[go: up one dir, main page]

Strony

sobota, 31 lipca 2021

592. Ostatni dzień lipca.

Po śniadaniu dokończyłam czytanie Teethmarks on My Tongue (Head of Zeus, 2018). Konie i pies mnie wzruszały, tylko dlatego podążałam śladami autystycznej głównej bohaterki. Zastanawiam się ile w tej książce doświadczeń samej autorki. Lekturze towarzyszyły Koncert Brandenburskie randomo kliknięte na youtubie. Porannego spaceru więc nie było, a potem nie czułam smaku na wędrówki. Wolałam lenić się przed komputerem i wziąć prysznic w środku dnia. Fred od wczesnego rana w Dublinie, odzywał się w swoich przerwach i wrócił do mnie pod wieczór.

Obejrzałam The Green Man (2003) z siódmego sezonu MM. W temacie czytników książek zgłębiam wybór pomiędzy Kindle/PocketBook/Onyx Boox. Jeśli jutro będzie nam się chciało wcześnie wstać, kto wie ... może Glendalough. 

piątek, 30 lipca 2021

591. Irlandzka pogoda.

Zdecydowanie Ryszard Pączek zmienia zwyczaje na jesienne. Z rana kot gmyrał się w łóżku i czekał, kiedy wstanę, dostał saszetkę, wylizał miskę do czysta, poprawił swoim ulubionym pasztecikiem Melting Hearts, i zaległ w wolnym łóżu na rozciągłość kota oraz całe przedpołudnie.

Dzięki przelotnym opadom nad morze powróciła normalność:

Migające światełka bojlera nie podobały mi się już wczoraj. Znowu coś. Nie ma ciepłej wody, co nie jest taką dramą jak brak wody w ogóle (temperatura w domu obleci i ogrzewanie nie jest konieczne, poza tym w prysznicu jest podgrzewacz), ale jednak trzeba to naprawić. Fred już nie mógł patrzeć na swoje cherubinowe loki, więc zrobiłam mu golono-strzyżono, i po prysznicu Kochany wcześniej wyjechał w kierunku pracy, żeby po drodze zaklepać naprawiacza. Chwilę po tym jak wyjechał, miałam krótki czat z dwiema paniami, które fotografowały ogrody na naszej ulicy (coroczny konkurs ogrodniczo-wizerunkowy). A jeśli chodzi o bojler, biuro i tak było zamknięte, więc sprawę musiałam zgłosić telefonicznie.

Wróciłam do książki Eileen, tam gdzie rozstałyśmy się kilka tygodni temu, na stronie dwusetnej. Jestem zdeterminowana, żeby zakończyć ją w lipcu. Wieczorem ostatni odcinek szóstego sezonu Midsomer Murders, i kolejne morderstwo w Midsomer Magna. 

Rozglądam się za czytnikiem książek.

czwartek, 29 lipca 2021

590. Oberek Wolanda.

Kolejną noc Ryszard Pączek przespał w naszym łóżku. Ojojoj, aura się zmienia.

Wolne miałam wcześniej niż sądziłam, a po mojej pracy pojechaliśmy z Fredem na zakupy. W TK Maxxie kupiłam dla siebie koszulę z błękitnej, prążkowanej bawełny (drawcord shirt, Lee) i koszulę dla Kochanego, z grubej, granatowej bawełny w białe wzorki (Ted Baker). Potem były zakupy spożywcze i powrót do domu, mąż zrobił dla nas obiad (klopsy w sosie pomidorowym), na deser po ciachu z polskiego sklepu, obejrzałam pierwszy odcinek Blackaddera III (1987) i... poszłam spać. Śniłam, że Fred śpiewa. Słusznie, jak sie okazało. Obudziłam się kilka minut temu (dziesiąta wieczorem!), jeszcze w śpiączce wzięłam prysznic, przyszłam do kuchni, a mąż zaintonował mi napisaną przez siebie przyśpiewkę:

Hej, a gdybym ja ci cnoty gruntowała,
hej to bym ci nigdy chłopa nie zaznała.
Hej, bo ten co go mnie matula wskazała,
kcioł, bym jego gacie śmierdzące wyprała.
Niech se som je pierze z proboszczem do spółki,
ja tam wolę chłopców z mej tanecznej szkółki.
A jak jemu proboszcz cnotę ugruntuje,
niech go Czarnek głaszcząc do snu przyszykuje.
A gdy mu się zrobi z tyłu niewygodnie,
niech wylezie z łóżka i założy spodnie,
Hej!

środa, 28 lipca 2021

589. Kolejny środek tygodnia.

Obudził mnie deszcz, gruby i głośny. Kot siedział na parapecie przy otwartym oknie, zniesmaczony tym mokrym spektaklem. 

Pracowałam krótko i nie musiałam się spieszyć, zaszłam nawet do księgarni Waterstones, jednak postanowiłam niczego nowego nie kupować, dopóki nie skończę rozgrzebanych książek. Saren podwiozła mnie z Centrum do pracy i z pracy do domu, to było bardzo miłe z jej strony, nawet biorąc pod uwagę fakt, że mieszka w Termon. Naokoło południa zaczęły mnie boleć zatoki, na szczęście sprawa tym razem nie ciągnęła się przez cały dzień.

Po powrocie weszłam do domu i zaraz wyszłam — z Kochanym pojechaliśmy do portu po rybkę na obiad. Obejrzałam Piwo i Łańcuchy, dwa ostatnie odcinki Czarnej Żmiii II, rozrywki bardziej intelektualne były raczej nie na to popołudnie. Zrobiłam sobie kawę (drugą dzisiaj, bo piłam flat white z Insomnii) i zatopiłam się we vlogi, które zwyczajowo oglądam. A w głowie piosenka taka (melodyjką zaraziłam Freda):

The sound of hoof beats 'cross the glade,
Good folk, lock up your son and daughter.
Beware the deadly flashing blade,
unless you want to end up shorter.
Black Adder, Black Adder!
He rides a pitch black steed.
Black Adder, Black Adder!
He's very bad indeed.
Black: his gloves of finest mole.
Black: his codpiece made of metal.
His horse is blacker than a vole;
his pot is blacker than his kettle.
Black Adder, Black Adder, with many an cunning plan.
Black Adder, Black Adder, you horrid little man.

wtorek, 27 lipca 2021

588. Koty za płoty.

Cały dzień szary i ciepły, od czasu do czasu ciapnie jakiś deszczyk. Drugą część pracy spędziłam na siłowni (bardzo jestem zadowolona), więc gdy skończyłam, miałam blisko do Costy. Posiedziałam chwilę na zewnątrz przy kawie i millionaire's shortbread (faktycznie od wczoraj, jeśli mamy ochotę na konsumpcję w środku, jest obowiązek posiadania dowodu szczepienia na covid-19). Po chwili, przy stoliku po drugiej stronie drzwi usiadł pan Large Americano i zapalił papieroska.

W czasie rozmowy z mamą pokazałam jej całą drogę z miasta do naszej wsi. W domu pustki, kot godzinami siedzi na zewnętrznym parapecie kuchennym, bo krzaczory na dole już za mokre, żeby się wylegiwać. Fred od popołudnia w Ballinie, pokazał mi w kamerze swoje diabelskie kudełki. 

Odpoczywam sobie psychicznie przy odmóżdżaczu MM, A Tale of Two Hamlets (2003), choć przecież nie tyle się denerwowałam, co od kilku dni miałam stale lekko podwyższone napięcie. Jak już wyraziłam, bardzo jestem zadowolona, tak zwyczajnie. Fajnie jest robić to, do czego się człowiek nadaje.

poniedziałek, 26 lipca 2021

587. Zmiana.

Poniedziałek zaczął się pechowo — po pół godzinie czekania stwierdziłam, że autobus nie przyjedzie, i mąż, zupełnie nieprzytomny po długiej nocce, odwiózł mnie do miasta. Potem było już gładko, poradziłam sobie z czym trzeba, na chwilę do Centrum zajrzała Saren, więc wyposażyła mnie w firmowy komputer, co bardzo ułatwi mi życie. 

Wracając przez miasto napotkałam (podobnie jak wczoraj) Erica, który sprzedał mi njusa, że już nie pracuje "pod Aurą". Rozwinął się chłopak, zrobił sobie trójkąta na siłowni oraz ... znalazł tam pracę. Gadu, gadu, akurat staliśmy pod Caffè Nero, skąd przyglądał się nam starszy pan, u którego, jakby co, miałabym kawę za darmo. Kawę już piłam (w przerwie byłam u Izoldy w B+B), więc odmówiłam najuprzejniej.  

Pogoda zostałaby w Polsce obwołana burzową. Jest chłodniej, wypasione trzmiele brzęczą w łączce nisko i nostalgicznie.

niedziela, 25 lipca 2021

586. Jutro przydałaby się jeszcze jedna niedziela.

Fred od rana chodził w samych gatkach, taki gorąc. Ręczniki schły w try miga. 

Dom był wypełniony muzyką Sex Pistols i Zespołu Reprezentacyjnego z albumu Pornograf (1993).

Po południu Kochany musiał się zebrać do pracy. Godzinę później zapowiedzianie wpadła Aś. Herbata na zewnątrz, potem podróż do Il Forno na obiad, zręczny pomysł, miasto jest o tej porze ciche, potok ludzki popłynął w kierunku plaż, zostawiając dla nas wolne stoliki tuż przy wejściu. Po obiedzie ciastko karmelowe na wynos, pogadanka w domu, przy herbatce i podziwianie kota, który tuptał za nową ciocią krok w krok. 

Jestem znużona myślą o tym, że trzeba zacząć tydzień wcześnie i kolejnych ruchów nie da się przewidzieć. Chcę się relaksować, a już łypię okiem na plan pracy.

sobota, 24 lipca 2021

585. Kręcę.

Się. To właśnie robię przez cały dzień. Poza projektem "pierwsze pranie" (ostrożnie uprałam wszystkie letnie bluzki, które nosiłam po raz pierwszy i których twórcy nalegają na pralnię chemiczną), nie działo się nic ciekawego. Fred pojechał do pracy wcześnie rano i wrócił pod wieczór z zakupami. Obejrzałam Painted in Blood (2003), czy to tylko moje subiektywne wrażenie, czy szósty sezon MM nie był najlepszy? Może wrażenie. Snuję się; w środku, bo poza spacerem do ogródka praktycznie nie wychodzę z domu. Kasuję wiadomość tekstową z nieznanego numeru (ciągle tu ostrzegają przed nowymi przekrętami na rzekomy telefon z departamentu opieki społecznej), a potem się okazuje, że to Luiza. Kostka, która dokuczała jej od ponad tygodnia, na rentgenie wyszła jako złamana. To komplikuje kwestie pracownicze, trochę, ale nie chce mi się o tym dzisiaj myśleć. Przekładam wszystko na ávrio, kiedy hormony, które spadły mi na pysk, podskoczą w górę. A męża to mam jak złoto, kupił mi podpaski, moje ulubione czipsy kukurydziane i pepsi do obiadu, wszystko czego trzeba kobiecie w kryzysie. Nadludzkim wysiłkiem muszę zwlec się z krzesła, i albo zrobić następną herbatę, albo umyć zęby. Jeśli teraz zrobię herbatę, to i tak trzeba będzie umyć zęby, więc ... dam spokój herbacie i umyję zęby. Reszta ávrio.

piątek, 23 lipca 2021

584. Rolety, cz. 1.

Z rana inaczej, nieco zachmurzenia i wilgoci. Potem to samo, co ostatnio, żar z nieba, T-shirt w szkielety klei się do pleców.

Po śniadaniu pojechaliśmy do Newry, żeby w ich B&Q kupić dwie rolety. Najpierw była Costa i pierwszy raz od dawna kawa wypita W ŚRODKU kawiarni (zaledwie kilka km od granicy zmieniają się covidowe zasady gry). Z roletami zajechaliśmy do Aś, która akurat była w pracy (pokazała Fredowi, jak je podciąć, gdyby rozmiar nie pasował), potem do rzeźnika rodzinnego w Carlingford, po soczyste steki na obiad. Jeszcze tylko piłka do metalu w Dundalk, i w domu byliśmy po piątej, ale po obiedzie nie mieliśmy siły i ochoty na montaż (mnie coś strzeliło i z wyczerpania musiałam pójść na drzemkę regeneracyjną). 

Przed domem zbiera się koci gang, do Ryszarda dołączył Bán i Amber, z dala przygląda się im któryś z kotów Anne i jeszcze jeden kot z Kirka. Kocie bingo? Nawet zagadnęliśmy na ten temat z Anną, która wróciła po zmierzchu z takiej imprezki. Dzisiaj nic, ale w zeszłym miesiącu wygrała na bingo tysiąc ewrów! Ile to by było myszy w kociej walucie?

czwartek, 22 lipca 2021

583. Nadal gorąco.

Coś niby 28°C. Źle mi się spało, duchota i słabość. Odzwyczaiłam się od natrętnie gorącej pogody. Za to jest woda w kranie, być może nawet na stałe ;)

Kochany zrobił dla nas na śniadanie kalafiora w beszamelu i odwiózł mnie do pracy. Zadzwonił też w kociej sprawie do Marksistki. Gdy wróciłam z pracy, mieliśmy potwierdzenie: Marksistka i jej chomik przyjadą do nas w sierpniu w charakterze Rysiowych opiekunów. Jesteśmy oczywiście bardzo zadowoleni. Rezerwacji hoteliku jeszcze nie zwalniam, poza tym cieszę się rozsądnie, nauczona kilkoma lockdownami (w marcu zeszłego rok Ma&De były już zaklepane na opiekunki, i jak wiadomo, było z tego jajco).

W pracy krótko, jeszcze krócej. Wróciłam autobusem, zjadłam obiad i poszliśmy z Fredem na spacer z lodami. Po piątej słońce nadal opalało parząc ramiona. Potem Kochany zaczął się przygotowywać do wyjazdu na Dublin.

Jestem zafascynowana kwiatami łąkowymi w naszym ogródku przed domem. Choć nie są od kilku dni podlewane, nad ranem skrapla się na nich rosa. Skład kwitnącego towarzystwa jest na bogato: ciemnoróżowe malwy, nagietki, chabry, kosmaty ogórecznik, kąkol i kilka innych maleństw, których nie potrafię nazwać.

Fred wyjechał do pracy, gdy drzemałam po spacerze. Tak pięknie jest wieczorem na zewnątrz, wiatr ucichł prawie zupełnie, lato dojrzało. Przy kolacji Death and Dreams (2003), kolejny odcinek z panem Pokrzywą (soł, soł, za dużo zaburzeń). A u męża zmiana też raczej krótka, jedzie już do domu.

środa, 21 lipca 2021

582. Lepko.

Ostrzeżenia przed pogodą zawrotnie tropikalną (czyli z 25°C) są do piątku, podobnie jak ogłoszenie dotyczące niskiego ciśnienia wody w naszej wsi. Przez kilka dni mydlono nam oczy uszkodzeniem rurociągu w mieście, ale wymówka się skończyła, więc teraz przyjęto optykę "nie ma wody, gdyż ze względu na sytuację ogólną". Z rana ciśnienie wody się podnosiło, ruszyło podgrzewanie i byłam w stanie zredukować stos brudnych naczyń do znośnej ilości. Dobrze, że przyszło mi to do głowy (nie żebym tak nogami przebierała do mycia naczyń, po prostu chaos w zlewie psuł mi apetyt).

W pracy trzy przyjemne godziny. Przedtem zaszłam do Stockwell Artisan Foods po sałatkę z falafelem i do Caffè Nero po kawę. Zjadłam drugie śniadanie siedząc na kamiennej ławce na rogu West i Peter St (tam, gdzie z rana zbierają się żuliki) jakbym robiła to od zawsze. Ledwie doczołgałam się do siłowni w tym irlandzkim skwarze.

Kochany pojechał przed południem na dzienną zmianę (po nocnej!), na szczęście krótką, więc czekał na mnie pod budynkiem, gdy kończyłam pracę. Po drodze chciał mi coś pokazać w TK Maxxie i ... kupiłam sobie wełnianą sukienkę w czerwono-czarną kratę (Hobbs) oraz dostałam prezent od męża, czarną ramoneskę (Diesel). Gdy wróciliśmy do domu, na zewnątrz, wśród pustych butelek po wodzie leżał pakunek podrzucony przez kuriera, inny prezent, martensy w białe kwiatki. Fred wyczerpał tym pakiet prezentowy do grudnia (tak uważam ja). I cóż, w kranie niskie ciśnienie, w związku z czym plan: 1) zjeść na mieście, żeby kto inny umył naczynia, 2) wziąć prysznic u Ka. Tak się też potoczyły wypadki popołudniowe. Po makaronach w Il Forno śmignęliśmy autostradą do Ka&Jot, wypiliśmy kawę/herbatę, wzięliśmy prysznic i czyściutcy oraz wyposażeni w całkiem spory zapas butelek z wodą wybyliśmy do domu (Ka też był padnięty, cały dzień z chłopakami). Fred już zanurkował w łóżku, ja jeszcze myrdam spuchniętymi stopami. Jest dobrze, świat się tak nie lepi.

wtorek, 20 lipca 2021

581. Uisce.

W pracy rozpoczęto nowy program, byłam trochę w Centrum, trochę na siłowni. Poznałam Dżona, Kejti i Alexa, a z prowadzących Wydziaranego Pola. Grupa rokuje, szczególnie Dżon. To jest o tyle ważne, że zaskoczono mnie propozycją tutoringu od następnego tygodnia. I się cieszę, i stresuję, choć to drugie skutecznie wypiera wkurw związany z kolejnym dniem bez bieżącej wody. Z Kochanym rozminęliśmy się, bo on nocą wrócił z Letterkenny, żeby po krótkim śnie i zniechęceniu garami kisnącymi w zlewie polecieć na Limerick, a ja przed ósmą autobusem do wspomnianej wcześniej nowej roboty (to ta sama praca, tylko robota inna), przedtem zagadałam do pochrapującego Freda, że mu z portfela wyjmuję 20 jurków (na co przez sen się zgodził).

W mieście na trawnikach biały korzuszek z (chyba) topolowych nasion. Dzień był na tyle gorący (25°C z odczuciem powyżej), że dzisiaj wydarzyła się inauguracja moich spodni w Boską Komedię. Wróciłam do domu, poplotkowałam z sąsiadkami (o wodzie), nakarmiłam kota, zrobiłam obiad. Nic innego nie idzie, nie mogę pracować, oglądać, czytać, nie myślę, czekam na wodę. Muszę się umyć.

poniedziałek, 19 lipca 2021

580. Bez wody.

Od rana kłopot: brak wody. Fred pojechał do Drołdy, ale okazało się że kupienie paru zgrzewek nie jest takie proste. W mieście wybiła rura, znalezienie i przywiezienie kilku sześciopaków zabrało małżonkowi trochę czasu. Ciekawe, że zaczęła mnie w tym czasie jak na zawołanie boleć głowa. Z braku porannej herbaty? Może.

Po późnym śniadaniu Kochany pojechał w kierunku Letterkenny ze sporym zapasem czasu, a ja zagłębiłam się w rozmowie z tatą i babcią. W międzyczasie pojawił się listonosz z paszportem covidowym męża, więc sprawdziłam moją pocztę elektroniczną i voilà — e-dokument do wydruku przysłano mi jeszcze w piątek wieczorem.

Poniedziałek prawie w całości spędziłam w domu. Dzwonek do drzwi przerwał mi popołudniowy sen, niewidzialna ręka przyniosła nam na próg 5l wody. Potem okazało się że ręka należy do Anny, a woda jest ze studni jej brata.

Dzięki facebookowi wiem na bieżąco, co tam mama je po pracy. Börek i sucuk, tureckie specjały. Spędzam czas, od czasu do czasu sprawdzając stan wody w kranie. Zaczęłam oglądać szósty sezon Midsomer Murders, ale nie za bardzo mogłam się skupić na A Talent For Life (2003). Wody nadal brak.

niedziela, 18 lipca 2021

579. Leniwe ruchy.

Może jest kocia wielkanoc i trzeba więcej zjeść?, przeciągając się w łóżku mąż racjonalizował informację, że kot zjadł właśnie deserek, który stanowił drugie tyle, co główne śniadanie.

Po bardzo dobrym śniadaniu własnym, kawie w domu i telefonie do mamy, spacerowaliśmy na bosaka brzegiem morza. Fred wrzucił do wody parę żywych ziemniaków morskich, potem siedzieliśmy jeszcze chwilę susząc stopy, patrząc na tłumy jak w Mielnie, które zawitały do naszej wioski.

Po powrocie leniwe ruchy. Fred zadzwonił do swojej mamy z życzeniami urodzinowymi (co ciekawe, temat covida był poruszony bardzo spokojnie). W głośnikach płyta Demonologic Homo Twist (2005), ścieram ogórki do tzatziki, Fred rozłożony w kuchni z deską do prasowania konsekwentnie rozpracowuje stos wypranych ubrań. Po obiedzie, około piątej po południu, poszliśmy do sklepu za rogiem po włoskie lody w wafelku. I tak na jedzeniu lodów, pogadance z Anną i siedzeniu na krzesełkach rozstawionych w ogródku zeszła nam kolejna godzina (gdy wracaliśmy z lodami wlokący się za nami Ryszard po raz kolejny został zaczepiony przez pana, który mieszkał od jakiegoś czasu w domu obok naszej działki. Myślałam, że jest on właścicielem tego miejsca, ale okazuje się, że pan był bezdomny i dostał lokum za pośrednictwem Father McVerry Trust).

Pod wieczór morzy mnie sen z którym wcale nie walczę (więc drzemka obok Freda rozmawiającego przez telefon ze Stu). Gdy zmierzcha oglądamy Życie wewnętrzne (1986) Koterskiego i myślę sobie, że jaki kraj taki profil intelektualisty. 

Kilka razy w ciągu dnia czytałam na stronie społecznościowej, że różne części wsi nie miały wody. Woda postanowiła nie być obecna u nas po 23-ej, akurat, gdy stałam pod prysznicem.

578. Pierwsza kwadra.



Sobota. Przed południem brodzimy gołymi stopami w wodzie. 
Na obiad stek. 
Gorąco. 
Fred rozmawiał w czasie naszego porannego spaceru z Usz, więc przez jakiś czas liczyłam na to, że może szwagry będą opiekunami Rysiowymi pod koniec sierpnia 
(z przyczyn obiektywych nie będą). 
Wieczór filmowy z Ka&Jot. 
Oglądamy dokument American Murder: The Family Next Door (2020). 
Niezły film, jest jakaś tam próba zabiegu technicznego w celu budowania napięcia, pewnie jeszcze poczytam o sprawie.
Wracamy po północy, 
tuż nad horyzontem księżyc-gigant 🌓, dla wielu myszy.
01:30 AM, 18°C. Niedziela.

piątek, 16 lipca 2021

Postscriptum #577.

I cóż, pięknie. Oczywiście była inspekcja samochodu Majka. Fred pojechał do rybnego kupić morszczuka na obiad. Przed lunchem stojąc w słońcu zjedliśmy z Anną lody w wafelkach. Potem pogadanka z Anne, o kotach i życiu (biało-ruda koteczka, którą jakiś czas temu widziałam w naszym ogrodzie, ma na imię Amber i jest mamą Bána). Poobiednia nasiadówka z Anną w ogródku.




Mam już plan pracy na następny tydzień, mniej godzin, mam nadzieję, że będzie miło. Pogoda dopisuje do końca dnia.

577. Skwar.

Kochany wrócił przed świtem i kręcił się z boku na bok w łóżeczku, gdy ja już pranie kolejne do pralki pac, pastę jajeczną zrobiłam (możliwe, że smak na pastę utrzyma mi się do jutra) i po śniadaniu przygotowałam sobie stanowisko pracy. Farba jest piękna, wściekle jaskrawa czerwień. Słońce nadawało tak, że najpierw musiałam posmarować się blokerem. Pomalowałam drzwi jedną warstwą farby przy moralnym wsparciu sąsiadek (Katlin i Anna Emerytka podeszły do mnie i poćwierkały mi trochę za plecami, Anna E. stwierdziła, że teraz będę znana jako dziewczyna, która mieszka za czerwonymi drzwiami) oraz odległymi pieniami sąsiadów (Majk, mąż Katlin, właśnie wrócił z Niemiec, opowiada o nowym samochodzie każdemu, kto chce posłuchać, a że Irlandczycy chętnie zatrzymują się na pogaduchy ...). Dopiero południe. Przebrałam się w dwie rzeczy, które zalegały w szafie jeszcze z metkami, bo rzadko u nas jest lato lato — lniane, brązowe spodnie Tahari i top z jęzorem Rolling Stonesów'73, który wieki temu dostałam od męża. Widać mi w nim brzuch, i dobrze, bo topnieję z gorąca.

czwartek, 15 lipca 2021

576. Zwykły czwartek.

Rano spełniłam swoje marzenie o paście jajecznej na śniadanie. 

Wczoraj koparka usunęła krzaczory przy ogrodzie Judżina, czyli jedną z Rysiowych skryt. To kolejne "ptaszkowe" miejsce, którego pewnie będzie kotu brakowało.

Fred wrócił z Kilkenny około trzeciej na ranem i prosił mnie o pobudkę o 11:30, ale wstał znacznie wcześniej. Po śniadaniu chciałam pójść nad morze, a ponieważ Ryszard nie odpuścił mi rundki po dzielnicy, miałam okazję zauważyć że jest ospały i może coś go boli. Z takimi nowinami Fred był na nogach zanim zdążyłam dojść do plaży.

Morze ciche i odległe. Zgrubiałe trawy wyrzucone przez wczorajszy przypływ powoli bieleją na słońcu. Po parkingu przyczep śmigał rowerem 5-latek w koszulce w dinozaury, który wybudził mnie swoim Hello! z zadumy. Dzień z nieco zamglonego zamienił się po południu w regularne, gorące lato.

Zanim Kochany wyjechał do Carlow, przyszła do nas paczka, prezent od niego dla mnie. Cztery koszulki: dwie z czarnej wiskozy z zimnym ramiączkiem (pierwsza z motywem jęzora Rolling Stones, druga z meksykańskim kotem-szkieletorem firmy Full Volume), czarny, bawełniany top bez rękawów z logiem Bowiego, Rebel Rebel (Gildan) i regularny, bawełniany T-shirt w kolorze spranej ciemnej zieleni z motywem Skeleton Lovers (Outer Vision). Wszystko to kochany kupił na stronie EMP. Bardzo, bardzo!

Jeszcze, gdy wracałam ze spaceru Katlin powiadomiła mnie, że to dzisiaj jest godzina 0. Była trochę obsuwa w czasie, ale brązowy beetle przyjechał na gigantycznej lawecie i ostatnie kilkaset metrów zrobił na swoich własnych kółkach.

Poza tym zwykłości. Skończyłam piąty sezon MM (w brytyjskich kryminałach obowiązkowo jest odcinek rozgrywający się w szkole dla chłopców), doczytałam do końca Finn Family Moomintroll (Sort of Books, 2017) przenosząc się z Muminkami do końca sierpnia, podlałam kwiaty. Podminowałam się wiadomością od Anny, że dzisiaj jest u nas prawie tysiąc nowych zachorowań, ale tylko chwilowo. Jest jak jest, frack it.

środa, 14 lipca 2021

575. Szczepienie i miła reszta dnia.

Budzik o 6:50, gdyż ja zawsze potrzebuję czasu na wygmyranie się z pieleszy w dobrym nastroju. O 9:05 termin szczepienia. Było więcej ludzi niż poprzednio, czekałam w kolejce tyle samo czasu, co odczekiwałam po szczepieniu. Tym razem ramię rozbolało mnie od razu (pielęgniarka kłuła inną techniką), ale za to po południu bolało mniej niż ostatnio.

Wróciliśmy do domu nie tracąc czasu, bo Fred w południe wybierał się do Kilkenny. Obiad zjedliśmy więc w zasadzie w zastępstwie drugiego śniadania (za pierwsze śniadanie robił u mnie jogurt z chlebem). Fred do pracy, ja nad morze (Rysio chciał się dołączyć, więc Katlin zaoferowała się mi pomóc i zagadywała kota typowym irlandzkim chit-chatem, aż zniknęłam za rogiem). 

Dzień był znowu ciepły, częściowo słoneczny i bezdeszczowy. Pranie cudownie wyschło w letnim wietrzyku i teraz stos rzeczy do prasowania sięga sufitu. Podlałam ogródek, rozmawiałam z Luś i mamą. Na raty oglądałam odc. MM, Ring Out Your Dead (2002). Kot większość dnia wylegiwał się w ogrodzie Anne, rozmawiałam z nią o tym, i owym późnym wieczorem (Anne zagadnęła mnie przez messengera, jak się czuję, miło z jej strony). Zrezygnowałam z późnej kolacji i pewnie dlatego teraz marzę o paście jajecznej.

wtorek, 13 lipca 2021

574. Haj lajf.

Ciekawe, czy kot się orientuje, że gdy z rana nie może wyjść, to znaczy, że będzie pakowany do kontenerka. Był wet, było drugie szczepienie puchatej dupki, o jedenastej jesteśmy z powrotem w domu.

Gdy Fred czekał na weterynarza, poszłam do Centrum omówić sprawę urlopu. Złożyłam podanie, wyjaśniła się kwestia pensji z tego i poprzedniego tygodnia, na moją korzyść. Do piątku mam wolne, ale bez potrącania urlopu (i generalnie nie ma się co martwić, że nie mam na tę chwilę co robić, wdech, wydech). Więc w domu zaraz tatce się pochwaliłam, i była chwila na wideotelefonii z babcią Manią.

Przy okazji pakowania kociego kontenerka do/z samochodu zawarliśmy nową znajomość. U Judżina była jego bratanica/siostrzenica, Janice. Dzisiaj ma 32 rocznicę małżeństwa, ma troje dzieci, lubi koty. Ryszard stwarza wiele okazji do poznawania nowych ludzi.

Po stresie szczepionkowym pokręciłam się trochę po domu czekając aż wypierze się pościel, potem pojechaliśmy na lunch do Il Forno, bo miałam ochotę na pizzę. Były więc pizze dwie (tym razem usadzono nas przy stoliku wewnątrz podwórka). 

Po jedzeniu już nawet kawy się nam nie chciało, a co dopiero mówić o spacerze. Kupiliśmy chlebek i do domu. Jeszcze tylko krótka pogadanka z Anne, która akurat podjechała pod dom, i jej Majkelem (oczywiście większość o kocie, szczepieniach i lunchu), i Fred padł jak nieżywy do łóżka, a ja walczyłam z opadającymi powiekami sącząc herbatę/kawę i oglądając kolejny odc. MM, A Worm in the Bud (2002).

Wychodzi na to, że wczorajszy pierdolec mentalny zrobiłam sobie sama i sama z niego wyszłam, wcale nie nadludzkim wysiłkiem. Po prostu wstał nowy dzień i dzisiaj był haj lajf.

poniedziałek, 12 lipca 2021

573. Frastrejszyn.

Dzień trochę okropny, bo zaczęty negatywnym monologiem wewnętrznym. Nowego planu pracy na razie brak.

Małżonek mnie ratuje wolnym spacerem nad morze. Po drodze spotykamy Paula. Spacer jest dobry, pomimo prognoz przez cały dzień nie spadła kropla deszczu i w powietrzu utrzymuje się letnia duchota pod zachmurzonym niebem, co przez większość popołudnia Ryszard wykorzystuje na chrapanko w ogrodowych chaszczach.

Pocieszył mnie też późniejszy czat z Katlin, która się zachwyca nowym-starym beetlem mającym niedługo przybyć na lawecie na naszą ulicę. Brązowy z kremowym wnętrzem, Majk spać nie może, bo myśli o tym cudzie kupionym gdzieś na prowincji Limerick. Inny Majk, biber od Morrisa Minora 1000, będzie im beetelka lakierował, a nasi sąsiedzi już myślą o zrobieniu tym samochodem charytatywnej trasy the Ring of Kerry.

Pocieszyła mnie Gosia przymierzająca tandetne sukienki ślubne i Lisa obchodząca 37 urodziny. W zasadzie pod koniec dnia jest lepiej, wyżej nerek nie podskoczę, coś wymyślę, później. A skoro Fred mówi, że z powodu frustracji własnej zaraz będzie prasował swoje koszula, to włączę piąty sezon Midsomer Murders, żeby się dowiedzieć kto zabił w Market For Murder (2002). I chleb z pasztetem. Za oknem słoneczko zachodzi.

niedziela, 11 lipca 2021

572. Rozmiękczona.

Kot-hedonista od rana przepowiadał deszczową pogodę jedząc kilka dokładek na śniadanie i zalegając w sypialni. Faktycznie zdążyłam tylko wyprać i lekko podsuszyć koronkową bieliznę, a już padało, gdy wyjeżdżaliśmy około południa na shopping do miasta (TK Maxx i zakup letnich spodni Columbia do chodzenia po górach, Costa i kawa w ogródku) i wiatr zamienił się z ciszą na miejsca. Poza tą wędrówką praktyczną, dzień zupełnie domowy, a z malowania drzwi nici. Seks, drzemeczka, Fred gotuje dla nas spaghetti na wieczór. Z niechęcią myślę o poniedziałku, naprawdę nie chce mi się zaczynać nowego tygodnia pełnego niewiadomych i spodziewanej papierologii.

sobota, 10 lipca 2021

571. Gorąca sobota.

Korzystamy dzisiaj z łaskawej pogody. Po śniadaniu spacer nad morzem, Fred chodził na bosaka i sprawiło mu to sporo frajdy. Potem wyjazd do Drołdy, zakupy słoikowe w polskim sklepie i lunch w Il Forno, nieplanowany, długi, bardzo smaczny (na główne danie na spółkę zamówiliśmy pizzę z karczochem). Przed powrotem do domu jeszcze chwila na niebieskiej plaży, ale tutaj bryza była już zdecydowanie chłodna, a ja miałam na sobie cieniutką, zieloną spódnicę w listki i koszulkę z zimnymi ramiączkami.

Coś dręczyło Freda. Dręczyły go drzwi. Pod wieczór dokończył ich czyszczenie i nałożyliśmy na nie jedną warstwę podkładu o brudno różowym kolorze. Jeśli będzie nam się chciało, jutro drzwi przybiorą kolor (kupionego jeszcze w maju) cynobru. A teraz jestem zmęczona i  prawa stopa mi oczywiście puchnie oraz ogólnie mam syndrom niespokojnych nóg.

570. Morze poruszone.

18°C i duchota taka, że wlokę się do domu ze spaceru jak nieszczęście. Rano Ciara akurat rozkładała się ze swoim Chingwag'onem, morze bardziej wzburzone, trochę więcej wiatru, poza tym to samo, co wczoraj, tylko ja bardziej zwichrowana pod swoimi ciemnymi myślami. Już wybiegam do przyszłego tygodnia i tego jak przedstawić sprawę urlopu. A w domu nudy, i jak nudy to pisać mogę długo, że kot śpi od pory obiadowej w łóżku wielce kontent z nocnego spaceru, albo że Miły założył czarną koszulę w podkowie wzorki i skosił trawnik. Na wieczór zapowiedzieliśmy się u Ka&Jot z filmem Nomadland (2020), wymiana myśli po seansie była ciekawa. Wróciliśmy do domu po północy, schnę po prysznicu. Wiesz, że już jest Saturday?, pyta mąż.

czwartek, 8 lipca 2021

569.Kocia pogoda

Na powitanie o piątej rano z krzaków wyszedł Rysio. Śniadanie, ulubiony pasztecik i przysmaczek. Po zjedzeniu dwudaniowego posiłku z deserem do czysta kot zniknął, bo kocia pogoda.

Fred prawie od razu wskoczył do łóżka. Mędziłam jeszcze trochę przy komputerze i też położyłam się spać ... na dwie godziny. Jednak na zewnątrz było za ładnie, lubię takie bezwietrzne szarówki i sumienie mnie obudziło. Wstawiłam pranie, zarezerwowałam dla Ryszarda drugie szczepienie u weta i wyszłam na spacer. Na ulicy nadbrzeżnej rozstawiła się oryginalna, lilipucia kawiarenka, kawki gadały na słomianych dachach, w kawiarence przy plaży słychać było stare Wham, na części strzeżonej szkółka wakacyjna i gwarno (tutaj morska trawa już wysuszona i pobielała), za to z drugiej strony, na bezludnej części plaży łagodny przypływ podrzucał kolejną porcję zieleniny. Przeszłam się plażą do końca, na trochę weszłam w domkową dzielnicę, zeszłam schodami z drugiej strony i wróciłam przez centrum wsi.

Plan na obiad był taki, że może w porcie będą sprzedawali gotowy chowder, to zjemy, i zobaczymy co dalej. Z braku chowdera tam, gdzie lubimy, najbliższym miejscem do sprawdzenia była Forge Field Farm. Czekaliśmy na stolik z 10 minut (akurat Katlin, Lisa i mały Ethan byli na lunchu, więc głośno im machaliśmy na powitanie i pożegnanie, Ethan lubi się przywitać i pożegnać bardzo dokładnie, z wykrzykiwaniem imion itd.). Nie poprzestaliśmy na zupie (minestrone, kurczak z makaronem i jabłecznik na ciepło z lodami dla mnie, jagnięcina po grecku i pavlova dla Freda). Z tego rozkoszowania się jedzeniem dopiero kilka minut przed piątą zorientowałam się, że zamykają. Obiad ograniczył nasze zakupy do paru niezbędników z Lidla. Po powrocie do domu, jeszcze przed herbatą, odbyliśmy długą weranda njus z Katlin i Anną Emerytką, z tego pewnie ⅓ była o Ryszardzie (który naszą wizytę w restauracji i sklepie przespał w sypialni). Więc już wiemy, że w czasie naszej wczorajszej nieobecności Rysio wlazł Katlin do salonu i nie chciał wyleźć zza sofy. Kot słuchał tego siedząc obok, przytakując, że wcale nie żałuje. Pomimo niskich chmur przez cały dzień nie spadła ani kropla deszczu. Moja pogoda. Kot śpi na zewnątrz zwinięty w kłębek na granicy ogródka z ulicą. Nie zrobiłam dzisiaj nic pożytecznego. Może jutro będzie lepiej.

Postscriptum #568.

Co to był za dzień, ta środa!

Wyjechaliśmy po ósmej rano w takt the Queen. Zatrzymywaliśmy się kilka razy w rejonie Burren, na szlaku moherowym nie doszliśmy do Wiedźmy, bo już trochę brakło nam czasu i ochoty. Pracodawca nawet informował Freda tekstowo o możliwości rozpoczęcia zmiany o godzinę wcześniej, ale pozostaliśmy przy swoich planach. Jeszcze kawa na miejscu. W Galway byliśmy po ósmej wieczorem — mąż poszedł do pracy, ja najpierw zrobiłam małe zakupy, czytałam Muminki, potem w samochodzie zawinęłam się w kokon na rozłożonym siedzeniu i zasnęłam. Po drugiej w nocy ruszyliśmy do domu (Janis Joplin, Dire Straits, Oddział Zamknięty), żeby pojawić się w drzwiach przed piątą. Nie do uwierzenia jak o tej porze jest jasno.

Wczoraj w drodze odebrałam sms z wiadomością, kiedy i gdzie drugie szczepienie Pfizerem; szczęśliwie znowu niedaleko.

568. W drodze do Moherów.

Środa zakończona wczesnym czwartkiem.

Opactwo w Corcomroe; widok z Corkscrew's Hill; Fitzpatrick's Bar w Doolin; klify Moheru z różnych stron i krowa; katedra w Kilfanorze; dolmen w Poulnambrone i krajobraz the Burren; z drogi rzut oka na zamek Dunguaire; wieczorna bajka pod B&Q w Galway; Drołda o 4:41 rano w czwartek.













wtorek, 6 lipca 2021

567. Plany na ...

Fred już w kuchni robił sałatkę, gdy wstałam. Czyli na śniadanie był obiad, mąż skoczył do rybnego po świeże krewetki i o dziesiątej była uczta po której Fred pojechał w stronę Moiry, a ja poszłam nad morze z zamiarem napicia się kawy w kawiarence. Najpierw na pierwszym skrzyżowaniu natknęłam się na Pączka, który chciał mi towarzyszyć, więc trzeba było zrobić rundkę po dzielnicy zakończoną konsumpcją pasztecika w domu (konsumpcją dokonaną przez Pączka, ja tylko otworzyłam puszkę). W tym czasie wymknęłam się na drugą turę i dopiero przy plaży przypomniało mi się że przecież nie mam maseczki i z czym do ludzi. Kawa "na wiesce" innym razem. Cały czas goniły mnie zagęszczające się chmury ⛈, w końcu po południu spadł deszcz.

Przy domowej kawie obejrzałam odcinek Midsomer Murders, w ciągu dnia kolejny (ostatni z czwartego sezonu). Prasowanie, języki, wymiana tuszu w drukarce, drukowanie, powrót męża, szukanie z mapą miejsc w Doolin, bo się nam klaruje na jutro krótka przygoda. I o tym ostatnim myślę leżąc w łóżku.

poniedziałek, 5 lipca 2021

566. Niby że wakacje.

Nad morzem po dziewiątej, akurat zaczął się odpływ, na plaży sporo zielska i sami mili ludzie.




Wracając przez wieś spotkałam Annę, która szła z gazetą ze sklepu. W taki sposób razem zrobiłyśmy pętelkę do kościoła i z powrotem. Po drodze zawarłam nową znajomość: Anita, Buddy i Jessie.

Kochany spokojnie pospał do jedenastej, potem obudził go telefon, że potrzebują go na Północy na już, więc nici z wolnego dnia. Po dwunastej małżonek był ponownie w drodze.

Who Killed Cock Robin? (2001) z serii MM było oglądane. Dzień przeplatany wiatrem i deszczem. Fred wrócił o dziewiątej wieczorem, z bukietem kwiatów, filmem Nomadland na dvd i informacją, że jutro też jedzie, na szczęście ma zmianę dzienną.

niedziela, 4 lipca 2021

564-565. Przez weekend.

Z wydarzeń sobotnich tylko szybka wizyta u Ka przy okazji zakupów w mieście. Zawieźliśmy prezent i torta, posiedzieliśmy przy kawie. Trzeba było wracać do domu na obiad, bo Fred miał w planach nocną zmianę w Athlone. Mąż zapowiadał mi nawet, że jeśli nie skończy przed czwartą rano, to zostanie już w mieście (dzisiaj ma pracę w tym samym miejscu). Na szczęście zmiana nie była długa i Kochany mógł się wyspać we własnym łóżku.

Wczoraj wieczorem rozmawiałam długo z Luś. Przyjaciółka metodycznie wpadła na An w mieście, An oczywiście tłumaczyła się, że nie odbierała jej (kilkunastu telefonów przez dwa lata), bo nie zauważyła, że ta dzwoniła.

Na zakończenie soboty zaczęłam oglądać czwarty sezon Midsomer Murders, pierwszy odcinek z sześciu. Dzisiaj przy drugim śniadaniu pochłonęłam drugi, po obiedzie, gdy Fred był już w drodze, trzeci, The Electric Vendetta (2001), nie najmądrzejszy, albo chodzi o to, że mój mózg ma dość na dzisiaj. Weekend kończy się ciepłym deszczem. Na wiesce cicho i jeszcze jasno o tej porze, a ja idę czytać Muminki ;)

piątek, 2 lipca 2021

563. Koniec semestru.

Zaczynam tydzień urlopu. Zaskoczylo mnie to dzisiaj, bo się nie prosiłam, na dodatek księgowa zwlekała z informacją, w związku z czym perspektywę urlopu we wrześniu będę mogła przedyskutować dopiero za tydzień, co leciuchno mnie wkurwia, bo cliffhangery nie dla mnie. No ale cóż ... przecie się nie potnę. Dzień poza tym fajny, duszny i do południa zupełnie szary. Pożegnaliśmy Dione, Deana (zaśpiewał nam na pożegnanie Mad World), Keitha, Emmę i Dżastinę (ta ostatnia zdała, ale papierów do szkoły nie składa, czeka na miejsce w klinice odwykowej). Świadectwa rozdane, na lunch poszliśmy w ósemkę do Casanovy, do domu autobusem, jeszcze obróciłam po steki do rzeźnika familijnego i już się mogłam rozsiąść we własnej kuchni z kawką. Była w międzyczasie chwila na weranda njus, więc wiem, że Anne zmieniła miejsce pracy. Nie pytałam, co ją zainspirowało, zresztą aż tak bardzo to nie muszę wiedzieć. W każdym razie fajnie będzie mieć nowinki z pierwszej ręki z irlandzkiej Opery Narodowej, zniżkowym biletem też nie pogardzę. Fred tymczasem pojechał do Belfastu i już się cieszyłam, że praca krótka i małżonek zaraz wraca, a tymczasem przerzucono go w nagrodę do innego miejsca. Kochany pokazał mi okolice w których się zatrzymał, Belfast is a shite place at times! Małżonka miałam z powrotem po dziewiątej wieczorem. Jeszcze zdążyliśmy opylić lazanię, a ja dokończyłam oglądanie trzeciego sezonu Midsomer Murders. Grała w nim pani, która kojarzy mi się w zasadzie wyłącznie z rolami kostiumowymi. Cheryl Campbell. Są takie aktorki.

czwartek, 1 lipca 2021

562. Sezon na chełbie i zarazę ziemniaczaną.

Na plaży naliczyłam 23 chełbi modrych. Alkoholowy Paddy podziwiał krajobraz sącząc napoje na skałkach, w drodze powrotnej spotkałam Uśmiechniętą Kathleen, a przy przystanku wymieniłam "lovely morning" z Lokalnym Gejem, którego nie widziałam już szmat czasu. Pogoda jest na zarazę ziemniaczaną, czyli blight — rano było łagodnie i bardzo wilgotno. Tutaj to jest ważne, 170 lat temu zaraza ziemniaka była przyczyną depopulacji wyspy (milion ludzi zmarło z głodu, przynajmniej drugie tyle emigrowało), więc mamy i takie ostrzeżenia pogodowe: uwaga, pogoda na zarazę ziemniaczaną!

Poza tym dzień pełen małych zdarzeń, dobrego obiadu i drzemki przerwanej panicznym pośpiechem małżonka, który ocknął się, że trzeba już wyruszyć. Fred ma nocną zmianę nocną kompletnie (zaczął ją o 20:30) i zadzwonił kilka minut przed rozpoczęciem, że nieasertywnie przyjął zlecenie na jutro. Mam nadzieję, że zniesie to lepiej, niż mi to brzmi. 

Ech. Czyli jestem w trzecim sezonie Midsomer Murders, odpalam Judgement Day (2000), podobno Bloom Orlando występuje w nim w charakterze trupa.