Ciekawe, czy kot się orientuje, że gdy z rana nie może wyjść, to znaczy, że będzie pakowany do kontenerka. Był wet, było drugie szczepienie puchatej dupki, o jedenastej jesteśmy z powrotem w domu.
Gdy Fred czekał na weterynarza, poszłam do Centrum omówić sprawę urlopu. Złożyłam podanie, wyjaśniła się kwestia pensji z tego i poprzedniego tygodnia, na moją korzyść. Do piątku mam wolne, ale bez potrącania urlopu (i generalnie nie ma się co martwić, że nie mam na tę chwilę co robić, wdech, wydech). Więc w domu zaraz tatce się pochwaliłam, i była chwila na wideotelefonii z babcią Manią.
Przy okazji pakowania kociego kontenerka do/z samochodu zawarliśmy nową znajomość. U Judżina była jego bratanica/siostrzenica, Janice. Dzisiaj ma 32 rocznicę małżeństwa, ma troje dzieci, lubi koty. Ryszard stwarza wiele okazji do poznawania nowych ludzi.
Po stresie szczepionkowym pokręciłam się trochę po domu czekając aż wypierze się pościel, potem pojechaliśmy na lunch do Il Forno, bo miałam ochotę na pizzę. Były więc pizze dwie (tym razem usadzono nas przy stoliku wewnątrz podwórka).
Po jedzeniu już nawet kawy się nam nie chciało, a co dopiero mówić o spacerze. Kupiliśmy chlebek i do domu. Jeszcze tylko krótka pogadanka z Anne, która akurat podjechała pod dom, i jej Majkelem (oczywiście większość o kocie, szczepieniach i lunchu), i Fred padł jak nieżywy do łóżka, a ja walczyłam z opadającymi powiekami sącząc herbatę/kawę i oglądając kolejny odc. MM, A Worm in the Bud (2002).
Wychodzi na to, że wczorajszy pierdolec mentalny zrobiłam sobie sama i sama z niego wyszłam, wcale nie nadludzkim wysiłkiem. Po prostu wstał nowy dzień i dzisiaj był haj lajf.