[go: up one dir, main page]

niedziela, 29 kwietnia 2018

Podpisałam

cyrograf w spółdzielni, Kochany Pamiętniczku.
Teraz mam złożyć podanie o zmianę statusu mieszkania.
Biurwa twierdzi, że spółdzielnia nie musi się na to zgodzić.
Więc trzymajcie kciuki, żeby się zgodziła.
Podanie nasmarowane, jedno zdanie, ale co ja się  będę w Pana Tadeusza bawiła,wicie, rozumiecie.
Nie wiem tylko, czy uda mi się to jutro wydrukować, jako że wszystko w mieście w proszku, długi weekend wszak mamy.
Obaczymy.
W sobotę poleciałam na giełdę, bo Eks za mną chodzi.
Sytuacja popierdolona, bo nie mam zielonego pojęcia, co tam na cmentarzu jest, czy zostawili rozgrzebane, czy położą z powrotem pomnik, bo był.
Problem w tym, że w tym grobie leży też teść mojego teścia i sam teść.
Więc nie będę się wpierdalała w rodzinne grobowce.
Sama bym to ogarnęła, nieważne, że za moją kasę.
Ale... Nie ma chuja we wsi, że będę rozmawiała ze szwagrem. Nie i już, choćbym w piekle gnić miała.
Nikt już nie będzie mną pomiatał, nigdy, nikt mi już nie powie "czego, kurwa, chcesz".
Tak, jestem kurwa, ale na własny rachunek i nikt z nich mi nigdy za nic nie płacił.
Amen.
Sorry, Eks...
Zatem kupiłam doniczkę z badylkami, wychodząc z założenia, że płyta czy gleba, doniczka postoi. A że pada co i rusz, o czym świadczą moje biedne, brudne jak dzika świnia okna, zatem badylki powinny jakiś czas wytrzymać.
A takie tam kupiłam

eks fanem badylków nie był, ale paczki ćmików mu na grobie nie zostawię.
Już byłam w ogródku, już z gąską się witałam w tę sobotę, robiąc szybki plan, ale na szczęście luknęłam na rozkład jazdy autobusów.
Trzy godziny musiałabym w tej pipidówie, którą beretem nakryć można, siedzieć, bo nie ma autobusu. A autobus jedzie tam prawie godzinę, a jest to raptem  15 km :)
Więc pojadę jutro, bo wtedy jest autobus raz na godzinę. Na szczęście ichni przewoźnik nie ma sobotniego rozkładu jazdy przez cały tydzień, jak moje kochane MPK :)
Bzy kwitną jak szalone już...
Wyeksmitowałam na balkon amaryliska, zła, bo ledwo zakwitł, to zaraz padł, a czynszu nie płacił, więc mu wody żałowałam.
I co ja paczę któregoś dnia?
Odbił.
A dziś już

Same niespodzianki wokół.

Sprawa Alfiego skończyła się, zanim się zaczęła. Zmarł. Niech spoczywa w pokoju, w lepszym świecie.
Ale co się pod to podpięły wszystkie hieny, łącznie z Rutkowskim w ząbek czesanym, co sobie nabili punktów wszyscy mniej i więcej popaprani, tego się nie odzobaczy i nie odsłyszy.
A na co dzień nie widać nikogo, bieżącego z pomocą do takich ludzi, trzymających za rękę, pomagających.
Bez fleszy, bez huku, bez ścianek i bez wiadomości medialnych.
Bo nawet matka Teresa miała dobry PR, a i kasę ponoć na tym niezłą trzepała.
U nas zaś dalej walka niepełnosprawnych, no ale kasy nie ma, więc solidarnie kto ma się zrzucić? Naród.
A ojczulek z Torunia nie łaska?
Bo wszak Kościół jako instytucja ma owieczki swoje hołubić. I to nie tylko te ledwo poczęte, ale te, co się już na tym padole zameldowały.
Hołubić, chuchać, dbać.
Nie strzyc do gołej skóry.
Kiedyś tak było, w mrocznych czasach komuny, kiedy Kościół w PL był prześladowany.
W mojej rodzinnej wsi, gdzie psy dupami szczekały, było przedszkole. Kto je prowadził? Siostry zakonne. Nie mam zielonego pojęcia, jak wyglądała sprawa opłat za przedszkole, bom dziecięciem niewinnym wtedy była, ale było. I chodziła do niego cała wiocha, moja klasa jak jeden mąż i jedna niewiasta.

Łącznie z córką ówczesnego komendanta milicji w wiosce. Rok 1961. Ja na samym szczycie na tle zakonnicy. A ten młody przystojny ksiądz to odnalazł się po latach i do dziś jest w mojej (byłej, bo zrobili nam nową) parafii, już na emeryturze.
Punkt pielęgniarski, bo nie wiem, jak to nazwać też obsługiwała siostra zakonna. Robiła zastrzyki i inne takie tam. Bo we wsi był tylko felczer i ona.
I stała szpitalka. Stoi do dziś zresztą. Mieszkały tam staruszki z różną przeszłością. Każda miała swój pokój i kuchenkę. Rezydentki, dziś byśmy powiedzieli. Siostry się nimi opiekowały. Była tam też Agata bez nosa, z czarną przepaską, której panicznie się bały dzieci. Dziś wiem, że nie miała nosa, bo jej kiła czy inne paskudztwo wyżarło.
Ale i tacy ludzie nie byli zostawieni sami sobie.
A my, dzieci, chodziłyśmy ich tam odwiedzać w tej szpitalce.
I tak się życie toczyło, chociaż internetów nie było i nikt nie chwalił się zwykłym, codziennym miłosierdziem i pomocą bliźniemu.
Pewno, że i wtedy homo homini lupus był :)
Ale więcej było serca, dobroci i pracy u podstaw.
Zwykłej. Bez poklasku i oklasków.
W tym ciemnym czasie.
A książkę bym mogła napisać, ale kto to będzie czytał.
Tak mi się po prostu smęci :D

I miło mi, że na swojej drodze spotykam ludzi, myślących jak ja, hurtem dziękuję za wszystkie miłe komentarze pod poprzednią notką. Jestem zaszokowana, że ani jednego hejtu, ale widać nie nadaję się na celebrytkę, skoro nikt na mnie pomyj nie wylewa :D

czwartek, 26 kwietnia 2018

Wiedziałam

że jest za dobrze, Kochany Pamiętniczku.
Wracam ci ja, a w szparze unijnej pismo ze spółdzielni, że zapraszają do poleczki, zapraszają na trzy pas.
O spółdzielcze lokatorskie.
Będzie się jutro działo, bo i tak na jutro planowałam wpaść tam.
A dziś bladym świtem do Umarlaków pobieżyłam.
Na dworcu


srajda bez biletu. Już nie sfociłam, ale na słupach wisiały znaki zakazujące karmienia srajd... A zakonnica nawijała 15 minut...
Zaś

vis a vis niej bezpańskie tobołki i ładujący się telefon. I co? Straż kolejowa przechodziła i animrumrała, to i ja sobie pomyślałam, że wylecę, ale paniki siać nie będę.
Nie wyleciałam.
A pociąg był taki, jakim zawsze chciałam jechać, nie sfociłam, bo baterię oszczędzałam, Koleje Wielkopolskie :)

Elfik. Wi-Fi, kamera, kibelek całkiem całkiem, wiem, bo potuptałam.
Ja. do kibelka. Koniec świata. A to i tylko dlatego, że siedziałam obok przedziału maszynisty i pomyślałam, że jak jest monitoring, to nikt mi nie capnie dobytku. Nie capnął.  Nie był to superkuper, ale i za granicą w pociągach różnie bywa. Przeżyłam. Woda była, papier, mydło i ręczniki papierowe oraz suszarka.
K. przywitał mnie wiaterkiem, ale powoli tuptałam na cmentarz, bo czasu miała dość.
Na cmentarzu ciśnienie mi skoczyło. Przed świętami kuzynka łkała, że ktoś Cioci podprowadził znicze. Że kupiła znicz dla Cioci i dla moich Umarlaków. Ze sranie w banie. Spotkałyśmy się ostatnio przed Wszystkimi Świętymi i scenę balkonową zrobiła, że ona już jest inna, że to też jej matka chrzestna, bukiet kupiła (białe sztuczne chryzantemy), że chce wstawić i inne takie tam. I że grób umyła. Nosz, Ciocia też jej matką chrzestną była, jak sama rzekła, ja tego nawet nie wiedziałam. Chce, niech wstawia. Przecież nie będę nowych bukietów z grobu wywalała, nieważne, kto je wstawia.
Że zapali znicze na Wszystkich Świętych i w ogóle.
No to posłałam stówę, wychodząc z założenia, że jak Cioci chce palić, wolna wola, ale za moich Umarlaków to jednak płacę. Choć moja Mama to jej ciocia, siostra naszej Cioci, więc korona by jej z głowy nie spadła jak coś, tym bardziej, że po cholerę nowe znicze, jak wystarczy wkład. No ale stówa to ładna kasa, co nie?
A dziś co ja paczę?
Groby jak sieroty.
U moich Umarlaków na środku zeschnięte na amen wrzosy (kupiłam, wychodząc z założenia, że jak się tak poprawiła, to jak przyjdzie, zwiędłe badyle wywali, co to za problem?). Moje kwiaty jako tako wyglądały, bo zawsze kupuję takie, na których kurz i brud nie rzuca się w oczy. Ale te białe chryzantemy były czarne. U Cioci (i Dziadków, naszych wspólnych dziadków, bo mamy wspólnego dziadka, tylko babcie inne) jeden znicz, wielkanocny, a jakże, z badziewnymi baziami, wstążeczką, a bazie sypią się wokół gęsto, zaś u moich taki sam badziew i zatrzęsienie innych zniczy, chuj wi skąd. Pewno jacyś znajomi wpadli, czasem Mamy uczniowie zaglądają. Przecież mogła znicze poprzestawiać, wkłady włożyć, groszowa sprawa i git majonez. A nie płakać, że u Cioci zniczy nie ma...
Fuck...
Ogarnęłam tę kuwetę, a raczej te dwie :D

Minosem i ręcznikami papierowymi, poszło raz dwa, tak że nawet deszczyk, który pokropił, nie zrobil mi krzywdy :P
Co ich tak wkurwiło, że mnie pokropili?
Minosa polecam. Właśnie znalazłam, że w Castoramie można kupić, bo ja zawsze w Lidlu przed wszystkimi Świętymi dopadałam. Tak mówię, że mycie to dla żywych, że Umarlakom wszystko jedno, ale fajnie zostawić wszystko czyste.
I nawet się nie zmachałam, nie licząc kurcgalopka do śmietnika. Ale... znów zostawiłam bagaż na łasce losu :D
Po prostu nie miałam siły dźwigać walizy i bajzlu z grobów...
Thank you, Lucy, za pomoc...
A po powrocie do domu od razu Messenger od Lucy, że jak to, byłam i się nie odezwałam, że na kawkę byśmy poszły.
Ja na to, że byłam w godzinach jej pracy :P
Już tak dałam kasę i koleżance, i Lucy. Ze złotych gór nawet kupka piasku nie została. W dupie to mam. Póki będę miała siłę, ogarnę sama. Mnie wyjazd też kosztuje. A porządny bukiet można już za 15 zł kupić. Więc za taką kasę kupiłabym i dwa bukiety, i znicze. Nie wymagam mycia grobów. Zatem w dupie to mam i niech Ciotka mnie co noc leje po papie, ale pojadę, jak znajdę moment, a cala reszta "pomocników" niech na drzewo fruwa :P
Jest nadzieja, bo Inżynier wróci, a jak go znam, przejmie pałeczkę. Bo w końcu i ja tam spocznę...
Ciocia go nieźle w te klocki wytresowała :D

Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku pomaszerowałam wiosennymi uliczkami K.


Jeszcze załapałam się na magnolie, reszta szalała, bzy i takie tam, ale bateria leciała jak głupia.
I obiadek

Zacny. Sznycel po wiedeńsku. Za całość 11 zł :)
I nakupiłam de vollaile i innych cudów za 50 zł. Mam obiad na tydzień :D
Nic mi się nie przypomina i nic mnie nie boli. A pyry smakują tam, jak pyry z prawdziwej Wielkopolski.
Dzieciństwem.
Potem z powodu potrzeby czystego kibelka wlazłam do kafejki i szalałam dalej

czytając Helisę.
Szarlotka na ciepło z lodami, kawa...
18 zł.
W Poznaniu za samą kawę tyle zabulę.
Helisę polecam. Gorąco.
Coś mnie tknęło i poleciałam na dworzec dużo przed czasem.
I dobrze, bo w godzinie, gdybym szła, lunęło.
Z gradem.

Się skryłam w poczekalni. Śmierdziało. I co ja paczę?
Jest kibelek. Dlatego śmierdziało. Niezbyt czysty, ale... mam akcesoria, żel antybakteryjny i w razie czego mam gdzie siknąć!
Żadnego znaku, że w tej prowizorycznej poczekalni jest kibelek.
Taki duży, dla wózków inwalidzkich też.
Dla mnie to epokowe odkrycie, bo właśnie niemożność wysikania się przez kilka godzin czyni tę podróż drogą przez mękę.
A teraz nie jest już tak źle, choć nie jest idealnie.
Wracałam do domu zmęczona, ale szczęśliwa.
I tak miedzy deszczami, bo z lewej świeciło słońce, a z prawej kłębiły się burzowe chmury. I wszędzie było po ulewach.
Mam farta.
Pod samym K. wjechaliśmy parę razy w takie tumany nawozu z pól, bo piździło jak za cara na Skieletczyźnie, a właśnie rolnicy wysiewali nawozy, że nie było świata widać i jechaliśmy jak we mgle.
I tu potwierdza się moje lekceważenie eko.
Co z tego, że ktoś ma pole eko, jak mu nawieje chemii od sąsiada?
Nie dajmy się zwariować.

I dalej w temacie zwariowania.
Sprawa Alfiego Evansa.
Nie włączam się na fejsie, bo nie chcę zostać obiektem hejtu.
Tu zawsze mogę zamknąć i po sprawie.
Nawet moja starsza Synowa się włączyła w akcję ratowania Alfiego...
A ja mam inne podejście do sprawy.
Nieludzkie. Wiem, ale jestem Wiedźmą Złowrogą.
Na to wszystko nakłada się strajk opiekunów osób niepełnosprawnych.
Jestem hmmm.... Nie tyle niewierząca, co sceptyczna wobec Kościoła.
A nawet JP II odmawiał uporczywej terapii.
Kto chce, niech w internetach szuka.
Wyznaję zasadę, że prawdziwa miłość pozwala odejść.
Bo walczenie o życie z góry skazane na cierpienie jest nieludzkie.
Chylę czoła przed opiekującymi się latami dziećmi niepełnosprawnymi. Jestem wdzięczna losowi, że nie skazał mnie na taką próbę. Ale... Gdybym miała takie dziecko, kochałabym je - w to nie wątpię. Ale nie ratowałabym go za wszelką cenę. Mam tu na myśli, że nie zezwoliłabym na reanimację, podłączanie do aparatury. Pozwoliłabym odejść. Bo jak się kocha, pozwala się na odejście. Tak, wiem, Hawkins, inne takie tam, autentyczne, amerykańskie wyciskacze łez. Ale ja nie chciałabym siedzieć na wózku, robić pod siebie i nie wiedzieć, jak się nazywam. Hawkins to inna bajka - miał sprawny umysł. Nie neguję prawa do życia wszystkich - tych ze sprawnym umysłem i tych upośledzonych. Ale jestem za DNR. Bo co z tego, że po raz setny ratuje się dziecko z upośledzeniem umysłowym, niewiedzące nawet, że żyje, w imię ratowania życia?  Że to ubogaca? Kogo?
W co?
Że Łazarz i inne takie tam?
Myślę, że modlitwa "od nagłej a niespodziewanej śmierci zachowaj nas Panie" jest nieporozumieniem.
Rozumiem, że odchodząc nagle zawalam inne światy, ale to nie jest nic, czego nie można ogarnąć.
Ale świadomość, że cofnę się, że któryś z moich chłopców będzie mi musiał zmieniać pampersy, albo zrezygnować z życia, bo będzie płacić za zmienianie mi pampersów latami (odpukać, padłoby na Inżyniera) - pytam: qui bono?
Tak, zmieniałam im pieluchy. Ale zmieniałam, bo taki był mój wybór, bo sama ich na ten świat sprowadziłam.
Jak mądrze rzekł kiedyś Pierworodny w pyskówce: ale ja się na świat nie prosiłem (za co oberwał w pysk, jeden jedyny raz, czego do dziś żałuję, ale NIE MIAŁ RACJI i to był cios poniżej pasa. Co podsumował Inżynier, siedzący pod oknem, bo kłótnia była w kuchni: nie martw się, w następnym życiu matka cię wyskrobie... Na co oburzony Pierworodny rzekł: ale ja nie chcę być wyskrobany... Inżynier zaś stoicko: to nie denerwuj matki...), więc tak, byłam za nich odpowiedzialna, bo się nie prosili...
A ja nie chcę się tego świata na siłę trzymać.
Nie za wszelką cenę.
I dlatego uważam, że ratowanie za wszelką cenę ma sens tylko wtedy, gdy dodaje się do tego jakość życia.
Bo ratowanie tylko po to, żeby reszta życia upłynęła w charakterze rośliny - dziękuję, postoję.

Chylę czoła przed ludźmi, latami pielęgnującymi swoich bliskich.
Nie wiem, jak sama bym postąpiła.
Ale dla mnie miłość jest pozwoleniem na odejście.

Może dlatego jestem sama?
A może dlatego, że jestem tak całkowicie bez serca i wyprana ze wszystkich uczuć?

Podczas okupacji członkowie ruchu oporu mieli tabletki z cyjankiem.
Też bym chciała mieć taką opcję.
Bo nie stać mnie na dobrą śmierć w Szwajcarii, za biedna jestem.
Nie chcę rzucać się pod pociąg, bo mam sumienie i myślę o maszyniście.
Z tego powodu odpada też samochód.
Nie mam samochodu, by rąbnąć w drzewo...
Nie chcę się topić, bo to nieestetyczne po kilku dniach.
Nie mam wyboru, a chciałabym mieć.

Nie dla siebie.
Dla innych.
I nie, nie mam myśli samobójczych, nic z tych rzeczy, cieszę się kolejną wiosną...

Ale skoro usypiamy kotki, pieski, bo cierpią i nic już nie można zrobić, skoro strzelamy w łeb koniom z połamanymi nogami, dlaczego jesteśmy tak okrutni wobec naszych współbraci?
Tych, którzy cierpią bez końca i tych, którzy cierpią z cierpiącymi.
Co nic nie wnosi do życia.

A teraz czekam na hejt.






środa, 25 kwietnia 2018

Oszalało

wszystko w tym roku, Kochany Pamiętniczku.
Ze szczętem, do ostatka, do szału, do dna.
Ale już powoli statecznieje.


Japońska wiśnia już przekwita i okrywa się tymi wyjątkowymi liśćmi.

Tu na tle zieleni widać ich urok.

Dziś kasztanowce już mają kwiaty, ale nie sfociłam :) Matura, matura, jak co roku matura...

Pieścichłopy, już te ogrodowe, nie szklarniowe wymoczki. Już zostaje po nich wspomnienie i w domu, i w ogrodach...

Forsycje już zielone, za to wszędzie żółto od mleczy. Mniszki moje kochane, znienawidzone przez szwagra, bo mu trawnik psuły. I za to je kocham, poniekąd. Żałuję, że nie mam gdzie ich w okolicy nazbierać, by wykorzystać ich leczniczą siłę. Życie...

Kierownik Budowy wleciał, wzbogacił moją kolekcję o naparstek z Madrytu :) No i jak zawsze nagadał, nawywijał, nakombinował. Jednak coraz krzywiej ma pod kapturkiem, nad czym bardzo boleję. A najgorzej, że jest Kradziejka... Ech...

Do spółdzielni poszłam, z duszą na ramieniu, bo biurwa. Specjalnie odczekałam parę godzin po otwarciu, żeby nie drażnić w poniedziałek :) Powitała mnie pretensjami, że emilka nie napisałam. WTF? Jak pisałam, to nie odpisywała, więc po prostu poczekałam aż będę miała wolne :D Nie dogodzisz. Radca prawny powiedział jej to, co ja proponowałam, że zabiorę akt notarialny, a dam akt zgonu. Bo w sumie spółdzielnię gówno obchodzi, czyje jest mieszkanie, co nie? :) Więc musiałam wrócić do domu po akt zgonu, akt notarialny odzyskałam, ale... Umowę podpiszą ze mną za parę dni. Powiedziałam, że wlecę w piątek... Co sobie pospacerowałam, to moje, pogoda cudna była :D

We wtorek ruszyłam kostropaty tyłek i w szafie w kuchni posprzątałam. Grzecznie, na drabince, żeby znów nie zlecieć. I okazało się, że te robale, co fruwają, to nie z moich zapasów, bo te mam szczelnie w puszkach pozamykane. Nie wiem, jakim cudem zalęgły się w... grzybach... Fuj, ile tam tego było, wszystkie wywaliłam, bo mało, że motyle, to jeszcze robale w stadium gąsienicy. Trudno. Ale grzyby od Sikory nówki nieśmigane, bo w innym miejscu schowane. Widocznie bardziej serdecznie dane, bo mam od niej od dawna i nigdy nic się nie ulęgło.
Tak więc kuchnia ogarnięta, nic już nie fruwa.
A i pokój przy okazji przeleciałam, bo taki misz-masz był w szafie, jakby ktoś granat wrzucił...
I git majonez.

A potem...

Do ciebie szłam, przez puste ulice,
Do ciebie szłam, znaczona księżycem,
Do ciebie szłam po usta i serce,
Do ciebie szłam, by nie iść już więcej.

Od ciebie szłam, przez łzy nic nie widząc,
Dla ciebie to był tylko epizod,
Od ciebie szłam, bez ciebie szłam przez pusty świat,
Bez ciebie - jak od lat...










Dziś planowałam wyjście, ale praca mnie dorwała. A miało jej nie być, no ale była. Nic mnie nie kocha tak, jak praca.
Dobrze, że chociaż ona.
Pogoda taka niezdecydowana, ale już dłużej nie mogę. Pojechałam na dworzec, bilet zanabyłam, nie bez stania w kolejce, dlatego dziś jechałam. I jeszcze 25% zaoszczędziłam, bo gość biurw okienkowo-pierdzistołkowy nawet się nie zająknął, że mi się zniżka należy. Gdy zapytałam o nią, rzekł: faktycznie, po czym okienko z wdziękiem zatrzasnął, a z kolejki za mną rozległ się jęk rozpaczy, bo zostały tylko dwa okienka czynne...
Zatem jutro do Umarlaków jadę.
Mam mus i tyle.

A jeszcze dziś

kotecka przyłapałam. Mnóstwo kotecków, ale wiał wiatr i telefonem niełatwo je upolować. A to-to kwitnie koło oliwnika, do którego wąchania przymierza się Zmorka. A który w tym roku dostał na łeb, jak wszystko.

Zatem time to say goodbye...


czwartek, 19 kwietnia 2018

Pssstttt...

niech to się zbyt szybko nie spieprzy, Kochany Pamiętniczku.
Jakoś  bezboleśnie wszystko minęło, aż mi się wierzyć nie chce.
Warzywka nałożyły się na prackę, a i tak okazało się, że już o 15 jestem wolna, aczkolwiek nie do końca, bo jeszcze jutro wstępniak i spis treści, ale to już online.
15 i koniec balu panno Lalu?
Tego najstarsi górale nie pamiętają, a już na pewno nie ja.
Wciąż mam w oczach pizzę na Reymonta o 21...
I już majowy numer za mną i tak się szczęśliwie składa, że dopiero 7 maja wrócę do pracy, bo wcześniej jest bez sensu. Po prostu i tak nie będzie dla mnie roboty.
Znikam.
Znaczy się, z realnego życia znikam.
Nie ma mnie dla nikogo.
Bo tak.
Bo mam plany na bycie sama ze sobą i mam nadzieję, że nikt mi ich nie śmie zakłócić. Wprawdzie było parę plumknięć o spotkanie, ale skończyło się na plumknięciu, więc mam gotową odpowiedź: nie dałaś(eś) znać, więc poszłam na inny układ.
A plany mam fajne, chcę do Umarlaków skoczyć, bo ich zaniedbałam.
I do Eksa zobaczyć, jak tam ogarnęli.
Co nie znaczy, że mam zamiar tam cokolwiek ogarniać, ale pogadać z Nim mi nikt nie zabroni, co nie?
Mecenas mówi, że na razie ma odpowiedź z dwóch banków, że tam nic nie ma.
Stawiam dolary przeciw orzechom, że nigdzie nic nie będzie.
Tylko chłopaków mi żal, ale cóż.
Wiem, że i Eks, i teść chcieli inaczej, bo teść w jednym z liścików pisał, że "chce Ekswoi pomóc, bo zdaje sobie sprawę z tego, że Eks niewiele może dla dzieci...".
Ale co z tego?
Dałam im wykształcenie, co mnie cieszy, bo sama swoje zdobywałam własnymi pazurami.
I miłość, nieograniczone pokłady uczucia, może czasem aż za dużo? Może powinnam być twardsza i nie prostować wszystkich ścieżek?
Nie wiem.
Każdy ma prawo do popełniania błędów, mam i ja.
Nie wstydzę się tego, co robiłam.
I niech tak zostanie, bo nie wiadomo, czy nie będę się jeszcze wstydziła tego, co robię.
A teraz będę leżeć, pachnieć i robić to, na co mam ochotę, hulaj dusza, piekła nie ma.
Listy nie wyszczególniam, bo wiadomo, że jak ktoś chce Pana Boga rozśmieszyć, opowiada mu o swoich planach :P
Parę klocków do dociśnięcia w życiowej układance zostało.

A teraz z innej beczki.
Czasami myślę, że ta moja Synowa jest pojebana nie dlatego, że jest pojebana, ale po prostu tak wyszło. Jej ojciec, znaczy się teść Inżyniera, zameldował się na fejsbuniu. Zaproszenie wysłał, a jakże. Zaakceptowałam, bo gościa znam, aczkolwiek jak miałabym mieć taką rodzinę, sierotą zupełną wolałabym zostać (czego nie zmienia fakt, że od dawna jestem zupełną sierotą, hahahaha).
Teść I. odzywki ma takie, że ojapierdolę. Córka jego, znaczy się, żona Inżyniera, wrzuca focię sweet, a dziewczyna buzię ma ładną. Tatulek pisze: nie poznałem cię, jak nie ty, tak ładnie wyszłaś. Ojapierdolę.
Jako że nasze poglądy polityczne są skrajnie różne, a tatuńcio wrzucać chyba nic nie umie, bawią mnie jego komcie, bo tak.
Nie odpowiadam na nie, bo nie kopię się z idiotami, sprowadzą mnie tylko do swojego poziomu.
Ostatnio wrzuciłam wypowiedź Jarka K. o związkach partnerskich.
I znów bluzgnął tatuńcio, że takich zboków to blablabla...
Olałam. Tylko do Inżyniera się podlizałam o głaska za moją powściągliwość. I o dziwo, Inżynier, który zawsze jest w stylu: matka do nogi, pogłaskał i w te słowa rzecze, że jego teść jest niewychowany i nie tylko pieprzy, co mu ślina na jęzor przyniesie, a pieprzy, potwierdzam, ale i co mu palce na klawiaturze wystukają...
Ano...
Dziwna rodzina. Sądzimy, że siostra S. jest les. I rybka nam to. Ale przestałam się dziwić, że nie wychodzi z szafy. Ja bym też nie wyszła, mając takiego tatusia.
Ironia losu i chichot historii, jak w przypadku mojej teściowej, nienawidzącej Żydów, pedałów i korekty :D Dwoje z jej wnuków okazało się gejami: ten najukochańszy (wyszedł z szafy) i ten najmniej kochany (o czym wszyscy wiedzieli, że go nie lubi), który do dziś w szafie siedzi tak głęboko, że nawet jego rodzice o tym nie wiedzą...
Teść Inżyniera prawie scenę balkonową zaliczył na ich ślubie. Po pierwsze, nie mógł się pogodzić z tym, że nie zapraszamy Eksa. Prawie włosy z głowy rwał i nie docierało do niego, że nie bo nie.
Jak już dotarło, kolejna scena o to, że nie będzie siedział przy stole z młodą parą. Tak sobie zaplanowali i chuj...
I ja też byłam wrogiem, bo jak to, nie chcę tam siedzieć i nie protestuję?
A mnie po prostu zapytali, z kim chcę siedzieć i było wiadomo: Pierworodni, Baran z asystą i Słoneczko z Wąsaczem.
Dlaczego miałam się męczyć z młodymi, do których wszyscy się dobijali, skoro miałam mieć tak doborowe towarzystwo tylko dla mnie?
I na dokładkę Baran obiecał mi tańce, a asysta nie protestowała :P
No i nikt tam za kołnierz nie wylewał...
Kolejna propozycja teścia I.: że będę z nim, bo jego dzieci nie zgadzają się na jego nową flamę...
WTF?
Podziękowałam, mówiąc, że jednak mam starych przyjaciół do ogarnięcia :D
Tekst do Inżyniera: pozwalasz, żeby matka się zadawała z małolatami?
A Inżynier przytomnie: co mam matce na stare lata żałować...
I jeden jedyny taniec z teściem I., zaczęty macaniem po mojej kubańskiej dupie...

Może i nie ma na mnie amatora, ale od dania mu w mordę powstrzymało mnie tylko to, że nie chciałam Inżynierostwu psuć balangi...

Więc tak patrząc z boku na wszystko, na to, co wiem o matce Synowej, może nie powinnam być dla niej taka surowa? Może ona po prostu ma taki mechanizm obronny? Jak i ja swoje mam?
Sama jako DDA mam wiele za uszami, nic dla mnie nie jest takie proste i łatwe, ale może ona miała jeszcze gorzej?
I dlatego jest taka nie do końca poukładana? A ja jestem? Chyba nie bardzo, a może nawet bardziej nie :P

Rzecz do przemyślenia, aczkolwiek i tak żal mi Inżyniera...
Bo idzie moim śladem...



niedziela, 15 kwietnia 2018

To była

piękna niedziela, Kochany Pamiętniczku :)




 U nas nawet śmietniki są monitorowane :D Totalna inwigilacja :D











































 Stałam po drugiej stronie tego napisu, nic dziwnego, że wszyscy się do mnie uśmiechali :P










 Szacunek dla tych, którzy pierwsi dobiegli do mety i dla tych, którzy dobiegli ostatni. Wszystkim należy się uznanie i chwała :)
A do domu szłam...



Wiosennie.
To był dobry dzień.
I okulary słoneczne się znalazły, Miśków wina, schowały, Skubane :)
Teraz będzie ciężki tydzień, ale aby do brzegu :D