minęło, odkąd nie używałam eksplodera...
Lisek, tylko lisek.
Ale tak jakoś w piątek coś zaczęło się psujnąć w przeglądarce. Obrazy rozciągały się w dłuuuuuugie krechy ciągnące się do dołu, napisy też.
Nie siałam paniki, bo w niedzielę Inżynier miał zlądować, ale wkurzona niemożnością spokojnego czytania poszłam się przeprosić z Maleństwem. A Maleństwo, jak prastary, lampowy odbiornik TV musi się "rozgrzać", żeby ruszyć. Rozgrzanie to kilka minut, co przy mojej niecierpliwości, Kochany Pamiętniczku, groziło rozwaleniem Maleństwa o ścianę. Na szczęście udało mi się tego uniknąć. Tam wszystko chodziło OK. W kompiku też, wyjąwszy strony wiadomościowe.
No nic.
Inżynier tradycyjnie spóźniony przyleciał, bo ten samolot zawsze się spóźnia. I głodny jak lew i dwa niedźwiedzie, więc uprzedzona SMS wstawiłam wszystko w sam raz.
Nakarmiony, pasa popuścił, drobne souveniry z podróży poślubnej podrzucił, w tym naparstek, którego nie znaleźliśmy, jak byliśmy razem w Paryżu :)
Podstaweczki pod kubki, piękne, aż chce się oprawić, coś kombinuję :)
Na kompika zerknął i stwierdził, że fizycznie nic temu kompiku nie dolega, a to może być jakiś błąd w lisku w połączeniu z akrobatem, bo mam tak ustawione, że się samo aktualizuje, żeby mnie do szewskiej pasji nie doprowadzać. Zatem na eksplodera się przesiąść zalecił, com uczyniła, aczkolwiek mnie szlag, bo w drobiazgach się różni i... no nic, ważne że działa :)
No a potem poszło na noże, bo jak to, nie przylecę i inne sranie w banie. Tłumaczyłam jak krowie na rowie i obstawałam przy swoim. Wiem, że przez kilka lat nie będę mogła polecieć, bo jak Okruszek będzie, nie będzie miejsca do spania. Doskonale sobie z tego zdaję sprawę, ale nie i koniec.
W końcu się uspokoił.
Ja też muszę swoje życie przemeblować, nie ma innej opcji i im szybciej to zrobię, tym lepiej dla mnie.
No ale odłożyliśmy noże i przytuliwszy się serdecznie na dobranoc, po dłuuugiej, nocnej rodaków rozmowie i omówieniu spraw bieżących poszliśmy w objęcia Morfeusza.
Stwierdziłam, że z komputerem na razie nie będę szalała, bo Maleństwo zaspokaja wszystkie moje potrzeby, jeżeli nie jest odłączone od zasilania, więc co ja będę się rzucała na wydawanie tysięcy?
Do gier mam inną zabawkę, da się żyć.
Przy okazji Inżynier odbierze komputer od Pierworodnego i sam wyśle, jak wleci, to poskłada. Kiedy wleci, nie wiadomo, ale mniejsza z większym, najpóźniej w czerwcu przyszłego roku. Wiem, że to abstrakcyjny termin, ale od dawna już w takiej abstrakcji całkiem dobrze żyję.
Mieliśmy dziś jechać po baterię, znów się czepiał, że nie mówił, że nie zrobi, że mówił, że jak ma zrobić kompa, to nie zrobi baterii, ale że kompa nie robi, to zrobi baterię :)
Dogadać się z chłopem :)
Do Praktikera zatem hycnęliśmy, a tam
Chińczycy już do nas przyszli.
Z wielkimi kłopotami baterię kupiliśmy, jako że dobre, a niedrogie modele były tylko na wystawce, a baterii za ponad 300 zł nie chciałam kupować, bo bez przesadyzmu.
W końcu znaleźliśmy pasującą, w niezłej cenie, a i klucz trzeba było kupić, bo niestety, skrzyneczka wróciła do mnie niekompletnie wyposażona, a Inżynier się uparł, że on zamontuje baterię, com czarno widziała, bo zawsze mi wpierał, że od hydrauliki jest Pierworodny. Wprawdzie u siebie w kuchni zmieniał baterię, ale też były jaja jak brylanty i pomagały mu koty, sztuk dwie...
Przedtem zaprosił mnie na lody, ale zamiast wyszło ciastko opium i kawa. Inżynier w opakowaniu co niektórym się spodobał, i dobrze, tak ma być :D
Wracamy zatem do domu, a tu zonk... Klucz jednak nie pasuje. Sąsiad nie ma, drugiego sąsiada nie ma, trzeciego też nie. Mówię: odpuść, ale nie, napalił się jak szczerbaty na suchary i wskoczywszy w wyjściowe ciuchy z powrotem, bo on jest szanującym się dresem, w dresie z domu nie wyjdzie, poleciał na Manhattan i tam w okolicznym sklepiku zdobył klucz szwedzki. Szwed przyjazny był i wszystko pięknie poodkręcała, a ponieważ poszłam po linii najmniejszego oporu i zarządziłam pozostawienie starych grzybków i lekko wystającej śruby, bo skoro przy umywalce wystaje (tak złota rączka w czasie remontu pozłociła), to kto bogatemu zabroni? Poszło piorunem, mój nowy hydraulik wskoczył pod prysznic (od 3 miesięcy zamiast prysznica był garnek z wodą do polewania, potrzeba matką wynalazków), zjadł obiadek, zdrzemnął się i poleciał do żony, kolędują teraz po kominkach, kiedy wróci, nie wiadomo, ale obiecał taksówką, więc nie będę scen robić.
Jutro też kolędują, no cóż, znajomych do odwiedzania mają teraz razy dwa.
Taki już mój los, że dostaję w prezencie tylko jeden wieczór.
I tego się też uczę.
W środę lecimy do babci Synowej na kawę, jednak nie na obiad, przyznała mi rację, że babci za ciężko na tyle osób gotować (a ona sama nie lubi, zresztą, mi to rybka). Po kawce młodzi na lotnisko i koniec balu panno lalu :)
Cieszę się, bo zrobił wszystkie (jutro dokończy) rzeczy, z którymi sobie poradzić nie mogłam.
Tak jak jakiś syf w rogu w kuchni, którego nawet z drabiny i różnymi wynalazkami wyciągnąć nie mogłam.
To, co dla młodości jest gratką, dla starości jest przeszkodą, i to wielką.
Ale nic to, będzie dobrze, co nie, Kochany Pamiętniczku? :)