[go: up one dir, main page]

sobota, 31 grudnia 2022

Post

 powstaje, Kochany Pamiętniczku, nawet nie na pożegnanie odchodzącego już w niepamięć roku 2022, ale dlatego, że czekam na północ, obawiając się jak co roku wybuchających fajerwerków. Niestety, moja loggia po wylądowaniu na niej takiego wynalazku bezpieczna nie jest. Niby mam wszystko ubezpieczone, ale obawiam się, że kwota odszkodowania nie pokryłaby nawet połowy strat. A, Inżynier zasponsorował mi minigaśnicę, zresztą z mojej osobistej inicjatywy, bo łażąc po necie na nią wpadłam, a że była do kupienia na Alledrogo, wyszło jak wyszło i rzekł srogo: matka, to inwestycja w bezpieczeństwo, więc morda w kubeł. Sam sobie też kupił i choć raz matki trzymającej mordę w kuble nie wyśmiał.

Bywa.

A dni są piękne


takie jak ten piątek, kiedy polazłam na włóczęgę zakupową, no i wróciłam do domu z wózeczkiem wypełnionym po czubek


z kontem lżejszym, ale zdrowa żywność sama się nie zrobi, co nie?

Oleje kupiłam na zapas, mają podrożeć po 1 stycznia (po Nowym Roku) ;)
O liściach i sałatach naczytałam się, ile to one bakterii przenoszą, niby gotowe do spożycia, ale mogą nawet zgon spowodować.

To akurat wiem z warzywek i z notek PAP, ale na coś trzeba umrzeć, co nie?

A obiad mój to zazwyczaj wygląda ostatnio tak


 Kasza gryczana niepalona, polecam. Znaczy się, chyba dzień wcześniej ją przypadkowo ugotowałam, buraczki (te podłużne z jabłkiem, zero dodatków) i jakieś tam paluszki z Aldiego (najbardziej niezdrowa opcja, ale cóż, dzienna dawka soli i szkodliwości w tym musi być).

Z nadzieją, że mnie to ominie (znaczy się, umieranie za młodu, bo moje lata to jeszcze czas na bal, a nie na urenkę), pozostaję, albowiem wcinanie takiej sałaty z dodatkami jest boskie - jestem nażarta po pępuszek, a wciąż mam luz. Nie chudnę już tak szybko, praktycznie prawie wcale, ale jest mi lżej i wygodniej we wszystkim. Pomijając inne dolegliwości, ale już w poniedziałek mam wizytę, więc luz i hasta manana. (Choć znów prawie 200 zł pójdzie się jebać, ale ponoć seks to zdrowie).

Sobota nie była już tak słoneczna i piękna jak piątek, piździło, może nie jak za cara na Skieletczyźnie, ale ludzie byli jacyś przyjaźniejsi dziś (pomijając fakt, że to ja osobiście szczerzyłam się do wszystkich mijanych - już widzę mojego ojca, jak mówi: co się tak głupio kielczysz?, a także te koszmarne wciąż sny, po których obudzona o 4.30 nie mam ochoty na kontynuowanie tej bajki i wolę pograć na iPadzie...)


takie tam z mojego rodzinnego domu, po których budzę się zlana zimnym potem i nieprzytomna ze strachu, ale cóż...

C'est la vie. Tak los.

Bratki chyba jednak żyją 

A i ostatni amarylis dziś pokazał swe urocze oblicze


jakby żegnając ten odchodzący, 2022 rok. Ma jeszcze jeden pąk, ale nie wiem, czy się rozwinie.

I tak jak posumowanie tego roku - co ma być, będzie.

Nie był zły, chociaż idealny do końca nie był.

Spotify gra Rybińskiego, Znajdę cię, parę lat przy niej przetańczyłam z Baranem :) I to też piękne, chociaż teraz tańczyłam sama... 

14 stopni, nawet nie podnoszę z podłogi loggii folii bąbelkowej, by moje bratki nakryć.

Rachunek sumienia za rok - staram się ogarnąć samą siebie, bo chyba jednak Inżynier nie jest gotów na pożegnanie mnie (wciąż go widzę na tej mszy w M., jego, twardziela, a, nie wnikajmy w szczegóły), dużo ma na głowie, a i ja odetchnę pełną piersią, gdy się wyniosą na włości, reszta to luz i hasta manana (psttt, niech tego szczęście nie słyszy). W najgorszym przypadku zostanie po mnie mieszkanie do sprzedania, poradzą sobie.

Jak i to, że dziś szłam



sama, nie samotna, starając się wydeptać te kroki, by jeszcze trochę być, choć po Six feet under niczego już nie jestem pewna, oprócz tego, że trzeba żyć do końca.

To był dziwny, ale dobry rok. Mimo lądowania co i rusz MW w szpitalu. Nie moja wina, nie mogę na swoje barki brać wszystkich grzechów tego świata.
Tak, jestem DDA, ale mówiłam zawsze Pierworodnemu: nie kłam. Inżynierowi też to mówiłam.

Inżynier załapał, wiem, jakie są problemy z Alienkiem, choć może nie do końca je zawsze ogarniałam. Ale dzięki temu, że wiem, nie skreślam i w sumie, jakby na to nie patrzeć, Alienek, tak jak Edzio, jest moim przydupasem. 

Do MW i do Papryczka staram się jak mogę, na rzęsach staję, tupię uszami i z półobrotu mimo tuszy salto wykonuję i... dupa.

Kalafiorkówna czasem mnie toleruje, czasem ma mnie w dupie i to bardzo głęboko.

Podsumowując: mając czwórkę wnuków (plus Elfika przyszywanego, który mnie w sumie wcale nie kojarzy), tak naprawdę tylko jedno z nich leci na mój widok bez pytania, co dla niego mam i  rzuca się w me ramiona, nie zważając na lament: Alienek, nie psuj babci, szepce mi do ucha: kocham cię :)
Ale i tak jest cudnie. Odszeptuję: a myślisz, że ja ciebie nie?

I... Będąc w ciąży z jego ojcem, zapytałam kiedyś teściowej: myśli mama, że drugie dziecko będę tak samo mocno kochać, jak pierwsze?

Byłam wtedy skończoną kretynką... Dziś obu kocham wciąż jednakowo, aczkolwiek nie tak samo boleśnie. Psiakrew.

Więc na ten nadchodzący rok, który ma być straszny wg wszystkich jasnowidzów, życzę wszystkim spokoju, radości, zdrowia i osiągnięcia założonych celów.

Sobie nic nie życzę, bo i tak co ma być, będzie.

Czytaczom - spełnienia marzeń, ich, osobistych. 

No i tu mogę napisać bez cenzury: Jebać PiS, Konfederację, Hołownię osobiście i niech wrócą tamte piękne dni, kiedy nie było inflacji i nie musiałam się o nic martwić...

Happy New Year 2023...

Szczęśliwego nowego 2023 roku :)

Bo tak, życzę wszystkim szczęścia na cały rok,  nie tylko na pierwszego stycznia.

Aczkolwiek dla mnie to dzień imienin mojej Mamy, zawsze uroczyście obchodzony, jej brata, który zginął w Mauthaussen, no i Inżyniera, który teoretycznie imienin nie obchodzi, ale od matki dostał prezent, oj tam, że niewychowawczy..

Przerabia mój scenariusz, zasypiając, bo mnie nie słuchał.
A ja nie takie cuda przeżywałam, gdy umierał na OIOM...

Więc...

Happy New Year...

Szczęścia wszystkim życzę i zdrowia, bo to, że na Titanicu wszyscy zdrowi byli, ale szczęścia nie mieli jakoś do mnie nie przemawia.

 



czwartek, 29 grudnia 2022

Urodziny

Kalafiorkówny, czwarte, a jakże, Kochany Pamiętniczku, również urządzone u dziadka, upłynęły spokojnie. Dojechał wujek J. z żoną, ale to wszystko, więc nie było jak na jarmarku. Tylko Alienek zakwestionował, że jak to, Kalafiorkówna od babci nic nie dostała. Rowerek skojarzył z dziadkiem, bo rowerek był skitrany u dziadka i trudno mu było wytłumaczyć, że rowerek jest też od babci. Kalafiorkówna zaś dalej zgrywała niedotykalską, ledwo mnie muskając z polika na pożegnanie.

No cóż, jakoś przeżyłam.

A potem już proza życia, znaczy się, cholera mnie z kąta w kąt, bo... nie umiem nie pracować, a nie chce mi się ogarniać papierkowych zaległości, jakiegoś czyszczenia kątów.
Więc jest cudnie, leniwie, Spotify gra, a ja odpływam daleko.

Pojechałam zaraz po świętach po kalendarza nabiurkowy, bo takiego, jak chcę nie ma na całym fyrtlu. W Empiku jest, ale w internetowym sklepie, w normalnym nie było, a ja łażąc po Avenidzie (nie byłam tam chyba od dwóch lat) poczułam się jak mrówka. Zapomniałam, że to pierwszy dzień wyprzedaży i dzikie tłumy. Na wystawach biżuteria i inne musisz to mieć (na chuja? to nawet nie jest lokata kapitału, bo po kupnie jej wartość spada na łeb i na szyję, wiem, przerabiałam, przerabiając  stare pierścionki, kupione za równowartość pensji na obrączki dla młodych), w witrynach manekiny-anorektyczki, ekspedientki na mój widok mają taki odpychający wyraz twarzy, że zbiera mi się na rzyganie z rozpaczy, perfum mam od cholery (i oryginały, nie podróbki, ile można smrodów mieszać, jak zażartowałam, że śmierdzę, spotkałam się z oburzeniem, że zawsze pachnę...). AGD mam wszystko, jprdl, ajtetam jeszcze nowe, nie będę zmieniała modelu, bo nie ma sensu. W ostatniej księgarni na trasie, spocona jak mysza, zapomniałam o szatni, nawet nie wiem, czy jeszcze jest, gros ludzi maszerował z okryjbidami na rękach, rzutem na taśmę kupiłam ostatni kalendarz w PL taki jak chciałam (a chciałam dwa, ale odpuściłam już), wróciłam do chaty.

Zdziczałam do reszty, pola się na prerię przenieść, a nie w wielkiej wiosce mieszkać :) 

W środę zdobyłam wreszcie 


boligłówki. Będą jeszcze dwa amarylisy, ale nie spieszy im się, a boligłówek w tym roku jak na lekarstwo. Więc mam dwa komplety, bo tak. Bo będzie śmierdzieć na maksa i nic nikomu do tego.

Wczoraj, gdy kończyłam gotowanie rosołu (jarskiego, a  jakże, jest takie cudo) Inżynier zaprosił mnie na pizzę, bo... dostał kamień do pizzy na Gwiazdkę od żony (znaczy się od Gwiazdora).  A oni żyją już na kartonach, bo do końca stycznia muszą się wynieść na włości, a tam jeszcze jest sporo do zrobienia.

Wódki odmówię, ale pizzy u Inżyniera nie, więc uzbrojona w łapówkę pojechałam (dla Inżyniera buraczki z jabłkiem w słoiku, bo tego mu żona nie zrobi, nienawidzi buraków, a kupowane w Żabce, hmmm... i z moją sałatką, tym razem na sałacie, nie na młodych liściach, bo ich nie było). Łobuzy też swoją działkę dostały, a ja dostałam kalendarz na biurko z Łobuzami - obiecany, zapomniany. Miło na te mordki popatrzeć. 

No i ktoś odmówiłby takiej pizzy?



Skomponowana specjalnie dla mnie, ciasto robi sam mistrz. Jego matka w życiu nie zhańbiła się pizzą, nie licząc gotowców, a i te często przypalała :)

Takie dziecko to skarb, co nie?

Łobuzy wymęczyły mnie nieziemsko, gdy zniesmaczona dłubaniem w nosie (trudno to wytępić) udawałam martwą, o mało mi oka na serio nie wydłubały, by mnie przywrócić do życia. Kalafiorkównie zaś odbiło i miziała mnie do zamiziania na śmierć, w rezultacie miałam jej kitki co chwilę w gębie, a nienawidzę kłaków w gębie. Ale korzystałam, bo może znów być oschła i niemiłosierna...

Było cudnie, choć nieco mnie rozczarowało, że nie da się Inżynierowi u mnie w ramach rewanżu zrobić 1 stycznia imienin, bo tegoż dnia prababcia ma 99. urodziny. No cóż, prababci prawie setka przebija imieniny, ale ja się tam nie pcham, bo to nie jest moja rodzina i dwa spotkania cząstkowe to dość.

Przeżyję i nawet nie zapłaczę w samotności, bo będę w najlepszym z możliwych towarzystwie :) Swoim własnym, a lubię siebie, bo jestem mądra, spokojna i mamy podobne zainteresowania (wałkuję Six feet under, aczkolwiek niekiedy mnie dołuje).

A z dobrych nowin - wymęczona po nocy przespanej jak zając pod miedzą (nie słyszę budzika, a wewnętrzny dawno umarł na home office), polazłam rano na badania krwi. Praktykantka 5 minut stukała palcem, wbiła igłę, trzy razy zabolało, jakby mi ktoś igłę wbijał w oko i nie pokazała się ani kropelka krwi. Poszła po koleżankę, pani kazała dać drugą rączkę i ani nie zdążyłam mrugnąć i już była pełna probówka mej szlachetnej krewki. Upewniałam się, że to na pewno moja, hahahaha, bo za szybko poszło, mogła jakąś podrzucić.

To działa.

Cholesterole są prawie w granicach - prawie - brakuje tam minimalnych ilości do normy, doktor mówił, że normowanie dietą to co najmniej dwa miesiące, a i efekty niepewne. Tu po miesiącu jest cudnie, a będę dalej się pilnowała.

Kwas moczowy o 0,2 przekroczona norma, to jak na moją dnę wynik prawie idealny.

Ciśnienie bywa różnie, ale nie jest już tragicznie, więc sądzę, że nie będę zmuszona do zażywania statyn, po prostu dalej będę się dobrze prowadzić. To nie jest wcale takie trudne. 

Jestem z siebie megadumna :)

A że wyniki są OK, to sobie w sylwestra pozwolę na winko...

Lepiej grzeszyć i potem żałować, niż żałować, że się nie grzeszyło, co nie? :) 

 


sobota, 24 grudnia 2022

Wigilia

 minęła spokojnie, wyjątkowo spokojnie, Kochany Pamiętniczku.

Wyjątkowo i pięknie, mimo mego czarnowidztwa.

Rankiem posłałam Baranowi raport


że świętowanie zaczęłam tak jak mnie nauczył i znów...

... jak za dawnych lat, jak od dawna nie...

... pogawędziliśmy, widać, że to jednak jest Przyjaźń...

A i Inżynier zaskoczył jak zepsuty motocykl, bo wleciał po mnie, nic to, że w sumie wlazłam na to 4. piętro (na 3. mamo, na trzecie, no ma rację, ale co mi szkodzi mówić, że na czwarte?), jakoś mniej męczące to było niż niedawno, by zobaczyć zawiedzoną minkę Kalafiorkówny, że nic dla niej nie mam (wychowała sobie mama łapówkarę sama), wpaść w miziaste ramionka Alienka, szczęśliwego, że jest batia... I spierdalać w podskokach po pięciu minutach na dół i na przystanek, by dojechać do Z., znaczy się teścia I., u którego miała być wigilia, albowiem o 16 MPK jeździć przestawało. Jak lamenci czasem I., za mały samochód kupił, bo dwa foteliki z tyłu i ani żona, ani matka się między nimi nie mieści.

Ale pojechałam spokojnie, bo tylko jedna bimba od nich bez przesiadki, a PEKA świeżo załadowana za całe 90 zyla na rok się nie wyjeździ sama, co nie?

Godzina z teściem I. była spoko, aczkolwiek to nie moje klimaty, ale tym razem nie było większego zamętu, a babcia Inżynierowej, lat 98, leżała z TV u siebie. Mieszka z zięciem, znaczy się, z Z., dzieci mają ją raczej w pompie, choć... wnuki chowała hurtem.

Nie moja bajka.

Z.nie chciał żadnej pomocy, miał wszystko ogarnięte, łącznie z karpiem, którego wczoraj jeszcze łowił (pyszny, ale z leksza przypalony i ciekący od oleju, co opłaciłam bólem wątroby, ale od czego leki) i grzybami, które dziś zbierał.

Było miło, spokojnie i dobrze.


Łobuzy doczekały się wreszcie św. Mikołaja (na moje protesty, że Gwiazdor, usadził mnie Inżynier, że św. Mikołaj, bo tak mówią książeczki, więc morda w kubeł). Moje prezenty były wyjątkowo trafione (dzięki Inżynierowej, ja dałam tylko kasę, bo nie ogarniam dzisiejszych mód), więc nawet od Kalafiorkówny dostałam buziaka, bo samochód Barbie od babci okazał się hitem :) Nosz, trafiło się ślepej kurze ziarno.

Z. mimo umowy miał prezenty, w tym i dla mnie, co mnie znów sfrustrowało, bo umawialiśmy się, że dorośli się nie prezentują.

Nieważne, czy ma kasę, czy nie, umowa to umowa.

Nieładnie.

No dobra, ja też ją złamałam, w stosunku do młodych, ale morda w kubeł. Bo mogłam i to nie była fantazja, ale konieczność. Dla mnie, nie dla nich. Bo zasnę spokojnie, jak się wyniosą na włości. 

Ostatnio, gdy  byli u mnie Inżynierowa odbierając skarpetki dla Alienka zauważyła Małego księcia, którego sama uzupełniła o angielską wersję i zapytała, czemu nie mam oryginału.

Głupia odrzekłam, że za drogi, po czym wydałam trzy razy tyle na resztę skarpetek dla Alienka :)

No i dostałam



Mam 11 wersji, w tym jedną po niemiecku od Dory - mała rzecz, a cieszy, co nie... :) 

Po ociekającym tłuszczem karpiu (aczkolwiek smacznym, nie mówię, bo zeżarłam dużo), po nacieszeniu się widokiem oszalałych z radości Łobuzów, zostałam z należytą czcią i szacunkiem odwieziona do domowych pieleszy przez Inżyniera, który też cały i zdrowy zlądował w pieleszach, jeszcze wioskowych...

I te kradzione chwile w samochodzie, gdy jesteśmy tylko my.

Jest cudnie.

Pojutrze replay u Z., bo urodziny, już kurde, czwarte, Kalafiorkówny. 

U Z., bo będzie tam reszta jego rodziny, znaczy się też w sumie Kalafiorkówny, a w mieszkaniu I. są pudła, pudełka, pudełeczka, przeprowadzka na włości w toku... Kalafiorkówna sama biszkopt robiła, mam film na dowód, bo tak sobie dzień wybrała, że nie ma opcji zamówienia tortu w cukierni. Co ja wtedy przez nią przeszłam, to głowa mała, a ona na mnie patrzy jak na wroga osobistego. No cóż, może jej kiedyś przejdzie :) 

Nie upiekę jej tortu, nie ma opcji w tym modelu babci.

Dziękuję, życie, za piękne chwile.

No i mam dla Kalafiorkówny prezent, tym razem wiem, co jej kupiłam :) Dołożyłam się do rowerka, a co... 

Jutro się wyśpię, karp i sandacz się moczą w mleku, i nie, nie będę ich topiła w tłuszczu.

Może upiekę w piekarniku, może zrobię na parze.

A do Bóg się rodzi, potańczyłam do wypęku.

Bo to polonez, a ja kocham poloneza...

I jakoś nie czuję, by to było świętokradztwo, no bo niby dlaczego?

Dom nasz i majętność całą i wszystkie wioski z miastami...

Tyle jest bóstw, to niech choć to jedno, z in vitro (tak wyklętego dziś, a tak pięknego) pobłogosławi dziś mą wioskę.

I odda mą prawdziwą, cudną ojczyznę, gdzie człowiek jest człowiekowi bratem, nie wilkiem...

A słowo ciałem się stało i mieszkało między nami.

To takie proste i tak trudne zarazem, co nie?



Atlas

 Kochany Pamiętniczku, zamknęłam wczoraj, rzutem na taśmę, nie wiem już, który w mej karierze.

Wiele nie zarobię, bo dałam szansę Inżynierowej, która też chce w te buty wskoczyć, płacąc srogo za kursy, a że wciąż robi na portfolio, powiedziałam, że się podzielę. Nieważne, że nic nie wyszło, bo wciąż nie ogarnia, że nie ma, że boli, że coś tam, no cóż. Płaci i myśli, że czegoś się nauczy, wpadając w depresję, że grosza z tego nie ma.

Dlatego się podzielę, pieniądze to nie wszystko w życiu. Sama pracowałam dwa tygodnie za darmo, żeby mnie do pracy przyjęli... Nieważne, zaprocentowało, czasem trzeba stracić, żeby zyskać.

Staram się pomóc jak mogę, będę spokojnie umierała jakby co...

A dziś poranek zaczął się tak pięknie


 starym śląskim obyczajem, którego mnie Baran nauczył, no i pogawędziliśmy sobie rankiem, tak dalecy, a wciąż tak bliscy.

Bywa, są tacy ludzie w naszym życiu... 

Bolą, ale to fajny ból jest.

W międzyczasie zrobiłam sałatkę, bo nic na święta nie robię, bo po co, Inżynier z chęcią weźmie słoiczek. Inżynierowa nie zrobi, bo ona nie lubi. 

A, nieważne, ważne, że wszyscy są szczęśliwi.

A ja muszę się ogarnąć do popołudnia, kiedy pojadę na wigilię. Będzie fajnie, nie mówię, że nie, ale... niekoniecznie do końca moja bajka, mówi się trudno i idzie się dalej :)

A 22 grudnia minęło 100 lat, odkąd na tym padole łez znalazła się moja Mama.


 

I cieszyłam się nią tylko 16 lat, jakże pięknych, a jakże krótkich. Urodziła mnie późno, mając już 32 lata (ja w tym wieku byłam już matką sześcio- i dwulatka).

I myślę wciąż, z jednej strony tyle nierozszyfrowanych zapisków - jej pismem, gdzie pisze zawsze Syneczku, ojca pismem, gdzie pisze Mamusiu - dzieliło ich osiem lat, może taką konwencję przyjęli? Nie rozgryzę tego już. Wiem, że nie chciała za niego wyjść, ale data 1951 z tych zapisków to jednak nie mus w tamtych czasach, swoją datę urodzenia i ich ślubu wałkowałam latami - ślub kwiecień 1953, ja grudzień 1954, więc w sumie też nie mus. I urywki, niedokończone. Była nauczycielką, wykształconą, w tamtych latach to coś było. Ojciec ledwo zawodówka, babiarz, w sumie nawet powiedziałabym ostro - dziwkarz, mam album pełen zdjęć jego eks, dała mu kopa w dupę gdy z nim była, wybił się więc w strukturach spółdzielczości, był kierownikiem, bez matury, dalszą edukację i maturę zaplanowali na rok jej śmierci - no nie wyszło, bo nie miał go kto kopać w dupę. Wiem, że do niej startowało pół wsi, a i inne podejrzenia mam - lubię pisać scenariusze, dowodów brak, a i zapytać już nie ma nikogo, a może nawet nie chcę, bo po co? Co to zmieni?

A potem to już było z górki.

Tylko ja, na złość i na przekór wszystkiemu szłam w stronę słońca, pomna Jej słów - do dziś wciąż widzę ten moment, gdy złożona chorobą leży na łóżku, trzyma mnie za rękę, obok szafka nocna, którą bezecnie wywaliłam i mówi: SJ (choć wtedy byłam jeszcze słodką Dorotką, nie SJ), ty się ucz, nie zapominaj o tym, ucz się, żebyś nigdy nie była zależna od żadnego mężczyzny. Nie martwię się o Pawła, chłopom zawsze łatwiej.  Ty się ucz, za wszelką cenę się ucz. 

Ona się uczyła, bo miała mądrego ojca, który nie pozwolił jej poprzestać na małej maturze. I kochającą siostrę, która jej kupiła nylony i płaszcz, żeby nie musiała nosić dalej płaszcza przerobionego z wojskowego szynela.

Siostrę, która olała edukację i poszła do pracy.

Jej praca i mądra głowa, którą do dziś cenią jej byli uczniowie i oczywiście ja, nie uratowała od bycia w toksycznym związku z Syneczkiem do końca. Bo dzieci.

Ja uwolniłam się ze związku, bo dzieci.

Nie wiem, jak to podsumować.

Najchętniej zrobiłabym sobie kolejnego drinka, choć to młoda pora.

I tak przeżyła na spokojnie dzień.

Wspominając kosmiczne awantury, które robiłam mamie, gdy ośmieliła się wychylić lampkę wina na jakiejś uroczystości.

I kolejną, gdy znalazłam w jej fartuszku w kieszeni papierosa. Ja, paląca od 16. roku życia... Paląca w ciąży.

No nic, na 16.00 będę silna, zwarta, gotowa, idealna babcia.

Przeżyję jeszcze ten kolejny raz święta, dziękując za darowany czas i za Łobuzy, wściekając się na okoliczności towarzyszące, ale wino w lodówce się chłodzi, więc nie będzie źle.

Wesołych Świąt! Merry Christmas! Frohe Weihnachten! Feliz Navidad y Próspero aňo Nuevo! Veselé Vánoce! Tanti auguri di Buon Natale! Joyeux Noёl! CчастливогоРождества!

 

 

wtorek, 20 grudnia 2022

Jak zawsze

 wyszło, Kochany Pamiętniczku.

Miało być wolne, a ot, o mało na orbitę okołoziemską nie wyleciałam.

Jest jak jest, jest cudnie.

W sobotę wracając z zakupów wpadłam na Pierworodnego, do Aldi po mleko przyjechał. Po mleko, kurwa. Żebym mu się na szyję nie rzuciła, przeszedłby obok, wcale mnie nie zauważył. Nie nosi okularów, a ślepy jak kret, ponoć zapomina. Zawołałam na kawę do mnie, ale takie tam, nie kleiło się.

Coś jest nie tak, ale wciąż nie mogę dojść co.

W niedzielę oba zlądowali u mnie, bo robili coś na włościach i wpadli na kawę. Że się wcześniej zapowiedzieli, to narobiłam przepysznej sałatki całą michę, ale... nie spodziewali się żarełka i pojechali do Maca. 

Sałatkę dałam im w słoikach.


 Mac niech się schowa, taka smaczna była :) 

No i miała być tylko końcówka warzyw, ale zwalił się dodatkowo ten nieszczęsny atlas, myślałam, że dziś orła wywinę, bo jak byli w niedzielę, to się okazało, że nie odpuszczą i wigilia jest wspólna, na D. No a że nie pójdę na krzywy ryj, to spadły na mnie pierogi i znów nerwy, bo w zeszłym roku z pierogami było krucho, a ja nawet piernąć nie mam czasu. 

A pierogi mają być dobra, a jakże...

Kurwa.

Więc wyrwałam się dziś, z ciśnieniem znów na górnych rejestrach i na szczęście zdobyłam rzeczone. A jak.


Osiem dych w plecki, a Inżynierowa pyta, po co z pieczarkami, jak I. może jeść z kapuchą i grzybami... No, dla dzieci ruskie, bo innych nie jedzą, a I. nie może dostać tego, co lubi? Kurwa. Sama robi rybę po grecku, bo tylko to umie (nie żebym coś miała, niech robi, ja nigdy nie robiłam, to nie jest tradycja z mojej rodziny), ale...

A mogło być tak spokojnie. I urodziny Kalafiorkówny z II święta przełożone na 27, bo będzie cała rodzina wtedy i mają dojść Pierworodni. Znów na D., bo oni już na kartonach w związku z wyprowadzką na włości.

A chuj. Kupię sobie wino i spokojnie wypiję potem, ciśnienie mam w miarę OK, jak reszta, nie wiem, ale cudów się nie spodziewam, badania zrobię 30 :) 

Więc będzie latanie i duszenie się w sosie prawie 20 osób mieszkaniu takim jak moje. Kiedyś mnie to bawiło, teraz nie. Już nie, tym bardziej że nie bawi mnie połowa z tych ludzi, zwyczajnie za nimi nie przepadam. No cóż.

Rachunek za prąd na włościach wyniósł 6 tys. bez paru groszy, bo wygrzewali dom, cokolwiek by to nie miało znaczyć. Za taryfę budowlaną. Aż na rzyganie mi się zebrało, jak mi o tym powiedział, ale dobrze, że mówi, a nie kantoli. Dobra, kurwa, zmiana...

A dzięki czytaniu blogów w porę przypomniałam sobie o starym śląskim obyczaju wypicia w Wigilię rano na czczo, bo wino się nie liczy. Tak uczynię i jakoś ten dzień przebrnę, tylko muszę wódkę kupić, bo nie mam. Resztę wleję do pigwówki i będzie OK.

Zamówiłam sobie wizytę u fryzjera na jutro, bo zarastam już, a nie lubię. A książkę zrobię, jak ogarnę co mam do ogarnięcia, a parę rzeczy jest, bo i PEKĘ doładować muszę, ta nieszczęsna wódka i zapasy zieleniny na święta. Mięso wciąż mam w zamrażalniku, ale chyba nie ruszę, co najwyżej sobie rybki zrobię. I tak na co dzień je jem.

Jakieś ciasto ogarnę w piątek, korytarz znów mój dyżur, a reszta niech się buja.

I prywata dla Zmorki:




To są sowy mojej Mamy. Takie coś do wkładania listów, papierów, może też służyć jako podpórka pod książki, jak ich za mało na półce. Lata całe stało w sekretarzyku - tak nazywaliśmy wnękę z opuszczaną półeczką w szafie, po opuszczeniu był to sekretarzyk do pisania listów, w środku były półeczki, stał tam też 


taki przybornik z atramentem i leżało pióro. Już czas starł z tego politurę, wciąż widać inicjały Mamy MF...

I był też 

bibularz, ale nie mam już bibuły, pewnie gdzieś można kupić, ale po co? Gdzieś mam zachomikowany atrament w jakimś pudełku, o ile nie wysechł.

Szafa była jeszcze ze mną jakiś czas, wywaliliśmy ją, idioci, gdy zmarł mój ojciec i likwidowaliśmy mieszkanie, biorąc nowsze meble. A tamta szafa to było drewno, ale młoda i głupia nie znałam wtedy wartości mebli starszych ode mnie.

No cóż i tak wszystko pójdzie na śmietnik, gdy odejdę, to wiem na pewno. Może jakaś litościwa ręka wyjmie to z kontenera i da temu drugie życie?

A miałam marzenie: pokój z sekretarzykiem, bujanym fotelem, kołowrotkiem (mam), maszyną do szycia.

Mam biuro domowe i palmiarnię, pierdalnik, mnóstwo bliskich sercu skarbów po kątach. Jest cudnie. 

Życie potoczyło się jak chciało, nawet po remoncie nie zrealizowałam marzenia, bo trzeba było myśleć o miejscu do spania dla wpadającej z UK bandy, z coraz liczniejszym potomstwem...

A teraz już szkoda mi kasy na fanaberie, bo to są fanaberie. Nie będę już przemeblowywała nic, choć może jeszcze lata są mi pisane, tego nie wiem.

A ironia losu to jest, że gdy wrzuciłam na FB na stronę rodzinnej wioski zdjęcie z zakończenia przedszkola w 1961 r. 


bo było tam zdjęcie TYCH schodów, bo siostry, które tam są od wieków, i które prowadziły przedszkole, gdy ja tam chodziłam, znów wróciły na stare śmieci i wójt się chwalił.

Młody ksiądz odnalazł się po latach w mojej rodzinnej parafii, do dziś jest tam, choć kanonikiem już na emeryturze, dawał mi ślub.

A proboszcz z R. przez jakąś panią zapytał o zdjęcia kościoła z okresu międzywojennego, bo chce coś rekonstruować.

I tym sposobem mam prywatnego maila proboszcza.

Chichot historii - chcę się starać o apostazję i potrzebuję świadectwa chrztu stamtąd.

Może będzie materiał na nową telenowelę.

Powinnam je pisać, co nie?

A Pierworodny chodzi wciąż w kurtce, którą kupiłam mu przed jego wyjazdem (16, 17 lat temu?) w Carry. Wygląda jak nowa, w UK jej nie nosił, bo tam ciepło było, tak samo jak Baran nie nosił kozucha, który mu zawiozłam, ale kurwa, jego pojebana żona powinna pomyśleć o nim jako o kimś bliskim, a nie jako o bankomacie, co nie?

Stara Jędzo, morda w kubeł i animrumraj.

Jak coś, kupisz mu nową, bo cię na to stać i choćbyś nie wiem ile pierdoliła, zawsze się ugniesz, co nie?

A i quiz: kto na powyższym zdjęciu znajdzie SJ? Sukienka była z jedwabiu, seledynowego, z aksamitką naszytą w kształcie klucza wiolinowego. Do dziś ją widzę w snach. Jedwab dostałam w prezencie na imieniono-urodziny od matki restauratora w I., a fason sukienki wybrała krawcowa, pani Urbaniakowa, nie taki, jak ja chciałam, ale teraz, po latach widzę, że była mistrzynią w swoim fachu i dziś byłaby znaną projektantką chyba. Jak to po latach człowiek ceni rzeczy, których nie cenił kiedyś. Prawdziwy jedwab, seledynowy, w szarej peerelowskiej rzeczywistości, to tylko mnie się mogło przydarzyć, co nie? I nie musiałam jej ani prać, ani prasować, miałam w niej tylko być ich kochaną córeczką...

A dziś miałam sen taki, że chyba już mnie wołają na tamten brzeg.

Biorąc pod uwagę senniki.

Gdyby tam czekała na mnie ta sukienka, to czemu nie?

I ta druga, z pinkowego szyfonu (SJ w pinku?), która na kloszu miała zakładki, żeby można było je odpruć i żeby rosła razem ze mną.

Bardzo ją lubiłam.

SJ i sukienki?

SJ i pink?

SJ, coś ci się popierdoliło :) 

 




piątek, 16 grudnia 2022

Ostatni

 numer, Kochany Pamiętniczku.

Znaczy się, ostatni w tym roku, choć nie tak do końca, bo jeszcze zostały mi warzywka, ale pierdolę, nie robię, mają termin poniedziałek-wtorek, a ja wciąż się do nich dostosowuję, naczelna odchodzi, więc w sumie mnie to już lotto, bo nie wiem, czy tam będę. A miałam inne plany na dziś, ale do brzegu, jak mówią moi redaktorzy.

Ciśnienie wciąż mi skacze, ale w takich "normalnych" granicach, więc nie czuję się źle, pytanie, co z tym cholesterolem i dną, ale to się dopiero po świętach okaże, jak badania zrobię.

Na razie spoko, dziś w ramach odstresowania się otworzyłam wino, com je dostała na urodziny, a co, zasłużyłam na nie i należy mi się jak psu zupa. 

Bo to były nielekkie dni.

Najpierw leciało to, co miało być zamknięte 2 grudnia. A... szkoda gadania.

A potem w tym tygodniu od poniedziałku było całe życie z wariatami.

Tyle że mnie to powoli przestaje bawić. Redaktorka śmiejąc się dosyła tekst, a że nie mają nic, to mówi, że przeleżał się w szufladzie. Jak to u nas, redaktorka, tekst profesora, ale redakcji na oczy nie widział. Korekcę. Dostaję tekst z powrotem i na wydruku spływa na mnie olśnienie. Jednak w kompie widzę tylko zdania i fragmenty, a wydruczek leży w całości. I co?

Chuj jasny, w tekście: 31 państw Unii... Potem 28 w sensie, że teraz. Kurwa, zakreślam i mędzę, a redaktorka: o jezu, uratowała mnie pani, jak wtedy z Kopaczową. Bo pani z rozpędu pisząc michałka walnęła premier Kopacz, a była już premier Szydło.

No wiadomo, za takie coś poleciałyby głowy, jakby to poszło do druku, nie moja, bo Boss mi wciąż mówi, że ja to niemerytoryczna jestem.

Ano...

Piszę do redaktorki, że będzie za mną tęskniła, jak odejdę, a ta w panice: ale pani jak D. będzie zawsze...

No, chcieliby :)

Się pochwaliłam, bo całego numeru pilnowałam, bo to przełom roku, więc "w zeszłym roku" niesprecyzowane czasem nie ma sensu, a z kolei numer trafia do czytelników w grudniu (choć styczniowy), więc jak to z tymi latami jest? 

Wczoraj urządzili zakładową imprezę. Na 12 lat pracy byłam na takiej 1 (słownie jeden) raz i więcej nie idę. Wczoraj, a dziś miała reszta jechać do drukarni, niby jechała, ale hmm...

Spuśćmy na to zasłonę milczenia.

Ja zaś, wiedząc, że dziś jebnie (i jebło, ale o tym zaraz), wzięłam się za uświęcanie chaupki.

Bo do sklepu mi się nie chciało wstać, wczoraj wody nie było i nie byłam pewna, czy dziś będzie...

Takiego bajzlu już dawno nie miałam


przebił nawet syf w czasie wizyt Pierworodnego z Małżonką, gdy jeszcze z UK przyjeżdżali.

Wmieszały się w to warzywka z tym nagłymi wydruczkami, ale olałam, bo mogłam. A jeszcze net mi padał, a ajfonik nie współpracował i hot spota nie było... Więc, kurwa...

Boli mnie kręgosłup jak cholera, bo co się namęczyłam, zakładając 300 ledów (a co, kto bogatemu zabroni, jeszcze 100 mam w zapasie, ale nie mam ich już gdzie wsadzić) i litując się nad swoim ubóstwem, bo nie mam praktycznie bombek, poza niedobitkami z mojego rodzinnego domu u jakichś drewnianych z początków lat 90., czubka też nie mam, sama jestem czubkiem...


No i jebło, bez żadnego jebanego sierściucha w okolicy, bo nie mam też podstawy do tego, a papier w donicy się rozprężył i jebło :)

Ale o dziwo, nic się nie potłukło i w przerwach między korekceniem, emilkami, SMS, i klęciem na bolący kręgosłup (nie pamiętam, żeby mnie kiedyś tak bolał jak dziś), ogarnęłam tę kuwetę, całkiem, całkiem.




Włażąc na drabinę starłam kurze ze wszystkich pierdalników, a jakże, sowy po mamie się rozsychają, niestety, ale też są starsze ode mnie...

A w koszyczkach, pudełeczkach i innych śmietnikach


takie cuda... W pudełku po kremie (lata 60. chyba) jakieś guziki, zapałki Caro (jak ja kochałam te ćmiki(, szpulka do nici, jakieś łuski chyba z wiatrówki (skąd, kiedy, co - nie mam pojęcia). I już w duszy rechocę, widząc, ile będą mieli roboty z likwidowaniem spuścizny po mnie...

Koniczynkę maturalną na miniagrafce też gdzieś znalazłam, nie mam pojęcia czyja - moja, chłopaków? Eks tego nie gromadził :) 

Duży pokój ogarnięty. Reszta sprzątnięta jak zawsze, jeszcze nie zwariowałam. Okien już nie myję, starość. Za zimno, a nie chcę nikomu płacić, zresztą w dupie mam JUŻ mycie okien na święta.

Lepiej późno niż wcale :)

Spotify gra to, co lubię.

Światełka migają, wali mnie rachunek za prąd, mam ten stały, zobaczymy, co wyjdzie, ale w końcu raz się żyje, potem się straszy.

A, zapłaciłam I. za monitoring, żeby mu nie zajebali pompy ciepła, z matczynym ciepłym tekstem: morda w kubeł.

Tak, jestem niesprawiedliwa. Sam zapłacił, ale...

Mam im kupować pierdoły na parapetówę, to wolę to.

Nie zbiedniałam.

A i Alienek dostał 


Kupiłam kiedyś I tom tego, dałam, Inżynierowa zaczęła czytać (wiem, że im czyta). Alienek zakochał się w skarpetkach, więc dostał wszystkie. Inżynierowej gardło padło, ja sama nienawidzę czytania na głos, no ale skoro Łobuz słucha i czeka na następne teksty z II już klasy podstawówki, a nie jest jeszcze nawet w zerówce, to co będę mu żałować?

Nie piję, to na książki mam... :)

Dawno tego nie mówiłam: życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.

A sny mam koszmarne, ale co tam...

Tylko bratków żal. 

Nie przetrwały mrozów.

Mam nadzieję, że ja jeszcze trochę przetrwam :)

sobota, 10 grudnia 2022

Ludzie

 tak długo nie żyją, Kochany Pamiętniczku, niestety.

Ale Inżynier od razu sprostował, że Wiedźmy tak, a on zawsze ma rację.

Zatem bez jojczenia, wzdechów i innych tam, SJ wkroczyła uroczyście w 68. rok życia, wspominając z łezką w oku wróżbę Zmorki, że najgorzej to 66, bo z góry to inaczej widzą.

A więc dalej w tę piękną podróż, życiem zwaną.

Mieliśmy mieć powtórkę z rozrywki i jak cztery lata temu w St Albans, iść na jarmark na MTP, a potem do knajpy, ale Kalafiorkówna na złość babci nie czuła się najlepiej (a, kiedyś wątroba by mi spuchła, a teraz tabletki uspokajające działają i jestem kwiatem lotosu), więc wyjście na jarmark zmieniło się na nasiadówkę w chaupce, a obiad w knajpie na burgery w domu. Oczywiście, jubilatka dostojna, czyli ja, wybierałam knajpę, trafiłam znakomicie, burgery były fantastyczne. To były piękne urodziny. 

Nikt z mojej najbliższej rodziny nie dożył tak pięknego wieku, więc jestem szczęściarą.

I dziękuję za to losowi.

Złamała się szóstka, ale to dobry znak, bo muszę do siódemki dociągnąć, co nie?

Trochę zabolało, że moje drugie osobiste dziecko z leksza zapomniało, ale nauczyłam się mieć wyjebane i nie oczekiwać za dużo. Pod wieczór przypomniało sobie, że ma matkę.

A matka wcześniej posłała mu kasę na święta dla dzieci i na urodziny dla Papryczka, żeby mogli sobie prezenty wybrać. 

Dostała kciuk na MSG. Tyż piknie.

Dalej uczę się mania wyjebane.

Ale do brzegu, praca mnie kocha, a że dni szare i ponure, to sobie je rozświetlam, jak mogę...



W sumie jak w amerykańskim filmie u mnie, ale bez przesadyzmu z wrzucaniem zdjęć.

Mam tak "hamerykańsko", że zastanawiam się, czy warto iść do komórki po choinkę.

Może dojrzeję i pójdę, nie wiem :)

Luz i hasta manana, bo ciśnienie nie jest idealne, ale jest dobre w porównaniu z początkiem kuracji, a ja odżywiam się tak zdrowo, że aż ojapierdolę.

Z tej okazji pozwoliłam sobie dziś na kieliszek wina, bo nie samą dietą człowiek żyje, co nie?

Co do świąt nic jeszcze nie wiadomo, ale szczerze? Mam na to absolutnie w Kosmos wyjebane. Całokształt grudniowy, łącznie z urodzinami, ogarnięty na maksa. Okien nie myję, bratki przykrywane co wieczór folia bąbelkową mają się znakomicie, relaksuję się przy Każda miłość jest pierwsza i innych cudach...

Pierworodny, nieszczęście moje, był u lekarza w tygodniu (kolano stłukł o szafkę, ponoć), pocałował klamkę u mnie, bo sierota jedna, nie uprzedził mnie, że wleci. Tak, u mnie wizyta tylko po zapowiedzeniu. Post factum zauważyłam, że był u moich drzwi. A wystarczyło MSG wysłać.

Wpadł next time.

Dziś wpadł z wnukami, ale bez połowicy i dobrze, bo chuj jej w plecy, w dupę by miała jeszcze przyjemność.

Jej matka wysyła mi zdjęcia naszych wnuków, ona nie raczy.

Kurwa, jestem gorsza, bo mam mniejsze możliwości finansowe niż ona? Bo nie widzę sensu topienia kasy w najukochańsze nawet wnuki? Bo ciężko wciąż na nią pracuję? A ile bym nie dała, to i tak tego magicznego słowa "dziękuję" nie słyszę?

Moja Mała Wiedźma jest już cudną dziewczyną z problemami.

Ma problemy natury fizycznej i psychicznej też. Coś jest nie tak w szkole i starają się o nauczanie indywidualne. Nie dogaduje się z rówieśnikami, wyśmiewają ją.

Moje "anse" do rodziny jej wielkiej przyjaciółki okazały się zasadne dziś, choć o nic nie pytałam. Mój wiedźmowski nos działa. A że jest jak jest, cóż mam rzec?

Nikogo nie skreślam.

No nic i to muszę przerobić.

Ale jak rozmawiamy, mamy wspólny język, więc może się poukłada?

Pomagałabym tak, jak pomagam Inżynierowi, bo mogę. Nie oczekuję czerwonego dywanu, bicia w bębny, orkiestra touche, żadnych imprez. Ale oczekuję zrozumienia mnie, moich dziwactw, moich zasad - w moim domu. To nie jest tak, że wkroczy do mojej chaty królowa świata, żona mojego syna i będzie żyła tu na swoich zasadach. Nie. My home is my castle. Umiem już wyznaczać granice. 

Jest jak jest. Może będzie lepiej, nie wiem.

Mnie jest dobrze.

Łobuzy dziś były u Mikołaja (a idi na chuj z tym Mikołajem, jest li i jedynie Gwiazdor). 

Trzy godziny stania i jakieś kilka minut wizyty, w sumie więc cieszę się, że mnie jarmark ominął, choć tam nie było prawdziwego Gwiazdora, ale jakaś podróba, kolejki były tak samo wyjebane.

Dobrze czasem być starą, wleźć do drogerii i upolować sobie Euphorię w promocji :) 

Lubię nią śmierdzieć, a co.

W ogóle lubię pachnieć smrodem :)

Jako że włości terminowo odsunęły się na styczeń, a w święta Inżynier planuje malowanie (niestety, woreczek też ma dno), mam nadzieję, że uda się zorganizować święta cudnie...
Ja, karp, butelka wina, którą dostałam awansem, na czas, kiedy zacznę znów pić. Tort bezowy i takie tam.

Żyć nie umierać.

Pierworodny jedzie do teściów, co raduje me serce.

Inżynier maluje (hahaha, jeden też tak zaczynał, a I. jako małolat w internetach miał ksywkę Adolf) :) 

A na mnie czeka i atlas, chyba roślin, i Analiza porównawcza zasilaczy wieloelektrodowych reaktorów nietermicznej plazmy generowanej ślizgającym się wyładowaniem łukowym...

Auć :) 

Ale  ponoć człowiek całe życie się kształci, a gość się na mnie uparł... :) 

Ja to mam wielbicieli, co nie?