Warkton, Kimbolton :)
Ale po kolei.
Jedni goście wyjechali, drudzy goście przyjechali, ale to byli tacy mili goście... Tacy, z którymi człowiek chce się spotykać. Przyjechali na kawkę w sobotę, a w niedzielę, o dziwo... Ruszyliśmy te dwie chude i jedną tłustą dupę, wskoczyliśmy w Pudełko i nie zważając na alarmujące nagłówki newsów, że Wielka Brytania walczy ze śniegiem i zimą pomknęliśmy rączo w Anglię. Takimi bocznymi drogami, gdzie to i koniki widać, i owieczki się pasą i inne takie tam... Karta w aparacie mi się zatkała, zdjęcia przecudnej urody mam, ale... No właśnie - jedno ale, nie ma jak zgrać i obrobić, na mini kurwicy dostanę, wyjdę z siebie i stanę obok niż coś zrobię, ręce mi się zaczną trząść i będę musiała lecieć po denaturat ;)
Pogoda była przecudna, wioseczki bajkowe, roztaczała się wokół magia świąt jeszcze, no i ta pogoda... W Kettering podziwialiśmy posiadłości z takiej wyższej półki już, pomarzyć można, no ale... Po co się podniecać, gdy chłopcy mają już swój dom, a i na mnie czeka miejsce na ziemi, gdzie tęsknią Miśki Niecnoty? Tym niemniej spacer był pełen wrażeń, a i wycieczkę przez las zaliczyliśmy, w błotku, a jakże, bo już ziemia rozmiękła tam... Przez cmentarz wystartowaliśmy, bo na cmentarzach najfajniej jest... Jakie piękne nagrobki, niektóre jeszcze z XVII wieku, omszałe i jakie piękne na nich napisy! Odeszła tam, gdzie nie ma cienia... Poezja... I kocur pilnujący jednego z cmentarzy, tłusty, spasiony, który rzucił się do nóg Postmana, jakby go wieki nie widział i łasił się, a potem z podniesionym na sztorc ogonem ruszył w moim kierunku... A następnie padł na plecki i leżał, schodziliśmy z cmentarza turlając się ze śmiechu :)
Pojechaliśmy potem do Warkton, gdzie mieszkają 144 osoby, no i nasza trójka za tłum tam robiła, tłum turystów. Wioseczka przeurocza, domki jak z hobbitów, choć Inżynier na fejsie oprotestował,
ale mi się tak skojarzyło i zdania nie zmienię. W jednym z gospodarstw widzieliśmy zabytkową lokomobilę, a posiadłości strzegło piekielne kocisko :)
Wioseczkę Baran przypadkiem odkrył, gdy go z pracy wydelegowali i cieszę się, że zapisał w kajeciku. Po zwiedzeniu jej myślałam, że wracamy do domu, ale nie, wywieźli mnie dalej, mieli zamiar porzucić mnie w szczerym polu, ale rozmyślili się po drodzie i wylądowaliśmy na kolejnym cmentarzu, tym razem gały nam wypadły, rosło tam morze żonkili, niektóre kwitły :) Miasteczko też przeurocze, maleńkie, angielskie do bólu. Zgłodnieliśmy, ale niestety, za późno :) w angielskich pubach jedzonko serwują tylko do 14.30, minutę później można umrzeć z głodu, bądź próbować przeżyć na alkoholu. Zatem z Baranem strzeliłam sobie po piwku, a biedny kierowca Pudełka musiał zadowolić się kawą, do której podano mu kilo cukru, żeby mu czasem cukier nie spadł ;) Ledwo usiadł, zaraz wlazł na ebaya w celu popełnienia kolejnych zakupów, taki z niego zboczeniec zakupowy jest...
Wróciwszy do domu, a po drodze napasłszy oczy widokiem zachodzącego słońca, wpieprzyliśmy żurek, popakowaliśmy kolejną porcję bigosu w słoiki (wykorzystują mnie tu niecnie, twierdząc, że robię dobry bigos, nie wiem, nie jadam) i popijając grzaniec, żeby nie zamarznąć na filmie oglądnęliśmy Frozen, trochę potupaliśmy i tak miło minął dzień... Zdjęcia nie pokolei, ale nie mam siły tu z nimi walczyć. Tylko telefoniczne, niezły mieli ubaw, jak zmieniałam aparat na telefon i pstrykałam, pstrykałam namiętnie. Za tydzień będę już w domu... I wtedy sobie wszystko detalicznie powklejam, kochany pamiętniczku, Internetu zabraknie ;)