[go: up one dir, main page]

czwartek, 29 września 2016

Przeżywam

jak mrówka okres.

Inżynier polecił



Piękne. Ale totalna abstrakcja, bo... No właśnie, nie za mojego życia i mam nadzieję, że nigdy...

A potem coś, co chodziło za mną od dawna i...

To już jest mój świat. Najśmieszniejsze, Kochany Pamiętniczku, że aczkolwiek nie do końca, bo nie jestem głuchoniema, ale... To jest mój świat... Ten prawdziwy, najprawdziwszy. Ale w sumie, kogo to obchodzi?


I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszą notkę.

środa, 28 września 2016

Tomorrow



Co nie znaczy, że musimy.
Ale możemy...
Co nie, Kochany Pamiętniczku?

Wychodzą

z szafy, tzn. już mówią oficjalnie o Okruszku.
I uderza mnie jedno, podoba mi się to, zazdroszczę.
Kiedy ja byłam w ciąży, Ex mówił: SJ jest w ciąży. Ewentualnie: będziemy mieli dziecko...
A oni mówią: jesteśmy w ciąży...
Drobiazg, ale świadczy o zmieniających się realiach.
Nie, że Ex o mnie nie dbał, dbał, walczył o Pierworodnego jak lew i dwa niedźwiedzie, ale..

Jesteśmy w ciąży...

Tak, Kochany Pamiętniczku, kilka rzeczy nas w życiu zaskakuje jeszcze... :)
Dobrze, że pozytywnie :P

wtorek, 27 września 2016

Posrana

ta cała ekologia jest.
Wędruję po FB, bo Inżynier baluje na salonach i natrafiam na grupę lokalny rolnik. Super, można zamówić towar we wtorek, odebrać w czwartek, po drugiej stronie ulicy, dowożą. 200 m ode mnie. Superkuper, wypas, cud, miód i orzeszki laskowe...
No i?
Jajka od kury zielononóżki, Zmorkę zatkało, jak jej rzekłam, że za 10 płacę 7 zł. Kupuję w pracy od kolegi, ma właśnie ekologiczną hodowlę, a jajka tak smaczne, że Inżynier zachwycony. I co? U lokalnego rolnika za 10 jaj chcą... 12,90. Rozumiem, że dowóz. Ale nie dowożą dla mnie jednej, tylko dla kilkunastu osób. Prawie 100% drożej? Dziękuję, postoję, będę dalej kupowała u Grzesia i nosiła. Jeszcze mogę, a jak już nie będę mogła, to na jaja za 12,90 za 10 sztuk na pewno nie będzie mnie stać :D
Dynie ozdobne, te takie niejadalne, 15 zł za sztukę?
Porąbało kogoś?
Na targu są od 2,50, do 4 zł za sztukę, w sklepach są na wagę, ale też w tych granicach wychodzi. A tu 15 zł za sztukę? Do ozdabiania, nie do jedzenia, nie musi być ekologiczne i niczym niepędzone.

Trzeźwo patrząc, nie będę zamawiała, choć się do grupy zapisałam.

Niektóre rzeczy są naprawdę przereklamowane, choć siedzę w branży i wiem, ile pracy to kosztuje.
Taki czosnek kupiłam ale ma naprawdę inny smak i nie żałuję wydanej kasy.
Ale znaj proporcje, mocium panie.
Realnie patrząc, często doi się mieszczuchów z kasy, no bo przecież oni zarabiają siedząc i nic nie robiąc, a człowiek na wsi musi się utyrać, co nie?

Życie to niejebajka, Kochany Pamiętniczku :) Jak widać na obrazku, trzeba swój rozum mieć.

Lubię

jak moja Synowa jest w ciąży.
Dziecko na memłon niespodziewanie wróciło, bardzo szybko, akurat w piżamkę wskakiwałam.
Tłumaczył się, że koledzy jutro do pracy, ale tego nigdy nie było w wykrętach ;)
A że noc była jeszcze młoda, życie darowało mi znów kilka chwil.
Tego mi najwięcej brakuje, pogawędek w środku nocy.
Mogłabym zadzwonić, ale wiadomo, Kochany Pamiętniczku, to nie to samo co tete a tete...
I jakie piękne rzeczy mi opowiadał, bo zapytałam o Dark Internet.
Poczułam się jak dziecko, któremu ktoś opowiada straszną bajkę.
Umie, Skubaniec, gawędzić. A to jego miłość, te klimaty.
Spałam później słodko.

Rano kąpiel (rozkosz prysznica, aczkolwiek trudno mi się przyzwyczaić, że nic nie stawia mi oporu) i jeszcze z mokrą głową lecę po bułki. Proszę 4 bułki, a pani oczy jak pięciozłotówki i mówi: 4 piwa i do kasy...
No fakt, jestem znaną pijaczką :) (Nawiasem mówiąc, w sklepiku tym zazwyczaj kupuję tylko piwo i to przeważnie sztuk cztery, żeby mieć zawsze schłodzone i nie latać co dzień... Tu kupuję, bo dźwigać nie muszę, a poza tym moja ulubiona łomża miodowa tylko tu jest) :)

Łóżko niezasłane czeka na sublokatora do pierzenia, bo wczoraj opieprz był, że sprzątnięte ;)

Lubię takie dni.
I tak warto żyć.

poniedziałek, 26 września 2016

Ileż to lat

minęło, odkąd nie używałam eksplodera...
Lisek, tylko lisek.
Ale tak jakoś w piątek coś zaczęło się psujnąć w przeglądarce. Obrazy rozciągały się w dłuuuuuugie krechy ciągnące się do dołu, napisy też.
Nie siałam paniki, bo w niedzielę Inżynier miał zlądować, ale wkurzona niemożnością spokojnego czytania poszłam się przeprosić z Maleństwem. A Maleństwo, jak prastary, lampowy odbiornik TV musi się "rozgrzać", żeby ruszyć. Rozgrzanie to kilka minut, co przy mojej niecierpliwości, Kochany Pamiętniczku, groziło rozwaleniem Maleństwa o ścianę. Na szczęście udało mi się tego uniknąć. Tam wszystko chodziło OK. W kompiku też, wyjąwszy strony wiadomościowe.
No nic.
Inżynier tradycyjnie spóźniony przyleciał, bo ten samolot zawsze się spóźnia. I głodny jak lew i dwa niedźwiedzie, więc uprzedzona SMS wstawiłam wszystko w sam raz.
Nakarmiony, pasa popuścił, drobne souveniry z podróży poślubnej podrzucił, w tym naparstek, którego nie znaleźliśmy, jak byliśmy razem w Paryżu :)

Podstaweczki pod kubki, piękne, aż chce się oprawić, coś kombinuję :)
 Na kompika zerknął i stwierdził, że fizycznie nic temu kompiku nie dolega, a to może być jakiś błąd w lisku w połączeniu z akrobatem, bo mam tak ustawione, że się samo aktualizuje, żeby mnie do szewskiej pasji nie doprowadzać. Zatem na eksplodera się przesiąść zalecił, com uczyniła, aczkolwiek mnie szlag, bo w drobiazgach się różni i...  no nic, ważne że działa :)

No a potem poszło na noże, bo jak to, nie przylecę i inne sranie w banie. Tłumaczyłam jak krowie na rowie i obstawałam przy swoim. Wiem, że przez kilka lat nie będę mogła polecieć, bo jak Okruszek będzie, nie będzie miejsca do spania. Doskonale sobie z tego zdaję sprawę, ale nie i koniec.
W końcu się uspokoił.
Ja też muszę swoje życie przemeblować, nie ma innej opcji i im szybciej to zrobię, tym lepiej dla mnie.
No ale odłożyliśmy noże i przytuliwszy się serdecznie na dobranoc, po dłuuugiej, nocnej rodaków rozmowie i omówieniu spraw bieżących poszliśmy w objęcia Morfeusza.
Stwierdziłam, że z komputerem na razie nie będę szalała, bo Maleństwo zaspokaja wszystkie moje potrzeby, jeżeli nie jest odłączone od zasilania, więc co ja będę się rzucała na wydawanie tysięcy?
Do gier mam inną zabawkę, da się żyć.
Przy okazji Inżynier odbierze komputer od Pierworodnego i sam wyśle, jak wleci, to poskłada. Kiedy wleci, nie wiadomo, ale mniejsza z większym, najpóźniej w czerwcu przyszłego roku. Wiem, że to abstrakcyjny termin, ale od dawna już w takiej abstrakcji całkiem dobrze żyję.
Mieliśmy dziś jechać po baterię, znów się czepiał, że nie mówił, że nie zrobi, że mówił, że jak ma zrobić kompa, to nie zrobi baterii, ale że kompa nie robi, to zrobi baterię :)
Dogadać się z chłopem :)
Do Praktikera zatem hycnęliśmy, a tam







Chińczycy już do nas przyszli.
Z wielkimi kłopotami baterię kupiliśmy, jako że dobre, a niedrogie modele były tylko na wystawce, a baterii za ponad 300 zł nie chciałam kupować, bo bez przesadyzmu.
W końcu znaleźliśmy pasującą, w niezłej cenie, a i klucz trzeba było kupić, bo niestety, skrzyneczka wróciła do mnie niekompletnie wyposażona, a Inżynier się uparł, że on zamontuje baterię, com czarno widziała, bo zawsze mi wpierał, że od hydrauliki jest Pierworodny. Wprawdzie u siebie w kuchni zmieniał baterię, ale też były jaja jak brylanty i pomagały mu koty, sztuk dwie...
Przedtem zaprosił mnie na lody, ale zamiast wyszło ciastko opium i kawa. Inżynier w opakowaniu co niektórym się spodobał, i dobrze, tak ma być :D
Wracamy zatem do domu, a tu zonk... Klucz jednak nie pasuje. Sąsiad nie ma, drugiego sąsiada nie ma, trzeciego też nie. Mówię: odpuść, ale nie, napalił się jak szczerbaty na suchary i wskoczywszy w wyjściowe ciuchy z powrotem, bo on jest szanującym się dresem, w dresie z domu nie wyjdzie, poleciał na Manhattan i tam w okolicznym sklepiku zdobył klucz szwedzki. Szwed przyjazny był i wszystko pięknie poodkręcała, a ponieważ poszłam po linii najmniejszego oporu i zarządziłam pozostawienie starych grzybków i lekko wystającej śruby, bo skoro przy umywalce wystaje (tak złota rączka w czasie remontu pozłociła), to kto bogatemu zabroni? Poszło piorunem, mój nowy hydraulik wskoczył pod prysznic (od 3 miesięcy zamiast prysznica był garnek z wodą do polewania, potrzeba matką wynalazków), zjadł obiadek, zdrzemnął się i poleciał do żony, kolędują teraz po kominkach, kiedy wróci, nie wiadomo, ale obiecał taksówką, więc nie będę scen robić.
Jutro też kolędują, no cóż, znajomych do odwiedzania mają teraz razy dwa.
Taki już mój los, że dostaję w prezencie tylko jeden wieczór.
I tego się też uczę.
W środę lecimy do babci Synowej na kawę, jednak nie na obiad, przyznała mi rację, że babci za ciężko na tyle osób gotować (a ona sama nie lubi, zresztą, mi to rybka). Po kawce młodzi na lotnisko i koniec balu panno lalu :)
Cieszę się, bo zrobił wszystkie (jutro dokończy) rzeczy, z którymi sobie poradzić nie mogłam.
Tak jak jakiś syf w rogu w kuchni, którego nawet z drabiny i różnymi wynalazkami wyciągnąć nie mogłam.
To, co dla młodości jest gratką, dla starości jest przeszkodą, i to wielką.
Ale nic to, będzie dobrze, co nie, Kochany Pamiętniczku? :)

piątek, 23 września 2016

Ogarnięta

ta kuweta, zakupy zrobione, pieczone żeberka pachną w całym domu, balkon sprzątnięty, pościel zmieniona, pranie zrobione, dżem z dyni też. Mój pierwszy w życiu, nie byłabym sobą, jakbym nie nakombinowała, ale dobry jest. Wydaje mi się, że trochę za rzadki, ale jak coś, będzie robił za słodką zupkę i tyż piknie. Nic w przyrodzie nie ginie.
A ogarnęłam się dziś, bo primo po pierwsze, dwa tygodnie bezhołowia to widać. A primo po drugie, w niedzielę wieczorem Inżynier zlatuje. więc coś na ruszta muszę mieć. Odgrażał się wprawdzie, że sobie pizzę zamówi, ale jak kiedyś nie ugotowałam, to prawie że z głodu umarł, czekając na nią, a i tak była niedobra. Pyzy dokupię i kapustkę kwaszoną i wypas. A jak będzie marudził, cenę mu przykleję na talerzu.
Podrożało wszystko makabrycznie, za niewielkie zakupy u rzeźnika zostawiłam prawie 50 zł, dobrze, że sama rzadko jadam mięso.

Zmartwiona jestem, i to bardzo tym, co się w kraju dzieje. Jednak chyba jestem szurnięta, bo ani trochę nie zgadzam się z żadnym pomysłem niemiłościwie nam panujących.
A jeszcze do tego teraz ta ustawa antyaborcyjna.
Tak myślałam, marudzić, żeby wracali do PL, ale nie.
Nie chcę, by Mała Wiedźma musiała się bać.
A i moje Synowe też.
Nie rozumiem, jak można decydować za drugiego człowieka.
Nie mówię, że aborcja jest OK.
Ale mojej Mamy mama zmarła przez zakażenie ciąży (albo ciążę pozamaciczną, tego nie wiem, USG wtedy nie było)...
Moja Mama pierwszą ciążę miała martwą.
Po mnie była siostra, która też nie przeżyła.
Na szczęście wtedy, w tym komunistycznym państwie liczyła się jeszcze kobieta i jej zdrowie.
Jak rodził się mój brat, lekarze pytali, kogo ratować: kobietę czy dziecko. Ojciec nie wybrał, kazał ratować i matkę, i dziecko. Udało się.
Ja nie miałam takich dylematów,  w ciążę zachodziłam od samego patrzenia na spodnie wiszące na krześle, choć potem były kłopoty z utrzymaniem, ale tylko dlatego, że w ciąży z Pierworodnym miałam stłuczkę, wjechał nam w dupę malucha palant wołgą...
Rodziłam - teraz patrząc z perspektywy lat - lekko.
I choć żałuję, że nie urodziłam się później, teraz powoli przestaję tego żałować.
Nie mam już dylematów, a i nie wiadomo, jak z antykoncepcją będzie. Wiem, można jechać za granicę. Ale to nie każdy się na taki krok zdecyduje, a turystyka aborcyjna jest jednak dla bogatych.
Ile nieszczęśliwych, kalekich, niechcianych dzieci się urodzi?
Czy Kaczyński choć jedno z nich zaadoptuje i wychowa? Albo będzie na nie łożył? Na jedno, jedyne.
Mam poczucie, że żyję w jakimś koszmarnym Matrixie, ale chyba nie...

Smutno mi. I straszno.


czwartek, 22 września 2016

72. numer

mojej ukochanej gazetki zamknęłam dziś. Na etacie. Znaczy się, od sześciu równych lat tu pracuję.
W połączeniu z moją zawodową karierą, tak naprawdę zaczętą na Akademii Rolniczej w 1977 roku (wówczas) w Bibliotece Głównej, a potem w filii, której, jak sprawdziłam - już nie ma, pomijając meandry i zawirowania, wciąż jestem związana z rolnictwem.
Ze wsi wyszłeś, na wieś wrócisz.
Ano.
I tak sobie miło gawędziliśmy na korytarzu, bo rewelacyjne, moim zdanie zdjątko zepsuto dymkiem...
Usłyszałam, że piszemy dla trepów.
Tak jak sześć lat temu... Bo nasi odbiorcy są prości.
Polemizowałabym.
Ale co ja tam wiem, ja tam tylko sprzątam.
Inna para kaloszy, że czasem od doktorów takie gówna, że ojapierdolę.
No ale kto patrzy na sprzątaczkę?
Dziś w połowie dnia padła cała kanalizacja.
W momencie, gdy wywlokłam z torebki hmmm... kartę do otwierania drzwi, by potuptać do budynku B, by oddać hołd naturze (nienawidzę obcych miejsc i kibli), złądowała kobietka, zrywająca wywieszone ostrzeżenia, z uśmiechem mówiąca, że można korzystać z przybytków.
Zatem, pomijając bliskie spotkanie 3. stopnia z Bossem, mówiącym, że szef  ma zawsze rację...
Do 10 października mam na wszystko WYJEBANE.


I tak, Kochany Pamiętniczku, mam na wszystko wyjebane, udaję się na poszukiwanie...

Lepszego jutra, aczkolwiek donoszą, że ono było wczoraj.

Amen :P

środa, 21 września 2016

Wczoraj

załapałam się, Kochany Pamiętniczku, na fejsiku na dyskusję u Imbirelli i zaraz na moim dysku wylądował

https://www.youtube.com/watch?v=Eh993__rOxA

No i dziś urwawszy się po skończonej robocie, zasłużenie wcześniej niż ustawa przewiduje, oglądnęłam.

Nie płakałam.
Jestem już w takim wieku i po takich przejściach, że nie płaczę.
Jestem za eutanazją, niezależnie od okoliczności, sęk w tym, że mnie na nią - na cywilizowany sposób - zwyczajnie nie stać.
Mogę wejść pod cokolwiek jadącego, ze świadomością, że mogę przeżyć i dopiero będzie raban, że skrzywdzę tego, komu wlazłam.
Mogę skoczyć z dachu.
Utopić się.
I inne takie tam.
Nie mam cywilizowanego wyboru - do żyłki i po ptakach. Nie stać mnie.
Ale w sumie na nic w życiu mnie nie stać, więc co za różnica? ;)

I tak trzeba będzie jutro zwłoki zwlec i podążyć z pieśnią na ustach i sztandarem w ręku na ten, ostatni już w tym miesiącu dzień do pracy, udając, że dusza śpiewa.
Sztukę, Kochany Pamiętniczku, opanowaliśmy do perfekcji, co nie?

Dziś rano, jak jechałam do pracy, na półtoraku naprzeciwko mnie usiadła para zabiedzona. Zabiedzeni anorektycy, bo mieścili się na półtoraku. Facet od razu zasnął, autobus bez klimatyzacji i duszno było, a ona, kobieta bluszcz, trzymając go za rączkę, a to go pogłaskała, a to mu bródkę zmierzwila, a to śpiocha z oka wydrapała (a rzęsy facet miał ojapierdolę, lepsze jak ona, chociaż pewnikiem z pół godziny je tuszowała). Jakby mogła, toby zaseksiła.
Żeby tylko podkreślić, że jest jej.
Nie lubię takich momentów, a tu jak na złość autobus z tych, co nie ma gdzie spierdalać...

I nie, nie zazdroszczę.
Nie ma czego :)




wtorek, 20 września 2016

Uszko

się urwało mojemu nowemu torebku, zauważyłam to wysiadając rano z autobusu. Fuck, Kochany Pamiętniczku, torebka ma hmm... 3 miesiące?
Chrzanić to, reklamować będę, jak szewc nie naprawi, ale obawiam się, że paragon wyrzuciłam.
Moja paryska wciąż na chodzie jest, a ma już ile? Ponad 3 lata, nie chce mi się sprawdzać.
Przeprosiłam się z nią, bo była na wierzchu.
Mam jeszcze inne, ale to się równa z bebeszeniem szafy, a na to mnie teraz nie stać.
10,5 godziny dziś w pracy.
10,5 godziny pracującej pracy, więc ledwo dycham.
Poszłam w tej bluzie z Małą Mi, z napisem: Jestem jędzą i dobrze mi z tym, z premedytacją rano oblazłam wszystkie pokoje i kto nie zauważył, to miał podetknięte pod nos. 
Starali się, a jakże.
Tak bardzo się starali, że nawet nie czytali tego, co zrobili.
Nawet paluszkiem nie kiwnęli pracując metodą kopiuj wklej wiadomości agencyjne.
Ale kij im w oko, przynajmniej o 18 wyszłam.
Chciałam odreagować spacerkiem (rano, jak się obudziłam o 6, było ciemno, szaro i głucho, światło musiałam w mieszkaniu włączyć, a jak wychodziłam o 18 też było szaro, ciemno i głucho, choć lampy się jeszcze nie paliły), ale już przed Panoramą straciłam dech w piersiach, tak śmierdziało palonym plastikiem i innymi świństwami.
Rozumiem, że nie wszyscy są tacy gorący jak ja, ale ja dziś miałam sweterek, sandałki i długie dżinsy (inna para kaloszy, żem spocona do domu dotarła), ale byli po drodze osobnicy w bermudach i T-shirtach, tudzież zimowych czapeczkach i kozaczkach...
Ludzie, kurwa, czy nie zdajecie sobie z tego sprawy, że paląc śmieciami wbijacie też sobie i swoim potomkom gwóźdź do trumny? Przed każdą taką chatą, z której smród powala na kolana stoją zazwyczaj dwie fury.
No tak, ktoś mi kiedyś tłumaczył, że mają na fury, bo oszczędzają na paleniu...
Dotarłam do domu, otwieram balkon, w trymiga podlewam badyle i zamykam balkon błyskawicznie.
W pobliżu są ogródki działkowe.
Ludzie chwasty i liście palą.

Tęsknię za upałami, nie sądziłam, że kiedyś to powiem...

No nic, Kochany Pamiętniczku, jeszcze dwa dni i będzie git majonez.
W południe chatkę przewietrzę.
Na spacerek polecę, jak nie będą jeszcze palić..

Coraz gorszy ten mój świat...

poniedziałek, 19 września 2016

Nerwy

w konserwy i na eksport.
Już dawno się tak nie rozsypało, ale nic.
Niech mi ktoś spróbuje wytknąć (ktoś: czytaj: Boss), że jakiś błąd poszedł, o ile pójdzie, to każdy sąd mnie uniewinni.
Nevermind.
Inżynier napierał się znów na Skype, a potem okazało się, że tak jak myślałam, Pierworodny podszedł do tematu po swojemu. Inżynier nie wziął poprawki na to, że tempora mutantur et nos mutamur in illis.
Skoro nie mogę tego zmienić, przechodzę nad tym do porządku, bo szkoda mojego zdrowia.
Wczoraj łaziłam po wertepach i nic mnie nie bolało, a dziś, zaledwie progi zakładu przeszłam, rozbolała mnie i pięta, i kolano.
Diagnoza: problem tkwi w głowie.
Będą spali osobno, znaczy się, każde u swojej rodziny.
No i OK, w sumie mnie to cieszy, bo będę miała wieczór z dzieckiem.
I mamy się spotkać na obiedzie u Synowej, ze względu na babcię, bo babcia nigdzie nie wychodzi.
Mówię, że kłopot, ale twierdzą, że nie.
Bo jesteśmy rodziną...
I tu się w jęzor ugryzłam, bo ja nie jestem rodziną.
Ale co się będę wychylała.
Jak komu pasuje, to jestem rodziną, a jak nie to już inna bajka.
W dupie to mam.
A na takie schody wczoraj wlazłam, wyglądają niewinnie, ale w sumie włażenie na nie było jak koszmarny sen, podciągałam się po poręczy i myślałam, że nie wejdę. A Kierownik Budowy jak gazela leciał z góry na dół i z powrotem. Gdzie ta moja młodość, no gdzie?
Ojapierdolę. :)

 Zapisć w kajeciku, Kochany Pamiętniczku: unikać wszystkich schodów i niech żyją windy :)

I doszła dziś:

Nie wiem, jak zawartość, ale okładka - poezja. Wklęsłe litery, wypukłe drzewo, aż chce się dotykać... :)

Jeszcze 3 dni z wariatami.
Ale dziś zaraz po 17 zamknęłam komputer (od rana grałam, aż furczało, no bo co miałam robić?) i na nieśmiałe: już pani idzie do domu, odrzekłam: tak, dość się już naczekałam na państwa... Chyba jednak do końca ich pojebało, jeżeli sądzą, że wrzucą mi wszystko w jednej godzinie, a ja z pieśnią na ustach zrobię wszystko od razu... I jeszcze kankana zatańczę, w ciążę zajdę i czworaczki urodzę. I zaproszę wszystkich na obiad, własnoręcznie upichcony...
A, takiego wała...
Nawet jakbym przychodziła na 17 do pracy, to kto mnie do domu odwiezie?
Życiem ryzykowała nie będę.
A na taksówkę zawsze im żal kasy :)
Na pracę w nocy się nie pisałam, nie mam tego w umowie i rybka mi, że komuś się lepiej pisze w nocy, To niech pisze noc wcześniej :)

I to tyle ewangelii na dziś, Kochany Pamiętniczku :D

Pełnia jest, no i wiele rzeczy to wyjaśnia.
Postaram się nie wyć :D



 Pięknie, prawda? :)

niedziela, 18 września 2016

Obudziłam się

wczesnym rankiem, Kochany Pamiętniczku... Wróć. O 8.11, więc nie tak wczesnym rankiem, ale co szkodzi pościemniać?
I już czekał Messenger od Kierownika Budowy. No cóż, nie każdy ma Kradziejkę na stanie, pełniącą rolę budzika. Tym razem namawiali mnie na wycieczkę łażącą do Wielkopolskiego Parku Narodowego, a ja na to jak na lato.
Więc skoczyłam do wanny, żeby dziecka nie straszyć, a w międzyczasie odzywa się moje dziecko rodzone, aczkolwiek drugie w kolejności i chce pogadać za godzinę, bo potem jedzie na wycieczkę.
Spławiłam Inżyniera, bezlitośnie i bez serca...
Oj tam, oj tam...
I pojechałam w siną dal, lewa, prawa, bez czerwonych podwiązek pod tą suknią, bo nawet ja zmarzłam w koszulce nocnej (wykąpana, śniadająca) przy szeroko otwartym balkonie.
Albowiem piździło...
I tak jadąc wspominałam młodość, gdyż często tą trasą jeździłam, a w zasadzie do wyrzygania, bo mój EX wciąż jeździł "bez Kórnik". Tak się to u nas nazywało.
A Kierownik Budowy, ulokowany z tyłu, ze względu na szacunek dla moich siwych włosów i z obawy o moje gabaryty, oraz o to, że Kradziejka na mój widok będzie wrzeszczeć (wrzeszczała, ale tylko przez moment, potem już gadałyśmy jak czekista z czekistą i jaja sobie ze mnie robiła, dała się kilka razy pocałować w łebek i naumiałam ją, że należy za to brać 2,50, nóżkę też mi pięknie obrzygała, ale w sumie sztamę zawieramy powoli), dyrygował małżonką, gapiąc się w smartfona...

Mielśmy pojechać na grajzerówkę, ale smartfon, jak to smartfon, po swojemu jechał.
Wycieczka była przecudna, jestem zmęczona, jak koń po westernie, napisałam Inżynierowi, że sorry Batory, dziś nie pogadamy.
Bo jak nie zapiszę, to potem mi się nie chce, a to był piękny dzień...


 Na tę wieżę wleźliśmy, niby niewysoko, ale... Dla mnie - wyczyn (pięta i kolano cały czas dają o sobie znać), a i zasapałam się... Ale widok wynagrodził wszystko...





 A tu Kradziejeczka z Mamą. Mają nosidełko i taką fajną kurtkę na wierzch, że jak coś, dziecko nie zmarznie nigdy :)


Potem jechaliśmy takimi drogami, że ojapierdolę, a Kierownik Budowy się wymądrzał, że on by szybciej i lepiej jechał, ale w drodze powrotnej, jak siadł za kierownicą i ruszył z kopyta, tom mu nawtykała...

 Dróg rozstajnych było od cholery :D


 Tym razem za nosidełko dla Kradziejki robił Kierownik Budowy osobiście ;)


 Jakiegoś żółtego grzyba znaleźliśmy, bo tak ani jednego jadalnego :)
 I sarenka była...






 I kosmici atakowali ;)
 Pola konwalii też tam były...

 I tu zrezygnowaliśmy z zejścia, bo było tak stromo, że ojapierdolę. A do zamku chcieliśmy dojść. I już nawet nie ze względu na moją ciężką kubańską dupę i że bali się, że Inżynier ich zabije, jak im jego matka zleci, ale ze względu na to, żeby Kradziejce szkody nie zrobić...
 Pajęczyny cudne były...



I słonecznikowe pola, ale ani jednego nie ukradliśmy, słonecznika, of course, choć się prosiły :D


 Samosiejek było od groma...
 I bobrów ślad znaleźliśmy...

 ... i zamek, do którego szliśmy...






Latały jakieś ptaszyska. Kormorany obstawiam, ale nie dam się za nie zabić. A Kierownik Budowy gołą ręką rybkę złapał. Srebrną, nie złotą, ale przywlókł ją do nas, pokazał i do wody wrzucił. Zamiast życzenie wypowiedzieć. Tak to jest z facetami...
Każdą okazję przepuszczą :D

 Chmury przepiękne nas żegnały, bo zmiataliśmy w podskokach, gdy nagle zerwał się wiatr... A schody (nie zrobiłam fotki), po których właziliśmy, na oko prościzna, były takie, żem ledwo dupę po nich wciągnęła. Zamek Merlina przy nich to pikuś. Ale dałam radę, co ja nie dam?


 Zlądowaliśmy w Lokomotywie w Puszczykowie. Ceny z kosmosu, ale warte tego. Ja zapraszałam... I Żona Kierownika Budowy w pewnym momencie zniknęła, a jak chciałam zapłacić, okazało się, że małpa jedna zapłaciła już! Kurde. Nie wiedziałam, że można iść na zaplecze i zapłacić. No dobra, nadęłam się jak ta ropucha. Chciałam pociągiem wracać do domu (bo knajpa na stacji jest). Stanęło na tym, że kolejny obiad u mnie...
Tak się robi Stare Jędze na szaro!



Nie pogadałam już dziś z Inżynierem. Resztę dnia zajęło mi zmywanie z siebie kurzu (miałam brudniejsze nogi niż Inżynier na konkursie na brudne nogi na koloniach) i obrabianie zdjęć.
Lecę do łóżeczka, Kochany Pamiętniczku.
To był jeden z tych dni zapierających dech...