Kochany Pamiętniczku, nie będzie już chronologicznie, tylko jak groch z kapustą, bo czas mi gdzieś w tym piekielnym upale zagina czasoprzestrzeń i na nic nie mam czasu...
Statkiem sobie popłynęliśmy jednego dnia po Odrze, a choć to było już w czasie afery, nic nie czuliśmy i nic nie wiedzieliśmy. Nie śmierdziało nic, ludzie nogi moczyli, niektórzy nawet pływali przy brzegu. Smrodu nie było. Kupując bilety zaśmiałam się, że starość ma przywileje, bo mam ulgowy (za 5 osób zapłaciłam 130 zł, bo to ja zapraszałam na tę wycieczkę, oni płacili za mój wstęp w innych miejscach i słyszeć nie chcieli o rozliczeniach), a przemiły gość, sprzedający bilety, w mundurze, a jakże, rzekł grzecznie: przecież to studencki jest :) Wiem, śmieszne, ale dawno nikt się tak miło do mnie nie odezwał, i nie, nie mam nasrane i nie wyobrażam sobie, że jestem miss :)
Krasnalek na statku :)
Winobluszcz już się miejscami tam czerwienił.
W księgarni nieopodal naszej kwatery spał sobie kotełek na wystawie, wystawa odgrodzona była taśmą, a sierściuch jebany śpi na kartce, żeby nie stukać w szybę i nie denerwować futrzaków.
To jest krasnal koło hotelu, w którym I. byli zeszłego roku.
Krasnali zresztą nałapaliśmy mnóstwo, oczywiście Łobuzy na każdego musieli wleźć, zleźć, pocałować, pokłócić się i takie tam :)
Naklejki też cudne były...
I. mówił, że ten krasnal obrazuje rządy pisiorów, a kłódki to wszystkie obciążenia zwykłego człowieka...
Zza Łobuzów to krasnali nie było widać :)
Kolejkowo - to było dla mnie najfajniejsze. Można o nim poczytać w necie, ale trzeba to widzieć na własne oczy, żeby docenić. I iść tam na spokojnie, bez dzieci, które na wyprzódki starały się coś dotknąć, ściągnąć, zabrać... Podziwiałam precyzyjną i benedyktyńską pracę twórców.
Był nawet wyciągany z blokiem lodu zatopiony w nim dinozaur... :) I pomnik polskich prezydentów a la pomnik w Górach Skalistych :)
No ale Łobuzy...
Miałam dzień odpoczynku jak poszli na trampoliny, bo żadna trampolina nie udźwignie mego ciężaru. W Klockowie zaś dobrze, że była klimatyzacja, kawiarenka i spokój - szaleli w milionie klocków (ponoć faktycznie jest ich milion), a ja odpoczywałam znów. Łażenie w ponadtrzydziestostopniowym upale na rozżarzonym bruku to jednak średnia zabawa. Bruk był tak gorący, że gdy K dotknęła go balonem, który dostała w knajpie - balon pękł, więc kolejny wydatek, ryk niósł się po wrocławskim rynku tak, że zjeżdżały już na sygnale wszystkie służby społeczne, więc nie było wyjścia - dostała nowy balon. Za całe 20 zeta. I nie, nie ja go kupiłam. A też balon pękł i nie, nie ja kupiłam nowy :) Tak się lody kręci :)
Na wystawie pająków byliśmy i tak, wzięłam ptasznika żywego do ręki - to było jak seks. Delikatne, czułe, miękkie i słodkie.
Wiem, miękkie w seksie to nie do końca OK, ale cóż :) Mnie się podobało.
Dzieci momentami tak wkurzały I., że przez to chodziłam z gołą głową, cierpiąc, bo gdy chciałam w centrum wejść po kapelusz, I miał pianę na ustach, więc spasowałam. Potem przepraszał, a nic, przetrwałam. To, co dla mnie jest powodem do śmiechu, jego rozwala, ale nie mam mu tego za złe - przeciwnie, boję się o niego.
Nie ma letko.
A i też nie mówi mi do końca wszystkiego - kładłyśmy obie leki w kuchni, no cóż, każdy ma swojego mola, a ja jestem jednak jak Szwajcaria. Czasami, ale coraz częściej.
W temacie jedzeniowym jeszcze - takie pierogi z pieca wciągnęłam, boskie. I śmieszą mnie paragony grozy na FB - cóż, jedzenie w knajpach kosztuje. Tymi pierogami napchałam się po kokardkę i kucyki (ze szpinakiem i fetą), ale gdyby ktoś zaproponował mi robienie czegoś takiego w domu (z pieca), kazałabym mu się wypchać pakułami.
I jak już wspominałam, Wrocław był dla mnie replayem z Paryża. Nie liczyłam kasy. Płaciliśmy na zmianę, zapytałam na koniec I, czy nie są pokrzywdzeni, to mnie skrzyczał. Zapłaciłam osobno tylko za mieszkanie i za bilet kolejowy, a reszta poszła na żywioł. Po powrocie sprawdziłam konto i zdziwiłam się, że wcale nie wydałam tak dużo. Nie mogłam sprawdzić wcześniej, bo... tragedia i alzheimer.
Zapomniałam numeru do konta. Kołatały mi się po łbie różne zestawy cyfr, ale żadnego nie byłam pewna. Jako że karta działała, a płatności miałam ogarnięte, nie ryzykowałam włażenia na konto. iPad nie ma klawiatury numerycznej, na której stukam z pamięcią palcową. Potem okazało się w domu, że nie wiadomo skąd wzięła mi się na początku numeru szóstka i uparcie trzymała :) Alzheimer albo gorąco, będę monitorowała :)
W dniu wyjazdu okazało się (nieoceniony FB), że pociągi na skutek tego, że gałąź z powodu burzy spadła przed Opolem mają na naszej trasie 600 minut opóźnienia.
Niebiosa strzegły i nasz miał tylko kilkanaście minut na trasie, na peron podjechał punktualnie, sama podróż była OK, klima, serial, dzieci udupione przez rodziców.
A, gdy czekaliśmy na możliwość wejścia do apartamentu, w drodze do niego na ławeczce siedziała ekipa
i co dzień w różnym składzie na tej samej ławeczce siedziała. Czasami miałam wrażenie, że nie tylko ja ich kojarzę, ale i oni mnie... Ale nie było okazji do zagadania, pomijając mój introwertyzm i napoje przez nich popijane, bo KA leciały z prędkością nadświetlną.
Rozwalił mi się sandał, podeszwa odpadała, ale zabrałam te stare, choć identyczny model mam nówkę nieśmiganą w szafie, albowiem myślałam, że wytrzymają jeszcze trochę, a wszystko mi obciera nogi.
Ale i stare, rozciągnięte, ledwo w tym upale wlazły mi na stopy, do tego rozwarstwienie i obawa, że się potknę i padnę...
Po drodze do domu był outlet Vansa, wlazłam i...
Zostawiłam prawie 300 zł, ale za to mam sandały, babciny fason wprawdzie (no cóż, babcią jestem od 12 lat), z felerem - trzeba się schylać i wiązać, kupiłam numer większe i z trudem w ten upalny dzień w nie wlazłam (nie było opcji miska z wodą i moczenie, a i nie piłam, bo sikanie w publicznych kiblach), ale mimo popylania z zaparciem NIC MI SIĘ NIE OBTARŁO.
Więc warte grzechu i swojej ceny, mimo że teraz, gdy dbam znów o kopytka, zapinam na ostatnią dziurkę i dociągam sznurowadła :)
Dwa wieczory młodzi mieli wychodne, wrócili szczęśliwi jak świnia w błocie. Inżynierowa (ma u mnie plusa) sugerowała przed drugim wyjściem, że wieczór jest mój z I, nie ukrywam, spodobało mi się to, zrobiło mi się ciepło pod cyckiem, chętnie poszłabym pod wrocławskie gwiazdy z moim wciąż ulubionym menem, ale to był ciężki dzień.
Dla niego. No cóż, może kiedyś, spędziliśmy i tak miły wieczór razem :) Tak to jest, ale oczami duszy wciąż widzę ten filmik. Może i nie okazuje uwielbienia dla mnie, ale jakoś mnie docenia. Dziękuję Ci tu, w oczy tego nie powiem. A może i powiem, kto wie :)
Wrocław boli mnie do dziś.
A mijają już prawie dwa tygodnie.
Bolą mnie nieodwiedzeni ludzie, niewydeptane zaułki, niepoodwiedzane miejsca (Podwale, Grabiszyńska, biblioteka).
Boli mnie pamięć o ludziach, których już tam nie ma.
Może jeszcze mi się uda, może będę miała jeszcze szczęście.
Może nawet sama pojadę, żeby się powłóczyć, w końcu jak się uprę, to i za jedynkę w hotelu zapłacę.
Wrocław - moja niespełniona miłość.
A powrót do rzeczywistości zagotował mi krew w żyłach.
Po tym darciu szat, że jak my bez pani damy radę nic na mnie do roboty nie czekało, a i tak daliśmy radę.
Kurwa, JA dałam, chuj im w plecy - no dobra, płacą, ale nie aż tyle by takie cyrki robić, biorąc pod uwagę byki, które poprawiam.
Wleciałam do redakcji, odebrałam zestaw antywampirowy
w tym roku wzięłam mniej, raz, że oszczędzam, dwa, że już nie szaleję z rozdawaniem, skoro rodzina chce żreć chiński, niech żre, rybka mi to :)
Ale... Powiesiłam to na grubej recepturce w przewiewnym miejscu, na recepturkach wieszam wszystko, co ma schnąć.
Idę do kuchni, a tu pęczek na podłodze leży. Podnoszę, pracuję, drugi znajduję (nie słyszę jak spada, bo pracuję bez aparatów), podnoszę, trzeci leży i bukiet zatrwianu... Wpadam w panikę, że Eks szaleje... Ale..
Gumki szlag trafił od upału...
I szlag mnie po przejrzeniu kolejnego zaświadczenia do ZUS, po które w zasadzie poszłam, bo czosnek by mi G. dowiózł do chaty.
Że co? JA TYLE ZARABIAM? To dlaczego na moim koncie lądują takie dziadowskie w sumie kwoty?
Zarobki brutto... Kurwa mać.
Na piątek I potrzebują niańki, bo mają randkę z ludźmi niewidzianymi od wieków. Ale to już spadło na barki dziadka (o ile to wziął, nie dopytuję). Sama, po zapierdalaniu dziś przez 9 godzin w tym upale (uczciwym zapierdalaniu), z perspektywą nie wiadomo do której jutro (chyba jednak wino kupię, dla zdrowia psychicznego), nie mam siły na nawet najukochańsze Kochane Aniołki...
A w międzyczasie - jak to w internetach - doszły do mnie z różnych źródeł słuchy, że Stardust wdową została.
No cóż, po ludzku współczuję.
Ale nie sądzę, że odpychanie od siebie ludzi i wynoszenie się ponad pospólstwo ma sens.
Trzymam się zatem plebsu, korzeni i miłych ludzi, spotykanych na mej ścieżce.
Z poważaniem
SJ