A tak fajnie dzień leciał, Manhattan, spacerek tanecznym krokiem, bo w słuchawkach Rawicz tango śpiewał, pamiętałam Capri tę wyspę kochanków, aczkolwiek nigdy na niej nie byłam i nie byłam na wczasach nigdy nawet z rodzonym mężem, ale ta melodia, krok tanga, ciepło słońca, morze niebieskie wśród skał...
I kasztany kwitną jak szalone.
I
... konwalie już są, a że sprzedaje jakiś dziadek to skóry nie zdarł, bo za niedługo jak się komunie zaczną to nie kupię...
I w oko mi wpadła od razu
też za grosze, bo co to jest 22 zł? A leciutka, o to mi chodziło.
I do LM po palik kokosowy i od przybytku głowa nie boli
I obiadek gotowy, bom upichciła w sobotę gołąbki vege z młodej kapusty i do dziś starczyło...
Pranie.
Przesadzanie badylków.
I wtem...
Ma mama czas?
Jak się Pierworodny odzywa, to jakaś grubsza historia.
Bo nawet życzeń na święta nie złożył.
Ani on, ani jego połowica.
No nic.
Mam czas, ja, kurwa, zawsze mam czas, a dlaczego nie, co nie?
I grom z jasnego nieba, wprawdzie wiedziałam od Inżyniera, co się święci, ale myślałam, że to pierdolenie o Szopenie, jak zwykle u niego.
Ale nie.
Kasy potrzebuje, bo mu się telefon zepsuł. OK, mam jego kasę na koncie, nie mój cyrk, nie moje pchły. No ale on nie ma konta w złotówkach, a ja nie mam Grosika i ani mi się śni go zakładać. Milionerką nie jestem.
Mam nie męczyć Inżyniera, bo pracuje. Jak bym, kurwa, nie wiedziała, co Inżynier robi. Mam z nim kontakt na co dzień i wiem, kiedy Alienek bąka puszcza.
Piszę do Inżyniera, bingo, akurat miał wymieniać kasę na wyjazd, OK, załatwione.
Ale jego też wkurw wziął, bo pisze, że Pierworodny wydał 250 funtów na telefon, bo mu się zepsuł. I że on od 7 lat ma ten sam telefon :| No ja od 6, mogę kupić nowy, ale po co? Wymieniłam baterię i telefon nówka nieśmigana. Jak można kupować drogi telefon, nie mając kasy? I to już chyba jego tysięczny telefon. Ja miałam w tym czasie trzy nokijki i od razu ajfonika w ramach kawalerskich szaleństw Inżyniera, którego mam do dziś. I ajfonika, i Inżyniera :D
No nic. Tyle że ja nie daję telefonu dzieciom, dbam o niego, mam ochraniacze i takie tam.
Ale mniejsza z większym. Nie pierdol, matka...
I strzał z armaty.
Wynoszą się z UK.
Tak po prostu.
I pierdoli jak potłuczony, ale mamo, ale mamo - jak mówi Baran.
Przylatują w następny tydzień do PL.
Na całe szczęście nie do mnie, a do rodziców Synowej. Mała Wiedźma przerywa naukę w szkole. Papryczek to pikuś, bo to dopiero przedszkole. Pierworodny wyjeżdża w niedzielę do DE, w poniedziałek idzie do pracy. Przez jakąś, kurwa, agencję, nie da się z nim dogadać. Do Ulm. Zaskoczyłam go, bo wiem, co to jest Ulm. Jak mam nie wiedzieć, jak ja mądrą kobietą jestem. Pod Ulm, pod Ulm, pod Austerlitz, braliśmy w d... nie mówiliśmy nic. Ja bym tego nie znała? Potem sobie powujkowałam gdzie to, ale do jasnej kurwy nędzy, on nie zna niemieckiego ni w ząb. Miał w podstawówce, ale kijem go do tego trzeba było gonić i nienawidził języka.
Plan:ogarnie wszystko do sierpnia i sprowadza ich tam.
Kurwa.
Szedł akurat po MW do szkoły i gadał, gadał, gadał, gruszki na wierzbie hodując.
Wszystko różowo i kolorowo, już jest w ogródku, już z gąską się wita...
Cóż mam rzec? Mogę mu tylko powodzenia życzyć, choć znając jego podejście do życia, a i jej, bo w tym związku to oboje są popierdoleni na maksa... Powiedziałam, że żal mi ich dzieci. Bo MW wyrwana ze swojego świata (nie zna języka, zostawia psiapsiółki, a to dla9-latki szok, nie chciała się nawet ze mną przywitać. Zabolało, ale co mam jej kołki na głowie ciosać, ma głupich rodziców i tyle).
Mówię, że może powinni do PL. Pal licho, że ani on teściów nie lubi, ani teściowie jego, że synowa nie dogaduje się z rodziną, ale mają tam pokój, łazienkę dla siebie, na pewno by nie musieli czynszu płacić, na start, nawet gdyby musieli dojeżdżać do pracy to jak znalazł, dzieci mówią po polsku. Nie, bo aplikował też o pracę w PL i dawali mu menedżera za 3500. Hmmm... Plus 500+, plus to, że ona może iść do pracy, bo tu załatwią przedszkole dla Papryczka, ewentualnie babcia J., bo ona chętna (nie, nie ja, nie babcia SJ), ludzie tu żyją, co nie?
A odrobina dyscypliny od teściów by im się przydała.
Wyleciał do UK w ciągu jednego dnia, bo odebrał powołanie do wojska. Spanikowaliśmy, byłam z tym sama. Nie chciał iść do wojska, a sam zawalił sprawę, nie przynosząc zaświadczenia z uczelni. Rzucił pracę (nie dali mu dyscyplinarki, zaszokowani, bo był wzorowym pracownikiem, dali mu wypowiedzenie, urlop, poszli na rękę), uczelnię, Inżyniera i mnie. Odchorowaliśmy to, bo długo nie miał neta i kompa, więc tylko w sobotę lecieliśmy z Inżynierem na złamanie karku do stacjonarnego telefonu, gadając z nim godzinami.
W UK był Baran, więc nie leciał w ciemno. Wiedziałam, że się nim zaopiekuje, choć krwi mu napsuł.
No nic, przeżył.
I znów, kurwa, kłamie. Nie, nie Baran, Pierworodny. Bo najpierw mówi mi, że proponowali mu pracę za 3500, a potem, że nie znalazł pracy w PL, bo mu mówią, że jest za stary.
Kurwa, nawet kłamać się nie nauczył porządnie.
Bo miał do tego skłonności zawsze.
Tłumaczyłam, jak krowie na rowie, że najgorsza prawda jest o całe niebo lepsza od najlepszego kłamstwa, ale gdzie tam, jak grochem o ścianę, jak perły przed wieprze...
I że UK go wyrolowało z tym czy z tamtym, a ja doskonale wiem, że on po prostu NIE ZAŁATWIAŁ...
Że z rezydenturą dla Synowej dupa. Teraz, bo nie pracuje, bo sranie w banie.
Jest w UK od lat, a nie ma żadnych papierów, ani ona, ani on, ani nawet dzieci. Nie ma papierów nawet Papryczek, który wg ichnich przepisów jest obywatelem brytyjskim.
Long story.
No nic.
Pozostaje mieć nadzieję, że jak coś, poznam i DE, gdzie byłam w stanie wojennym w Essen.
Że łatwiej będzie o przyjechanie do wioski.
Nadzieja jest matką głupich.
Błogo mi, żem sierotą.
A i Kierownik Budowy nagle mnie szuka.
Chcę być sama. Upić się, nie piłam od dawna. Nie chcę nikogo.
I nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka.
Nie pamiętać.