbował mnie w nocy obudzić na kociośniadanko). Skroluję net.
9:15 śniadanie (rozmawiamy z Kochanym o wczorajszej sytuacji i zrytych mózgach różnych postsowietikusów), telefon do CSS (miła pani Barbara zrobiła jeden klik i naprawiła to, co się wykrzaczyło).
10:00 kawa, rozważania (miał być spacer nad morze, ale wiatr znowu przybiera na sile; bawię się ustawieniami strony na wordpressie, pochłaniam ciasteczka, odkrywamy z Kochanym, że w drukarce znowu brakuje czarnego tuszu).
13:00 postanawiam jednak wyjść nad morze. I bardzo dobrze, wiatr silny, ale nie jest zimno (ubrana już jestem jesiennie: kurtka na bluzę z kapturem, żółta czapka). Mijam Uśmiechniętą Kathleen oraz mamę Larry'ego (spaceruje z małym, białym psem; nie zapytałam jej, co z Larrym, ale się domyślam).
14:00 po energicznym spacerze dopijam herbatę truskawkową. Kochany zaczął robić obiad (okazuje się, że musi wcześniej wyjechać do pracy). Poprawiam prezentację na poniedziałkowe zajęcia. Jemy obiad.
17:00 Kochany wybywa w kierunku stolicy. Zakładam kurtkę i przy Rysiowej asyście chwilę wyrywam chwasty we frontowym ogródku (jest więc i szybki czat z sąsiadkami, najpierw z Anną, potem z Katlin; słonecznie i bardzo wietrznie, szybko mnie to nudzi). Genealogia. Pan Holmes (2015) z McKellenem (niezbyt odkrywczy, ale dobrze zagrany, sfotografowany i udźwiękowiony).
21:20 Odczytuję info od dochtórki: antyplagiat bez przeszkód, procedury ruszyły, jest nazwisko recenzenta (oczekiwane, ale może i pocałunek śmierci, kto wie). Rysio wrócił z długiego spaceru (najbardziej mnie cieszy, że zaczął się normalnie zachowywać; żałoba po nas odwołana).
22:30 jeszcze ślęczę nad genealogią, ale prochu nie wymyślę, zaraz zwinę się w kłębek.
wtorek, 19 września 2023
1373. Grafik wtorkowy.
6:00 alarm budzika (obudziłam się wcześniej, bo za otwartym oknem deszcz; to pozostałości po huraganie przechodzą bokiem jako sztorm Nigel, ledwie nas muskają, ale opady spore). Fred już w drodze, rozminęliśmy się.
7:40 wyjście na przystanek. W portfelu nie mam dość drobniaków na bilet w dwie strony, kierowca nie przyjmuje €50, więc kupuję tylko bilet "do". Pada jakby mniej.
8:35 Czarna jest zamknięta (coś dziwnego musiało się wydarzyć, bo na drzwiach nie ma informacji o przyczynie, ani typowego w takich razach "sorry for the inconvenience", dostawca mleka też był zaskoczony i zostawił butelki pod drzwiami), pierwszy raz poszłam do Esquiresa po drugiej stronie ulicy. Mieli na stanie dzisiejszy Irish Independent do poczytania przy kawie i nawet dobre podwójne macchiato.
9:00 początek pracy. Grupa w ciągu dnia się przerzedza. Centrum nadal wyludnione, jest tylko podstawowa obsada, więc w porze lunchu mieścimy się przy jednym stole (i rozmawiamy o duchach). Po południu, prawie gdy kończę, przychodzi kilka dziewczyn w hidżabach. Azylantki, może dołączą do projektu (to byłoby coś nowego). Z biegiem dnia coraz bardziej stresuje mnie sprawa programu antyplagiatowego (dziekanat nadal nie odpowiada, żaden nr telefonu nie jest tym numerem, mam coraz mniej czasu na poprawę); Gronja pyta, czy już wróciłam. Offszem.
17:15 w końcu w domu. Kot wybiega w panice dwie sekundy po tym, jak klucz zachrabęścił w zamku. Chwilę jeszcze o tym myśli, wraca, żeby dostać przegryzkę i znowu wybywa pomimo wiatru i lekkiej mżawki na horyzoncie. Zauważam, że w czasie mojej nieobecności korzystał z kuwety (nie lubi, nie lubi).
18:00 Siedzę w domu z kubkiem zielonej herbaty, nadal mielę w głowie sprawę dziekanatu (nie ma się co ciskać oczywiście, bo wszystko o tej porze jest zamknięte, nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi). Jutro będzie wykorzystane na definitywne przełamanie impasu (rybka lub akwarium). Piszę część tej notki.
18:30 Kochany wrócił z pracy zmęczony nie tylko pracą. Wygląda na to, że Wojtkowa opera mydlana ma ciąg dalszy. Aktualni wynajmujący znowu kontaktują się przez Jot wysyłając pretensje nie wiadomo komu. Skarżą się, że chłopak zalał im łazienkę. Jot nie musi, ale szuka nowego lokum dla chłopaka, którego nie zna (coraz bardziej się nakręca w temacie, czyli niedobrze)
20:40 Dość mam litewskiej dramy. Genealogia (Ka dzwoni, kolejne rady, ale ja się już z tego wypisuję).
21: 40 Następnym razem powiedz Ka, że nie będziesz już o tym gadać, bo Ci zakazałam i się mnie boisz. Fred się roześmiał: Nie umiem kłamać. I taka prawda ;) Poza tym mąż przypomniał sobie, że w pracy pokazywał jednej Chince nasze zdjęcia ślubne. Ale to jakaś znajoma Chinka, czy tylko przechodziła? Okazuje się, że znajoma. Podobaliśmy się jej. No, ba! (kot w sypialni na parapecie przy otwartym oknie obserwuje nasilający się wiatr).
poniedziałek, 18 września 2023
1372. Nicniedzianiesię.
Chłodno, mam zimny nos i ciągle smarkam. Nie wiem czy to alergia, czy nos przeżywa szok klimatyczny. W każdym razie na szyi powiewa czerwony szalik w białe grochy. W pracy sztuk dziewięć nowego narybku: Kalem, Adam, Dżim, Lorenco, Luk, Szanon (już pyskuje), Kersti, Tasza i Rijana, podobno ma być też Dżon. Kupuję buraczki-do-kaczki do obiadu i pędzę do kota zamkniętego w domu (Ryszard dostaje jedzonko i wybywa na dzielnicę, bo akurat przestało lać). Wrzucam do pralki część wakacyjnej garderoby. Kochany wraca z Mullingar w sam raz na posiłek (kot się z nim wita; jest postęp, foch jakby mniejszy). Po obiedzie rozkładam się z prasowaniem wyschniętej pościeli, żeby zrobić miejsce do suszenia (w tym czasie oglądam dwa nowe filmiki Gosi ze Szkocji). Czyli nic się nie dzieje, ale jestem zadowolona (z większości rzeczy, poza kontaktem z dziekanatem, którego nie ma, gdyż ponieważ urzędy po pandemii okopały się w twierdzach).
niedziela, 17 września 2023
1371. W szarości.
Bardzo spokojnie. Pomimo tego, że poszliśmy spać po północy, obudziliśmy się po ósmej. Prawdę mówiąc zdrzemnęłam się jeszcze w południe, ale to wiadomo (aura nie nastraja do szalonej aktywność). Deszcz. Zwieńczeniem dramy ostatnich dni był telefon od Ka, który poinformował Kochanego, że jakby Wojtek miał kłopoty z właścicielką stancji, to jest ktoś inny, kto go przyjmie (przyjaciele naprawdę się przejęli, że skierowali chłopaka do jakiegoś zgniłego jaja). Na chwilę wyszłam z domu, żeby się przekonać, że w sklepiku za rogiem nie mają pieczarek, poza tym żadnych lokalnych spacerów nie było. Po obiedzie pojechaliśmy do miasta, na łażenie w TK Maxxie (kupiłam sobie jedwabny, czerwony szal w białe grochy Hem & Edge, który doda koloru każdej szarości), kawę i małe zakupy. Słuchaliśmy Davida Bowiego, muzyka nadal w nas gra.
1370. Relaks mimo wszystko.
Zapowiadają się deszcze przez cały tydzień. Nic nie poradzimy, pościel trzeba prać i suszyć w domu. Pojawił się problem z programem ASAP, więc choć planowałam oderwać się w weekend od myśli o studiach, oczywiście rano wylazłam z łoża, żeby wysmarować emilek do kogoś, kto może mi coś poradzić. Poza tym relaks, nie dam się pokonać.
Szpaki przemieszczają się coraz większymi stadami (chmara sąsiadów wylądowała w porze śniadania na trawniku i systematycznie penetrowała obszar). Szarość naokoło, kot kilka razy podejmował próby spaceru, ale szybko pojawiał się w sypialni i zwijał w kłębek.
Wracam do czytania rozgrzebanego Bielma Gutowskiego (porzucone gdzieś na wiosnę, co pokazuje rozmiar umysłowego zajęcia czym innym, bo lektura łatwa i tematycznie mi leży).
W temacie (przed)wczorajszej dramy: zawieźliśmy do Wojtka rower i przy okazji kawy w Coście poinformowaliśmy go o przemyśleniach gospodyni (żeby wiedział na czym stoi). Po kawie (nie zmarnowaliśmy całego tego czasu na rozmowie o głupich pizdach, było też trochę o kinie) zrobiliśmy zakupy i odwieźliśmy Wojtka na stancję. U przyjaciół jeszcze mielenie litewskiej dramy prowincjonalnej. Wieczór został zakończony naprawdę dobrą Balladą o Busterze Scruggsie (2018). Powrót do domu, prysznic, i mamy po północy.
piątek, 15 września 2023
1369. Jesień.
Głowiłam się do ostatniej chwili, ale w końcu trzeba było coś postanowić, więc praca została wysłana i czekam na oficjalne poprawki. Raczej kiepsko to widzę, ale cóż. W decyzji "wyślij" bardzo pomogła mi histeryczna rozmowa Kochanego z Ka&Jot (histeryczna po stronie przyjaciół, mąż tylko podnosił brew). Otóż, przyjaciele zadzwonili z "problemem" takim, że pani wynajmująca Wojtkowi mieszkanie wyguglowała, że jest on transwestytą i ona sobie tego nie życzy. Akurat skończyłam poprawiać tabelkę, im bardziej Fredowi brew się podnosiła, tym bardziej mnie ogarniał wkurw. Pac klawiszem. Poszło. Co za getto wschodnie! Początkowo Jot chyba nawet mówiła Kochanemu, żeby zadzwonił do Wojtkowego ojca. Nie wiem, co by to miało dać. Jedyny sensowny telefon byłby do chłopaka: trzeba mu powiedzieć, żeby się rozglądał za nowym mieszkaniem. Dzisiaj znaleźć normalnego landlorda to nie jest prosta sprawa. Ech.
Poza tym w pracy całkiem ok. Padało; z rana poszłam po kawę na wynos, w porze lunchu wyskoczyłam na szybkie zakupy jedzeniowe (kanapka u Izoldy, zakupy dla Saren w M&S). Nowy grafik, nowa grupa, starzy znajomi pytają gdzie byłam, jak mnie nie było. Czas strawiłyśmy na przestawianiu mebli (jest nowy stolik dla dodatkowego staffu - bardzo się cieszę, bo to o mnie), drukowaniu papierów na poniedziałek i in. sprawach organizacyjnych.
Z rzeczy wzruszających mnie po powrocie - w nocy Ryszard śpi z nami jak zabity. Nie budzi nas, drzemie, jakby chciał się wydrzemać za wszystkie dni. Zapewne aura pomaga. W porównaniu z temperaturą przed naszym wyjazdem wyraźnie się ochłodziło. Podobno w zeszłym tygodniu było uderzenie ciepła, ale nic po nim nie zostało. Jesień (w głośnikach Dziki książę Variété i Wolne Masłowskiej).
PS. Fred rozmawiał z Katlin. Sąsiadki są zachwycone Józefem.
czwartek, 14 września 2023
1368. Niechciej.
Wczoraj tak utknęliśmy na szukaniu świeżych poszewek na poduszki, że Kochany postanowił użyć jeszcze jednej poszwy na kołdrę, tej, którą dostaliśmy od Krakusów z okazji ślubu (ze sprośnymi rysunkami Mleczki). A że jedna (za mała) poszwa była już zainstalowana na swoim miejscu (i nie chciało się nam jej ściągać, bo byliśmy pokonani przez środę), każde z nas ma swoją kołdrę. Pełen luksus.
W pracy start powolny, nowa grupa zacznie od poniedziałku, więc mam czas się pognieździć. Waży się los mojej pracy dodatkowej, a konkretnie płacy za nią. Tak czy śmak, niedługo na pół gwizdka wracam do uczenia.
Po powrocie do domu poszliśmy z Kochanym na spacer dookoła komina w poszukiwaniu kota. Z sukcesem. Ryszard dołączył do nas na sąsiedniej ulicy, razem zrobiliśmy kółeczko.
Na obiad pieczony łosoś, marchewka ze słonecznikiem, różowa lemoniada. Ciekawie te nasze dwa życia się przeplatają; nie przestanę się dziwić, że jednego wieczora jesteśmy tam, a kolejnego tu.
Na ósmą umówiona na konsultacje statystyczne. Nie chce się mi.
środa, 13 września 2023
1367. Przemieszczenie.
Pobudka o trzeciej (w zasadzie kwadrans przed). Fred sobie uświadomił, że musimy przecież nadać duży bagaż, więc nie mieliśmy czasu na śniadanie, w zupełnej ciemności ruszyliśmy z kopyta (słowo daję, nuciłam Don't stop me now Queenu). Na lotnisku szybki uścisk z rodzicami i patataj do szeregu. We Wro mgła na zmianę, z każdym kilometrem lotu robiło się jaśniej i bardziej chmurzasto. W samolocie odsypiałam noc, półgodzinna drzemka pomogła mi odzyskać jako taką równowagę (przynajmniej w pierwszej połowie dnia).
A to już mielizny podczas odpływu w okolicach Howth, przy podchodzeniu do lądowania:
wtorek, 12 września 2023
1366. Ostatni dzień.
Kochany obudził się i sam pojechał do miast (dentysta, rejestracja i ubezpieczenie auta, fryzjer), wrócił dopiero w porze obiadowej. Większość dnia ćmił mnie łeb (pewnie z powodu diety bezkofeinowej), kręciłam się po domu pod okiem asystentów kuchennych:
Mój bilans pobytu w Polsce jest na plus. Poza niekończącym się serialem poprawek do pracy (nadal jest mętna) same bonusy. Nie sądziłam, że załapiemy się na taką pogodę, bardziej spodziewałam się świeżych bułeczek kupowanych przez tatę codziennie o poranku (i słusznie, będzie mi tego brakowało). Fredowe boje z polskimi urzędami to inna opowieść, niestety element ludzkourzędowy często tu zawodzi (mimo wszystko samochód zarejestrowany, ubezpieczenie zapłacone). Pocieszają dobre kawiarnie, choć męczy mnie unikanie wzroku innych ludzi.
Jestem odprawiona i prawie spakowana. Sen będzie trwał chwilę, bo wylot jest ekstremalnie wcześnie. Na pożegnanie siedziałam z mamą w ogródku na bujanej ławce. Po kolacji oglądanie Columbo, 3.6.
poniedziałek, 11 września 2023
1365. Snuj.
Trudne budzenie, bo spać, spać, spać ... gnieździłam się obok Freda jeszcze z dwie godziny po tym, jak pierwszy raz postanowiłam, że zaraz wstaję.
Klikałam wygładzając tekst, snułam się, traciłam czas. Postanowiliśmy oddać irygator, który nie działał jak trzeba, ale to jutro (sklep już się zamykał), dzisiaj po południu skaling z piaskowaniem, fluorowanie i zagwozdka pt. rehabilitacja stawu skroniowo-żuchwowego. Pierwsze słyszę, a powinnam. Fred ma do odhaczenia jeszcze jedną wizytę u stomatolog. Irygator w międzyczasie sam się naprawił.
Po powrocie z Wrocławia kupiliśmy trzy wkłady do zniczy i od razu poszliśmy na spacer do dziadków i cioci. Pogodowo jeszcze cieplej niż wczoraj. Snuja część dalsza. I znowu chce mi się spać.
niedziela, 10 września 2023
1364. Wsiowo.
Po śniadaniu poszłyśmy z mamą na cmentarz rozmawiając przy okazji o różnych rzeczach (pani Bzowa w czasach peerelu załatwiła babci Mani dywan, który teraz sezonuje się w stodole; w lipcu rodzice byli w Miasteczku i nic nam nie powiedzieli, albo nie pamiętam - w każdym razie mamie się nie podobało, szczególnie niedawno zabetonowany rynek spotkał się z jej dezaprobatą). Niebo zupełnie bezchmurne przez cały dzień.
Na podwórku tuż przy ścieżce takie coś:
Snuję się. Nad dyskusją usiłuję "pracować" dopiero po obiedzie, bez większych sukcesów.
Trafiłam w telewizorni na końcówkę Polowania na much Wajdy - warto kiedyś obejrzeć całość tego dziwactwa.
Fred zadzwonił z Jeleniej, że się nudzi bez żony i zaraz wraca; zapadłam w sen z którego obudziłam się, gdy do pokoju wszedł Kochany, było to jednak dziwne obudzenie (ciało funkcjonowało lepiej niż umysł). Poszliśmy z mężem na spacer, ale kółko było szybkie (po czwartej nadal za gorąco, do tego sklep zamknięty, więc nie można było kupić zniczy). Ogólnie jestem zmęczona albo senna, może po prostu upał mi doskwiera. Kochany mówi, że już go dopada stres z powodu zbliżającej się podróży.
sobota, 9 września 2023
1363. Życie rodzinne.
Kochany wyjechał na południe wcześnie rano, jeszcze zdążył dostać buzi na pożegnanie. Po śniadaniu poszłyśmy z mamą na króciutką przechadzkę z Maksiem. Mamie nie chciało się gotować (i słusznie), więc na obiad pojechaliśmy w trójkę do Korony na gyros w Greco, po czym natychmiast, bez odwiedzania sklepów, zjechaliśmy do Tcy na kawoherbatę w Kocie. Włala:
Akurat ŚD była na dyżurze, chwilę pogadałyśmy o kawie, jej planach i takich tam (tata jak zwykle ucinał bajerę). Poza tym rano i po południu nanoszenie poprawek przesłanych w nocy przez dochtórkę i martwienie się, że trzeba z nią wieczorem rozmawiać.
Kochany dwa razy zadzwonił, żeby mi pokazać szlaki w okolicach Szrenicy. Znowu słonecznie i bardzo ciepło (późniejszym popołudniem temperatura pod tarasem nadal przekraczała 25°C), w górach podobnie, na dodatek tłoczno, więc Fred zrezygnował z części planów.
Spotkanie nie było takie złe. Tzn. na razie wygląda na to, że wszystko jest w porządku. Jestem krytyczna, mózg produkuje mi jakieś dodatkowe kwestie, będzie tak jeszcze przez jakiś czas i trzeba to przyjąć jako chwilową normę.
piątek, 8 września 2023
1362. Nastroje minorowe.
Zanim po północy poszłam spać, jeszcze raz zerknęłam na emilki i znalazłam informację od dochtórki z propozycją spotkania online. To raczej źle mi wróży, w związku z czym potaknęłam i ... poszłam spać, tak byłam nieżywa po podróży. Miałam nadzieję, że w sobotę pojadę z Kochanym w góry, ale przy takim obrocie spraw Fred jedzie sam (dopisane rano: jak to oczekiwania wpływają na odbiór realiów ... bo przecież jest pięknie, ciepło, za mną pluska prawie-fontanna w ogrodzie rodziców, powiewa lekki, przyjemny wiatr; siedzę pod wielkim parasolem i rozkminiam różne wersje tego "co dalej", jeśli aktualne plany się mi wykrzaczą). Kochany zabukował nocleg u pana Krzysia i będzie mi zdawał relację z pięknoty tego świata.
Są też milsze wieści: odezwała się Jot z nowiną, że znalazła mieszkanie w sensownej cenie i w mieście o które się rozchodziło. Miejsce było poszukiwane dla Wojtka, przyszłego studenta (czyli syna Tomka; obu poznałam w ostatni wtorek).
Po obiedzie Kochany zabrał mnie do miasta i ponieważ Kot się już zamykał, poszliśmy na kawę do Markizy, po czym obeszliśmy naokoło klasztor w którym się urodziłam. Włala:
czwartek, 7 września 2023
1361. Do Rzeszowa!
Pobudka wczesna (happy anniversary, my Love), wyjście do Sarzyńskiego dopiero ok. ósmej (młodzież licznie zbierała się na przystanku). Fred zauważył był, że lubię tak chodzić z fioletową torbą świekry na zakupy do piekarni. Fakticznie: miejskie życie ze sklepem osiedlowym oddalonym o kilka kroków chwilowo bardzo mnie konweniowało. (Widziałam ciekawie ubraną seniorkę, perły miała na szyi, a drugi sznur fantazyjnie upięty we włosach. I git) Lista zakupów: 6 puławianek, 1 cebularz, 2 drożdżówki z serem i rodzynkami. Fred dorobił wczoraj klucze do bloku i mieszkania, więc z zamykaniem po raz ostatni przybytku nie było dodatkowych mecyi i zawracania głowy sąsiadom. Jeszcze chwila suspensu, gdy klucz do samochodu po locie z balkonu trzeciego piętra rozpadł się na pół; wyrzucanie śmieci (z dokarmieniem dwóch osiedlowych kawek); w ostatniej chwili wrzucenie do kieszeni skarpetek suszących się w łazience; no i oczywiście szukanie na mieście taśmy dwustronnej do zabezpieczenia w połowie rozgrzebanej tablicy rejestracyjnej.
Gdy w czasie podróży poślubnej późnym latem zmierzaliśmy na Wschód, nie pamiętam nawet, czy widzieliśmy cień tego miasta na horyzoncie. Tym razem pojechaliśmy do Rzeszowa mając na myśli konkretny plan spreparowany z fantazją wczoraj: kobieta w błękitnej sukience z rybą u szyi weszła do restauracji Chilita po drugiej po południu. Zjedliśmy razem obiad i wymieniliśmy się kilkoma faktami (dobrze jest zobaczyć żywego człowieka za blogowym pisaniem; oczywiście Frau Be już wcześniej znała nas z fejsbunia, więc od razu wiedziała, że jestem siwa, bez żartów). Wszystko to za krótko; zanim zdążyliśmy się rozgadać, trzeba nam było jechać. Droga wiodła pod słońce; był przystanek gdzieś przy A4, bo Kochany musiał się wesprzeć jeszcze jedną kawą. Po dziewiątej wieczorem rodzice przywitali nas po staropolsku: pierogami i pychotkami z bitą śmietaną. Zmęczona jestem bardzo. Ale też szczęściara ze mnie jest :)
środa, 6 września 2023
1360. Stacjonarnie.
Pobudka po szóstej, trochę zwlekania, dopiłam herbatę i poszłam do osiedlowego, tym razem po dwie puławianki (nadal mamy chleb) i coś słodkiego. Główny powód: chciałam przejść się rano po osiedlu. Poza Sarzyńskim zaszłam jeszcze do płaza, po masło i sery. Ludzie zdążali do pracy, odprowadzali maliznę do przedszkola, spacerowali psy, jechali rowerami. Miasto budzi się na dobre ok. ósmej, gdzieś coś wiercą, gdzieś kopią. Śniadanie mnie rozleniwiło, tymczasem praca rozpościera się przede mną.
___
edit 20:30 Fred wrócił z urzędu po południu zdenerwowany na maksa - nic nie załatwił, ponieważ (uwaga!), żeby zarejestrować samochód trzeba przynieść ze sobą tablicę rejestracyjną. Fizyczną tablicę trzeba odkręcić od samochodu :D Kiedy szliśmy na obiad, jeszcze trochę się z tego nabijaliśmy, bo co innego można było zrobić w tej sytuacji. Gustlik napisał nam, że się nie wyrwie, więc obiad w Antyku zjedliśmy tylko we dwoje, a potem ruszyliśmy na miasto: do Herbaciarni na lody, zobaczyć pawie (dzisiaj były małe pawiątka!!), zejść do łachy wiślanej (kaczki jedzą ciamkając) i parkiem deptać w kierunku mariny. Kiedy już tam byliśmy okazało się, że Freda otarł sandał, więc zostawiłam Kochanego na ławeczce i poszłam do najbliższej obczajonej apteki, która ... akurat wyjątkowo dzisiaj była zamknięta (przepraszali za niedogodność). Z Piłsudskiego skręciłam w Piaskową, zrobiłam zakupy, potem wracałam na marinę Pustą i 6 sierpnia. Czyli wróciłam po pół godzinie, podziwiając po drodze miejską architekturę (było bardzo ciepło, czerwony t-shirt z Siekierą przepociłam jak się należy). Kiedy już oboje z Kochanym się oplastrowaliśmy, poszliśmy zrobić kilka zdjęć Wisły i kaczek z wieży widokowej (znowu jedzą) i zaczęliśmy spacer powrotny: przez kościół "na górce", wschodnią część parku, aleję Królewską, Cichockiego, Zieloną, Fieldorfa, Grabskiego i prosto, bo wiadomo, tam gdzie lubię. W taki sposób między drugą a siódmą zrobiliśmy kilka km po mieście. Trochę zapomniałam o strupie na głowie (nie wiem, czy się wyrobię, czy się do następnego piątku nie rozsypię, intelektualnie i motywacyjnie). Dzień przynajmniej częściowo był piękny. A jutro, jak nic nie stanie na przeszkodzie, Frau Be!
___
edit 21:15 parę fotek w związku z tym:
wtorek, 5 września 2023
1359. Miejscowa.
Miecz Damoklesa buja się nade mną, ale dzisiaj jest dzisiaj, odrzucam niepokoje. Ponieważ znowu obudziłam się wcześnie, postanowiłam to wykorzystać w dobrym celu. Odziałam rybaczki, T-shirt w paski, przeczesałam siwy włos, pokryłam twarz sunblockerem i o pięknym a ciepłym świcie, bujając biustem uwolnionym ze stanika, poszłam do osiedlowego sklepu. Zakupy: 5 puławianek (przed siódmą, więc jeszcze były), 1 cebularz, 1 chleb kołodziej. Nikt się do mnie nie od-uśmiechnął, poza panią sprzedającą. Ale ta z kolei zaczęła sprzedawać następnej osobie zanim wzięłam swoje zakupy z lady.
Mieszkanie jest nawet dobrze wytłumione, mikrokuchnia zawalona przyprawami w których się nie orientuję, lodówka wypchana jedzeniem (przy porannej kawoherbacie zastanawiamy się z Fredem, po co ludzie to sobie robią). Kochany właśnie preparuje śniadanie (już pochłonęłam dwie puławianki z szynką i pomidorem). Mamy plany, ale zanim dojdzie do ich realizacji, będzie spacer w kierunku pałacu (jest 9:00 czasu lokalnego).
___
edit 19:25
Wtorek był zaiste mocno chodzony. Po domowym śniadaniu udaliśmy się w kierunku pałacu, oczywiście po drodze zatrzymując się w herbaciarni (stąd kawa i lody bakaliowe). Po kawie przez pałac i park Marynki doszliśmy aż do Włostowic, w słusznej sprawie, bo Fred chciał porozmawiać z kolegą Tomkiem (przy okazji poznaliśmy syna kolegi). O tej porze dzień już zapowiedział się na upalny i dotrzymał słowa. Tomek zawiózł nas autem pod zamek w Janowcu i oprowadził po obiekcie. Pobieżnie obejrzeliśmy też dwór z Moniak oraz sąsiadujący spichlerz, po czym poszliśmy gęsiego za przewodnikiem do przybytku o nazwie Manes. Zjedliśmy tam chłodnik i patrzyliśmy na dwie owce, które robiły co chciały. Do Kazimierza dostaliśmy się dzięki przeprawie promowej (błyskawicznej, nie czekaliśmy ani minuty) po drodze zwiedząjąc jeszcze chwilę wąwóz Ciasny i ruiny willi Stanisława Szukalskiego oraz obfocając panoramę Wisły z Albrechtówki (nasz przewodnik w tym czasie jednocześnie mówił i szukał w piaskowcu amonitów). Był przystanek w aptece (kontakt rodzinny), następnie klasztor OFM (jak na zakon żebrzący, pan, który łypał na nas, gdy wracaliśmy z zapuszczonego wirydarza, miał brzuch imponujący). Jeszcze chwila na rynku, omówienie kamienicy Przybyłów i powrót do miasta. Byliśmy już trochę głodni i wyszło tak, że wylądowaliśmy w Kameralnej (pod restauracją pożegnaliśmy się z naszym przewodnikiem). Traf chciał, że w ogródku siedział drugi kumpel Freda z czasów wczesnej a burzliwej młodości, więc mogłam go poznać. Obiadek i powrót z buta do mieszkania. Padam, nic się mi nie chce (w trakcie przerwy w łażeniu skontaktowałam się z Frau Be, więc na tę chwilę na czwartek też jest mały plan).
poniedziałek, 4 września 2023
1358. Chata wolna.
Znowu spałam raczej słabo, tym razem z napięcia, okno było uchylone i do środka wpadał przyjemny, nocny chłód. Wstałam o szóstej, więc mogłam pożegnać się z mamą, która wybywała do pracy, zjadłam pomidorówkę jeszcze zanim Kochany wygrzebał się z wyrka. Mycie włosów, jajecznica na śniadanie, picie kawy ze szklanki z różą (to babci Mani), pakowanie się pobieżne (w końcu nie wyjeżdżamy na księżyc, jakieś rzeczy do wzięcia na później zostają).
Wyjechaliśmy przed zaplanowanym czasem, ale dzień jakoś się rozlazł. Już o 10 śmigaliśmy S8, a przed dwunastą podjechaliśmy pod dom cioci Ce. Jak można było się spodziewać, ciocia przygotowała wszystko na tip top; ciasto najlepsze z możliwych, obiad dwudaniowy (mieliśmy wpaść tylko na herbatę). Zasiedzieliśmy się do po trzeciej, wujek zabawiał nas rozmową o Polsce suwerena (głośno się zastanawiał, czy nie warto byłoby zwiać do Czech i dziwił się swoim dzieciom, że same gdzieś nie zwiały), ciocia była mocno zniknięta w swojej skrytce kuchennej. Dopiero, gdy wychodziliśmy, pojawił się temat wiadomy. Trudno o tym rozmawiać, chyba jeszcze się nie da. Zapakowałam dwa kawałki jabłecznika, które zjedliśmy przy kawce na mopie w Wiśniowej Górze.
Do NA dojechaliśmy o zmierzchu. Gdy sapiąc wdrapaliśmy się po schodach, żeby odebrać klucz od sąsiadki z góry, słońce właśnie zaszło na dobre. Kochany wziął mnie jeszcze na spacer po nocnym mieście; zrobiliśmy trasę do Okrąglaka i z powrotem; gdy wracaliśmy nad blokiem świecił Wielki Wóz. Świekra przez telefon podała nam hasło do wifi. Nigdy wcześniej nie mieszkaliśmy tu razem zupełnie sami.
niedziela, 3 września 2023
1357. Urlopu ciąg dalszy.
Umówione spotkanie z dochtórką jak zwykle warzy dzień, może trochę mniej niż zwykle, bo urlop nieco mnie znieczula na wszelkie próby nacisku i stresy związane z walką o przyszłość. Siedzimy w domu, jemy śniadania, pijemy kawy w ogrodzie, siorbiemy rosołek, gadamy do kotów, dyskusje prowadzimy zbyt głośne na temat sensu seriali, Fred po obiedzie wyjada resztkę surówki łyżką prosto z michy (jak u nas w domu), oraz zajadamy podwieczorek złożony z kanapek z serem, aż nam się uszy trzęsą. Planujemy też jutrzejszą podróż mniej więcej na Wschód. Kochany w związku z tym zadzwonił rano do cioci Ce i nie od razu dostał wiadomość zwrotną, ale w końcu zdecydowaliśmy, że jedziemy przez stolicę, tylko wcześniej na dwie godziny zjeżdżamy z trasy do opolskiego. Spotkanie się odbyło. Napięcie nie za bardzo zeszło, na razie robię dobrą minę. I kanapeczki zjadłam (znowu). I słucham arii z Damy pikowej Czajkowskiego.
sobota, 2 września 2023
1356. Sennie.
Znowu źle spałam, Fred mówi, że to przez temperaturę (zauważył zamknięte okno dopiero nad ranem). Poza wspólnymi posiłkami ruchy wolne. Poszłyśmy z mamą na cmentarz usunąć chabazie porastające wąskie ścieżki pomiędzy grobami. Akurat zrobiło się ciepło i mama mnie wystraszyła, bo nagle zrobiło się jej trochę słabo (doszłyśmy powoli do domu). Po obiedzie odpłynęłam w sen. Tymczasem Fred umówił się we Wro z Perlistym. Kiedy się obudziłam, napiłam się kawy, zagryzłam to ciastkiem, trochę pisałam, poszłam z Maksiem i tatą na krótki spacer. Kochany wrócił z wyprawy do miasta w zupełnej ciemności (na talerzu została ostatnia kanapeczka). W telewizorni pierwszy Harry Potter (niektóre dzieci grają raczej sztucznie, Emma Watson np.).