powstaje, Kochany Pamiętniczku, nawet nie na pożegnanie odchodzącego już w niepamięć roku 2022, ale dlatego, że czekam na północ, obawiając się jak co roku wybuchających fajerwerków. Niestety, moja loggia po wylądowaniu na niej takiego wynalazku bezpieczna nie jest. Niby mam wszystko ubezpieczone, ale obawiam się, że kwota odszkodowania nie pokryłaby nawet połowy strat. A, Inżynier zasponsorował mi minigaśnicę, zresztą z mojej osobistej inicjatywy, bo łażąc po necie na nią wpadłam, a że była do kupienia na Alledrogo, wyszło jak wyszło i rzekł srogo: matka, to inwestycja w bezpieczeństwo, więc morda w kubeł. Sam sobie też kupił i choć raz matki trzymającej mordę w kuble nie wyśmiał.
Bywa.
A dni są piękne
takie jak ten piątek, kiedy polazłam na włóczęgę zakupową, no i wróciłam do domu z wózeczkiem wypełnionym po czubek
z kontem lżejszym, ale zdrowa żywność sama się nie zrobi, co nie?
Oleje kupiłam na zapas, mają podrożeć po 1 stycznia (po Nowym Roku) ;)
O liściach i sałatach naczytałam się, ile to one bakterii przenoszą, niby gotowe do spożycia, ale mogą nawet zgon spowodować.
To akurat wiem z warzywek i z notek PAP, ale na coś trzeba umrzeć, co nie?
A obiad mój to zazwyczaj wygląda ostatnio tak
Kasza gryczana niepalona, polecam. Znaczy się, chyba dzień wcześniej ją przypadkowo ugotowałam, buraczki (te podłużne z jabłkiem, zero dodatków) i jakieś tam paluszki z Aldiego (najbardziej niezdrowa opcja, ale cóż, dzienna dawka soli i szkodliwości w tym musi być).
Z nadzieją, że mnie to ominie (znaczy się, umieranie za młodu, bo moje lata to jeszcze czas na bal, a nie na urenkę), pozostaję, albowiem wcinanie takiej sałaty z dodatkami jest boskie - jestem nażarta po pępuszek, a wciąż mam luz. Nie chudnę już tak szybko, praktycznie prawie wcale, ale jest mi lżej i wygodniej we wszystkim. Pomijając inne dolegliwości, ale już w poniedziałek mam wizytę, więc luz i hasta manana. (Choć znów prawie 200 zł pójdzie się jebać, ale ponoć seks to zdrowie).
Sobota nie była już tak słoneczna i piękna jak piątek, piździło, może nie jak za cara na Skieletczyźnie, ale ludzie byli jacyś przyjaźniejsi dziś (pomijając fakt, że to ja osobiście szczerzyłam się do wszystkich mijanych - już widzę mojego ojca, jak mówi: co się tak głupio kielczysz?, a także te koszmarne wciąż sny, po których obudzona o 4.30 nie mam ochoty na kontynuowanie tej bajki i wolę pograć na iPadzie...)
takie tam z mojego rodzinnego domu, po których budzę się zlana zimnym potem i nieprzytomna ze strachu, ale cóż...
C'est la vie. Tak los.
Bratki chyba jednak żyją
A i ostatni amarylis dziś pokazał swe urocze oblicze
jakby żegnając ten odchodzący, 2022 rok. Ma jeszcze jeden pąk, ale nie wiem, czy się rozwinie.
I tak jak posumowanie tego roku - co ma być, będzie.
Nie był zły, chociaż idealny do końca nie był.
Spotify gra Rybińskiego, Znajdę cię, parę lat przy niej przetańczyłam z Baranem :) I to też piękne, chociaż teraz tańczyłam sama...
14 stopni, nawet nie podnoszę z podłogi loggii folii bąbelkowej, by moje bratki nakryć.
Rachunek sumienia za rok - staram się ogarnąć samą siebie, bo chyba jednak Inżynier nie jest gotów na pożegnanie mnie (wciąż go widzę na tej mszy w M., jego, twardziela, a, nie wnikajmy w szczegóły), dużo ma na głowie, a i ja odetchnę pełną piersią, gdy się wyniosą na włości, reszta to luz i hasta manana (psttt, niech tego szczęście nie słyszy). W najgorszym przypadku zostanie po mnie mieszkanie do sprzedania, poradzą sobie.
Jak i to, że dziś szłam
sama, nie samotna, starając się wydeptać te kroki, by jeszcze trochę być, choć po Six feet under niczego już nie jestem pewna, oprócz tego, że trzeba żyć do końca.
To był dziwny, ale dobry rok. Mimo lądowania co i rusz MW w szpitalu. Nie moja wina, nie mogę na swoje barki brać wszystkich grzechów tego świata.
Tak, jestem DDA, ale mówiłam zawsze Pierworodnemu: nie kłam. Inżynierowi też to mówiłam.
Inżynier załapał, wiem, jakie są problemy z Alienkiem, choć może nie do końca je zawsze ogarniałam. Ale dzięki temu, że wiem, nie skreślam i w sumie, jakby na to nie patrzeć, Alienek, tak jak Edzio, jest moim przydupasem.
Do MW i do Papryczka staram się jak mogę, na rzęsach staję, tupię uszami i z półobrotu mimo tuszy salto wykonuję i... dupa.
Kalafiorkówna czasem mnie toleruje, czasem ma mnie w dupie i to bardzo głęboko.
Podsumowując: mając czwórkę wnuków (plus Elfika przyszywanego, który mnie w sumie wcale nie kojarzy), tak naprawdę tylko jedno z nich leci na mój widok bez pytania, co dla niego mam i rzuca się w me ramiona, nie zważając na lament: Alienek, nie psuj babci, szepce mi do ucha: kocham cię :)
Ale i tak jest cudnie. Odszeptuję: a myślisz, że ja ciebie nie?
I... Będąc w ciąży z jego ojcem, zapytałam kiedyś teściowej: myśli mama, że drugie dziecko będę tak samo mocno kochać, jak pierwsze?
Byłam wtedy skończoną kretynką... Dziś obu kocham wciąż jednakowo, aczkolwiek nie tak samo boleśnie. Psiakrew.
Więc na ten nadchodzący rok, który ma być straszny wg wszystkich jasnowidzów, życzę wszystkim spokoju, radości, zdrowia i osiągnięcia założonych celów.
Sobie nic nie życzę, bo i tak co ma być, będzie.
Czytaczom - spełnienia marzeń, ich, osobistych.
No i tu mogę napisać bez cenzury: Jebać PiS, Konfederację, Hołownię osobiście i niech wrócą tamte piękne dni, kiedy nie było inflacji i nie musiałam się o nic martwić...
Happy New Year 2023...
Szczęśliwego nowego 2023 roku :)
Bo tak, życzę wszystkim szczęścia na cały rok, nie tylko na pierwszego stycznia.
Aczkolwiek dla mnie to dzień imienin mojej Mamy, zawsze uroczyście obchodzony, jej brata, który zginął w Mauthaussen, no i Inżyniera, który teoretycznie imienin nie obchodzi, ale od matki dostał prezent, oj tam, że niewychowawczy..
Przerabia mój scenariusz, zasypiając, bo mnie nie słuchał.
A ja nie takie cuda przeżywałam, gdy umierał na OIOM...
Więc...
Happy New Year...
Szczęścia wszystkim życzę i zdrowia, bo to, że na Titanicu wszyscy zdrowi byli, ale szczęścia nie mieli jakoś do mnie nie przemawia.