[go: up one dir, main page]

środa, 31 grudnia 2014

Coś się kończy

Coś zaczyna.
Kolejny rok za mną, chwilami ciulaty, ale też chyba więcej było chwil zapierających dech. Moi chłopcy nie są już bezdomni, mają swoje wymarzone miejsca na ziemi. Rodzina powiększyła mi się o egzemplarze sztuk dwa - najpierw zameldowała sieę na tym padole łez Little Owl, potem pod koniec roku ostatnim rzutem na taśmę Little Prince... Czegóż więc więcej od życia chcieć?
A że po drodze zgrzyta czasami?? No cóż, to po ty, by doceniać życia smak i jego uroki, bo po burzy zawsze jest pogoda.
I jeszcze ten miesiąc wśród Przyjaciół, kiedy naładowałam akumulatory na nadchodzące miesiące... Nieważne, jakie będą, mam masę pięknych wsponień i tego się trzymamy...
Dziś będziemy świętować ze znajomymi z czterolatkiem, przesympatyczna para, a jaka fajna Dziewczyna, Która Nie Chciała Zostać Moją Synową, Niestety ;) w domowych pieleszach od lat, ale nawet nie mamy ochoty gdzieś łazić, bo i po co, skoro tu fajnie jest?
Jeszcze tylko wyprawa z Postmanem po fajerwerki, tłumaczyliśmy mu jak dziecku, po polsku, po niemiecku i nic... Jak dziecko, kurwa, jak dziecko, zabawkę musi mieć...
Ciesząc się na zabawę myślę już jednak o powrocie do domu, ssie mnie w środku, i znów jestem rozdarta, żal zakończyć ten etap, a tęsknię za domem, nie da się ukryć. Za Miśkami, badylkami, za pracą , Manhattanem, kijkami, zimnem i szarzyzną dnia.
Bo póki serce bije, to tam moje miejsce na ziemi jest :)
Dla Little Prince, którego krótko, ale zobaczę w sobotę kupiłam koszulinkę, bo mi się podobała :)


A reszta w telegraficznym skrócie, do zobaczenia za rok :) Szczęśliwego Nowego Roku, Happy New Year :> Niech przyniesie nam same szczęśliwe chwile, niech będzie ciut lepszy od 2014 :)





poniedziałek, 29 grudnia 2014

Kettering

Warkton, Kimbolton :)

Ale po kolei.
Jedni goście wyjechali, drudzy goście przyjechali, ale to byli tacy mili goście... Tacy, z którymi człowiek chce się spotykać. Przyjechali na kawkę w sobotę, a w niedzielę, o dziwo... Ruszyliśmy te dwie chude i jedną tłustą dupę, wskoczyliśmy w Pudełko i nie zważając na alarmujące nagłówki newsów, że Wielka Brytania walczy ze śniegiem i zimą pomknęliśmy rączo w Anglię. Takimi bocznymi drogami, gdzie to i koniki widać, i owieczki się pasą i inne takie tam... Karta w aparacie mi się zatkała, zdjęcia przecudnej urody mam, ale... No właśnie - jedno ale, nie ma jak zgrać i obrobić, na mini kurwicy dostanę, wyjdę z siebie i stanę obok niż coś zrobię, ręce mi się zaczną trząść i będę musiała lecieć po denaturat ;)
Pogoda była przecudna, wioseczki bajkowe, roztaczała się wokół magia świąt jeszcze, no i ta pogoda... W Kettering podziwialiśmy posiadłości z takiej wyższej półki już, pomarzyć można, no ale... Po co się podniecać, gdy chłopcy mają już swój dom, a i na mnie czeka miejsce na ziemi, gdzie tęsknią Miśki Niecnoty? Tym niemniej spacer był pełen wrażeń, a i wycieczkę przez las zaliczyliśmy, w błotku, a jakże, bo już ziemia rozmiękła tam... Przez cmentarz wystartowaliśmy, bo na cmentarzach najfajniej jest... Jakie piękne nagrobki, niektóre jeszcze z XVII wieku, omszałe i jakie piękne na nich napisy! Odeszła tam, gdzie nie ma cienia... Poezja... I kocur pilnujący jednego z cmentarzy, tłusty, spasiony, który rzucił się do nóg Postmana, jakby go wieki nie widział i łasił się, a potem z podniesionym na sztorc ogonem ruszył w moim kierunku... A następnie padł na plecki i leżał, schodziliśmy z cmentarza turlając się ze śmiechu :)
Pojechaliśmy potem do Warkton, gdzie mieszkają 144 osoby, no i nasza trójka za tłum tam robiła, tłum turystów. Wioseczka przeurocza, domki jak z hobbitów, choć Inżynier na fejsie oprotestował,
ale mi się tak skojarzyło i zdania nie zmienię. W jednym z gospodarstw widzieliśmy zabytkową lokomobilę, a posiadłości strzegło piekielne kocisko :)
Wioseczkę Baran przypadkiem odkrył, gdy go z pracy wydelegowali i cieszę się, że zapisał w kajeciku. Po zwiedzeniu jej myślałam, że wracamy do domu, ale nie, wywieźli mnie dalej, mieli zamiar porzucić mnie w szczerym polu, ale rozmyślili się po drodzie i wylądowaliśmy na kolejnym cmentarzu, tym razem gały nam wypadły, rosło tam morze żonkili, niektóre kwitły :) Miasteczko też przeurocze, maleńkie, angielskie do bólu. Zgłodnieliśmy, ale niestety, za późno :) w angielskich pubach jedzonko serwują tylko do 14.30, minutę później można umrzeć z głodu, bądź próbować przeżyć na alkoholu. Zatem z Baranem strzeliłam sobie po piwku, a biedny kierowca Pudełka musiał zadowolić się kawą, do której podano mu kilo cukru, żeby mu czasem cukier nie spadł ;) Ledwo usiadł, zaraz wlazł na ebaya w celu popełnienia kolejnych zakupów, taki z niego zboczeniec zakupowy jest...
Wróciwszy do domu, a po drodze napasłszy oczy widokiem zachodzącego słońca, wpieprzyliśmy żurek, popakowaliśmy kolejną porcję bigosu w słoiki (wykorzystują mnie tu niecnie, twierdząc, że robię dobry bigos, nie wiem, nie jadam) i popijając grzaniec, żeby nie zamarznąć na filmie oglądnęliśmy Frozen, trochę potupaliśmy i tak miło minął dzień... Zdjęcia nie pokolei, ale nie mam siły tu z nimi walczyć. Tylko telefoniczne, niezły mieli ubaw, jak zmieniałam aparat na telefon i pstrykałam, pstrykałam namiętnie. Za tydzień będę już w domu... I wtedy sobie wszystko detalicznie powklejam, kochany pamiętniczku, Internetu zabraknie ;)














sobota, 27 grudnia 2014

No i poszli

sobie goście...
Ufff...
O ile wiadomo, czego spodziewać się można było po Inżynierze i jego Dziewczynie, to reszta gości była niewiadomą i całkowicie solidaryzuję się z Baranem, że dość, na długo dość.
Kotecek nic nie zbroił i nawet Baran powiedział, że jego obawy się nie spełniły i że kotecek nie jest wrogiem :)
Tak więc po śniadaniu Inżynier z resztą menażerii ruszył do domu, a potem dostałam przecudnej urody fotki ze S., ale... Inżynier z Patryczkiem na rękach wyglądał jak z reklamy, ale... no właśnie, mam zakaz pokazywania Inżyniera, zatem uśmiecha się do Państwa jedynie ten najmłodszy członek naszej familii...


Tymczasem w R. Pozostała druga tura gości i ten srebrzysty głosik, że ojapierdolę. W głowie huczały mi kamienie młyńskie i nie, proszę szanownej publiczności, nie był to ani kac, ani tupot białych mew, ale li i jedynie: mama, babcia, ja, mama, o cokolwiek nie zapytała, odpowiedzi już nie sluchała, a nawet ja bezaparatowa więcej słyszę i rozumiem, niż ta trajkotka.
Pojechaliśmy do pobliskiego, urokliwego miasteczka, Wellingborough, ale zwiedziliśmy niewiele, oczywiście odwiedziliśmy wszystkie sklepy z towarami za 99 pi... Baran wytargował tylko krótki spacer, a w miasteczzku był i zamek, i tak urokliwe domki, że serce bolało. Ale widziałam to tylko zza szyb samochodu, a prowadził chłopak tego trajkocącego młynka buddyjskiego, Anglik, więc nie mogłam się nadąć i połazić... Parę zdjęć mam, ale to z domu dodam, kochany pamiętniczku :)
Tylko takiego rodzynka upolowałam ajfoniczkiem, trudno...


Podaliśmy jeszcze obiad i to był już gwóźdź do trumny. Po ich wyjeździe z Baranem rzuciliśmy się do ogarniania chaupki, prania i musiałam wymyć moją lazienkę, bo wszędzie tłukły się ohydne ryże i czarne kłaki, długie, farbowane, blehhh... Nienawidzę, gorzej zarazy...
Pod wieczór ochłodziło się i nawet śnieg lekko poprószył, wprawiając mnie w panikę, ale na szczęście nawet nie poleżał i dziś znów słonko zerka od rana nieśmiało.
Oglądnęliśmy Sztorm, sprzęt wypasiony i cuda wianki, ale na mnie to nie działa, nieważne, na czym oglądam, musi mi się podobać, inaczej cały pogrzeb na nic...
Odprawiona już jestem i za 7 dni wrcama na memłon... Już mam plany :)


piątek, 26 grudnia 2014

Kolejny

dzień świąt za nami i żeby nie było za słodko, jest ziarenko piasku w trybikach. Nie, nic złego się nie dzieje, dalej jest sielanka, tańce, hulanki, swawole (sąsiadka wpadła, prosząc o cichsze hulanki, znaczy się zaszaleliśmy), ale mi przeszkadzali goście Postmana, nie w sensie, że byli, ale jacy byli. I to samo odczucie ma Baran, jednak jesteśmy dograni do bólu. Jak i nasze towarzystwo, bo te lata co nas łączą to zawsze nasze antypatie się pokrywają. Po prostu nie nasze klimaty, dziewczyna mało że blondynka do szpiku kości, to jeszcze wszystko kręci się wokół niej.
Ale było, minęło i mam nadzieję, że się poukłada. Inżynier też mówił, że przesadzam, ale rozmowa prawie dwugodzinna na Skype z rodziną o rzeczach, które postronnych nie interesują zupełnie to jednak faux pas, rozumiem, że święta, ale było dużo wolnych pokoi... No cóż, jestem starej daty, jako i Baran i w następne święta żadnych gości, jedziemy w świat się powłóczyć. Cztery dni podawania do stołu to jednak za dużo, nawet jak goście chwalą jedzenie...
Kotecek przyjechał z wyprawką i nowymi zabawkami i jego państwo twierdzą, że taki przytulaśny to on w domu nie jest. Tutaj, zamknięty w małym pokoju, słyszy głosy, nie wie, dlaczego ich nie widać i każdego wita entuzjastycznie. Starą Jędzę powitał z podniesionym ogonem, głaskać się dawał bez animrumrania, mruczał i kupę walnął :) Zatem sojusz wciąż trwa :)
Chyba wczoraj przesadziłam z piciem, bo padłam, ale za to dziś jestem pierwsza na nogach i zjadłam normalne śniadanie, z czego się cieszę, kubeczek, talerzyk i nie muszę się nerwować, że coś się stłucze ;)
Grali w Kolejkę, nie dałam się namówić, raz, że nie przepadam za planszówkami, dwa, że gra budzi we mnie niemiłe wspomnienia. Nakolejkowałam się w życiu dość i bawić to może ludzi, którzy tego nie pamiętają.
Jeszcze tydzień ponad i wracam do domu, do Miśków stęsknionych, wioząc im braciszka i siostrzyczkę :)
Łezka mi się w oku zakręciła, a może to katar?

czwartek, 25 grudnia 2014

Kradzione

nie tuczy.
Zatem słodkości moje, niedostane, niedotknięte, wytęsknione



Merry Christmas everyone...

Wigilijny

wieczór upłynął spokojnie, elegancko pod względem podania, bo chłopcy przeszli samych siebie. Jedynym zgrzytem była stłuczona przeze mnie pokrywka, od wypasionego kompletu garnków, nieqchcący, ale zawsze. Zwarzyło mi to humor, choć pocieszali mnie na wyprzódki... No nic, wiadomo, gdzie jest SJ tam coś musi się spsuć, nie ma zmiłuj...
Prezenty rozdano, w tym roku symboliczne, ale jakżeż piękne. Tym razem od Dziewczyny Inżyniera dostałam tradycyjny coroczny kalendarz z menami saute, Inżynier kupił mi wypasione słuchawki, a chłopcy włoską babkę w takiej puszce, że Inżynierowi wyrwał się z piersi jęk rozpaczy, tak piękna jest. Jeszcze nie wiem, czy do walizki się zmieści, coś się wymyśli. I, paskudy, kilo kawy, ale w ziarnach, a ja posiadam tylko ręczny młynek, więc będę się znów męczyła, ale co tam, trochę ruchu mi dobrze zrobi :) Największą radochę mial Postman, bo Baran kupił mu nowego iPhone'a 6, ale niestety, karta od starego nie pasuje i przepadły nasze nadzieje, że się go pozbędziemy, musi poczekać...
Pokolędowaliśmy, a potem poszłam w tany z Baranem aż się kurzyło. Baran robił też za DJ i nawet Mireille Mathieu puścił, tak że już nic mi do szczęścia nie brakowało, no może ramion mojej pierwszej miłości, bo Baranie, kochane są kościste, że ojapierdolę...
I tak balowaliśmy, kotecek spokojnie bawił się w pokoju i animrumrał, Inżynier zaś stwierdził, że dobrze, że z nimi nie wracam, bo... ma za mały saamochód i moja walizka by się już nie zmieściła. Hahahahahaha...
Rano obudził mnie zapach kawy, więc ogarnąwszy zmarnowane zwłoki lecę na dół, a tam. Franca elegancja, a chłopaki uwijają się jak te mrówki, gotując śniadanie...
All exclusive, all right :a słoneczko pięknie od rana świeci i czekamy na kolejnych gości.

Wesołych Świąt :)

środa, 24 grudnia 2014

Merry Christmas

i tyle w temacie.
Wczoraj z grubsza ogarnęliśmy tę kuwetę, znaczy się, spuszczona z tego łańcucha zagoniłam chłopaków do pracy i voila... Zdjęcia będą hurtowo, na końcu, bo inaczej mi się notka kićka i muszę krążyć między ustrojstwami, zatem, excuse moi...
Postman w pocie czoła popełnił sernik i jabłecznik, Murzynka w tym roku nie upolowaliśmy, bo w tej miejscowości Murzynków jak na lekarstwo i nie było co wrzucić do piekarnika. Baran zaś nagotował krokietów dla pułku wojska, więc jak coś najbliższą jednostkę wojskową zapraszamy. Stara Jędza zaś, sącząc powoli winko i zapijając ginem popełniła barszcz, bigos, sałatkę warzywną w ilościach dla całej armii i po naradzie zapakowaliśmy to w słoiki, bo jakby nie daj blog wojna była, to się okopiemy i przetrwamy.
Nie licząc tego, że zostawili mnie w OTWARTEJ  CHAUPCE i pod pretekstem jazdy na wysypisko śmieci nie zabrali mnie, co by mnie tam przypadkiem nie zostawić, jako że jestem nierecyklinkowalna, wszystko przebiegało zgodnie z planem do momentu, gdy dostali pierdalca i... nakryli do stołu, tak że... w sumie święta już są, a w chacie zero bajzlu.
Sny miałam przepiękne, tańczyłam całą noc, pikuś, że w tych łachach, ale za to ręce miałam upierścienione wszystkimi moimi pierścionkami, jednym obcym, i wypielęgnowane, że ojapierdolę. Moje ręce realnie to pole bitwy pod Stalingradem :) i tańczyłam z sędzią z Boston Legal, tym co jest uależniony od mamusi i jest gejem, beksą lalą, ale tańczył jak młody bóg... Obudziłam się, gdy poszłam zmienić łachy na bardziej taneczne...
Prysznic postawił mnie do pionu, bo mi się kurki pochrzaniły i wzięłam... Hmmm... Zimny ;)
Zlazłam na dół, a tam Baran już na posterunku i napoił mnie wodą życia, starym śląskim obyczajem na czczo na obie nogi, Bolsem... A potem na trzecią nóżkę i życie kuchenne toczy się wspaniale na złość Gesslerowej i innym Perfekcyjnym.
Kocham takie życie.
A jeszcze ponoć okna idziemy myć gdzieś tam...

Zdrowych i pogodnych, rodzinnych, bez zmartwień, zakopać je, nie myśleć. Niech te chwile trwają i zostaną w naszej pamięci, gromadźmy je jak klejnoty. Bo warto.
Merry Christmas, Wesołych Świąt.
Bóg się rodzi.
Dla nas.
Doceńmy to...

Dla mnie to pierwsze od 34 lat święta bez Pierworodnego, ale On już ma swoją rodzinę i nie wątpię, że jest szczęśliwy, bo oprócz Synowej, którą kocha, ma dwa skarby - Małą Wiedźmę, najsłodsze dziecko na świecie i Patryczka, prezent w sam raz na święta...
A ja czekam na desant z W.
Wszyscy czekamy...
Okopani ;) i miny przeciekoteckowe w pogotowiu są ;)

Moc truchleje...






wtorek, 23 grudnia 2014

Drugi

dzień urlopu upłynął pod znakiem szalonego shoppingu. To, co pokazał Postman, nawet nie wołało o pomstę do nieba, to był sajgon z armageddonem, sodomą i gomorią. Biedny Baran chodził za nim i siłą wyrywał mu z rąk kolejne bożonarodzeniowe gadżety, bo oczywiście promocje były już na te durnostojki i kurzołapy, a czemu jak czemu, ale promocji Postman się nie oprze. I tak wyszło 1:0 dla Postmana, zakupy nie zmieściły się w bagażniku Pudełka. Oczywiście, nie kupowaliśmy w R., tylko w Northampton, urokliwym miasteczku, fotki są, że ojapierdolę, ale w aparacie, a gdzieżby?  W polskim sklepie (a jest ich tam kilka) kupiliśmy to, co potrzebne i nie do zdobycia w R. Tu jest tak mało Polaków, że w Asdzie nie uświadczysz nic z polskiej żywności, choć w Hatfield spokojnie można było parę rzeczy kupić, w tym polskie wędliny z Morlin. A w Northampton za to leży i kwiczy wpadka Sokołowa


Piękna, nieprawdaż? Zaś w sklepie z serii wszystko za funta, gdzie za funta można kupić całkiem niezłe rzeczy, dorwałam kalendarz z uroczymi angielskimi domkami i moje ukochane After Eight, znalazłam takie kwiatki, a dokładniej jaja, bijące rekord wszech czasów... Wielkanocne słodycze w następny dzień po Bożym Narodzeniu widziałam w zeszłym roku w Tesco, ale trzy dni przed Gwiazdką???? 


Koniec świata :)

Baran poszedł do banku, a my rączo pobieżyliśmy na targ, ukochany targ Postmana, za którym tęskni (mieszkał tu przed wyprowadzką do R., w Northampton, nie na targu ;)). Jako że Baran zabrał kasę, a kartą na targu nie da się płacić (a mi się zatęskniło za ukochanym Manhattanem) Postman wziął ode mnie gotówkę i zaszalał (a narzekał, że musi mój portfel nosić, a ten z pół kilo waży). I tak pięknie ogołociliśmy stragany, no bo jak nie skorzystać, skoro wszystko za funta jest? ;) w połowie zakupów Postman pyta, czy umiem robić leczo, gdy potwierdziłam, ogołocił stragany doszczętnie, aż kupcy uciekali z krzykiem :) no i kupiliśmy też 

diabelskie, jak się później okazało, wrzuciłam tylko dwie do dużego gara, a piecze jak cholera. doczytałam się póżniej w necie, że należy je kroić w rękawiczkach, co do dziś odczuwa moja ręka, a i rano, gdy przecierałam oczy zafundowałam sobie niezłą jazdę, mimo kilkakrotnego umycia rąk. Teraz papryczki dokonają żywota na okapie :)
A potem (się śmierdzi, wiem) wieczór roztoczył przed nami swe uroki, alkohol lał się wąską strużką, a Baran ruszył ze mną w tany, bo Postman z tych jest, co to kijem na parkiet trzeba wyganiać, ale i on dał się namówić.
I ja tam byłam, wino i gin piłam (Baran eksperymentował na mnie, bacząc, czy padnę albo się skacuję, ale mi się upiekło).
A dziś jak wstanie Śpiąca Królewna pojedziemy na ryby. Bigos już pyrkoce, mięso w brytfannie się dusi... Postman sernik popełni, ale ja się serników boję... 
A jutro zląduje desant z W. z koteckiem w pakiecie.
Będzie się działo :)

poniedziałek, 22 grudnia 2014

i kotecek

bo wejść do starej notki na tym ustrojstwie trudno ;)
Tam go jeszcze nie było. Do wczoraj :) Wyprali, nie wirowali. W specjalnym programie dla jedwabiu, kotecek jak nówka nieśmigana teraz jest :)



Rosołek

wegeteriański to jednak nie urban legend i wyszedł mi całkiem, całkiem, zatem nieświadomy tego faktu Inżynier będzie go wiosłował z apetytem, taką mam nadzieję :)
Skoczymy jeszcze do polskiego sklepu w sąsiedniej miejscowości, bo tu takowego nie ma (wg Wikipedii w 2009 r. mieszkało tutaj... 94 Polaków), a Baran mnie brutalnie wyrzucił z kuchni, mówiąc, że na świąteczną dłubaninę mamy jeszcze mnóstwo czasu. W sumie ma rację, bo co to za robota?
A w ogródeczku kwitną kwiaty... Tfuj, nie, nie, nie... Ale jeszcze wszystko dycha, choć niewiele tego w porównaniu z latem ;)














A kotecka później wrzucę :)


niedziela, 21 grudnia 2014

Niedziela

i nareszcie nikt nie szedł do pracy. Postman po nocce został brutalnie usunięty z łoża, ale jak spać, skoro dzień taki piękny? Zaplanowaliśmy oglądanie Czarownicy, jako że chłopcy chcieli się nacieszyć nową zabawką. Jednak film był z polskim dubbingiem, co mnie wpieniało osobiście, bo co innego widzę po ustach, a co innego słyszę. To jeden z powodów, dla których nie lubię dubbingu, nawet w kreskówkach, bo wbrew pozorom postacie z kreskówek też układają usta jak ludzie. Trudno to wytłumaczyć słyszącym, ale tak jest.
Czarownica dupy nie urwała, wolę klasyczne scenariusze, ale przebrnęliśmy przez film.
Potem szybki obiadek i Kijanka zawiozła nas na zakupy. Obśmialiśmy się jak norki, bo tak wyszło. I po drodze wpadłam na hiacynty i mimo protestów Barana hiacynty zagościły w domku. Nic to, że ponoć nie pachną. Gwiadkowa wiosna ma mnóstwo uroków, oj tam, oj tam, wiem, że mam posrane w tym łysym łbie, ale kto bogatemu zabroni?



Jadąc dalej w rytm Lulajże Jezuniu na wyraźne życzenia SJ, bo to już tradycja jazd z Baranem zwiedziliśmy jak każda przywoita angielska rodzina Asdę, po czym udaliśmy się do Waitrose, w celu ogarnięcia wszystkich rzeczy organicznych... 
Stara Jędza z drżeniem serca szykuje się do popełnienia rosołu wegetariańskiego, bo choć kredę i kambr pamięta doskonale, rosołu wegeteriańskiego jako żyje nie gotowała. Na szczęście Baran zlitował się nad niebogą i zarządził, że bigos będzie normalny, a komu nie pasuje, niech poszczególne składniki wydłubuje. I tak: Baran będzie w pocie czoła usuwał tłuste kawałki i grzyby, Postman będzie usuwał mięso, zaś Dziewczyna Inżyniera w pocie czoła wydłubywała będzie pieczarki i grzyby. Jedynie SJ i Inżynier zjedzą wszystko co wchodzi w skład bigosu bez animrumrania... 
Zapowiadają się zatem wesołe i karkołomne święta, ale w tym cały ich urok, co nie?? 
Podczas powrotu SJ oszalała i jakby to było w PL to by ją zaraz do wariatkowa wsadzili, ale tu jest tolerancyjny kraj i jakoś się jej upiekło.
Bo...
Oszalało, zwariowało moje serce





bo słońce zachodziło, jakby zachodziło ostatni już raz...

I tylko w piosence i w winie, prawda życia jest, życia sens...

...
 i w Internecie, co widać na dnie...

Com się namęczyła nad tą notką to tylko ja wiem.
Jak tak dalej będę musiała, to zdradzę cię, kochany pamiętniczku do nastepnego roku...
Każda cierpliwość ma swoje granice...

A fotki dzisiejsze zapierają dech, ale te soniczkowe, jednak jestem fanką aparatów, a nie telefonów i nic mnie nie przekona...
I wszystkim, którzy wątpią i cierpią posyłam dobre myśli, bo choc to trudne i niełatwe... życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech. Nawet jeżeli są złe, trzeba wierzyć, że miną i że gdzieś jest Itaka.
Bo jest.

sobota, 20 grudnia 2014

Odezwał się

dziś Inżynier, przypominając sobie znienacka, że ma matkę. Chciał mnie zabrać stąd w drugie święto, ale na to Baran ryknął wniebogłosy, że nie da. Inżynier próbował mnie przekupić, mówiąc, że jak mnie u siebie spuści od zlewu to da mi odkurzacz do zamiatania, ale... Perspektywa tylu dni w samotności, bo oni wracają do pracy, z koteckiem, który już swobodnie łazi po blacie kuchennym, nie, tego nawet tęsknota za Inżynierem nie przebiła... Tutaj Postman ma urlop, więc nie będę sama, nawet jak Biedny Baran do pracy wróci.
Inżynier z wrodzoną troską w głosie zapytał, w jaki alkohol zaopatrzyć matkę i nie uwierzył, że preferuję denaturat. Przecież to najbardziej ekologiczny z alkoholi, jak się go przez chleb przefiltruje, co nie?
Stanęło zatem na tym, że przyjedzie po mnie 3 stycznia, dzień przed moim odlotem i wlecimy wtedy do Pierworodnego, żebym mogła choć trochę wnuczkę i wnuka przytulić. Gdybym mogła tam zostać, pojechałabym już w święta, ale że to nierealne, to jest jak jest.
Wywlokłam dziś Barana na mały spacerek, ale piździło niesamowicie, więc daleko nie uszliśmy. Mam parę fajnych fotek, ale nie dam rady ch tu wrzucić, więc to musi poczekać, bo to fotki z aparatu są.
I tak sobota powoli mija, Baran za niedługo wyjeżdża, Postman do pracki, a ja Kevin sam w domu... No nic :)

Dostaliśmy

zespołowego pierdalca. Wyprawiwszy wczoraj Postmana do pracy, rzuciliśmy się w wir przedświątecznych porządków, choć Bogiem a prawdą nie za bardzo jest co sprzątać w tym pudełku. No ale tradycji stało się zadość, sącząc winko ogarnęliśmy wszystko w trymiga i poszliśmy spać. Grzecznie, z rączkami na kordełce, a jakże by inaczej?
Przedtem ktoś bliski, bardzo bliski memu sercu podzielił się ze mną swoim ciężarem, za co bardzo dziękuję. Mam nadzieję, że jest mu odrobinę lżej, bo nie można wszystkiego w sobie tłamsić, jest chwila taka, że trzeba się otworzyć. I choć niewesołe to i nielekkie, musi być dobrze, musi sę dobrze skończyć, nie ma innej opcji. Więc jeśli ktoś może to proszę słać dobre fluidy w stronę dobrych ludzi!
A w sobotni ranek wstaliśmy i... co by tu jeszcze zrobić? Dokończyliśmy pranie, znaczy się pralka swoje zrobiła, a mają taką fajną, co śpiewa, tańczy, recytuje, daje dupy i gotuje, sprawiedliwie podzieliliśmy się wieszaniem sprawiedliwie, Baran chleb upiekł i co dalej? Zakasaliśmy rękawki i... Tadam... Umyliśmy okna, nie wszystkie, bo takiej potrzeby nie było. Słoneczko zaś nadal ładnie świeci, bo czaruję teraz w odwrotnym kierunku... Obiad gotowy :)
A teraz bonus


Baran myjący okna angielskim modo ;) szczotką, ojapierdolę :)

Spokojnego weekendu :)

piątek, 19 grudnia 2014

Przemoc

w rodzinie kwitnie, teraz mi ścierą grożą, na dokładkę mokrą, ale co tam, pójdę przez życie z pieśnią na ustach, choć w sercu ból ;)
Baran zasadził mnie do robienia origami z serwetek, święta będą ą ę bułkę przez bibułkę, jak już dawno nie było. Bo też i warunki w ostatnich latach spartańskie były, wynajmowane mieszkania były spoko, ale też na miarę finansowych możliwości chłopaków, więc żadne tam apartamenta. Przechodzone meble, naczynia z łapanki, ale najważniejsze, że byliśmy razem i że mieliśmy siebie. Dodatki typu Smerf z Pierdolniętą Smerfetką były po prostu efektem tego, że Kierownik Budowy wybrał tak a nie inaczej, czego i on sam czasami trochę żałuje... Ale nic to, zaczyna się nowa epoka, nowy dom, urządzany z sercem. Naczyń takich nawet ja po tylu latach życia nie posiadam, wytłukły się w użyciu, a nowych nie kupuję, bo nie sądzę, abym jeszcze takie imprezy organizowała. Tak mi się życie rozdarło, ala najważniejsze, że wciąż łączy nas serce, wspomnienia i nasze małe radości. A że przy okazji zamkną w piwnicy, przykują do zlewu lub ścierą pacną znienacka, to drobiazg nie wart wspominania ;)
Zatem serwetkowe origami uskutecznione i dziś uświadomiłam sobie, jak fajnie będą kolory grały. Już się nie mogę doczekać tego ą ę, niech się doktor Pawłowiczowa od nas uczy, choć my prości ludzie są, ze wsi i z familioków... :)
Od jutra Baran ma urlop i choć pojedzie na parę godzin do H. do starej pracy na imprezę gwiazdkową już się nie mogę doczekać tych wspólnych chwil. I tyc ścier, co na mój łysy łeb spadną...
Odbierałam paczkę dla sąsiadów znów, tutaj zostawiają tak nagminnie, adrsatowi zostawiają kartkę z numerem posesji na której zostawili przesyłkę. Tym razem pani kurierka poprosiła mnie o nazwisko, zazwyczaj wystarcza im mazaj na takiej elektronicznej karcie. Błysnęło mi przez moment, żeby podać panieńskie, którego używam na co dzień, ale w porę się zreflektowałam i podałam mężowskie... Oczy tej pani zrobiły się kwadratowe, a nazwisko jest proste jak budowa cepa. No nic, przeliterowałam, ale nie po angielsku, bo tak nie wpadłam na to :) Po angielsku się inaczej literuje, bo Pierworodny u okulisty przy mnie literował. Biedne te moje dzieci tu, a najbiedniejszy Inżynier ze swoim imieniem. Anglicy ochrzcili go po swojemu: Bob, a Inżynier ma piękne, słowiańskie imię, popularne w naszej rodzinie. No cóż... Nie zakładaliśmy, że szczęścia będziemy szukać w szerokim świecie...
Musimy jeden z pokoi ogołocić ze wszystkiego i dać tam najprostszy materac, jako że kotecek przyjedzie. I nie zostanie na salony wpuszczony, niestety, a raczej stety, bo rozniósłby tu wszystko w drobny mak, te wszystkie drobiazgi, kwiatki i cieszące oko kurzołapki, nie mówiąc już o niemożliwości wywoływania nastroju jak w rodzinnym grobowcu za pomocą świeczuszek. Oczami duszy widzę kotecka dyndającego na girlandach i lampach oplatających schody, a jest tego od cholery, bo dom ma dwa piętra :)
Już niedługo, chudzina właśnie skończyła pracę, jedzie zatankować i... będzie start we właściwy urlop. Z najbliższymi memu sercu...

czwartek, 18 grudnia 2014

Moje warunki

bytowe poprawiły się. Nie trzymają mnie już w piwnicy, zakutej w kajdany, ale na łańcuchu przy zlewie i od czasu do czasu spuszczają, żebym pozamiatała ;) W związku z tym postanowiłam walczyć i zbuntowałam się na to ekologiczne gotowanie. Wczoraj Baran wraca z pracy, wchodzi do kuchni i zatkało go, jak zobaczył, co robię. I tak nie do końca był przekonany, dopóki do stołu nie usiadł i nie skosztował. I do pracy na dziś resztę zabrał, co jest niespotykane, jako że on skibkowy jest i to żółtoserowynna okrągło. I nawet Postman grymaśnik jadł i animrumrał. Umowa stanęła, że gotuję jak chcę, ale jak im nie będzie smakowało, wracam do piwnicy i nawet kaganka nie będę tam miała. Muszę więc się starać, że ojapierdolę.
A podałam wczoraj kotlety z ziemniaków z pieczarkami w sosie czosnkowym (zaśmiawszy się szatańsko, bo Postmen koło czosnku nie usiądzie, a to zjadł i do pracy wziął), do tego szpinaczek baby, też z czosneczkiem i innymi takimi. Ha!! A Baran na dziś zadysponował replay, z tym że będzie do tego kwaszona kapustka, surówka i zasmażana. I dodatkowo Baranie placuszki będą miały w środku żółty ser :)
Nie mam nic do jarskiego jedzenia, ale musi być pieprzno i szafranno, inaczej jest niesmaczne i jałowe. I dobrze, że postawiłam na swoim, będzie dobrze. Oni mają tu całkiem fajne gotowce, nie trzeba się męczyć, ale są jałowe. Czas mam, jeszcze film zdążę obejrzeć zanim Baran z pracy wróci, a Postmen wstanie, a i tak bladym świtem się nie zrywam, dziś prawie do 9 rozpustę w łóżku uprawiałam, a kto mi na urlopie zabroni? :)
Zaczyna mi się podobać takie wymyślanie, a jak sobie przypomnę ten kurzy cyc, co mi się ostatnio trafił jak ślepej kurze ziarno, to skłaniam się do opcji wege. Co zresztą nie nowina, bo w domu jem, na co mam ochotę i mięsa mogę tygodniami nie oglądać.
Tempora mutantur et nos mutamur in illis.
Mieli rację starożytni.

Jeszcze tylko piątek i będę miała tych zbójów dla siebie, Barana na tydzień tylko, ale lepszy rydz, jak nic, co nie?
I tak już bliżej końca mojej przygody, jak początku...
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...
Powtarzam jak mantrę i cieszę się chwilą.
Bo warto.
Po raz kolejny oglądnęłam "Opowieść wigilijną" i taka jest prawda...

wtorek, 16 grudnia 2014

Dopiero

dzisiaj udało mi się zgrać fotki, a i to w pocie czoła i mękach piekielnych. Drogi netbooczku, przepraszam Cię serdecznie, że Cię nie zabrałam, teraz będę tachała Cię wszędzie, choćbym miała Cię w zębach nieść :) No nic, wiem, że jestem zboczona, bywa.
Urzęduję w kuchni moich marzeń, bo zawsze chciałam mieć taki rozkład, żeby pracując stać na straży okolicy ;)
No i mam :)






Z tego też powodu będę ubiegała się o etat w Royal Mail, albowiem już drugą przesyłkę dla sąsiadów odebrałam, aczkolwiek z duszą na ramieniu, bo zawsze tam wąglik może być, co nie? Albo trafi się 
listowy erotoman gawędziarz i ja zamiast all right, of course, have a nice day będę musiała rzec i don't understand i się wyda, że ja nietutejsza i niekumata :) 

Postmanowi, który jako już rzekłam chłopięciem mikrym jest i przypomina mnie z lat świetności, aczkolwiek nigdy nie miałam tak małego tyłka, szykuję do pracy



tyle pojemniczków, aczkolwiek to nie wszystko, bo zabiera jeszcze pojemnik z obiadem (większy niż te) i chodzą słuchy, że dożywia się jeszcze w kantynie. A i obiad przed wyjściem z domu wciąga i to nielichy. Z dwóch dań. Wczoraj ugotowałam mu zupę na 






No co, jak chłopak po 13 godzin pracuje, to wspomagacze musi mieć ;) wrócił, więc twardy jest, przeżył nawet moje gotowanie ;) Wkręcił mnie też w gotowanie kaszy manny,ojapierdolę, nienawidzę tego. Wprawdzie nie jest to "normalna" kasza, tylko ekologiczna i na dokładkę na wodzie ją gotuję, myślałam, że wylecę w kosmos gdy ją robiłam wg przepisu, bo grudy się robiły jak ta lala. Dziś wzięłam się na nią sposobem i zamiast wrzucać wg przepisu na gorącą wodę wrzuciłam do zimnej i dalej już było z górki.
Inżynier szczęśliwie wrócił z kraju i już pojechał znów do Londynu..
Wszyscy żyją w pędzie, w pośpiechu, tylko ja mam na wszystko wyjebane i czas leci wolnym 
walcem :)
I od chwili jak tu przyjechałam, co dzień świeci słońce, a deszcz pada tylko w nocy, coś w tym jest, nieprawdaż?
A hotel klasy lux ekstra wypas, a jaki fajny boy hotelowy i jaki sympatyczny :)  Podrzucił mi 
znów takie miękkie jak kaczuszka i słodkie, że mam ochotę co chwila lecieć pod prysznic ;)

Jak tak dalej będę musiała męczyć się z klawiaturami, systemami i innymi pierduśnicami ogłoszę zawieszenie bloga do czasu odzyskania urządzeń nadających się do użytku. Amen :) Klawiatury pokićkały mi się kompletnie, w tej chwili używam trzech i każda inna. Ojapierdolę :)

niedziela, 14 grudnia 2014

Skończyły się

żarty, zaczęły się schody. Baran jutro do pracy jedzie bladym świtem i w związku z tym zostanę spuszczona z tego kaloryfera w piwnicy, co mnie do niego dziś przykuli, żebym za dużo wolności nie miała. Zostałam mianowana zastępczym kuchmistrzem Postmana, któremu do pracy mam przygotować... Ojapierdolę, tonę jedzenia, wszystko obrane, pokrojone, posegregowane w pojemniczki, ściśle wyliczone na łyżeczki i takie tam. Jutro, jak zrobię, to sobie fotkę strzelę. I żeby nie było: przed wyjściem do pracy zje obiad, jak drwal pracujący na akord. Postman zaś chłopięciem wiotkim i eterycznym jest, jak wiatr wieje mocniej, musi do kieszeni kamienie wkładać, żeby go w drodze do garażu nie zwiało...
Teraz jeszcze czekam na Baranie dyspozycje, co jutro na obiad i od jutra przez cały tydzień żywić się będą w stołówce u Starej Jędzy.
Hahahahaha, dam im popalić ;)
Zapisałam wszystko w notesiku, bo mój mały rozumek za mały jest na takie kombinowanie... :)

Ziemiórki

zaatakowały. Od chwili przyjazdu walczę tu z owocówkami, przynajmniej na początku myślałam, że to owocówki. Trochę bardziej leniwe, jak one, ale zwalałam to na karb osłabienia zimowego. Baranie gospodarstwo ekologiczne jest do bólu, mało, że karmią mnie wege i organicznie, to jeszcze żaden odpadek nie ma prawa trafić tam, gdzie nie trzeba. Zatem wszystkie organiczne lądują w miseczce, którą potem z należytą czcią i szacunkiem eksmituje się do pojemnika na tyłach ogródka. Gdybym miała takie coś w bloku u siebie uskuteczniać, zwariowałabym, ale tu maleńki spacerek, hyc, hyc i wszystko ląduje tam, gdzie powinno. Podejrzenia wzbudzał fakt, ze te zakamuflowane owocówki latały wszędzie, ale nie nad miseczką z odpadkami, nawet jak niewyniesiona stała chwilę w kuchni. I tak sobie z Baranem gawędzę i mówi, że to mogą byćA jakieś szkodniki, co w ziemi w kwiatkach mieszkają. No to ja hyc hyc do wujka i co ja paczę? Ziemiórki skubane to są. Poszukałam więc jak gadzinę wyeksmitować i mówię Baranowi. Dziś dojrzał do eksmisji i trutkę sporządził, ekologiczną, a jakże. Też taką zrobię.
I jeszcze dodatkowo powieszę na drzwiach kartkę: Owocówkom i zimiorkom wstęp surowo wzbroniony. Mówię Baranowi, co by też taką powiesił i... Zonk... Po polsku czy po angielsku? Bo może one jako tubylcy z garden center nie znają polskiego i tak wlezą? A może trzeba napisać im w obu językach??
I w Bookerze byliśmy i wybrałam sobie co chcę pod choinkę. Bo chociaż nie robimy sobie podchoinkowych prezentów, każdy dostanie jakieś gacie na szpagacie czy inne skarpetki. A ja dostanę wieeeeeelką puszkę, którą sama wybrałam, taką a la lata pięćdzisiąte, które kocham. Oj tam, oj tam, puszkomanię się leczy, wiem, ale co mi tam :) A chłopcy mają już z głowy i nie muszą się traumić kupując damskie gacie bez szpagatu, bo te na mnie to by jak namiot były :)

piątek, 12 grudnia 2014

Nadęłam się

wczoraj jak ropucha, bo Postman w kuchni grymasił. A czemu taki mały garnek zupy grzybowej, a czemu ta zupa tak dziwnie wygląda... Zapiekanki nie zje, bo z serem, a on sera nie lubi (pół było z jajkiem, bez sera, ale nie...). Potem nalał sobie zupy i jadł tak, jakby za każdą łyżkę pół pensji mu obcinali. Męczył tę zupę chyba z pół godziny, ale całą zjadł. Miałam wrażenie, że tylko dlatego, że ma na ręce patrzyłam...
A dziś rano Baran mówi, że mu bardzo zupa smakowała i że za mało jej było, bo on by cały garnek zjadł, bo ten model tak ma... Ojapierdolę :) To na gwiadkę ugotuję mu cały kocioł zupy, tak że do Nowego Roku nie zje.  Dopiero obczajam ten model i opornie mi idzie.
Jeszcze dziś sama w domu, a potem weekend. Inżynier właśnie leci do Polski na ten ślub, czekam aż wyląduje. Ciekawe, jak zastanę mieszkanie po powrocie, bo za porządny to on nigdy nie był, a z koteckami to już na psy całkiem zeszedł.
Lampę mogę wysłać do firmy, co poniekąd upraszcza mi sprawę, ale to jeszcze kwestia przyszłości.
Little Owl kończy dziś 3 miesiące, jak ten czas zapierdala, coraz szybciej i szybciej...
To już prawie połowa mojego urlopu...





Nie pędź tak, życie, przyhamuj...
Bonusik, jedno kradzione, no ale w końcu wszystkie wnuki moje, więc mam nadzieję na złagodzenie kary.
Mała Wiedźma jest zakochana w Little Prince, Synowa nie może się jej nachwalić. Już nie mogę się doczekać, aż cała kompania zbierze się razem i zamęczy SJ na śmierć. To będzie piękny zgon, co nie??

czwartek, 11 grudnia 2014

Pojechałam

wczoraj z Postmanem i upolowałam taki fajny wieszaczek na szafkę na ręczniczki, co mnie niezmiernie cieszy, bo nowa kuchenka gazowa ma taki mały pałąk, że się na nim nic nie mieści. Miło czas nam minął, chwilę byłam sama i wrócił Baran. Po wieczornej, tradycyjnej lampce wina śpię jak aniołyszek chrzaniony i o zgrozo, wstaję o 8.
Postman wymyślił na obiad zupę grzybową, zatem wieczorem zamoczyliśmy grzyby, a tu rano zonk, SMS, że nie zupa grzybowa. Trudno. Ale wyszła przepyszna i jak on nie zje, to ja spałaszuję, bo Baran grzyba kijem nie dotknie.
I czerwona kapusta musiała być zużyta i... Ojapierdolę, jedzenia jest dla pułku wojska :) A że została kasza jaglana, chciałam dla odmiany zrobić kotlety z selerem. Pytam więc, mówią, że selera mają. Ano był. Zamrożony w kosteczkach i... Blender sobie nie poradził, więc kotlety się nie kleiły. Potrzeba matką wynalazków, zatem zapiekliśmy toto w piekarniku, wszystko ładnie pięknie, ale seler dalej twardy jak kamień (nie mogłam go obgotować, bo z kaszą już był wymieszany). Zjedliśmy więc zapiekankę, pracowicie wydłubując kawałki selera :)
Ale smakowała, więc nic się nie stało...
I tak spokojnie mija kolejny dzień, za oknem słoneczko świeci, trawka się zieleni, a ja czekam, co by Inżynier jutro na ojczyzny łono doleciał...
Od Patryczka wieści brak, ale brak wiadomości to dobre wiadomości.
Mała Sówka już się bawi pieluchą, rośnie Skubana jak na drożdżach i kochana jest :)
Aby do soboty...

środa, 10 grudnia 2014

Dzień

za dniem biegnie szybko. Za szybko, stanowczo. Lenia mam, siedzę w domu, bo nacieszyć się muszę nimi :) czekam na weekend, bo to darowane chwile. Obiadki pichcimy, a potem lecą do pracy, a ja oddaję się temu, co lubię, oglądaniu filmów :) Wczoraj wiało i to nieźle, ponoć znów jakiś orkan szaleje, Aleksandra zdaje się :)
Patryczek z mamą już w domu, Pierworodnemu należy cześć zwrócić, napisał do mnie jednak, aczkolwiek nie wziął pod uwagę, że do mnie wieść nie dotrze, bo na iPadzie nie mam hangoutu... Wieść znalazłam przypadkiem na mini, ale to już drobiazg. Synowa wczoraj kilka słów napisała, trudno jednak męczyć kobietę zaraz po porodzie, jak ma na głowie noworodka, Małą Wiedźmę i Pierworodnego. Patryczek zdrowy jest i tego się trzymajmy, czekając na dalsze wieści. Dzielna jest, zupełnie jak ja niegdyś i... Podziwiam :)
A u mnie










Słonecznie, jak widać na obrazkach :) korzystam z chwili, bo cenne są. Baran dopytuje, co robię, ciekawy jak zawsze. Pirata wczoraj zamknęli, deja vu czuję, jak kiedyś, ale będzie dobrze, są inne torrenty. Choć w sercu żal, bo znów trzeba ogarniać na nowo i tak dookoła. Korektę zrobiłam broszurki Postmana. Zboczucha ze mnie i tyle ;) I miechunkę pokosztowałam, bo odżywiam się teraz zdrowo i jak dobrze pójdzie będę wyglądała tak: