Całe życie z debilami, wersja hard porno.
Była.
Boss nie zgadzał się z moimi korektami, choć 2 błędy ortograficzne były. Wlali bez korekty, miałam korekcić na wydruku, on opiniował TELEFONICZNIE, jadąc samochodem. Mi to rybka. Czerwono na białym jest, że błędy znalazłam. Jak nie akceptuje, może mnie... No ale moje nazwisko jest w stopce, a nie wyślę sprostowania, że nie odpowiadam za rezultat końcowy.
Rybka.
Podłożyłam się reszcie kolegów, w tym mojemu ulubionemu, bo pamiętałam i nalegałam, że nie jest zrobiony tekst kogoś, kto pracuje zdalnie i ma na wszystko wyjebane. Kolega musiał znów zostać po godzinach i odrobić za niego pańszczyznę. Więc nie opłaca się być dobrym pracownikiem, choć z drugiej strony, jakbym tego nie przypilnowała, to kto byłby winien? Korekta, że nie wie, że wszystkiego nie skorekciła.
Atmosfera niemiła, odchodzi kolega, który zakładał ten interes. Na własne żądanie, ale... Nie wiadomo co. Jak dla mnie sympatyczny gość zza ściany, nigdy się nie starliśmy przez te 5,5 roku. Moja kropka i mój przecinek były rzeczą świętą i akceptowalną. Od jakiegoś miesiąca stał przy oknie i patrzył w siną dal, co wydawało mi się podejrzane, ale co ja tam wiem.
No i dziś dowiedziałam się psim swędem, bo w plotki się nie wdaję, ale dostałam do skorekcenia list pożegnalny.
Ojapierdolę.
Czuję się jakbym siedziała na minie, która wybuchnie za sekundę.
Uświadomiłam sobie, że z trzech gazet na spotkaniu opłatkowym redakcje (czyli ludzie, których znam i z którymi pracuję) to nawet nie 1/3 załogi. Cała reszta, a tłum to był to zarządzanie i marketing. Ojapierdolę, nic dziwnego, że jest jak jest, skoro cała banda darmozjadów jedzie na plecach tylu ludzi.
Od dłuższego czasu nie ma reklam własnych, więc nie korekcę, ale kiedyś ci geniusze zapraszali zainteresowanych na imprezę pod adres: Łudź :) Mając oczywiście na myśli moje ukochane polskie miasto Łódź :)
Więc źle się dzieje w państwie duńskim, gdzieś zniknęła fajna atmosfera i wszyscy mówią, że to ta przeprowadzka...
Nie wiem.
W razie czego jestem szczęściarą.
Mam emeryturę i lubię pyry :) Zatem jestem w stanie wyżyć za 5 zł dziennie jak coś.
Amen...
U babci Ani ciężkie dni, więc proszę o słanie dobrych fluidów na ten adres.
Zmorka się wzięła zwinęła.
Nie skreśliła, zablokowała,
Dupa.
Sikora jedna dzielna Matka Polka ciągnie te swoje dzieci z uśmiechem na twarzy, choć Sówka powtórzyła wyczyn Małej Wiedźmy z zoo, rozbijając sobie łebek, w domu, pod czujnym okiem rodziców. Dobrze, że dzieci mają twarde czaszki, pamiętam, com przeżyła z Małą Wiedźmą...
Kierownik Budowy ze zdziwieniem odkrywa, że dziecko to nieprzespane noce. A miało być tak pięknie. I nie dają rady, bo jak to, cała noc przepłakana, a rano do pracy? I że matka bezradna, nie wie, co robić? Hmmm.... Ja słuchałam mojej Teściowej, jako że matki na składzie nie posiadałam. Ale Teściowa na wszelkie pytanie odpowiadała, że nie wie, choć sześcioro dzieci miała. No ale dzieci bawiła i wychowała babcia, która już wtedy nie żyła. Moją wierną towarzyszką była książka "Moje dziecko", dzięki której ogarnęłam tę kuwetę z Pierworodnym, a potem to już byłam starą wygą :D Pierworodnemu próbowałam pomóc, ale okazało się, że wszystko się zmieniło i nie nadążam, i się mądrzę, i głupia jestem. Odpuściłam. Nikomu już nie doradzam, chyba że poprosi. Wyraźnie.
Bo aczkolwiek ciężko było i czasami nieciekawie, jednak nie pamiętam noszenia dzieci na rękach całymi nocami. Karmione były co 4 godziny, porzundek zaś ale musiał być. Leżały same w łóżeczku, ale byłam obok i gadałam do nich cały dzień, jak nie spały. Słyszały, że jestem. Byłam w zasięgu ich wzroku. Pracowałam chałupniczo, ale byłam ich. Cała, Dostawały herbatkę na życzenie, pieluchy zmieniałam w tempie amerykańskim (a Mała Wiedźma i Papryczek leją tak długo, aż czuć zapach moczu - niemowlęcy jest OK, ale...), na brzuszku leżały nawet we wózku nawet w czasie spaceru, ale to ponoć bardzo niezdrowo (sama śpię do dziś na brzuchu, a już jak się przejem, to jaka ulga tak lec), i parę innych takich tam. Nie karmiłam na siłę. Nie chce jeść, głodne nie jest. Wierszyki mówiłam całymi dniami, tylko nie śpiewałam, bo jak były większe i zaczynałam, to prosili: mamo, już będziemy grzeczni, tylko nie śpiewaj :) I tak się pokulało jakoś Były zakręty i umieranie, moje, bo i szpital Pierworodnego, jak miał niecałe 2 miesiące i trzy przepukliny, i umieranie Inżyniera, co już z Sikorą przeżywałam, co nie Kochana? Byłaś wtedy dla mnie wsparciem i ostoją... I te zapisy na audiencje do Inżyniera w szpitalu, bo Paskud miał tylu adoratorów, że matka na audiencję się musiała wpraszać... I inne takie tam, może kiedyś powspominam :D
No cóż, kotki i dzieci wyglądają słodko na sweet fociach w necie.
Może moje dzieci nie mają pierdyliarda zdjęć z każdego dnia, ale...
Były kochanymi, wyczekanymi, niekłopotliwymi i nadającymi mojemu życiu sens istotami.
Mimo że nie miałam nawet kuchni gazowej, gotowałam wszystko na początku na maszynce elektrycznej jednopalnikowej.
Nie miałam pralki, nawet Frani :)
Nie miałam lodówki.
Węgiel wnosiłam w zaawansowanej ciąży na 3. piętro, bo mój mąż się tym nie skalał.
Nie było forów, blogów, FB.
Płakać mogłam w poduszkę.
Nie umierałam, bo musiałam...
Życie.
To było życie, a chciałam mieć dzieci.
I nie wiedziałam, że dzieci i koty są piękne tylko na zdjęciach :D Choć przecudnej urody fotkę kotków, która wysłała mi kuzynka z Belgii mam gdzieś do dziś w rupieciach :)
Cóż, życie to niejebajka.
A jutro ostatni dzień w pracy i bliskie spotkanie trzeciego stopnia.
To też niejebajka.
Buty mi się podarły od tego łażenia, a druga para też jest na wydarciu, nie wiem, czy zdążę przed wyjazdem kupić nowe.
No nic, będę robiła za szuszwola z Polski. W podartych butach. Jak pokażę podeszwę, może nie będą mi kazali na lotnisku zdejmować, bo jak przemycić ładunek w podartych butach??
Tak, Kochany Pamiętniczku, Twoja autorka jest ojapierdolę :D