[go: up one dir, main page]

sobota, 29 listopada 2014

Walizka

spakowana, jeszcze parę kilo mogłabym wziąć, ale miejsca nie ma, a większej walizki nie posiadam.
Kąty opróżnione.
Miśki postawione do pionu, a jakże.
I Kierownik Budowy wleciał.
I Baran łapką pomachał.
I Inżynier sprawdził, czy matka dycha i silna, zwarta, gotowa.
Zdrzemnę się, bo spać nie będę.
I uciekam od mrozu...
Będę pisała, nie ma zmiłuj.
No chyba że spadnę.
Wtedy wspominajcie mnie dobrze, albo wcale... :)

Volare...

piątek, 28 listopada 2014

Agrrrrrrrrrrrr...........

...... uf....

Do rzeczy.
Szlag mnie trafia, ale nie trafił, na całe szczęście.
No bo wczoraj siedzę ci ja w mieszkanku i mi zimno... Mi?? Zimno?? Choram?? Nie, to wyłączyli ogrzewanie. I ciepłą wodę też. Ojapierdolę. Z okazji że?? No cóż na osiedlu stawiają nowy kościół. Komu i po co, nie wiadomo. Bo na pewno nie na większą chwałę Pana Naszego. Bo... Tak, wiem, nie pod drodze mi od dawna, odkąd stwierdzono, że jestem jawnogrzesznicą (a  co mi tam, jestem, przepraszała, że żyję nie będę), że moim przyjaciele też są bezbożnikami (są, a kto bogatemu zabroni), wrzucono do worka i oceniono. Zaś ci, co pozory stwarzają miłosierdzia i bogobojności są chwaleni pod niebiosa, a jakże, chody mają nawet w katolickich wydawnictwach. Nie, nie obraziłam się na Pana Boga, co to, to nie. Ale na Jego instytucję tak. Z nim mogę sobie wszędzie pogadać, jako że On wszędzie jest i to On będzie mnie oceniał, a nie jakiś jego sługa. I basta.
Kościół mój (w sensie parafia) największy jest w mojej wiosce i najwięcej ludziów miał. Miał, bo nie ma, bo się wykruszyli. I tak plany sprzed lat, kiedy w kościele pełno było zakładały budowę nowej świątyni w moim kawałku wioski. A jako że od lat wioska wyludnia się i coraz mniej jest ludzi, to po kija budować nową świątynię?? Już kilku proboszczów się zmieniło w niej, chociaż wciąż fizycznie jej nie ma. A ostatni wleciawszy do mnie po kolędzie odfajkował ją, że ojapierdolę. Jakby mnie w domu nie było i jeszcze kacem się pochwalił... Więc spokojnie mówię NIE i STOP...
A to z powodu budowy świątyni wczoraj nie miałam ciepłej wody i ogrzewania, bo coś tam na budowie przyłączali.
Zatem mówię stanowczo NIE.
Nie bo nie, bo mi zimno i mam zamiar moczyć się non stop w gorącej wodzie, bo kto bogatemu zabroni?
Każde wyłączenie naraża mnie na dodatkowe koszty, bo nie daj blog kaloryfer się zapowietrzy, a i wody trzeba od cholery odpuścić i to droższej, ciepłej, zanim poleci znów ciepła i niezardzewiała.
Nikt mnie nie pyta o zdanie, nikt nie powie przepraszam, zatem w dupie to mam.
Nie czekam już na kolędę, bo nie.
Jak nie będą mnie chcieli pochować w poświęconej ziemi, w dupie to mam. Można mnie oddać studentom do Akademii Medycznej, niech się na mojej łysej główce i zalkoholizowanej wątróbce sztuki uczą. Sweet focie z moim ciałkiem też sobie mogą robić. Wali mnie to.
Ale nie będzie mi nikt mówił, jak mam żyć, bo to ja będę umierała.
Taka prawda.
A dziś wstałam sobie, burżujka niepracująca, pokręciłam się w łóżeczku z zabaweczką (hahahaha, zboki!!!, zabaweczka bezgrzeszna...), okąpałam (piękne słówko, Baran mnie naumiał), idę do kuchni włączam ekspres i dupa... WTF?? Spsuł się, kolejny wydatek?? Próbuję włączyć gaz i też dupa blada (zapomniałam już, że kupiłam maszynkę zapalaną na prąd)... W chwili gdy szłam z łazienki do kuchni prąd diabli wzięli... O nie... A miałam tyle rzeczy zaplanowanych!!! Znalazłam resztę zapałek, wyciagnęłam garnuszek (bo czajnik mam już elektryczny) i jakoś ogarnęłam tę kuwetę. Ale cholera mną trzęsła, bo ani neta, ani światła, a dzień taki szary, jesienny. I wszystko mi zaczęło przeszkadzać, choć zazwyczaj światła nie włączam. Z tej wściekłości wysprzątałam szafę (hahahaha!!!) i zaczęłam pisać kartki (co zaplanowałam), ale dupa, bo większość adresów mam zapisanych elektronicznie. Ajfonik działał i necik tam był (wzdech i ulga), ale co zrobię, jak bateria padnie?? Wrrrr... Z pomocą starego kalendarza, Barana online i podłączenia ajfonika do ajpada poradzilam sobie i z adresami :) I sruuu na pocztę, bo co robić w domu bezprądowym??? A na poczcie niespodziewajka. Poczta, aczkolwiek nie na moim osiedlu, też bezprądowa i nawet znaczka nie sprzedadzą. Awaria jest, bo coś ciągnęli ku kościółkowi!!! No nie. Budowie mówię stanowcze NIE!! Wali mnie to, chcę spokojnie żyć!!!
No nic.
Wyżej dupy nie podskoczysz.
Wróciłam do chaupki, nagrzałam krupniczku i tadam... Słoneczko wyszło pięknie, prąd włączyli (fanfary, trąby i oklaski), więc korzystając z tego, że wszystko świeci, gra i buczy poszłam w stronę słońca, nadawszy na poczcie, co do nadania było i pobieżyłam, nie, nie do Betlejem, ale do bankomatu. Tam wypłaciwszy kaskę (bankomaty w okolicy przedtem też padły, jak prądu nie było), z przytupem pobieżyłam do kolejnego bankomatu, jako że wypłacałam kasy na tańce hulanki i swawole, a że niedzwoniąca jestem niewiasta, większe kwoty, jak nie wypłacam w banku, to na raty, a potem pławiąc się w słonku do domu...
I tak sobie mieszkam




... na placach budowy... (PS dla Zmorki - już nie dojdziesz do stacji...)....

Inżynier zabłądzi idąc do domu...

A Pierworodny dojdzie nie wiadomo gdzie i będzie myślał, co on tu robi :D

Sikora zaś pozdrawia Państwa razem z Little Owl

 ... czule i serdecznie...

... Sówka ma już 11 tygodni (z tej Sikory to niezła Cyferka, tygodniami mnie do grobu wpędza, a ja nienawidzę liczb)...

A w chacie rozpiździel.
Ładuję baterie, szukam cudów wianków...
Jutro jak wstanę spakuję się (jak nie wstanę z pakowania nici).
Ogarnę co trzeba, a zapobiegliwa i przewidująca jestem, bo nawet wałówkę dla Inżyniera lekkoducha uszykowałam, oj tam, oj tam, że trochę konserwantów, i tak je niehigienicznie, a na suchym pieczywie, serze i salami dojedzie do wesela, inaczej z głodu padnie, bo jak go znam, nie będzie mu się nic chciało...
Nagrywam.
Żegnam się z Miśkami, spisując im litanię, co wolno, a co nie.
Jutro oddam klucze sąsiadce.
Ponoć Baran i Postmen wcale się nie boją... Skubańce, już ja im dam popalić :D (Baranie mój, nawet nie wiesz, jak Cię wycałuję i nawet nie wiesz za co... No i teraz możesz się bać... :)  )
Jeszcze jutro rozmowa z Inżynierem.
Nieprzespana noc.
I proszę o kciuki, żeby mgły nie było i innych imprez.
Tęsknię za nimi wszystkimi i chcę ich zobaczyć.
Patryk zignorował termin i na razie cisza, więc mam opcję przeżywania jak w amerykańskim serialu, że stęskniona babcia dostaje na ręce umazane coś :D W związku z tym harmonogram się sypie, ale postaram się nikomu nie zrobić kłopotu...
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...

I widziałam dwa kotecki i pomyślałam... Zdjęcie niewyraźne, ale kotecki były dwa i był facet w okularach :D

 Idę po papierową torebkę, nie mam wyjścia...

wtorek, 25 listopada 2014

Dzień Pluszowego Misia


Przyjaciele od lat.
Wierni.
Niezdradzający.
Bez humorów i dąsów.
Czasem coś tam narozrabiają, coś schowają, coś przestawią.
Ale pozwalają oswoić lęki samotności.

Wiem, pora już dorosnąć.
Ale po co??

Najlepszego, Miśki Moje Kochane :*

poniedziałek, 24 listopada 2014

Oberwałam

od Inżyniera.
Za całokształt i za detale.
Nie wiem, czy się należało, moim zdaniem nie, ale to drobiazg.
Oberwałam.
Z rozpaczy przyszyłam guzik.
Zaniosłam płaszcz do czyszczenia (ostatni dzwonek).
Kupiłam PEKA na okaziciela.
Dla nietutejszych: to taki bilet cud miód i orzeszki pistacjowe, najlepszy do jeżdżenia, bo papierowe nie zawsze można kupić.
Jako że mam rodzinę wpadającą, a jestem zapobiegliwa, kupiłam PEKA na okaziciela, dla Inżyniera, który co jakiś czas wpada. Niech gad wie, że ma matkę...
PEKA imienna jest za frico, nie licząc kasy, którą trzeba na nią ładować, żeby jeździć. PEKA na okaziciela wydawana jest za kaucją 12 zyla. Na mojej PEKA mogę ładować kaskę do osobnej portmonetki i wozić gości, ale co, jak goście chcą jeździć sami? Więc taka na okaziciela jest jak najbardziej przydasię...
Skoro tak, dlaczego nie można jej po prostu kupić w kioskach i wszędzie? Proste, kupuję, ze startowo doładowaną sumą na przepicie i po problemie. Nie, nie ma letko... Trzeba iść do specjalnego punktu. A co ma zrobić przejezdny przyjezdny, który chce takie cudo wianek mieć?? Leźć w poszukiwaniu punktu?? A z Ławicy do centrum hohoho jest i trochę. Teoretycznie można kupić papierowe bilety. Teoretycznie...
Ale PEKA na okaziciela to nie żadne hop siup...

 Proszę, ile papieru poszło i farby... Ojapierdolę...
Bardziej ekologiczne było już stare, stareńkie ustrojstwo - tekturka i naklejane co miesiąc znaczki.
No nic, mamy PEKA...
Zatem PEKA odfajkowana... Żeby jeszcze docenił, ale nie można mieć wszystkiego...
Kierunek IKEA, bo zgadaliśmy się, że mam do IKEI blisko, a Inżynier daleko. Kupił jakąś szafę i brakuje mu do niej kabla. Czemu nie, dobrze mieć cel w życiu, więc pojechałam.
Co kogo dopadam w IKEI (z personelu of, course) pokazuję SMS, bo na ichnich nazwach język można połamać i fotkę rzeczonego kabelka.
Personel poinformowany niedostępny.
Niepoinformowany jeszcze głupszy jak ja.
Znalazłam sama rzeczony kabelek, ale w dwóch wersjach i ponieważ nie dało się definitywnie rozstrzygnąć, której pożąda Inżynier, kupiłam obie. Można oddać, ale... w nienaruszonym opakowaniu. Ojapierdolę...
Trudno :)
Po drodze było coś dla zwierząt, więc kupiłam drobiazg dla kotecka...
Hmm...
Nie wiem, czy mu się spodoba, ale co tam, nie dogadam się z kotem... Takie kuleczki z dzwoneczkiem w środku... Wiem, wiem, będzie przesrane jak coś, ale... ja słyszę je tylko, jak przy samym uchu nimi macham, więc co tam.
Za to przyjrzałam się cenom drapaczków, kuwet i innych bajerów. I wiem jedno - na pewno nie będę miała kota, choćbym bardzo chciała... Zwyczajnie mnie na niego nie stać.
I jeszcze SMYK ostatnim rzutem na taśmę coś z Frozen dla Małej Wiedźmy, bo wciąż w tym szalenie zakochana, więc nawet jak dużo ma, to niech ma więcej.
Dla Patryka (choć Skubaniec się jeszcze nie zameldował) kupiłam skarpeteczki, ojapierdolę, jakie słodkie, gwiazdkowe, a przecież On będzie gwiazdkowym prezentem, że też skarpetki mogą być takie słodkie. W SMYKU myślalam, że polegnę, gorąc taki, że powinnam leżeć na leżaczku z drinkiem z parasolką, sklep taki wielki, że zabłądziłam, a gdy już dotarłam do kasy, to choć przede mną były 3 osoby i czynne były 3 stanowiska stałam w kolejce 20 minut. Nigdy więcej SMYKA w sezonie grzewczym... Pomijając ceny wyssane z palca na odzież... W UK taki komplecik dla noworodka dostanę za góra 5 funtów (nie przeliczam na złotówki), przeciętnie zarabiający Anglik zarabia na to w pół godziny. Ja na identyczną rzecz muszę w PL tyrać cały dzień. Więc wolę kupić funty i wybrać coś tam...
I tak w tempie upłynęło mi pół dnia, a i tak szczęściara ze mnie, bo gdy wylądowałam w domu, zaczęło lać.
Zabrałam się więc za pieczenie chleba, bo to mniej bolesne jak marsz w ulewie do piekarni :P
I mam pyszny chlebek z orzechami, oczywiście, że ciepły zjadłam i...
Popijam miętę, pachną bzowe (tak, wiem, lilakowe) świeczuszki z Ikei i czas płynie powoli, leniwie, jesiennie...
Będę za niedługo tęskniła...

niedziela, 23 listopada 2014

Bonusik

 Jakbym Pierworodnego z Małą Wiedźmą widziała... Też się gapią...
 Ktoś musi sprzętu pilnować...
Zezuliństwo...

sobota, 22 listopada 2014

Epopei klozetowej

ciąg dalszy i finał :)
Wstawszy rano tradycyjnie udałam się na Manhattan, gdzie tym razem długo nie zabawiłam, tłumacząc sobie, jak krowie na rowie, że w tydzień niewiele z tego co mi w oko wpadło zjem.
Leząc widziałam jak z jednego z bloków wynoszono dobytek i wyglądało mi to na eksmisję, bo okna w jednym z mieszkań były szeroko otwarte, a całość wyniesiono w plastikowych workach i stała lodówka, pamiętająca czasy mojej młodości, rozgruchotany TV i monitor, jaki miałam do pierwszego komputerka, lat temu?? 20 może???
I łzy zakręciły mi się, nie, nie że ja taka współczująca, nie wiem, wydaje mi się, że prawdziwa bieda płaci czynsz, bo ja najpierw płacę płatności... Wiem, co to bieda i brak kasy. Ale wiem, że trzeba pazurami. Wyniesione rzeczy wyglądały zupełnie jak te, które gospodyni wyrzuciła po moim bracie... Nie likwidowałam jego mieszkania, bo w dniu pogrzebu Inżynier wylądował umierający na OIOM, więc nie miałam głowy do jego rupieci, zresztą oprócz popsutego TV i jego ciuchów nic nie było w tamtym mieszkaniu...
Nie, mój brat nie był biedny ani bezrobotny.
Miał zostać bezrobotny, bo mimo że był dobrym pracownikiem, wtedy już nie umiał przestać pić.
Rządził nim alkohol.
Po facecie, który zarabiał zawsze trzy razy więcej ode mnie i nie miał nikogo na utrzymaniu nie zostało nic. Dosłownie nic.
Dlatego miałam mokro pod powiekami, bo wciąż boli...
Wróciłam do domu, wymierzyłam kibelek rysując piękny rysunek w pierdyliardowych ujęciach, wzdłuż, wszerz i z powrotem i poleciałam na autobus.
Pakunki stały, jak stały, grzebał w nich nasz osiedlowy bezdomny, co to ja mu zawsze puszki w folijkę, a zupę w słoik... Wyciągał jakieś zabawki i zastanawialam się, czy ten ktoś dziecko miał, dlaczego nikt nie pilnuje? Jak jest dziecko, wydreptuje się ścieżki i pazurami walczy, wiem coś o tym.
Wyszła ekipa, odebrali mu, co wyciągnął.
Jak wracałam, nic już nie było.
Pozostało uczucie nie wiem??? Żalu, niesmaku. Goryczy??
Co to za kraj.
Kiedyś się trzeba było mocno starać, żeby zostać bezdomnym. Na własne życzenie.
Tak, wiem, rozumiem, kolorowo jest i wszystko jest.
Tylko skąd tyle nieszczęścia w tej wolności??
Wiem, jestem szczęściarą.
Mam pracę.
Jeszcze.
Nevermind...

A wracając do kibla. Zlądowałam w tej samej Castoramie, co wczoraj i dzierżąc w drżącej dłoni (jak się nie pije, to się trzęsie) karteczkę z cyferkami szukam fachowca. Dorwałam i proszę uprzejmie o pomoc. Gość spojrzał na mnie jak na robala (no co ja mogę, żem już stara i brzydka, a nie młoda i piękna) z pogardą rzucił okiem na karteczkę i rzekł: to na nic... Zamarłam. Jaki ma pani kibel?? I wskazał ręką stojące w kilku rzędach sedesy... Zawirowało mi w oczach i mówię, że tu są wymiary, że Koło, ale nie wiem jaka seria, że sedes dawno temu kupiony... Podłużny czy owalny, czy okrągły. Ciemność zobaczyłam i za Chiny demokratycznie nie mogłam sobie uświadomić, jaki kształt ma tron na którym kilka razy dziennie siadam. Kurde, kibel jak kibel, jedno wiem, kwadratowy nie jest... I znów, że wzdłuż ma... I patrzę mu w oczy, a on nic. Kurwa. Warknęłam: klapę kupiłam lata temu w Lidlu. Uniwersalna była. A... Było tak mówić od razu, rozjaśnił się fachowiec. Tu jest uniwersalna i pokazuje mi cudo jakieś za 100 zł. No nie, chce, żeby mi tyłek odpadł, jak na tym siądę?? Nieśmiało załkałam: a coś tańszego?? Tu pani ma... Ojapierdolę, wczoraj gościu inny, bo inny twierdził, że nie mają klap uniwersalnych i odradzał mi tę. Mialam dość. Powiedziałam: biorę. Dał mi karton i poszedł, nie zwracając uwagi na moje grzeczne dziękuję. Bo ja grzeczna dziewczynka jestem, choć stara i brzydka, a co?? Patrzę, a karton się rozlatuje i wydedukowałam, że ktoś kupił i oddał, bo w Castoramie tak można. Jako totalny lajkonik kiblowy nie byłam pewna, czy w otwartym kartonie są wszystkie śrubki i inne zawijańce, zatem zaczęłam na półce szukać nierozpieczętowanego kartonu no i... spadła klapa demonstracyjna, trzymająca się na jednej śrubie... Akurat kolejny "fachman" przechodził i mnie objechał za to. Kurwa mać. Wiem, że praca ciężka i niewdzięczna, bo Pierworodny taką miał na studiach, ale na litość boską!!! Przecież celowo nie zerwałam, a że pólka przy podłodze, a ja stara, gruba i ciężko mi się schylić i wyciągnąć coś?? Pracownicy czasu nie mają, markety tną koszty. Gdybym wiedziała, gdzie jest sklep z klapami poleciałabym na skrzydłach, ale nie wiem!!! Z trzech w okolicy nie ostał się żaden!!!
Nic to, Michałku, nic to kochany pamiętniczku.
Trzymając w ręku kamień zielony (tfujjjj, stój, wróć) klapę od kibla, tak jakby to był Puchar Polski pomknęłam rączo do kasy i po drodze wpadłam na...



Prawda, że piękny?? :) I pasuje do pokoju. Wiem, obiecałam sobie, żadnych dywanów i innych kurzołapów, ale... koło biurka na początku miałam taką plastikową płytę, jako ochronę, żeby fotel paneli nie porysował. Taki jeden geniusz mnie na nią namówił, ale u mnie się toto nie sprawdziło, bo układ jest taki, że się nie mieściła ta płyta i wcisnęliśmy ją pod meble, kosztem kręgosłupa Kierownika Budowy, Nie było tego jak czyścić, pod spód dostawały się śmieci, a gdy raz z pomocą Pierworodnego wyciągnęłam i umyłam, cholerstwo elektryzowało się i jak to suszyć?? Próbowałam przeciąć na pół, nie dało się, połamało i raniło w nogi, jak się potknęłam. Wzięłam więc i wywaliłam (a 100 zł paskudztwo kosztowało) i przeprosiłam się ze starym dywanikiem. Ale dywanik był za mały... Ten jest za długi, ale ok, nic nie szkodzi, fajnie leży, ciepły jest i mogę na nim bose nogi trzymać. Kosztował 50 zł, więc zrobiłam sobie prezent z okazji bez okazji :P
Wróciwszy do domu zabrałam się do klapy jak do jeża.
Śruby w starej zakręcał Inżynier, więc hmmm... Krzepki jest, a klapa i tak się suwała na boki :P
Mocuję się z nimi i nic...
Ale instrukcję składania nowej klapy w przeciwieństwie do instrukcji składania roletki z Biedronki rozgryzłam w 3 minuty...
Poszłam więc do skrzynki z narzędziami, znalazłam kombinerki, jeszcze raz próbuję śrubę (tą ręcą) i tadammm... zlazła gładko, jako i druga.
Wystraszyły się kombinerek?? ;)
A potem już poszło lekko, choć trwało wieki, bo ta śruba taaaaaaka długa.
Klapa jest o milimetr za wąska, ale leży pewnie na sedesie i niech już tak zostanie.
Jestem dla siebie pełna podziwu i do jasnej cholery jestem wielka :D
Taki drobiazg, a cieszy.
Jednak życie w pojedynkę bez ramiona jest czasem ciężkie.
I jakkolwiek moja Teściowa była jaka była, zawsze do takich cudów wianków podesłała fachowca z warsztatu swojego, a później chłopcy przejęli pałeczkę. A na stara lata na złotorączkowanie osobiste mi przyszło. Wprawdzie za 2 tygodnie Inżynier by zrobił, ale co tam :)
A tymczasem Patryczek

... widzę, że przymierza się do szaleństw w wolnej chacie, jak mnie nie będzie... Romantyczna kolacja?? Hmmm... I skąd on wie, że jajka zostaną?? Że nie dam rady ich zjeść?? Rade Misie tańcują, kiedy Starej Jędzy nie czują. Wiedziałam. Ta pęknięta klapa to pewno ich sprawka. Na bank...

A Patryk nadal się na ten świat nie spieszy... No nic, mogę tylko czekać.

Śniło mi się dziś, że puściłam w zamkniętym numerze błędów jak mrówków...
No cóż, co ma być, będzie.
Widocznie się starzeję, ale za niedługo będzie mi wolno :P

Przyjemnego wieczorka, kochany pamiętniczku...
Jutro dzień wizytowania. Skype'owcy się zapowiedzieli, a i Szwagry wlecą... Oj, będzie się gadało, aż pypec na jęzorze wyjdzie.
Wszyscy się miło zapowiedzieli i umówili, oprócz C., który jednak focha strzelił.
Hmm...
:)
Nic więcej nie powiem :D

piątek, 21 listopada 2014

Mission impossible

znaczy się deska klozetowa.
Nie mam zielonego pojęcia, jak to zmierzyć, a w marketach straszą mnie (zaliczyłam i Praktikera i Castoramę, znaczy się całe miasto zjechałam w sumie), że nie będzie pasować na oko i faktycznie - śruby takie jakieś inne są... A przedtem jak kupowalam to poszłam do Lidla i była deska uniwersalna. I pasowała. W marketach twierdzą, że nie ma deski uniwersalnej. Na kiblotłuka nie mam kasy. Zatem co uczynić, drogi pamiętniczku?? Póki mi dupy nie przyskrzyni, to nic, ale jak przyskrzyni??
Kupiłam za to: dżinsy sztuk jeden, bo stare się wytarły. Potem apteka i mała miła niespodzianka - pani sprzedała mi, aczkolwiek z bólem serca, ale bez recepty krople, które można dostać li i jedynie na receptę. Kurde, przecież nie będę popełniała samobójstwa pijąc krople do oczu z mimsów :) Udało się :D Wydałam 8,50 zamiast kilkudziesięciu zł, bo krople o zbliżonym działaniu dostępne bez recepty tyle kosztują. Już farmacja wie, jak kasę kosić :D
Wyciskacz do czosnku.
Podgrzewacze.
Miedzian.
Łyżkę do butów, bo nie wiem gdzie jest ta, co zostawiłam w UK. Nie szkodzi, zabiorę następną...
Akumulatorki zamiast baterii, żeby nie wieźć tony baterii do UK, bo mnie nie stać tam na nowe. Nie wiem tylko, czy Baran ma ładowarkę, ale Inżynier chyba ma. Może pożyczy, jego stać na baterie przez miesiąc.
Stare moje akumulatorki zdechły ze starości, jeszcze muszę ładowarkę poszukać. I kabel do niej. Ojapierdolę.
Kurier był. Z powodu że dzwonił, a nie SMS, a Postman zaklinał się, że będzie SMS, i że był po południu, a nie pod wieczór, Postman martwy jest. Widzialam już martwe żłówiki. Niezbyt przyjemny widok ;)
Głodna wracałam jak lew i dwa niedźwiedzie. Autobus mi uciekł. Stały dwa wozy z rybami. Zanabyłam zatem 20 deko szprotek i moskaliki sztuk cztery. Sprzedawał erotoman gawędziarz, a kupowała stara pierduśnica. Obsłużenie tej jednej klientki trwało 10 minut (sic!), ale dzięki temu nie wkurzałam się na przystanku, ale pod wozem... Wpadłam do domu, rączki, siusiu, rączki i... zeżarłam wszystko z biegu, popchnęłam waflami z kajmakiem (własnej roboty), zapiłam miętą...
Ciąża na bank.
Przenoszona...
A teraz idę na Boston Legal i na resztę mam dziś wyjebane. Mam czas...

I tyle na dziś, drogi pamiętniczku. Kocham Cię :D <3 Ty wszystko zniesiesz...

czwartek, 20 listopada 2014

Last day

nadszedł.
Amen.
Ciężko było, nie że ciężko było, ale jak ktoś się nie przykłada do roboty i nie o mnie tu mowa, to ciężko.
Że ojapierdolę.
A poniekąd to wina Bossa, bo jak każdy men jest wzrokowcem i zatrudnia młode i piękne (dla mnie zrobił wyjątek, ale też jestem wyjątkowa, choc nie jestem młoda i piękna). I o kant dupy potłuc ich tfurczość, ale co tam. Skończyłam z przekładaniem na nasze, bo tak. Bo co ja jestem instytucja charytatywna?? Wszystko rozumiem, wszystko wybaczam, ale odwalanie roboty tak, że w gimnazjum by nie przeszła taka chała, to ojapierdolę. Nie płacą mi za pisanie. Jak zapłacą, to napiszę Ogniem i mieczem albo inny Potop. Sorry, Winnetou, business is business... Wiadomo, że w grudniowym numerze idzie tekst o świętach i pisanie go w dniu zamykania jest nietaktem, zwlaszcza przy nicnierobieniu cały miesiąc. Napisałabym na ten temat poemat z pamięci w godzinę. Ale nie będę za kogoś odwalała roboty. Już nie... Szanuję swoją pracę, zwłaszcza, że jest firmowana moim nazwiskiem. Jak ktoś swojej nie szanuje, trudno. Ja tu tylko sprzątam :) Jak ktoś nie ma pióra, nie pcha się na Sienkiewicza czy inną Czubaszek...
No nic.
Dziś wzdechy szły i wznoszenie oczków do nieba, że co, że jak, że kto.
A najbardziej pogłaskał mi ego kolega, który rzekł na moje "niech się pan cieszy, że przez miesiąc nie będę panu marudziła" - "ale nie wiadomo, jaką cholerę nam tu przyślą". I to jest najpiękniejsza dla mnie laurka...

 Pożegnałam zatem, nie mówię, że nie będę tęskniła, ale... Myślę, że rozstania czasem ludziom dobrze robią.

A Sikorcza córcia, moja Little Owl skończyła już 2 miesiące i jaka mądra, Skubana jest, już zabawki łapie :D


A to kradzione... Ale mam nadzieję, że nie oberwę. Patryk powinien się urodzić lada dzień, ale na razie cisza... A Mała Wiedźma ospę złapała, ale nie obsypało jej, tyle że gorączkę miała. Na razie siedzi z Mamą w domu...
No widać, że moja rodzina :D

Tenteges ;)

Wkurzył mnie C., na maksa... Wszystko rozumiem, wszystko wybaczam, ale na litość boską nie mam już 15 lat i nie czekam już na nic. A już na pewno nie na to, czy ktoś się zdecyduje, czy ma ochotę na spotkanie, czy nie. Mnie już to nie boli i... tak robię po swojemu, bo dlaczego nie?? Od dawna poukladałam sobie świat i nie zostawię tego już :D

I w Biedronce zjechałam dziś kasjerkę, ostro. Musiałam rozmienić 100 zł, końcówka była 71 groszy, a ona w lament: nie ma pani drobniejszych... Albo końcówkę... Ta... Miałam końcówkę, ale primo po pierwsze, torba, rękawiczki i plączący się kabel od słuchawek, odsunięcie zameczka w portfelu, zdjęcie okularów, bo ślepota jedna w okularach drobnych nie widzę, a za zameczkiem miałam kilka setek, bo tak wyszło i wychodzę z założenia, że kasą nie należy się chwalić, zwłaszcza jak jest ciemno, a wokoło pełno żuli... _ To pani nie wydam... _ To poproszę kierownika... Od razu znalazła resztę, nie ruszając tyłka. Rozumiem, wydawanie w czasach, kiedy kasa nie wyświetlała reszty, to mógł być horror. Ale teraz?? I do jasnej ciasnej przy takich ogonkach mają utarg jak złoto i co mnie to, że nie chce im się szukać drobnych?? Za to im płacą. Gdybym była kasjerką, miałabym odpowiednie okulary jak coś, a tak nie mam okularów do kasy, tylko okulary do łażenia. W pracy mam takie do kasy : D Notabene wydawanie reszty opanowałam błyskawicznie mając 7 lat i siedząc u Cioci w sklepie... Jak pięknie wytłumaczyła mi wydawanie reszty, że lata całe zaginałam potem ekspedientki w sklepach, które się myliły, albo miały kłopoty :D

I Boston Legal. Zauroczona. Wsiąkłam na maksa. Nie wyszlam rano z domu nie oglądnąwszy odcinka. Alan Shore i jego angielszyzna jestem zauroczona... Daniel ze Stargate za mną chodzi... :)

Deska klozetowa mi pękła, wyciskacz do czosnku złamałam. Na imbirze, twardy był...
Nic mi się nie chce.
Nawet lecieć (sorry, Baranie, żebyś był tylko Ty i... no wiesz, rozumiesz, ale i tak się okopujesz). A skoro nie ma szybki z okna i gwiazdki z nieba, to dąs :) Oczywiście, żartuję i cieszę się. Już niedługo będziesz miał mnie dość :P

piątek, 14 listopada 2014

W piętkę gonią

wszyscy dookoła, pogonię i ja...
W pracy myślałam, że wylecę w powietrze, ale jedno już za mną, a i drugie niedługo zamknę, więc... wpierdolu nie będzie. Długo by mówić i pisać, ale czasem milczenie jest złotem, więc zamilknę i nie będę sobie ciśnienia podnosić, bo nie warto.
Zwolnili kobietę, która najuczciwiej pracowała, terminowo i takie tam. Po roku. Nie tyle zwolnili, co zlikwidowali temat, a ją przenieśli w dół. Na jej miejscu cieszyłabym się, że mam dalej pracę, nie wiem, jak kwestia pieniężna, bo u nas w firmie to jest tabu, ale... Kobieta w wieku, że już nikt jej nie zatrudni, zredukowali ją zresztą jakiś rok temu w szkole. Znalazłabym pozytywy: dalej ma pracę i to jak dla mnie lepszą, bo bez nadgodzin i delegacji. No, ale nie mnie oceniać, dla niej to szok. Strasznie mi przykro z tego powodu, ale pomóc nie mam jak. Mnie nie zwolnią, co najwyżej na emeryturę wykopią, ale to się będę martwiła jak wykopią, tak póki siły są, to każda praca fajna jest...
Temat cyklicznie wraca co jakiś czas, lepiej nie będzie.
W spółdzielni też w kulki lecą. Jak prosiłam o wymienienie okien to mi się w nos zaśmiali, że na własny koszt. A to przecież mieszkanie spółdzielcze, wymiana stolarki należy do obowiązków spółdzielni, powinni chociaż część kosztów zwrócić. Inne spółdzielnie zwracają, moja nie. Olałam, wymieniłam okna, w dupie ich mam... Mogą dosłać fachowca, żeby mi wyremontował (tak rzekli, jak miałam drewniane, stare)... Ta, znów jakiegoś kiblotłuka. A dziś ulotka, że są zapisy na wymianę drzwi. Hurtowo, ze spółdzielni i muszę tylko za drzwi zapłacić... Bagatela, 800 zł... I znów usłużnie podsuwam dupę do pocałowania. Bo wymieniają tylko drzwi dotąd niewymieniane. Śmiech na sali, bo... Jak się wprowadziliśmy, drzwi były z dykty. Jak się człowiek mocno zamachnął, to kopniakiem dziurę na wylot zrobił, nie mówiąc już o zamku. Geniusz rodzinny, mój Eks, zamontował drugi zamek Yeti, genialnie, bo mu nie pasowało, więc na jakąś deseczkę przybił, a że dalej mu nie pasowało, to dwie zapałki wsunął i tak przetrwało lat... naście, do momentu aż kupiłam kompika. A że kompik kosztował wtedy że ojapierdolę, łakomą rzeczą był, a wiadomo, że dzieci mają długie ozory, to z bólem serca założyłam wtedy drzwi... Porządne, z blokadą, z atestowanym zamkiem. Odpukać. Kosztowało mnie to 500 zł, jak na tamte czasy była to spora kwota. Ode mnie ludzie brali namiary i chyba już nikt w bloku nie ma tych "pierwszych" drzwi... Więc bez łachy, patałachy, pocałujcie wójta w dupę :) Grupowo, zbiorowo to takie drzwi bym wzięła za 300 zł, a nie za 800... Znów ktoś z krewnych pierdzistołków ma interes?? Na mnie nie zarobicie... :)
A jadąc dziś do domu tramwajem uświadomiłam sobie znienacka, patrząc na tablicę tramwajową, gdzie po kolei leciały daty, temperatura, godzina, że...
Wczoraj (i tak wcześnie się ocknęłam) minęło 35 lat, jakem ślubowała miłość, szacunek i posłuszeństwo bez granic...
I uśmiechnęłam się pod wąsem, bo... Niektórzy celebrują i datę pierwszej randki, zaręczyn i takie tam...
A ja już taka zakręcona jestem, że nawet o własnym ślubie nie pamiętam :D
I nie chcą mi wierzyć, że datę urodzin też wyparłam.
No co, dzień jak co dzień i co z tego??

Udanego weekendu...

wtorek, 11 listopada 2014

Działo się

i nie miałam czasu na pisanie.
Zaczął Inżynier, potem Baran, potem się Kierownik Budowy napatoczył, i tak z górki leciało. w międzyczasie skoczyłam po Musierowiczową dla Dziewczyny Inżyniera, choć ma Kindle'a, chciała papierową, dostałam ostatni egzemplarz, 10 zł taniej, więc dobry interes i mam prezent gwiazdowy z głowy :P
W poniedziałek spotkałam się z koleżanką z Auschwitz, nie mogłyśmy się nagadać. Zaprosiła na obiad do knajpy, bo w końcu załatwiła procedurę spadkową po cioci swojej, a pomógł w tym Inżynier, bo dziadek koleżanki miał nieprzyjemność umrzeć w Anglii, a konieczny był jego akt zgonu, angielski urząd zaś nie chciał polskiej kasy, chciał kasę z karty, a polską kartą z polskiego banku jakoś się nie dało zapłacić... Koleżanka w panice, we łzach, e-milki jej ktoś pisał, bo ona angielskiego nie zna... No to napisałam do Inżyniera, Inżynier rzeczone 10 funtów wpłacił kartą, napisał emilka do angielskiej biurwy i było po musztardzie :) Niewielka pomoc, ale istotna, więc jako rodzicielka Inżyniera (w którym zresztą Koleżanka jest zauroczona od lat i złego słowa na Niego nie da powiedzieć) uhonorowana zostałam obiadem... Z tym, że ona się zawsze upiera na dziwne knajpy, tym razem chciała do Sfinksa, gdzie ceny poszybowały w niebiosa, a Sfinks się spsuł. No ale piwo w innych knajpach było OK, więc nic się nie stało :D
I tak w Brovarii


dyniowe sobie wypiłyśmy, całkiem, całkiem. I zimne jak należy, a że ona miała kacyka po niedzieli, więc postawiło ją na nogi. Ja kacyka nie miałam, bo Kierownik Budowy przyzwoitym facetem jest i mnie nie rozpija :)
Potem był rzeczony Sfinks, a wychodząc z niego natknęłyśmy się na pochód... hmmm... wielki, olbrzymi, aż dech zapierało...

Szli wyznawcy teorii o zamachu w Smoleńsku... To niebieskie to gliniarz otwierający demonstrację, a to światło w oddali to gliniarz zamykający ją... Ojapierdolę. Tak się bawią od lat za nasze pieniądze, ale cóż, demokrację mamy...
A my wylądowałyśmy w Ptasim Radiu

na lodach i piwie fiołkowym.
Ja szalałabym do nocy, ale ona, niestety, psa ma...
A pies, wiadomo :)
Tak więc skończyło się bez szaleństw, choć miło, bardzo miło było :)

A dziś w całej Polsce Dzień Niepodległości. W mojej wiosce też, choć Bogiem a prawdą, Piłsudzki moją wioskę olał i gdybyśmy nie wzięli w swoje ręce sprawy, my, Wielkopolanie, nie byłoby Księstwo Poznańskie wolne... Ale że akurat 11 listopada ma imieniny nasza ulica, Święty Marcin, więc co nam szkodzi?? Dodatkowo bawimy się znakomicie, a w Warszawie leją się nie wiadomo o co.... a może tak secesję zrobimy?? Na zachód od Wisły fajnie jest, zapraszamy :D Jestem dumna z tego, że jestem Wielkopolanką, a mój Dziadek był powstańcem wielkopolskim. Nienawidzę nacjonalizmu, nawet jak to jest nacjonalizm polski. Nie mylić z patriotyzmem...
No więc dziś poleciałam tak (zapraszam na spacerek):

 Dojechałam do Opery, a tam... żywa reklama kremu Nivea :)
 Od razu rzuciły się w oczy balony, wszędzie ich było pełno. Tu Minionek ;)
 Ulice wcale nie wyglądają listopadowo, co nie?? Na dokładkę było prawie 15 stopni, więc ciepło...
 ... tak że ludzie stali w kolejkach po... lody :) Lody w PL o tej porze roku to niespotykane :P
 Górale zaś jak co dzień rozwinęli swoje kramy...
 ...a przechodnie manifestowali swoje przywiązanie do kraju :)
Graffiti. Szacun. Prawdziwe, porządne graffiti. Chwała Powstaniu :)
 Wioskowi policjanci cierpliwie pozwalali głaskać koniki, robić fotki i uśmiechali się, zamiast pałować ;)
 A balony było widać wszędzie...
 Plac Wolności z daleka wyglądał tak. Pojechałam celowo już po paradzie, bo nienawidzę tłoku, a i tak był ścisk niesamowity....
 Przecudnej urody żołnierki serwowały wojskowe jadło z kuchni polowych...
 ... do których wiły się kolejki świńskoogonkowe :D
 I choć kuchni było kilka, trzeba było swoje odstać. Jako że w mojej wiosce oszczędni ludzie są, stali, bo za darmo, a wiadomo, że moich ziomków ze Szkocji wywalono za skąpstwo ;)
 Reszta wojska odpoczywała...
 ... gawędziła...
 ... kombinowała?? :)
 A flaga wisiała dumnie i spokojnie, bo to spokojna wioska jest :)
 Baloniki mnie dziś prześladowały....
... prawda, że szok??
 Oczopląs??
 Coś dla ducha też było...
 ... i dla ciała, były też rogale świętomarcińskie (ceny zbójeckie, więc nie kupiłam, zjadłam jeden w niedzielę, starczy), wata cukrowa...
 I balony...
 ... lizaki...
 ...Angry Birdsy :)
 I knajpki zachodnią modą zaczęły wychodzić frontem do klienta...
 Jechały też na miejsce zbiórki elementy pochodu, co skwapliwie wykorzystałam, bo tłum gęstniał i zaczęło mi brakować tchu. Cykając wróciłam więc do punktu wyjścia czyli w okolice Opery. Ale że nic nie jechało...










 Na dzrewach takie cuś wisiało przez cała ulicę...





 I ha :) Balony wyrwały się na wolność...
 ... a tu grupowa ucieczka...

 I znów konny patrol...
 I chleb dla bogatych, niżej ceny. Ocipieli :)


 Chodniki nie mieściły ludzi...
 ... a że miała zacząć się parada, a autobus tu miał jechać, to poszłam okrężną drogą...
 ... i znów patrol :)
 Bamberkę spotkałam. Stroje bamberskie są oszałamiające...
 Szłam pod prąd i nie mogłam się przedrzeć, zazwyczaj te chodniki są puste, a tu proszę...
 I biało-czerwone balony też się urwały i świętowały po swojemu...
 ... a na Starym Rynku tłum, że szok...
 ... i dwie moje koleżanki się tam ukrywały dobrze ;) Fajne miotły miały :D
 Gęsinę promowano, bo był Festiwal Gęsiny dodatkowo. Ceny, jako i chleba ze smalcem, rogali - z kosmosu. A kiedyś było to jedzenia dla ubogich... O tempora...

 I taką perełkę znalazłam po drodze...
A tu cudnie. Piękne przejście do wieczności (dla nietutejszych - Universum to w mojej wiosce zakład pogrzebowy) :)

Długi weekend zatem minął mi wspaniale, żal, że juterko do pracy.
Ale już odliczam dni.
A Baran przeczesuje net w poszukiwaniu min ;) Przeciwpiechotnych i przeciwczołgowych :D