gazetkę robimy, Kochany Pamiętniczku, będzie nowy layout, a ja jak tabaka w rogu. Ale od zebrania na ZOOM-ie się wykręciłam, bo nie.
Co ma być, będzie.
Nowy tydzień zaczął się spokojnie, ale przedtem w weekend wciągnęłam
i już dawno się tak nie bawiłam, i serdecznie polecam. Ponoć był na HBO, ale i napisy są. Oczarowana jestem.
W poniedziałek znów dzień mi zleciał, wkurzył mnie Pierworodny, bo ani on, ani ona nie odezwą się sami, w poniedziałek nie pytałam, ale zaczęłam się martwić, że nawet z życzeniami nie pobieżył (jakbym go nie znała), dziś pytam, mówi, że wszystko OK. Przyjmuję na wiarę, bo przecież nie pojadę sprawdzać.
Ale wkurza mnie, no i ani słowa pytania, co u mnie, a przecież mogło się coś wydarzyć, co nie?
We wtorek słoneczko już świeciło, aczkolwiek wciąż zimno, a ja zła, bo cykają materiały jak na receptę, więc o 13.01 zamknęłam kompika, żeby mnie nie kusiło i poszłam w świat, bez plecaczka, ale z wózeczkiem. Kartki urodzinowe musiałam wysłać, ostatni dzwonek, żeby doszły na czas.
I tak sobie do Rossmanna hycnęłam, bo dawno nie byłam, co nieco się zaczyna z kosmetyków kończyć, a Rossmanna akurat lubię. I tak na swoje nieszczęście się powlekłam, bo u ogrodnika za bramą czyhały na mnie bratki. Wprawdzie 50 gr droższe niż na Bema, ale to po drodze, bez tracenia czasu na dojazd, no i wspieram lokalsów :) Zanabyłam 10 miniaturek, albowiem wciąż czekam na Pana od Pomidorków i jemu chcę dać zarobić, a loggia nie jest z gumy.
Zatem mam
i w sercu maj :)
Potem znów do Lidla poleciałam, bo gdy wracałam z bratkami (jednak zimno było) nie zdążyłam już do galerii (galeryjny kibel ponoć czystszy od domowego, ale wolę nie sprawdzać), a siku musiałam. Więc do Lidla, bo chodzi za mną pomelo. Pomelo jak na złość nie było, ale było dobre wino, więc dzisiejszy wieczór sponsoruje radio Pogoda
moje ulubione cienie na ścianie i
kolejne Primitivo :) Będę musiała po nie znów do Lidla polecieć, bo dla Inżyniera na łapówkę wezmę. Jedno już na niego czeka, jak mi założył wideowizjer - mówił, że cały luty pości, tom mu nie dała łapówki, a potem rzekł, że skończył post. A na weekend jesteśmy umówieni na jazdę do Umarlaków, to mu się należy też. Lubię tak podziękować, bo przynajmniej nie muszę się dopraszać o uwagę. Inżynierowe Łobuzy małe jeszcze, ale nauczone, co jest od babci, ja nawet nie pamiętam, co dałam, a one lecą z tym i mówią: od babci. Innej babci nie mają. Od Pierworodnego nawet dziękuję nie powiedzą, a przecież już duże. Że jestem małostkowa? Chyba nie, bo miłe, jak ktoś docenia. Ot, takie tam życiowe upierdzielenia.
Pozostanie tylko M. i grób Eksa, ale to chwila moment, ogarniemy.
Za dwa tygodnie Alienek skończy 4 lata, kiedy to minęło? Dałam Synowej kasę z wyprzedzeniem, upolowała na promocji Lego dla niego z wish list. Ostatnio tylko Lego mu w głowie, więc wolę dać kasę, jak sama szukać w sumie nie wiadomo czego, bo szczerze? Mnie to nigdy nie ekscytowało, gdy miałam małe dzieci. Każdy zestaw był przygodą i radochą. Synowa też choruje na Lego, na bukiety z Lego. OK, wolno jej, ale ja jej nie kupię, bo ponad 200 zł za zestaw z kwiatów plastikowych to dla mnie pornografia. Wiem, sama wydaję na kwiaty rocznie o wiele więcej. No cóż, są guściki i gusta - ona woli żywe sierściuchy, ja sztuczne, bo nie wymagają troski. Ja za to kocham żywe badyle, ona sztuczne, przyjdą jej urodziny, to dołożę kasy, niech sobie kupi sama :) Mam kupować nietrafione rzeczy, wolę dać kasę na przepicie i już :)
A na poczcie, of course, po 13 doszły materiały, ale z zaznaczeniem: sorry, ale na jutro i tego się trzymam.
Jutro od 9 do 13 praca, a potem w siną dal.
Aplikacja mnie chwali, bo zmniejszyłam stawkę i osiągam cel, a to też mobilizuje.
Mam nadzieję, że ogarnę to wszystko i wrócę do jakiej-takiej formy.
13 marca minie równy rok odkąd pracuję z domu.
Ciekawa jestem, jak czułabym się, gdybym mogła pracować tak, gdyby nie było pandemii?
Chyba nieźle, bo nic mnie tak nie wkurzało, jak czekanie do 21 po to, by dowiedzieć się, że jednak zrobimy to jutro. I czekanie godzinami na przystanku, bo o tej porze wszędzie zjazd do zajezdni, a bezpośredni autobus właśnie odjechał, następny za godzinę. A tak: zjadam kolacyjkę, oglądam serial, a na hasło, że jednak jutro ziewam rozkosznie i lecę do wyrka bezpośrednim skokiem.
Z moim introwertyzmem home office jest idealnym wyjściem, zwłaszcza gdy mogę się od telekonferencji wykręcić sianem.
I tak, brak mi ludzi z pracy.
I nie, nie brak mi ludzi z pracy.
I tak, brak mi kontaktu z bliskimi.
I nie, nie brak mi kontaktu z nimi.
Chyba na stare lata mam coraz bardziej krzywo pod kapturkiem.
Ale takie czasy, nawet Murzynka Bambo nie można cytować, co mnie wkurwia.
I przypominają mi się nasze gadki o murzynku w piecu, Słonko, pytające, gdzie go złapaliśmy.
I nie, że mam coś do czarnoskórych.
Nie, nie mam. Ale ni chuja nie rozumiem, co jest złego w tym wierszyku, bo zawsze lubiłam Bambo.
I ni chuja nie wiem, dlaczego W pustyni i w puszczy jest lekturą złą, przestarzałą. Tak było wtedy, gdy Sienkiewicz książkę pisał i nic tego nie zmieni.
A Biblia? A Stary Testament? Ile tam jest zła, rui i poróbstwa? Córki Lota, które wykorzystały pijanego ojca? Serio? Tego nie skreślamy, to jest OK?
I wciąż widzę moje dzieciństwo, w cieniu alkoholu i mojego ojca, który nie zawsze wiedział, co robi.
Mamę, rozpaczliwie próbującą stworzyć pozory normalności.
Żonę mojego wujka, która przyszła pijana w trzy dupy i posikała się na łóżku mojej obłożenie chorej wtedy mamy, tłumacząc jej, że życie jest piękne.
Mnie moje dzieci udało się przed tym ochronić, choć życie nie oszczędziło im innych swoich ciemnych stron.
I nadal nie szczędzi, bo ja, na ich miejscu, chodziłabym po suficie, myśląc, czy dobrze zrobiłam, że ich sprowadziłam w takim czasie na świat (gdyby była pandemia, jak byli mali. Pamiętam, jak przeżywałam pierwsze informacje o HIV, kiedy nie za bardzo było wiadomo, co to i skąd się wzięło). O wnuki tak się już nie martwię, choć się martwię (taka moja logika), bo oglądając SF myślę: zawsze może być jeszcze gorzej. Każde pokolenie ma swoje strachy i obawy.
A ja chciałabym dożyć tylko jeszcze tego, żeby mogli mnie pochować pod drzewem, albo jako drzewo.
Żebym sobie rosła, szumiała i mruczała w podmuchach wiatru, ruszających gałęziami mojego drzewa bądź nawet moimi własnymi: życie jest piękne, nawet jak jest okrutne...
A jeśli nie, to chciałabym w następnym wcieleniu być kotkiem u Inżynierostwa, choć Inżynierowa twierdzi, że nawet Inżynier nie zasługuje na taki zaszczyt.
Ale co tam, może jednak się uda?
Bo tak :)
UPDATE
I tak mnie po cichu wszystko odciąga od pisania. Bo ludzie, którzy niby są ze mną na zawsze, tak do ostatka, do szału do dna, podsyłają mi przejrzałe memy, linki, o których wiem, że są z automatu słane, a sama oglądałam je wieki temu, ten model tak ma, piszą mi, że tak, są ze mną, ale akurat..... wpisać, co kto tam chce jako wymówkę.
W sumie zostaje tylko radio Pogoda, słuchawki na uszach, zdjęcia, to, co się nawinie...
Już nie ma dzikich plaż, bo to moja bajka była tam, już jej nie ma...
Acropolis adieu, adieu mon amour...