[go: up one dir, main page]

piątek, 26 marca 2021

Czasami

 myślę, że aczkolwiek nie wiem, ile mi zostało, Kochany Pamiętniczku, to stanowczo za mało mi zostało.

Wiele nie udało mi się odkryć przez mój słuch, wiele mnie też ominęło, ale teraz, dzięki technice i tym tam cudom, coraz więcej mam do odkrycia.

Nie znałam Blue spanish eyes. 

Kilka razy przeleciało mi w Radiu Pogoda w wykonaniu Karela Gotta, za każdy razem wywołując u mnie gęsią skórkę, a dziś, ogarnąwszy wszystko, łącznie z 4 pralkami, no bo i standardowe pranie, i pościel, nakrycia, dywaniki zbierane, żeby pralka była pełna... usłyszałam Gotta, wlazłam na YT i...



... no, testuję... Na razie wymiata Gott, i ten gość... Presley jest OK, ale to nie to...

Wiele mnie ominęło, a może nie?

Nie wiem...

Jednak wieczór po takim cudnym dniu jest... szczęściem, nawet jeżeli jestem sama.

Bo przedwczoraj było tam pusto, a dziś w sralni dla psów koło Red Parku


 wiosna już całą gębusią, aczkolwiek wczoraj, myjąc okna i przemeblowując po raz 101 pokój odkryłam, że moim grudnikom się wygło




... i kwitną...

A do oglądnięcia został mi 16. odcinek mojego serialu, ale streszczenie nie jest optymistyczne.

Wiem, śmieszny jest, ale...

Pierworodny po tym całym koronawirusie będzie siedział po 12 godzin przez 3 dni w pracy i mówi, że jest szczęśliwy.

Serio? (Powiedziała idiotka, która wpada w panikę, jak dwa dni nie ma nic na poczcie)...

Blue Spanish eyes, prettiest eyes in all of Mexico
Blue Spanish eyes, please smile for me once more before I go
Soon I'll return, bringing you all the love your heart can hold
Please say "Si Si" say you and your Spanish eyes will wait for me...
 
I na nikogo i na nic już nie czekam, bo nie warto.
 
No, może na zachwyt Alienka, jak znów otworzą fryzjera i znów dziecko na Skype zauważy, że batia się ostrzygła :) 
Mała rzecz, a cieszy, co nie? :) 

Dziś wszędzie było pusto. U rzeźnika ani jednej osoby. Zrobiłam zakupy na zapas i tak, jak nienawidzę rozmrażanego mięsa, wolę jeść takie, niż stać potem godzinami w kolejce. 
Do kupienia pozostaje pieczywo, zakwas na żurek (jak znam życie, będę ten żurek żarła całe święta), zielenina, ale to na Manhattanie, względny brak tłumów.
Po kątach mam kurz, mebli nie odsuwam, bo sił brak, ale w sumie komu to?
Pająki czynsz płacą regularnie.
Ale czy to takie ważne?
 
Już od dawna życie nie składało się z chwil zapierających dech.
Bywa...
Ale i tak oddychać trzeba, co nie?


środa, 24 marca 2021

Na razie

 (odpukać), święty spokój, Kochany Pamiętniczku.

Jprdl.

Wsiąkłam w 



taką koreańską Dynastię. Tak nieprawdopodobne zbiegi okoliczności i tak nieprawdopodobne sytuacje, biorąc pod uwagę to, co znam z neta o komunistycznej Korei, że oglądam film rechocąc z radości. Odcinki długie, bo godzinne, ale... Jak taka nędza w Korei, że korę z drzew jedzą, ale rękawice gumowe do prania mają? I czarny rynek kwitnie, jak za PRL - tu bym się nie kłóciła. Ale Se-ri podczas pobytu (nielegalnego) na Północy (wciąż mam kłopoty z odróżnieniem, która Korea jest OK, a która nie) ma idealne paznokcie z idealnym lakierem, takie, jakich ja nigdy w życiu nie miałam? Serio?

Wzruszający jest pobyt tych z Północy na Południu, są jak pijane dzieci we mgle... :)

Bardzo mnie odpręża ten film, cichy, spokojny wbrew pozorom, romans jak za dawnych lat... Główni bohaterowie są ze sobą na pan-pani przez 6 odcinków bodajże, mimo że mieszkają w jednej chacie, chociaż ze sobą nie sypiają, ale coś tak pikuje :)
Polecam, jak ktoś chce zapomnieć o szarym życiu za drzwiami.

Dziś w Biedronce stałam w kolejce za młodym gościem. Może miał ADHD, nic nie wykładał na taśmę, ale latał tam i z powrotem jak kot bez pęcherza. No OK. Ale maseczki na tym mordzie nie miał, na brodzie ją miał.
Tak, wiem, wg niektórych maseczka nic nie daje.

Ano. Ale chociażby pozory bezpieczeństwa zapewnia.

Nie zapisuję się na szczepienia, choć mogę, bo jest syf i malaria.

Ale...

Dziś są urodziny Alienka. Czwarte. Miał być bal na sto par w sobotę, ale nie będzie. I dobrze, choć serce pęka mi na strzępy z wielkim hukiem. Miała być cała rodzina od dziadka i cała od babci, w sumie 10 osób. Odwołali, bo Alienek ma kwarantannę przedszkolną, bo pani miała koronę, Kalafiorkówna i Jubilat są pociągający, Alienkowi przepadły wizyty u specjalistów przez tę kwarantannę.

Rozumiem. Nie protestuję. Choć momentami czuję się tak samotna, że emilkowo gadam z ludźmi z pracy, w życiu bym tak nie rozmawiała.

Dałam kasę, Synowa wynalazła Alienkowe marzenia i kupiła, wleźliśmy dziś na Skype, fotki dostałam, Alienek zachwycony - niech tak zostanie.

Wstępnie zobaczymy się w II święto u nich, z dowozem. 

Nie będę szat darła, jak nie.

Sama zaczynam się obawiać i na łeb dostawać, emilki od zarządu, że kto może, niech na dupie siedzi i pracuje.

Ja mogę, dzięki Bossowi, który po odwołaniu wszystkich do biurowca, kazał mi siedzieć na dupie. W zaleceniach zarządu tym razem jest, żeby nie jeździć komunikacją miejską.

Podsumowując - jestem dzieckiem szczęścia, co nie (odpukać, niech los tego nie słyszy).

Ale też płacę za to izolacją, która mimo mojego introwertyzmu czasem mnie przerasta.

No nic.

Jak pięknie pachnie smrodem... Lecąc dziś na zakupy, wlazłam do nowo otwartego - w tych czasach - sklepu z... bo ja wiem? Fanaberiami? Wiedziałam, że ceny będą z dupy i są. Ale... Kocham paczulę miłością wielką jak cały świat. Dostałam pierwsze takie perfumy do szwagierki, której zapach nie podchodził ( z Reichu, ojapierdolę), w formie maści.  Eks nie cierpiał zapachu, wywalał mnie z malucha, jak się tym wyperfumiłam, a Inżynier narzekał, że mama znowu pachnie smrodem...

No i dziś pytam o olejek paczulowy, ale nie było. A perfumy? Są, z bergamotką. Przez maskę nic nie czułam, ale pani pozwoliła powąchać bez.

Więc mam i ja...


Tak znienacka sobie tylko nadgarstek potarłam wieczorem i będę musiała mieszkanie wietrzyć.

Jak pięknie pachnie smrodem, aż głowa boli :) Malutkie pudełeczko, całe 52 złote. A co tam...

Ciasto na święta zamówiłam, nie będę nic piekła, w dupie to mam.

Gotowała też nie będę, jajka kupię, a tak to normalny dzień i już.

Wzięłam się w garść i posadziłam wreszcie wszystkie bratki, z lekka ogarniając bajzel na balkonie...



Na parapecie brudno, ale będę myła to okno jutro albo pojutrze, już jest na tyle ciepło, żeby okno myć...

Cieszę się każdym dniem, darowanym od życia. Bo warto.

Nawet jak człowiek nie jest już seksownie rudy i nie ma figury w sam raz, ma diabła za skórą i nie chodzi do święconki.

Obecna sytuacja uświadomiła mi, ile bakterii jest w wodzie święconej.

Ale co tam...

Żałować czegoś, co się stało, to cecha życiowych partaczy... Mój pamiętnik prawdę rzecze... :) 

Więc...


piątek, 19 marca 2021

Kwiecień

 już minął, Kochany Pamiętniczku.

Jak po grudzie, ale minął.

Pomijając bicie piany na nasiadówkach, nowy layout i inne cuda wianki, a kiedy napisałam, że życzenia wielkanocne są do dupy, bo jak można życzyć (standardowo) radosnych spotkań w gronie rodzinnym, skoro wiadomo, że jest lockdown?

Boss tylko napisał pytanie, czy wice widziała życzenia.

A potem cisza w eterze. 

W dupie mam.  Bicie piany i pierdolenie na godzinnych zebraniach, jak to my frontem... 

Tak jak kiedyś z członkiem wysuniętym z ramienia na czoło.

Dupę mam krytą (a jakże, na starość nauczyłam się ją kryć), mam włączoną jeszcze pocztę, choć już wszystko poszło, a ja jestem w stanie wskazującym na spożycie, po drugim (!) piwie. Przepracowałam, i nie, że przebimbałam w tym tygodniu 58 godzin. Norma jest 40. A, kwadratura koła. Patrząc z boku, nawet mi to 66 z góry, którym mnie straszy Zmorka nie jest mi groźne. Gdzie oni tam na górze znajdą 99-latkę w takim rozkwicie?

Być może dziś przeholuję, a raczej na pewno będę o jeden kufel za daleko. Będę za to spała spokojnie, nie martwiąc się, że coś przyChamuje...

Przerasta mnie to wszystko już. 

Do dziś dźwięczy mi w głowie głos prezesa od Świtalskiego, gościa z wykształceniem podstawowym (nie mam nic do szkoły podstawowej), dla którego sprowadzono wówczas drukarkę KOLOROWĄ, wartą majątek, a tak drogą, że można było na niej wydrukować JEDNĄ kartkę miesięcznie - stronę tytułową, albowiem pan prezes kolorów na monitorze nie widział.

Ów prezes wciąż nam powtarzał, że oczami duszy widzi bezrobotne korektorki, chodzące stadami po ulicach, do niczego nikomu niepotrzebne. Za rok minie 30 lat od tych proroczych słów, internety są kopalnią błędów i to taką, że na skutek czytania internetów coraz częściej popadam w depresję, bo jak można pisać po woli, za razem, w skutek, nie prawda, na prawdę? Za moich szkolnych lat człowiek siedziałby w kozie, przepisując ten błąd 100 razy... Że okrutne? Ale wtedy słownik ortograficzny był rarytasem. Dziś w zasadzie każdy program ma słownik, podkreślający czerwonym wężykiem, tak, Jasiu, czerwonym wężykiem  błędy, zwłaszcza te najprostsze i ordynarne.

I co? No nic. Nie mówię już o niuansach, typu dwie spacje, brak spacji, dywizy i myślniki...

Dlatego lubię stare książki, składane przez zecerów, bo tam na takie drobiazgi zwracano uwagę. Wiem, na moim "blogasku" są błędy, np. te cudzysłowy nie są prawidłowe typograficznie, ale... nie bawię się tu w korekcenie, wiadomo, szewc bez butów chodzi...

Więc wracając do naszych baranów, mam wyjebane.

Tylko wkurw we mnie rośnie, bo rośnie liczba stron we wszystkich publikacjach, a moja pensja stoi w miejscu.

Wiem, jestem szczęściarą, bo mam pracę.

Pytanie: jak odebrać te nadliczbowe 18 godzin tylko z tego tygodnia, skoro  mam jeszcze full niewykorzystanego urlopu za ubiegły rok? I to zdziwienie: jak to, pół etatu ma urlop?

Dobra, nie żalę się więcej.

Bo mnie szlag.

Trafi...

Jak wejdę do banku, a tam znów goła pensja, a gdzie to: błyskawicznie zapłacę za inserty...

Kurwa, dobrze, że stać mnie jeszcze na piwo. To dobre.

A pani z teatru się dziś odezwała, zobaczymy, jak będzie...

Budżetówka zawsze jest the best.

Aczkolwiek na emilka, że Ok już nie odpisała.

Na ile w skali 10-stopniowej jestem idiotką?

Głosowanie, start... 


UPDATE

Na poczcie mam kolejną propozycję współpracy. Kurwa. Pomyślę o tym jutro. Na trzeźwo, nie żebym teraz była pijana w trzy dupy. 

Z jednej strony super.

Z drugiej - WHAT?

Teraz?

Potrzebowałam tego dekadę temu.

No nic, życie dziwnie się plecie...

Jak te ostatnie czasy...





czwartek, 18 marca 2021

I kolejny

 szalony do wypęku dzień, Kochany Pamiętniczku.

Skoczyłam rano do piekarni, wzięłam chleba na zapas, mam miejsce w zamrażalniku.

Przedpołudnie spokojnie minęło, informatyk miał być o 11.

Miał.

Ale nie był. A potem już poszło z górki - jednoczesny wysyp emilków, na cito, a jakże, informatyk z niespodziewajką, zamiast tonera dostałam


jaka ulga dla oczu, litery wyraźnie, nie muszę lupą sprawdzać, no i drukuje dwustronnie, więc nie muszę gromadzić papieru, a jak druga strona czysta, to trudno, pójdzie albo do przedszkola, albo jak wnuki już dojrzeją i będą u mnie rysowały. 

Razem z informatykiem zlądował kiblotłuk, który miał wymienić wodomierze, a emilki wrzeszczały i wrzeszczały...

Kiblotłuk, bo a jakże, po wizycie takich gości zawsze jest jakaś szkoda, tym razem padło na wieszak na ręczniki. Niby drobiazg, 20 parę zeta, ale nie ma nigdzie, a na Allegro jest, ale z dostawą wychodzi prawie 60 zł... No nic, udało mi się naprawić.

Po kiblotłuku czekanie na kierownika, który poustawia wodomierze, bo odczytują radiowo, więc już mi się nikt nie szlaja po mieszkaniu dwa razy w roku.

I warzywka, ale nie ruszyłam nic, jak skończyłam ukochaną gazetkę, to było po 20 i nie, to mnie naprawdę przerosło. Zrobię jutro. A gazetka puchnie, jprdl,teraz wiem, dlaczego idzie jak krew z nosa, coraz więcej i więcej tego jest. No ale z drugiej strony: mam pracę. Gdybym jej nie miała, miałabym gołą dupę, a poza tym co? Ile można oglądać seriali na Netflixie i gdzie indziej?

Skoro dali mi nowiuteńką drukarkę, to mnie chcą. A że grozi mi umarnięcie w pracy? No cóż, znam bardziej bolesne rodzaje śmierci. A przynajmniej się nie nudzę.

A i naczelny z maszynek napisał dziś do mnie przemiłego emilka, sam się już niedługo zaszczepi, szczęśliwy taki, bo do wnuków do Portugalii poleci. I martwi się, że ja nieszczepiona.

A mnie dobrze z tym nieszczepieniem. Gdybym mogła,oddałabym tę szczepionkę dzieciom, bo Pierworodny jest na maksa narażony. A Inżynier wciąż nie czuje się dobrze, po ataku bronią biologiczną od dzieci...

A na dworze

fiołki w tym roku jeszcze nieśmiałe, w zeszłym już kwitły na maksa...

... i forsycje się też czają, ale nieśmiało...


A ja czekam na jutro, jutro kwiecień będzie już za mną. Jeszcze warzywka.

Ale czekają maszynki, a i świnie czają się do ataku. I robale, bo atlas będzie o robalach. A kolega na moje straszenie, że ja mu do urenki się zwinę, jak będzie taki termin, odpisał, że spoko, na dwie zdrowaśki do pieca i nic mi nie będzie.

Kochają mnie, nie da się ukryć :) 

A ta dziewczyna z teatru, to myślałam, że ona była na macierzyńskim, ale nie... raczysko ją chyba żre i ma nawrót. Nawet kumpela, która mnie znów chce tam ściągnąć, nie wie, co jej jest, ale nie wygląda to ciekawie. No cóż, wzięłam to jako zapchajdziura, nikogo nie wygryzałam.


Bo to życie to bal jest nad bale... :)

środa, 17 marca 2021

Kalafiorkówna

 zmutowała, Kochany Pamiętniczku, zamieniwszy się w broń biologiczną.

W sobotę rzygała jak kot, podejrzewano, że coś zwędziła z lodówki dziadka, bo wszyscy jedli to samo i nikt nie rzygał. U nich (w domu, nie u dziadka, lodówka jest zablokowana, jedzenie poza zasięgiem łap, bo dzieci z głodu wciąż kradną jedzenie) :)
Rzygała całą noc i jej przeszło.

W niedzielę było OK. W poniedziałek rzygał i co 15 minut walił kupę Alienek, ale też mu przeszło, nie licząc osranego do bólu dupiszona. 

Ale i tak dobrze, bo zaczęła się kwarantanna, bo pani w przedszkolu ma koronawirusa.

We wtorek poległ Inżynier i Inżynierowa, i to tak, że Inżynier poszedł na L4.

Dychają.

Śledczy twierdzą, że Kalafiorkówna mogła coś złapać w grupie, gdzie robiła w piątek za Curie-Skłodowską w miniaturze i to raczej wydaje się bliskie prawdy.

Na szczęście rodzina dycha, ciężko, ale dycha.

Mnie tam żadna kurwica nie bierze (odpukać i hip-hip hurra), poza tym, że praca mnie zabija.

Dziś był horror, jak siadłam o 8, tom wstała od komputera o 20 (no dobra, jeszcze kwitnę, ale tylko piwo wypiję, bo dziś Patrick's Day i spierdalam). Boli mnie wszystko - każdy mięsień i każda kosteczka. Odkąd stłukłam kolano we wannie wciąż mam problem z klękaniem, a dziś jak na złość skończył się toner, a nie sprawdzę, co się dzieje z drukarką nie klękając. Informatyk miał być o 12, nie dojechał, będzie jutro z rana.

WTF z rana? Nie wiem, czy ogarnę się do 9. Mam ostatnie skibki chleba z zamrażalnika, jeszcze sprzed roku. 

Zamrażalnik pusty prawie i OK. Lecąc po piwo do piątki, skusiłam się na gotowe naleśniki i teraz mi stoją na żołądku, było sobie jajecznicę zrobić, ale nawet na to zabrakło mi dziś czasu. 

No to cierpię.

A, nie będę nic mówić, bo co miesiąc to samo, a te nowe layouty i programy, i coraz więcej stron... Mnie to by było rybka, żeby to spływało systematycznie, a nie wszystko w jeden dzień.   Dwie godziny po godzinach Boss pisze, że nie wie, czy było, jak było to ble, ble. Było, kurwa, w poniedziałek. Ja to wiem, w pierdyliardzie tekstów, a on ze swoich kilku nie wie? Odsyłam. Kurwa.

No... I jak tu nie kląć, no jak?

A. Do reszty mnie pogięło, ze szczętem. Teatr się znów odezwał, bo kobietka, którą zastępowałam znów poszła na dłuższe zwolnienie, więc czy nie wzięłabym fuchy?

Wezmę. Żal tych kilku stów za pracę z palcem w dupie. Przedtem się stresowałam, bo często robiłam na kolanie w pracy, bo na cito, a niestety mój komp był na widoku mimo tego, że miałam swój pokój. I nieważne, że nie kolidowało to z moją główną pracą, bo to nie w porządku. Teraz nie mam tego stresu, nikt mi nie stanie za plecami znienacka, a nigdy nie zaniedbuję pracy dla fuchy. Teatr jest uprzedzony, że jest na drugim planie.

I tak - jak nie mówić, że praca mnie kocha namiętnie.

Mam 66 lat.

Od 6 jestem na emeryturze.

Jestem wdową.

No i?

Jedyne co na mnie leci to deszcz, śnieg i praca.

Jak żyć, Kochany Pamiętniczku, jak żyć? 

Coraz bardziej bolą mnie stawy. Powinnam iść do lekarza, ale jak? Jak męczyć wszystkich wokół o dzwonienie i inne takie tam?

Dobra, nie lamencić, pracować.

Arbeit macht frei, taka prawda :)  

Zapowiada się kolejny lockdown na maksa.

No nic, czemu mnie to nie przeraża? Mam tyle książek do przeczytania, tyle filmów do obejrzenia, tyle rzeczy do zrobienia. 

Ale żal mi młodych, zwłaszcza moich wnuków. Co to za życie, z wieczną niepewnością: zamkną, nie zamkną. I co to za nauka? Z jednej strony OK, że jest taka opcja, z drugiej - szaleństwo i nieporozumienie.

Jednak świat zwariował. A S-F staje się rzeczywistością.

A,wciąż nie mogę się zdobyć na oglądanie filmów o zombie, co zawsze śmieszyło chłopców. Ale to już mnie przerasta, bo i Mad Max kiedyś był abstrakcją, a teraz już nie za bardzo nią jest...


sobota, 13 marca 2021

No i nie dojechaliśmy

 do Umarlaków, Kochany Pamiętniczku.

To był stresujący dzień, aczkolwiek ja byłam jak nie ja - nie wpadłam w panikę, nie histeryzowałam.

Jakieś takie dziwne przeczucie miałam, ale nie odważyłabym się Inżynierowi mówić, boby mnie wyśmiał.

No dobra, nawigacja w rodzinnej wiosce do rodzinnego domu wywiozła go najgorszą drogą, utknął na szlabanie...

Ale to pikuś. Mówiłam, zimno, padać ma. Fajna pogoda była w ubiegłą niedzielę, ale nie mój wóz, więc cóż. Za tydzień ma być nawet śnieg, a potem są Alienkowe urodziny, a potem już święta.

Trudno, jedziemy dziś.

Jedziemy, spokojnie gawędzimy, Inżynier żre kupione specjalnie dla niego grześki, w domu na piecu czekają żeberka w tonie pieczarek, pieczone w miodzie, mlask.

Gadu-gadu, jak to Inżynier, jedzie na tempomacie i wyjebane ma na wyprzedzających, bluzga tylko jak go ktoś po podwójnej ciągłej wyprzedza.

Ja oczy do nieba wznoszę, tłumaczę Umarlakom jak krowie na rowie, że jak nie połapią tych aniołków, co prysznicem się bawią pod nieobecność starszych, to tylko nowe badyle dostaną, a z mycia grobków nici, więc...

Przed samym Jarocinem mieliśmy różnicę zdań na temat tego, która szczepionka lepsza i gdy Inżynier się na mnie wydarł, a wydarł się, bo drze się, jak mam inne zdanie (taka wada fabryczna u moich dzieci), silnik nagle zaczął się dławić.

Starym sposobem informatyków, Inżynier, sam informatyk, wysiadł, otworzył maskę, olej sprawdził, zatrzasnął maskę i nic. Pytam, czy ma Assistance, nie pamięta. A to już sobota popołudnie, leje zdrowo, a my w środku niczego. Dobrze, że są internety, szukamy warsztatu, jest w pobliżu. Ale GPS nie zna ulicy, telefon za to zna :) Jedziemy, pasem awaryjnym, na rzężącym silniku. Na całe szczęście to niedaleko, ale... warsztat przeniesiono do jakiejś pipidówki.

Parkujemy w zatoczce, telefon i... mamy szczęście, panowie podjadą z lawetą. 

Podjeżdżają dość szybko. Stawiają diagnozę, że padł wtryskiwacz paliwa. Drobiazg, ale nie mają do tego modelu, musieliby zamówić.

Odholowanie samochodu do Poznania wyceniają na 300 zł, zatem nie zastanawiamy się ani chwili, w Poznaniu Inżynier ma sprawdzony warsztat. Decyzję przypieczętowuje to, że pan ma miejsce w holowniku i nas zabierze, inaczej musielibyśmy brać taksówkę na dworzec, a i to nie wiadomo, czy coś pojedzie dziś do Poznania, takie czasy, linia z K. nie kursuje od października.

Nawet mi do głowy nie przyszło lamencić. Inżynier na propozycję pomocy finansowej wbił mnie w glebę.

W sumie sama nie wiem, dlaczego ja mam takie obiekcje: to też jego Umarlaki. Lubi ze mną jeździć. Sam się ofiarował. Nie zepsułam samochodu, sam się spsuł. I Inżynier, jak go znam, ma wydatki, i owszem, ale też nie żyje od pierwszego do pierwszego.

Głupia ja, co nie?

Tak więc nie będzie posprzątane na Wielkanoc, trudno. Sprawdziłam, choćbym się zesrała, nie dojadę do K. komunikacją zbiorową. Mogę zamówić mycie grobów, ale to w sumie jak umarłemu kadzidło potrzebne. Chyba znów odezwę się do mojej E. z prośbą o kupno badyli, poślę jej kasę, ale to mam znów zobowiązania. 

Bo w sumie martwiło mnie, że badyle po zimie padnięte.

No ale w sumie, Skubane jedne, wiedzą, że ja ich kocham.

Na pół godziny przestało padać. Ale potem lunęło jeszcze lepiej, więc tak sobie myślę (Inżynier wyśmiał i opierdolił), że może specjalnie spsuli samochód, żeby się coś nie stanęło?

Badyle sztuczne, nic im nie będzie.

Żeberek i pieczarek mam po kokardkę i kucyki, bo holownik podrzucił mnie do chałupy (bo na brzegu wioski jest) i pojechali do Inżyniera na podwórko, więc bez sensu, żeby do mnie na obiad wracał.

Dwa żurawie po drodze widzieliśmy, stado dzikich gęsi, pustoszących pola, biedne tirówki, moknące w ulewie (Murzynki tym razem nie było, ale za to było dużo pań wykonujących najstarszy zawód świata, swoją szosą, lubię seks, ale tak bym nie chciała pracować, za Chiny Ludowe i Koreę też z demoludów).
Przeszczęśliwa czułam się, wchodząc do domu, bo już oczami duszy widziałam JESZCZE większe kłopoty, że  auto zabiera jakiś holownik, a my w deszczu lecimy do Jarocina per pedes, a potem...

Wszystko dobre, co się dobrze kończy. I może niepotrzebnie się złościłam na Umarlaków? Tego się już nie dowiem :) 

Pan od Pomidorków dziś wrócił, bratki zanabyłam, więc oficjalnie wiosna się zaczęła, chociaż gdzie ona się szlaja, skoro jej tu nikt nie widział?

A z Pierworodnym komunikacja do niczego, narzekał na to też Inżynier, ale co pan zrobisz, jak nic nie zrobisz?

Synowa miała urodziny, złożyłam życzenia, kasę wg rozdzielnika wysłałam, sprawiedliwie, choć nóż mi się w kieszeni rytmicznie otwierał, bo ona moje olała ciepłym strumieniem moczu, badyle od Pierworodnego dostałam tylko dlatego, że w sklepie, w którym pracuje była wyprzedaż, nie umniejszam, pamiętał, i co od niej? Na MSG: dziękuję.

I koniec, nawet pocałuj mnie w dupę nie było.

A mogło być tak pięknie.

Kalafiorkówna szykuje się do wylotu, chyba będzie latać wysoko, pierwszy raz  poszła na 1,5-godzinne zajęcia dla maluszków, chemii uczyli. Wyszła wywleczona za frak, w wózku zasnęła, a w domu po przebudzeniu pół godziny stała w drzwiach, ściskając kurtkę i rozpaczliwie łkając, że chce jeszcze na chwilę tam...

Następna impreza za dwa tygodnie, ale miejscowa, więc zawsze czymś dojadę, o ile pod coś nie wlezę... :)

Przykro mi tylko, że Inżynier z kasy wyskoczył, ale co ma paść, padnie, sam mówił, że wolałby, żeby mu to w mieście padło, a nie w trasie, ale cóż...

Mam nadzieję, że nic nie złapaliśmy po drodze, byliśmy w maseczkach,  panowie z warsztatu mieli na to totalnie wyjebane. Może mają rację, może nie, strzyżonego wszyscy strzygą, co nie? :)


wtorek, 9 marca 2021

Kolejną

 gazetkę robimy, Kochany Pamiętniczku, będzie nowy layout, a ja jak tabaka w rogu. Ale od zebrania na ZOOM-ie się wykręciłam, bo nie. 

Co ma być, będzie.

Nowy tydzień zaczął się spokojnie, ale przedtem w weekend wciągnęłam 


 i już dawno się tak nie bawiłam, i serdecznie polecam. Ponoć był na HBO, ale i napisy są. Oczarowana jestem.

W poniedziałek znów dzień mi zleciał, wkurzył mnie Pierworodny, bo ani on, ani ona nie odezwą się sami, w poniedziałek nie pytałam, ale zaczęłam się martwić, że nawet z życzeniami nie pobieżył (jakbym go nie znała), dziś pytam, mówi, że wszystko OK. Przyjmuję na wiarę, bo przecież nie pojadę sprawdzać.

Ale wkurza mnie, no i ani słowa pytania, co u mnie, a przecież mogło się coś wydarzyć, co nie?

We wtorek słoneczko już świeciło, aczkolwiek wciąż zimno, a ja zła, bo cykają materiały jak na receptę, więc o 13.01 zamknęłam kompika, żeby mnie nie kusiło i poszłam w świat, bez plecaczka, ale z wózeczkiem. Kartki urodzinowe musiałam wysłać, ostatni dzwonek, żeby doszły na czas.

I tak sobie do Rossmanna hycnęłam, bo dawno nie byłam, co nieco się zaczyna z kosmetyków kończyć, a Rossmanna akurat lubię. I tak na swoje nieszczęście się powlekłam, bo u ogrodnika za bramą czyhały na mnie bratki. Wprawdzie 50 gr droższe niż na Bema, ale to po drodze, bez tracenia czasu na dojazd, no i wspieram lokalsów :) Zanabyłam 10 miniaturek, albowiem wciąż czekam na Pana od Pomidorków i jemu chcę dać zarobić, a loggia nie jest z gumy.

Zatem mam


i w sercu maj :)

Potem znów do Lidla poleciałam, bo gdy wracałam z bratkami (jednak zimno było) nie zdążyłam już do galerii (galeryjny kibel ponoć czystszy od domowego, ale wolę nie sprawdzać), a siku musiałam. Więc do Lidla, bo chodzi za mną pomelo. Pomelo jak na złość nie było, ale było dobre wino, więc dzisiejszy wieczór sponsoruje radio Pogoda


moje ulubione cienie na ścianie i 



kolejne Primitivo :) Będę musiała po nie znów do Lidla polecieć, bo dla Inżyniera na łapówkę wezmę. Jedno już na niego czeka, jak mi założył wideowizjer - mówił, że cały luty pości, tom mu nie dała łapówki, a potem rzekł, że skończył post. A na weekend jesteśmy umówieni na jazdę do Umarlaków, to mu się należy też. Lubię tak podziękować, bo przynajmniej nie muszę się dopraszać o uwagę. Inżynierowe Łobuzy małe jeszcze, ale nauczone, co jest od babci, ja nawet nie pamiętam, co dałam, a one lecą z tym i mówią: od babci. Innej babci nie mają. Od Pierworodnego nawet dziękuję nie powiedzą, a przecież już duże. Że jestem małostkowa? Chyba nie, bo miłe, jak ktoś docenia. Ot, takie tam życiowe upierdzielenia.

Pozostanie tylko M. i grób Eksa, ale to chwila moment, ogarniemy.

Za dwa tygodnie Alienek skończy 4 lata, kiedy to minęło? Dałam Synowej kasę z wyprzedzeniem, upolowała na promocji Lego dla niego z wish list. Ostatnio tylko Lego mu w głowie, więc wolę dać kasę, jak sama szukać w sumie nie wiadomo czego, bo szczerze? Mnie to nigdy nie ekscytowało, gdy miałam małe dzieci. Każdy zestaw był przygodą i radochą. Synowa też choruje na Lego, na bukiety z Lego. OK, wolno jej, ale ja jej nie kupię, bo ponad 200 zł za zestaw z kwiatów plastikowych to dla mnie pornografia. Wiem, sama wydaję na kwiaty rocznie o wiele więcej. No cóż, są guściki i gusta - ona woli żywe sierściuchy, ja sztuczne, bo nie wymagają troski. Ja za to kocham żywe badyle, ona sztuczne, przyjdą jej urodziny, to dołożę kasy, niech sobie kupi sama :) Mam kupować nietrafione rzeczy, wolę dać kasę na przepicie i już :) 

A na poczcie, of course, po 13 doszły materiały, ale z zaznaczeniem: sorry, ale na jutro i tego się trzymam. 

Jutro od 9 do 13 praca, a potem w siną dal.

Aplikacja mnie chwali, bo zmniejszyłam stawkę i osiągam cel, a to też mobilizuje.

Mam nadzieję, że ogarnę to wszystko i wrócę do jakiej-takiej formy.

13 marca minie równy rok odkąd pracuję z domu.

Ciekawa jestem, jak czułabym się, gdybym mogła pracować tak, gdyby nie było pandemii?

Chyba nieźle, bo nic mnie tak nie wkurzało, jak czekanie do 21 po to, by dowiedzieć się, że jednak zrobimy to jutro. I czekanie godzinami na przystanku, bo o tej porze wszędzie zjazd do zajezdni, a bezpośredni autobus właśnie  odjechał, następny za godzinę. A tak: zjadam kolacyjkę, oglądam serial, a na hasło, że jednak jutro ziewam rozkosznie i lecę do wyrka bezpośrednim skokiem.

Z moim introwertyzmem home office jest idealnym wyjściem, zwłaszcza gdy mogę się od telekonferencji wykręcić sianem.

I tak, brak mi ludzi z pracy.

I nie, nie brak mi ludzi z pracy.

I tak, brak mi kontaktu z bliskimi.

I nie, nie brak mi kontaktu z nimi.

Chyba na stare lata mam coraz bardziej krzywo pod kapturkiem.

Ale takie czasy, nawet Murzynka Bambo nie można cytować, co mnie wkurwia.

I przypominają mi się nasze gadki o murzynku w piecu, Słonko, pytające, gdzie go złapaliśmy.

I nie, że mam coś do czarnoskórych.

Nie, nie mam. Ale ni chuja nie rozumiem, co jest złego w tym wierszyku, bo zawsze lubiłam Bambo.

I ni chuja nie wiem, dlaczego W pustyni i w puszczy jest lekturą złą, przestarzałą. Tak było wtedy, gdy Sienkiewicz książkę pisał i nic tego nie zmieni.

A Biblia? A Stary Testament? Ile tam jest zła, rui i poróbstwa? Córki Lota, które wykorzystały pijanego ojca? Serio? Tego nie skreślamy, to jest OK? 

I wciąż widzę moje dzieciństwo, w cieniu alkoholu i mojego ojca, który nie zawsze wiedział, co robi.

Mamę, rozpaczliwie próbującą stworzyć pozory normalności.

Żonę mojego wujka, która przyszła pijana w trzy dupy i posikała się na łóżku mojej obłożenie chorej wtedy mamy, tłumacząc jej, że życie jest piękne.

Mnie moje dzieci udało się przed tym ochronić, choć życie nie oszczędziło im innych swoich ciemnych stron.

I nadal nie szczędzi, bo ja, na ich miejscu, chodziłabym po suficie, myśląc, czy dobrze zrobiłam, że ich sprowadziłam w takim czasie na świat (gdyby była pandemia, jak byli mali. Pamiętam, jak przeżywałam pierwsze informacje o HIV, kiedy nie za bardzo było wiadomo, co to i skąd się wzięło). O wnuki tak się już nie martwię, choć się martwię (taka moja logika), bo oglądając SF myślę: zawsze może być jeszcze gorzej. Każde pokolenie ma swoje strachy i obawy.
A ja chciałabym dożyć tylko jeszcze tego, żeby mogli mnie pochować pod drzewem, albo jako drzewo.

Żebym sobie rosła, szumiała i mruczała w podmuchach wiatru, ruszających gałęziami mojego drzewa bądź nawet moimi własnymi: życie jest piękne, nawet jak jest okrutne...
A jeśli nie, to chciałabym w następnym wcieleniu być kotkiem u Inżynierostwa, choć Inżynierowa twierdzi, że nawet Inżynier nie zasługuje na taki zaszczyt.

Ale co tam, może jednak się uda?

Bo tak :) 


UPDATE

I tak mnie po cichu wszystko odciąga od pisania. Bo ludzie, którzy niby są ze mną na zawsze, tak do ostatka, do szału do dna, podsyłają mi  przejrzałe memy, linki, o których wiem, że są z automatu słane, a sama oglądałam je wieki temu, ten model tak ma, piszą mi, że tak, są ze mną, ale akurat..... wpisać, co kto tam chce jako wymówkę.

W sumie zostaje tylko radio Pogoda, słuchawki na uszach, zdjęcia, to, co się nawinie...

 

Już nie ma dzikich plaż, bo to moja bajka była tam, już jej nie ma...

Acropolis adieu, adieu mon amour...



czwartek, 4 marca 2021

W telegraficznym

 skrócie, Kochany Pamiętniczku.

Pierworodny ma koronawirusa. Dowiedziałam się we wtorek, powiedział dopiero, gdy miał już wynik testu. W weekend pojechali do O., do teściów Pierworodnego, całą bandą. Synowa mówiła, że czuli się OK. Pierworodnego zmogło w niedzielę, w poniedziałek pojechał (sic!) przez całe miasto na wymaz, transportem miejskim, a jakże. Bolą go nerki, to mnie bardzo martwi.
Papryczek też się pokładał, był we wtorek z synową na wymazie, nic mu nie jest.

Synowej nie kazali robić wymazu, bo ma dwukrotne szczepienie.

Wzięła opiekę i dalej orze w Pierworodnego, bo ją głowa boli.

Inżynier im zakupy załatwia, ma akurat urlop. Na spokojnie, bo wciąż pamięta, jak Pierworodny latał z zakupami dla nas na kwarantannie.

A cuda wianki przy okazji wychodzą, bo ponoć na kwarantannie z nimi jest jakaś koleżanka MW, która tam była w momencie, gdy Pierworodny dostał diagnozę.

Synowa nie musi mieć kwarantanny, bo ma dwukrotne szczepienie, co dla mnie jest nielogiczne. Szczepienie zabezpiecza ją, ale roznosić wirusa może.

Pojebane to wszystko. Inżynier jeden zatroszczył się o mnie, maglując, kiedy widziałam się z Pierworodnym.

Czego on się tak o mnie martwi?

A ja, niczego nieświadoma, pojechałam sobie na giełdę na Bema i zanabyłam 

 


dwa takie wkłady do wazonu. I reszta włosów stawała mi dęba na głowie na ceny, bo zestawy (wszystko jest w zestawach - wkład do wazonu plus stroik) kosztowały od 120 zł w górę. Na moje, że potrzebuję tylko do wazonu pan był gotów sprzedać część za 60 zł. Takie zestawy były przed Wszystkimi Świętymi w M., gdy byliśmy u Eksa w cenie 55 zł. To o ile to podrożało? Jprdl... Nie chcę kupować bukietów, mogę je w gąbkę wtykać, fakt, ale i bukiety jakieś niewydarzone są. 

Jak ktoś ma parę grobów, doliczy znicze (a te wyjechane w kosmos są, za wyjechaną kasę), doliczy dojazd, to i pensji nie starczy na ogarnięcie.

Nie wiem, kiedy pojadę, zależy od Inżyniera i od tego, czy nie zamkną znów wszystkiego. No nic. 

Zanabyłam też 


nie wiem, czy jesienne nasadzenie ocalało choć częściowo, bo niby rośnie, ale co tam. 20 zł za całość, najwyżej wina nie kupię :)

No i proteza mi pękła, ale pięknie załatwiłam, w pracowni mi skleili od ręki, 60 zł poszło się jebać, trudno. Następnego dnia wizyta u mojej dentystki i to ja napieram się na nowe zęby, bo jak pękło, to pęknie znów. Fakt, w maseczce nie widać, ale czasem żyję bez maseczki, co nie? A i pogryźć chrupiące lubię. Wyszłam lżejsza o 200 zł, ale zadowolona. Przed wizytą gadam z Pierworodnym, u niego wszystko OK niby... Wracam do domu, gadam z nim dalej, a on, że czeka na telefon od lekarza, bo antybiotyku potrzebuje. Pytam, na co. Bo MW ząb boli. Piątka. WTF? Antybiotyk na ból zęba? Rozumiem, mają kwarantannę, ale jak można do stanu zapalnego dopuścić? Mówi, że mleczak, piątka. Mleczak u 11-latki? A mówiłam, kurwa, że na dentystę dam, bo sama na to nie miałam i męczę się teraz. Pół godziny później prosi, czy nie mogę dentystki poprosić o receptę, bo lekarz mówi, że dentysta...

Kurwa. Daję telefon, niech dzwoni. Dentystka każe wziąć ibuprom, ciąg dalszy jutro...

I to, jak zwykle z dziećmi, załatwia Pierworodny, chory, który ponoć padał w niedzielę.

A Hrabina? Ma opiekę i nic...

Nie wiem, jak w razie W będzie wyglądała operacja odbierania i wykupywania recepty, bo ja, proszę Kochanego Pamiętniczka, przeniosłam swój urlop z 4 i 5 na 2 i 3, bo Bossowi się priorytety zmieniły. Na mojego emilka, że jednak 4 idę na 11 do dentysty, bo tego nie dało się zmienić, będzie przerwa techniczna, odpisał łaskawie, że jak najbardziej, nie zmieniać nic, iść, chwilę później dosyłając mi stertę roboty i nie bacząc, że sam mi zmienił urlop...

Jprdl. Wiem, skomplikowane to, ale cóż. Takie jest moje życie.

Ponieważ tego nie zmienię, mam wyjebane.  Robię na zapas, w międzyczasie delektując się filmami, Podróżników zakończyłam, męczące, ale rewelacyjne i daje do myślenia.

Do Barana mam przeogromny żal i chyba mi nie przejdzie. Napisałam, że Pierworodny ma covida. Oczekiwałam przytulenia, a dostałam wykład na temat nieistnienia choroby.

Sorry, kij Ci w oko, bo w dupę byś miał przyjemność. Nie potrzebuję uświadamiania, akceptuję Twoją negację, ale to moje dziecko jest chore.

Więc jest jak jest...

Na FB wrzuciłam Ptaszka Staszka,mojego ulubieńca, bluzgającego na koronawirusa w pierwszą rocznicę jego oficjalnego debiutu w PL. Na to odezwała się moja świętojebliwa koleżanka ze studiów, że jak tak można bluzgać, zaś na moje wyjaśnienie zaczęła mnie nauczać o tym, co dobre, a co złe.

Jprdl.

Mam prawo kląć, mam prawo się miotać, mam prawo do swojego ciała, swojej duszy, swoich marzeń i snów.

I nikt nie ma prawa mnie pouczać, nauczać, wskazywać mi świetlanej drogi i jasnej przyszłości.

Może nawrócę się na łożu śmierci, chociaż w sumie nie wiem, na co mam się nawracać.

Dziś 4 marca, Kaziuki.

Nie ma Kaziuków na poznańskim rynku, ale ja o Tobie, Tato, i o Tobie, Ciociu - pamiętam.

Świeczka się pali, pachnie wanilią, dobre winko się kończy...

A jutro będziemy zamykać przełomowe dzieło.

Cieszę się, że wciąż coś zamykam, choć żal mi zamykanych za sobą drzwi.

A Alienek ma coś na poziomie 4 kHZ ze słuchem, choć jakem głucha, ni cholery nie wiem, o co chodzi. Na wyjaśnienie muszę poczekać do randki z Inżynierem.

I tak mija dzień za dniem, na czekaniu (wersja light) nie wiadomo na co lub (wersja hard) chuj wi na co...

A pod trzynastką jakieś włóczęgi zamieszkały, bo mój wideowizjer szaleje.

Ale jak na mnie, gdy wysiadali z windy z rękoma pełnymi napitków wpadli, grzecznie dzień dobry rzekli :)

Jak dobrze mieć sąsiada, czasami :)