Złaże ci ja na słoneczko, a w skrzynce pocztowej co ja pacze?? PIT-u z ZUS jak nie było, tak nie ma, ale za to jest rachunek za prąd. Pacze na niego kątem oka i powieka mi drga, bo ponad 40 zł wyższy niż zawsze. Zła już piszę scenariusz, jak ochrzanię Inżyniera za wi fi, bo to świeci 24 godziny na dobę (mam manię oszczędzania i wyłaczam wszystko, co się da i nie da), ale sobie myślę - ochrzanię w weekend, bo w pracy ma ciężkie dni, to co ja będę mu dokopywać o głupie 40 zł. A może prąd podrożał? A może dłuższy okres, bo dawno nie byli?? Wrzuciłam rachunek do skrzynki (co będę makulaturę wozić) i pojechałam w stronę słońca, do Ikei znaczy się. Odkąd mamy tam szybką bimbę, to zajmuje całość jakieś 2 godziny, a przedtem dojeżdżałam autobusem 3 godziny w jedną stronę. Kocham szybką bimbę, kocham jak Irlandię :D ;)
Przemeblowali Ikea i się pogubiłam, co mnie rozzłościło, tym bardziej, że gorąco było jak w piekarniku, i choć ubrałam się lekko i rozpięłam płaszcz, zgrzałam się jak siwa mysz, łysa na dokładkę. No i nie znalazłam tego, po co poszłam, więc tym bardziej byłam zła. Idąc do kasy czułam, że zaraz zemdleję, więc widząc za kasą bufet ucieszyłam się. Podchodzę do bufetu i chcę płacić za wodę mineralną, którą wzięłam z kupki w olbrzymim koszu, a panienka mówi: kasa tam i pokazuje pazurem z tipsem za siebie. Ojapierdolę, stoi zmora mojego życia (druga po domofonach) - dotykowy automat płatniczy.... Niech to cholera. Ale nic, idę, klik, wrzut, sruuu.... i wyrzuca rachunek. Nosz, obczaiłam cholerę :D Już nie będę się bała. I nie umrę z pragnienia. Już widzę te nagłówki w Fakcie: Umarła z pragnienia, bo nie umiała obsłużyć automatu ;)
Tak samo mam z kasami samoobsługowymi w P&P. Jak robię z chłopakami w UK zakupy, często w takich płacimy, ale... sama się nie odważę. Chociaż... skoro zmogłam taką kasę, to i samoobsługową zmogę c'nie?? :)
Zadowolona wracam do domu, planując kupno pstraga w Lidlu (mam jeszcze marchewkę z czerwoną cebulką i z jabłkiem, wczoraj nie zmogłam całej porcji), robię zakupy, wracam spokojnie do domu i wpadam na Znajomych Inżyniera. Moich w sumie też, bo znam ich od dziecka, ale to chyba jedyni ludzie z tego pokolenia, co do mnie pani mówią. Gadu gadu, pitu pitu, wiem, że wprowadzili się na nasze osiedle, a oni wiedzą, że będę miała remont i co ja słyszę?? Jak coś, mam Pana Mądrego zawiadomić, to porobi za chłopca do bicia, tfuuuuuuuuu, do przesuwania i przenoszenia. Miło. Inżynier ma fajnych kolegów, nawet... :)
Ogarniam się po przejściu, pstragi do mleka, niech się, skubane, moczą i biorę rachunek, żeby zapłacić. I co ja paczę??? To nie jest MÓJ rachunek, ale kogoś z identycznym numerem mieszkania, ale z następnego numeru domu. Jako że mieszkam na osiedlu, na którym numeracja jest ze snu pijanego zająca, nigdy nie wiem, gdzie jest dany blok i na pytania zawsze mówię: proszę zapytać dzieci, one na pewno wiedzą (w czasie pisania tej notki odezwał się na Skype Pierworodny i wyjaśnił mi, gdzie jest ten blok, no dzieci wiedzą), myślę co zrobić. Jak to co, emilka do Enei skrobnąć. Skrobnęłam, adres emilkowy wszak mam, bo już mi kiedyś emilkowo załatwiali reklamacje. Zatem piszę i co ja paczę?? Listowy emilkowy oddaje emilka, że nie ma takiego emilka!!! Ja nie ma jak jest. Ciśnienie mi rośnie. Wchodzę na stronę ENEI, strona nówka nieśmigana i co ja pacze?? Kontakt TELEFONICZNY albo LEĆ DO BIURA... Niedoczekanie ich. Szperam, szukam, kombinuje i wtem sruuu.... Pojawia się nowy emilek od ENEI, choć rzekomo poprzedni nie doszedł, z prośbą o podanie numeru OSTATNIEJ faktury bądź PESEL-u. Ojaciepierdole. Ostatniej faktury nie mam, bo mi nie doręczyli!!!! A PESEL Eksa pewnie gdzieś w odmętach dziejów i papierów mam, ale nie będę schodziła na zawał, szukając. Pod ręką mam fakturę z jesieni, więc piszę ten numer, nosz ciśnienie chyba 200/200. Listowy emilkowy odpowiada, że ENEA ma zapchaną skrzynkę i nie może już mojego emilka do skrzynki wciepnąć. CHOLERA. Pstrąg dochodzi, więc oddychając bez torebki zaczynam konsumować obiad. Dzwonek do drzwi. Sąsiadka z bloku z następnym numerem, wiedziała gdzie jest mój i zorientowawszy się, że ma cudzy rachunek przyniosła... I w te słowa rzecze: pani, on chyba pijany w trzy dupy był, jak te rachunki wkładał. No chyba pijany, bo oni chodzą z takimi aparatami co drukują od razu po odczytaniu rachunki i wrzucają na dole do szpar unijnych, więc jakim cudem pomylił domy??? Że mieszkania, to rozumiem, ale domy??? Pierdolę, nie płacę. Poczekam, co mi napiszą. I tak mam dwa tygodnie na zapłacenie. Dotąd płaciłam od ręki, teraz będę robiła jak ze spółdzielnią - chujowo cię traktują, płacę, ale w ostatniej chwili.
Baranisko jednak ma Internet w tym Meksyku i się ładnie zameldował, miło :) Cieszę się, że ma fajne wakacje, fotkę też już przysłał, full wypas hotel. Ciężko pracował, niech się dobrze bawi :D
I Pierworodny się odnalazł, o dziwo... Następnym razem jak zadzwoni zapytam: kto jesteś i co zrobiłeś z moim synem?
Inżynier ma już bilet na święta. Przyleci na tydzień ponad. Ile z tego będzie moje, nie wiadomo. Ale sam nalega, żeby UWAGA!! UWAGA!!! iść do święconki. Mały satanista do święconki?? Nawet ja już teraz to odpuszczam, a on nalega. Może dlatego, że kiedyś ktoś nam święconkę schrzanił na maksa? A może dlatego, że jednak coś w nim pod tym satanizmem drzemie. Nie wiem, nie wnikam. Miło iść z kimś do święconki. Z kimś bliskim sercu. Nie iść samemu. Miło przypomnieć sobie lata, kiedy chodziliśmy we czwórkę, szczęśliwi swoim wielkim szczęściem. Wiem, że to se ne vrati, ale...
czwartek, 28 lutego 2013
Ulotka pozwala odkryć Amerykę
LOL :) W komnacie dumania przeglądam dodatek do Polityki - reklamówkę Biedronki (bo wszystko papierowe już przeczytałam od deski do deski, a elektroniki do łazienki nie noszę). I co ja paczę???? Jest, dorwałam ją. Mam ją. Już wiem, co to...
Każdego roku na wigilię Baran raczy nas pańcią. To żelazny punkt programu, ulubiona rzecz Inżyniera i moja. Stara śląska potrawa, tak fajna, jak stary śląski zwyczaj picia na czczo wódki (żeby zdrowie cały rok było... ulubiony punkt repertuaru Mistrza Kuchennego i jego skromnej Pomocnicy)...
No i co ja paczę w tym folderze?? Pańcia, której żaden wujek Googiel nie zna, to starożytna śląska potrawa zwana... uwaga, uwaga nadchodzi, koma trzy: pańckraut :) Zatem wrzucać pańckraut na Googla i do roboty.
Żeby nie było, że my jakieś heretyki i zboczeńce, nasza wigilijna pańcia jest bez boczku i innych mięsnych dodatków. Ale smakuje mniam, mlask, ojapierdolę. I ma tę zaletę, że odgrzewana smakuje jeszcze lepiej.
Zatem: szefowa kuchni poleca Barani przysmak... :)
Smacznego!!!
A u mnie słońce świeci, więc komu w drogę, temu pa :)
PS Lecieli 14 godzin, ale dolecieli :D
Każdego roku na wigilię Baran raczy nas pańcią. To żelazny punkt programu, ulubiona rzecz Inżyniera i moja. Stara śląska potrawa, tak fajna, jak stary śląski zwyczaj picia na czczo wódki (żeby zdrowie cały rok było... ulubiony punkt repertuaru Mistrza Kuchennego i jego skromnej Pomocnicy)...
No i co ja paczę w tym folderze?? Pańcia, której żaden wujek Googiel nie zna, to starożytna śląska potrawa zwana... uwaga, uwaga nadchodzi, koma trzy: pańckraut :) Zatem wrzucać pańckraut na Googla i do roboty.
Żeby nie było, że my jakieś heretyki i zboczeńce, nasza wigilijna pańcia jest bez boczku i innych mięsnych dodatków. Ale smakuje mniam, mlask, ojapierdolę. I ma tę zaletę, że odgrzewana smakuje jeszcze lepiej.
Zatem: szefowa kuchni poleca Barani przysmak... :)
Smacznego!!!
A u mnie słońce świeci, więc komu w drogę, temu pa :)
PS Lecieli 14 godzin, ale dolecieli :D
środa, 27 lutego 2013
Lecą
Lecą dziś, na całe dwa tygodnie do Meksyku. Kiedyś bym zazdrościła, bo jako dziecko marzyłam o archeologii i że cuda wianki odkryję na Machu Picchu. Przeszlo mi, w momencie gdy uświadomiłam sobie, że archeolog często gęsto śpi w namiocie, styka się z myszami (zgroza) i inymi gryzoniami. Teraz już nie mam takich marzeń, bo... za daleko, a sama nie polecę. No i poza tym koszty - taka wycieczka jednak przerasta możliwości mojej dziury budżetowej. Ale: good luck, chłopcy, bawcie się dobrze i wracajcie cali :)
A my co mamy w planie?? Moje dzieci, jak były małe, odpowiadały na takie pytanie: kąpiel, kochanie i spanie :D
Wykąpałam się już, Miśki utulone, z kwiatkami pogadałam, ale spanie od rana? To nie moja dyscyplina. Jeszcze troszkę poleniuchuję, a potem się zobaczy. Sprzątać nie będę, bez przesadyzmu, wszystko ma swoje granice, nawet mania sprzątania. Zresztą nic mi się w oczy nie rzuca, szafy nie otwieram, pod szafę nie zaglądam, reszta spoko.
Powinnam się za oknami zacząć rozglądać, ale to bym musiała w aparatach lecieć, a mi się nie chce, więc... Nie dziś :D
Ale coś mi świta i się lęgnie, zobaczymy wieczorkiem, jak minie dzień i co się w wylęgarni wylęgnie :)
A my co mamy w planie?? Moje dzieci, jak były małe, odpowiadały na takie pytanie: kąpiel, kochanie i spanie :D
Wykąpałam się już, Miśki utulone, z kwiatkami pogadałam, ale spanie od rana? To nie moja dyscyplina. Jeszcze troszkę poleniuchuję, a potem się zobaczy. Sprzątać nie będę, bez przesadyzmu, wszystko ma swoje granice, nawet mania sprzątania. Zresztą nic mi się w oczy nie rzuca, szafy nie otwieram, pod szafę nie zaglądam, reszta spoko.
Powinnam się za oknami zacząć rozglądać, ale to bym musiała w aparatach lecieć, a mi się nie chce, więc... Nie dziś :D
Ale coś mi świta i się lęgnie, zobaczymy wieczorkiem, jak minie dzień i co się w wylęgarni wylęgnie :)
wtorek, 26 lutego 2013
Prawie perfekcyjna pani domu
Prawie, jak wiadomo, robi dużą różnicę, ale co tam... Nazbierało się klamotów, a dzięki tygodniowej gospodarce Inżyniera wiele nie wróciło na swoje miejsce, a do tego zlazły z wyżyn inne, jak na przykład kiełkownica, bajzel się zaczął robić prawie jak podczas wizyty Pierworodnego, z tą różnicą, że w zlewie miejsce było. Polazłam więc wysłać kiełki do Zmorki i chciałam kupić plastikowe koszyczki, bo mi ich brakuje. Nigdzie nie było takich, jak potrzebuję, więc kupiwszy tylko narcyzy za 2,99 za 10 sztuk w Biedronce (prawda, że okazja), potuptałam do Lidla, ale tam też koszyczków nie było, więc kupiłam li i jedynie bakłażana i cytryny i poszłam do domu. I tu się leń obudził, a że zgłodniałam, zrobiłam sobie pstrąga łososiowego, herbatkę i oglądnęłam White collar. Kto nie zna, niech żałuje, główny bohater, grany przez Matta Bomera to ciacho jakich mało (gej, a jakże, wszyscy wspaniali czuli mężczyźni mają już swoich chłopaków, reguła nie do zbicia), tak więc 45 minut pasłam oczy i odbudowywałam morale. Udało się :D A potem już było z górki, włączył się pierdalec i w szafkach dzięki małemu przemeblowaniu zrobiło się nagle duuuużo więcej miejsca i... No co ja paczę?? Jedna torba z P&P (duża, żeby nie było) pełna plastikowych śmieci (zapisać w kajeciku: nie gromadzić pudełek po lodach, bo się syf w szafce robi), druga takaż pełna szkła (jedna szklanka się stłukła, ale gdzie się tłucze i się leje, tam się bardzo dobrze dzieje), trzecia pełna makulatury, czwarta - mała reklamówka - przeterminowane leki (zanieść jutro do apteki trzeba, w czeluściach szafy mam jeszcze wór leków po moim Eks, przeterminowane chyba o ponad 10 lat, bo ten namiętnie piguły zażywał i gromadził, aż się boję z tym iść do apteki, bo mnie zamkną, a na raty zapominam nosić, do śmietnika nie wyrzucę, a dilować Inżynier stanowczo zabronił pod groźbą odłączenia kompika od sieci, jak przyjedzie, więc dupa)....
I tak wolnym walcem a kuchnia w oczach jaśniała, kiełki mają luz, a i ja się mieszczę teraz i mam gdzie sobie jedzenie zrobić, nie łapiąc spadającej piramidy, ale co ja pacze?? Okna. Obraz nędzy i rozpaczy. A co, jak zaczęłam, skończę. I tym sposobem machnęłam okna, szybko, w 5 minut (zawsze byłam szybka dziewczynka), nie bawiąc się w rozkręcanie i inne robótki ręczne, na to przyjdzie czas, jak się ociepli.
A Mama gdzieś polazła, bo nie pilnowała Teściowej mojej (jak znam życie, nie lubią się) i ledwo okno zamknęłam, zaczęło padać, ale jak pada na czyste szyby to już nie ma takich zacieków.
Więc pokój już odpuściłam, tym bardziej, że brak ruchu mnie wykończył i wszystkie gnaty czuję. Ale to znaczy, że żyję, więc jest OK :)
To teraz Shameless (uwielbiam, jako DDA nie powinnam, ale uwielbiam, nic za to nie mogę), no i tego klona Love Story co Baran polecał mam. Ciepło, kocyk uszykowany jak coś, listki bobkowe pod dupą, czyli tam, gdzie ich miejsce, herbatka jest, kiełki cicho rosną :)
Lubię swój dom.
Jest moim zamkiem.
I tak wolnym walcem a kuchnia w oczach jaśniała, kiełki mają luz, a i ja się mieszczę teraz i mam gdzie sobie jedzenie zrobić, nie łapiąc spadającej piramidy, ale co ja pacze?? Okna. Obraz nędzy i rozpaczy. A co, jak zaczęłam, skończę. I tym sposobem machnęłam okna, szybko, w 5 minut (zawsze byłam szybka dziewczynka), nie bawiąc się w rozkręcanie i inne robótki ręczne, na to przyjdzie czas, jak się ociepli.
A Mama gdzieś polazła, bo nie pilnowała Teściowej mojej (jak znam życie, nie lubią się) i ledwo okno zamknęłam, zaczęło padać, ale jak pada na czyste szyby to już nie ma takich zacieków.
Więc pokój już odpuściłam, tym bardziej, że brak ruchu mnie wykończył i wszystkie gnaty czuję. Ale to znaczy, że żyję, więc jest OK :)
To teraz Shameless (uwielbiam, jako DDA nie powinnam, ale uwielbiam, nic za to nie mogę), no i tego klona Love Story co Baran polecał mam. Ciepło, kocyk uszykowany jak coś, listki bobkowe pod dupą, czyli tam, gdzie ich miejsce, herbatka jest, kiełki cicho rosną :)
Lubię swój dom.
Jest moim zamkiem.
Pokieł(ko)basiło mi się
Z tym kiełkowaniem, jem kiełki tak, że nie nadążają rosnąć, a poza tym nie za bardzo mam ochotę wydawać tyle kasy na kiełkownicę (muszę jeszcze do sklepu skoczyć, bo w necie rozbój w biały dzień), no i nie za bardzo mam gdzie postawić kolejne naczynie (chyba jednak dojrzewam do Baraniej metody - posprzątaj wszystko, a miejsce się znajdzie)... A i wiem, że Dora szuka, a znalazłam takie cuś...
http://margarytka.blogspot.com/2012/02/probuje-smakuje-testuje-kieki-i-lniany.html
Woreczek nawet mam, czysty polski len, dzieci w nim kapcie do przedszkola nosiły, wyprany, wyprasowany, można podzielić na dwa i znów będzie przydasie...
Na stare lata zaczynam kombinować :D
A teraz lece na pocztę Zmorce kiełki wysłać. Buraki dziś nieśmiało co poniektóre ożywają, zatem myślę, że trzeba by mieć dwa warsztaty - dla szybko kiełkujących i dla wolno kiełkujących.
I przejrzałam ceny w sklepach internetowych, mało że dużo wyższe nawet niż w P&P ( delikatesy przecież), a tam paczka ziaren kosztuje od 1,80 do 3 zł, to jeszcze trzeba doliczyć niemałe koszty wysyłki. Wiem, wiem, mam luksus mieszkania w dużej wiosce, ale pomijając wsie hen w Bieszczadach, wolałabym pojechać do pobliskiego grodu i się zaopatrzyć hurtowo, jak płacić w sklepach internetowych. Wydaje mi się, że ten cały interes tam nakręca się właśnie kosztami wysyłki. No ale ja ciemna masa jestem i się nie znam. Lubię kupować macając, bo towar macany należy do macanta ;)
http://margarytka.blogspot.com/2012/02/probuje-smakuje-testuje-kieki-i-lniany.html
Woreczek nawet mam, czysty polski len, dzieci w nim kapcie do przedszkola nosiły, wyprany, wyprasowany, można podzielić na dwa i znów będzie przydasie...
Na stare lata zaczynam kombinować :D
A teraz lece na pocztę Zmorce kiełki wysłać. Buraki dziś nieśmiało co poniektóre ożywają, zatem myślę, że trzeba by mieć dwa warsztaty - dla szybko kiełkujących i dla wolno kiełkujących.
I przejrzałam ceny w sklepach internetowych, mało że dużo wyższe nawet niż w P&P ( delikatesy przecież), a tam paczka ziaren kosztuje od 1,80 do 3 zł, to jeszcze trzeba doliczyć niemałe koszty wysyłki. Wiem, wiem, mam luksus mieszkania w dużej wiosce, ale pomijając wsie hen w Bieszczadach, wolałabym pojechać do pobliskiego grodu i się zaopatrzyć hurtowo, jak płacić w sklepach internetowych. Wydaje mi się, że ten cały interes tam nakręca się właśnie kosztami wysyłki. No ale ja ciemna masa jestem i się nie znam. Lubię kupować macając, bo towar macany należy do macanta ;)
poniedziałek, 25 lutego 2013
Cloud Atlas
Dora notką przypomniała mi, że mam oglądnąć "Atlas chmur", zatem podjęłam męską decyzję, że wreszcie zobaczę. I dobrze, że w domu, bo 2,5 godziny to nie w kij dmuchał.
Na poczatku myślałam, przez pierwsze 10 minut, że polegnę, jak i Dora, ale im dalej, tym lepiej i już do końca oglądałam zaciskając ręce i denerwując się.
Reżyserowali bracia Wachowscy, ci od Matrixa, a raczej już rodzeństwo Wachowskich, bowiem jeden z nich zmienił płeć. Ale to nic. Jak dla mnie wyszedł miód cud i orzeszki, skrzyżowanie Matrixa z angielską komedią, z czymś w rodzaju Gry o tron i w ogóle słów brak...
Nie wiem, czy Inżynier na tym był, jak nie, to mam nadzieję, że wciągnie go to, jak chodzenie po bagnach, bo przecież kocha Matrixa miłością pierwszą i najpiękniejszą, ma całość w oryginale, łącznie z animowanymi dodatkami. Muszę sobie kiedyś maraton z tego zrobić, zostawili płyty w domu (Inżynier Matrixa, Pierworodny Star Wars). Tam kupili sobie następne, choć mnie to trochę zezłościło, bo sporo kasy w tym utopiłam, ale jak coś, jak zamkną torrenty (w UK zamknęli), będę miała co oglądać ;)
Baran też mi coś polecił, a la Love Story (pamięta ktoś ten film?? ja zawsze na nim płaczę rzewnymi łzami, choć obiecuję sobie, że nigdy więcej)...
Ale na dziś dość, to nie 45-minutowy odcinek serialu, norma gapienia się na monitorek na dziś wyczerpana.
Nasiona i reszta kupione, to już 3. dzień, jak pierwsza partia kiełkuje, a buraczek jak nieżywy wpadł w pokrzywy, ani drgnie, za to rzodkiewki oszalały i już je podjadam.
A tu trailer, może się ktoś skusi. Naprawdę polecam...
Na poczatku myślałam, przez pierwsze 10 minut, że polegnę, jak i Dora, ale im dalej, tym lepiej i już do końca oglądałam zaciskając ręce i denerwując się.
Reżyserowali bracia Wachowscy, ci od Matrixa, a raczej już rodzeństwo Wachowskich, bowiem jeden z nich zmienił płeć. Ale to nic. Jak dla mnie wyszedł miód cud i orzeszki, skrzyżowanie Matrixa z angielską komedią, z czymś w rodzaju Gry o tron i w ogóle słów brak...
Nie wiem, czy Inżynier na tym był, jak nie, to mam nadzieję, że wciągnie go to, jak chodzenie po bagnach, bo przecież kocha Matrixa miłością pierwszą i najpiękniejszą, ma całość w oryginale, łącznie z animowanymi dodatkami. Muszę sobie kiedyś maraton z tego zrobić, zostawili płyty w domu (Inżynier Matrixa, Pierworodny Star Wars). Tam kupili sobie następne, choć mnie to trochę zezłościło, bo sporo kasy w tym utopiłam, ale jak coś, jak zamkną torrenty (w UK zamknęli), będę miała co oglądać ;)
Baran też mi coś polecił, a la Love Story (pamięta ktoś ten film?? ja zawsze na nim płaczę rzewnymi łzami, choć obiecuję sobie, że nigdy więcej)...
Ale na dziś dość, to nie 45-minutowy odcinek serialu, norma gapienia się na monitorek na dziś wyczerpana.
Nasiona i reszta kupione, to już 3. dzień, jak pierwsza partia kiełkuje, a buraczek jak nieżywy wpadł w pokrzywy, ani drgnie, za to rzodkiewki oszalały i już je podjadam.
A tu trailer, może się ktoś skusi. Naprawdę polecam...
Potęga Internetu
Hmmm... Jak to życie się kręci. Sporo ludzi, których spotkałam w ostatnich latach, ważnych w moim życiu poznałam dzięki Internetowi i jego magii, bo nie da się ukryć, że jest coś takiego, jak magia Internetu. Niektórzy wprowadzili w moje życie sporo zamieszania, zostawili po sobie miłe może, ale i bolesne niekiedy wspomnienia, ale gros znajomości jest wspaniałych. Na pierwszym miejscu, oczywiście, mój ulubiony Baran, z którym znajomość może być kiedyś podstawą scenariusza filmowego (tak, bój się, bój), ale to dopiero jak będę na emeryturze, bo teraz nie mam czasu, a i historia ciągle się pisze, więc wyszłaby nam "Moda na sukces", a gdzie ja znajdę takiego przystojniaka, co by Ciebie, Baranie, mógł zagrać? :) Więc na razie śpij spokojnie. Fakt, że Baran wrósł w naszą rodzinę, co ja mówię, co ja bredzę, jest naszą rodziną i już. Tą najlepszą częścią, bo z wyboru, a nie z musu ;) Poznałam też masę osób, które znam tylko netowo, a jednak realnie, że z bywalców grona blogów wymienię Żabę niejaką, Królową Kotów. Nasze znajomości są o tyle specyficzne, że jeżeli nie spotykamy się osobiście, to znajomość pozostaje "łączowa", bo... nie rozmawiam przez telefon, a większość ludzi preferuje takie rozmowy, Skype nie daje już takiej intymności, z telefonem gdzieś można wyjść, a ze Skype trudno... No i Zmorkę znam osobiście, co mnie bardzo kręci, a jechała tu z duszą na ramieniu, pewna, że skończy w moim kotle jako składnik jakiejś piekielnej mieszanki. Nie tylko uszła z życiem, ale i spodobała się Jej moja wioska i mam nadzieję, że kiedyś do mnie wróci.
Moi bliscy przyzwyczajeni są już do ksywek i nie muszę im, opowiadając o takiej na przykład Zmorce, wyjaśniać kto to, bo zaraz kiwają głową i mówią: tak, tak, wiem :)
A teraz... niespodzianka. Może mi się uda i będę miała zaszczyt poznać Kota001. Tak, tak :) Byłoby to bardzo krótkie spotkanie, ale zawsze. Miło jest spotykać ludzi, z którymi wymienia się netowo opinie i zdania. A jeszcze milej jest nie rozczarowywać się i zdobywać nowych znajomych i przyjaciół.
Zatem trzymajcie kciuki, żeby nam się udało spotkać.
Kiedyś, jak byłam młoda i piękna (superbajka, bo zawsze było tylko "i"), organizowaliśmy zloty. Zbieraliśmy się w jakimś miejscu i na wycieczkę. Ale to było w prehistorycznych czasach początków Internetu i w innej bajce. Chociaż... :)
A teraz wracając do naszych baranów (jak mówią Żabojady i nie chodzi tu o mojego Barana). U mnie ruszyła akcja "Kiełek na kły", a wygląda to tak:
Pisałam już, że zainspirowana przez Dorę znalazłam nieużywaną od wieków kiełkownicę i faktycznie, dobrze się w niej kiełkuje (to są dwudniowe kiełki rzodkwi i rzodkiewek), pod warunkiem, że nie kiełkuje się w niej drobnych nasion typu rzeżuchy.
Niestety, muszę Zmorkę rozczarować, aczkolwiek za niedługo lecę popolować na buraki i jak upoluję, to jej wyślę, buraki wygladają nieciekawie
ani drgną, chociaż te rzodkwiowe już podjadam, choć nie pamiętam, które są które. I przydałaby się jeszcze jedna kiełkownica, ale Dora pisała, że kosztuje 30 zł. Tyle za kawałki plastiku, to lekka przesada. Jak znajdę za 10 zł, to kupię, jak nie, na gazie też można hodować. Mina pana w aptece po odpowiedzi na pytanie: gaza jałowa czy zwykła - "na kiełki" - bezcenna :)
Niech Wam pracujący tydzień szybko mija i będzie spokojny.
Poobijam się za Was wszystkich :D
Moi bliscy przyzwyczajeni są już do ksywek i nie muszę im, opowiadając o takiej na przykład Zmorce, wyjaśniać kto to, bo zaraz kiwają głową i mówią: tak, tak, wiem :)
A teraz... niespodzianka. Może mi się uda i będę miała zaszczyt poznać Kota001. Tak, tak :) Byłoby to bardzo krótkie spotkanie, ale zawsze. Miło jest spotykać ludzi, z którymi wymienia się netowo opinie i zdania. A jeszcze milej jest nie rozczarowywać się i zdobywać nowych znajomych i przyjaciół.
Zatem trzymajcie kciuki, żeby nam się udało spotkać.
Kiedyś, jak byłam młoda i piękna (superbajka, bo zawsze było tylko "i"), organizowaliśmy zloty. Zbieraliśmy się w jakimś miejscu i na wycieczkę. Ale to było w prehistorycznych czasach początków Internetu i w innej bajce. Chociaż... :)
A teraz wracając do naszych baranów (jak mówią Żabojady i nie chodzi tu o mojego Barana). U mnie ruszyła akcja "Kiełek na kły", a wygląda to tak:
Niestety, muszę Zmorkę rozczarować, aczkolwiek za niedługo lecę popolować na buraki i jak upoluję, to jej wyślę, buraki wygladają nieciekawie
ani drgną, chociaż te rzodkwiowe już podjadam, choć nie pamiętam, które są które. I przydałaby się jeszcze jedna kiełkownica, ale Dora pisała, że kosztuje 30 zł. Tyle za kawałki plastiku, to lekka przesada. Jak znajdę za 10 zł, to kupię, jak nie, na gazie też można hodować. Mina pana w aptece po odpowiedzi na pytanie: gaza jałowa czy zwykła - "na kiełki" - bezcenna :)
Niech Wam pracujący tydzień szybko mija i będzie spokojny.
Poobijam się za Was wszystkich :D
niedziela, 24 lutego 2013
Pierwszy raz
Wrogowi nie życzę takiego przeżycia. Podłączam ci ja sobie Ajfonika do kompika, co by go naładować, a co on robi??? Nie ma go, wszystko znika!!!! Oblały mnie zimne poty i myślałam, że zawału dostanę, bo jak to NIE MA NICZEGO?? Hmm... Oddycham głęboko, bez torebki, a jednak i co ja myślę... Trzeźwo?? Że to przecież komputer, tylko mały, skubaniec. Zatem co robimy, jak komputer pada?? Restartujemy. No to sruuuuuuuuuuuu... Wyłączam to ustrojstwo i powolutku, pomalutku, dwa razy oglądając każdą cyferkę, co by sobie czegoś nie zablokować, włażę w chmurę i po paru minutach, a pot się ze mnie leje tak, że koszulinę mokrą mam i resztkę włosów na głowie takoż. Udało się. Właśnie wczytuje resztę dupereli, jakie poinstalowałam. Ojapierdolę, a godzinę temu się kąpałam, znów trzeba będzie iść do wanny :|
Nie pojechałam dziś nigdzie, bo ślisko, zatem za nasionami i innymi bajerami polatam jutro.
Ciekawe, co Inżynier powie na to, że ze mnie taka dzielna Stara Jędza jest :D Zresztą i tak nie miałabym jak mu tyłka utruwać, bo pojechał do Ikei, a ja byłam bez telefonu. A prowadząc nie wchodzi na Facebooka...
To ci niedziela ;)
Tfuj....
Nie pojechałam dziś nigdzie, bo ślisko, zatem za nasionami i innymi bajerami polatam jutro.
Ciekawe, co Inżynier powie na to, że ze mnie taka dzielna Stara Jędza jest :D Zresztą i tak nie miałabym jak mu tyłka utruwać, bo pojechał do Ikei, a ja byłam bez telefonu. A prowadząc nie wchodzi na Facebooka...
To ci niedziela ;)
Tfuj....
sobota, 23 lutego 2013
Sobotnie szaleństwo
W tę sobotę oszałałam ze szczętem, odbiło mi i delikatnie mówiąc pojebało mnie na maksa. Umawiałam się z koleżanką, że wleci do mnie, co bym mogła jej laptopa ustawić i pokazać, bo cytując rzeczoną: laptop służy jej do odbierania poczty. Ojapierdolę. Nawet jak zgrywała sobie fotki na dysk, to "gdzieś jej zniknęły i nigdzie ich nie ma". No i namawiam sierotę, a ta nic. Miałyśmy się dziś spotkać, ale... ona poszła na wykład. Wiem, wiem, nie ocenia się ludzi, ale patrząc z boku... wciąz ma nasrane we łbie i to nie w sensie pozytywnym. Wydaje jej się, że jest wielką osobistością w świecie naukowym, bo przez ponad 30 lat pracy zawodowej opublikowała jeden artykuł, czytałam i litościwie spuszczam zasłonę milczenia. Takie już mam po...kręcone koleżanki. Druga, widząc na FB zdjęcie Collegium Novum wyciągnęła wniosek, że wzięłam się za siebie i się dokształcam... No nic. Miała przyjść, więc za mną chodził kurak z nadzieniem, dla jednej osoby nie warto robić. I... Dostałam SMS, że nie przyjdzie, bo idzie na wykład... I żałuje, że to nie ona wykłada, bo "pieniążki by były". Ręka boska broni. Nienawidzę słowa "pieniążki". Całe życie ciężko i uczciwie pracuję na pieniądze, nie na żadne pieprzone pieniążki. Fakt, że nie muszę już oglądać każdej złotówki cztery razy (tylko trzy) zanim ją wydam, ale to wciąż są ciężko zarobione pieniądze. Dziewczę przysyła mi emilka z rozkładem swym do maja, i każdy weekend jest: może będzie mogła, może nie. A ja mam się do tego dostosować. Kij jej w oko, bo w dupę by jeszcze przyjemność miała. Mam do maja czekać na gwiźnięcie i nic nie planować?? Ona ma interes, nie ja. Ja wiem gdzie co mam w kompie i umiem wszystko zainstalować, nawet wirusy umiem ściągnąć, jak mnie Postman podkusi ;) Koniec wątrobienia się, ale... kurak za mną chodził, ten smak, ten przepis, nigdy tak nie robiłam, a moja Mama robiła gołąbki z farszem, nie, nie z kapusty, zwykłe srajdy (Ojciec hodował) i ten farsz mi się czasem po nocach śni. Więc popełniłam kuraka
z nadzieniem, ale to jednak nie to. Myślę, że Mama coś jeszcze do nadzienia dawała i niestety, już się nie dowiem, bo ani Ona, ani Jej Siostra nie żyją...
Life...
Pozostanie wspomnienie smaku.
I oderżnąwszy temu kuraku szyję i skrzydełka, popełniłam gar rosołu.
Co z niego będzie, jeszcze nie wiem.
Wiem jedno.
Będę musiała chodzić po schodach, bo winda się zarwie, jak to zjem.
Tak wygląda gospodarstwo samotnej osoby.
Przerzucę się na mleko od wściekłej krowy i na chleb w płynie.
A za oknem zamieć, weszłam do kuchni i myślałam, że okna się od czegoś nagle więcej zabrudziły, a to tylko zamieć.
Zatem może zasypać do 3. piętra, z głodu nie zginę, co najwyżej zlkwiduję Inżynierowi zapasy alkoholu, ale jako rasowy alkoholik drugiego pijaka zrozumie i mi wybaczy.
Mam nadzieję :D
I dzięki Dorze odnalazłam kiełkownicę, wypucowałam i... dam jej drugą szansę. Kiełkownicy, nie Dorze.
Dzięki Dorze też "zapuszkowałam" się na nowo...
Ale to już inna bajka :)
Spokojnego weekendu :)
z nadzieniem, ale to jednak nie to. Myślę, że Mama coś jeszcze do nadzienia dawała i niestety, już się nie dowiem, bo ani Ona, ani Jej Siostra nie żyją...
Life...
Pozostanie wspomnienie smaku.
I oderżnąwszy temu kuraku szyję i skrzydełka, popełniłam gar rosołu.
Co z niego będzie, jeszcze nie wiem.
Wiem jedno.
Będę musiała chodzić po schodach, bo winda się zarwie, jak to zjem.
Tak wygląda gospodarstwo samotnej osoby.
Przerzucę się na mleko od wściekłej krowy i na chleb w płynie.
A za oknem zamieć, weszłam do kuchni i myślałam, że okna się od czegoś nagle więcej zabrudziły, a to tylko zamieć.
Zatem może zasypać do 3. piętra, z głodu nie zginę, co najwyżej zlkwiduję Inżynierowi zapasy alkoholu, ale jako rasowy alkoholik drugiego pijaka zrozumie i mi wybaczy.
Mam nadzieję :D
I dzięki Dorze odnalazłam kiełkownicę, wypucowałam i... dam jej drugą szansę. Kiełkownicy, nie Dorze.
Dzięki Dorze też "zapuszkowałam" się na nowo...
Ale to już inna bajka :)
Spokojnego weekendu :)
piątek, 22 lutego 2013
Z tarczą? Na tarczy??
Sama nie wiem, czy się cieszyć, czy płakać.
Ale po kolei.
Byłam w sądzie jakieś 15 minut przed czasem, o którym się umówiłam ze Znajomym. A że piździło dziś jak za cara na Skieletczyźnie, wlazłam do środka, myśląc, że wyślę SMS, że już czekam, bo co będę dupsko ziębiła na schodach. Tłuste bo tłuste, ale szkoda dupala...
I co ja pacze?? Szatnia jest :) Uradowana, że nie będę latać z zimowymi klamotami, oddaję płaszczyk (dwóch fajnych dziadków, tacy przedwojenni dżentelmeni, urzędowało w szatni) i zaczynam grzebać w czeluściach paryskiej torebki, żeby odnaleźć Ajfonika, gdy wtem ktoś mnie obłapuje. Już chciałam w papę dać, ale co ja paczę?? Wąsacz!!!! Mąż mojego Słonka, a ja trzeźwa przecież, więs skąd Irlandia w sądzie w PL?? Oj, zaskakujący oni są, najpierw gwiazdka, teraz sąd. No i pitu pitu, gadu gadu, przedtem wysłałam SMS, że czekam koło szatni. Wymianę nowości przerywa SMS: gdzie jesteś. Nosz, myślę sobie, taki młody, a taki nierozgarnięty i piszę, że już lecę. A on pyta, czy to tam, gdzie wydzial ksiąg wieczystych. Pytam dziadków, a oni, że nie. No to ja łaps płaszczyk i lecę...
Żegnam się z Wąsaczem czule i serdecznie, oddajemy płaszczyki i lecimy na 3. piętro. Oj, wysoko, bo to stare gmaszysko. Zziajani latamy, a naszego pokoju nie ma... Zaczepiamy jakąś urzędniczkę, a ta na nas jak na wariatów paczy i wezwanie chce zobaczyć. Pokazujemy i co się okazuje?? Nie ten sąd :D Uparłam się i wlazłam do sądu od strony Al. Marcinkowskiego (nie bawiłam się w czytanie wszystkiego, bo przecież "ja wiem, gdzie jest sąd"). Znajomy poszedł dobrze :) No to kurcgalopikem na dół, paltoty z szatni i wio na Młyńską, do właściwego sądu. Tam szatni nie ma, więc w łachach sruuuuuuuuuuu na 3. pietro (dobrze, że się umówiliśmy pół godziny wcześniej i mieliśmy jeszcze 25 min), a Młyńska rzut beretem za rogiem jest. Dla mnie Młyńska to więzienie, nie sąd, ale okazuje się, że i sąd tam jest :D Mokra jak siwa mysz dolatuję, a moja pani mecenas już czeka. Rozprawa była opóźniona, całe szczęście, że tylko 20 min. I taki kwiatek mam, chociaż "nie robimy fotek w sądach". Jak widać, niektórzy robią :D
Prawda, że słodkie??? ;)
Rozprawa jak rozprawa, śmiałam się podczas czekania do pani mecenas, że za dużo amerykańskich filmów się naoglądałam i to fakt. Nudne to było jak flaki z olejem, i jedyne, co Wysoki Sąd ustalił to fakt, że wezwanie na rozprawę nie zostało doręczone w sposób prawidłowy, wobec czego nie mogłam być sądzona zaocznie i wobec tego... rozprawa właściwa odbędzie się jeszcze raz. Kiedy?? Nie wiadomo, jak znajdą miejsce w harmonogramie. Na tę czekałam półora roku, chociaż mecenas mówiła też o pól roku. Zatem wisi to nade mną dalej, jak miecz Damoklesa, no i nic mi nie lepiej, no bo jak??
Na kawę nie poszliśmy, bo Znajomy miał swoje romanse i poleciał po angielsku. Korzystając z wolności poszłam do Audiocentrum i tu miła niespodzianka. Okazało się, że aparat nie jest zepsuty, tylko... bateria jest felerna. A wyciągałam nowiuteńką, więc nie wpadłam na to, że fabrycznie ważna bateria może być rozładowana :O Miła pani wymieniła mi jeszcze wężyki w aparatach, bo one się zużywają, a dawno nie wymieniałam i podążyłam w stronę słońca, do domu znaczy się, bo dalej piździło...
Miałam zamiar posprzątać, ale zanijm dojechałam, cały zapał do pracy pzreszedł mi jak sen złoty i tym sposobem obijałam się słodko cały dzień.
Dojadłam wczorajszą sałatkę, a jak po 17 zgłodniałam, odkryłam w lodówce li i jedynie żałosne resztki zakupów. Ale że Stara Jędza nie gapa, zrobiłam sobie taki obiadek:
z tego, co znalazłam w rzeczonej lodowce. Są to panierowane bakłażany z sosem czosnkowym i z brązowymi pieczarkami :D Do jutra powinnam nie umrzeć z głodu :D
Polecam :D
A potem czytałam komcie i już wiem, że mi wczoraj czegoś brakowało. Zmorko, tak burak:
Uciekł wczoraj przed fotką grupową, a dziś go wysiałam po powrocie zaraz, więc tylko opakowanie z makulatury mam :( Jak gdzieś dorwę delikwenta, kupię i Ci wyślę, ale nie mam pojęcia, czy we wszystkich marketach sieci P&P mają takie nasiona, a ten, w którym kupiłam to nie w mojej okolicy, wlazłam tam, wracając od znajomego :(
I tu masz namiary na producenta - może w ten sposób uda Ci się zamówić? Wszystkie nasiona są od tego producenta.
A najmniejszy z Miśków, ten co się już drze ze starości utytłał się dziś jak prosię, jak taka łajza jedna... Obawiam się, że prany skończy żywot :(
Świntuch we własnej osobie...
Ehhh...
Jak nie urok to sraczka albo inny przemarsz wojsk radzieckich...
I na koniec akcent optymistyczny bardzo.
Piosenka emo. Pasuje...
A Wy co wybralibyście?? Znaczy się, strzelić sobie w łeb z łuku może??
Ale po kolei.
Byłam w sądzie jakieś 15 minut przed czasem, o którym się umówiłam ze Znajomym. A że piździło dziś jak za cara na Skieletczyźnie, wlazłam do środka, myśląc, że wyślę SMS, że już czekam, bo co będę dupsko ziębiła na schodach. Tłuste bo tłuste, ale szkoda dupala...
I co ja pacze?? Szatnia jest :) Uradowana, że nie będę latać z zimowymi klamotami, oddaję płaszczyk (dwóch fajnych dziadków, tacy przedwojenni dżentelmeni, urzędowało w szatni) i zaczynam grzebać w czeluściach paryskiej torebki, żeby odnaleźć Ajfonika, gdy wtem ktoś mnie obłapuje. Już chciałam w papę dać, ale co ja paczę?? Wąsacz!!!! Mąż mojego Słonka, a ja trzeźwa przecież, więs skąd Irlandia w sądzie w PL?? Oj, zaskakujący oni są, najpierw gwiazdka, teraz sąd. No i pitu pitu, gadu gadu, przedtem wysłałam SMS, że czekam koło szatni. Wymianę nowości przerywa SMS: gdzie jesteś. Nosz, myślę sobie, taki młody, a taki nierozgarnięty i piszę, że już lecę. A on pyta, czy to tam, gdzie wydzial ksiąg wieczystych. Pytam dziadków, a oni, że nie. No to ja łaps płaszczyk i lecę...
Żegnam się z Wąsaczem czule i serdecznie, oddajemy płaszczyki i lecimy na 3. piętro. Oj, wysoko, bo to stare gmaszysko. Zziajani latamy, a naszego pokoju nie ma... Zaczepiamy jakąś urzędniczkę, a ta na nas jak na wariatów paczy i wezwanie chce zobaczyć. Pokazujemy i co się okazuje?? Nie ten sąd :D Uparłam się i wlazłam do sądu od strony Al. Marcinkowskiego (nie bawiłam się w czytanie wszystkiego, bo przecież "ja wiem, gdzie jest sąd"). Znajomy poszedł dobrze :) No to kurcgalopikem na dół, paltoty z szatni i wio na Młyńską, do właściwego sądu. Tam szatni nie ma, więc w łachach sruuuuuuuuuuu na 3. pietro (dobrze, że się umówiliśmy pół godziny wcześniej i mieliśmy jeszcze 25 min), a Młyńska rzut beretem za rogiem jest. Dla mnie Młyńska to więzienie, nie sąd, ale okazuje się, że i sąd tam jest :D Mokra jak siwa mysz dolatuję, a moja pani mecenas już czeka. Rozprawa była opóźniona, całe szczęście, że tylko 20 min. I taki kwiatek mam, chociaż "nie robimy fotek w sądach". Jak widać, niektórzy robią :D
Prawda, że słodkie??? ;)
Rozprawa jak rozprawa, śmiałam się podczas czekania do pani mecenas, że za dużo amerykańskich filmów się naoglądałam i to fakt. Nudne to było jak flaki z olejem, i jedyne, co Wysoki Sąd ustalił to fakt, że wezwanie na rozprawę nie zostało doręczone w sposób prawidłowy, wobec czego nie mogłam być sądzona zaocznie i wobec tego... rozprawa właściwa odbędzie się jeszcze raz. Kiedy?? Nie wiadomo, jak znajdą miejsce w harmonogramie. Na tę czekałam półora roku, chociaż mecenas mówiła też o pól roku. Zatem wisi to nade mną dalej, jak miecz Damoklesa, no i nic mi nie lepiej, no bo jak??
Na kawę nie poszliśmy, bo Znajomy miał swoje romanse i poleciał po angielsku. Korzystając z wolności poszłam do Audiocentrum i tu miła niespodzianka. Okazało się, że aparat nie jest zepsuty, tylko... bateria jest felerna. A wyciągałam nowiuteńką, więc nie wpadłam na to, że fabrycznie ważna bateria może być rozładowana :O Miła pani wymieniła mi jeszcze wężyki w aparatach, bo one się zużywają, a dawno nie wymieniałam i podążyłam w stronę słońca, do domu znaczy się, bo dalej piździło...
Miałam zamiar posprzątać, ale zanijm dojechałam, cały zapał do pracy pzreszedł mi jak sen złoty i tym sposobem obijałam się słodko cały dzień.
Dojadłam wczorajszą sałatkę, a jak po 17 zgłodniałam, odkryłam w lodówce li i jedynie żałosne resztki zakupów. Ale że Stara Jędza nie gapa, zrobiłam sobie taki obiadek:
z tego, co znalazłam w rzeczonej lodowce. Są to panierowane bakłażany z sosem czosnkowym i z brązowymi pieczarkami :D Do jutra powinnam nie umrzeć z głodu :D
Polecam :D
A potem czytałam komcie i już wiem, że mi wczoraj czegoś brakowało. Zmorko, tak burak:
Uciekł wczoraj przed fotką grupową, a dziś go wysiałam po powrocie zaraz, więc tylko opakowanie z makulatury mam :( Jak gdzieś dorwę delikwenta, kupię i Ci wyślę, ale nie mam pojęcia, czy we wszystkich marketach sieci P&P mają takie nasiona, a ten, w którym kupiłam to nie w mojej okolicy, wlazłam tam, wracając od znajomego :(
I tu masz namiary na producenta - może w ten sposób uda Ci się zamówić? Wszystkie nasiona są od tego producenta.
A najmniejszy z Miśków, ten co się już drze ze starości utytłał się dziś jak prosię, jak taka łajza jedna... Obawiam się, że prany skończy żywot :(
Świntuch we własnej osobie...
Ehhh...
Jak nie urok to sraczka albo inny przemarsz wojsk radzieckich...
I na koniec akcent optymistyczny bardzo.
Piosenka emo. Pasuje...
A Wy co wybralibyście?? Znaczy się, strzelić sobie w łeb z łuku może??
czwartek, 21 lutego 2013
Sądny dzien jutro będzie
i dosłownie, i w przenośni, bo to jutro mam rozprawę.
Kciuki i dobre myśli mile widziane, nie ukrywam, że się boję.
I jak na złość zepsul mi się jeden aparat, nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy, jak bardzo się do nich przyzwyczailam :| Jutro po rozprawie zaraz zaniosę do naprawy, ale jak pech to pech. Teraz nie wiem, jak tyle lat sobie bez aparatów radziłam, przyzwyczajenie to jednak druga natura człowieka.
Byłam dziś u Znajomego, który będzie świadkiem, tzn. ma zaświadczyć, że mieszkam tam, gdzie jestem zameldowana. Nasze stosunki urwały się zupełnie, gdy bardzo niegrzecznie wywalił mnie ze znajomych na FB bez daj racji, zresztą robi tak ze wszystkimi, którym na nim zależy. Chciał, żebym przyszła, szłam z duszą na ramieniu, bo wieści docierały do mnie nieciekawe. Ale OK, grzecznie wypiliśmy herbatkę, dostałam kawałek sernika, obgadaliśmy rozprawę i naszą przerwę w życiorysie - Wersal i pełna kultura :) Jak mnie jutro sąd nie zrujnuje, to pójdziemy na kawę, bo na co innego tak rano za wcześnie...
A wracając poleciałam piechotą, bo trochę ruszać się trzeba i jako że po drodze mam Pasaż Rondo, wdepnęłam do P&P. O dziwo, tu mieli alkoholu do wyboru do koloru, ale skusiłam się na kiełki. Faktycznie, rzodkiewkowe najlepsze, ale i słonecznikowe niczego sobie :D Zeżarłam już duże opakowanie rzodkiewkowych, smakują rzodkiewkowo :) A moją rzeżuchę wrzuciłam do sałatki, którą zrobiłam sobie zamiast obiadu. Pyszne to jest... I smakuje mi niesamowicie olej rydzowy, więc zdrowiej już odżywiać się nie mogę, niestety :)
I kupiłam też w P&P
oprócz nasion do gruntu mieli też takie. Ciekawa jestem smaku buraka... Ale to nie dziś posieję, bo mi się gaza skończyła, a w aptece jakaś pani przesmradzała i macała, nie myśląc o tym, że towar macany należy do macanta, więc zrezygnowałam i dobrze, bo fajne połączenie złapałam. Teraz się odmóżdże trochę, co ma być, będzie. kismet. I tego nie zmienię...
Kciuki i dobre myśli mile widziane, nie ukrywam, że się boję.
I jak na złość zepsul mi się jeden aparat, nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy, jak bardzo się do nich przyzwyczailam :| Jutro po rozprawie zaraz zaniosę do naprawy, ale jak pech to pech. Teraz nie wiem, jak tyle lat sobie bez aparatów radziłam, przyzwyczajenie to jednak druga natura człowieka.
Byłam dziś u Znajomego, który będzie świadkiem, tzn. ma zaświadczyć, że mieszkam tam, gdzie jestem zameldowana. Nasze stosunki urwały się zupełnie, gdy bardzo niegrzecznie wywalił mnie ze znajomych na FB bez daj racji, zresztą robi tak ze wszystkimi, którym na nim zależy. Chciał, żebym przyszła, szłam z duszą na ramieniu, bo wieści docierały do mnie nieciekawe. Ale OK, grzecznie wypiliśmy herbatkę, dostałam kawałek sernika, obgadaliśmy rozprawę i naszą przerwę w życiorysie - Wersal i pełna kultura :) Jak mnie jutro sąd nie zrujnuje, to pójdziemy na kawę, bo na co innego tak rano za wcześnie...
A wracając poleciałam piechotą, bo trochę ruszać się trzeba i jako że po drodze mam Pasaż Rondo, wdepnęłam do P&P. O dziwo, tu mieli alkoholu do wyboru do koloru, ale skusiłam się na kiełki. Faktycznie, rzodkiewkowe najlepsze, ale i słonecznikowe niczego sobie :D Zeżarłam już duże opakowanie rzodkiewkowych, smakują rzodkiewkowo :) A moją rzeżuchę wrzuciłam do sałatki, którą zrobiłam sobie zamiast obiadu. Pyszne to jest... I smakuje mi niesamowicie olej rydzowy, więc zdrowiej już odżywiać się nie mogę, niestety :)
I kupiłam też w P&P
oprócz nasion do gruntu mieli też takie. Ciekawa jestem smaku buraka... Ale to nie dziś posieję, bo mi się gaza skończyła, a w aptece jakaś pani przesmradzała i macała, nie myśląc o tym, że towar macany należy do macanta, więc zrezygnowałam i dobrze, bo fajne połączenie złapałam. Teraz się odmóżdże trochę, co ma być, będzie. kismet. I tego nie zmienię...
środa, 20 lutego 2013
Oj ta skleroza
Wczoraj dorwałam 11, jadąc do pracy. Jedenastka jedzie okrężną trasą, ale ja zawsze mam czas, więc wsiadłam. Zasada nr 1 w mojej wiosce: byle do przodu, nieważne jak. I tak sobie jadę, słucham "manatu sole" i innych takich "encore des paroles", patrząc niezbyt jeszcze przytomnym wzrokiem... i wtem... przy Rynku Łazarskim wsiada do bimby osobnik lat na oko nie więcej jak 25. Przystojny, taką męską, metroseksualna to się teraz zwie, urodą... (wiem, wiem, to zboczenie w moim wieku ogladać się za mlodymi facetami, ale cóż, nawet ja mogę lizać loda przez szybkę ;) ) Ma dwa plecaki i... klatkę z sierściuchem...
Zaczęło się.
Dziewięćdzisiąt procent bab w bimbie, nie wyłaczając mnie (bo jak wsiadał, to zobaczyłam oczy sierściucha, były takie jak... jezioro moich marzeń) gapiło się, nie, nie na gościa, który był bezwzględnie wart grzechu, ale na klatkę z sierściuchem... No, bez bicia przyznam, że ja częściej spoglądałam na gościa, niż na sierściucha, bo aż taka zboczona nie jestem, chociaż czasem potrafię polemizować ze znajomym gejem na temat męskiej urody, no ale nie to ładne, co ładne, ale to, co się komu podoba.
I tak przez pięć przystanków, potem wysiadł... i...
Co te sierściuchy w sobie mają??? :)
PS Notka z dedykacją dla znajomych kociar.
Bo mnie koty kręcą tylko jak je widzę... na fotkach :)
Baran na samą myśl o kocie dostaje białej gorączki, bo taki jeden osobnik z sąsiedztwa niszczy Erę... Nie popieram działań osobnika, ale... osobnik mnie kręci :>
Inżynier ma przesrane, bo jego Dziewczyna szaleje na punkcie psów, a więc i inne sierściuchy są pod ochroną...
Synowa moja ma kota na punkcie kotów.
Mała Wiedźma na widok kota w moim Ajfoniku dostaje białej gorączki, niezależnie od tego, czy widzi go realnie czy na Skype...
A ja... lubię i podziwiam wszystkie Kociary :D Za leniwa jestem na kota...
Tak mi się przypomniało, a że dziś mam wenę, to piszę :D
Zaczęło się.
Dziewięćdzisiąt procent bab w bimbie, nie wyłaczając mnie (bo jak wsiadał, to zobaczyłam oczy sierściucha, były takie jak... jezioro moich marzeń) gapiło się, nie, nie na gościa, który był bezwzględnie wart grzechu, ale na klatkę z sierściuchem... No, bez bicia przyznam, że ja częściej spoglądałam na gościa, niż na sierściucha, bo aż taka zboczona nie jestem, chociaż czasem potrafię polemizować ze znajomym gejem na temat męskiej urody, no ale nie to ładne, co ładne, ale to, co się komu podoba.
I tak przez pięć przystanków, potem wysiadł... i...
Co te sierściuchy w sobie mają??? :)
PS Notka z dedykacją dla znajomych kociar.
Bo mnie koty kręcą tylko jak je widzę... na fotkach :)
Baran na samą myśl o kocie dostaje białej gorączki, bo taki jeden osobnik z sąsiedztwa niszczy Erę... Nie popieram działań osobnika, ale... osobnik mnie kręci :>
Inżynier ma przesrane, bo jego Dziewczyna szaleje na punkcie psów, a więc i inne sierściuchy są pod ochroną...
Synowa moja ma kota na punkcie kotów.
Mała Wiedźma na widok kota w moim Ajfoniku dostaje białej gorączki, niezależnie od tego, czy widzi go realnie czy na Skype...
A ja... lubię i podziwiam wszystkie Kociary :D Za leniwa jestem na kota...
Tak mi się przypomniało, a że dziś mam wenę, to piszę :D
I tym sposobem
proszę wycieczki, zamknęliśmy terminowo marcowy numerek... Oj, działo się, działo... Na dywaniku nie byłam, bo Boss jak zwykle nie miał czasu i mijąjąc mnie na schodach, gdy wychodził w siną dal, spóźniony jak zawsze, rzucił: proszę zostawić propozycję w kopercie, wiem, wiem... A ja na to: w kopercie to się łapówki daje i poszłam do domu, a co??
On dobrze wie, co ja chcę, a że nie ma czasu?? To może znów pod koniec roku będzie kumulacja, będzie jak znalazł na spłacanie remontu. No nic to, taki life ;)
I potem poszłam w długą, znaczy się do P&P (odnotowano: alkoholu nadal brak, nie żebym potrzebowała, ale już wiadomo, gdzie nie szukać). Kupiłam taki cudo wianek, bo mi smakował jak cholera i zamiast czekolady będę się tym rozpieszczać, bo to zawsze mniej kalorii jest ;)
Nie chce mi się fotki robić, nic mi się nie chce.
Stojąc na przystanku i czekając na autobus widziałam kobietę, młodszą ode mnie i to sporo, która chodziła z tablicą, reklamującą sklep meblowy. Praca jak praca, żadna nie hanbi, ale... zrobiło mi się niedobrze i smutno. Wyglądało to zupełnie jak w przedwojennym filmie, albo w jakiejś kryzysowej Ameryce... Smutek duszę zalał. Bo coraz częściej widać ludzi z takimi tablicami i często są to osoby staruteńkie, aż żal dupę ściska i widzę też siebie na emeryturze... Tak, wiem, wiem, jest Inżynier, ale?? Kto się ożeni ten się odmieni, jak mówi starozytne przysłowie, a ja mam smutne doświadczenia. Więc zostaną albo puszki na śmietniku (było teraz nie wyrzucać), albo łażenie z tablicą... I nie tylko to mnie zastanowiło, ale też kobieta miala buty na obcasie, strasznie wykrzywionym i było widać, że ledwo się na nich rusza. Tego już nie potrafię zrozumieć zupełnie, bo gdybym musiala tak zapitalać, chodziłabym w starych trampkach, ale na płaskim obcasie, a nie na szpilkach, chwiejąc się jak pijak na wietrze. Kręgosłupa szkoda. Z drugiej strony mogła być tak biedna, że nawet trampek nie ma.
Coraz więcej staruchów (bo to już nawet nie staruszkowie, a staruchy) w tę niepogodę rozdaje ulotki i darmowe gazety. To hańba dla państwa, bo są to ludzie, którzy je odbudowywali ze zniszczeń wojennych. I to, co się dzieje, te rządy, to złodziejstwo i HAŃBA... Siedemdziesięciolatek, rozdający darmowe gazety to nie jest śmieszne, to jest straszne i okrutne. Gdyby pracował jako wolontariusz, gdziekolwiek, znaczyłoby to, że pracuje, bo chce. Do rozdawania gazet, ulotek, noszenia tablic nie wygania chęć do pracy za wszelką cenę, wygania niewyobrażalna bieda... HAŃBA.
W tym momencie czuję głęboką wdzięczność do mojej Mamy, która nie dawała mi żadnej taryfy ulgowej ze względu na kalectwo i kopała w dupę, mówiąc: ucz się, żebyś nigdy nie była zależna od nikogo, a już na pewno nie od mężczyzny. Mądra była. I opowiadała mi, jak płakała sama, bo dziadek też ją kopał w dupę i kazał jej robić tzw. dużą maturę, a ona chciała zrobić małą, żeby iść do pracy i się ubrać, bo miała dość chodzenia w płaszczu przerobionym z żołnierskiego szynela... Jej siostra, moja Ciocia opowiadała mi, że ona nie chciała się uczyć i poszla do piekarni (na wywózce w Niemczech pracowała w piekarni) i miała satysfakcję, mogąc mojej Mamie kupić jedwabne pończochy... Ale moja Mama miała satysfakcję, gdy jej koleżanki z małą maturą po kolejnej reformie szkolnictwa, mając już małe dzieci musiały na gwałt robić dużą maturę... Tak się czasem dziwnie życie plecie.
Wstawiłam na FB fotkę mojej Alma Mater i koleżanka ze studiów pyta, czy dalej ciągnę edukację. Hmmm... nie mam ambicji pisania doktoratu (a może powinnam się kopnąć w tę tłustą dupę i pisać??), za leniwa jestem. Może powinnam. Ale po co?? Nie czuję takiej potrzeby, cenię siebie sama za to, dokąd doszłam.
Ale... wciąż jestem wdzięczna Mamie, że nie muszę chodzić z tablicą.
Moja przyrodnia siostra nie chciała iść na studia, właśnie ze względów "odzieżowych". I... nie zazdroszczę dziewczynie jej losu... Nie jest źle, ale... Na pewno jest na swój sposób szczęśliwa i zadowolona, tego nie neguję, każdy wybiera swoją własną drogę.
Ale się rozpisałam.
Z ostatniego numeru dowiedzialam się, że samobójstwo popełnił kolejny gość ze świecznika, raptem dwa lata młodszy ode mnie. Związany z polityką, który narobił długów. Nie mnie oceniać, to straszna tragedia.
Ale myślę, że czasem minimalizm życiowy i niesranie wyżęj, jak się da też ma rację bytu...
A Baran jest kochany ;) Już on wie, dlaczego, nieprawdaż Mister S.??
On dobrze wie, co ja chcę, a że nie ma czasu?? To może znów pod koniec roku będzie kumulacja, będzie jak znalazł na spłacanie remontu. No nic to, taki life ;)
I potem poszłam w długą, znaczy się do P&P (odnotowano: alkoholu nadal brak, nie żebym potrzebowała, ale już wiadomo, gdzie nie szukać). Kupiłam taki cudo wianek, bo mi smakował jak cholera i zamiast czekolady będę się tym rozpieszczać, bo to zawsze mniej kalorii jest ;)
Nie chce mi się fotki robić, nic mi się nie chce.
Stojąc na przystanku i czekając na autobus widziałam kobietę, młodszą ode mnie i to sporo, która chodziła z tablicą, reklamującą sklep meblowy. Praca jak praca, żadna nie hanbi, ale... zrobiło mi się niedobrze i smutno. Wyglądało to zupełnie jak w przedwojennym filmie, albo w jakiejś kryzysowej Ameryce... Smutek duszę zalał. Bo coraz częściej widać ludzi z takimi tablicami i często są to osoby staruteńkie, aż żal dupę ściska i widzę też siebie na emeryturze... Tak, wiem, wiem, jest Inżynier, ale?? Kto się ożeni ten się odmieni, jak mówi starozytne przysłowie, a ja mam smutne doświadczenia. Więc zostaną albo puszki na śmietniku (było teraz nie wyrzucać), albo łażenie z tablicą... I nie tylko to mnie zastanowiło, ale też kobieta miala buty na obcasie, strasznie wykrzywionym i było widać, że ledwo się na nich rusza. Tego już nie potrafię zrozumieć zupełnie, bo gdybym musiala tak zapitalać, chodziłabym w starych trampkach, ale na płaskim obcasie, a nie na szpilkach, chwiejąc się jak pijak na wietrze. Kręgosłupa szkoda. Z drugiej strony mogła być tak biedna, że nawet trampek nie ma.
Coraz więcej staruchów (bo to już nawet nie staruszkowie, a staruchy) w tę niepogodę rozdaje ulotki i darmowe gazety. To hańba dla państwa, bo są to ludzie, którzy je odbudowywali ze zniszczeń wojennych. I to, co się dzieje, te rządy, to złodziejstwo i HAŃBA... Siedemdziesięciolatek, rozdający darmowe gazety to nie jest śmieszne, to jest straszne i okrutne. Gdyby pracował jako wolontariusz, gdziekolwiek, znaczyłoby to, że pracuje, bo chce. Do rozdawania gazet, ulotek, noszenia tablic nie wygania chęć do pracy za wszelką cenę, wygania niewyobrażalna bieda... HAŃBA.
W tym momencie czuję głęboką wdzięczność do mojej Mamy, która nie dawała mi żadnej taryfy ulgowej ze względu na kalectwo i kopała w dupę, mówiąc: ucz się, żebyś nigdy nie była zależna od nikogo, a już na pewno nie od mężczyzny. Mądra była. I opowiadała mi, jak płakała sama, bo dziadek też ją kopał w dupę i kazał jej robić tzw. dużą maturę, a ona chciała zrobić małą, żeby iść do pracy i się ubrać, bo miała dość chodzenia w płaszczu przerobionym z żołnierskiego szynela... Jej siostra, moja Ciocia opowiadała mi, że ona nie chciała się uczyć i poszla do piekarni (na wywózce w Niemczech pracowała w piekarni) i miała satysfakcję, mogąc mojej Mamie kupić jedwabne pończochy... Ale moja Mama miała satysfakcję, gdy jej koleżanki z małą maturą po kolejnej reformie szkolnictwa, mając już małe dzieci musiały na gwałt robić dużą maturę... Tak się czasem dziwnie życie plecie.
Wstawiłam na FB fotkę mojej Alma Mater i koleżanka ze studiów pyta, czy dalej ciągnę edukację. Hmmm... nie mam ambicji pisania doktoratu (a może powinnam się kopnąć w tę tłustą dupę i pisać??), za leniwa jestem. Może powinnam. Ale po co?? Nie czuję takiej potrzeby, cenię siebie sama za to, dokąd doszłam.
Ale... wciąż jestem wdzięczna Mamie, że nie muszę chodzić z tablicą.
Moja przyrodnia siostra nie chciała iść na studia, właśnie ze względów "odzieżowych". I... nie zazdroszczę dziewczynie jej losu... Nie jest źle, ale... Na pewno jest na swój sposób szczęśliwa i zadowolona, tego nie neguję, każdy wybiera swoją własną drogę.
Ale się rozpisałam.
Z ostatniego numeru dowiedzialam się, że samobójstwo popełnił kolejny gość ze świecznika, raptem dwa lata młodszy ode mnie. Związany z polityką, który narobił długów. Nie mnie oceniać, to straszna tragedia.
Ale myślę, że czasem minimalizm życiowy i niesranie wyżęj, jak się da też ma rację bytu...
A Baran jest kochany ;) Już on wie, dlaczego, nieprawdaż Mister S.??
Nie dam się
Zimie, oczywiście.
Wczoraj zrobiłam ekstrasa i nic więcej nie było, więc ulotniłam się do domu jak sen złoty. Donosicielskiego emilka nie napisałam i jak dotąd nikt się nie czepił, nie mieli czasu, choć fama, że jestem wściekła - poszła.
Brnąc w śniegowej bryi postanowiłam zrobić to, co radziła mi kiedyś, jeszcze za studenckich czasów mama mojego znajomego, mówiąca, że jak dziewczyna ma wszystkiego dość, to powinna iść do fryzjera i zmienić fryzurę. Co też uczyniłam, jako że na widok moich smętnych kłaków, małe dzieci uciekały w panice i z krzykiem. Fryzura wprawdzie taka sama od czterdziestu paru lat, ale nowa - bo znów włosy króciutkie ;)
I tym sposobem poprawiwszy sobie humor (a fryzjer podrożał z 17 na 19 zł, niby nic, a jednak), klapnełam na ukochanym foteliku, potem wgramolilam się do łóżka z Wysokimi Obcasami Ekstra, noc przespalam dziwnie zakręcono, w mojej rodzinnej wiosce-niewiosce, ale bez koszmarów. No a teraz znów lecę, ale już ostatni raz w tym miesiącu i czeka mnie jeszcze dzisiaj dywanik u Bossa.
Nic to, nie takie rzeczy przeżywałam...
No i zima wygląda pięknie, jak o niej śpiewa Adamo: tu ne viendras pas ce soir...
Hmmm... mam zamiar wieczorem byc w domu :)
Trzymajcie kciuki za rozmowę z Bossem, bo w przeciwieństwie do Zmorki nie mam punktów za sypianie ;) :)
Wczoraj zrobiłam ekstrasa i nic więcej nie było, więc ulotniłam się do domu jak sen złoty. Donosicielskiego emilka nie napisałam i jak dotąd nikt się nie czepił, nie mieli czasu, choć fama, że jestem wściekła - poszła.
Brnąc w śniegowej bryi postanowiłam zrobić to, co radziła mi kiedyś, jeszcze za studenckich czasów mama mojego znajomego, mówiąca, że jak dziewczyna ma wszystkiego dość, to powinna iść do fryzjera i zmienić fryzurę. Co też uczyniłam, jako że na widok moich smętnych kłaków, małe dzieci uciekały w panice i z krzykiem. Fryzura wprawdzie taka sama od czterdziestu paru lat, ale nowa - bo znów włosy króciutkie ;)
I tym sposobem poprawiwszy sobie humor (a fryzjer podrożał z 17 na 19 zł, niby nic, a jednak), klapnełam na ukochanym foteliku, potem wgramolilam się do łóżka z Wysokimi Obcasami Ekstra, noc przespalam dziwnie zakręcono, w mojej rodzinnej wiosce-niewiosce, ale bez koszmarów. No a teraz znów lecę, ale już ostatni raz w tym miesiącu i czeka mnie jeszcze dzisiaj dywanik u Bossa.
Nic to, nie takie rzeczy przeżywałam...
No i zima wygląda pięknie, jak o niej śpiewa Adamo: tu ne viendras pas ce soir...
Hmmm... mam zamiar wieczorem byc w domu :)
Trzymajcie kciuki za rozmowę z Bossem, bo w przeciwieństwie do Zmorki nie mam punktów za sypianie ;) :)
wtorek, 19 lutego 2013
poniedziałek, 18 lutego 2013
Re:
Jak dobrze, że nie mam w pracy noża, młotka, siekiery, tasaka i innych takich. Jestem osobą najstarszą w redakcji, tak mniemam. Nie mówię, że pozjadałam wszystkie rozumy, ale... skoro pracuję na komputerze i danych programach, opanowuję je tak, żeby wykonywać swoją pracę jak należy. Wczoraj kolega, pożal się buk liściasty, redaktor dosyłał mi emilki. Ale przedtem przyszedł do mnie w piątek z karteczką, a jakże, żeby zapisać emilka mojego prywatnego. Mówię, że przecież ma na poczcie, bo nieraz pisał. A on na to: ale muszę szukać. Gumka w majtkach mi pękła, ale podyktowałam. Gość ma zwyczaj pisać emilka na starym emilku i w ten sposób ma pierdyliard emilków w jednym miejscu o tytule: Re i nic dziwnego, że się w tym gubi...
Okazało się, że cały pogrzeb na nic. Nie naniósł zmian zaznaczonych w PDF, bo pewnie nie umie, albo NIE znalazł emilka z PDF. Dostałam więc dziewicze wydruki, bez pierwszej korekty i równie dobrze można dziecku dać czerwoną kredkę, żeby sobie pomalowało... A poszłam do pracy na 8, wstałam o 5, bo jak się już zbudziłam bałam się zasnąć, obiecałam, że będę wcześniej. Ojaciepierdolę... Do drukarni materiały miały iść do 14, a o 14 redaktorek brał się za PISANIE. A ponoć ciągiem od piątku pisał, Guma w majtach strzeliła mi znów, dobrze, że rajstopy gatki przytrzymały. W tym całym młynie nowy Wiceboss zażyczył sobie, żebym napisała protestującego emilka, do Bossa i drugiego Wice. Z jednej strony gość ma rację i jestem jak najbardziej za, z drugiej nie chcę mieć wrogów.
Ale...
W międzyczasie wleciał Boss i w środę idę na dywanik. Znaczy się na pogawędkę o finansach. Zobaczymy co będzie, znam swoją cenę i wiem, że będę się targować. Wiem, jestem obrzydliwa, ale gdzie oni taką drugą perełkę znajdą?? Czekając na materiały przeleciałam II wydanie ekstrasa, gdzie błędów było jak mrówek, bo znów ktoś nie wpadł, że dopisuje się na wersji po korekcie, a nie na pierwotnych bykach... Emilek "re" na moje: gotowe był treściwy; WOW :)
A przecież to nic takiego, to maszyna, która ułatwia życie!!!
I dlaczego ja, stara, głucha, niedołężna mogę takie cuda wianki opanować, a ludzie młodsi ode mnie o wiele lat nie ogarniają???
I słyszący na dociepkę.
Ojapierdolę, ale mi się nazbierało żółci na wątrobie, nic dziwnego, że puchnę.
Jutro już będzie lajcik, bo... Wiceboss pierwsze strony z pierwszych stron ekspresowo złożył, za co mu cześć i chwała, bo normalnie z tymi michałkami pieprzyli się jak jakieś geje jedne, a to tylko michałki ;)
Więc aby do środy, być muszę, bo i wstępniak, i dywanik.
Starzeję się, co widać, słychać i czuć.
Audiencję u Inżyniera miałam, a Dziewczyna Inżyniera fajne fotki wrzuciła na FB. Wygląda na szczęśliwego, nie szczerzy zębów jak ten koń, który mówi, jak Mister Colgate (tak go w szkole przezywali). Uśmiecha się szczęśliwym uśmiechem. Co mnie cieszy niesamowicie, bo... to jest mój syn i wiem, że... Nieważne. To jest Inżynier i już :)
Nie ukrywam, że... Go kocham i on o tym wie.
Pierworodnego też kocham, jak cuś... Tyle, że Pierworodnemu ten fakt zwisa poniekąd.
No i parę osób na liście do kochania jeszcze jest, ale nie będę się wywnętrzała, bo zacznie ulepek kapać i blog się poklei :)
Ufff... Wypyskowałam się i od razu lepiej...
A znów ma to białe gówno lecieć, ale dni już są dłuższe, jak wychodzę z pracy po 17 to jeszcze świata trochę widać, więc nie jest źle...
Przedwiośnie nadchodzi wielkimi krokami....
Okazało się, że cały pogrzeb na nic. Nie naniósł zmian zaznaczonych w PDF, bo pewnie nie umie, albo NIE znalazł emilka z PDF. Dostałam więc dziewicze wydruki, bez pierwszej korekty i równie dobrze można dziecku dać czerwoną kredkę, żeby sobie pomalowało... A poszłam do pracy na 8, wstałam o 5, bo jak się już zbudziłam bałam się zasnąć, obiecałam, że będę wcześniej. Ojaciepierdolę... Do drukarni materiały miały iść do 14, a o 14 redaktorek brał się za PISANIE. A ponoć ciągiem od piątku pisał, Guma w majtach strzeliła mi znów, dobrze, że rajstopy gatki przytrzymały. W tym całym młynie nowy Wiceboss zażyczył sobie, żebym napisała protestującego emilka, do Bossa i drugiego Wice. Z jednej strony gość ma rację i jestem jak najbardziej za, z drugiej nie chcę mieć wrogów.
Ale...
W międzyczasie wleciał Boss i w środę idę na dywanik. Znaczy się na pogawędkę o finansach. Zobaczymy co będzie, znam swoją cenę i wiem, że będę się targować. Wiem, jestem obrzydliwa, ale gdzie oni taką drugą perełkę znajdą?? Czekając na materiały przeleciałam II wydanie ekstrasa, gdzie błędów było jak mrówek, bo znów ktoś nie wpadł, że dopisuje się na wersji po korekcie, a nie na pierwotnych bykach... Emilek "re" na moje: gotowe był treściwy; WOW :)
A przecież to nic takiego, to maszyna, która ułatwia życie!!!
I dlaczego ja, stara, głucha, niedołężna mogę takie cuda wianki opanować, a ludzie młodsi ode mnie o wiele lat nie ogarniają???
I słyszący na dociepkę.
Ojapierdolę, ale mi się nazbierało żółci na wątrobie, nic dziwnego, że puchnę.
Jutro już będzie lajcik, bo... Wiceboss pierwsze strony z pierwszych stron ekspresowo złożył, za co mu cześć i chwała, bo normalnie z tymi michałkami pieprzyli się jak jakieś geje jedne, a to tylko michałki ;)
Więc aby do środy, być muszę, bo i wstępniak, i dywanik.
Starzeję się, co widać, słychać i czuć.
Audiencję u Inżyniera miałam, a Dziewczyna Inżyniera fajne fotki wrzuciła na FB. Wygląda na szczęśliwego, nie szczerzy zębów jak ten koń, który mówi, jak Mister Colgate (tak go w szkole przezywali). Uśmiecha się szczęśliwym uśmiechem. Co mnie cieszy niesamowicie, bo... to jest mój syn i wiem, że... Nieważne. To jest Inżynier i już :)
Nie ukrywam, że... Go kocham i on o tym wie.
Pierworodnego też kocham, jak cuś... Tyle, że Pierworodnemu ten fakt zwisa poniekąd.
No i parę osób na liście do kochania jeszcze jest, ale nie będę się wywnętrzała, bo zacznie ulepek kapać i blog się poklei :)
Ufff... Wypyskowałam się i od razu lepiej...
A znów ma to białe gówno lecieć, ale dni już są dłuższe, jak wychodzę z pracy po 17 to jeszcze świata trochę widać, więc nie jest źle...
Przedwiośnie nadchodzi wielkimi krokami....
niedziela, 17 lutego 2013
Typowa niedziela polskiej rodziny
Miałam mieć randkę w Chatce Babuni, ale dzięki PKP sprawa się rypła. Zaraz po wyjeździe spsuła się lokomotywa, już, już miała ruszać, ale okazało się, że nie, więc... Podstawiono nowy pociąg i tym sposobem było tylko (albo i aż) 80 minut spóźnienia. Jak wiadomo, opóźnienie pociagu może się zmniejszyc lub zwiększyć, dostawszy więc SMS, gdy jechałam na dworzec, zdążyłam wrócić do domu, skorekcić to, co już przyszło i jeszcze zdążyłam na pociąg. Nie było już czasu na wycieczki po mieście, więc jak typowa polska rodzina poszliśmy do pobliskiego McDonald'sa. W miłym towarzystwie i w McD jest fajnie, więc - ja się dobrze bawiłam i mam nadzieję, że oni też... Może uda nam się zorganizować jakąś imprezkę i lepszych okolicznościach przyrody?? Zobaczymy.
Wracałam do domu i podziwiałam, jak rozgrzebana jest okolica Dworca Głównego i jaki bajzel jest wszędzie. Fotek nie robiłam, raz, że zimno, dwa, chciałam złapać autobus. Autobus mi zwiał, wobec czego z nudów pstryknęłam
Biblioteka w Collegium Novum UAM... Cieszę się, że nie pracuję zgodnie z wykształceniem, bo teraz bym musiała w weekendy też siedzieć na dyżurach... Do późna... Bleh, to już wolę moje krówki i prosiątka, bo akcje niedzielne są naprawdę sporadyczne....
Collegium Novum okiem Kanoniczka... (fajne zdjęcia robi po ciemku, lubię go)...
Aleje Niepodległości, dawna aleja Stalingradzka :)
Park w środku miasta, a wygląda jak jakieś wygnajewo...
W domku czekały na mnie teksty, ale z zapowiadanej burzy był mały deszcz... Ale to normalne u nas.
Przeczytane, wysłane, zaklepane, ale jutro mam być na 8 w pracy. Masakra, jak dla mnie.
I order dla Barana, który potrafi cały tydzień chodzić na 6!!!!!
My hero ;)
I jeszcze trzy dni do roboty, a potem hulaj dusza, piekła nie ma. No, i piątek trzeba przeżyć, ale co nas nie zabije, to nas wzmocni, nieprawdaż??
Wszystkim kotom znanym i nieznanym wszystkiego najlepszego w Dniu Kota :)
Zwłaszcza rudym i upierdliwym :)
Update
Moja synowa się stara, wczoraj kopnęła Pierworodnego w dupę, że ma się do matki odezwać, ale wysłał mi SMS chwilę po tym, jak wyłączyłam komputer , więc olałam. Dziś rano zameldował się ponownie, ale - lepiej bawiłam się rozmawiając z obcymi ludźmi, jak z rodziną... Cóż, bywa. Z rodziną dobrze się wychodzi na fotografii, a i to trzeba być na środku, żeby nas nie wycięli :D :) No ale stara się kobieta, więc jej to uznaję... :) Mała Wiedźma zrobiła popisowo siku na nocnik (choć zapowiadała kupę) i tyle w temacie.
Oglądanie robienia kupy na Skype... Ojapierdolę... :)
Chyba jestem do szpiku kości zepsuta, bo mnie to nic a nic nie kręci, mimo że to moja wnuczka robi... :|
Wracałam do domu i podziwiałam, jak rozgrzebana jest okolica Dworca Głównego i jaki bajzel jest wszędzie. Fotek nie robiłam, raz, że zimno, dwa, chciałam złapać autobus. Autobus mi zwiał, wobec czego z nudów pstryknęłam
Biblioteka w Collegium Novum UAM... Cieszę się, że nie pracuję zgodnie z wykształceniem, bo teraz bym musiała w weekendy też siedzieć na dyżurach... Do późna... Bleh, to już wolę moje krówki i prosiątka, bo akcje niedzielne są naprawdę sporadyczne....
Collegium Novum okiem Kanoniczka... (fajne zdjęcia robi po ciemku, lubię go)...
Aleje Niepodległości, dawna aleja Stalingradzka :)
Park w środku miasta, a wygląda jak jakieś wygnajewo...
W domku czekały na mnie teksty, ale z zapowiadanej burzy był mały deszcz... Ale to normalne u nas.
Przeczytane, wysłane, zaklepane, ale jutro mam być na 8 w pracy. Masakra, jak dla mnie.
I order dla Barana, który potrafi cały tydzień chodzić na 6!!!!!
My hero ;)
I jeszcze trzy dni do roboty, a potem hulaj dusza, piekła nie ma. No, i piątek trzeba przeżyć, ale co nas nie zabije, to nas wzmocni, nieprawdaż??
Wszystkim kotom znanym i nieznanym wszystkiego najlepszego w Dniu Kota :)
Zwłaszcza rudym i upierdliwym :)
Update
Moja synowa się stara, wczoraj kopnęła Pierworodnego w dupę, że ma się do matki odezwać, ale wysłał mi SMS chwilę po tym, jak wyłączyłam komputer , więc olałam. Dziś rano zameldował się ponownie, ale - lepiej bawiłam się rozmawiając z obcymi ludźmi, jak z rodziną... Cóż, bywa. Z rodziną dobrze się wychodzi na fotografii, a i to trzeba być na środku, żeby nas nie wycięli :D :) No ale stara się kobieta, więc jej to uznaję... :) Mała Wiedźma zrobiła popisowo siku na nocnik (choć zapowiadała kupę) i tyle w temacie.
Oglądanie robienia kupy na Skype... Ojapierdolę... :)
Chyba jestem do szpiku kości zepsuta, bo mnie to nic a nic nie kręci, mimo że to moja wnuczka robi... :|
sobota, 16 lutego 2013
Spocząć na laurach
Żeby dosłownie spocząć na laurach, podłożyłam sobie na fotelu pod te tłustą dupę dwa liście bobkowe :) Więc, jakby na to nie spojrzeć, spoczywam na laurach :)
Pospałam sobie, wygrzebałam się, nie martwiąc godziną, podrapałam po - a jakże - tłustej dupie, wykąpałam, oglądnęłam Chicago fire, spożywając śniadanie i susząc ten głupi, ongiś rudy łeb...
Powlokłam na Manhattan (ostatni raz z wózeczkiem byłam tam w ubiegłym roku, jak ten czas leci)... Obkupiona, obładowana, wróciłam do domu, zaszalałam, bo kupiłam słoninę... W ciąży jestem, smalec za mną chodzi, a kupny pleśnieje w ciagu 2-3 dni stania poza lodówką, a smalec z lodówki jest do dupy, bo twardy jest.
Tak, wiem, niezdrowe i niewskazane w moim wieku, ale jak ma mnie kometa rąbnąć, to może lepiej umrę żrąc skibeczkę świeżego chlebka ze smalczykiem??
I potem wpadłam w trans i... zamieniłam się w Prawie Perfekcyjną Panią Domu. Prawie, bo nie ma się co czarować, ogarnęłam tę kuwetę nieidealnie, ale ogarnęłam :D Co się dało, zalałam ACE, co nie, innym Fairy, w ruch poszło Pronto i teraz... siedzę na bobkowych liściach ;) I zainaugurowałam czas wieszania prania w loggii :)
Jutro idę na tę randkę-nierandkę, więc nic ne gotowałam, bo w knajpie jesteśmy umówieni. Miło jest iść do knajpy w towarzystwie, a nie wyglądać - jak mawiał mój nieboszczyk brat - na zwiędłą pelargonię czekającą na okazję. Bo w sumie, jak prawie całe studia łaziłam sama do kina, bo moje koleżanki wciąż się uczyły, tak teraz sama łażę do knajp, jak mi się gotować nie chce... Chociaż ostatnio coraz częściej w takim przypadku robię jajecznicę...
Zlażę z komputrowego fotela na wyściełany laurami i... dzisiejszy wieczór sponsorują zaległe odcinki seriali...
Miłego :D
Wszystkim :)
Pospałam sobie, wygrzebałam się, nie martwiąc godziną, podrapałam po - a jakże - tłustej dupie, wykąpałam, oglądnęłam Chicago fire, spożywając śniadanie i susząc ten głupi, ongiś rudy łeb...
Powlokłam na Manhattan (ostatni raz z wózeczkiem byłam tam w ubiegłym roku, jak ten czas leci)... Obkupiona, obładowana, wróciłam do domu, zaszalałam, bo kupiłam słoninę... W ciąży jestem, smalec za mną chodzi, a kupny pleśnieje w ciagu 2-3 dni stania poza lodówką, a smalec z lodówki jest do dupy, bo twardy jest.
Tak, wiem, niezdrowe i niewskazane w moim wieku, ale jak ma mnie kometa rąbnąć, to może lepiej umrę żrąc skibeczkę świeżego chlebka ze smalczykiem??
I potem wpadłam w trans i... zamieniłam się w Prawie Perfekcyjną Panią Domu. Prawie, bo nie ma się co czarować, ogarnęłam tę kuwetę nieidealnie, ale ogarnęłam :D Co się dało, zalałam ACE, co nie, innym Fairy, w ruch poszło Pronto i teraz... siedzę na bobkowych liściach ;) I zainaugurowałam czas wieszania prania w loggii :)
Jutro idę na tę randkę-nierandkę, więc nic ne gotowałam, bo w knajpie jesteśmy umówieni. Miło jest iść do knajpy w towarzystwie, a nie wyglądać - jak mawiał mój nieboszczyk brat - na zwiędłą pelargonię czekającą na okazję. Bo w sumie, jak prawie całe studia łaziłam sama do kina, bo moje koleżanki wciąż się uczyły, tak teraz sama łażę do knajp, jak mi się gotować nie chce... Chociaż ostatnio coraz częściej w takim przypadku robię jajecznicę...
Zlażę z komputrowego fotela na wyściełany laurami i... dzisiejszy wieczór sponsorują zaległe odcinki seriali...
Miłego :D
Wszystkim :)
piątek, 15 lutego 2013
Zmiany
Zmiany są jednak dobre, dla mnie dodatkowy Wiceboss okazał się zbawieniem. Rzeczowo ze mną pogadał i tym, jak muszą się wyrobić i że jestem - oczywiście, puchnę z dumy - niezbędna. Ale rzeczowo, nie w sensie, że muszę i już. Da się załatwić. Będę więc w weekend on line pracować, zapomniałam na śmierć, że mam się spotkać z... hmm... już mi brakuje pomysłów na chrzciny... No dobra, z Pramatką, którą poznałam przez Depresję w moim życiu, a która to Pramatka obecnie jest w kontakcie z Orzeszkiem, który był kimś ważnym dla Depresji, a teraz spotkają się razem na koncercie wielkiej miłości Depresji. I Pramatka z Orzeszkiem będą przejazdem w mojej wsi i jesteśmy umówieni na szaleństwo dwugodzinne :) I wtedy firma będzie musiała o mnie zapomnieć (doliczając czas na dojazd), bo ja też mam życie osobiste, może monotonne, ale mam...
Poznam Orzeszka, znam go z FB (oj, ten szpieg, nic go nie zastąpi) i szkoda, że Depresja spieprzyła ten związek. Ale on wszystko pieprzy i jego ulubione słowo to spierdalaj. Do mnie też tak powiedział, pierwszy raz kilka lat temu, a drugiego razu już mu nie darowalam. Tym bardziej, że tak jak Inżynier i ja oraz cała pozostała spólka, to nikt się nim nie zajmował... Można nas kopać, ale do pewnego momentu...
I do tego wszystkiego dobrze, że mam pracy tyle, że na WC nie mam czasu. O meteorycie, który spadł w Rosji dowiedziałam się w południe. Później nie miałam czasu tego śledzić. Jeszcze nie tak dawno zrobiłabym scenę balkonową, bo wiadomo - dzieci daleko, ja sama, a nuż, a widelec, Baran za niedługo leci, i takie tam...
No i??
Co ma być, będzie.
Jeżeli spełnią się przepowiednie, o których na okrągło gadała moja teściowa, to chcę umrzeć szybko.
Chociaż i to nie jest wyjście z sytuacji, bo... nie wiadomo, co jest po drugiej stronie.
Może się okazać, że tu było calkiem nieźle.
Może się też okazać, że nie ma już nic.
Osobiście wolałabym nic, ale takie nicowe nic, że już nic nie czuję i nic nie boli.
Bo jeżeli piekło ma być wieczną samotnością, to ja dziękuję.
Mam to już na co dzień, bo zawsze, jak potrzebuję pogłaskania, to wokól jest NIC.
Więc - niech NIC będzie NICEM.
Nieczuciem.
Niebyciem.
Dzwonili - a sprawdzilam, cwana jestem - i nagrali się z Multibanku. Wlazłam, sprawdziłam, kasę mam. Jeśli dzwonili w sprawie PayPal to mam ich w dupie.
Ale miałam mieć, do jasnej kurwy nędzy wyłączoną pocztę głosową...
Co tam lecące z nieba kawałki, jak żyć nie mogąc opanować poczty głosowej??
Chyba jednak się skuszę i wypiję wareczkę.
Zasłużyłam na spokojny sen, nieprawdaż??
Bo weekend będzie pracowity. Trzeba umyć lodówkę, okno też się o ścierę prosi, a i reszta kuwety do sprzątania...
Bleeeeeeeeeeeehhhhhhhhhhhhhhhh....... :)
Update
Po rozmowie z kolejnym doradca na wideoczacie dostałam SMS, ze poczta glosowa wylaczona...
w praniu się okaże...
A kiedyś na czatach się seksilo, romansowało, a nie ustawiało telefon...
Pora umierać?? :)
Poznam Orzeszka, znam go z FB (oj, ten szpieg, nic go nie zastąpi) i szkoda, że Depresja spieprzyła ten związek. Ale on wszystko pieprzy i jego ulubione słowo to spierdalaj. Do mnie też tak powiedział, pierwszy raz kilka lat temu, a drugiego razu już mu nie darowalam. Tym bardziej, że tak jak Inżynier i ja oraz cała pozostała spólka, to nikt się nim nie zajmował... Można nas kopać, ale do pewnego momentu...
I do tego wszystkiego dobrze, że mam pracy tyle, że na WC nie mam czasu. O meteorycie, który spadł w Rosji dowiedziałam się w południe. Później nie miałam czasu tego śledzić. Jeszcze nie tak dawno zrobiłabym scenę balkonową, bo wiadomo - dzieci daleko, ja sama, a nuż, a widelec, Baran za niedługo leci, i takie tam...
No i??
Co ma być, będzie.
Jeżeli spełnią się przepowiednie, o których na okrągło gadała moja teściowa, to chcę umrzeć szybko.
Chociaż i to nie jest wyjście z sytuacji, bo... nie wiadomo, co jest po drugiej stronie.
Może się okazać, że tu było calkiem nieźle.
Może się też okazać, że nie ma już nic.
Osobiście wolałabym nic, ale takie nicowe nic, że już nic nie czuję i nic nie boli.
Bo jeżeli piekło ma być wieczną samotnością, to ja dziękuję.
Mam to już na co dzień, bo zawsze, jak potrzebuję pogłaskania, to wokól jest NIC.
Więc - niech NIC będzie NICEM.
Nieczuciem.
Niebyciem.
Dzwonili - a sprawdzilam, cwana jestem - i nagrali się z Multibanku. Wlazłam, sprawdziłam, kasę mam. Jeśli dzwonili w sprawie PayPal to mam ich w dupie.
Ale miałam mieć, do jasnej kurwy nędzy wyłączoną pocztę głosową...
Co tam lecące z nieba kawałki, jak żyć nie mogąc opanować poczty głosowej??
Chyba jednak się skuszę i wypiję wareczkę.
Zasłużyłam na spokojny sen, nieprawdaż??
Bo weekend będzie pracowity. Trzeba umyć lodówkę, okno też się o ścierę prosi, a i reszta kuwety do sprzątania...
Bleeeeeeeeeeeehhhhhhhhhhhhhhhh....... :)
Update
Po rozmowie z kolejnym doradca na wideoczacie dostałam SMS, ze poczta glosowa wylaczona...
w praniu się okaże...
A kiedyś na czatach się seksilo, romansowało, a nie ustawiało telefon...
Pora umierać?? :)
czwartek, 14 lutego 2013
To był zwyczajny szary dzień
rano. Z trudem wykopałam się z łóżka, bo w sumie przez tę pracującą niedzielę czuję się już piątkowo, a uświadomiwszy sobie, że to dopiero czwartek, miałam ochotę skoczyć z balkonu, ale za nisko mieszkam. Znam takich, co przeżyli i na wózku jeżdżą, więc nie, dziękuję, postoję...
W pracy znów ziąb, aż mnie skręcało, owinięta w szal i w polar ręce miałam jak dwa lody, ogrzewanie na full, w innych pomieszczeniach (bo grzeję na całym piętrze, choć jestem tam sama jak palec) palmiarnia, a kto do mnie wchodzi, to pyta, czy wietrzyłam, bo taki ziąb. Już zaczęłam pisać scenariusz, jaką aferę zrobię Bossowi, jak go dorwę (przezornie go nie ma, poczuł pismo nosem) i nagle... Za moimi pleckami zjawia się dwóch Wicebossów i... walentynkują, zastrzegając, że to platoniczne walentynki, bo oni mnie bardzo kochają (cała redakcja, jak zaznaczyli), a ja na to z szatańskim uśmieszkiem: oczywiście, że rozumiem (myśląc sobie, że fajni ludzie, ale żadnej dupy z własnej grupy, żelazna zasada Starej Jędzy, której nigdy w życiu nie złamała, a zna masę ludzi, którzy tę zasadę złamali i żałują). Dostałam Rafaello, ale zeżarłam, więc nici z fotki :) Głodna byłam i dawno nie jadłam. Skarżę się na zimno i co ja paczę?? Jeden Wice, chucherko takie machnął rączką przy oknie i... po 5 minutach też miałam palmiarnię!!! I okazało się (bo to jest ten nowy, co na niego marudziłam), że ratuje mi życie nie tylko broniąc przed zimnem, ale i goniąc wszystkich do roboty... Bo... ze 160 stron doszliśmy do ponad 300, a tego nawet ja nie przeczytam w trzy dni, tym bardziej, że 300 równa się 600, jako że czytam 2 razy... Nic dziwnego, że na mordę padam, ale nic to, poradzę sobie, gorzej bywało ;) I nic dziwnego, że w tygodniku w tytułach nawet kiksy chodzą, ale spuśćmy na to zasłonę milczenia.
I znów siedziałam dłużej, bo... no oczywiście, ktoś się "roztworzył". Ale nic to, w końcu wyrwałam się do domu i kombinując, co jutro zabrać do jedzenia, bo Rafaello nikt nie da wpadłam po drodze do Biedronki, bo jaj mam od cholery, więc dodam sałatę, sery i mam wypasiony obiad, taki a la mój Paryż kochany.
I z sałatą w dłoni zapieprzam (ponad 8 tys. kroków dziś, nieźle, nieźle), słuchając coraz to nowego wycia w słuchaweczkach, wpadam do domu i co ja paczę??? Nie słuchały, wredne Skubańce, że żadnych walętynek i... chcę tak, jak ten....
(a już myślałam, żeby whisky kupić, ale nie po drodze mi do monopolu, a Inżynierową wypiłam już, znaczy się, wykończyłam Jasia w lodówce)
a tu...
kwiatki, ptasie mleczko, serduszko i masa picia... Kochane są, nieprawdaż :)
I jak tu nie wierzyć, że Misie to najlepsi przyjaciele dziewczyny??
Kocham je, miłością ostatnią, głupią i szaloną...
Dobrze, że są, że można w ich futerka płakać, jak już nie ma się siły na nic...
I dzień już nie jest taki szary... ;)
W pracy znów ziąb, aż mnie skręcało, owinięta w szal i w polar ręce miałam jak dwa lody, ogrzewanie na full, w innych pomieszczeniach (bo grzeję na całym piętrze, choć jestem tam sama jak palec) palmiarnia, a kto do mnie wchodzi, to pyta, czy wietrzyłam, bo taki ziąb. Już zaczęłam pisać scenariusz, jaką aferę zrobię Bossowi, jak go dorwę (przezornie go nie ma, poczuł pismo nosem) i nagle... Za moimi pleckami zjawia się dwóch Wicebossów i... walentynkują, zastrzegając, że to platoniczne walentynki, bo oni mnie bardzo kochają (cała redakcja, jak zaznaczyli), a ja na to z szatańskim uśmieszkiem: oczywiście, że rozumiem (myśląc sobie, że fajni ludzie, ale żadnej dupy z własnej grupy, żelazna zasada Starej Jędzy, której nigdy w życiu nie złamała, a zna masę ludzi, którzy tę zasadę złamali i żałują). Dostałam Rafaello, ale zeżarłam, więc nici z fotki :) Głodna byłam i dawno nie jadłam. Skarżę się na zimno i co ja paczę?? Jeden Wice, chucherko takie machnął rączką przy oknie i... po 5 minutach też miałam palmiarnię!!! I okazało się (bo to jest ten nowy, co na niego marudziłam), że ratuje mi życie nie tylko broniąc przed zimnem, ale i goniąc wszystkich do roboty... Bo... ze 160 stron doszliśmy do ponad 300, a tego nawet ja nie przeczytam w trzy dni, tym bardziej, że 300 równa się 600, jako że czytam 2 razy... Nic dziwnego, że na mordę padam, ale nic to, poradzę sobie, gorzej bywało ;) I nic dziwnego, że w tygodniku w tytułach nawet kiksy chodzą, ale spuśćmy na to zasłonę milczenia.
I znów siedziałam dłużej, bo... no oczywiście, ktoś się "roztworzył". Ale nic to, w końcu wyrwałam się do domu i kombinując, co jutro zabrać do jedzenia, bo Rafaello nikt nie da wpadłam po drodze do Biedronki, bo jaj mam od cholery, więc dodam sałatę, sery i mam wypasiony obiad, taki a la mój Paryż kochany.
I z sałatą w dłoni zapieprzam (ponad 8 tys. kroków dziś, nieźle, nieźle), słuchając coraz to nowego wycia w słuchaweczkach, wpadam do domu i co ja paczę??? Nie słuchały, wredne Skubańce, że żadnych walętynek i... chcę tak, jak ten....
(a już myślałam, żeby whisky kupić, ale nie po drodze mi do monopolu, a Inżynierową wypiłam już, znaczy się, wykończyłam Jasia w lodówce)
a tu...
kwiatki, ptasie mleczko, serduszko i masa picia... Kochane są, nieprawdaż :)
I jak tu nie wierzyć, że Misie to najlepsi przyjaciele dziewczyny??
Kocham je, miłością ostatnią, głupią i szaloną...
Dobrze, że są, że można w ich futerka płakać, jak już nie ma się siły na nic...
I dzień już nie jest taki szary... ;)
środa, 13 lutego 2013
Koszmary
Wiem, że sen mara, Bóg wiara. Od kilku dni mam koszmary, że okradziono moje-niemoje mieszkanie. Moje, bo mieszkam w nim z dziećmi, raz mniejszymi, raz większymi. Nie moje, bo to nie moje mieszkanie, a jakiś misz-masz domu rodzinnego i innych mieszkań z mego życia. I wszędzie ten brak zamków i drewnane korytarze. I to uczucie, że ktoś dotykal brudnymi paluchami moich rzeczy. I obce osoby plączące się w moim świecie, nie wiadomo skąd. Jestem zmęczona.
Dziś Popielec. Od lat nie posypuję już głowy popiołem, choć co roku pamiętam.
I myślę, że jestem bliżej niż dalej bycia popiołem, a to uczy pokory.
I dziś adwokat.
Kolejny stres.
Dlaczego wszystko muszę sama i pod górkę? :(
Do dupy to jest.
Do czarnej dupy...
Dziś Popielec. Od lat nie posypuję już głowy popiołem, choć co roku pamiętam.
I myślę, że jestem bliżej niż dalej bycia popiołem, a to uczy pokory.
I dziś adwokat.
Kolejny stres.
Dlaczego wszystko muszę sama i pod górkę? :(
Do dupy to jest.
Do czarnej dupy...
wtorek, 12 lutego 2013
Koniec świata blisko
Nie, nie z tego względu, że papież abdykował, ani że Majowie się pomylili o parę dni. Nie, nic z tych rzeczy.
Ale po kolei.
Dziś miałam pracowity, mrówkowy dzień, kulając się od ozimin, do nawozów, od prosiąt z pomorem afrykańskim do krówek niewydojonych, od gnojowicy do zastosowania GPS do uprawy gleb mozaikowych (hahahaha, jaka to ja mądra jestem), aż łeb mi zaczęło rozsadzać. I 7 tysięcy kroków zrobiłam latając po schodach, co na normalne dni, kiedy ledwo 2 tysiące wyciągam jest nieźle. I tak wykulując się z pracki, pomyślałam sobie, że wlecę do P@P (dla nie-poznaniaków - market ze średniej półki, bo mi się akurat pieczywo tostowe skończyło (minął mi zapał pieczenia chleba), kromeczka do tostera i mam gorący chlebuś na śniadanie, olać konserwanty). A i imbir (już nie umiem pić rano kawy bez imbiru) na wykończeniu, to sobie chytrze myślę, że wlecę, po drodze jest Rossmann, a chemikalia też się kończą, więc... I tak sobie myślę, że zasłużyłam na wareczkę czy innego żubra... Polazłam. Rossmann, P@P.
Ze słuchaweczkami, Rita Hayworth drze się "aaaaaaaaaaaaamado mijjjjjjjjjjjjjjjjjo, love me forewer"... a ja lezę, lezę, lezę, zasłuchana i co ja paczę?? Woda mineralna, soki, napoje energetyzujące i inne takie tam, a piwa ani śladu. Lezę dalej, wciąż "aaaaaaaaamado mijjjjjjjo", widząc, jak naciąga tę rękawiczkę, i co ja paczę, stoiska z winami nie ma. Mówię do siebie: Jędzo, coś z tobą źle, przepracowana jesteś, ale myślę - przemeblowanko, jak to mają w zwyczaju w marketach?? Oblatuję cały sklep i ni cholery nie ma alkoholu. Oj, niedobrze ze mną, ale dobrze, że jeszcze białych myszek nie widzę, I tak paczę, paczę, i co ja paczę?? W okolicy byłych alkoholi kręci się więcej osób z niedowierzaniem w oczkach. Lecę do stoiska, gdzie niegdyś procenty sprzedawali, a przede mną młodzieniec, też z obłędem w oczach pyta: gdzie są wina?? A panienka słodko: nie ma... Ja pytam, z nadzieją w głosie: a piwo może gdzieś w kąciku jest? A panienka twardo: piwa też nie ma...
Prohibicja?? Nie mają licencji??
Zapłaciłam przy kasie za tosty, imbiru nie mieli i co ja paczę?? Kumulacja jest.
Więc sruu, z powrotem do informacji i zaszalałam za 3 zł polskie.
A co, jak wygram, pojadę dookoła świata i zostawię chatę w rękach ekipy, wrócę po remoncie.
Innych marzeń nie posiadam...
Dobrze, że w Milei mieli piwo... Wysiadałam przystanek wcześniej i kupiłam sobie miodowe.
A może to przez te próby atomowe w Korei i alkoholu zabraknie??
Jak żyć??
W kraju, gdzie piwa nie ma?? :|
No nic, popijam miodowe, czekam na Inżyniera (te kontrole techniczne) i jutro z rana do adwokata.
Wszystko mnie boli i łeb mi pęka.
Może jednak wygram i przestanie pękać??
Ale po kolei.
Dziś miałam pracowity, mrówkowy dzień, kulając się od ozimin, do nawozów, od prosiąt z pomorem afrykańskim do krówek niewydojonych, od gnojowicy do zastosowania GPS do uprawy gleb mozaikowych (hahahaha, jaka to ja mądra jestem), aż łeb mi zaczęło rozsadzać. I 7 tysięcy kroków zrobiłam latając po schodach, co na normalne dni, kiedy ledwo 2 tysiące wyciągam jest nieźle. I tak wykulując się z pracki, pomyślałam sobie, że wlecę do P@P (dla nie-poznaniaków - market ze średniej półki, bo mi się akurat pieczywo tostowe skończyło (minął mi zapał pieczenia chleba), kromeczka do tostera i mam gorący chlebuś na śniadanie, olać konserwanty). A i imbir (już nie umiem pić rano kawy bez imbiru) na wykończeniu, to sobie chytrze myślę, że wlecę, po drodze jest Rossmann, a chemikalia też się kończą, więc... I tak sobie myślę, że zasłużyłam na wareczkę czy innego żubra... Polazłam. Rossmann, P@P.
Ze słuchaweczkami, Rita Hayworth drze się "aaaaaaaaaaaaamado mijjjjjjjjjjjjjjjjjo, love me forewer"... a ja lezę, lezę, lezę, zasłuchana i co ja paczę?? Woda mineralna, soki, napoje energetyzujące i inne takie tam, a piwa ani śladu. Lezę dalej, wciąż "aaaaaaaaamado mijjjjjjjo", widząc, jak naciąga tę rękawiczkę, i co ja paczę, stoiska z winami nie ma. Mówię do siebie: Jędzo, coś z tobą źle, przepracowana jesteś, ale myślę - przemeblowanko, jak to mają w zwyczaju w marketach?? Oblatuję cały sklep i ni cholery nie ma alkoholu. Oj, niedobrze ze mną, ale dobrze, że jeszcze białych myszek nie widzę, I tak paczę, paczę, i co ja paczę?? W okolicy byłych alkoholi kręci się więcej osób z niedowierzaniem w oczkach. Lecę do stoiska, gdzie niegdyś procenty sprzedawali, a przede mną młodzieniec, też z obłędem w oczach pyta: gdzie są wina?? A panienka słodko: nie ma... Ja pytam, z nadzieją w głosie: a piwo może gdzieś w kąciku jest? A panienka twardo: piwa też nie ma...
Prohibicja?? Nie mają licencji??
Zapłaciłam przy kasie za tosty, imbiru nie mieli i co ja paczę?? Kumulacja jest.
Więc sruu, z powrotem do informacji i zaszalałam za 3 zł polskie.
A co, jak wygram, pojadę dookoła świata i zostawię chatę w rękach ekipy, wrócę po remoncie.
Innych marzeń nie posiadam...
Dobrze, że w Milei mieli piwo... Wysiadałam przystanek wcześniej i kupiłam sobie miodowe.
A może to przez te próby atomowe w Korei i alkoholu zabraknie??
Jak żyć??
W kraju, gdzie piwa nie ma?? :|
No nic, popijam miodowe, czekam na Inżyniera (te kontrole techniczne) i jutro z rana do adwokata.
Wszystko mnie boli i łeb mi pęka.
Może jednak wygram i przestanie pękać??
niedziela, 10 lutego 2013
Nie było najgorzej
Przez 6 godzin wydoiłam wszystkie krowy. Specjalistką od dojenia jestem, choć to, co zrobili, dupy nie urywa. Rękawów też sobie nie wypruli, ale... mi to lotto. Dobrze, że poszło w miarę szybko i ani chwili nie czekałam na robotę. Gdyby to ode mnie zależało, byłaby perełka. Ale że nie zależy, to o co się bić??
I w trakcie czytania po raz kolejny o myciu strzyków przypomniało mi się, że małym dziecięciem będąc, nieletnim i ledwo mówiącym mówiłam na krowie cycki: mójmoje.
A skąd wiem?? Bo przypadkowo mam pamiętnik pisany przez moją Mamę... Niedługo go pisała, ale mam.
I to jedna z najcenniejszych rzeczy w tym moim popieprzonym życiu.
Krowy mają mójmoje...
Mójmoje... :)
I zatkało mnie, ale...
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,title,Przewodniczacy-Rady-Rodziny-Vincenzo-Paglia-prawa-dla-zwiazkow-partnerskich,wid,15322991,wiadomosc.html?ticaid=1100ad&_ticrsn=5
To dla mnie jest WIELKIE :)
I to jest Kościół., jakiego mi brakuje...
Może dożyję??
I w trakcie czytania po raz kolejny o myciu strzyków przypomniało mi się, że małym dziecięciem będąc, nieletnim i ledwo mówiącym mówiłam na krowie cycki: mójmoje.
A skąd wiem?? Bo przypadkowo mam pamiętnik pisany przez moją Mamę... Niedługo go pisała, ale mam.
I to jedna z najcenniejszych rzeczy w tym moim popieprzonym życiu.
Krowy mają mójmoje...
Mójmoje... :)
I zatkało mnie, ale...
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1356,title,Przewodniczacy-Rady-Rodziny-Vincenzo-Paglia-prawa-dla-zwiazkow-partnerskich,wid,15322991,wiadomosc.html?ticaid=1100ad&_ticrsn=5
To dla mnie jest WIELKIE :)
I to jest Kościół., jakiego mi brakuje...
Może dożyję??
sobota, 9 lutego 2013
Zostawiam
Wam i znikam na jakiś czas :)
PS Końcówka najlepsza ;)
Te młode męskie piersi i nie tylko ;)
PS Końcówka najlepsza ;)
Te młode męskie piersi i nie tylko ;)
piątek, 8 lutego 2013
A to Polska właśnie. Part 2.
Nic mnie bardziej nie wkurwia, jak ostatnia tematyka zastępcza - związki partnerskie. Bicie piany i pieprzenie kotka za pomocą młotka. A kraj, jak Titanic, powoli idzie na dno, ale co tam, nie pozwolimy, żeby ludzie mieli łatwiejsze życie, bo... No nie. Bo nie. Motłoch będzie się pedałami podniecał, to zapomni, że nie ma co do gara włożyć. Prosta recepta.
Przecież nikt nikomu nie zabrania brać ślubu kościelnego!!! Chodzi o uregulowanie spraw ludzi, którzy w żaden inny sposób czasem nie mogą uregulować swoich spraw!! I po co grzebać komuś w majtach i sprawdzać, co on tam ma?? Co ma w staniku, cycki, czy push up?? A kogo to obchodzi z kim kto sypia??
Tak się składa, że znam całą masę gejów, o których wiem, że są gejami. Nigdy tego przede mną nie ukrywali, bo po co?? Nie gryzą, podobnie jak ja, połykają w całości (fajnie zabrzmiało ;) :)
Mam wśród nich przyjaciół i zapewniam, że nie zamieniłabym ich na żadnego pełną gębą hetero :) I to nie to, że "gej to najlepszy przyjaciel kobiety, bo po sklepach łazi". Nie, to nie na tym polega. Był taki moment w moim życiu, że pojechałam na wycieczkę kilkunastoosobową, do Berlina na włóczęgę i w gromadce tej były razem ze mną 3 osoby hetero, w tym Inżynier. To jedno z najmilszych wspomnień i jedna z najfajniejszych wycieczek.
Znam gejów, którzy mają dzieci, bo... w którymś momencie ożenili się, bo wydawało im się, że tak łatwiej.
Znam geja, którego ojciec jest gejem i jako dojrzały mężczyzna zamieszkał ze swoim partnerem, co akceptuje jego żona. Jego wujek (brat matki) też jest gejem. Życie nigdy nie jest proste, nieprawdaż??
Lesbijek znam mniej, ale też znam i to całkiem fajne dziewczyny.
W ich towarzystwie bawię się świetnie i myśl o tym, kto z kim śpi zupełnie nie zaprząta mojej uwagi, bo nie o to w tych znajomościach chodzi.
A gdy spadam na dno, bardzo często to właśnie oni wyciągają do mnie rękę...
Ludzie boją się tego, czego nie znają. A zapewniam, że wielu z was, mówiących, że nie znają ma - i to często obok siebie - właśnie takie osoby.
W rodzinie też mamy geja. Jedyne dziecko mojej szwagierki, oczko w głowie mojej teściowej, która z duszy serca nienawidziła pedałów i Żydów jest gejem i nie ukrywa tego faktu. Los czasem bardzo ironicznie chichoce, nieprawdaż??
Więc może by tak, zamiast rzucać kamieniem (a któż z nas jest bez winy) i mówić innym, jak mają żyć, po prostu pozwolić im żyć ich życiem??? Niech mi nikt nie mówi, jak ja mam żyć, bo to ja płacę całe życie za swoje decyzje i to ja będę umierała - nikt tego za mnie nie zrobi.
Z moim Słonkiem mamy takie zakręcone życie, że sporo naszych znajomych jest właśnie LGT. I... tak się składa, że jak montujemy ekipę, to najfajniejsza jest taka mieszana.
Przecież i tak w końcu
Więc o co ten cały wrzask??
A mój przyjaciel, jak za dużo się focham mówi do mnie słodko: ty, Jędza, nie bądź takim gejem. Bo ja porządna pedalica w sumie jestem.
PS Wyrażone tu opinie są moim prywatnym zdaniem i nie zabraniam nikomu posiadania innego zdania na ten temat... :)
PS II A w niedzielę do roboty... Nikt się nawet nie zająknął, że jest ekstras, wszyscy zapomnieli, Siedzę sobie zadowolona, że weekend, a tu larum grają, że Jędza potrzebna.... Po targowaniu się zgodziłam się. Nielicha robota czeka. Zobaczymy, czy Boss obietnicy dotrzyma, bo ostatnio krucho u niego z pamięcią.
Zatem żyję nadzieją, że 20 lutego KONIEC... :)
A w niedzielę do roboty. Nawet chłop pańszczyźniany miał w niedzielę wolne i do knajpy iść mógł, okowita robala zalać :D
Ale nie Jędza...
Dobrze, że wyjazdu nie planowałam, bo by mnie szlag!!!
Jednak ludzie nie mają życia osobistego, skoro planują pracę tak, jak planują. Ja nigdy nie planowałam, moja praca polega zawsze na sprzątaniu po innych, a oni się nigdy "nie wyrabiają"...
.
Przecież nikt nikomu nie zabrania brać ślubu kościelnego!!! Chodzi o uregulowanie spraw ludzi, którzy w żaden inny sposób czasem nie mogą uregulować swoich spraw!! I po co grzebać komuś w majtach i sprawdzać, co on tam ma?? Co ma w staniku, cycki, czy push up?? A kogo to obchodzi z kim kto sypia??
Tak się składa, że znam całą masę gejów, o których wiem, że są gejami. Nigdy tego przede mną nie ukrywali, bo po co?? Nie gryzą, podobnie jak ja, połykają w całości (fajnie zabrzmiało ;) :)
Mam wśród nich przyjaciół i zapewniam, że nie zamieniłabym ich na żadnego pełną gębą hetero :) I to nie to, że "gej to najlepszy przyjaciel kobiety, bo po sklepach łazi". Nie, to nie na tym polega. Był taki moment w moim życiu, że pojechałam na wycieczkę kilkunastoosobową, do Berlina na włóczęgę i w gromadce tej były razem ze mną 3 osoby hetero, w tym Inżynier. To jedno z najmilszych wspomnień i jedna z najfajniejszych wycieczek.
Znam gejów, którzy mają dzieci, bo... w którymś momencie ożenili się, bo wydawało im się, że tak łatwiej.
Znam geja, którego ojciec jest gejem i jako dojrzały mężczyzna zamieszkał ze swoim partnerem, co akceptuje jego żona. Jego wujek (brat matki) też jest gejem. Życie nigdy nie jest proste, nieprawdaż??
Lesbijek znam mniej, ale też znam i to całkiem fajne dziewczyny.
W ich towarzystwie bawię się świetnie i myśl o tym, kto z kim śpi zupełnie nie zaprząta mojej uwagi, bo nie o to w tych znajomościach chodzi.
A gdy spadam na dno, bardzo często to właśnie oni wyciągają do mnie rękę...
Ludzie boją się tego, czego nie znają. A zapewniam, że wielu z was, mówiących, że nie znają ma - i to często obok siebie - właśnie takie osoby.
W rodzinie też mamy geja. Jedyne dziecko mojej szwagierki, oczko w głowie mojej teściowej, która z duszy serca nienawidziła pedałów i Żydów jest gejem i nie ukrywa tego faktu. Los czasem bardzo ironicznie chichoce, nieprawdaż??
Więc może by tak, zamiast rzucać kamieniem (a któż z nas jest bez winy) i mówić innym, jak mają żyć, po prostu pozwolić im żyć ich życiem??? Niech mi nikt nie mówi, jak ja mam żyć, bo to ja płacę całe życie za swoje decyzje i to ja będę umierała - nikt tego za mnie nie zrobi.
Z moim Słonkiem mamy takie zakręcone życie, że sporo naszych znajomych jest właśnie LGT. I... tak się składa, że jak montujemy ekipę, to najfajniejsza jest taka mieszana.
Przecież i tak w końcu
Więc o co ten cały wrzask??
A mój przyjaciel, jak za dużo się focham mówi do mnie słodko: ty, Jędza, nie bądź takim gejem. Bo ja porządna pedalica w sumie jestem.
PS Wyrażone tu opinie są moim prywatnym zdaniem i nie zabraniam nikomu posiadania innego zdania na ten temat... :)
PS II A w niedzielę do roboty... Nikt się nawet nie zająknął, że jest ekstras, wszyscy zapomnieli, Siedzę sobie zadowolona, że weekend, a tu larum grają, że Jędza potrzebna.... Po targowaniu się zgodziłam się. Nielicha robota czeka. Zobaczymy, czy Boss obietnicy dotrzyma, bo ostatnio krucho u niego z pamięcią.
Zatem żyję nadzieją, że 20 lutego KONIEC... :)
A w niedzielę do roboty. Nawet chłop pańszczyźniany miał w niedzielę wolne i do knajpy iść mógł, okowita robala zalać :D
Ale nie Jędza...
Dobrze, że wyjazdu nie planowałam, bo by mnie szlag!!!
Jednak ludzie nie mają życia osobistego, skoro planują pracę tak, jak planują. Ja nigdy nie planowałam, moja praca polega zawsze na sprzątaniu po innych, a oni się nigdy "nie wyrabiają"...
.
czwartek, 7 lutego 2013
A to Polska właśnie
Nagrzewają mnie ostatnio różne rzeczy tak, że lepiej nie można, że wzięłabym i tłukła, aż zabiłabym. Kogokolwiek.
Ciężko coś załatwić, nieważne, czy w urzędzie, czy w spółdzielni, w banku, na poczcie, wszędzie jakieś tak zakręcone jest. Taka prosta sprawa, jak PayPal. Chciałam sobię tę Politykę kupować, dałam zlecenie i nic, a przecież jak Inżynier konto zakładał, to mówiło, że wszystko jest OK. No i przysyłają mi emilka z Polityki, że śrutututu majtki z drutu, sami nie wiedzą, czemu mi nie ściąga płatności. Piszę do PayPal emilka, uprzejmie odpowiadają, że pewno nie mam uruchomionej karty do płatności w Internecie. Sprawdzam w banku czy się coś zmieniło, ale nie, limit mam ustawiony na 2 tysiące, a chcę wydać 16 zł!!!! Kasę na koncie mam, jeszcze na picie do końca miesiąca starczy, rezygnuję z jednego winiacza, a tu mi kasy nie ściąga?? Z banku mi mówią, że jak nie wiadomo o co lotto, to muszę jechać do banku, no bo emilkowo się danych bankowych nie podaje.
Z narażeniem życia jadę więc do banku...
Ale po kolei...
W poniedziałek, żebym w ogóle zaczęła pracować, dostałam
Co się potem działo, było opisane rzetelnie aż do dziś.
No a dziś rankiem
Zimno, urzędował tylko jeden kociak...
Potem pracka, już wychodziłam, jak zawołali mnie na kolejną porcję
(świeżo pieczone, żeby nie było, że ciasta stare i trują)
Ale że musiałam lecieć do banku, wyjaśnić sprawę karty, więc tylko dwie małe babeczki wrzuciłam na ruszt, porcję większej zapakowałam do pojemniczka i sruuu...
I tu się zaczyna narażenie życia, bo musiałam przejść w takich okolicznościach przyrody, albo lecieć w koło przez całe miasto. Więc przeszłam. Żyję, jakby coś, bo piszę, jak widać ;)
Tyle nam zostało po EURO 2012. I jak tu żyć, że zapytam, jak żyć?? :)
Dotarłam do banku, a tam młodzieniec, który miał mnie obsługiwać wita się ze mną, fundując mi grabę. No ja nie wiem, uczono mnie zawsze, że kobieta pierwsza podaje rękę, a tym bardziej kobieta stara, chłopak był w wieku moich chłopaków. Coraz bardziej wychodzi brak kindersztuby, wychowania w ogóle. Podałam rękę, choć tego nie lubię... Okazało się, że: mogę sobie wyrobić kartę kredytową, bo mam debetową, wtedy będę mogła swobodnie płacić. Inaczej muszę "jechać na ręcznym" i robić sobie zwykłe przelewy na PayPal. Po kiego grzyba mi kredytowa, jak mam debetową i MAM środki na koncie?? Niby coś ustawił i kazał sprawdzić, czy będzie działało, ale oczywiście NIE DZIAŁA, więc wkurwiona zrobiłam stały przelew na PayPal, bo mam zamiar z tego ustrojstwa korzystać. Co najwyżej planując zakup czegoś będę musiała wcześniej przelać środki. Nosz, cholera by to wzięła, Nie mam zamiaru brać karty kredytowej, kredyt odnawialny jest lepszy. Ojaciepierdolę. Zatem teraz muszę poczekać, aż dojdzie kasa do PayPal i będę mogła szaleć :D
Wracając do domu kupiłam sobie pączka, pomna, że niepicie wódki w Wigilię na czczo opłaciłam prawie miesięczną chorobą... Pączka zeżarłam, ciasto z pracy też i wszystko poszło gdzie?? No jak to gdzie, w dupę :) Przecież że nie w cycki :)
I chodzi za mną jeszcze jedna taka rzecz o tej Polsce, co to macochą jest a nie matką, ale to innym razem, Dziś mi się już nie chce.
Wielbicielom seriali i Kevina Spaceya polecam House of Cards. Odkryłam dziś, to serial netowy, są już wszystkie odcinki, ale jak na razie nie ma do nich napisów, Napisy są do 1., do reszty będą sukcesywnie. Jest 13 odcinków, miodzio :)
Ciężko coś załatwić, nieważne, czy w urzędzie, czy w spółdzielni, w banku, na poczcie, wszędzie jakieś tak zakręcone jest. Taka prosta sprawa, jak PayPal. Chciałam sobię tę Politykę kupować, dałam zlecenie i nic, a przecież jak Inżynier konto zakładał, to mówiło, że wszystko jest OK. No i przysyłają mi emilka z Polityki, że śrutututu majtki z drutu, sami nie wiedzą, czemu mi nie ściąga płatności. Piszę do PayPal emilka, uprzejmie odpowiadają, że pewno nie mam uruchomionej karty do płatności w Internecie. Sprawdzam w banku czy się coś zmieniło, ale nie, limit mam ustawiony na 2 tysiące, a chcę wydać 16 zł!!!! Kasę na koncie mam, jeszcze na picie do końca miesiąca starczy, rezygnuję z jednego winiacza, a tu mi kasy nie ściąga?? Z banku mi mówią, że jak nie wiadomo o co lotto, to muszę jechać do banku, no bo emilkowo się danych bankowych nie podaje.
Z narażeniem życia jadę więc do banku...
Ale po kolei...
W poniedziałek, żebym w ogóle zaczęła pracować, dostałam
Co się potem działo, było opisane rzetelnie aż do dziś.
No a dziś rankiem
Zimno, urzędował tylko jeden kociak...
Potem pracka, już wychodziłam, jak zawołali mnie na kolejną porcję
(świeżo pieczone, żeby nie było, że ciasta stare i trują)
Ale że musiałam lecieć do banku, wyjaśnić sprawę karty, więc tylko dwie małe babeczki wrzuciłam na ruszt, porcję większej zapakowałam do pojemniczka i sruuu...
I tu się zaczyna narażenie życia, bo musiałam przejść w takich okolicznościach przyrody, albo lecieć w koło przez całe miasto. Więc przeszłam. Żyję, jakby coś, bo piszę, jak widać ;)
Tyle nam zostało po EURO 2012. I jak tu żyć, że zapytam, jak żyć?? :)
Dotarłam do banku, a tam młodzieniec, który miał mnie obsługiwać wita się ze mną, fundując mi grabę. No ja nie wiem, uczono mnie zawsze, że kobieta pierwsza podaje rękę, a tym bardziej kobieta stara, chłopak był w wieku moich chłopaków. Coraz bardziej wychodzi brak kindersztuby, wychowania w ogóle. Podałam rękę, choć tego nie lubię... Okazało się, że: mogę sobie wyrobić kartę kredytową, bo mam debetową, wtedy będę mogła swobodnie płacić. Inaczej muszę "jechać na ręcznym" i robić sobie zwykłe przelewy na PayPal. Po kiego grzyba mi kredytowa, jak mam debetową i MAM środki na koncie?? Niby coś ustawił i kazał sprawdzić, czy będzie działało, ale oczywiście NIE DZIAŁA, więc wkurwiona zrobiłam stały przelew na PayPal, bo mam zamiar z tego ustrojstwa korzystać. Co najwyżej planując zakup czegoś będę musiała wcześniej przelać środki. Nosz, cholera by to wzięła, Nie mam zamiaru brać karty kredytowej, kredyt odnawialny jest lepszy. Ojaciepierdolę. Zatem teraz muszę poczekać, aż dojdzie kasa do PayPal i będę mogła szaleć :D
Wracając do domu kupiłam sobie pączka, pomna, że niepicie wódki w Wigilię na czczo opłaciłam prawie miesięczną chorobą... Pączka zeżarłam, ciasto z pracy też i wszystko poszło gdzie?? No jak to gdzie, w dupę :) Przecież że nie w cycki :)
I chodzi za mną jeszcze jedna taka rzecz o tej Polsce, co to macochą jest a nie matką, ale to innym razem, Dziś mi się już nie chce.
Wielbicielom seriali i Kevina Spaceya polecam House of Cards. Odkryłam dziś, to serial netowy, są już wszystkie odcinki, ale jak na razie nie ma do nich napisów, Napisy są do 1., do reszty będą sukcesywnie. Jest 13 odcinków, miodzio :)
wtorek, 5 lutego 2013
Czarna porzeczka
czyni cuda...
Ugotowałam risotto, specjalność szefowej kuchni i spędziłam miłe popołudnie z Kolegą Inżyniera. I nawet miodowa Łomża przyniesiona przez Kolegę Inżyniera nie wywołała u mnie sensacji. Przyszedł tez Wujek Kolegi Inżyniera i wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazują na to, że to będzie ekipa remontująca, muszę znaleźć tylko ekipę wstawiającą okna... I co ja się nasłuchałam, że poprzedni remont przeprowadzony jest niefachowo :O Sama wiem, że niefachowo, bo własnymi ręcami go robiłam, najlepiej jak umiałam, fachowca biorąc tylko do położenia kafelków, albowiem to przerastało moje umiejętności i żadne wskazówki z pięknej książki "Sam remontuję mieszkanie" nie mogły mi w tym pomóc. Okazało się, że do kafelków trzeba mieć nie tylko cała masę narzędzi, urzadzeń, ale i trzeba je umieć ciąć. A z cięciem to w naszej rodzinie zawsze byliśmy na bakier. Nie żałuję, że wzięłam wtedy fachowca, choć jak na tamte czasy zapłaciłam więcej, jak było mnie na to stać. Ale... odpukac - wszystkie kafelki po 9 latach wciąż są na swoim miejscu i nic im nie brakuje. Mam nadzieję, że kolejna ekipa, rozczulająca się nad krzywizną moich ścian i niedoróbkami tu, tam i ówdzie równie dokładnie wyremontuje moje mieszkanie i jak zapewniają, za 20 lat nie będzie z niczym problemu. I znów zapłacenie wszystkiego przerasta moje możliwości, ale wezmę kredyt, a potem będę odzyskiwała kasę z PKO z premii gwarancyjnej. Jezusineczku, będzie się działo...
Kolega Inżyniera zgrabnie wyczyścił mi też kompika z nie wiadomo skąd ściągniętego śmiecia (co udaje mi się ściągać znakomocie), i będziemy w kontakcie. Inżynier ma szczęście do fajnych kolegów, oprócz jednego... Ale to już inna bajka :D
Tak też miło gawędząc spędziłam popołudnie i wieczorek, a w międzyczasie dostałam od sąsiadki paczuszkę, którą zostawił listowy - wygrałam na FB od fan page'a Ławicy kalendarz :) Pierwsza wygrana od nie wiadomo jak dawna :) Dołączyli gratis dwie swoje gazetki i szampon do bagażu podręcznego :) Miły gest, zgłosiłam się do konkursu, bo... akurat byłam na FB... Mała rzecz, a cieszy :D
Jutro już środa i mam zagwozdkę, bo po niemożności ściągnięcia Polityki, bo nie odciągało mi płatności na mój monit dostałam od nich dwa tygodnie e-prenumeraty gratis, a zdecydowałam, że wezmę z powrotem wersję papierową, bo... jednak w kibelku czasem lubię poczytać. I co ja biedna mam teraz zrobic??? Wiem, taki gest mnie do niczego nie zobowiązuje, zresztą sami napisali, że nie będą nic ściągać. ale... Jakoś mi głupio. Tak samo jak w czasie rozdawania próbek w marketach...
I bądź tu mądry.
No nic, prześpię się ze ślimakami, może jutro coś się wyklaruje...
I do tego okazuje się, że do czytania e-booków jednak... musze mieć program albo Kindle'a. Kindle'a, jak już kupię sobie najwcześniej na gwiazdkę. W Ajfoniku mogę zainstalować program, ale...
Idę się utopić...
Nie reanimować :D
Ugotowałam risotto, specjalność szefowej kuchni i spędziłam miłe popołudnie z Kolegą Inżyniera. I nawet miodowa Łomża przyniesiona przez Kolegę Inżyniera nie wywołała u mnie sensacji. Przyszedł tez Wujek Kolegi Inżyniera i wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazują na to, że to będzie ekipa remontująca, muszę znaleźć tylko ekipę wstawiającą okna... I co ja się nasłuchałam, że poprzedni remont przeprowadzony jest niefachowo :O Sama wiem, że niefachowo, bo własnymi ręcami go robiłam, najlepiej jak umiałam, fachowca biorąc tylko do położenia kafelków, albowiem to przerastało moje umiejętności i żadne wskazówki z pięknej książki "Sam remontuję mieszkanie" nie mogły mi w tym pomóc. Okazało się, że do kafelków trzeba mieć nie tylko cała masę narzędzi, urzadzeń, ale i trzeba je umieć ciąć. A z cięciem to w naszej rodzinie zawsze byliśmy na bakier. Nie żałuję, że wzięłam wtedy fachowca, choć jak na tamte czasy zapłaciłam więcej, jak było mnie na to stać. Ale... odpukac - wszystkie kafelki po 9 latach wciąż są na swoim miejscu i nic im nie brakuje. Mam nadzieję, że kolejna ekipa, rozczulająca się nad krzywizną moich ścian i niedoróbkami tu, tam i ówdzie równie dokładnie wyremontuje moje mieszkanie i jak zapewniają, za 20 lat nie będzie z niczym problemu. I znów zapłacenie wszystkiego przerasta moje możliwości, ale wezmę kredyt, a potem będę odzyskiwała kasę z PKO z premii gwarancyjnej. Jezusineczku, będzie się działo...
Kolega Inżyniera zgrabnie wyczyścił mi też kompika z nie wiadomo skąd ściągniętego śmiecia (co udaje mi się ściągać znakomocie), i będziemy w kontakcie. Inżynier ma szczęście do fajnych kolegów, oprócz jednego... Ale to już inna bajka :D
Tak też miło gawędząc spędziłam popołudnie i wieczorek, a w międzyczasie dostałam od sąsiadki paczuszkę, którą zostawił listowy - wygrałam na FB od fan page'a Ławicy kalendarz :) Pierwsza wygrana od nie wiadomo jak dawna :) Dołączyli gratis dwie swoje gazetki i szampon do bagażu podręcznego :) Miły gest, zgłosiłam się do konkursu, bo... akurat byłam na FB... Mała rzecz, a cieszy :D
Jutro już środa i mam zagwozdkę, bo po niemożności ściągnięcia Polityki, bo nie odciągało mi płatności na mój monit dostałam od nich dwa tygodnie e-prenumeraty gratis, a zdecydowałam, że wezmę z powrotem wersję papierową, bo... jednak w kibelku czasem lubię poczytać. I co ja biedna mam teraz zrobic??? Wiem, taki gest mnie do niczego nie zobowiązuje, zresztą sami napisali, że nie będą nic ściągać. ale... Jakoś mi głupio. Tak samo jak w czasie rozdawania próbek w marketach...
I bądź tu mądry.
No nic, prześpię się ze ślimakami, może jutro coś się wyklaruje...
I do tego okazuje się, że do czytania e-booków jednak... musze mieć program albo Kindle'a. Kindle'a, jak już kupię sobie najwcześniej na gwiazdkę. W Ajfoniku mogę zainstalować program, ale...
Idę się utopić...
Nie reanimować :D
Na razie prowadzę
ja... I oby tak do południa, bo głupio mi zaraz po powrocie do pracy mówić, że jestem chora. Wczoraj w ramach batalii wypiłam litr nektaru z czarnej porzeczki i o dziwo - noc przespałam spokojnie, choć wieczorem polatałam na wiadomej trasie. Wirus nie jest za mocny chyba, bo po kilku mdłościach udało mi się je opanować nie jadąc do Rygi (woda z imbirem), czego nienawidzę najbardziej na świecie.
Napisałam do Kolegi Inżyniera, jaka jest sytuacja, a on na to, że się nie boi i jak się nie odezwą od samochodu, to wleci.
Ryż na risotto właśnie dochodzi, zamiast śniadania zabieram litr nektaru do pracy, mam nadzieję, ze przeżyję. Teoretycznie mogę z domu pracować, praktycznie wolę w programie graficznym (nie mam go w domu, bo primo po pierwsze, to program na Maca, primo po drugie - pracujemy na legalnych, a to wydatek rzędu kilkudziesięciu tysięcy, więc mi w domu nie zainstalują :) A po pracy w Wordzie okazuje się, że "szyny się wygły i coś się nie wlało". Będę wiać z pracy, jak tylko się da i jak ogarnę wszystko.
Chyba wzorem Japończyków zacznę nosić w tramwajach amseczkę i jednorazówki bawełniane. Wczoraj jechał taki gość, nawet nie bezdomny, bo koło mnie mieszka, że myślałam, że pawia puszczę, jakbym już była babcią śmietnikową, to bym do łaźni chodziła, bo mogą, a gość w bloku mieszka i takie dziadostwo!!! Niektórzy powinni być urzędowo utylizowani, albo zamykani w jakimś rezerwacie dla brudasów.
Howgh!
Teraz idę się pakować i stawiać do pionu przed ciężkim dniem.
Dziękuję za troskę, ale jak pisałam walczę, a ja zażarta jestem i zawzięta, i tak łatwo nie odpuszczam :D :)
Napisałam do Kolegi Inżyniera, jaka jest sytuacja, a on na to, że się nie boi i jak się nie odezwą od samochodu, to wleci.
Ryż na risotto właśnie dochodzi, zamiast śniadania zabieram litr nektaru do pracy, mam nadzieję, ze przeżyję. Teoretycznie mogę z domu pracować, praktycznie wolę w programie graficznym (nie mam go w domu, bo primo po pierwsze, to program na Maca, primo po drugie - pracujemy na legalnych, a to wydatek rzędu kilkudziesięciu tysięcy, więc mi w domu nie zainstalują :) A po pracy w Wordzie okazuje się, że "szyny się wygły i coś się nie wlało". Będę wiać z pracy, jak tylko się da i jak ogarnę wszystko.
Chyba wzorem Japończyków zacznę nosić w tramwajach amseczkę i jednorazówki bawełniane. Wczoraj jechał taki gość, nawet nie bezdomny, bo koło mnie mieszka, że myślałam, że pawia puszczę, jakbym już była babcią śmietnikową, to bym do łaźni chodziła, bo mogą, a gość w bloku mieszka i takie dziadostwo!!! Niektórzy powinni być urzędowo utylizowani, albo zamykani w jakimś rezerwacie dla brudasów.
Howgh!
Teraz idę się pakować i stawiać do pionu przed ciężkim dniem.
Dziękuję za troskę, ale jak pisałam walczę, a ja zażarta jestem i zawzięta, i tak łatwo nie odpuszczam :D :)
poniedziałek, 4 lutego 2013
Rozpacz w kratkę
za oknem znów leży to białe gówno! Niedużo, zieleń prześwituje, ale leży. I jak tu żyć?? Jak żyć?? Niewyspana jestem, nie śpię już od 4. Żegnaj, leniuchowanie, witajcie pracujące tygodnie... Aby do dwudziestego, potem będzie z górki... W całym domu pachnie rzeżuchą, choć jeszcze nie do końca wykiełkowała...
Niech to białe gówno stopnieje, proszę ;)
Niech to białe gówno stopnieje, proszę ;)
niedziela, 3 lutego 2013
Da capo al fine
Słoneczko wyszło no i mnie wygnało... Poleciałam najpierw do wujka Mietka i tym razem bez przekopywania się przez zwały śniegu zapaliłam świeczuszkę. Jakiś pan, zapalający znicz obok zapytał, kto tu leży, czy mój brat?? Mój blogu, wyglądam już na osiemdziesiątkę z hakiem??? Bo tyle bym musiała miec, żeby tu leżał mój brat...
No nic.
Poleciałam dalej i zgodnie z emilkiem pani mecenas, kancelarii już nie ma tam, gdzie była.
Poleciałam więc jeszcze dalej i vis a vis Młyńskiej odkryłam, że mieści się tam siedziba wszystkich prokuratur z miasta, i...
tak się będą ewakuować, hahahaha, już widzę ich garniturki :)
Potem leciało już z górki
prawie jak Wenecja czy inny Paryżew...
dzielni strażacy już zakończyli budowę swojej twierdzy....
a w chałupce naprzeciwko mogą ćwiczenia prowadzić ;)
A to centrum miasta przecież....
Lecim dalej, proszę wycieczki i odkrywamy nieznane fakty z dziejów miasta. Nawet moja teściowa o tym nie opowiadała, a o wojnie mówiła długo, dużo i szeroko...
"Tu katedra starodawna w blasku nieba modrym. Spoczywają w niej królowie: Mieczysław i Chrobry..." - przypomniała mi się piosenka z dzieciństwa...
A kaczuszkom pewno zimno w nóżki, jako że jak widac na górnym zdjęciu, w zakolach Warty jeszcze lód jest.
Chciałam zrobić zdjęcie makiety Ostrowa Tumskiego, ale dwa mohery nie posunęły się ani o centymetr, choć nie oglądały makiety, tylko gadały. Z moherami nie zaczynam...
Jeden z bardziej ludzkich pomników papieża...
Siedziba arcybiskupa, kuria metropolitalna. Blisko ludu, blisko wiernych, frontem...
Ale widok takiego nieba nawet "górę" przybliżał....
I wreszcie odkryłam mityczną Cybinę (bywałam tu za młodu, ale później jakoś nie wyszło), gdzie na moście, wzorem wielkiego świata, Paryżewa i innego Mediolanu zakochani myślą, że miłość na wieki trwa...
i zaklinają uczucie artykułami żelaznymi, zapominając, że
ze wszystkich rzeczy wiecznych najtrwalsza jest wieczna ondulacja i wieczne pióro...
Karolin w oddali pracował pełną parą, dlatego jak wróciłam do domu miałam ciepło i gorącą wodę w kranie...
Zostawiłam za sobą Ostrów Tumski i z duszą na ramieniu wkroczyłam na dziką, aczkolwiek malowniczą Śródkę. Ponoć każdy z Dębca to przestępca, ale... po Dębcu mogę łazić nawet nocą i po pijaku, tu w biały dzień czułam się nietenteges...
I z ulgą wylądowałam na dworcu Śródka, skąd już rzut beretem do Maltanki
która czeka do kwietnia na otwarcie sezonu...
Cybina i kaczuszki....
... Malta bez wody, widok zaiste dziwny...
... spodobały mi się te schody...
... i suche nadmaltańskie widoki.
I specjalnie dla Zmorki upolowałam: Ostatnią czystą kupkę śniegu w Poznaniu ;)
A potem wsiadłam w tramwaj i z przesiadkami wylądowałam w chałupce, zaopatrzona w lody Carte d'Or Caffe Latte, które mam zamiar w stosownym momencie pożreć.
Zrobiłam dziś ponad 7 tysięcy kroków, nie licząc dreptania po domu. Przeszłam 2,5 mili, 4 km, i kurde, spaliłam TYLKO 280 kilokalorii!!!! Ja się tak nie bawię :(
No nic.
Poleciałam dalej i zgodnie z emilkiem pani mecenas, kancelarii już nie ma tam, gdzie była.
Poleciałam więc jeszcze dalej i vis a vis Młyńskiej odkryłam, że mieści się tam siedziba wszystkich prokuratur z miasta, i...
tak się będą ewakuować, hahahaha, już widzę ich garniturki :)
Potem leciało już z górki
prawie jak Wenecja czy inny Paryżew...
dzielni strażacy już zakończyli budowę swojej twierdzy....
a w chałupce naprzeciwko mogą ćwiczenia prowadzić ;)
A to centrum miasta przecież....
Lecim dalej, proszę wycieczki i odkrywamy nieznane fakty z dziejów miasta. Nawet moja teściowa o tym nie opowiadała, a o wojnie mówiła długo, dużo i szeroko...
"Tu katedra starodawna w blasku nieba modrym. Spoczywają w niej królowie: Mieczysław i Chrobry..." - przypomniała mi się piosenka z dzieciństwa...
A kaczuszkom pewno zimno w nóżki, jako że jak widac na górnym zdjęciu, w zakolach Warty jeszcze lód jest.
Chciałam zrobić zdjęcie makiety Ostrowa Tumskiego, ale dwa mohery nie posunęły się ani o centymetr, choć nie oglądały makiety, tylko gadały. Z moherami nie zaczynam...
Jeden z bardziej ludzkich pomników papieża...
Siedziba arcybiskupa, kuria metropolitalna. Blisko ludu, blisko wiernych, frontem...
Ale widok takiego nieba nawet "górę" przybliżał....
I wreszcie odkryłam mityczną Cybinę (bywałam tu za młodu, ale później jakoś nie wyszło), gdzie na moście, wzorem wielkiego świata, Paryżewa i innego Mediolanu zakochani myślą, że miłość na wieki trwa...
i zaklinają uczucie artykułami żelaznymi, zapominając, że
ze wszystkich rzeczy wiecznych najtrwalsza jest wieczna ondulacja i wieczne pióro...
Karolin w oddali pracował pełną parą, dlatego jak wróciłam do domu miałam ciepło i gorącą wodę w kranie...
Zostawiłam za sobą Ostrów Tumski i z duszą na ramieniu wkroczyłam na dziką, aczkolwiek malowniczą Śródkę. Ponoć każdy z Dębca to przestępca, ale... po Dębcu mogę łazić nawet nocą i po pijaku, tu w biały dzień czułam się nietenteges...
I z ulgą wylądowałam na dworcu Śródka, skąd już rzut beretem do Maltanki
która czeka do kwietnia na otwarcie sezonu...
Cybina i kaczuszki....
... Malta bez wody, widok zaiste dziwny...
... spodobały mi się te schody...
... i suche nadmaltańskie widoki.
I specjalnie dla Zmorki upolowałam: Ostatnią czystą kupkę śniegu w Poznaniu ;)
A potem wsiadłam w tramwaj i z przesiadkami wylądowałam w chałupce, zaopatrzona w lody Carte d'Or Caffe Latte, które mam zamiar w stosownym momencie pożreć.
Zrobiłam dziś ponad 7 tysięcy kroków, nie licząc dreptania po domu. Przeszłam 2,5 mili, 4 km, i kurde, spaliłam TYLKO 280 kilokalorii!!!! Ja się tak nie bawię :(
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)