inne plany na dziś miałam, Kochany Pamiętniczku.
Ale obudziłam się rankiem, spojrzałam w lustro (tak, tak, nie muszę się już przebierać na Halloween, wiadomo) i wiedziałam, że muszę, inaczej się uduszę.
Czas jakoś inaczej leci i mimo, że mam wolne, nie poszłam jak co roku na Samotną.
No cóż, mam swoich Umarlaków. Może nie rzut beretem, ale niedaleko.
Teść był mi zupełnie obojętny, widziałam go może ze 4 razy w życiu, Eks też nie chciał tam jeździć.
No ale teraz jest tam Eks.
I, nie, kurde, nie jest mi to obojętne.
Tak wyszło.
Sprawdziłam więc dokładnie rozkłady, żeby nie utknąć znowu w M. i pojechałam, nastawiona, że wieniec ukradli.
Wieniec był, pewno za mało reprezentacyjny kupiłam, za to ukradli 3 znicze. A były z tych droższych, ładne, nówka nieśmigana, tylko wkład włożyć.
No nic, westchnęłam. Dobrze, że z Pierworodnym sprzątnęliśmy, bo nie było śladu po nikim. No cóż, to było do przewidzenia, a całe to przedstawienie na pogrzebie pod tytułem wielkieś nam uczynił pustki w domu moim, nasz najmilszy bracie, swym zniknieniem swoim - o kant dupy potłuc. Na cele rozprawy sądowej, mającej udowodnić, że ja, jako i dzieci niegodne jesteśmy nawet zatrzymania mieszkania spółdzielczego, które należy się, a jakże, bratu Eksa.
I chuj. Tak go zaszłam, że mieszkania nie dostał, co nie znaczy, że się nie obłowił, ale niech mu tam dobrze będzie i się nie odbija.
No nic, ogarnęłam jeszcze raz, kupiłam znicz i dąbki, bo ciepło, to postoją, a nie padną. Mam nadzieję, że wszystko postoi, albowiem w złości swej popisałam wszystko - i wieniec, i znicz, i doniczkę z dąbkami - olejnym pisakiem z nazwiskiem Eksa, na dokładkę na liściach wieńca też.
Nie będzie mi nikt, kurwa, kradł. Poluję na farbę w sprayu, next time dąbki sprayem pojadę, a co, będą mieli oryginalne.
Paciorek odklepałam. No, nie do końca, pogadałam z nimi jak czekista z czekistą, ale kto ich tam wie, tych Umarlaków.
Panią sprzątającą sąsiednią mogiłkę zagadałam, poprosiłam o zapalenie znicza, który dałam, jutro. Bo już nie pojadę.
Dobrze zrobiłam, bo okazało się, że droga do M. z mojej wioski wte i z powrotem zakorkowana jest na amen. Autobus miał pół godziny spóźnienia (a jedzie jeden na godzinę, a i to nie o każdej godzinie), a i trasę, obliczoną na niespełna pół godziny pokonywał prawie półtorej.
Tyle to ja jadę do K., a K. od wioski leży ponad 100 km :)
Więc nie, nie pojadę jutro.
Pogoda była przecudna, czekając na autobus grzałam się w słońcu, ciesząc się jego promieniami i nie zdychając z gorąca.
Autobus jechał powoli, napawałam się kolorami jesieni, grały, rozwalały duszę, bo i okolica piekna - Wielkopolski Park Narodowy.
Na poboczach co rusz dynie na sprzedaż, sterty dyni - wszelkie rodzaje, dynie do jedzenia i już wyrzeźbione.
I tak, tęsknię za Tobą.
Za Tobą z tamtych dni.
I mam nadzieję, że tam są te dni.
Tylko te dni.
Głupia ja, ale co tam.
I Luboń odkrywałam. Bo zawsze szybko i przelotem, z zatkanym nosem, bo śmierdziało z zakładów ziemniaczanych. A tkwiąc w korku odkrywałam piękno zabytkowych budynków (tak, tak, tablice o tym informują, będę szukała więcej), ruin, nowych bloków i innych cudów wianków.
Dobrze, że w domu czekał na mnie krupnik, bo konia z kopytami bym zjadła.
I cudne widoki za oknem, aparat nie uchwycił do końca gry kolorów.
I... Praca, kurde, na mnie czekała, a jakże.
Jeszcze w poniedziałek umówiliśmy się na poniedziałek.
Telefonu nie czułam, nie wibrował, słuchałam muzyki. A szukał mnie. Więc piszę, że jestem. Kurwa. Co jak co, ale praca to mnie kocha. Więc śle Worda.
Jak krowie na rowie mu idzie. Bo śle na pracowy adres.
Ojejejeje, nie mam pani domowego.
No jak nie ma jak ma. Podaję.
Dostaję tekst wklejony w emilka. Tego się nie da skorekcić. Kopiuję, wklejam w Worda, korekcę. Jako że będzie jedna korekta, czytam drugi raz. SMS ponaglający, że im się śpieszy.
Kurwa. To z tych, co czekają na ostatnią chwilę, a potem poganiają. Jeśli mam wolne, a mam, to nie muszę być non stop online, prawda?
No nic.
Wieczorem idę do banku. Hmmm.
Chyba podzielili kasę za dwa miesiące na pół i będę co miesiąc dostawała połowę. Jak się okaże, że nie, to ostatni numer, który robię.
Ale jeśli tak, odpowiada mi to :)
Tyle że warzywka znów w polu. No nic, aby do poniedziałku, będziemy wyjaśniać.
Po tej zmianie czasu przesunęło mi się, ale w odwrotną stronę. Śpię do 9, czyli do 10 :)
Super, co nie?
A Alienek zadebiutował dziś jako kościotrupek i widać, że mu się to podobało. Słodyczami się zażerał, a mi nic nie wolno piec ani gotować, bo słodzę i solę. No nic. Mała Wiedźma jest kotem. Hmm... Aż mnie ciarki przeszły. Bo nie, nie jest słodkim koteckiem, jest kotką na blaszanym gorącym dachu. Jestem przerażona. Ona ma dopiero 8 lat! A Papryczek jest wampirkiem. Słodkim, nieszkodliwym wampirkiem, który może wyrosnąć na de Clermonta... De Clermont. No nie wiem, czy Eks miałby szanse przy de Clermoncie. No może tylko ze względu na to, że dzieci umiał robić... :)
Życie...
A jutro do wujka Mietka polecę, zapalę znicz dla wszystkich, a potem to się okaże.
środa, 31 października 2018
piątek, 26 października 2018
Zwykły
dzień, Kochany Pamiętniczku :)
Normalny.
Pobudka, kibelek, kąpiel, śniadanko, necik w czasie suszenia już prawie łysej główki, po której nikt już nie głaszcze.
Manhattan, Biedronka (ostatni zbiór naklejek na Słodziaki), dom.
Rosołek nastawiony.
Wynoszenie śmieci z odwiecznym wzdychaniem, że po co było w pocie czoła rodzić, skoro i tak trzeba samemu dygać z kubełkiem...
O...
Nasze "dyganie z kubełkiem".
Radio Pogoda i od razu sprzątanie jakoś tak raźniej idzie, nawet dupę z podłogi podniosłam, też mi osiągnięcie.
Wizyta siostry żony Inżyniera ze Słodziakiem i resztką naklejek.
Narzekała na rodzoną siostrę bardziej niż ja na moją Synową (to jedna i ta sama osoba, jakby ktoś nie zajarzył, znaczy się moja Synowa).
Były inne opcje na Kalafiorkównę, ale teść Inżyniera ma na głowie i leżącą teściową, którą może podrzucić jej osobistym dzieciom, które się do opieki nad nią nie kwapią, i psa.
Jak wiadomo, pies jest najważniejszy, ale psa nie ma na kogo zwalić.
Zatem padło na mnie, bo nie mam ani psa, ani kota, ani nikogo innego na karku.
Badylki się nie liczą, a i moje marzenia też nie.
Nevermind.
Śmieszkowanie śmieszkowaniem, life is brutal and full of zasadzkas.
Zapowiadają ocieplenie aż do 20 stopni na Wszystkich Świętych.
Kolumny rządowe dalej sieją postrach na drogach, a kolejne newsy zapowiadają w roku 2020, czyli wkrótce, latające samochody.
Tak więc nie tylko będę musiała patrzeć, czy ktoś nie pała żądzą rozjechania mnie na pasach, gdy kuśtykam z wózeczkiem, jęcząc pod nosem: olaboga, znów pod górkę, ale i będę musiała patrzyć w górę, czy ktoś w ten głupi, łysy łeb nie wjeżdża?
Carramba...
A jeszcze nie tak dawno leżałam nad glinianką na ręczniku i marzyłam o...
No właśnie, gdzie jest, kurwa, ten na białym koniu?
Z którym miałam żyć długo i szczęśliwie, jak to w bajkach?
Pomaszerował w siną dal, w siną dal...
Ale życie i tak jest PIĘKNE :)
Normalny.
Pobudka, kibelek, kąpiel, śniadanko, necik w czasie suszenia już prawie łysej główki, po której nikt już nie głaszcze.
Manhattan, Biedronka (ostatni zbiór naklejek na Słodziaki), dom.
Rosołek nastawiony.
Wynoszenie śmieci z odwiecznym wzdychaniem, że po co było w pocie czoła rodzić, skoro i tak trzeba samemu dygać z kubełkiem...
O...
Nasze "dyganie z kubełkiem".
Radio Pogoda i od razu sprzątanie jakoś tak raźniej idzie, nawet dupę z podłogi podniosłam, też mi osiągnięcie.
Wizyta siostry żony Inżyniera ze Słodziakiem i resztką naklejek.
Narzekała na rodzoną siostrę bardziej niż ja na moją Synową (to jedna i ta sama osoba, jakby ktoś nie zajarzył, znaczy się moja Synowa).
Były inne opcje na Kalafiorkównę, ale teść Inżyniera ma na głowie i leżącą teściową, którą może podrzucić jej osobistym dzieciom, które się do opieki nad nią nie kwapią, i psa.
Jak wiadomo, pies jest najważniejszy, ale psa nie ma na kogo zwalić.
Zatem padło na mnie, bo nie mam ani psa, ani kota, ani nikogo innego na karku.
Badylki się nie liczą, a i moje marzenia też nie.
Nevermind.
Śmieszkowanie śmieszkowaniem, life is brutal and full of zasadzkas.
Zapowiadają ocieplenie aż do 20 stopni na Wszystkich Świętych.
Kolumny rządowe dalej sieją postrach na drogach, a kolejne newsy zapowiadają w roku 2020, czyli wkrótce, latające samochody.
Tak więc nie tylko będę musiała patrzeć, czy ktoś nie pała żądzą rozjechania mnie na pasach, gdy kuśtykam z wózeczkiem, jęcząc pod nosem: olaboga, znów pod górkę, ale i będę musiała patrzyć w górę, czy ktoś w ten głupi, łysy łeb nie wjeżdża?
Carramba...
A jeszcze nie tak dawno leżałam nad glinianką na ręczniku i marzyłam o...
No właśnie, gdzie jest, kurwa, ten na białym koniu?
Z którym miałam żyć długo i szczęśliwie, jak to w bajkach?
Pomaszerował w siną dal, w siną dal...
Ale życie i tak jest PIĘKNE :)
środa, 24 października 2018
Przeleciało
jak z bicza trzasł, Kochany Pamiętniczku.
Niedziela była maratonowa, fotek strzeliłam 400, ale... nie chce mi się obrabiać i wrzucać, w sumie maraton jak co roku, fotografowany w tym samym miejscu. Wrzucilam część na fejsa i amen.
Zamykanie gładko poszło w miarę, nie licząc zwykłych nerwów, a co tu jęzor znów strzępić. Jakby się naparli na głupie błędy, aż gacie opadały z hukiem.
W środę przyleciał Pierworodny i w domu musiał na mnie czekać, nie było siły, żebym wyszła. Po staremu, uszykowałam mięso i warzywa, dorobił pyry i nakarmił się sam, jeszcze dla matki zostawił.
A jaki bogaty przyjechał, na ten tydzień miał całe 300 zł, ojapierdolę. Ale PEKĘ ode mnie wziął, bo... zgubił gdzieś tę, co mu dałam, no i...
Kto płacił za przejazdy?
W czwartek pojechał na ten kurs i egzaminy. Miały być płatne po. Ja akurat zamykałam. Messenger: czy mogę zapłacić za kurs.
Fakturę miał od paru dni, no ale po co, ja powinnam mocami nadprzyrodzonymi ogarnąć całość.
Więc płacę, z pracowego komputera, czego nienawidzę, wydruk i skan do niego.
Małe miki, co nie?
Wiem już, że nie wyjdę wcześniej, więc mówię: jedź do domu.
Zdaje egzamin i nie jedzie. Zostanie w mieście.
Umawiamy się na dworcu, bo trzeba bilet kupić na piątek do K.
Kupuję bilety, idziemy do knajpy na obiad. Myślałam, że chociaż raz zaofiaruje, że zapłaci za obiad, ale nie. Za to wybiera najdroższe danie z karty. Trudno :p Życie.
Na wieczór proponuje piwo. Kto kupuje piwo? Matka.
W domu reflektuję się, że nie wypłaciłam kasy, zapomniałam, a w K. nie wszędzie są bankomaty. Więc pytam, czy pożyczy mi 100 zł.
Nie ma. Zrobił zakupy "bo dzieciom się będzie podobało". Nawet nie pytam, co kupił.
Za bilety do K. płaciłam oczywiście ja, a któż by.
Jedziemy do K. W sumie... Lepiej, jak jadę sama.
Jestem przy nim milczkiem (znający mnie osobiście uśmieją się, jak i milczenie to niekompatybilne jest). Ale on gada i gada, na dokładkę znam już na wylot całą angielską politykę i monotemat: bo tu w Polsce, bo w Anglii.
Oczywiście, w PL wszystko jest źle, za to w UK cót, mjut i ożerzki.
Kurwa mać.
I drze się, jak stare kalesony na płocie. Nie, że ja niedosłyszę, on się tak zawsze drze, wszyscy go stale o to opieprzają, ale on tak ma.
Czasem wstyd z nim być w środku lokomocji publicznej.
No nic.
W pociągu, a jakże, kotecek
W K. wita nas
dojeżdżałam nią 8 lat do szkoły, teraz rdza ją żre.
K. przepiękny jak zawsze
Na cmentarzu grób moich Umarlaków osobistych spoko, koleżanka dba, tylko umyć i nówka nieśmigana. Za to grób Dziadków i Cioci woła o pomstę do nieba, zarośnięte chwastami ścieżki - wynieśliśmy dwa 60-litrowe worki śmieci.
Gotuje się we mnie.
Kurwica mnie bierze.
Płytki wokół grobu się chwieją. Gówno zrobione. A jakże, Lucy była, wsadziła badyle (brzydkie) do wazonu i poszła w pizdu.
Pisałam do niej przed wyjazdem, ale powiedziała, że nie ma czasu. W wyborach bierze udział, kandyduje. Olałabym, gdyby płyta była brudna, ma jeszcze czas do Wszystkich Świętych, jest na miejscu. Ale reszta? Palcem nietknięte, a ona "nie ma czasu".
W mordę jeża.
Odnawiam litery na obu grobach, Pierworodny walczy z chwastami. W sumie on tylko chwasty ogarnął, ale ja bym z tym nie dała może sama rady. Wywalam kwiaty wszystkie, wstawiam świeżo kupione i mam na resztę wyjebane. Grób nie choinka, jest czysty, kwiaty świeże. Daję za nie w sumie 60, Lucy posłałam 50 na jeden grób.
Kurwa.
Te dwa czerwone to moje.
Idziemy na obiad, a po drodze
Dobra zmiana, co nie? Tak będzie.
Cristal na szczęście nie ma stypy i zjadamy
Nie da się opisać. Smaku. Pierworodny nie żałuje sobie, dodatkowo zupa i przystawka i nawet jak na K. wychodzi mi solidny rachunek. Jego już na to nie stać :D
Wracamy, bilety z mojej kieszeni, więc w sumie za podróż zapłaciłam dużo więcej, ja mam zniżkę, on nie. Mam teraz tyle czasu, że nawet te chwasty ogarnęłabym sama, no ale doceniam pomoc mimo wszystko. Żeby tylko nie trzaskał tak dziobem "ale mamo, ale mamo"huczy mi w głowie i tęsknię za playlistą...
W sobotę Manhattan. Pierworodny chce do fryzjera i kupić rajstopy dla MW. Ja przedtem kupiłam jej bardzo drogą bluzę "bo MW będzie się podobała" i zapowiedziałam, że stop, bo to drogie. Sobie takich drogich rzeczy nie kupuję., a przecież ja parę lat ponoszę, a ona wyrośnie. Oczywiście nie ma portfela. Mamusia płaci za fryzjera i za rajstopy. Za rajstopy 40 zł. Japierdolę.
SMS.
Musi wrócić do pracy we wtorek (miał być w PL do środy).
Nieporozumienie z urlopem. Zastanawiam się, czy sam nachamęcił, czy tak jak mówi, szefowi odbiło. No nic, musi wrócić. OK. Mówię, że nie ma sprawy, przeżyję, że nie zrobił nic, co miał zrobić. Życie.
Przebukowany bilet droższy jak poprzedni w obie strony, trudno :) Na szczęście płaci sam, inna bajka, że moją kartą, bo swojej nie ma, bo coś tam, coś tam. Jego żona poszła do banku bez dowodu i też nie ma pieniędzy, ale ma pretensje, że jej bank nie załatwił.
Nie załamuję się.
Po fryzjerze kąpiel i to zaraz już. Rozumiem, też tak mam. Ale kąpiel z telefonem trwa godzinę i ucieka nam autobus, pasujący. Następny za godzinę.
Dzwoni Synowa. Jakiemuś ich znajomemu ukradziono w UK rower wart 7 tys. funtów. Rower odnalazł się w... Poznaniu. Czy Pierworodny może zadzwonić na podany numer oficera prowadzącego, odebrać rower i przetransportować go samolotem do UK? Włosy stają mi dęba na głowie i już nie opadają, człowiek, który potrafi własne dziecko wieźć samolotem z nieważnymi dokumentami ma przewozić sprzęt wart 7 tys. funtów? Jeżu kolczasty... Na szczęście polska policja staje na wysokości zadnia i nie odbiera w sobotę telefonu na posterunku w Tarnowie Podgórnym... Nie pytajcie mnie, dlaczego tam, niebiosom dzięki.Post factum okazuje się, że sprawa jest nadal w toku i na pewno by mu tego roweru nie wydali na piękne oczy :P Dzięki bogom partii i nawet prezesowi :)
Jedziemy do M. na grób Eksa.
Na grobie nie ma wieńca, który zostawiłam pod koniec sierpnia. Zastanawiam się, czy ktoś z kochającej rodziny wyrzucił, no ale dlaczego nie położył swojego? Na płocie przy jednym z grobów widzę kartkę z ostrzeżeniem dla złodzieja, że jest obserwowany. Widocznie M. nie na darmo cieszy się w mojej wiosce złą opinią. Piszę do rodziny Eksa, oczywiście, oprócz ukochanego szwagra, mówią, że raczej nikt nie wyrzucał, że kradną. Dobrze, że znalazłam w miarę tani wieniec (wszędzie od 60 zł w górę). Nie zarabiam tyle, żeby złodziei utrzymywać. Żałuję, że nie polałam woskiem wieńca, ale trudno.
Idziemy na autobus.
Kawiarnie zamknięte, już po sezonie.
Autobus za 4 godziny, rozkład w necie nieaktualny.
Idziemy na dworzec.
Pociąg za 3 godziny (a Kierownik Budowy mówił, że co pół godziny jeżdżą, kurwa mać(.
A ja w sandałkach, a zaczął wiać mroźny wiatr.
I Pierworodny wciąż nawija o kolejach w UK, o prywatyzacji, nacjonalizacji i innych chujach-mujach.
Baran wie, o czym mówię :)
Za bilet (dwa razy droższy niż na MPK) płaci znów mamusia.
Na szczęście obiad mamy w domu, ale zmachana jak koń po westernie to ja go gotuję. Bo Pierworodny, i owszem, chętnie, ale...
Sprzątanie bajzlu, to wolę sama ugotować :D
A w M. na dworcu: Romeo został przy pustym stole, Julia odeszła, choć nie ta sama, w XXI wieku też przeżyć można mistrza Szekspira klasyczny dramat :)
Mieliśmy jeszcze jechać do Castoramy po części do napraw w łazience, ale mówię nie, bo mnie już wszystko przerasta.
Dobrze, że niedziela niehandlowa, bo miał jeszcze buty kupić, a że nie ma kasy, to ja bym płaciła.
Wiem, głupia jestem, ale...
To moje dziecko, nie tak wychowywałam.
I na dokładkę cały czas jedzie po Inżynierze jak po łysym psie, że to źle, ze to niedobrze, że on by inaczej zrobił.
W końcu wybucham i mówię, że ma się odjaniepawlić od Inżyniera.
Jeżeli robi źle, robi źle na własny rachunek. Że ja nikomu nie wytykam nic, oni też robią jak chcą, chociaż niekoniecznie mi to odpowiada.
Focha się, ale nie na długo, bo przypomina mu się nagle, co Elżbieta II powiedziała.
Ojapierdolę.
Rano wybory i spacer.
Taka badziewną fotkę mi trzasnął, bo był zajęty tłumaczeniem mi reguł głosowania w UK.
I tak politycznie spacer nam minął.
Nie licząc małych przyjemności.
Obiad poszłam gotować, a Pierworodny spać.
A potem kurcgalopkiem na lotnisko.
Zadowolona jednak byłam, że odleciał w niedzielę, a nie w środę, tym bardziej, że pogoda się schrzaniła, bo oszczędziłam sobie i nerwów i martwienia się, czy doleci.
Nie, że nabałaganił, starał się, ale...
Wiecznie zajęty kibel, bo siedzi w nim z telefonem.
I te drobiazgi, których mój staropanieński mózg już nie cierpi.
Podsumowałam finanse: w 5 dni wydałam ponad 1200 zł.
Japierdolę.
Nieważne.
Ale ani jednego dziękuję nie usłyszałam, jak dojechał i rozdał wszystko "co dzieci by chciały". A coś we mnie pękło.
Potem okazało się, że teleskop od Inżyniera za niebagatelną kwotę, o którym "marzyła MW" i dostała na Gwiazdkę stoi nieużywany, bo nie.
A co się nasłuchałam, że na nowe mieszkanie teściowie im z Polski meble wyślą, nowe, tu kupione, to moje.
Nie, nie kupię im nowych mebli.
Moja równowaga finansowa poszła się jebać, jeszcze muszę kupić walutę. Nie stać mnie na nowe meble dla siebie, a co, nie można mieć używanych? Ja mam 60-letnie i dobrze.
Oddałam co do centa, co dał na remont.
Nie mam żadnych zobowiązań, Pierdolę.
Żebym chociaż dziękuję usłyszała, ale nie.
Nieważne.
W poniedziałek warzywka i w redakcji czekała na mnie sówka.
Bo lubię sówki.
Bo chciałam taką od dawna mieć, niefortunnie zamówiłam teraz, bo mogłam bez niej żyć, ale trudno :)
Piękna jest, co nie?
A tak wygląda wieczorem...
Wrzuciłam na fejsika.
Synowa, że Mala Wiedźma o takiej marzy...
Pierworodny, że wnuki też chcą.
Posyłam linka, robi to żona mojego kolegi.
Cisza.
Piszę, że chcieć mogą. Piszę do Pierworodnego, że mogą sobie kupić, ma uzgodnić z żoną, a ja zamówię wzór, jaki wybiorą.
Cisza.
Trudno, muszą znaleźć innego sponsora.
Dziś przychodzi certyfikat SEP. Piszę do Pierworodnego, każe otworzyć kopertę. Certyfikat jest po polsku, nie ma w nim słowa, że jest ważny na terenie UK. A miał być tłumaczony na angielski i ważny na całą UK. Kręci, jak zwykle, że nie płacił za przetłumaczenie, że będzie zdawał z tym egzamin w UK. Wywnętrzam się na Inżynierze, bo na kimś muszę.
Znów kłamie i kombinuje.
Że mu w SEP przetłumaczą.
Przecież to musi być tłumaczenie przysięgłe.
Ale w sumie, co mnie to?
Zastanawiam się, czy warto było mu dawać tę kasę?
Nie musiałam, ale jak widzę, że to dalej o kant dupy...
Nieważne.
Wyłączam się, jadę do Castoramy.
Kupuję klapkę do papieru do dupy, bo znów padła i kołki do półek.
Kołki nie pasują, nie ma dłuższych.
Wkręcam w szafę śruby czy jak to się zwie. Przechodzą na drugą stronę, ale zabezpieczam. Pierdolę. Półka się trzyma, w szafie porządek.
Nic na siłę, wszystko młotkiem.
Zajmę się przez najbliższe dni sobą. Może pojadę do Eksa zobaczyć, może nie. Za zimno, żeby tam łazić godzinami po tej pipidówie. A powrót jak loteria. Spasuję, Świeczkę mu, jak i innym Umarlakom tu zapalę, gdzie jestem.
Trudno.
Ukradną wieniec, to ukradną.
Leży tam też ich ojciec. Oni wszyscy mają samochody. Szwagierka, która dotąd dbała o ten grób wyniosła się w Bieszczady.
A ja?
Pierdolę.
Eks wie, że byłam.
A resztę mam w dupie.
W poniedziałek piszę do Lucy, że sprawę odstąpienia grobu uważam za otwartą. Że chociaż powiedziałam tak od razu, to jednak sprawa jest otwarta i chcę z nią porozmawiać. Bo nie podoba mi się to, co zastałam na cmentarzu. Że na pomniku nic nie jest ruszone (na wiosnę kafelki nie latały, ale miała przymocować wazon i odnowić litery), że to jednak ja płaciłam za pomnik i nie zostawię grobu ot tak, na poniewierkę i niedbanie, bo obiecałam Cioci, że będzie zaopiekowany. Ze się starzeję i siły już nie mam jak kiedyś. Że zapraszam do rozmowy. Odpisała, że ona ma dużo pracy, że nie zdążyła jeszcze posprzątać, a poza tym ma całą masę grobów na głowie. I że nie było rozmowy i mam zapomnieć.
Już zapominam cię, jak się zapomina sny :)
Jak nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze. Inżynier napisał, że dobrze, ze zatrzymałam groby w swojej jurysdykcji.
Sondę zapuściłam w okolicy, może się uda.
To chyba logiczne, że nie będę płacić za grób dla kogoś, kto o niego nie zadba, a chce za frico i miejsce, i pomnik.
Tam wystarczy tylko płytę z napisem zmienić, a jaką ja mam gwarancję, że nie wywali i Dziadków, i Cioci?
Mam listy, w których Ciocia żali się, że ona jej nic nie pomaga. Obie byłyśmy jest chrześniaczkami, a wszystko zapisała mi. Miałyśmy wspólnego dziadka i inne babcie, ja jestem od tej babci od Cioci.
No ale tam, gdzie w grę wchodzi kasa, zawsze są jakieś wąty.
Koleżanka napisała mi, że Lucy ma złą opinię. Że lekceważy ludzi, gardzi nimi, nie tak, jak jej ojciec.
Ano, widocznie wyżej sra jak dupę ma.
Zatem grób zostaje na mojej głowie.
Czasem od przybytku głowa boli, co nie?
A tu jeszcze 12 listopada wolny, ciekawe, jak to wpłynie na nas, bo mieliśmy na ten dzień zamykanie. Jak się przesunie wszystko, nie wiem, co będzie z ogarnianiem i wylotem.
Jedno wiem, co ma być, będzie.
Na razie leluje pachną jak szalone i nie mam ich gdzie wyeksmitować na noc, bo na balkonie już za zimno i za wietrznie jest :)
Niedziela była maratonowa, fotek strzeliłam 400, ale... nie chce mi się obrabiać i wrzucać, w sumie maraton jak co roku, fotografowany w tym samym miejscu. Wrzucilam część na fejsa i amen.
Zamykanie gładko poszło w miarę, nie licząc zwykłych nerwów, a co tu jęzor znów strzępić. Jakby się naparli na głupie błędy, aż gacie opadały z hukiem.
W środę przyleciał Pierworodny i w domu musiał na mnie czekać, nie było siły, żebym wyszła. Po staremu, uszykowałam mięso i warzywa, dorobił pyry i nakarmił się sam, jeszcze dla matki zostawił.
A jaki bogaty przyjechał, na ten tydzień miał całe 300 zł, ojapierdolę. Ale PEKĘ ode mnie wziął, bo... zgubił gdzieś tę, co mu dałam, no i...
Kto płacił za przejazdy?
W czwartek pojechał na ten kurs i egzaminy. Miały być płatne po. Ja akurat zamykałam. Messenger: czy mogę zapłacić za kurs.
Fakturę miał od paru dni, no ale po co, ja powinnam mocami nadprzyrodzonymi ogarnąć całość.
Więc płacę, z pracowego komputera, czego nienawidzę, wydruk i skan do niego.
Małe miki, co nie?
Wiem już, że nie wyjdę wcześniej, więc mówię: jedź do domu.
Zdaje egzamin i nie jedzie. Zostanie w mieście.
Umawiamy się na dworcu, bo trzeba bilet kupić na piątek do K.
Kupuję bilety, idziemy do knajpy na obiad. Myślałam, że chociaż raz zaofiaruje, że zapłaci za obiad, ale nie. Za to wybiera najdroższe danie z karty. Trudno :p Życie.
Na wieczór proponuje piwo. Kto kupuje piwo? Matka.
W domu reflektuję się, że nie wypłaciłam kasy, zapomniałam, a w K. nie wszędzie są bankomaty. Więc pytam, czy pożyczy mi 100 zł.
Nie ma. Zrobił zakupy "bo dzieciom się będzie podobało". Nawet nie pytam, co kupił.
Za bilety do K. płaciłam oczywiście ja, a któż by.
Jedziemy do K. W sumie... Lepiej, jak jadę sama.
Jestem przy nim milczkiem (znający mnie osobiście uśmieją się, jak i milczenie to niekompatybilne jest). Ale on gada i gada, na dokładkę znam już na wylot całą angielską politykę i monotemat: bo tu w Polsce, bo w Anglii.
Oczywiście, w PL wszystko jest źle, za to w UK cót, mjut i ożerzki.
Kurwa mać.
I drze się, jak stare kalesony na płocie. Nie, że ja niedosłyszę, on się tak zawsze drze, wszyscy go stale o to opieprzają, ale on tak ma.
Czasem wstyd z nim być w środku lokomocji publicznej.
No nic.
W pociągu, a jakże, kotecek
W K. wita nas
dojeżdżałam nią 8 lat do szkoły, teraz rdza ją żre.
K. przepiękny jak zawsze
Na cmentarzu grób moich Umarlaków osobistych spoko, koleżanka dba, tylko umyć i nówka nieśmigana. Za to grób Dziadków i Cioci woła o pomstę do nieba, zarośnięte chwastami ścieżki - wynieśliśmy dwa 60-litrowe worki śmieci.
Gotuje się we mnie.
Kurwica mnie bierze.
Płytki wokół grobu się chwieją. Gówno zrobione. A jakże, Lucy była, wsadziła badyle (brzydkie) do wazonu i poszła w pizdu.
Pisałam do niej przed wyjazdem, ale powiedziała, że nie ma czasu. W wyborach bierze udział, kandyduje. Olałabym, gdyby płyta była brudna, ma jeszcze czas do Wszystkich Świętych, jest na miejscu. Ale reszta? Palcem nietknięte, a ona "nie ma czasu".
W mordę jeża.
Odnawiam litery na obu grobach, Pierworodny walczy z chwastami. W sumie on tylko chwasty ogarnął, ale ja bym z tym nie dała może sama rady. Wywalam kwiaty wszystkie, wstawiam świeżo kupione i mam na resztę wyjebane. Grób nie choinka, jest czysty, kwiaty świeże. Daję za nie w sumie 60, Lucy posłałam 50 na jeden grób.
Kurwa.
Te dwa czerwone to moje.
Idziemy na obiad, a po drodze
Dobra zmiana, co nie? Tak będzie.
Cristal na szczęście nie ma stypy i zjadamy
Nie da się opisać. Smaku. Pierworodny nie żałuje sobie, dodatkowo zupa i przystawka i nawet jak na K. wychodzi mi solidny rachunek. Jego już na to nie stać :D
Wracamy, bilety z mojej kieszeni, więc w sumie za podróż zapłaciłam dużo więcej, ja mam zniżkę, on nie. Mam teraz tyle czasu, że nawet te chwasty ogarnęłabym sama, no ale doceniam pomoc mimo wszystko. Żeby tylko nie trzaskał tak dziobem "ale mamo, ale mamo"huczy mi w głowie i tęsknię za playlistą...
W sobotę Manhattan. Pierworodny chce do fryzjera i kupić rajstopy dla MW. Ja przedtem kupiłam jej bardzo drogą bluzę "bo MW będzie się podobała" i zapowiedziałam, że stop, bo to drogie. Sobie takich drogich rzeczy nie kupuję., a przecież ja parę lat ponoszę, a ona wyrośnie. Oczywiście nie ma portfela. Mamusia płaci za fryzjera i za rajstopy. Za rajstopy 40 zł. Japierdolę.
SMS.
Musi wrócić do pracy we wtorek (miał być w PL do środy).
Nieporozumienie z urlopem. Zastanawiam się, czy sam nachamęcił, czy tak jak mówi, szefowi odbiło. No nic, musi wrócić. OK. Mówię, że nie ma sprawy, przeżyję, że nie zrobił nic, co miał zrobić. Życie.
Przebukowany bilet droższy jak poprzedni w obie strony, trudno :) Na szczęście płaci sam, inna bajka, że moją kartą, bo swojej nie ma, bo coś tam, coś tam. Jego żona poszła do banku bez dowodu i też nie ma pieniędzy, ale ma pretensje, że jej bank nie załatwił.
Nie załamuję się.
Po fryzjerze kąpiel i to zaraz już. Rozumiem, też tak mam. Ale kąpiel z telefonem trwa godzinę i ucieka nam autobus, pasujący. Następny za godzinę.
Dzwoni Synowa. Jakiemuś ich znajomemu ukradziono w UK rower wart 7 tys. funtów. Rower odnalazł się w... Poznaniu. Czy Pierworodny może zadzwonić na podany numer oficera prowadzącego, odebrać rower i przetransportować go samolotem do UK? Włosy stają mi dęba na głowie i już nie opadają, człowiek, który potrafi własne dziecko wieźć samolotem z nieważnymi dokumentami ma przewozić sprzęt wart 7 tys. funtów? Jeżu kolczasty... Na szczęście polska policja staje na wysokości zadnia i nie odbiera w sobotę telefonu na posterunku w Tarnowie Podgórnym... Nie pytajcie mnie, dlaczego tam, niebiosom dzięki.Post factum okazuje się, że sprawa jest nadal w toku i na pewno by mu tego roweru nie wydali na piękne oczy :P Dzięki bogom partii i nawet prezesowi :)
Jedziemy do M. na grób Eksa.
Idziemy na autobus.
Kawiarnie zamknięte, już po sezonie.
Autobus za 4 godziny, rozkład w necie nieaktualny.
Idziemy na dworzec.
Pociąg za 3 godziny (a Kierownik Budowy mówił, że co pół godziny jeżdżą, kurwa mać(.
A ja w sandałkach, a zaczął wiać mroźny wiatr.
I Pierworodny wciąż nawija o kolejach w UK, o prywatyzacji, nacjonalizacji i innych chujach-mujach.
Baran wie, o czym mówię :)
Za bilet (dwa razy droższy niż na MPK) płaci znów mamusia.
Na szczęście obiad mamy w domu, ale zmachana jak koń po westernie to ja go gotuję. Bo Pierworodny, i owszem, chętnie, ale...
Sprzątanie bajzlu, to wolę sama ugotować :D
A w M. na dworcu: Romeo został przy pustym stole, Julia odeszła, choć nie ta sama, w XXI wieku też przeżyć można mistrza Szekspira klasyczny dramat :)
Mieliśmy jeszcze jechać do Castoramy po części do napraw w łazience, ale mówię nie, bo mnie już wszystko przerasta.
Dobrze, że niedziela niehandlowa, bo miał jeszcze buty kupić, a że nie ma kasy, to ja bym płaciła.
Wiem, głupia jestem, ale...
To moje dziecko, nie tak wychowywałam.
I na dokładkę cały czas jedzie po Inżynierze jak po łysym psie, że to źle, ze to niedobrze, że on by inaczej zrobił.
W końcu wybucham i mówię, że ma się odjaniepawlić od Inżyniera.
Jeżeli robi źle, robi źle na własny rachunek. Że ja nikomu nie wytykam nic, oni też robią jak chcą, chociaż niekoniecznie mi to odpowiada.
Focha się, ale nie na długo, bo przypomina mu się nagle, co Elżbieta II powiedziała.
Ojapierdolę.
Rano wybory i spacer.
Taka badziewną fotkę mi trzasnął, bo był zajęty tłumaczeniem mi reguł głosowania w UK.
I tak politycznie spacer nam minął.
Nie licząc małych przyjemności.
Obiad poszłam gotować, a Pierworodny spać.
A potem kurcgalopkiem na lotnisko.
Zadowolona jednak byłam, że odleciał w niedzielę, a nie w środę, tym bardziej, że pogoda się schrzaniła, bo oszczędziłam sobie i nerwów i martwienia się, czy doleci.
Nie, że nabałaganił, starał się, ale...
Wiecznie zajęty kibel, bo siedzi w nim z telefonem.
I te drobiazgi, których mój staropanieński mózg już nie cierpi.
Podsumowałam finanse: w 5 dni wydałam ponad 1200 zł.
Japierdolę.
Nieważne.
Ale ani jednego dziękuję nie usłyszałam, jak dojechał i rozdał wszystko "co dzieci by chciały". A coś we mnie pękło.
Potem okazało się, że teleskop od Inżyniera za niebagatelną kwotę, o którym "marzyła MW" i dostała na Gwiazdkę stoi nieużywany, bo nie.
A co się nasłuchałam, że na nowe mieszkanie teściowie im z Polski meble wyślą, nowe, tu kupione, to moje.
Nie, nie kupię im nowych mebli.
Moja równowaga finansowa poszła się jebać, jeszcze muszę kupić walutę. Nie stać mnie na nowe meble dla siebie, a co, nie można mieć używanych? Ja mam 60-letnie i dobrze.
Oddałam co do centa, co dał na remont.
Nie mam żadnych zobowiązań, Pierdolę.
Żebym chociaż dziękuję usłyszała, ale nie.
Nieważne.
W poniedziałek warzywka i w redakcji czekała na mnie sówka.
Bo lubię sówki.
Bo chciałam taką od dawna mieć, niefortunnie zamówiłam teraz, bo mogłam bez niej żyć, ale trudno :)
Piękna jest, co nie?
A tak wygląda wieczorem...
Wrzuciłam na fejsika.
Synowa, że Mala Wiedźma o takiej marzy...
Pierworodny, że wnuki też chcą.
Posyłam linka, robi to żona mojego kolegi.
Cisza.
Piszę, że chcieć mogą. Piszę do Pierworodnego, że mogą sobie kupić, ma uzgodnić z żoną, a ja zamówię wzór, jaki wybiorą.
Cisza.
Trudno, muszą znaleźć innego sponsora.
Dziś przychodzi certyfikat SEP. Piszę do Pierworodnego, każe otworzyć kopertę. Certyfikat jest po polsku, nie ma w nim słowa, że jest ważny na terenie UK. A miał być tłumaczony na angielski i ważny na całą UK. Kręci, jak zwykle, że nie płacił za przetłumaczenie, że będzie zdawał z tym egzamin w UK. Wywnętrzam się na Inżynierze, bo na kimś muszę.
Znów kłamie i kombinuje.
Że mu w SEP przetłumaczą.
Przecież to musi być tłumaczenie przysięgłe.
Ale w sumie, co mnie to?
Zastanawiam się, czy warto było mu dawać tę kasę?
Nie musiałam, ale jak widzę, że to dalej o kant dupy...
Nieważne.
Wyłączam się, jadę do Castoramy.
Kupuję klapkę do papieru do dupy, bo znów padła i kołki do półek.
Kołki nie pasują, nie ma dłuższych.
Wkręcam w szafę śruby czy jak to się zwie. Przechodzą na drugą stronę, ale zabezpieczam. Pierdolę. Półka się trzyma, w szafie porządek.
Nic na siłę, wszystko młotkiem.
Zajmę się przez najbliższe dni sobą. Może pojadę do Eksa zobaczyć, może nie. Za zimno, żeby tam łazić godzinami po tej pipidówie. A powrót jak loteria. Spasuję, Świeczkę mu, jak i innym Umarlakom tu zapalę, gdzie jestem.
Trudno.
Ukradną wieniec, to ukradną.
Leży tam też ich ojciec. Oni wszyscy mają samochody. Szwagierka, która dotąd dbała o ten grób wyniosła się w Bieszczady.
A ja?
Pierdolę.
Eks wie, że byłam.
A resztę mam w dupie.
W poniedziałek piszę do Lucy, że sprawę odstąpienia grobu uważam za otwartą. Że chociaż powiedziałam tak od razu, to jednak sprawa jest otwarta i chcę z nią porozmawiać. Bo nie podoba mi się to, co zastałam na cmentarzu. Że na pomniku nic nie jest ruszone (na wiosnę kafelki nie latały, ale miała przymocować wazon i odnowić litery), że to jednak ja płaciłam za pomnik i nie zostawię grobu ot tak, na poniewierkę i niedbanie, bo obiecałam Cioci, że będzie zaopiekowany. Ze się starzeję i siły już nie mam jak kiedyś. Że zapraszam do rozmowy. Odpisała, że ona ma dużo pracy, że nie zdążyła jeszcze posprzątać, a poza tym ma całą masę grobów na głowie. I że nie było rozmowy i mam zapomnieć.
Już zapominam cię, jak się zapomina sny :)
Jak nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze. Inżynier napisał, że dobrze, ze zatrzymałam groby w swojej jurysdykcji.
Sondę zapuściłam w okolicy, może się uda.
To chyba logiczne, że nie będę płacić za grób dla kogoś, kto o niego nie zadba, a chce za frico i miejsce, i pomnik.
Tam wystarczy tylko płytę z napisem zmienić, a jaką ja mam gwarancję, że nie wywali i Dziadków, i Cioci?
Mam listy, w których Ciocia żali się, że ona jej nic nie pomaga. Obie byłyśmy jest chrześniaczkami, a wszystko zapisała mi. Miałyśmy wspólnego dziadka i inne babcie, ja jestem od tej babci od Cioci.
No ale tam, gdzie w grę wchodzi kasa, zawsze są jakieś wąty.
Koleżanka napisała mi, że Lucy ma złą opinię. Że lekceważy ludzi, gardzi nimi, nie tak, jak jej ojciec.
Ano, widocznie wyżej sra jak dupę ma.
Zatem grób zostaje na mojej głowie.
Czasem od przybytku głowa boli, co nie?
A tu jeszcze 12 listopada wolny, ciekawe, jak to wpłynie na nas, bo mieliśmy na ten dzień zamykanie. Jak się przesunie wszystko, nie wiem, co będzie z ogarnianiem i wylotem.
Jedno wiem, co ma być, będzie.
Na razie leluje pachną jak szalone i nie mam ich gdzie wyeksmitować na noc, bo na balkonie już za zimno i za wietrznie jest :)
sobota, 13 października 2018
Cudne
mamy lato tej jesieni, Kochany Pamiętniczku, nie da się tego ukryć.
Wiem, powinnam kijki w dłoń i w siną dal, w siną dal...
Ale co słoneczko rano wstanie, to mam w pokoju i w kuchni TAKIE brudne szyby :P
Widocznie mam TE dni. Według tradycji rodzinnej nie mogę z tym walczyć.
Więc nie walczyłam, uległam i...
Była akcja Windows 10.
Serce mnie bolało, bo na włóczęgę wołało, ale...
Widok przez czyste szyby wynagrodził wszystko.
Tym bardziej, że fotki cudne mam, ale...
Trzeba je zgrać, a to cała operacja logistyczna, która odbędzie się jutro, po maratonie.
Bo jednak i na maraton mam pierdalca :P
Jak co roku, a w tym wyjątkowo pogoda sprzyja, stanę na słoneczku i nawet swetra nie potrzebuję :P
A na Manhattanie dorwałam
To są klocki drewniane, takie kwadratowe. Mają sześć obrazków. Coś a la puzzle. Pamięta ktoś z moich czytaczy na czym to polegało? Będzie Pierworodny, zapytam, czy chce dla Papryczka. Jak nie, może Inżynier weźmie dla Alienka. A jak nie, bo teraz to wiadomo, cuda wianki, sama będę się tym bawić na starość jak zdziecinnieję (do tego niewiele mi brakuje).
Wciąż widzę siebie na tym popielatym dywanie, zabranym z R., który wyleciał na śmietnik chyba po 40 latach służby, jak przekładam kolejne warstwy klocków, a chłopcy zanoszą się śmiechem, że to tak pięknie się układa...
Znów dzień przeminął, dał może mniej niż pragnął dać..
Wiem, powinnam kijki w dłoń i w siną dal, w siną dal...
Ale co słoneczko rano wstanie, to mam w pokoju i w kuchni TAKIE brudne szyby :P
Widocznie mam TE dni. Według tradycji rodzinnej nie mogę z tym walczyć.
Więc nie walczyłam, uległam i...
Była akcja Windows 10.
Serce mnie bolało, bo na włóczęgę wołało, ale...
Widok przez czyste szyby wynagrodził wszystko.
Tym bardziej, że fotki cudne mam, ale...
Trzeba je zgrać, a to cała operacja logistyczna, która odbędzie się jutro, po maratonie.
Bo jednak i na maraton mam pierdalca :P
Jak co roku, a w tym wyjątkowo pogoda sprzyja, stanę na słoneczku i nawet swetra nie potrzebuję :P
A na Manhattanie dorwałam
To są klocki drewniane, takie kwadratowe. Mają sześć obrazków. Coś a la puzzle. Pamięta ktoś z moich czytaczy na czym to polegało? Będzie Pierworodny, zapytam, czy chce dla Papryczka. Jak nie, może Inżynier weźmie dla Alienka. A jak nie, bo teraz to wiadomo, cuda wianki, sama będę się tym bawić na starość jak zdziecinnieję (do tego niewiele mi brakuje).
Wciąż widzę siebie na tym popielatym dywanie, zabranym z R., który wyleciał na śmietnik chyba po 40 latach służby, jak przekładam kolejne warstwy klocków, a chłopcy zanoszą się śmiechem, że to tak pięknie się układa...
Znów dzień przeminął, dał może mniej niż pragnął dać..
piątek, 12 października 2018
Koń
po westernie ma więcej siły niż ja dziś, Kochany Pamiętniczku.
Poszłam sobie radosna, z nadzieją, że znów wszystko w oddali, a okazało się, że jest do zrobienia dodatkowo broszura.
A jakże, znienacka, chyłkiem i ukradkiem.
Tylko 30 stron.
Nówka nieśmigana, bo pan redachtór zaskoczony znienacka nie miał czasu jej nawet okiem ogarnąć, a i w połowie dnia wypisał urlop na pół dnia i poszedł w siną dal, w siną dal, nawet nie lewa, prawa.
A ja zostałam z robotą, ale nie zrobiłam jej z palcem w dupie, ponieważ albowiem przerwał mi ją, zanim wyszedł, bo przełamywał.
I tym pięknym sposobem posiedziałam dużo dłużej, z jednej strony OK, bo trochę dorzucili, z drugiej - kurwa mać, jak mam zrobić w dwa dni 240 stron plus dodatkowe30?
Zrobię, zrobię, ale mam coraz mniej sił na to wszystko.
Wracając do domu zastanawiałam się, czy aż tak się zestarzałam, czy to wina tych 24 stopni w cieniu?
Ludzie popylają w czapeczkach, kubraczkach, zimowych pikowanych płaszczach z kapturem i kozaczkach, a mi jest wciąż gorąco, chociaż na nóżkach mam sandałki i wciąż letnie bluzy.
Starość jest okrutna.
Dora dopieściła mnie, przesyłając personalnie przecudne zdjątka kłodzkiego winobluszczu, którego jestem zagorzałą fanką.
Jak już przejdę na emeryturę (hahahahaha, jestem na emeryturze od dawna) zafunduję sobie jakieś wczasy w Kłodzku. Tyle że tam wszędzie pod górkę, a pewno i pod wiatr :P
Tym niemniej dziękuję serdecznie, Doro :) :*
Gosia się odezwała, że to niby jutro ten zjazd na 45-lecie matury.
Ona nie pojedzie, bo nie stać ją na lot na weekend z Niemiec do K. Bo pracuje w Niemczech, rodzinę ma w K.
A ja zwyczajnie nie mam ochoty, a teraz okazuje się, że i siły bym na to nie miała.
No, może nie do końca.
Ale okna brudne jak zaraza, chaupka nieogarnięta, a w niedzielę maraton. W środę przylatuje Pierworodny. Ten nawet nie zwróci uwagi na otoczenie, no ale muszę czymś lodówkę zapełnić, a i do memłona go z radością przytulę. Paskudny jest, ale mój i innego już nie będę miała :)
Serio?
Zdziwaczałam tak, że bawi mnie bardziej mycie okien niż spotkanie z ludźmi po tylu latach.Ale halo, halo i co z tego? Jak się w 1973 rozeszliśmy, roniąc łezki, tak przez te wszystkie lata każdy pisał swoją powieść. Mnie w niej nie ma, więc? W mojej ich też nie ma.
Okazuje się, że połowy z nich nie pamiętam, nie skojarzę jeszcze więcej i...
To były piękne dni, dni młodości, w którymś momencie nasze drogi się rozeszły i co z tego, że 45 lat temu zdawaliśmy razem maturę?
Przez te 40 lat nie miałam z nikim z tych ludzi kontaktu. Na FB odnalazłam się z Gosią, a reszta to nawet jak jest, to... kocha PiS.
Nosz, kurwa mać.
Wiem, wiem, okropna ze mnie kobieta, ale co ja na to poradzę?
I tak zląduję w K. za tydzień, u Umarlaków.
Oni mają priorytet.
A na razie fotelik, jutro zapieprz start...
I życie pędzi coraz prędzej :)
Trochę wolniej, życie, nowe sandałki obtarły mi nogi w tym upale...
Poszłam sobie radosna, z nadzieją, że znów wszystko w oddali, a okazało się, że jest do zrobienia dodatkowo broszura.
A jakże, znienacka, chyłkiem i ukradkiem.
Tylko 30 stron.
Nówka nieśmigana, bo pan redachtór zaskoczony znienacka nie miał czasu jej nawet okiem ogarnąć, a i w połowie dnia wypisał urlop na pół dnia i poszedł w siną dal, w siną dal, nawet nie lewa, prawa.
A ja zostałam z robotą, ale nie zrobiłam jej z palcem w dupie, ponieważ albowiem przerwał mi ją, zanim wyszedł, bo przełamywał.
I tym pięknym sposobem posiedziałam dużo dłużej, z jednej strony OK, bo trochę dorzucili, z drugiej - kurwa mać, jak mam zrobić w dwa dni 240 stron plus dodatkowe30?
Zrobię, zrobię, ale mam coraz mniej sił na to wszystko.
Wracając do domu zastanawiałam się, czy aż tak się zestarzałam, czy to wina tych 24 stopni w cieniu?
Ludzie popylają w czapeczkach, kubraczkach, zimowych pikowanych płaszczach z kapturem i kozaczkach, a mi jest wciąż gorąco, chociaż na nóżkach mam sandałki i wciąż letnie bluzy.
Starość jest okrutna.
Dora dopieściła mnie, przesyłając personalnie przecudne zdjątka kłodzkiego winobluszczu, którego jestem zagorzałą fanką.
Jak już przejdę na emeryturę (hahahahaha, jestem na emeryturze od dawna) zafunduję sobie jakieś wczasy w Kłodzku. Tyle że tam wszędzie pod górkę, a pewno i pod wiatr :P
Tym niemniej dziękuję serdecznie, Doro :) :*
Gosia się odezwała, że to niby jutro ten zjazd na 45-lecie matury.
Ona nie pojedzie, bo nie stać ją na lot na weekend z Niemiec do K. Bo pracuje w Niemczech, rodzinę ma w K.
A ja zwyczajnie nie mam ochoty, a teraz okazuje się, że i siły bym na to nie miała.
No, może nie do końca.
Ale okna brudne jak zaraza, chaupka nieogarnięta, a w niedzielę maraton. W środę przylatuje Pierworodny. Ten nawet nie zwróci uwagi na otoczenie, no ale muszę czymś lodówkę zapełnić, a i do memłona go z radością przytulę. Paskudny jest, ale mój i innego już nie będę miała :)
Serio?
Zdziwaczałam tak, że bawi mnie bardziej mycie okien niż spotkanie z ludźmi po tylu latach.Ale halo, halo i co z tego? Jak się w 1973 rozeszliśmy, roniąc łezki, tak przez te wszystkie lata każdy pisał swoją powieść. Mnie w niej nie ma, więc? W mojej ich też nie ma.
Okazuje się, że połowy z nich nie pamiętam, nie skojarzę jeszcze więcej i...
To były piękne dni, dni młodości, w którymś momencie nasze drogi się rozeszły i co z tego, że 45 lat temu zdawaliśmy razem maturę?
Przez te 40 lat nie miałam z nikim z tych ludzi kontaktu. Na FB odnalazłam się z Gosią, a reszta to nawet jak jest, to... kocha PiS.
Nosz, kurwa mać.
Wiem, wiem, okropna ze mnie kobieta, ale co ja na to poradzę?
I tak zląduję w K. za tydzień, u Umarlaków.
Oni mają priorytet.
A na razie fotelik, jutro zapieprz start...
I życie pędzi coraz prędzej :)
Trochę wolniej, życie, nowe sandałki obtarły mi nogi w tym upale...
czwartek, 11 października 2018
Przeżułam
Kochany Pamiętniczku.
Nie dam się.
Widocznie są osoby, które muszą się dowartościować kopiąc innych, słabszych od siebie bądź podlegających im.
Kij im w oko, bo w dupę przyjemność by jeszcze mieli jak coś :)
A tu próbka, próbeczka. Interpunkcja leży i kwiczy, kotecek przecudnej urody, ale kto znajdzie resztę błędów? Dwie panie redachtórki, którym to pokazałam, pokiwały głowami i rzekły, że one by na to nie wpadły, że to błąd.
Konia z rzędem albo piwo w Brovarii temu, kto to znajdzie :P
Ale dość o smętnym życiu korektorki.
Wczoraj wstałam i zachwyciła mnie mgła nad Dębiną. Jaki cudny widok.
Odpaliłam kompa i moje dzieciństwo legło w gruzach. To nie była mgła, to był smog! I to, co latami brałam za mgiełkę nad stawami to zwykły, ordynarny smog, który powoduje, że coraz ciężej mi oddychać.
Psiakrew, psiakość i ojapierdolę.
Pogoda jak marzenie, wczoraj poszłam w sandałkach, dziś okazało się, że sandałki pękły. No ale trzy sezony wytrzymały, w tym sezon chodzenia na pieszo do pracy i z pracy. Więc dziś wywlokłam te nowe, co je dwa razy na nogach miałam. Słusznie uczyniłam, ale mam poobcierane nogi, jak na początku sezonu. Ale parę dni ma być jeszcze lato.
I przysłali SMS, że są aparaty. Ponieważ praca wre jak w ulu po warrozie, więc rzuciłam to i pojechałam się odniepełnosprytnić :)
I myślałam, że panią, która mnie na to namówiła, wycałuję i uduszę. Nie przesadzała, jednak technika poszła naprzód. Fizycznie różnicy za bardzo nie widać, ale technicznie tak.
Całkiem inny dźwięk.
No i portfel lżejszy o 3500, ale naprawdę warto.
Nie wzięłam faktury VAT, dopiero na przystanku uświadomiłam sobie, że jednak faktura jest mi potrzebna, bo odpiszę sobie to od podatku, zawsze parę setek do mnie wróci.
Więc z powrotem do centrum i doślą mi pocztą.
A na Alledrogo, szukając gadżetów znalazłam aparaty za 35 zł... Hmmm.... Przepłaciłam?
Nie dam się.
Widocznie są osoby, które muszą się dowartościować kopiąc innych, słabszych od siebie bądź podlegających im.
Kij im w oko, bo w dupę przyjemność by jeszcze mieli jak coś :)
A tu próbka, próbeczka. Interpunkcja leży i kwiczy, kotecek przecudnej urody, ale kto znajdzie resztę błędów? Dwie panie redachtórki, którym to pokazałam, pokiwały głowami i rzekły, że one by na to nie wpadły, że to błąd.
Konia z rzędem albo piwo w Brovarii temu, kto to znajdzie :P
Ale dość o smętnym życiu korektorki.
Wczoraj wstałam i zachwyciła mnie mgła nad Dębiną. Jaki cudny widok.
Odpaliłam kompa i moje dzieciństwo legło w gruzach. To nie była mgła, to był smog! I to, co latami brałam za mgiełkę nad stawami to zwykły, ordynarny smog, który powoduje, że coraz ciężej mi oddychać.
Psiakrew, psiakość i ojapierdolę.
Pogoda jak marzenie, wczoraj poszłam w sandałkach, dziś okazało się, że sandałki pękły. No ale trzy sezony wytrzymały, w tym sezon chodzenia na pieszo do pracy i z pracy. Więc dziś wywlokłam te nowe, co je dwa razy na nogach miałam. Słusznie uczyniłam, ale mam poobcierane nogi, jak na początku sezonu. Ale parę dni ma być jeszcze lato.
I przysłali SMS, że są aparaty. Ponieważ praca wre jak w ulu po warrozie, więc rzuciłam to i pojechałam się odniepełnosprytnić :)
I myślałam, że panią, która mnie na to namówiła, wycałuję i uduszę. Nie przesadzała, jednak technika poszła naprzód. Fizycznie różnicy za bardzo nie widać, ale technicznie tak.
Całkiem inny dźwięk.
No i portfel lżejszy o 3500, ale naprawdę warto.
Nie wzięłam faktury VAT, dopiero na przystanku uświadomiłam sobie, że jednak faktura jest mi potrzebna, bo odpiszę sobie to od podatku, zawsze parę setek do mnie wróci.
Więc z powrotem do centrum i doślą mi pocztą.
A na Alledrogo, szukając gadżetów znalazłam aparaty za 35 zł... Hmmm.... Przepłaciłam?
poniedziałek, 8 października 2018
W mordę
jeża, Kochany Pamiętniczku. W mordę chlast.
Załatwione, ale jakim kosztem?
Chcą, żebym przyleciała od 1 grudnia.
Czyli muszę wziąć urlop.
To poszłam do Bossa.
I się zaczęło. Że jak można mieć urlop na pół etatu? Że za dużo zarabiam (WTF? OD ośmiu lat ta sama pensja, rzygać mi się chce). Że przecież mam jeszcze dwie fuchy, więc jak to w pracy biorę urlop, a fuchy robię? Między nami, kogo obchodzi, co robię podczas urlopu. I pierdyliard innych kombinacji. Uspokoił się dopiero, gdy powiedziałam, że jedno zamykam 30 listopada, a drugiego nie zrobię w grudniu.
Kurwa.
I mam wszystkie dodatkowe prace robić za darmo, bo łaskawie dostaję urlop.
Taka łaska pańska, co nie, kurwa?
Wypisałam cały urlop, choć wystarczyłoby na 9 dni, ale niech się udławi. Nie skrzywdzę się, ale rzygam do niebios tym urlopem. Będzie jeden miesiąc bez pracy i niech sobie posmakuje, jak to jest mieć kogoś innego. W sumie ludzie są źli, on uważa, że będzie OK.
Nie chciałam odmawiać Inżynierowi, może przejrzy na oczy po tym, jakie są warunki u polskich panów.
I poszłam się upewnić, że faktycznie zamykamy 30 listopada. Zamykamy. Ale zaczęła się gadka, że za dużo biorę za zrobienie mu czasopisma. Że księgowość tak stwierdziła, że w porównaniu z macierzystą gazetką mam za dużą pensję. WTF? Co księgowość ma do gadania w sprawie wysokości mojej pensji? Jak naczelny powie, że mam dostać milion, to dostaję milion bez pierdolenia o Szopenie. Milczałam. Zapytał, czy nie zejdę z ceny. Uśmiechnęłam się i powiedziałam, że nie. Że jeżeli mu nie pasuje, może sobie poszukać innej korektorki. Nie, nie, on mnie docenia, ceni, kocha, lubi i szanuje, ale księgowość.
Stanęło na tym, że mam robić, ale mam przemyśleć.
Nie, kurwa, nic nie będę przemyśliwała. Mam ciekawsze rzeczy do myślenia. Wolny rynek - niech sobie bierze co chce. Jestem warta każdej z tych złotówek i ani jednej mniej nie wezmę.
Nie muszę, już nic, KURWA nie muszę.
Warzywka oczywiście po mojej stronie i nie robię warzywek w grudniu :) Pani K. była oburzona i ja też.
Nie są biedni, moja pensja to nawet nie 1/10 ich apanaży, a urwaliby każde 10 zł.
Nie dam się.
Inżynierowi się w pale nie mieściło, że tak można. Można, można, nie pracował tu nigdy tak naprawdę, na etacie, więc...
Tak to jest, syty głodnego nie zrozumie.
Nic to.
Wieczorem z asystą Inżyniera przebukowałam bilet, niedrogo, dopłaciłam tylko niecałe 55 zł. Myślałam, że będzie mnie to więcej kosztowało.
Jak się Kalafiorkówna urodzi, a ja nie będę już tam chciała siedzieć, albo Baran mnie wywali, to sobie przebukuję bilet w drugą stronę i adios amigos.
Ale jestem zniesmaczona na maksa. Jak można tak nie cenić cudzej pracy? Najlepszy kawał, że mojej pracy nie zrobi żaden Hindus ani Ukrainiec. No więc o co biega, kurwa mać? A na zebraniu Boss niby żartem, że sprawdzian zrobi i kto najlepiej napisze, będzie korekcił. Tak, tak, bo to tak, hop, siup, trallalalalala, i apiać. A, szkoda zdrowia. W dupie to mam.
A ranek piękny wstał
W pierwszej chwili myślałam, że Dębina płonie :)
A potem już nie było tak pięknie, bo po wyjściu z domu otoczyły mnie zewsząd mordy. W całej wiosce pełno jest mord, wylewają się ze skrzynek, wypadają nawet z drzwi, leżą na wycieraczkach, wiszą na płotach, na drzewach, na specjalnych stelażach, jeżdżą na autobusach. Obiecują złote góry, kawior, szampan, truskawki i krewetki, chuj wie co jeszcze. Najgorsze są te pisowskie, bo wiadomo, że nie dotrzymali NIC, oprócz tego sławetnego 500+, a całą resztę spierdolili, ale gdzie tam, zbawcy ojczyzny i maluczkich.
Mam odruch wymiotny i zastanawiam się, czy nie iść do lekarza po zwolnienie. Zamknąć się na trzy spusty i przeczekać.
Wszystko.
Przez osiem lat pracy nie opuściłam ani jednego dnia, przychodziłam w czasie urlopu i na każde zawołanie.
Chyba zaczynam sobie dołek kopać.
Będzie głęboki, to wiem.
Załatwione, ale jakim kosztem?
Chcą, żebym przyleciała od 1 grudnia.
Czyli muszę wziąć urlop.
To poszłam do Bossa.
I się zaczęło. Że jak można mieć urlop na pół etatu? Że za dużo zarabiam (WTF? OD ośmiu lat ta sama pensja, rzygać mi się chce). Że przecież mam jeszcze dwie fuchy, więc jak to w pracy biorę urlop, a fuchy robię? Między nami, kogo obchodzi, co robię podczas urlopu. I pierdyliard innych kombinacji. Uspokoił się dopiero, gdy powiedziałam, że jedno zamykam 30 listopada, a drugiego nie zrobię w grudniu.
Kurwa.
I mam wszystkie dodatkowe prace robić za darmo, bo łaskawie dostaję urlop.
Taka łaska pańska, co nie, kurwa?
Wypisałam cały urlop, choć wystarczyłoby na 9 dni, ale niech się udławi. Nie skrzywdzę się, ale rzygam do niebios tym urlopem. Będzie jeden miesiąc bez pracy i niech sobie posmakuje, jak to jest mieć kogoś innego. W sumie ludzie są źli, on uważa, że będzie OK.
Nie chciałam odmawiać Inżynierowi, może przejrzy na oczy po tym, jakie są warunki u polskich panów.
I poszłam się upewnić, że faktycznie zamykamy 30 listopada. Zamykamy. Ale zaczęła się gadka, że za dużo biorę za zrobienie mu czasopisma. Że księgowość tak stwierdziła, że w porównaniu z macierzystą gazetką mam za dużą pensję. WTF? Co księgowość ma do gadania w sprawie wysokości mojej pensji? Jak naczelny powie, że mam dostać milion, to dostaję milion bez pierdolenia o Szopenie. Milczałam. Zapytał, czy nie zejdę z ceny. Uśmiechnęłam się i powiedziałam, że nie. Że jeżeli mu nie pasuje, może sobie poszukać innej korektorki. Nie, nie, on mnie docenia, ceni, kocha, lubi i szanuje, ale księgowość.
Stanęło na tym, że mam robić, ale mam przemyśleć.
Nie, kurwa, nic nie będę przemyśliwała. Mam ciekawsze rzeczy do myślenia. Wolny rynek - niech sobie bierze co chce. Jestem warta każdej z tych złotówek i ani jednej mniej nie wezmę.
Nie muszę, już nic, KURWA nie muszę.
Warzywka oczywiście po mojej stronie i nie robię warzywek w grudniu :) Pani K. była oburzona i ja też.
Nie są biedni, moja pensja to nawet nie 1/10 ich apanaży, a urwaliby każde 10 zł.
Nie dam się.
Inżynierowi się w pale nie mieściło, że tak można. Można, można, nie pracował tu nigdy tak naprawdę, na etacie, więc...
Tak to jest, syty głodnego nie zrozumie.
Nic to.
Wieczorem z asystą Inżyniera przebukowałam bilet, niedrogo, dopłaciłam tylko niecałe 55 zł. Myślałam, że będzie mnie to więcej kosztowało.
Jak się Kalafiorkówna urodzi, a ja nie będę już tam chciała siedzieć, albo Baran mnie wywali, to sobie przebukuję bilet w drugą stronę i adios amigos.
Ale jestem zniesmaczona na maksa. Jak można tak nie cenić cudzej pracy? Najlepszy kawał, że mojej pracy nie zrobi żaden Hindus ani Ukrainiec. No więc o co biega, kurwa mać? A na zebraniu Boss niby żartem, że sprawdzian zrobi i kto najlepiej napisze, będzie korekcił. Tak, tak, bo to tak, hop, siup, trallalalalala, i apiać. A, szkoda zdrowia. W dupie to mam.
A ranek piękny wstał
W pierwszej chwili myślałam, że Dębina płonie :)
A potem już nie było tak pięknie, bo po wyjściu z domu otoczyły mnie zewsząd mordy. W całej wiosce pełno jest mord, wylewają się ze skrzynek, wypadają nawet z drzwi, leżą na wycieraczkach, wiszą na płotach, na drzewach, na specjalnych stelażach, jeżdżą na autobusach. Obiecują złote góry, kawior, szampan, truskawki i krewetki, chuj wie co jeszcze. Najgorsze są te pisowskie, bo wiadomo, że nie dotrzymali NIC, oprócz tego sławetnego 500+, a całą resztę spierdolili, ale gdzie tam, zbawcy ojczyzny i maluczkich.
Mam odruch wymiotny i zastanawiam się, czy nie iść do lekarza po zwolnienie. Zamknąć się na trzy spusty i przeczekać.
Wszystko.
Przez osiem lat pracy nie opuściłam ani jednego dnia, przychodziłam w czasie urlopu i na każde zawołanie.
Chyba zaczynam sobie dołek kopać.
Będzie głęboki, to wiem.
niedziela, 7 października 2018
Merda się
ciągle, Kochany Pamiętniczku, no ale co pani zrobisz, jak nic nie zrobisz.
Na razie merdanie zostawiam na boku, co ma być, będzie, ale uprasza się grzecznie o kciuki, zwłaszcza jutro i w kolejnych dniach, bo nie wiadomo, kiedy uda się załatwić. Informacja o załatwieniu albo i nie ukaże się po załatwieniu albo niezałatwieniu.
I na razie tyle w temacie.
A ja, and Me Shadow, latamy sobie. W sobotę polecieliśmy do wujka Mietka, a babie lato było piękne i plułam sobie w brodę, że polazłam w pełnych butach. I objuczyłam się poncho, bo zrobiło się lato.
W sumie wybrałam się po kapućki
pod Okrąglak, albowiem choć SJ wciąż jest gorąco, to w stopki zimnawo, jak ogrzewanie nie jest włączone, a po przeglądzie szafy okazało się, że stare kapućki muszą na emeryturę, albowiem są podarte i obcierają.
Zatem teraz siedzę w letniej kiecce, bo 23 stopnie mam, balkon uchylony, a w nóżki ciepło i git majonez :P
Po powrocie popełniłam
żurku gar i wygląda na to, że do wtorku będę żurek wpieprzać. Ale dobry wyszedł więc nie narzekam.
A od wujka poleciałam sobie na spacerek
Króciutki, ale jakże treściwy. Winobluszcze już czerwienieją namiętnie, zjazd coraz bliżej, a Adaś niewzruszony jak zawsze. I Uber Eat śmignął na rowerku, a jakże, z Indii czy innej Sri Lanki, a potem ta wycieczka kobiet w chustach. Kiedyś to był ewenement, teraz już wrosło w krajobraz. Jeszcze miałam do Avenidy iść, bo jedna z dziewczyn reklamowała zabawki w jednym sklepie, ale... Organizm mówił: do domu, sio, więc się powlokłam.
A dziś rano Alienek lekkiego focha miał, ale i tak pogadaliśmy. A potem przeprosiłam się z kijkami, bo wczoraj, gdy robiłam czystkę wśród butów nie byłam pewna, czy w ogóle dupę z podłogi podniosę. Spacer przecudny, ale wyszłam w pełni lata, a wracałam w podmuchach mroźnego wiatru. I tego nie lubię, tych wahań temperatury. Zmarzłam tak, że ledwo do domu doleciałam, znaczy się tam, gdzie król chodzi bez orkiestry i bez smartfona :P
Ale cudnie jest, jest cudnie...
Stare Jędze ciepłe kapcie kupują, a fiefureczki zapasy gromadzą, zima sroga będzie ani chybi :D
I Indianie nie tylko chrust gromadzą, ale i całe stosy drewna :P Wiele kubików :P
Nie byłam pewna, jaki to grzyb, więc zostawiłam go w spokoju :)
I tak minął wolny czas, zrobiłam o wiele mniej, niż planowałam, ale akumulatory naładowane, silna, zwarta, gotowa i...
Co ma być, będzie. Zawsze jest.
Choć już życia, psiamać popołudnie...
Na razie merdanie zostawiam na boku, co ma być, będzie, ale uprasza się grzecznie o kciuki, zwłaszcza jutro i w kolejnych dniach, bo nie wiadomo, kiedy uda się załatwić. Informacja o załatwieniu albo i nie ukaże się po załatwieniu albo niezałatwieniu.
I na razie tyle w temacie.
A ja, and Me Shadow, latamy sobie. W sobotę polecieliśmy do wujka Mietka, a babie lato było piękne i plułam sobie w brodę, że polazłam w pełnych butach. I objuczyłam się poncho, bo zrobiło się lato.
W sumie wybrałam się po kapućki
pod Okrąglak, albowiem choć SJ wciąż jest gorąco, to w stopki zimnawo, jak ogrzewanie nie jest włączone, a po przeglądzie szafy okazało się, że stare kapućki muszą na emeryturę, albowiem są podarte i obcierają.
Zatem teraz siedzę w letniej kiecce, bo 23 stopnie mam, balkon uchylony, a w nóżki ciepło i git majonez :P
Po powrocie popełniłam
żurku gar i wygląda na to, że do wtorku będę żurek wpieprzać. Ale dobry wyszedł więc nie narzekam.
A od wujka poleciałam sobie na spacerek
Króciutki, ale jakże treściwy. Winobluszcze już czerwienieją namiętnie, zjazd coraz bliżej, a Adaś niewzruszony jak zawsze. I Uber Eat śmignął na rowerku, a jakże, z Indii czy innej Sri Lanki, a potem ta wycieczka kobiet w chustach. Kiedyś to był ewenement, teraz już wrosło w krajobraz. Jeszcze miałam do Avenidy iść, bo jedna z dziewczyn reklamowała zabawki w jednym sklepie, ale... Organizm mówił: do domu, sio, więc się powlokłam.
A dziś rano Alienek lekkiego focha miał, ale i tak pogadaliśmy. A potem przeprosiłam się z kijkami, bo wczoraj, gdy robiłam czystkę wśród butów nie byłam pewna, czy w ogóle dupę z podłogi podniosę. Spacer przecudny, ale wyszłam w pełni lata, a wracałam w podmuchach mroźnego wiatru. I tego nie lubię, tych wahań temperatury. Zmarzłam tak, że ledwo do domu doleciałam, znaczy się tam, gdzie król chodzi bez orkiestry i bez smartfona :P
Ale cudnie jest, jest cudnie...
Stare Jędze ciepłe kapcie kupują, a fiefureczki zapasy gromadzą, zima sroga będzie ani chybi :D
I Indianie nie tylko chrust gromadzą, ale i całe stosy drewna :P Wiele kubików :P
Nie byłam pewna, jaki to grzyb, więc zostawiłam go w spokoju :)
I tak minął wolny czas, zrobiłam o wiele mniej, niż planowałam, ale akumulatory naładowane, silna, zwarta, gotowa i...
Co ma być, będzie. Zawsze jest.
Choć już życia, psiamać popołudnie...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)