[go: up one dir, main page]

poniedziałek, 19 stycznia 2026

[531]. S-H-G.

Spoczęła na mnie odpowiedzialność. 
Z jednej strony cieszę się bardzo, z drugiej mam tabuny obaw. Bo co będzie jak nauczę źle? Co będzie jak moje złe nawyki przeniosę na dziecię?
Staram się. Wiem jak ciężko jest tłumaczyć oczywiste rzeczy. Jak opisywać to, co podskórnie, podświadomie, bez namysłu i automatycznie. Zmuszam się do tłumaczenia, sama zastanawiając się nad tym, jak to działa i jak to czuję. A nie jest to łatwe.
Ciężko powiedzieć jak będzie. Ale dzisiaj zapoczątkowaliśmy nauki. Matka i syn. Przekażę mu wszystko co wiem i umiem. Z duszą na ramieniu.
Na początek musieliśmy przykleić L. Magnesy w zestawie nic nie dały, odlatywały L-ki z maski nawet jak nie wiało. Zamieniłam je na taśmę klejącą dwustronną. Jednak rękodzieło przydaje się na coś. 
Potem pojechałam na parking przy Morrisonsie, bo po 16 w niedzielę już zamknięte. A chciałam jeszcze za jasności rozpocząć. 
Dzisiaj na tapecie były: Start, Biegi, Ręczny, Jedynka, Stop. I Sprzęgło, Hamulec, Gaz.
Hamulce do sprawdzenia, bo działają jak żyleta i rzuca człowiekiem jak manekinem w crash-testach.
Jutro kartkówka z dzisiaj i Dwójka. Bieg oczywiście. Nie że co inne. 
Tak więc ogłaszam stan wyjątkowy. Niebawem wyruszymy na ulice.

A porównując z prawem jazdy w Polsce.
1. Dostajesz Provisional ID jeszcze zanim wsiądziesz do auta. Właściwie bez tego nie wolno wsiadać. 
2. Uczysz się od kogo chcesz, jeździsz ile chcesz. Zawsze z kierowcą, który jest opiekunem. 
3. Egzamin zdajesz swoim samochodem.
Poziom stresu? Dla niektórych ogromny. Ale jeśli ma się porównanie z Polską i polskimi egzaminami, to tutaj to jest pikuś. 
Co ciekawe, bardzo rzadko spotykam jakiegoś dzbana, który siedzi na zderzaku, mruga, zapindala. Pewnie, że są i tacy. Ale to zazwyczaj Polacy, Rumuni, Pakistańczycy i inne nacje. Brytyjczycy zazwyczaj zachowują spokój. 
A skąd taka różnica w kulturze jazdy, nie mam zielonego pojęcia. Bo te trudne egzaminy i wyjeżdżone godziny w Pl powinny wyprodukować dobrych kierowców. A ja mam wrażenie, że odbierają prawko i część mózgu odpowiedzialna za jazdę zanika. 
Wystarczy prześledzić profil na FB Co dziś pierdolnie na DK10. Prawie nie ma dnia, żeby na tej drodze coś się nie stało. Zaznaczam, że droga w dobrym stanie. Ale jak czasem oglądam filmiki z kamerek, to włosy dęba stają. 


niedziela, 18 stycznia 2026

[530]. Raport tygodniowy.

13.01
Nie mogę uwierzyć. Dzisiaj rano Młody zarządził: jedziemy do IKEA. Powiem tylko, że zaskoczyło mnie to ogromnie, bo on ma z zakupami jak ja. Najlepiej nie. Ale do IKEA to ja lubię. Pochodzić, popatrzeć, podotykać, kupić po raz 10 tego samego kwiatka, bo poprzednie odmówiły współpracy. Młody z bluszczu (który też kilka razy nabywaliśmy) zrezygnował z hukiem. I zażyczył sobie kaktusa. No i ma i rośnie mu. Nie wiem kiedy podlewany, ale obstawiam, że w sierpniu ostatni raz. To jest roślina, co survival uprawia. Spada z parapetu, gubi doniczunię i znów reanimacja. I kurde rośnie.
A ja, która mam "rękę do kwiatów" chyba już nie mam. Fiołki uschłam. Znaczy jeszcze spróbuję je uratować, ale marne szanse. A ten wiecheć, co go kupiłam znów ma za zadanie przeżyć. Tylko tyle i aż tyle. 
No więc podróż. W trakcie jazdy rozmowy na temat ekonomii, działania dużych firm, systemu i plany na zaś.
W sklepie zwiedzanko, rezygnacja ze stacjonarnych klopsików, zakup kilku rzeczy, obraza na to, że nie mają odpowiedniej wielkości poduszki (Młody). Kupiliśmy pościel, Młody sobie wybrał. I teraz słucham jaka ona jest cudowna, jak się dobrze w niej śpi. No bo 100% bawełna. Potem rajd po sklepach i szukanie podłebnika. Obraza w innym sklepie, że 110 funtów za podunię i znów narzekanie (Młody) na to, że nie ma już prawie sklepów branżowych, które zajmują się określonym rodzajem towarów i że wielkopowierzchniowe markety rozwalają wszystko.
Słuchaniem tego marudzenia się aż zmęczyłam. Wróciliśmy, zrobiłam klopsiki (mrożone z IKEA) z sosem i borówką (też z IKEA). I minął dzień. 

15.01
Mechanik. Ogólnie przeglądzik, wymiana olejów, w skrzyni biegów i silnikowego. I zamówienie pompki do spryskiwacza. 
No i dostałam zjebkę. Za C4. Bo ma jakiś silnik chujowy. I pojechał mi po ambicji i honorze, że Młody to niewiele o życiu, znaczy samochodach wie, ale ja to powinnam już wiedzieć, że najpierw pytać. I tak o. Przyjęłam na klatę.
Młody zrobił hamburgery. Powiem Wam, że nie dość, że dostałam jedzenie pod nos, to jeszcze tak pyszne, że aż. 

16.01
Mechanik. Wymiana pompki. Umówienie na wyważenie kół i zbieżność.
No i tu zaczyna się polka hopka. 
Minutę po wyjechaniu z warsztatu zapaliła się kontrolka: check engine.
Ja p!^(%^&@(&^&$(&~&(^(^#@^#&##&&#
Telefon, Wracamy.
No i oczywiście ironii końca nie było. A nie mówiłem, co drugie zdanie.
Ale okazało się, że cewka. Naprawione. Ja dostałam klasycznej głupawki, Młody widać było, że zmartwiony i że włączył mu się tryb ja pierdole. Ale nic to, wróciliśmy. Jest ok. I w końcu mogę sobie szybę wycierać.

Z tego wszystkiego obiadu nie było.

Dzisiaj (a raczej wczoraj).
Dzień lenistwa. Zrobiłam pranie, żeby nie było, że już nic kompletnie nie robię. 
Młody zrobił tortille z kurczakiem. 
Przepyszna.
Ale mam radochę jak on odkrywa, że różne kuchenne działania są proste i nie wymagają nie wiadomo czego.
Z tego zadowolenia upiekłam murzynka, jak z PRL-u. Jak byłam dzieciakiem, mama kazała mi zawsze mieszać cukier, mleko, kakao i margarynę w garze, czego nie znosiłam. Ale za to pamiętałam do dzisiaj co potrzebne do przepisu. Teraz sobie tylko sprawdziłam proporcje. Posypałam wiórkami. Tak mi się chciało słodkiego :D

Takie to nudne życie.





piątek, 9 stycznia 2026

[529]. Dzięki bogu już piątek.

I wcale nie chodzi mi o to, że jest piątek. Bo ja lubię wszystkie dni. Poniedziałek też.
Ale ostatnio mam jakieś takie trzaski, że przypominają mi się różne tytuły i słowa piosenek z zamierzchłych czasów.
I tak na przykład posty o Bratysławie u Teatralnej spowodowały przypomnienie o serii "Z czego się śmieją nasi sąsiedzi". Był taki cykl w TVP1 w 1983-1984, który jako 10-latka oglądałam. Leciały tam komedie czechosłowackie, radzieckie i inne z bloku wschodniego. Pamiętam niektóre kadry, absurdalny wręcz humor i że było śmiesznie. Teraz tak sobie myślę, że byłam jednak dziwnym dzieciakiem. Z jednej strony łobuzowałam z chłopakami całymi dniami na dworze, z drugiej czytałam książki, opiekowałam się siostrą, oglądałam Monty Pythona, wspomniane komedie, W Starym Kinie, lubiłam Pegaz, Teatr Telewizji i Piątek z Pankracym. A do tego, w tym czasie zaczęłam rozwiązywać krzyżówki, na złość ojcu, który nie pozwolił mi wpisać odgadniętego słowa w jego krzyżówce. Zaczęłam więc kupować swoje i rozwiązywać namiętnie. Bez komputera, ale za to z encyklopedią, słownikami i ogromnym zapałem. Odkrywałam sama co to anagramy, homonimy, palindromy i inne logiczne zagadki. Pamiętam jak pierwszy raz kupiłam Szaradzistę, a to już był poziom wyżej niż seria Rozrywki. 
Wracając do tematu, Teatru niechcący przypomniała mi o "Tajemnicy zamku w Karpatach" - na zasadzie skojarzeń. Oglądałam ten film kilka razy, bo był powtarzany w tv. I takim sposobem przypomniałam sobie o serii i zapragnęłam znaleźć tytuły. Po to na przykład, żeby obejrzeć sobie jeszcze raz. Pamiętałam jedynie "Jak utopić doktora Mraczka". No i przekopałam internet, nie cały, ale trochę. Trafiłam na jeden blog z opisami ramówki w PRL - https://dziswtelewizjiprl.pl/. Ale znalazłam tylko jeden wpis, który wygrzebałam przeglądając programy. Napisałam do twórcy bloga, ale on nie wiedział za bardzo. Więc zaczęłam szukać i znalazłam forum z programem. Ale musiałam przeglądać każdy sobotni. Znalazłam trochę tych filmów. 
„Teść" komedia CSRS
"To moja sprawa, szefie"
„Jak utopić doktora Mraczka” — komedia czechosłowacka 
„Wszystko na opak" — komedia produkcji ZSRR 
„Szpinak czyni cuda” — komedia prod. CSRS 
„Setka dla kurażu” — komedia radz. 
„Mareczku, podaj mi pióro” — komedia prod. CSRS 
„Horoskop szczęścia” — film produkcji CSRS 
„To niemożliwe” film fab. prod. radzieckiej 
(kopiowane z forum)
No i na fali tych wspomnień, pomyślałam sobie o innym tytule. Dzięki bogu już piątek to też film.
A że piątek i o filmach, no to tak się przypałętał.
A jeszcze jedna dygresja odnośnie trzeciego zdania.
Pamięta ktoś jeszcze, że byliśmy dołowani odgórnie w czasach PRL-owskiej telewizji?
W niedzielę był program - "Jutro poniedziałek". Lekkim popołudniem, żeby nie było ludziom za dobrze. Ha!
No i jak tak przeglądałam programy, to było tyle programów edukacyjnych, naukowych, że aż mi tego brakuje!


środa, 7 stycznia 2026

[528]. 1984 w Azji.

Zastanawiam się od jakiegoś czasu, czy się przyznać. 
Trochę nie wiem. Ale jestem dorosła i chyba się nie boję.
Moje podróże azjatyckie, palcem po mapie, literaturowo i historycznie zaczęły się w Chinach. 
Nie wiem czy to bajki chińskie, czy akcesoria piśmienniczo - artystyczne, piórniki, obłędnie pachnące gumki, czy może przepiękne sukienki, o jakich marzyłam mając chyba z 6 lat. Po kredki, plasteliny i bajeczną temperówkę glinianą w kształcie jajka, malowanego w kwiatki i gałązki stałam w PRL-owskiej kolejce, mając 7 lat, z pieniędzmi w garści. Od tamtej pory mam, delikatnie mówiąc, jebnięcie na punkcie sklepów plastycznych. I posiadania zapasów zeszytów, ołówków różnej twardości, długopisów, piór, atramentów, pisaków, farb i innych niesamowicie potrzebnych do niczego rzeczy. Na przykład spinaczy biurowych w kilku kolorach. 
Serialowo i filmowo rozpoczęłam gonitwę po Korei. Zachwyciłam się językiem, kulturą i, co tu ukrywać, urodą aktorów, bo wpisują się w mój typ, a w garniakach wyglądają bosko. Aktorek też, ale wiadomo.
Ale moja podróż poszła dalej. 
Przypadkiem trafiłam na dramę chińską. Drama była z serii BL*. Drażnił mnie język, tak różny od koreańskiego, żadne słowa tylko szzzszzzzszzzz. Potem trafiłam na tajlandzką. Tajlandia kojarzy się różnie. No i drama też była z serii BL. Język tak samo powalony jak chiński.
Ale po czasie ucho się przyzwyczaiło i już słyszę.
Wracając do przyznawania się.
Mega mi się spodobało. Z różnych powodów. Nie będę opisywać, że sceny pocałunków, czy innych romantyzmów, bo nie to jest w tym istotne. (Chociaż tak, to też, i to bardzo). 
BL oznacza boys love, Dla niewtajemniczonych. To nie jest porno, gdyby ktoś chciał wiedzieć. Ale sceny są. 
Chodzi mi o to, jak mówi się o miłości, jak się ją przedstawia, jakie są interakcje ze społeczeństwem, coming outy, tajemnice, zdrady, związki, śluby i cała reszta.
Fabuła czasem jest płytka, a niektórzy bohaterowie drażniąco się zachowują. Z drugiej strony te najbardziej queerowe postacie są przecudne. 
Ale zdarzają się zaskoczenia. I to bardzo mocne. 
Na przykład fabuła podparta Orwelem. 1984. No jestem w szoku totalnym, jak powiązano prestiżową szkołę męską i jej zasady z tą książką. Dyktatura, zakazy, nakazy, służby porządkowe z uczniów, kontrola, jednocześnie przy sporej swobodzie. Normalnie abstrakcja. Do tego kryminał. A między chłopakami aż wrze.
Nie sądziłam nigdy, że będę fanką BL-ek. 
Tylko dlaczego nie?
W grupach na fb spotkałam jednego, JEDNEGO faceta. Tak to same baby, piszczące jak nastolatki ryczące 40 i 50. Dołączam do chóru wariatek.
Bo zwyczajnie mam gdzieś, co sobie o tym świat pomyśli.




niedziela, 4 stycznia 2026

[527]. Lo(ą)dowisko

W pięknych okolicznościach przyrody, rankiem, trzeciego stycznia, z uwiązanym do ręki ciągnikiem z napędem na cztery kopyta, nie zgadniecie co.
Musnęła mnie lekkim powiewem myśl, że to to ciemne na drodze to zamarznięta kałuża. Bo dzień wcześniej z radością skruszyłam wafelek lodu na niej. Kto nie wskakiwał w zamarznięte kałuże  niech się lepiej przyzna, bo ja z psychopatami nie gadam. 



Wydawać by się mogło, że oj tam, małe takie. Ominąć można. 
Nie można. 
Znaczy ja nie mogłam. Bo między myślą, a drogą nie było kompatybilności. Klapnęłam na tyłek, krzyknęłam i zaczęłam się tak śmiać, że moja ofca nie za bardzo wiedziała co zrobić z tym fantem. Więc pies mi mordę lizał. A ja rżałam. Zgarnęłam się z ziemi, bo jednak zimno. 
O dziwo, tym razem niczego nie stłukłam, nie boli i poza godnością nie ma żadnych strat.
No i jestem niepocieszona, bo zapowiadali opady śniegu i lód, a tu tylko przymrozek. Śnieg wszędzie naokoło. u mnie tylko zamarznięty deszcz. 

Dalsza wycieczka przebiegała spokojnie, bez emocji i przygód.




A to jeszcze taka mała dygresja królewska z wypadu na Północ. Udało mi się tylko tak pstryknąć, gdyż dojeżdżałam do ronda. Elżbieta i Filip, chyba z pianki montażowej. 













czwartek, 1 stycznia 2026

[526]. Porządek rzeczy.

Numerki wróciły na swoje miejsce. Moja głowa może już przestać o tym myśleć.

No i nastał Nowy, 2026. 
Czy mam oczekiwania? Od roku? Nie. On nic za mnie nie zrobi. Numerki, choć na swoim miejscu, nie sprawią, że coś się zadzieje samo. Jak nie kiwnę palcem, to nie będzie.
Właśnie odkryłam tę magię. Że samo się nie zrobi.
Czy planuję? Nie. nie planuję. 
Dzisiaj zerwałam z moim zwyczajem słuchania Topu Wszechczasów. Kiedyś w Trójce, teraz w 357. Zawsze się spinałam i starałam cisnąć od 9 do 21 cały top, ale jakoś mnie to już nie rajcuje. Moje muzyczne podróże odbywają się z lekka innymi ścieżkami. Nawet playlisty uległy mocnej weryfikacji. 

Jak co roku, od 22 lat, w noc sylwestrową pisałam z przyjacielem. Czasem dzwoniłam przez te lata, czasem pisałam, zależy jak z zasięgiem. To taka nasza tradycja. Poczułam się otulona ciepłem i bezpieczeństwem, bo to znane. Dobrze mieć takie punkty zaczepienia. I wiem, że jak zadzwonię, czy napiszę, to po drugiej stronie mam człowieka, który rozumie. Kiedyś nie zdawałam sobie sprawy, teraz cenię tę przyjaźń.
A inny przypadek, który wywołuje uśmiech zdarzył się kilka tygodni temu. Zrobiłam coś odwrotnego do tego, co zazwyczaj. Czyli zaprosiłam do znajomych znajomego z czasów dawno minionych. Bo normalnie robię co jakiś czas czystkę i wywalam ze znajomych z fejsbuka. W tej zamierzchłej przeszłości, jakieś 35 lat temu, zamieniłam z nim ze dwa zdania, na jakiejś wspólnej imprezie harcersko-szwendanej. Nawet nie wiemy oboje na jakiej i gdzie. Jak go pamiętam z tamtych czasów, to zawsze uśmiechał się na mój widok na ulicy. A mnie ciekawił, bo.. słuchał metalu i był przystojny po mojemu. Mamy mnóstwo punktów stycznych i wspólnych znajomych. Z tamtej wymiany zdań pamiętam, że był mega miły, uprzejmy, uśmiechnięty i .. na dystans. Dzisiaj już wiem dlaczego. To kolejny przypadek faceta z mojej młodości, który wstydził się do mnie zagadać. To strasznie deprymujące, bo pokazuje jak bardzo nieświadomą laską byłam. Okazuje się, że panowie sznurem, ale żaden się nie odważył. A nie, dwóch się odważyło. Jeden został spławiony, dzisiaj by to było wieczne friendzone, mimo mojego zakochania po uszy. A drugi, cóż, no wiadomo jak się skończyła ta bajka. 
No więc piszemy. A ja śmieję się jak dawno nie. Złapaliśmy te same fale od pierwszego zdania. 
I w sumie fajnie. Zobaczymy co z tym wariatem odwalimy. Bo że coś to na pewno. I będzie mega śmiesznie.

Dzisiaj zrobiłam sobie selfie na spacerze. Nie wiem kto wlazł mi w kadr, ale jakaś stara baba, z opadającą powieką i chomikami. Nie znam kobiety, ale się przestraszyłam.
Haha.

No to niech się nam!




poniedziałek, 29 grudnia 2025

[524]. Pomieszanie z poplątaniem.

Bo mi się numery wzięli i pomieszali.
Ale moje cząstkowe spektrum nie pozwala tego olać. Niestety. 
Żeby nie było mi za nudno, to znów nawiedzam Cumbrię (w tomacie) i Szkocję. Kilka dni, może we wtorek, lub środę rano wrócę do domowych pieleszy. Na razie Towarzyszy mi ofczarek Kudłatej, któren to włazi mi na głowę, zupełnie jak wnuczki babciom. Wczoraj uwalił się na mnie i chrapał mi do ucha. Tego dzbana nie przegonisz, choćby nie wiem co. Wrócę do domu i będzie rozpacz, bo moja owca będzie wąchać i robić mi wyrzuty. Znów nie będzie jadł i pił, aż mu minie. Ale przeżyjemy.
Świąt nie było u mnie klasycznie. Była.. wyżerka.
Też nie jakaś spektakularna, bo z roku na rok moje przemyślenia w tej kwestii zmieniają cały schemat.
Więc w wigilię był barszcz z uszkami. Uszka zrobiłam w gotowym cieście z koreańskiego sklepu, czyli gotowe kwadraty do wontonów. No rewelacja. Ugotowałam na parze i wyszły genialnie.
W pierwszy dzień świąt zjedliśmy rybę po grecku i sałatkę warzywną. Chleb upiekłam sama. A wieczorem wstawiłam do pieczenia łopatkę na szarpaną wieprzowinę. Ale nie byłabym sobą, żadne tam soki jabłkowe, czy standardowe marynaty. W misce wylądował ketchup, pasta gojugang, miód, sól, pieprz, papryka słodka. Mięsko wyszło za..przepyszne. Dość powiedzieć, że Młody wtrynił te 1.5kg z sosem w ciągu dnia. 
Tak to sobie spędziliśmy ten czas.
I wyjechałam wczoraj. Tak więc znów na wygnaniu.
Ale wrócę i napiszę więcej :)