[go: up one dir, main page]

czwartek, 31 grudnia 2015

Nadal

chcę do domu na gwałt.
Pinceta znalazła się tam, gdzie cytując klasyka, panienka ją świchnęła.
Babcia od rana ma focha, bo jak wczoraj poszła spać, generalicja zarządziła, żebym upiekła indyka i zrobiła zrazy, oraz obiad na dziś, bo Barana nie puszczą wcześniej z pracy. No i foch jak chuj, bo indyk, mało że indykiem jest, a kto to widział indyka i że za mało na tyle osób, to jeszcze na dokładkę dostałam brytfannę z zegarem, ale psuję mięso, bo jak to tak? Żurawina, zioła, mandarynki i pomarańcze? Kto będzie takie świństwo jadł, bo ona nie, ona na weselu głodna siedziała, bo sos był z rodzynkami, sos z rodzynkami, pszepani, ktoś zwariował, ona tego nawet nie spróbuje. I dobrze. Będzie więcej dla nas.
Po co stoi maszyna do chleba? Żeby chleb upiec. Oczywiste. No, chyba że ktoś chce się uprzeć, to bimber można pędzić.
Co pani robi? Zrazy mielone. Ale pani to miały być karbinadle. Nie umiem karbinadli, u mnie się robi zrazy mielone. Ale pani to miało być na sobotę. Kazali dziś, to robię dziś. A co będzie w sobotę? W sobotę będzie sobota, jak mniemam, i ja wyjeżdżam. Po raz pierwszy wyjeżdżam stąd z ulgą, nie z żalem. Z żalem, że chuj bombki strzelił. No cóż, życie.
A skąd pani ma taką patelnię? Ugryzłam się w jęzor, bo chciałam rzec: ukradłam. Bo baba wszystkie szafy dokładne przetrzepała i wie wszystko, a głupie pytania zadaje. I obiecała wytrwać na posterunku do północy. A chodzi spać o 20. Wódki ani innych wynalazków nie tknie, ale może tabletka nasenna do herbatki ;)
Mam nadzieję, że jak zacznę tak pierdolić, ktoś mi to w twarz powie, że pora umierać.
A tak poza tym u mnie po wczorajszym Franku, który szalał, aczkolwiek nie zanadto, śladu już nie ma i pięknie słonko świeci, żegnając stary rok.



Czekam na nowy z trwogą i troką, bo to, co wyprawiają zdobywcy w moim kraju jest porażające. Zaczynają mi przypominać się czasy komuny, kiedy opowiadając dowcipy trzeba było się rozglądać na boki.
Zatem Czytaczom i Podglądaczom, Stałym Bywalcom i Zabłąkanym Wędrowcom, Przyjaciołom, Znajomym, Nieznajomym, Wrogom, słowem - wszystkim, tak po staropolsku Do Siego Roku. Niech nas nie zawiedzie i nie rozczaruje, niech nasze domy będą spokojne i pełne ciepła i miłości.

Do napisania za rok :) Tobie, Kochany Pamiętniczku, dziękuję, że jesteś. Cierpliwy :) 

środa, 30 grudnia 2015

A rośnie mi

ciśnienie o pierdołę.
Położyłam w łazience na szafce pincetę.
Dziewczyna jak była pyta, czy jej czasem nie zabrałam. Mówię, że nie. Bo nie, bo wypakowywałam z bąbelków sztuk dwie i nożyczki, więc moja jest. W zeszłym roku zgubiłam i kupowałam nową, dla mnie tu drogo. W PL kupiłam drugą, a że mi zawsze jedna znika, zabrałam dwie do Uk, żeby tu znów nie kupować. Tyle że jej tego nie tłumaczyłam.
Dziś Inżynier prosi, żebym sprawdziła, czy nie mam dwóch.
Tak, mam dwie.
I wkurw mi urósł. W zeszłym roku potrzebowałam tu maści i niezłą kasę na nie wydałam, więc w tym roku mam cały wór maści. Nawet na ból dupy.
Tak, odechciewa mi się już wszystkiego.
Do dupy.
Idę posmarować dupę maścią na ból dupy.

UPDATE

Właśnie sobie uświadomiłam, że mam taki sam dezodorant, jak Inżynier. Bo mój dziwnym trafem znalazł się u Babci, chyba wiem jak, no to poprosiłam o kupno nowego... Wiem, męski. Ale chciałam :)

Nigdzie nie czuję się już OK, wszędzie zawadzam.
Chcę do domu!!!!!!

Nie lubię

mieć racji, ale przeważnie ją mam.
I dlatego nie lubię zmian, bo nie ma zmian na lepsze, są zmiany na gorsze.
Nie zawsze, ale przeważnie. To se ne vrati, taka prawda, ale wszystko wywaliło się do góry nogami i nie widzę sensu.
Już dawno pogodziłam się ze swoją samotnością i już nie pozwolę jej sobie odebrać.
Za drogo mnie to kosztuje.
Ledwo zejdę na śniadanie zaczyna się trzeszczenie karabinu maszynowego. Salwą. Na całe moje szczęście jestem głucha, a pierwszy atak przyjmuje na swe wątłe piersi Baran. Który uwielbia rano siedzieć i animrumrać.
Później Baran leci do pracy, a ja chcąc nie chcąc zakładam aparaty, bo B. drąży i drąży z uporem osła, aż doczeka odpowiedzi, więc nie mogę zgrywać idiotki bez końca. Minęła się z powołaniem, powinna pracować jako śledczy. Od pytań ile mam lat przechodzimy do analizowania, czy podoba mi się przyszły teść Inżyniera, czy lubieę teściów Pierworodnego, jakie kontakty z nimi utrzymuję (intymne, kurwa), która synowa jest lepsza, która ładniejsza, która mądzrzejsza... Ojapierdolę.
Zbaczamy na tematy międzyludzkie i tak po raz setny historia sąsiada, który śmieci do śmietnika podrzuca, niedobrego jedzenia na przyjęciach, na których B. bywa, a które nigdy nie są zaplanowane z myślą o jej upodobaniach kulinarnych, co ugotuje, kiedy ugotuje, jak ugotuje, w czym ugotuje. Ojapierdolę.
Następnie na arenie walki, czyli w livingu pojawia się Postman i przejmuje część ataku na swoją pierś. Ale ten cwany jest i posługuje się słówkiem wytrychem: ano. Jedzenie jest dobre: ano. Jedzenie jest niedobre: ano.
B. męczy go o nagranie swoich rodzinnych zdjęć na płytkę, bo musi mi pokazać: córkę, brata, bratową, kuzynkę, ciocię, sąsiadkę i ojapierdolę, resztki włosków pryskają z mojej główki w popłochu. Nienawidzę oglądania takich zdjęć, a tu jeszcze byłyby okraszone pierdyliardem historii. Tylko sąsiada podrzucającego śmieci pewno by nie było.
I Internet to zuo. Bo ludzie wszystko w tym Internecie robią. I ja też mam wyjaśniać co, bo się na Internecie znam. Ojapierdolę.
I oponki, i pączki, i rolady.
I telefon, bo wiesz, jestem u Postmana i jest ta pani co jej syn w maju będzie miał wesele... I jestem u Postmana i na sylwestra przyjedzie ta Marysia co to taki głupi ślub na wyspach miała, bo kto to widział tak ślub brać.
Ojapierdolę.
Tak więc, Kochany Pamiętniczku, nie jest wesoło. Nie byliśmy też nigdzie, nie licząc spacerków z Baranem. Wiem, dwa samochody. Wiem, kłopoty z chodzeniem. Wiem, wydatki. Ale zawsze gdzieś coś było. I u Inżyniera też bryndza, no bo zawsze jak już wszyscy mają wolne, to Dziewczyna nie ma nastroju, a wiadomo, nastrój Dziewczyny rzecz święta. Kiedyś szaleliśmy, co święta jakaś wycieczka, coś nowego. Coś fajnego do zapamiętania. A teraz życie składa się z monotonnych dni i nic już dechu w piersiach nie zapiera. Smutne.
Więc tak, Kochany Pamiętniczku, wczoraj uratowała mnie herbatka z prądem.
Ale nie chcę się tak ratować.
I dlatego z lekką nutką żalu wraz z odchodzącym Starym Rokiem żegnam dotychczasowe życie i
zaczynam nowy etap.
Jednak robi mi różnicę samotność. Moja jest OK, wśród ludzi jest do bani. I dlatego oprócz normalnego postanowienia na Nowy Rok, że będę jeszcze wredniejsza postanawiam też, że nie ulegnę i będę niezłomna.
Bo gdzieś tam dodatkowo w głębi, pod pokrywą niepamiętania kołaczą słowa Inżyniera, że chcą święta spędzić razem, bo będą teraz najważniejszą komórką społeczną. I po chwili, o chwilę za długiej, dodane: oczywiście, może być mama razem z nami, jest mama zaproszona.
Ano. Mogę. Ale nie muszę.

Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech. Przez łzy.

Za dwa dni pożegnam jedno ważne miejsce z mojego życiorysu.
A za 10 przytulę Miśki.
Na razie jest tam Kierownik Budowy, bo remont im się ciągnie. Więc widocznie miałam wyjechać, żeby mógł wszystko spokojnie ogarnąć.
I tym optymistycznym akcentem kończę marudzenie, Kochany Pamiętniczku.





Święta prawda :)

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Ja do ciebie


dzwonię, czy ty do mnie dzwonisz?
Telefon za telefonem z pierdoleniem o Szopenie. Nieważne, czy ktoś ogląda film czy coś innego robi.  Za to jak ja piszę, a często właśnie z kimś tak rozmawiam, to nie ma skrupułów, żeby mi przerywać.
Ojapierdolę.
Wczoraj oglądnęliśmy fajną komedię „Randka z królową”, szkoda tylko że lektor, bez napisów. Te szalone lata czterdzieste, fryzury, muzyka i Londyn w dniu zwycięstwa. Ot, taka pierdołka dla zabicia czasu, ale fajna.
Przesiedzieliśmy cały dzień w domu, bo lało ciurkiem, tylko Postman z B. pojechali na zakupy, co potem było okazją do gadania, że proszpani jak to ludzie się na te zakupy pchają. Ano. Pchają. Słodyczy przywieźli tyle, jakby w Polsce dalej cukier był na kartki. Ano.
A dziś słoneczko ładnie wstało, więc obiad ugotowawszy i zjadłszy, wykopałam Biednego Barana na spacerek. Fotki urocze mam, ale nie mam jak zgrać, więc będą jak wrócę na memłon. A na razie trzaśnięte komóreczką muszą wystarczyć.
I tak

Zima jest, a jakże, więc bałwanek takoż jest :)


Wszak Merry Christmas, co nie?











Przygodę mieliśmy po drodze, bo trzasnęłam fotkę z fleszem, a za chwilę jedzie auto, wysiada z niego facet w rybaczkach i t-shircie, z lekka tatuowany. Już chciałam spytać Barana, czy nie jest temu panu zimno, a gość do nas i zagaja, że żona mówiła, że ktoś ich domowi robił fotkę, jakiś facet w kapturze. A Baran szparag ponad metr osiemdziesiąt i kaptur naciągnął, bo mu w uszka piździło. Mi nie piździ, bo aparaty mam. A fotka, bo dzieci. Nie za bardzo trybiliśmy, ale po wyjaśnieniu, że ja robiłam fotkę i chętnie wszystkie panu pokażę, facet nie chciał ich oglądać i uścisnąwszy Baranią kościstą łapkę odjechał, życząc nam miłego dnia. Dopiero po chwili olśniło mnie, że być może wzięli Biednego Barana za jakiegoś pedofila. A ja tam nawet dzieci nie widziałam, robiąc fotę, tylko drzewo fajne rosło na tle krajobrazu. Teraz będę się bała trzaskać fotki jak będę chocdziła sama i widzę, że nakazy Inżyniera: nie robimy fotek mają sens. Zresztą sama staram się robić zdjęcia tak, by ludzi w kadrze nie mieć, co oczywiście nie jest możliwe, jak np. maraton pstrykam.
No nic. Odkryliśmy park, muzeum, spacerek był zajefajny choć pod górkę i jęczałam, ale oj tam, oj tam, Baran cierpliwy jest i ma złote serce :)
Inżynier zaś dziś na Gwiezdnych wojnach z kolegą, bo Dziewczyna w pracy i nie czuje czaczy do GW. Trochę zazdroszczę, ale tu napisów nie ma, więc za dużo bym nie ogarnęła. 
W PL już dzień roboczy, a tu Bank Holiday, czyli tym razem Anglicy górą :) 
A za niedługo Nowy Rok i szybciorem do domku, do Miśków, badylków i kompika.
Tęsknię :) 

niedziela, 27 grudnia 2015

Zielone

do bólu, do szpiku kości są te święta. Tyle że wyjątkowo deszczowe. Wczoraj udało nam się wyprysnąć, poszliśmy z Baranem per pedes do miasteczka, całkiem przyjemna wycieczka, wróciliśmy też per pedes i... byliśmy w domu szybciej niż Postman z B. samochodem, okrążyliśmy przy tym jeszcze trzy razy osiedle i postaliśmy pod chaupką, bo nie zabraliśmy kluczy, wychodząc z założenia, że ci w samochodzie będą szybciej. A wracaliśmy pod górkę :) Proszę, jacy z nas zdolni piechurzy.
A reszta standardowo, stół, ja gotuję, pani gotuje, my gotujemy, Postman się wykręca ;) Leniwie. Cicho, spokojnie, o ile znów nie dzwonią pieron jeden wie gdzie :)
W międzyczasie podskoczyliśmy z Baranem po nano, bo dostał od Gwiazdora nowego iPhone'a i skręcało go, że nie może bez karty nic przegrać. Udało się rzutem na taśmę, a dzięki temu i ja mam kolejną niespodziankę od moich zabawek, bo odkryliśmy przy


Milky Way, że wszystko można robić bez rączek. SMS, Messenger, a nawet i blog.
 Podyktowałam  po co teraz jest napisane.
Z błędem, miało być "to", ale widać program, skoro mój to musi niedosłyszeć :) Bardzo fajna funkcja, jak idę, mam ręce zajęte, a muszę odpowiedzieć na jakąś wiadomość. Takie oto są pożytki ze wspólnych zabaw zabawkami nowej generacji, aczkolwiek moja zabawka jest trochę starsza :)

Jakoś wyjątkowo w tym roku tęsknię za domem.
To jest syndrom SKS ;) chyba :>

sobota, 26 grudnia 2015

Wbrew

obawom - przeżyłam, aczkolwiek łatwo nie było i nie jest. Inżynier z Dziewczyną byli na wigilii, zaliczyli też obiadek w pierwszy dzień świąt i pojechali, bo ona pracuje dziś.
Wigilijne potrawy zmiecione, zapomnieliśmy tylko, że mamy krokiety i paszteciki, ale trudno :)
W pierwszy dzień świąt kuchnię od 5 rano okupowała B., ja tylko pyrów naskrobałam i tyle. Ale też cześć, chwała i chapeau bas: zrobiła tradycyjny śląski obiad: rolada, kluski i modra kapusta. Rozpływało się w ustach, mi nie chciałoby się tak sterczeć przy piecu, poszłabym na łatwiznę :) Wysiłek B. został doceniony przez wszystkich.
No a potem było już z górki, jak Inżynierostwo pojechało. Już w czasie wigilii trzeba było B. zabrać telefon, bo nawet wtedy chciała dzwonić. Później już jazda bez trzymanki na zakrętach. Krzyczy do słuchawki jak najęta, rozmowy monotematyczne, kto co jadł, gdzie jest, kiedy wraca i kto co z kim gdzie i za ile. I zdziwienie wielkie: dzwonię i dzwonię, a nikt nie odbiera telefonu? Żeby to jeszcze była rozmowa na temat, z kimś bliskim, o czymś, ale nie, pierdolenie o Szopenie. W ciągu jednego dnia wygadała więcej, jak ja przez całe moje życie. Bo mieliśmy kiedyś stacjonarny i dopóki Pierworodny nie dorobił się Internetu i komputera, co weekend gadaliśmy godzinami. Ale na temat :)
Dziwi ją, że my tak w tych komputerach siedzimy. Ale mam tu gazety, wiadomości, tv i towarzystwo. Zabawę. No nic. Jakby moja teściowa z zaświatów wróciła. Z tą różnicą, że nie miała komórki, gdyż było to w czasach Polkomtela i firma zbankrutowałaby na rozmowach. Miała za to znajomą telefonistkę i na rozmowy zamiejscowe i zagraniczne nigdy nie czekała. Słuchawka przyrosła jej do ucha i widzę ją wciąż przy stole, z telefonem, popielniczką pełną niedopałków i pułkiem filiżanek po kawie :)
Kevin sam w domu leciał u nas. Nie widziałam tego od lat, więc z przyjemnością oglądnęłam, wkurzał mnie tylko lektor i tyle, bo Postman twierdził, że napisów nie ma, co jest ewidentnym kłamstwem, ale oj tam, oj tam.
I tak wieczorem minął spokojnie, przy martini serwowanym przez Barana. Ale B. w czasie filmu nie omieszkała ględzić nie na temat. Carramba, ale to już tak jest.
Do Inżyniera pojadę wcześniej, tzn. 2 zamiast 3, bo uświadomiłam sobie, że 3 to koniec długiego weekendu i cała Anglia będzie wracać do domu.
A potem już tylko tydzień i go home. Już tęsknię. Tak wyszło :)
Kierownictwo Budowy zadowolone z lokum, wiedziałam, że będzie im się podobało :)
A kolęda u mnie 30, więc na szczęście mnie ominie. I dobrze :)

czwartek, 24 grudnia 2015

Muszę

na bieżąco, nie mogę :)
Od piątej rano gotuje się groch na piecu. Grochu tyle to ja na grochówkę nie gotuję, a to ma być tylko kapusta z grochem. Której nikt nie chciał i jadł nie będzie. Nic to, groch jest.
Ogarnęłam, com obiecała w trymiga. Bo co to za problem.
Ile jeszcze do zrobienia proszpani.
Nic. Tylko rybę usmażyć, pańcię zrobić i barszcz odgrzać. Pierogi i uszka gotowe. Więc w czym problem? No proszpani tyle roboty jeszcze.

Trę buraki. Patrz proszpani, tarki nie mają. Jak nie mają, jak trę. Ale ja mam inną, a ta jest niedobra. Też mam inną, tarka jak tarka. Patrz pani, szklanki ani jednej nie mają ino same kubki. Hmm... Ja też nieszklankowa. Bez szklanki, proszpani jak bez ręki. Przywiozę szklankę, bo szklanka musi być...
Przywieź.
Dobrze, że ten kieliszek Soplicy na czczo wciąż mnie jeszcze trzyma, bo inaczej...
Ojapierdolę.
Czekam na Barana jjak na zbawienie. Postman, cwaniak jeden, śpi.
Idę pakować prezenty :)

Ten jedyny

dzień w roku.
Przypomniałam sobie dziś, że wczoraj była kolejna rocznica ślubu, nie chce mi się nawet liczyć, która, bo jakie to ma znaczenie?
W moim mieszkaniu w wiosce święta speędzi Kradziejka z Rodzicami.
A ja zaraz zwlokę zwłoki, prysznic wezmę i pokrzepiwszy się, starym śląskim obyczajem, kielonkiem wódki na czczo, wypitym do lusterka, stawię czoła rzeczywistości. Bo biedny Baran w pracy i na drugą nogę to już z nim, jak wróci. Mam nadzieję, że i tak cały rok zdrowy będzie.
Nie mam już dużo do roboty, bo tylko przygotuję mu bazę, resztę robi proszpani. „Nasze” potrawy możemy zrobić tylko dlatego, że ona ich nie zna :)
A na moje tęskne: ale w święta połazimy, rzekła oburzona: goście będą, rolady trzeba robić. No to niech robi. Ja połażę. Z gośćmi :) Nikt rolad nie zamawiał. Zawsze były kurzęce cyce czy cóś innego szybciorem :) Każdy ma, to co lubi.

Oj, Malusi, Malusi...
Niech spełnią się ludzkie marzenia, a na świecie i w sercach wszystkich zapanuje miłość i spokój.



środa, 23 grudnia 2015

Oburzona

garnki oddała. Ale chciała gotować. Prosz, niech pani gotuje. Jak przyszło do gotowania, zaczęła dzwonić i po balu panno lalu. Cóż było robić, gotowałam. Na spacerku przedtem byłam, ale okolica nieciekawa i niespacerkowa jest. Poszłam w poncho. Nie jest pani zimno? Nie, kurwa, nie jest mi zimno.
Po obiedzie chłopcy pojechali do fryzjera (a Postman miał z nią piec), wzięłam się za gary. Zaraz pomogę... Skończyłam zmywać, nastawiłam barszcz i biorę się za sprzątanie garów, bo ociekacz jest jaki jest. Przechodzi korytarzem: pani, my tu garów nie wycieramy, same schną. Ja też, kurwa, nie wycieram, ale jak stoi wieża Eiffla z garów, to wycieram, a nie czekam, aż runie.
Ogarnęłam tę kuwetę, bigos skończyłam i poooooszłam.  Niech tera zkierowniczka sama popracuje, mi to rybka. Pół dnia jęczała, ile to roboty z pieczeniem, ojezusineczku. Zapytałam, po co piecze, skoro nikt z nas ciasta nie je? Bo goście będą. Pytam jacy goście. No pani syn. Ano, ale on nie gość, a swój. I też bez ciasta przeżyje. Nie. Ciasto musi być. To piecz, babo, i niepierdol. Weź niepierdol i niepierdol.
Moje nerwy już nie strzymują, a sytuacja jest beznadziejna.
Czy mogę iść zobaczyć ten barszcz?

Czekam aż wrócą, zażądam wina, bo tego na trzeźwo nie razbierjosz.
Może powinnam jakiś scenariusz napisać?
Byłaby poczytna powieść :)

Pierdolę

nie gotuję.
Miałam zrobić obiad, poszła do kuchni, zabrała garnki, bo będzie robić makowiec.
I kij.
Będziemy mak wpierdalać na obiad.
Amen.

Pierdolenie

o Szopenie trwa.
„Bo ja, proszępani...”
Widzę, że biedny Baran już ledwo zipie.
„Patrzpani...”
Po opierdoleniu o za długie spanie „już do pani chciałam iść”, co to, kurwa, w wojsku jestem? Nie założyłam aparatów i pieprzyła sama do siebie.
Lodówka pełna warzyw, a będziemy wpierdalać żurek, bo ona przywiozła żurek. Szarogęsi się i ojapierdolę. No nic. Szacunek szacunkiem, gdyby to był mój dom, ustawiłabym babę do pionu i tyle. Ale nie zrobię tego, bo choć niezłe ze mnie ziółko, jak trzeba mam przedwojenne maniery :)
Abstynentka. Zadeklarowana, „bo ja proszepani całe życie byłam otoczona mężczyznami. Oni mi kwiatki i czekoladki przynosili, ale proszepani nigdy kieliszka nie wypiłam”. A ja,proszępani, całe życie obracam się wsród chłopów i za kołniqerz nie wylewam. Do mnie przychodzi się z czteropakiem, winem albo i czymś mocniejszym. Whisky też lubię od niedawna.
No nic, ymy co będzie dalej, ale cała magia naszych spotkań poszła się jebać.
Nawet w wynajętych mieszkaniach kuchnia była królestwem Barana, ja wdzięcznie pełniłam rolę podkuchennej przynieśwynieśpozamiataj...
Może jeszcze kiedyś.
A tera szybki prysznic, bigos wykończyć i ide bez plecaczka, bo  ma być  piękny dzień.
Bez pierdolenia proszepani, niepierdol się weźmie.
Buźka :)





A, wieczorkiem włażę do komnaty mej, a tam roletka spuszczona, ręczniczek nowiutki, a ja pogłaskana po łysej głowce i wytulona kosteczkami. Jest dobrze, żawsze jest, gdy jesteś blisko... 


wtorek, 22 grudnia 2015

Ignorować

Mam. Polecenie Barana, łopatologiczne, gdy łkała u chudego ramionka w Kijance, bo w Kijance na ramionku się nie da :) Zauważyłam, że chłopcy głuchną, zatem głuchnę i ja. Choć to trudne, bo timbre głosu B. ma szczególny i donośny, suchy jak karabin maszynowy. Zrobiłam wczoraj obiad i nastawiłam bigos. Co chwila była w kuchni, pytając, co robię. Kankana tańczę na linie, to dopiero sztuka. I że dzieci w t-shirtach chodzą i w krótkich spodniach. Ja też.  I że wózki dziecięce takie niewygodne.  Nie wiem, nie leżałam. I że sąsiad tyle zakupów zrobił. I w t-shircie chodzi. No myślę, że gorzej by było, jakby chodził goły. Ble, ble, ble...
No i po zakupy, po zakupy, po zakupy. Z listy okazało się, że sporo rzeczy jest, tylko trzeba wiedzieć gdzie. Ano. Pojechaliśmy po te pieprzone zakupy. Wołowina ma być, a wołowina tu okropna. Nie kupiliśmy, Baran kupi po pracy. Bo muszą być rolady. Bo Postman lubi i zawsze je. To niech będą rolady, bo B. umrze, jak rolad nie będzie. A dziś fasolka po bretońsku. Nie jem obiadu :)
Za to gniję znów w łóżezcku, broniąc się przed zejściem na dół. I baterie w aparatach będę oszczędzała, co B. utrudnia zadanie, bo nie umie obsługiwać mnie bezaparatowej. Trudno :) Datę mego urodzenia zapisała (serio!) na karteluszku. Na cholerę jej to - nie wiem. A niech ma. I adres. Pytam, czy do mnie przyjedzie. Nie. No to fajnie.
Jest mi bardzo obco, bo stale pani, pani, pani, ale ojapierdolę.
No bo ludzie w samolocie wciąż do ubikacji chodzą, kolejka stoi. Pani, jak oni tak mogą i po co tak chodzą? Nie wiem, nie pytałam.
Jak widać, życie postanowiło mi dopieprzyć za to, co mi nie dopieprzyło dotychczas. Ludzie mają takie coś na co dzień. Tylko przykro mi, że dni odpoczynku mam zakręcone tym, no trudno.
Ale za to chłopaków mam, i jak B. ich nie gania, to są wciąż moi chłopcy. Do tańca i do różańca.
Krwawa jatka wczoraj była, krew się polała.

Ta koścista trupia ręka pogrom siała w akwarium, polując na rybki :) jedna z nich, niejaki rekinek, który w dzień mojego przyjazdu się topił, okazał się kanibalem i żarł inne rybki. Czułe Baranie serce nie pozwoliło mu rybki uśpić, wyeksmitował ją z akwarium i odwiózł do sklepu. Tak, tak, całe Baranisko. A mógł zabić. Mnie też nie uśpi, ale sądzę, że nie wszystko stracone, Inżynier nie będzie takim mięczakiem niedorajdą:)


Wieczorkiem zaś z butelką Black Tower, „naszego wina”, bo przy nim zaczynaliśmy naszą znajomość, wracałam do równowagi, jak rasowy pijak pijąc sama :) Aby do czwartku, będę miała z kim pić i sobie odbijemy.


Dziadek w tym roku ma więcej kwiatków i na szczęście nie pierdoli ;)
B. zaś odbiera wszystkie telefony, doprowadzając tym do rozpaczy chłopców, bo wiadomo, roaming. Odbiera się tylko istotne, a nie te od sąsiadki, która nie wie, że B. jest za granicą i dzwoni, żeby powiedzieć, co na obiad miała. B. gada przez telefon, jak moja.Teściowa, która nawet przez sen dzwoniła. I wkurwia mnie, jak ja piszę, bo pisząc rozmawiam z kimś często. A to tak, jakbym ja komuś rozmowę telefoniczną przerywała. Mówię jej to, a ona na to, że ona nie czyta i nie pisze SMS. Ale ja piszę, kurdebalans :)
No nic. Głodnieję, więc pora pod prysznic i szybciorem na dół. No i bigosik na pyrkanie trzeba wstawić. 
Miłego dnia :)

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Ciąg dalszy

Bo mi się na tym ustrojstwie urwało i dalej pisać nie mogłam :)
Tak więc chuj bombki strzelił i świąt nie będzie.
Nie pisałam nic Inżynierowi, a powinnam, bo sądzę, że będą równie zdegustowani jak ja. No ale ten jeden wieczór przeżyją, a ja chcę przytulić moje dziecko. I kombinuję nad powrotem do sierściuchów, bo jednak nie pierdolą trzy po trzy.
Wiem, jestem okrutna. Też jestem stara.
Ale sama się uśpię, jak dojdę do takiego etapu.
Zamiast wstać, leżę i wylewam żółć na bloga.
Zamiast pogawędzić miło przy lampce wina był cyrk z koniecznością gotowania.
Baby są pojebane, bo skoro się źle czuje, po kija się wpiernicza do gotowania codziennie, skoro jest w gościach i nie musi?
Inżynier dał mi do wyboru: pizza albo burger, a wizualnie na fotkach było obłędnie. Wybrałam pizzę i dostałam poemat. Mój syn jest mistrzem pizzy, sama w życiu żadnej nie zrobiłam. Burgera dostanę next time. I miło było patrzeć, jak krząta się, dopieszczając pizzę, jak baletnica, we fartuszku. Bo on tę pizzę pieścił, nie gotował. I super, przyjeżdża do mnie, ja go goszczę. Chce mnie ugościć, czuję się jak Elżunia i po licho mam go z kuchni wywalać?
Tu gotowałam, jak poprosili, jak Baran miał fazę, albo zasmrodziły mi się Baranie specjalności, on gotował. W czym problem?
Ojapierdolę.
Teraz zamiast iść się wykąpać i ogarnąć, leżę i piszę.
No bo chuj bombki strzelił i świąt nie będzie. Jak będą, odszczekam.
Ale to już nie to.
Przywiozłam pierniki. Kupione, a jakże. Dobre, bo drogie, nie, że się chwalę, ale warte swojej ceny a mojego odpoczynku. B.zaś napiekła ciasta. Pyta mnie: pani sama piekła? A ja głupia: nie, nie miałam czasu. A to nie będą dobre. Trudno. Baran mówi: głupia, było mówić, że piekłaś. Po co mam kłamać. W ferworze rozmowy sięgnęla po piernika i mówi: o, dobry. Sama pani piekła?
Tak, kurwa, sama piekłam. Zjedli moje, tamte leżą.
No nic, starucho, do życia marsz.
Masz też swoje fajne miejsce na ziemi i masz gdzie wrócić.
I zapisek dla tych, co wiedzą.
Gdy nadejdzie pora, powiedzieć wprost, bez owijania w bawełnę, czule, serdecznie, głaszcząc po lysej główce, ściskając do tego w chudych i otłuszczonych ramionkach, tuląc ciepło, serdecznie jak zawsze: pora umierać, Stara Jędzo. I będę Wam za to wdzięczna, bo żyć upierdzielając życie innym, nie dziękuję. Lubię piękne wspomnienia.
Bo jak widać, życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.
Literówki zostają do stycznia, bo się zacina przy poprawianiu :)

Wiedziałam

Że chuj bombki strzeli od razu. Mój wiedźmowski nos nigdy mnie nie myli.
Nie, nie jest źle, szat rozdzierać nie będę, przeżyję, będzie cudnie, jest spoko, ale i tak chuj bombki strzelił.
Sierściuchy jebane włażą mi na głowę dosłownie, bo Edek, ten dziwek (od dziwka) łasi się do każdego, a mnie to wręcz zamęcza żadając miziania, głaskania i podziwiania. W łżku mi wylądował w końcu, no ale czego się spodziewać po puszczalskim futrzaku :). Arya zaś, foszasta księżniczka, strzela focha za fochem, no to kij jej w futro. Sierści jak szalona, no i w momencie, gdy ja gotowa do wyjścia czekam aż Inżynier się ogarnia, dostaje rozpaczliwego ataku „jestem samotna, kochaj mnie”, co kończy się tańcem na rurze po moich nogach, ogonkiem z cyklu „tak mi rób”, a na końcu orgazmem, leżeniem na pleckach i dalszym seksem. Ojapierdolę, sierściuchy jebane. I teraz już realnie wiem, jak wyglądają łapoczyny. Rzymscy gladiatorzy niech się schowają :) Inżynier ma fajne metody wychowawcze, atakująca Arya została zagłaskana prawie na śmierć. Żeby nie to, że łażą po stole i blatach, byłyby OK. No ale nic to, przeżyję :)

Wyjaśniliśmy sobie z Inżynierem wiele rzeczy, bo nie ma to jak pyskówka tete-à-tete, do rękoczynów nie doszło, bo my to jak czekista z czekistą. Dzięki, Baranie, za Twe mądre słowa z ostatniego skype'owania, bo bardzo mi pomogły.
Podróż upłynęła nam cudnie, w pięknych, słonecznych, wiosennych okolicznościach przyrody, z przerwą na kawkę i ciasto marchewkowe w Starbucks, a Baran powitał nas przepysznym obiadem, morzem herbatki i... ciastem marchewkowym. Rybki przecudne, fotki będą później, domek jak z bajki, nowe dekoracje, moi chłopacy znów gadali jak za adwnych czasów, mimo że rok się nie widzieli, Inżynier nawet rybki czarował osobistym urokiem, że z ręki mu jadły, sam żarł Baranie smakołyki jak prosię, jęcząc, że znów musi się odchudzać, co rusz zajady nam się robiły ze śmiechu, słowem, paradise.
Inżynier musiał jednak wracać do rzeczywistości i odebarć dziewczynę z pracy.
Na dnie duszy pozostał mi uwierający kamyczek zwątpienia w sielankę, bo dlaczemu przeszesł chłodno do porządku nad faktem, że porzuca biedną, staraną życiem matkę na pastwę tych łobuzów w sylwestra. I nagle grom z jasnego nieba, przecież to wielkie, epokowe święto, bo to rocznica ich poznania. Uffff, nosz kurdebalans, pecha mam, że poznali się akurat właśnie wtedy, ale usprawiedliwiony, zatopiony i niech im sierściuchy jebane w ostrym seksie nie przeszkadzają. Rocznicowym. A sterana życiem kobieta rzuci sie w kościste ramionka i będzie jej dobrze, co nie? ;)
No i potem strzelił chuj w bombki, jak grom z jasnego nieba.
Postman przywiózł z lotniska Babcię swą, zwaną dalej B.
Jako że moi Przyjaciele są dokładnie rocznikowo w wieku moich dziecków, trudno, żebym ich babcią była, choćbym nie wiem jak się starała. Od proga usłyszałam, że B. wie kim ja jestem (no ale ona z PL, a tam wiadomo, wszyscy wiedzą), ale ile mam lat. Spowiadam się, a B., żem stara. Podskoczyło mi ciśnienie, jako że Stara Jędza to ja jestem i często ropaczam nad ty, żem stara, szaty drę i włosy z głowy wyrywam, ale żeby mi tak ktoś w pysk mówił, żem stara dupa, to obraza majestatu. Do łapoczynów jednak się nie rwałam, oj tam, oj tam, przeżyję. A potem już było z górki. Owa B. Jest też babcią owej lali, co nam święta uprzykrzyła zeszłego roku. Model ten sam: gada nie na temat, głośno, bardzo głośno, o rodzinie, o której nawet jej rodzony wnuk nie ma bladego pojęcia, o pierdołach zabili go i uciekł, o boleściach i bolączkach, dyrygując przy tym chłopakami jak kapral, no i o żarciu, na okrągło, od początku do końca. Przywiozła zmielony mak, namoczony groch i fasolkę i jazda bez trzymanki, że ma, że groch, że musi jutro zrobić fasolkę po bretońsku, że mak teraz zaraz już, bo już zmielony, że dać jej krochmal, bo serwetki przywiozła i będzie krochmalić, a to wszystko przerywane pierdyliardem telefonów do miliarda osób i pytaniem, dlaczego operator zabrał jej 30 zł, skoro to było jej 30 zł i w jej telefonie. I milionem pytań do mnie: a pani nie piecze? Nie gotuje? Nie śpiewa? Nie tańczy na rurze? Mówię, że lepiej się czuję, gdy ktoś mówi do mnie po imieniu, bo przecież chłopcy mnie tykają, a kobietka na to: niedopuszczalne, powinni do pani mówić babciu.
I wtedy mnie też strzelił chuj i wiem, że bombek już nie posklejam. Przeżyję, wytrzymam, nie mam wyjścia, ale trudno, sorry Winnetou.
Kłótnia o kuchnię, bo będzie gotować to co chce i lubi, co musi być. Więc groch z kapustą i inne wynalazki. Ojapierdolę. Obiad. Fasolka po bretońsku. Ojapierdolę. Nigdy w życiu nie gotowałam, nie wiem, czy moje dzieci to gdzieś jadły. Jadłam, nie przepadam, nie zjem. Mojej wątrobie nie służą takie potrawy, więc ich nie jadam, grochówkę uwielbiam i jadam w zaciszu domu mego, bo tam czuję się swobodnie.
I to nie tak, że ja grymaszę. Postman bowiem roślinożerny jest, co mi nie przeszkadza i zawsze mu dogadzałam, sam też lubię zielone. Mogę zjeść wszystko, nie kręcę nosem, ale stwierdzenie, że musi być groch z kapustą, bo musi, bo u niej zawsze jest. Ok, będzie groch z kapustą, mi to rybka.
Zamówili bigos, też zrobię.
Ale nie dam się wkręcić w robienie świątecznej rozpierduchy w starym stylu. Pogoda cudna, pójdę na spacer, kompikiem się pobawię i inne takie tam.
Nie lubię starych ludzi.
Nie mam z nimi wspólnego języka.
Nie kręci mnie jedzenie starego żarcia przez tydzień, bo od świąt zostało.
Rozumiem okoliczności wizyty B., tak Baran ma rację, jestem świnia.

sobota, 19 grudnia 2015

Day zero

Doleciałam nówka nieśmigana. Priorytet wypas, Inżynier kochany jest. I poszliśmy na angielskie śniadanie do bistra, smakowało mi :)
Fotki są, kotecków zatrzęsienie, ale nie ma jak z aparatu przesłać na kompika, więc może kiedyś.
Ciepło. 12 stopni.
Nagadaliśmy się.
Nie do syta, ale lepsze to, jak nic.
Jest dobrze.

piątek, 18 grudnia 2015

Day one

Spokojnie, bez debili i wariatów, aczkolwiek ślimaczo, bo jeszcze nic nie mam do końca zrobione, ale oj tam, oj tam.
Poszłam na pocztę, gapa jedna, bez numeru przesyłki, bo kupiłam sobie na urodziny perfumy Yves Rocher z gratisem i od 4 grudnia czekam. No nic, dobrze, że za pobraniem, ale za cofanie to ja muszę płacić. A nie chcę cofać, bo jako gratis z okazji urodzin mam od nich drugie perfumy, a to są dobre śmierdzidła, lubię je. Panienka z okienka - kolejna - znów o dziwo mnie kojarzy, poszperała w systemie i rzekła, że paczka gdzieś tam jest, ale jej nie widać. Tyle to ja też wiem. Zanotowała namiary na mnie i powiedziała, że ją zatrzyma jak coś. Oby się udało, byłoby OK :)
Butki strzał w dziesiątkę, przeszłam w nich dziś 5 km i nawet nie poczułam. To dobrze ulokowane 300 zł :) (Piszę, jak moi dziennikarze, zaraziłam się.)
Kierownik Budowy chciał dziś pokazać Małą, ale... Dobrze, że odmówiłam, choć z bólem serca, bo... nie wyrobiłabym się.
No a potem zapytał, czy mogą jedną noc przenocować, bo musi kuchnię pomalować. I tak go namawiam, żeby się wprowadzili nawet na 3 tygodnie, żeby spokojnie ogarnął swoją kuwetę. Miałabym mieszkanie zaopiekowane, a murów wszak nie ugryzą. Na razie stanęło na paru dniach, ale zobaczymy, może im się spodoba :D
Wyczerpałam już wszystkie wymówki do opierdalania się, nawet kupę paragonów fiskalnych powprowadzałam, a co, słucham Zmorki :P
Jak nie będzie Day one, znaczy się, zleciałam.
Wola boska i skrzypce.
A Inżynier kochanym dzieckiem jest... To tak nawiasem mówiąc, bo wciąż na niego narzekam :)
Jemiołę zanabyłam, wisi, zatem kasa powinna w tym roku być. Bo jemioła kasę przyciąga, na całowaniu mi nie zależy już. A tak wyszło :P
Śmieci do śmietnika wyrzucałam w t-shircie i sandałkach, było w sam raz.
Taką zimę kocham, ale skoro inni marzą o śniegu, niech od jutra południa pada ile chce.
Do początków stycznia.
Nie będę Wam żałowała :)

czwartek, 17 grudnia 2015

Day two

przebiegał pod hasłem Całe życie z debilami wersja very very hard porno :)
Lało, więc pojechałam MPK i dobrze.
Niepotrzebnie tylko tak z wywieszonym ozorem, bo do 13 nic się nie działo, oprócz tego, że za kelnerkę robiłam, a może i za pomoc kuchenną? Latałam między dwiema parami drzwi na kartę z zastawą stołową, co bynajmniej śmieszne nie było, bo musiałam mieć wolną rękę do pikania i do ciągania. Urok drzwi polega na tym, że jak się trzy razy pod rząd piknie i nie otworzy, to ściąga się sobie na łeb ochroniarzy. No nic.
Wstępniaka nie dostałam, bo nie.
Bo źle korekcę.
A Boss był w Polsce i kontaktowali się z nim emilkowo.
Napisałam więc emilka z prośbą o łaskawe pozwolenie na skorekcenie i nic, cisza.
Nie to nie.
Wszystko inne latało zdalnie w powietrzu, bo całe naczalstwo wywiało, takiego rozpiździelu jak żyję w tej firmie nie pamiętam i wszyscy to mówili. Coraz więcej narzekań słychać i głosów niechęci.
A wszystko to... Nieważne.
Koło 15 wleciało naczalstwo i zażyczyło sobie, żeby wszystko zamknąć rach ciach ciach.
W międzyczasie dostałam tego nieszczęsnego wstępniaka, z merytorycznym bykiem jak kościół albo inny zamek. Po telefonicznej konsultacji łaskawie pozwolono mi na poprawkę, ale jak mnie na korytarzu spotkał, to wzrok wbił w ziemię, jakby milion zgubił i nawet dzień dobry nie rzekł.
A... Nevermind :)
Niepierdol wzięłam i jest git majonez.

I nagle musiało iść wszystko szybko, kurcgalopkiem, jakby już koniec świata miał być.
Poszło.

Pożegnaliśmy kolegę, było wzruszająco. Tłumaczył, że decyzję podjął sam, bo chce czegoś nowego spróbować w życiu. Przy kawce zapytałam, ile ma lat, rzekł, że 60. I tak mi kiełkuje, że po prostu poszedł sobie na emeryturę, jako jeden z ojców współzałożycieli ma na pewno niezłą, a co ma się szarpać w tej atmosferze?
Może tak, może nie, życzę mu szczęścia na nowej drodze życia. Fajnie ma gość. Już nic nie musi.
Wychodząc pożegnałam się ze wszystkimi, życząc wesołych świąt i oznajmiając, że jak tym razem dorwę lorda albo wygram te 25 melonów, to już mnie nie zobaczą :D Zaprotestowali niegrzecznościowo, mówiąc, żebym lorda sprowadziła tu. A niedoczekanie :D

Urwałam się przed końcem, bo te cholerne buty. Przypomniało mi się, że na Głogowskiej są sklepy z dobrymi butami, a że to rzut beretem, tom hycnęła. Dziewczyna była tak miła, że byłam gotowa kupić buty, choć nie za bardzo pasowały, w sensie, że miały z boku gumki. Super się takie zakłada, ale po 8 godzinach siedzenia w nich z butów wylewają się balerony. Kupię takie, jak dostanę premię. Niestety, na zamek ani na sznurowadła nic na mnie nie było: brakowało rozmiaru, albo były wstawki z siateczek i inne takie tam... Podziękowałam i poszłam, czując się nijak, że tak dziewczyna się naskakała, a tu nic. Ten model tak ma, nienawidzę grzebać i nie kupić. Oj tam, oj tam. I mokra byłam, bo w sklepie jak w łaźni, a ja torebka, szal, parasol, ojapierdolę.
Cofnęłam się, bo jeden sklep opuściłam, zniechęcił mnie szyld Tamarisu, kupiłam kiedyś sandały tej firmy i choć z pozoru wygodne, 200 zł poszło się... Obcierają nogi i nic nie pomaga. Ale... Znalazłam butki Josepha Scheibela, a że mi się o uszy obiło, rozmiar był, drogie bo drogie, ale w końcu na kogo mam wydawać kasę, jak nie na siebie?
I tadam, mam :)


Inżynier napisał, że zacne, też tak sądzę. Trochę boję się o kostki, bo do kostek sięgają, ale może nie będzie tak źle. Są mięciutkie - nie, nie jak kaczuszka, bo mam ohydne skojarzenia - jak jebane sierściuchy :)
A podziurawione butki zdarłam w rok niecały, no ale 150 km razy powiedzmy 5 miesięcy jak w nich chodziłam to daje 750 km, nie ma co reklamować :D Podeszwa wyślizgana, a miała takie wypustki antypoślizgowe, nic z nich nie zostało...
No nic, Kochany Pamiętniczku, wstydu ojczyźnie na granicy nie narobię :D Odpoczywam dziś i zbieram siły na jutro, szczęśliwa, że pośpię jak długo chcę, bo jutrzejsza noc bezsenna już będzie.
C'est la vie.
Przeleciało piorunem.
Czynsz od nowego roku mam o 20 zł niższy, koniec świata, coś staniało? :)

środa, 16 grudnia 2015

Day three

Całe życie z debilami, wersja hard porno.
Była.
Boss nie zgadzał się z moimi korektami, choć 2 błędy ortograficzne były. Wlali bez korekty, miałam korekcić na wydruku, on opiniował TELEFONICZNIE, jadąc samochodem. Mi to rybka. Czerwono na białym jest, że błędy znalazłam. Jak nie akceptuje, może mnie... No ale moje nazwisko jest w stopce, a nie wyślę sprostowania, że nie odpowiadam za rezultat końcowy.
Rybka.
Podłożyłam się reszcie kolegów, w tym mojemu ulubionemu, bo pamiętałam i nalegałam, że nie jest zrobiony tekst kogoś, kto pracuje zdalnie i ma na wszystko wyjebane. Kolega musiał znów zostać po godzinach i odrobić za niego pańszczyznę. Więc nie opłaca się być dobrym pracownikiem, choć z drugiej strony, jakbym tego nie przypilnowała, to kto byłby winien? Korekta, że nie wie, że wszystkiego nie skorekciła.
Atmosfera niemiła, odchodzi kolega, który zakładał ten interes. Na własne żądanie, ale... Nie wiadomo co. Jak dla mnie sympatyczny gość zza ściany, nigdy się nie starliśmy przez te 5,5 roku. Moja kropka i mój przecinek były rzeczą świętą i akceptowalną. Od jakiegoś miesiąca stał przy oknie i patrzył w siną dal, co wydawało mi się podejrzane, ale co ja tam wiem.
No i dziś dowiedziałam się psim swędem, bo w plotki się nie wdaję, ale dostałam do skorekcenia list pożegnalny.
Ojapierdolę.
Czuję się jakbym siedziała na minie, która wybuchnie za sekundę.
Uświadomiłam sobie, że z trzech gazet na spotkaniu opłatkowym redakcje (czyli ludzie, których znam i  z którymi pracuję) to nawet nie 1/3 załogi. Cała reszta, a tłum to był to zarządzanie i marketing. Ojapierdolę, nic dziwnego, że jest jak jest, skoro cała banda darmozjadów jedzie na plecach tylu ludzi.
Od dłuższego czasu nie ma reklam własnych, więc nie korekcę, ale kiedyś ci geniusze zapraszali zainteresowanych na imprezę pod adres: Łudź :) Mając oczywiście na myśli moje ukochane polskie miasto Łódź :)
Więc źle się dzieje w państwie duńskim, gdzieś zniknęła fajna atmosfera i wszyscy mówią, że to ta przeprowadzka...
Nie wiem.
W razie czego jestem szczęściarą.
Mam emeryturę i lubię pyry :) Zatem jestem w stanie wyżyć za 5 zł dziennie jak coś.
Amen...
U babci Ani ciężkie dni, więc proszę o słanie dobrych fluidów na ten adres.
Zmorka się wzięła zwinęła.
Nie skreśliła, zablokowała,
Dupa.
Sikora jedna dzielna Matka Polka ciągnie te swoje dzieci z uśmiechem na twarzy, choć Sówka powtórzyła wyczyn Małej Wiedźmy z zoo, rozbijając sobie łebek, w domu, pod czujnym okiem rodziców. Dobrze, że dzieci mają twarde czaszki, pamiętam, com przeżyła z Małą Wiedźmą...
Kierownik Budowy ze zdziwieniem odkrywa, że dziecko to nieprzespane noce. A miało być tak pięknie. I nie dają rady, bo jak to, cała noc przepłakana, a rano do pracy? I że matka bezradna, nie wie, co robić? Hmmm.... Ja słuchałam mojej Teściowej, jako że matki na składzie nie posiadałam. Ale Teściowa na wszelkie pytanie odpowiadała, że nie wie, choć sześcioro dzieci miała. No ale dzieci bawiła i wychowała babcia, która już wtedy nie żyła.  Moją wierną towarzyszką była książka "Moje dziecko", dzięki której ogarnęłam tę kuwetę z Pierworodnym, a potem to już byłam starą wygą :D Pierworodnemu próbowałam pomóc, ale okazało się, że wszystko się zmieniło i nie nadążam, i się mądrzę, i głupia jestem. Odpuściłam. Nikomu już nie doradzam, chyba że poprosi. Wyraźnie.
Bo aczkolwiek ciężko było i czasami nieciekawie, jednak nie pamiętam noszenia dzieci na rękach całymi nocami. Karmione były co 4 godziny, porzundek zaś ale musiał być. Leżały same w łóżeczku, ale byłam obok i gadałam do nich cały dzień, jak nie spały. Słyszały, że jestem. Byłam w zasięgu ich wzroku. Pracowałam chałupniczo, ale byłam ich. Cała, Dostawały herbatkę na życzenie, pieluchy zmieniałam w tempie amerykańskim (a Mała Wiedźma i Papryczek leją tak długo, aż czuć zapach moczu - niemowlęcy jest OK, ale...), na brzuszku leżały nawet we wózku nawet w czasie spaceru, ale to ponoć bardzo niezdrowo (sama śpię do dziś na brzuchu, a już jak się przejem, to jaka ulga tak lec), i parę innych takich tam. Nie karmiłam na siłę. Nie chce jeść, głodne nie jest. Wierszyki mówiłam całymi dniami, tylko nie śpiewałam, bo jak były większe i zaczynałam, to prosili: mamo, już będziemy grzeczni, tylko nie śpiewaj :) I tak się pokulało jakoś Były zakręty i umieranie, moje, bo i szpital Pierworodnego, jak miał niecałe 2 miesiące i trzy przepukliny, i umieranie Inżyniera, co już z Sikorą przeżywałam, co nie Kochana? Byłaś wtedy dla mnie wsparciem i ostoją... I te zapisy na audiencje do Inżyniera w szpitalu, bo Paskud miał tylu adoratorów, że matka na audiencję się musiała wpraszać... I inne takie tam, może kiedyś powspominam :D
No cóż, kotki i dzieci wyglądają słodko na sweet fociach w necie.
Może moje dzieci nie mają pierdyliarda zdjęć z każdego dnia, ale...
Były kochanymi, wyczekanymi, niekłopotliwymi i nadającymi mojemu życiu sens istotami.
Mimo że nie miałam nawet kuchni gazowej, gotowałam wszystko na początku na maszynce elektrycznej jednopalnikowej.
Nie miałam pralki, nawet Frani :)
Nie miałam lodówki.
Węgiel wnosiłam w zaawansowanej ciąży na 3. piętro, bo mój mąż się tym nie skalał.
Nie było forów, blogów, FB.
Płakać mogłam w poduszkę.
Nie umierałam, bo musiałam...
Życie.
To było życie, a chciałam mieć dzieci.
I nie wiedziałam, że dzieci i koty są piękne tylko na zdjęciach :D Choć przecudnej urody fotkę kotków, która wysłała mi kuzynka z Belgii mam gdzieś do dziś w rupieciach :)
Cóż, życie to niejebajka.
A jutro ostatni dzień w pracy i bliskie spotkanie trzeciego stopnia.
To też niejebajka.
Buty mi się podarły od tego łażenia, a druga para też jest na wydarciu, nie wiem, czy zdążę przed wyjazdem kupić nowe.
No nic, będę robiła za szuszwola z Polski. W podartych butach. Jak pokażę podeszwę, może nie będą mi kazali na lotnisku zdejmować, bo jak przemycić ładunek w podartych butach??
Tak, Kochany Pamiętniczku, Twoja autorka jest ojapierdolę :D

wtorek, 15 grudnia 2015

Day four

Wariatkowa ciąg dalszy.
W tym całym oddziale zamkniętym jeszcze wigilię urządzili.
No nic, posłuchałam speech, zgarnęłam swoją lampkę wina (ojapierdolę, nie miałam czasu na zjedzenie śniadania, więc po upiciu łyka rączki mi się zatrzęsły), jedzonko (a wypasione było) i poszłam do norki pracować, reszta jakieś dwie godziny świętowała.  Nie żeby mnie to bolało, bo zjadłam, wypiłam i byłam do przodu, a inni potem mieli obłęd w oczach :) Trzeba umieć sobie radzić :D
Tak, wiem, FB to nie jest realne życie, ale...
Z wieloma osobami mam właśnie tam kontakt i dzięki FB jestem na bieżąco z ich kłopotami i radościami dnia codziennego.
Lubię FB.
Uzupełnia moje realne życie.
Mam też fejsbukowych znajomych, których nigdy w życiu mogę nie spotkać, ale nasze losy się splotły. Takie czasy.
I moje korektorskie życie zmieniło się na lepsze dzięki kontaktowi na FB z grupą współzawodowców, bo czasem jak już jestem w ciemnej dupie, pomogą.
Więc lubię FB i niech mnie ktoś za to zabije :)
Dziś rano zauważyłam, że ubył mi znajomy.
Trafiony, zatopiony, pańcia, której moje poglądy nie pasują, co mnie ewangelizować chciała :D No i super. Gorzej, że kobietę znam realnie, mieszka niedaleko i na nią wlatuję. Ale w dupie to mam. Tak jak uczyła Mama, dzień dobry powiem. Nie opluwałam jej postów, a że moje ją wpieklały, znaczy się - brak kindersztuby :) Bo mnie życie i Mama naumiało: mów dzień dobry, nawet jak osoby nie lubisz. Mama miała przyjaciółkę. Obie mieszkały w służbowych mieszkaniach w szkole, ona na dole, Mama na górze. Przyjaźń kwitła do momentu, aż Mama wyszła za mąż... Bo przyjaciółka wg ówczesnych kategorii została starą panną. Zaczęło się. Przecinanie sznurów z praniem, bo pieluchy śmierdzą, inne takie tam zabawy. Karuzela rozkręciła się, gdy w 4. klasie eksprzyjaciółka zaczęła mnie uczyć. Miałam same piątki, a z jej przedmiotu niedostateczny. Egzamin komisyjny w powiecie. Zdałam na piątkę. Szóstek wówczas nie było. I do piątej klasy poszłam już w K., żeby pani w oczy nie kłuć.
To jej zawdzięczam lata dojeżdżania bez potrzeby.
Ale zawsze musiałam mówić: dzień dobry, choć nigdy mi na to nie odpowiedziała.
Gdy moja Mama zmarła młodo cała wiocha pojechała na pogrzeb do K. Prawie cała.
Pani pod koniec wieku średniego wyszła za mąż za faceta kopiącego rowy melioracyjne, który pił i ją prał, aż równo puchła, ale zawsze podkreślała: mój mąż geolog :)
Amen...
Więc ja pani, droga eksznajoma, będę mówić dzień dobry, choć sądzę, że na mój widok będzie pani spieprzała w podskokach po równo.
Napisałam posta o tym fakcie, że mnie skreślono.
"Dostąpiłam zaszczytu usunięcia ze znajomych na FB. Jestem szczęśliwa, bezgranicznie :)"
Synowa owej pani zapytała, skąd wiem, czy to widać na FB.
Odpisałam, że i owszem.
Jędzowato, jak to ja :) 
"<Imię, nazwisko> FB specjalny filmik z usuwania wysyła. U mnie stałam na czerwonym dywanie, orkiestra dęta grała, śpiewało jakieś Mazowsze czy inny Śląsk: "... i tak odchodzisz bez pożegnania, jakby znienacka ktoś między nami zatrzasnął drzwi...", i wtem z nieba spadł wielki głaz, w zwolnionym tempie i zabił istotę opętaną, znaczy się mnie... Buchnęło, zawyło, siarką zadymiło. I skończona bajka. Jeszcze było: "sztandar wyprowadzić". Z filmiku udało mi się trochę zapisać, zaraz spróbuję wrzucić :)"
I wrzuciłam dzieło Barana, na którym pocisk rozrywa mi głowę :D 
No co, mam taki filmik :) 
I jak dla mnie koniec bajki, choć akcja była, nie powiem :D 

Wnuczka owej pani, a córka synowej jest wszechstronnie utalentowana, śpiewa, tańczy recytuje, gra na wszystkich instrumentach, biega, skacze, działa, ojapierdolę. Dbają o dziecko. Dziecko zaś ma profil na FB, <imię zdrobniałe> Love.
Nieletnie dziecię jest, jakieś może góra 10 lat.
Utalentowane, jak rzekłam, a babcia ideał, jakim ja nigdy nie będę. Jeździ z nią po świecie, te foteczki, te górki, pagórki, muzea, wnuczka na dole, wnuczka na szczycie i ojapierdolę. Nie, nie złośliwie, podziwiam kobietę i że ma środki.
Bo ja, mało że środków nie mam, nie sądzę, że dałabym radę tak instruować dziecię. Coś na ten temat mógłby powiedzieć Inżynier, którego w młodości zabierali na wczasy sąsiedzi, żeby był towarzyszem dla ich jedynaka, i którego sponsor przewlekał z przewodnikiem w ręku przez pół Polski, egzaminując później z tego, co widzieli...
No nic. To wolny kraj.
Ale pani jest zażartą i zawziętą przeciwniczką edukacji seksualnej w szkole.
Wychowywana w cnotach chrześcijańskich. Sama miała nieślubne dziecko (broń buk liściasty, Pierworodny jest wcześniakiem, ale zrobionym świadomie, chcianym i nieskrobanym mimo gróźb, ze kiedyś to zrobię.). Syn pani też miał wczesne dziecko, nieślubne, bo ślub był już po dziecku :) Mi to rybka, ale... Jakieś to niedoedukowane, a co zrobi, jak wnuczka Love powtórzy błędy poprzednich pokoleń? 
Moja Mama edukowała pokolenia dziewczyn w latach, gdy o seksie się nie mówiło. Po drodze spotkałam parę, które mi rzekły, że dzięki mojej Mamie nie zaszły w ciążę niechcianą. Ze mną nie rozmawiała, powiedziała mi wprost: z uczennicami umiem, z tobą nie potrafię. Dała mi książkę "O dziewczętach dla dziewcząt" (tak, tak, za komuny były takie fajne rzeczy), potem sama wyszperałam Wisłocką, a na końcu, już na studiach wiedziałam, co to jest metoda termiczna. Sprawdza się. I nie będę się z tego nikomu spowiadać. Faktem jest, że jak chciałam zajść, zachodziłam od samego widoku męskich spodni. Tak się składa, że mężowskich, choć Baran kiedyś insynuował, że patrząc na moje dzieci i to, jak bardzo się różnią,  jedno musi być listonosza. Ogrodnika, psiakrew :) 
Mąż do uświadamiania dzieci nie miał ochoty ani talentu.
Zatem kupiłam "O chłopcach dla chłopców", chociaż maluchów bez skrępowania uczyłam higieny i takich tam.
Pierworodny książkę połknął i przypadł mi do kolan, łkając: mamo, jak ja mamę kocham. Jestem normalny... Miał poranne wzwody i myślał, że z nim coś nie tak... :) A że z Inżynierem żyli blisko i dobrze, nie było już problemów.
Inżynier pewnego dnia oznajmił stanowczo, że jedzie z Sikorą pod namiot na dwa tygodnie...
Rzekłam tylko: dziecko, prezerwatywa...
Spojrzał na mnie jak na idiotkę i rzekł: Mamo, jedziemy pod namiot, nie seksić.
O resztę proszę pytać Sikorę, nie mnie.
To nie moja bajka.
I sądzę, z własnych życiowych doświadczeń, że wychowanie seksualne dzieci nie czyni z nich ani rozpustników, ani kalek, ani erotomanów. Za to może zapobiec wielu nieszczęściom.
No i przez to wszystko znów jestem erotomanką gawędziarką, a jutro znów powtórka z rozrywki...
No nic.
Nie będę myślała niepozytywnie...
Że mgła i takie tam.
A walizka zapchana rupieciami gnije w szafie i trzeba będzie coś z tym zrobić, ale oj tam, oj tam.
Poradzę sobie.
A jak mi się nie uda wylecieć, Baran odetchnie z ulgą :D 
A Inżynier zazgrzyta zębami, że mógł nie płacić za bilet.
Ale oj tam, oj tam.
Ojapierdolę :D 


poniedziałek, 14 grudnia 2015

Day five

Mija powoli.
W wariatkowie na maksa.
Wyszłam po 19 i z bólem serca zrezygnowałam z powrotu do domu per pedes, no bo w tamtych chaszczach mnie napadną, siwe piórka mi wyskubią, srebrny głosik skradną, oj tam, oj tam, o ajfoniczka się bałam, kartę i troszku gotówki w portfelu.
Myślę zatem chytrze:  bilet wykupiłam, nalatać się w pracce nalatałam, rano szlaban miałam całe 7 minut, to jak hrabina pojadę MPK.
No i?
15 minut na przystanku, do którego dreptałam pół kilometra, bo nic nie jechało.
4 minuty na przesiadkę.
I nie dojechałam do celu, bo jakaś sprawa się rypła po przesiadce po 1 przystanku.
Wyleźliśmy na pobocze torów tramwajowych, starowince takiej jak my resztki włosów dęba stały, bo samochody na jezdni ani nie myślały zwalniać, na torowisku spadek i moja gruba kubańska dupa ocierała się miłośnie o stojące na nim wagony bimby, a w podeszwy butów właził jakiś tłuczeń i ojapierdolę.
Dotarłam do gruntu, gdzie mnie nikt nie rozjeżdżał, gdzie nie spadałam, mokra jak siwa mysz kościelna.
Jednak wolę moje piesze wycieczki do pracy, bo... idę chodnikiem i straszę parkujących na nim kierowców. Wolniej, szybciej, ale... Idę...
Z przygodami, ale dotarłam do chaupki, gdzie Miśki na moją cześć odtańczyły taniec radości.
Miło być w domu.
A teraz mam atak kichania, choć nic mi nie dolega.
Wczoraj się odprawiłam trzęsącymi ręcami, choć wieczorem Baran przekonywał mnie, że jestem mądrą staruszką.
Dziś się wydrukowałam.
Aby do juterka...

sobota, 12 grudnia 2015

Forever

Gentlemen odkryłam przypadkiem.
Miodzio.



I tak sobie słucham...
Wczoraj w pracy sensację budziłam, bo primo po pierwsze kaloryfer grzał u mnie na maksa, primo po drugie wiało mi zewsząd, a primo po trzecie chodziłam otulona szalem.
No i jak nie urok, to sraczka albo inny przemarsz wojsk radzieckich.
Rano w gardle kluchę miałam, więc z bólem serca zrezygnowałam z wyjścia na demonstrację i z festiwalu rzeźby lodowej. Pomijając już nawet wylot, ktoś musi zamknąć gazetkę, co nie? :)
I tak po raz kolejny omija mnie festiwal, trudno, muszą mi wystarczyć fotki z neta.
A na demonstrację chciałam iść, bo dość tego gówna.
Już powiedziałam Inżynierowi, że zostawiam pisemną dyspozycję, że jak mi odbije w dekielek tak, jak moherom, uśpić. Bezapelacyjnie. Nie ma innej opcji.

Większa część mojego życia zawodowego związana jest z mediami. I dlatego niepojęte jest dla mnie, jak można szarpać reportera, który nota bene nic złego nie mówił, relacjonował po prostu zdarzenie. Atakująca go babcią jego mogła być.
Ale skandalem jest dla mnie zapewnianie wojskowej oprawy każdej miesięcznicy. Zresztą sama miesięcznica posraną sprawą jest. To tak, jakbym ja co miesiąc obchodziła rocznicę śmierci mojej Mamy, Ojca, Brata itede... Czyli każdy dzień jakaś miesięcznica i no właśnie... prosta droga do kaftanika i pokoju bez klamek. A wojskowa asysta zabawą za moje ciężko zarobione pieniądze jest. Za moje i Wasze, drodzy Czytacze, bo Wy też podatki płacicie! Wolałabym, żeby te pieniądze poszły na szkolnictwo, służbę zdrowia, cokolwiek, co służy społeczeństwu. Widziałam raz w mojej wiosce pochód z tej okazji, nawet fotkę wrzuciłam na bloga i jakbabciewkapcie, nie szło w nim więcej jak 30-40 osób, ale policyjna ochrona była. Nóż się w kieszeni otwiera.
Ojapierdolę.
Forever Gentelmen i znów jestem młoda i piękna, choć z obu tych rzeczy nawet "I" mi nie zostało, ale oj tam, oj tam...
Odprawić się muszę, czego nienawidzę.
No ale muszę.
Buuuu...
Wczoraj dowiedziałam się przypadkiem, ile zarabiała zwolniona koleżanka. I padłam, i powstać nie mogę. Nie śniłam nawet o takiej kwocie. U nas wynagrodzenia są ścisłym tabu, ale to akurat wyciekło. I jakkolwiek zawsze uważałam, że jestem niedoceniana, to teraz wiem, że śmiało mogę się dopominać o więcej (co nie znaczy, że będę, cieszę się z pracy i... jest OK). Jej pracę, bo to ja ją poprawiałam, oceniając w skali szkolnej od 2 do 5 jak za moich młodych lat, oceniłabym na 2+. Żył sobie nie wypruwała, jechała rozpędem od początków firmy. Za te pieniądze, które ona dostawała, zrobiłabym sama cały numer i jeszcze go skorekciła. Tylko modlę się, żeby się o tym Boss nie dowiedział, bo jeszcze mi tyle da. A mi się już nie chce, bo po co? Do grobu tego nie wezmę, wypruwanie sobie żył jest już za mną.
Życie piękne jest, w blasku świec, lampek, z kieliszkiem wina i melodią w tle.
Nawet jeśli okna mam nieumyte, bo znów brudne, ale: jak tak zimno, drapie w gardle, a zresztą... Będę gdzie indziej i najwyższy czas zacząć być chujową panią domu. Lodówkę umyłam, podłogi też. Kurz zarośnie, więc nie ma sensu ścierać. Powtórzę kurcgalopkiem w przyszłym tygodniu. A później niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgodzić trzeba :D

czwartek, 10 grudnia 2015

Żeby nie

Baran, chyba bym zwariowała.
Popierdolone to wszystko na maksa i dobrze, że jest ktoś, kto potrafi mi na łeb wylać garnek zimnej wody, a potem wziąć i pogłaskać.
Kochany jest, a co...
Kierownikowi Budowy urodziła się w poniedziałek córka. Trochę z tym zamieszania, bo remontu u siebie nie skończył, właśnie się przeprowadzali, a Kradziejka mała urodziła się przed terminem, przez cesarkę, ale jest OK :)
Dzieci więcej jak mrówków ostatnio :)
Nie zapamiętam wszystkich dat, więc proszę z góry o wybaczenie, jak kogoś pominę.
Starzeję się i pamięć już nie ta, a do dat jej nigdy nie miałam.
Najpierw wkurwił mnie Inżynier i faktycznie, mam powód do złości. Bo obiecał. No a potem nie uczynił, bo zajęty... Tja.
Potem wkurwiła mnie przyszła Inżynierowa, wrzucając na FB zdjęcie, jaką chce mieć salę. Ojapierdolę. Same pinkowe balony i nic więcej. W maju, kiedy kurwa kwiatki się przewalają, kiedy jest zielono, radośnie i wszystko zapierdala, ona chce różowe balony. Tak, wiem, nie mój ślub. Ale ojapierdolę. Porzygam się. Więc pysknęłam do Inżyniera, Inżynier fochnął się, jej koleżanki wydały ochy i achy, a znajomi Inżyniera poturlali się ze śmiechu. A ja już byłam skłócona z Inżynierem i męczyłam biednego Barana. A on spokojnie, że się upijemy i poprzebijamy wszystkie balony. No i jak tu tego Barana nie kochać? :)
Inżynier zreflektował się, że zanadto matce nawrzucał, matka pozostała chłodna, chociaż przeprosił, a i ona rzekła sorry.
Zakopaliśmy toporek.
Ale płytko.
Bo wiem, że ich ślub, ale jak patrzę, co ona wywija to mi się siekiera w progu sama ostrzy. Poświęciłaby ten czas co go trwoni na różne pierdoły i wymyślanie na zdanie prawka i Inżynier byłby z czasem do przodu. Nie, kurwa. Nie rozumiem, jak logiczny i zorganizowany facet może być tak głupi.
Dobra, nie pyskuję więcej.
Ale kot dostał tort na urodziny, a mi nawet nie pofatygowała się życzeń złożyć.
Może lepiej, że tak, bo jak ma życzyć nieszczerze, to lepiej wcale.
Kolejny wkurw, znów z FB. Nie, nie zrezygnuję z FB, bo nie.
Wrzucam ja sobie na walla post, bo moim zdaniem to święta prawda.


No i odzywa się ta moja pańcia święta wniebowzięta żywcem, że jak tak można, że to skandal, obraza majestatu i w ogóle dowód opętania... Taaa. Niech zamawia egzorcystę. W dupie to mam. Skasowałam jej posta, to mój wall i wrzucam co mi się podoba. I znów Baran mnie pociesza i knujemy spisek, będzie się działo.
Ludzie, ona wypisuje na swoim wallu jaki to cudny czas nastał, jak zbawia Polskę. OK, wolno jej, niech zbawia. Zablokowałam jej posty, nie widzę ich, nie komentuję, nie drażnią mnie. Wierzy w Jarkacza, jej sprawa. To wolny kraj. Jeszcze. A może już nie?
Kolejny wkurw. Synowa zamieszcza post, że czeka na córkę 45 minut. Myślę sobie, ki diabeł? Red alert, Talijka zaginęła? Pytam. Naburszona plumka, że jak jedzie do szkoły autobusem, to musi czekać 45 minut. Nojaciepierdolę. Napisałam: to idź na pieszo. Przez te 45 minut doszłaby na pieszo, spaliłaby trochę kalorii, bo gruba  z niej dupa, grubsza już ode mnie, ale ja swoje lata mam. Dotleniłaby Papryczka. I już teraz wiem, czemu jest cyrk o pracę Pierworodnego. Nowy zakład pracy uparł się, że nie chce go na nocki, bo przy całej swojej wyjątkowości inaczej to dobry pracownik i fachowiec. No i tragedia, bo ona musi Małą ze szkoły odbierać. Kij jej w oko, bo w dupę by przyjemność miała. Wszystkie księżniczki na ziarnku grochu, wszystko w ząbki wchodzi i wszystko nie pasuje. Nie gotują, nie piorą, nie pracują, nie sprzątają,  nie mają siły, są zmęczone, zestresowane, a ci moi kretyni skaczą na dwóch łapkach. Wkurwia mnie to, bo wychowałam chłopaków, żeby byli partnerami, a nie robotami. No nic.
Ale wkurwia mnie i już.
A tak poza nieustannym wkurwem chodzę do pracy, pieszo, nawet w deszczu, kontemplując rzeczywistość i mając zlew na wszystko. Nie umyję w tym roku okien przed świętami, bo nie mam kiedy, a nie będę się szarpała. Po kie licho?
Nie sprzątam programowo.
Nie latam za prezentami.
Mam na wszystko wyjebane i czekam, aż mnie Baran pogłaszcze po głowie i do kościstego ciałka przytuli i znów będzie git majonez.
A tak to
Budząc się mam amarylisa...
... idąc do pracy mam wrony, nie nie na śniegu, a na trawie.
Spuszczone co rusz szlabany.

W pracy zielono mi i radośnie, a co...

Potem znów szlabany,

 słońce zachodzące obłędnie wprost....


Kotecki udające trupki...

Czego to  ludzie nie wymyślą, szynka z myszki. Ile myszek trzeba na jedną szynkę? ;)

A Gwiazdor przyniesie mi to. Grzeczna byłam, o!!

środa, 2 grudnia 2015

Nigdzie

nie wyszłam, wbrew planom, bo dzień był lejący na maksa, a i SMS nie dostałam, że książka już jest. Zostałam więc w domu i choć niewiele zrobiłam - nie żałuję. Tak paskudnego dnia dawno nie było, padało ciurkiem, szaroburo, od rana wszędzie paliły się światła przez cały dzień.
Wreszcie ogarnęłam szafę z ciuchami, bo był tam misz masz nieziemski, ale nic dziwnego, skoro sprzatałam tam rok temu.
A tak, Kochany Pamiętniczku, w domu dzieje się, aż mi się nie chce stąd ruszać :D
 Amarylis już wybucha :)
 Hiacynty pachną i kwitną :)
A storczyk zaszaleje lada dzień... I zostawić takie maleństwo na zmarnowanie :(

A tu, Kochany Pamiętniczku, Twój poprzednik w pełnym blasku ;)




 Nawet jak nie zdążę spalić, pismo mam lekarskie i sama nie mam cierpliwości na przebijanie się przez te zapiski, pełne nastoletnich wzdychań, słowików, kląskań, burz serwcowych i innych takich tam.
Więc jest nadzieja, że moje wzloty i upadki pozostaną moją tajemnicą, bo szczerze mówiąc... żal mi to spalić :) Takie tam głupoty, ale czytając widzę, jak daleką drogę przebyłam, a jednocześnie jak niewiele się zmieniłam.
I mam nadzieję, że jutro będzie lepszy dzień :D

wtorek, 1 grudnia 2015

Zaszaleję

jutro :) Pójdę do Yves Rocher i kupię sobie to, co lubię. Zasłużyłam całym rokiem ciężkiej pracy i dobrego prowadzenia się. Dawno tam nie byłam, a mam 50% zniżki na to, co kocham, więc raz się żyje, potem się straszy. A że tam są kosmetyki organic, to będę miała prezent dla innych, niekoniecznie dla miłośników organic, ale prezent elegancki i na czasie. Oj tam, oj tam :D
Byłam dziś w mieście, bo mi się opcja "mam za mało opłatków" włączyła, zatem mam teraz dość opłatków, a i świece na wigilijny stół mam :)


Kto będzie grzeczny, dostanie opłatek (moi żrą opłatki namiętnie, pewno w ten sposób złego ducha z siebie wypędzają na cały rok).
Znalazłam też sklep, gdzie szyją na miarę garnitury, takie że ojapierdolę, musiałam się wstrzymywać siłą, żeby nie rzucić się na ekspedientów... Nie, że tacy piękni byli, ale tacy elegancko męscy. I już oczami duszy widziałam Inżyniera w takim garniaku, szytym na miarę i takie tam... A jak uprzejmie ze mną gadali, a ja, dżinsówka, nieelegancka, tarzałam się z rozkoszą w tym męskim rozpustnym świecie... Niebagatelne ceny, ale... No i traktowali mnie jak Królową Matkę, nie oceniając po wyglądzie, bo wiadomo, że nie zawsze złoto świeci. Lubię taką obsługę, to pełny profesjonalizm. Parę razy w życiu zdarzyło mi się kupić rzecz, na którą nie wyglądałam, że mnie stać, a kupiłam nie dlatego, że taniej czy coś tam, ale dlatego, że obsłużono mnie jak należy. Kurde, Inżynier ma po matce wdrukowane, że na sobie oszczędza. Dlaczego kobieta wydaje na kieckę majątek (nie pytam, kto tam płaci, nie moja bajka), a mężczyzna nie?? Może się na targach ślubnych złamie, bo firma tam będzie, a ja będę go namawiała. Jestem gotowa dołożyć, bo Inżynier, aczkolwiek mężczyzną urodziwym jest (w szkole zwali go Mister Colgate i ma to coś), to na skutek wredności matki jego nie wyrósł jak szparag, jak co poniektóre Barany... No ma ten urok, ale jest mały do kochania :) I żeby nie było, jeden z ekspedientów był ryżym (tak, ryżym, nawet nie rudym, ale ryżym kurduplem, a i tak poszłabym z nim... na bal, gdyby tylko zechciał)... Bo miałabym mężczyznę zaćmiewającego elegancją innych... No nic, pomarzyć wolno, jak wygram w totka, sprawię sobie mężczyznę w takim garniturze i pójdę  z nim na bal... I jeszcze będzie musiał umieć tańczyć :) No dobra, mężczyznę, z którym mi się dobrze tańczy już mam :) Tylko mu taki wypasiony garnitur kupię i pójdziemy :) A jego druga połowa będzie na nas czekała w domu z herbatką i nie będzie miała nic do mrumrania... Oj tam, oj tam, no co?? Wiem, gabaryty mam jakie mam, ale sprawię sobie fajną kieckę na miarę i zaszalejemy :) Kto wygranemu w totka zabroni??
Więc wpisać do kajecika, Kochany Pamiętniczku: gramy ostro, bo jeszcze ten bal...
Taki bal miałam po maturze, to se ne vrati...
Więc jeszcze raz chcę... Może się uda, kto wie??
I wlazłam do sklepu z przyprawami, bo chciałam wędzoną paprykę. I obsługa była taka, że ojapierdolę na nie, i moja noga tam więcej nie powstanie. Nawet jeżeli nigdzie indziej nie będzie wędzonej papryki. Bo ten schab mi coraz lepszy wychodzi.

I poleciałam w stronę słońca, wróć, Kochany Pamiętniczku, znów mi w dekielek wali, na Półwiejską wpadłam :) I tak idąc w stronę, nie, nie słońca, a Starego Browaru przetwarzałam dane i co ja paczę? Jak jestem w UK to w tym okresie taka ulica, jak nasza Półwiejska jest pełna lampek, lampeczek, na każdym drzewku i innym zaczepiaczu (znaczy się na elemencie, na którym można coś zaczepić). I się czuje tę atmosferę. A u nas? Półwiejska to deptak, donice z drzewkami stoją, od kamienicy do kamienicy też można przeciągnąć przewody. I co? Nic. null. Zero. Rozumiem, że kryzys, że bieda, że PiS rządzi i wymiata, że nie stać nas i takie tam. Ale ani jednego światełka w centrum? Więc idę i nawet mi się nie chce włączyć "Christmas time". Nie wiem, jak w sklepach, bo nie chodzę w aparatach.
Sam Stary Browar Kulczykowa sprzedała Niemcom i... dupy w tym roku nie urywa.
Dekoracjami, znaczy się.
Tak jakoś, szaro, smutno, piździ jak za cara na Skieletczyźnie. A że dni krótkie i ciemne, i ten wiatr, to fajnie do domu wrócić i odpalić swoje zabawki.
W mojej Galerii, znaczy się, koło mojej chaty się więcej postarali, jak w centrum wsi.


I na frocie też mają lampki, i w środku kolorowo. Ale z kolei same sklepy są hmm... takie za 5 zł. Z dolnej półki. Trudno. Muszę z tym żyć.

A samo moje osiedle, wygwizdowo przecież, metropolią się staje :)


Jasno jak na dysce, co nie??

Doładowałam dziś telefon, jak szaleć, to szaleć. Z myślą, że trudno ludziom przetłumaczyć, że ja netowa i SMS mnie nie kręci :D  No i czasem nie da się być netową, bo wiadomo, roaming i takie inne świństwa. Próbuję przez stronę, bo reklamują, że bonus. A strona się na mnie wypina i rzecze, że najpierw muszę przez bank, bo nigdy dotąd nie ładowałam  przez bank. Jak nie, jak tak?? Ale co się będę z netem kłóciła. Idę do banku, a że bank także się zmienił, to ładowanie nie idzie. Ale nie ze mną te numery, Brunner. Załadowałam. Całe 50 zł. (Odkąd mam telefon na kartę, wydaję na niego rocznie góra 150 zł. Na abonament wydawałam rocznie 600 zł i przepadało w większości, bo nie wykorzystywałam i nie miałam neta, bo to telefon był, nie smartfon.) Jak się unowocześniłam, na starcie miałam hmmm... jakieś 2? 3? lata temu 8 GB i przykazanie, żeby nie szaleć na necie... Po dzisiejszym doładowaniu mam 28 GB - ojapierdolę - a na serio, nie oszczędzam neta. Nawet w pracy nie loguję telefonu do wifi, bo... nie :) Nie muszą wiedzieć, kiedy jestem w pracy i co robię, co nie?? 28 GB. Idę się pochlastać, jak to zużyć? Za granicą nie używam, bo ciągnie opłaty za roaming (w sieciach domowych mam dostęp, spróbowaliby nie dać, zabiłabym), więc nieszczęśliwa jestem, wychodząc z domu i nie mogąc wrzucić sweet foci na fejsbuczka :) Ale w kraju - jak żyć, żeby to wykorzystać??

I tak, Kochany Pamiętniczku, minął kolejny dzień.
Miło będzie za rok poczytać, jak go spędziłam, bo miło jest czytać swoje pamiętniczki :)
Czemu się ostatnio oddaję i może juterko Twoją fotkę wrzucę, kochanie :D