[go: up one dir, main page]

wtorek, 30 kwietnia 2019

Za dobrze

było, Kochany Pamiętniczku, żeby mogło być tak dalej.
A tak fajnie dzień leciał, Manhattan, spacerek tanecznym krokiem, bo w słuchawkach Rawicz tango śpiewał, pamiętałam Capri tę wyspę kochanków, aczkolwiek nigdy na niej nie byłam i nie byłam na wczasach nigdy nawet z rodzonym mężem, ale ta melodia, krok tanga, ciepło słońca, morze niebieskie wśród skał...
I kasztany kwitną jak szalone.
I

... konwalie już są, a że sprzedaje jakiś dziadek to skóry nie zdarł, bo za niedługo jak się komunie zaczną to nie kupię...
I w oko mi wpadła od razu

też za grosze, bo co to jest 22 zł? A leciutka, o to mi chodziło.
I do LM po palik kokosowy i od przybytku głowa nie boli

za grosze...

I obiadek gotowy, bom upichciła w sobotę gołąbki vege z młodej kapusty i do dziś starczyło...
Pranie.
Przesadzanie badylków.
I wtem...
Ma mama czas?
Jak się Pierworodny odzywa, to jakaś grubsza historia.
Bo nawet życzeń na święta nie złożył.
Ani on, ani jego połowica.
No nic.
Mam czas, ja, kurwa, zawsze mam czas, a dlaczego nie, co nie?
I grom z jasnego nieba, wprawdzie wiedziałam od Inżyniera, co się święci, ale myślałam, że to pierdolenie o Szopenie, jak zwykle u niego.
Ale nie.
Kasy potrzebuje, bo mu się telefon zepsuł. OK, mam jego kasę na koncie, nie mój cyrk, nie moje pchły. No ale on nie ma konta w złotówkach, a ja nie mam Grosika i ani mi się śni go zakładać. Milionerką nie jestem.
Mam nie męczyć Inżyniera, bo pracuje. Jak bym, kurwa, nie wiedziała, co Inżynier robi. Mam z nim kontakt na co dzień i wiem, kiedy Alienek bąka puszcza.
Piszę do Inżyniera, bingo, akurat miał wymieniać kasę na wyjazd, OK, załatwione.
Ale jego też wkurw wziął, bo pisze, że Pierworodny wydał 250 funtów na telefon, bo mu się zepsuł. I że on od 7 lat ma ten sam telefon :| No ja od 6, mogę kupić nowy, ale po co? Wymieniłam baterię i telefon nówka nieśmigana. Jak można kupować drogi telefon, nie mając kasy?  I to już chyba jego tysięczny telefon. Ja miałam w tym czasie trzy nokijki i od razu ajfonika w ramach kawalerskich szaleństw Inżyniera, którego mam do dziś. I ajfonika, i Inżyniera :D
No nic. Tyle że ja nie daję telefonu dzieciom, dbam o niego, mam ochraniacze i takie tam.
Ale mniejsza z większym. Nie pierdol, matka...
I strzał z armaty.
Wynoszą się z UK.
Tak po prostu.
I pierdoli jak potłuczony, ale mamo, ale mamo - jak mówi Baran.
Przylatują w następny tydzień do PL.
Na całe szczęście nie do mnie, a do rodziców Synowej. Mała Wiedźma przerywa naukę w szkole. Papryczek to pikuś, bo to dopiero przedszkole. Pierworodny wyjeżdża w niedzielę do DE, w poniedziałek idzie do pracy. Przez jakąś, kurwa, agencję, nie da się z nim dogadać. Do Ulm. Zaskoczyłam go, bo wiem, co to jest Ulm. Jak mam nie wiedzieć, jak ja mądrą kobietą jestem. Pod Ulm, pod Ulm, pod Austerlitz, braliśmy w d... nie mówiliśmy nic. Ja bym tego nie znała? Potem sobie powujkowałam gdzie to, ale do jasnej kurwy nędzy, on nie zna niemieckiego ni w ząb. Miał w podstawówce, ale kijem go do tego trzeba było gonić i nienawidził języka.
Plan:ogarnie wszystko do sierpnia i sprowadza ich tam.
Kurwa.
Szedł akurat po MW do szkoły i gadał, gadał, gadał, gruszki na wierzbie hodując.
Wszystko różowo i kolorowo, już jest w ogródku, już z gąską się wita...
Cóż mam rzec? Mogę mu tylko powodzenia życzyć, choć znając jego podejście do życia, a i jej, bo w tym związku to oboje są popierdoleni na maksa... Powiedziałam, że żal mi ich dzieci. Bo MW wyrwana ze swojego świata (nie zna języka, zostawia psiapsiółki, a to dla9-latki szok, nie chciała się nawet ze mną przywitać. Zabolało, ale co mam jej kołki na głowie ciosać, ma głupich rodziców i tyle).
Mówię, że może powinni do PL. Pal licho, że ani on teściów nie lubi, ani teściowie jego, że synowa nie dogaduje się z rodziną, ale mają tam pokój, łazienkę dla siebie, na pewno by nie musieli czynszu płacić, na start, nawet gdyby musieli dojeżdżać do pracy to jak znalazł, dzieci mówią po polsku. Nie, bo aplikował też o pracę w PL i dawali mu menedżera za 3500. Hmmm... Plus 500+, plus to, że ona może iść do pracy, bo tu załatwią przedszkole dla Papryczka, ewentualnie babcia J., bo ona chętna (nie, nie ja, nie babcia SJ), ludzie tu żyją, co nie?
A odrobina dyscypliny od teściów by im się przydała.
 Wyleciał do UK w ciągu jednego dnia, bo odebrał powołanie do wojska. Spanikowaliśmy, byłam z tym sama. Nie chciał iść do wojska, a sam zawalił sprawę, nie przynosząc zaświadczenia z uczelni. Rzucił pracę (nie dali mu dyscyplinarki, zaszokowani, bo był wzorowym pracownikiem, dali mu wypowiedzenie, urlop, poszli na rękę), uczelnię, Inżyniera i mnie. Odchorowaliśmy to, bo długo nie miał neta i kompa, więc tylko w sobotę lecieliśmy z Inżynierem na złamanie karku do stacjonarnego telefonu, gadając z nim godzinami.
W UK był Baran, więc nie leciał w ciemno. Wiedziałam, że się nim zaopiekuje, choć krwi mu napsuł.
No nic, przeżył.
I znów, kurwa, kłamie. Nie, nie Baran, Pierworodny. Bo najpierw mówi mi, że proponowali mu pracę za 3500, a potem, że nie znalazł pracy w PL, bo mu mówią, że jest za stary.
Kurwa, nawet kłamać się nie nauczył porządnie.
Bo miał do tego skłonności zawsze.
Tłumaczyłam, jak krowie na rowie, że najgorsza prawda jest o całe niebo lepsza od najlepszego kłamstwa, ale gdzie tam, jak grochem o ścianę, jak perły przed wieprze...
I że UK go wyrolowało z tym czy z tamtym, a ja doskonale wiem, że on po prostu NIE ZAŁATWIAŁ...
Że z rezydenturą dla Synowej dupa. Teraz, bo nie pracuje, bo sranie w banie.
Jest w UK od lat, a nie ma żadnych papierów, ani ona, ani on, ani nawet dzieci. Nie ma papierów nawet Papryczek, który wg ichnich przepisów jest obywatelem brytyjskim.
Long story.

No nic.
Pozostaje mieć nadzieję, że jak coś, poznam i DE, gdzie byłam w stanie wojennym w Essen.
Że łatwiej będzie o przyjechanie do wioski.

Nadzieja jest matką głupich.
Błogo mi, żem sierotą.

A i Kierownik Budowy nagle mnie szuka.

Chcę być sama. Upić się, nie piłam od dawna. Nie chcę nikogo.

I nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka.

 Nie pamiętać.




poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Teściowa

uczyła mnie, żeby w poniedziałek nie wydawać pieniędzy, Kochany Pamiętniczku, tylko brać.
Bo jak się bierze, to cały tydzień wpływają, a jak się wydaje, to ubywają :D
Bądź tu zatem mądry i rób dzieci, bo złamałam dziś zasadę i zaszalałam, a jakże, ale i nie mogę powiedzieć, bo na konto też wpłynęły :)
Ale co tam, raz się żyje, potem się straszy, co nie?
W Biedronce dziś dorwałam kwietnik, okazał się wprawdzie mniejszy niż sądziłam, bo nie wlazł mi do niego fikus, ale nie jest źle.

Pasuje do tego, na którym stoi dracena.

Jak wracałam do domu z Biedronki, zaczęło słońce grzać, więc chociaż na jednym ramieniu siedział mi diabeł i tłumaczył, że odkurzacz do wózeczka, z wózeczkiem i workiem do śmietnika i nikt się nie zorientuje, ale jako człowiek rozumny, posłuchałam anioła i zapakowawszy odkurzacz do wózeczka pomaszerowałam w siną dal do punktu recyklingu. Raz, że od dawna mam zaległości w spacerach, dwa to nie sztuka strzępić mordę o ekologii, sztuka to robić. A bzy pachniały jak głupie, słoneczko grzało, a nóżki rozchodzone maszerowały coraz raźniej w stronę słońca, tfuj, w stronę gratowiska :)

I bez pachniał jak bez, i słowo pachnieć pachniało, i łzy były pełne łez. Jak co roku. Jak zawsze w czasie spaceru myśl goniła myśl i...
Łzy były pełne łez...
Pożegnałam się z Admirałem czule na gratowisku i od razu wpieprzyli go do kontenera, który wywoził go siną dal.
Będę o nim pamiętała.
Służył mi wiernie do końca :D Aczkolwiek Inżynier kupił go w jakiejś promocji bez węża, co mnie też przez lata wkurzało, bo stary się w końcu rozpadł, a na nowy było mi szkoda kasy, bo w sumie wąż był bardzo drogi :) Ale gdy kupowaliśmy Admirała, oglądaliśmy każdą złotówkę trzy razy, zanim ją wydaliśmy...


No a u ogrodnika były już komarzyce.
I smok był, kto oparłby się smokowi?
Ja nie.
A potem była kolejna Biedronka, a w niej fikus lirolistny.
Zatem po powrocie do domu wyglądało to tak :)

Tyle mi zostało do wypłaty :D (no dobra, joke) :) Te pieniądze znalazłam wczoraj w jakimś woreczku w jednym z kartonów :) Kiedyś, w zamierzchłych czasach, gdy szukałam po kieszeniach przed wypłatą, żeby coś znaleźć, pewno ucieszyłabym się bardzo :)

Kwiatki już przesadzone, nalatałam się do śmietnika, wynosząc kartony, worki i bio.
Jak zawsze w takich momentach myślałam, gdzie są dzieci i po co mieć dzieci, skoro trzeba samemu do śmietnika latać?

I wreszcie wiem, co ze świniami. Numer mi wywinęły. Napisałam sama emilka, albowiem jak zwykle wyszli z założenia, że jak coś to pstryk i SJ na miotle zląduje w trymiga.
Pani od świniaków będzie dopiero 8 maja. Nie wiem, czy ma wolne, czy delegacje, rybka mi to. Znaczy, że w czasie, kiedy nie będę miała ani czasu, ani ochoty na pracę, bo będzie banda z W. i jadę z Kalafiorkówną na wesele, a i Alienka będę chciała też popieścić, będę miała zajmować się świniakami. Jak się wkurwię, wypiszę urlop. Mówiłam, że po 8 mi nie pasuje. No, ale to moje fanaberie, co nie? Rzecz miała iść do druku dziś, ewentualnie jutro. Nieprzekraczalnie.
Nosz, kurwa.
Nieprzekraczalnie jest jak widać pojęciem względnym.
Z dobrych wiadomości mam prawie cały tydzień dla siebie, na leżenie do góry dupą i robienie co mi się zamarzy :)
Tyż piknie :P



niedziela, 28 kwietnia 2019

W ramach

samoobrony portfela, Kochany Pamiętniczku, i w celu zrobienia miejsca na kolejne badyle wpadłam wieczorem wczoraj na szatański pomysł. Tak diabelski, że aż z trudem zasnęłam :)
Inna para kaloszy, że w kącie w małym pokoju był burdel jak u Cyganów, więc już od dawna mnie swędziło na przemeblowanie. Po prostu wszystko w kartonach, karton na kartonie i sajgon, że ojapierdolę.
A i w chacie nazbierało się znów pierdoł, nie licząc imigrujących do niej bezdomnych badylków.
Zatem po krótkiej audiencji u Inżyniera, krótkiej, albowiem Alienek nie w sosie dziś był i po wstrząsającej wiadomości, raniącej mnie do  szpiku kości, że...
Kolega Inżyniera zapłacił grubą kasę za "zorganizowanie zasypiania córce" i podzielił się za friko tą wiedzą z Inżynierem, a ten od trzech dni stosuje te metody do usypiania Alienka i w perspektywie jest nadzieja, że dziecię zacznie chodzić spać o porze, o której powinny chodzić do łóżeczka porządne dzieci...
... nóż mi się w kieszeni powoli otwierał i zamykał, albowiem ja za JESZCZE WIĘKSZE FRIKO od dawna mówiłam, że to nienormalne, że dziecko zasypia przed północą, na co zostałam zakrzyczana przez rodziców rzeczonego bachora (nota bene mojego kochanego wnuka), że ten model tak ma i nic się nie da z tym zrobić.
JAPIERDOLĘ.
Popieprzone to wszystko, że aż behawiorysty trzeba i do dzieci, i do kotów, i do psów, i chuj jeden wie jeszcze do czego.
Tak jakby stare, sprawdzone metody nie były dobre i nie działały.

W sumie mnie to rozśmieszyło do rozpuku, nawet się nie wkurwiłam, bo i po co?

Wychowując dwójkę bachorzydeł przebrzydłych "nie pracowałam", tzn. pracowałam na czarno, chałupniczo, i nie było opcji, żebym latała za nimi do północy, bo na sól do śledzia bym nie zarobiła.
Po dobranocce, paciorek, siusiu i spać.
I nikt wtedy o behawioryzmie spania nie słyszał.
Owszem, były co jakiś czas akcje pić mi się chce, siusiu, zimno, gorąco, ale to tak od czasu do czasu :)
No mniejsza z większym.
Zatem po audiencji rzuciłam się w wir pracy i szło mi to tak, że aż sama się dziwiłam. Pokój stawał się coraz milszy dla oka, a ile miejsca się zrobiło i ile śmieci wyleciało. A posprzątałam tylko z wierzchu, szafę zostawiam na inną okazję, bo jednak co za dużo to niezdrowo. Nie mam już trzydziestu lat :)
 Stolik z kompikiem pojechał do samej ściany, nagle kable się fajnie ułożyły i będzie można spokojnie skaner ściągnąć, więc jest nadzieja, że operacja skanowanie ruszy z kopytka. Tyle, że skaner na szafie, więc konieczna drabina, nie zaryzykuję skakania z krzesłem. A i  w samej szafie czystkę muszę zrobić i z bólem serca wypierdolić pierdyliard żarówek energooszczędnych, których zapas starczy mi do końca życia i jeszcze wiek dłużej. Po prostu boję się, że któraś pierdolnie i się rozbije, a wtedy tragedia. Był kiedyś okres, że były hiciorem, a Pierworodny pracował wtedy, na studiach będąc, w Praktikerze i miał kontakt z dystrybutorami i dostawał je w ramach kontaktów z nimi. A drogie wtedy były, jak cholera, więc ja, chomik jeden, nazbierałam. I jeszcze do dziś mi się ani jedna nie przepaliła. Jakiś czas temu wymieniłam wszystkie na ledy, bo bezpieczniejsze, no i zostałam z tym cholerstwem :D

Półeczkę z płytami wcisnęłam pod okno, no i znalazło się na niej też miejsce dla kwiatów, bo i tak do tych płyt nikt nie zagląda, bo wszystko jest w necie. Wyrzucić szkoda, więc leży i się kurzy. Inna para kaloszy, że utopiliśmy w tym niezłą kasę. I ślubne DVD Pierworodnego się znalazło, oglądnęłam je dziś po raz pierwszy po ośmiu latach od ślubu. A przedtem cały dom przeryłam, w tym miejscu też kopałam i nie było, a dziś, pstryk i jest :) Miśki, skubane, oddały, co nakradły, nie ma innej opcji :)
Jaka ja byłam młoda i piękna te osiem lat temu i co ja, kurde od siebie chciałam? :)

 No i badylki się upchnęły i w dużym pokoju pusto, więc aby do wypłaty.

Siłą rozpędu ogarnęłam wnętrze szafy w przedpokoju, z grubsza, of course, śmieci z wierzchu wywaliłam i miejsce dla Tyczki jest jak ta lala :) Tyle że urobku dziś do śmietnika nie wynosiłam, bo wolność wolnością, ale mogę poczekać do jutra, na balkonie wszystko przenocuje.

I tak pracowicie i przyjemnie minęła mi niedziela, świnie dalej milczą jak zaklęte, więc...


piątek, 26 kwietnia 2019

Borze

liściasty, Kochany Pamiętniczku :)
Się dzieje, ojapierdolę.
Tak mnie wywiało po świętach do Obi, znaczy się, miałam do Ikea iść, ale stwierdziłam, że pójdę najpierw do Obi, bo Obi jest za Ikea, to jak będę wracać to wlezę.
I lazłam, ledwo dychając, bo u nas znienacka Kuba, wyspa jak wulkan gorąca się zrobiła, u mnie w słońcu przed południem termometr 40 stopni pokazuje.
No, zwariował, wygło mu się, ani chybi.
I w tym Obi, proszę Kochanego Pamiętniczka na mózg mi padło.
I jak się trochę ochłodzi, a na konto coś skapnie, to znów tam pospieszę, bo...


Cuda wianki i kraszanki, nieprawdaż? Te kolorowe to niedośpiany, wrzuciłam w jedną doniczkę, zobaczymy, co będzie.
A oplątwa wylądowała

I jak będzie grzeczna, może wina dostanie :) Nie podobają mi się te szklane kule, jeszcze mi nic dupy nie urwało, więc na razie kieliszek.

A potem wpadłam w stan nerwowy i po sprzątnięciu balkonu, chociaż mój kręgosłup protestował ze wszystkich sił, zaczęłam ogarniać chaupkę, bo po wynoszeniu z balkonu się naświniło z leksza.
I traaaaach.
Admirał wziął i zdechł.
Nie na amen, ale nie ciągnął, a i podejrzany zapach szedł, więc skończyłam robotę ręcznie, zła, bo nie tak dawno w Biedronce kupiłam zapas worków do niego taki, że do końca życia by mi starczyło. Być może te worki go wykończyły, bo niefirmowe, nie wiem. No wziął i zdechł, świnia. Ale też służył mi ponad 20 lat, więc cóż mam rzec? Przyszła kryska na Matyska :)
Dziękuję za wierną służbę, Admirale.
W internety poszłam i od razu mi Tyczka w oczy wpadła. Łaziłam, łaziłam i jedyne co miałam, to pocztę zawaloną reklamami ze wszystkich możliwych sklepów.
No nic.
Jakoś ostatnio wcześnie wstaję, więc i dziś wstałam i poleciałam na Manhattan.
O borze iglasty :)

Są, są, są, są pomidorki od mojego Pana od Pomidorków, dlatego znów warto żyć :D

Cudowne, no nie?

A potem wskoczył mi do wózka, bo to tak jakoś samo wskakuje, papirus i dwie komarzyce.
No, nieładnie się tak pchać, ale cóż biedna miałam uczynić?

Wzięłam. W pracy mam papirus, ale dziad jeden nie daje się rozmnożyć, pewno już za stary jest, choć ponoć chłopy to do końca mogą mieć dzieci. Ten chyba jakiś wybrakowany, więc adoptowałam sierotkę, bo prosiła :)

I zaczęłam kombinować, gdzie po ten odkurzacz jechać, albowiem gorąc się robił coraz gorętszy.
Więc wykombinowałam, że jednak do RTV, bo autobus mam spod domu do sklepu i jak coś łatwiej będzie. Klima była, więc super, wycieczka. Tyle że w jedną stronę prawie godzinę, ale cóż, wioska duża, a i korek był. Znaczy się, autobus utknął, bo cała straż miejska z wioski tłukła się w wąskiej uliczce z jakimś pudłem. Mnie tam się nie paliło, ale że autobus jechał na dworzec, ludzie mieli pianę na ustach. Też bym miała. Dlatego zawsze jadę na dworzec wcześniejszym autobusem, żeby sobie ciśnienia nie podnosić.
Tyczka była, a jakże, w promocji. Miły sprzedawca chciał mi jeszcze pół sklepu pokazać i dziecko w brzuch wcisnąć, ale z uśmiechem na ust koralach podziękowałam i zanabyłam Tyczkę. Tyczka jest bezprzewodowa, oprócz niej jest jeszcze bejbik, taki na paproszki, które widzę jak wychodzę, albo wchodzę i o dziwo: nie stwarzała żadnych problemów przy składaniu, a ja technicznym debilem jestem, więc zaprzyjaźniłyśmy się od razu :) A mój kręgosłup wprost ja uwielbia. nie wiem tylko, jak to będzie z czyszczeniem zbiorniczka, no ale nie można mieć wszystkiego.
A oto Tyczka :)

Jestem jak American housewife, tyle że kabel mi się nie plącze między nogami i nie muszę co chwilę zmieniać gniazdka :) Były fajne, małe, kompaktowe, tańsze, ale... Każdy kabel zawsze się poskręca, no i dlaczego raz nie zamienić czegoś na coś innego? :)
W najgorszym razie kupię tradycyjny, a co :)

Teraz chodzi za mną nawilżacz, bo sucho mam jak cholera, a jak będzie tak upalne lato, to się przyda, bo badyle...
Ale nie miałam już siły nigdzie lecieć i tylko bajkę o Alienku napisałam na fejsiku

bo ze spaceru fajne fotki dostałam, w historyjkę się ułożyły :)
I o kijek poszło, bo kijek znalazł, ale mama mu nie pozwoliła do domu wziąć, o co zawsze się droczymy.
Bo ja, oprócz kamieni do ogórków, już prawie czterdziestoletnich, koleżanka powiedziała, że takie kamienie to jak członkowie rodzimy, mam też kijek, który kiedyś tato Alienka ze spaceru przywlókł.Znaczy się, kijek z leksza ma jakąś trzydziestkę już. Wiem, pojebana jestem (wprost mi tego synowa się nie odważy powiedzieć, ale wiem, co myśli, tylko halo, halo, ona ma swoje talizmany, jak dla mnie to też śmieci, ale szanuję, bo to jej). Ale kijek piękny, nieprawdaż? W zeszłym roku bluszcz się na nim wił, ale padł :) Coś się wymyśli :)

 Pogoda ma się spsuć, a szkoda, bo na Pyrkon bym się wybrała.
Zobaczymy.
Nie planować.
Żyć chwilą :D
To jest piękne :)

A świnie milczą jak zaklęte, tak że z lodówką na razie dupa, bo kupię, umówię się na przywóz,a tu będzie dostawa świń i co ja wtedy zrobię? Przecież się nie rozerwę :D

wtorek, 23 kwietnia 2019

Niby

wszystko było moje i świeże, ale coś mi zaszkodziło, Kochany Pamiętniczku. I nie, że się obżerałam, nie. Już dawno nie czułam się tak podle, ale dietka, ziółka i już jest lepiej.
Obwiniam krem z ciast, więc na przyszłość kupię sobie herbatniki i będzie git majonez.
Bez bólu wyrzuciłam to, co się uchowało, bo lepiej trochę wyrzucić, jak mieć sensacje.
Piździ gorzej niż  zimą, aż z obawą patrze, czy mi badylków nie powyrywa. I mają padać kolorowe deszcze z piaskiem z Sahary.
Jednak klimat wariuje w oczach, trudno, tego nie przerosnę i nie zmienię.
I tak jak kiedyś śmiałam się z podtykanych mi pod nos przez teściową przepowiedni, tak teraz czasami ogarnia mnie przerażenie.
No ale są rzeczy, na które nie mam wpływu, więc trudno.
Są jednak rzeczy, na które wpływ mam i...
Po dzisiejszej rozmowie z panią K. od warzywek, po wysłuchaniu słowotoków żalu, po przeczytaniu notki u Dory, stwierdzam jednak, że jestem panią swojego świata.
Pojechałam do Inżyniera, bo poprosili, i nie, że to było wielkie poświęcenie z mojej strony, uważam, że po prostu postąpiłam po ludzku. Nie ustąpiłabym w kwestii wyjazdu, gdyby chodziło tylko o sam fakt spędzania świąt.
I nikt mi nie mówi, jaka to jestem zła, bo nie zajmuję się domem, tylko pracą.
Zabiłabym, gdyby mi ktoś taki zarzut postawił.
Pracuję, bo podpisałam umowę o pracę i sumienie nakazuje mi wykonywać ją jak najlepiej potrafię. I nie ma to nic wspólnego z tym, że inni nie robią. To kwestia sumienia innych, ja nie chcę pluć na lusterko myjąc zęby.
A tak właśnie powinnam zrobić ze świnkami...
Ale w dupie to mam, w sumie nie zajęło mi to więcej, niż gdybym wykonywała tylko moją działkę.
Plus tego taki, że jak nie będzie chciało mi się leźć, to sobie zażyczę w PDF.

A za tydzień może znów długie wolne, może, bo nie wiadomo co świnie wywiną, więc zaplanować cokolwiek strach, a potem ten ślub i noc z Kalafiorkówną, co mnie naprawdę przeraża.
Ale to dopiero za prawie 3 tygodnie, więc co się będę na zapas zamartwiała.

I niespodziewajka, bo Synowa No1 znów w maju będzie w Koziołkowie, bo... dziecko kuzynki ma komunię. Co mam rzec, pieniędzy na latanie nie mają, pewno znów Pierworodny nie poleci. W maju bilety drogie jak cholera, a ja mam cały maj pracowy,  bo już sprawdzałam harmonogram. Więc nie, nawet jak mi się zwalą, to będą sobie sami kupowali jedzenie i gotowali, bo ja im pieniędzy do ręki nie dam, czasu nie będę miała ani ochoty. Początek maja mam zajęty przez ten ślub, o czym wiedziałam już rok temu. Inżynierostwo w tym bajzlu znajdą dla mnie moment, to już uzgodnione. Ale tamci mi nawet nie podali terminu. A to jest moje życie i pracuję. Nawet jeżeli to jest jakiś chrześniak Synowej, powinna wysłać kasę, a nie srać wyżej, jak dupę ma. I nie, nie zaglądam nikomu do portfela, ich sytuacja jest opłakana i takie sranie w banie zupełnie nie na miejscu. W pierwszym momencie myślałam, że to Małą Wiedźmę jednak babcia do komunii wysyła. Ale nie. I niebiosom dzięki, bo ja tam nie pojadę. Po prostu nie ma połączenia, na taksówkę z miejscowości do miejscowości mnie nie stać. No i w sumie to będzie nie dlatego, że oni tacy wierzący, tylko że dziadkowie tego chcą.
Jakie to "po polsku"...



sobota, 20 kwietnia 2019

Wielkanocnie

Kochany Pamiętniczku, tym co świętują niech święta w świątecznym nastroju upływają. Tym, którzy nie świętują, niech po prostu udadzą się te wolne dni i upłyną beztrosko :)

Nawet, jeśli mają być pokręcone tak, jak ten mój tegoroczny rabanek.



Dużo miłości i dobrych ludzi w życiu :)

piątek, 19 kwietnia 2019

Obudziłam się

o 6.28, Kochany Pamiętniczku. Wypoczęta, silna, zwarta i gotowa.
No cóż, tak zawsze jest jak nic nie muszę.
Więc raźno wstałam, pościel zmieniłam, kąpiel, śniadanko i na Manhattan.
Myślałam, że orła odwinę, dzikie tłumy i to staruch gap.
Wiem, sama jestem stara, ale nie gapa. Idąc, uważam, żeby innych wózkiem nie rozjeżdżać i ruchu nie tamować, a te gapy to ojapierdolę.
Rzeźnika, bo poszłam do mojego rzeźnika, bo w galerii mają syfiarza, nie rzeźnika, z przerażeniem wspominam. Budka mała, ciasna, przede mną w kolejkę wlazła starucha jadąca moczem, jprdl, ten zapach starości, za mną ustawił się facet też w moczu kąpany. Wiem, że to śmierdziel, w autobusie zawsze wieję na jego widok. A sceny jak za kartkowych czasów, choć towar aż się wylewał.  I tak byłam zakleszczona, ona wciąż się cofała, on na mnie napierał, jakbym kurwa miała im wykupić cały sklep i dla nich by nic nie zostało. Obsługiwały trzy ekspedientki, ja byłam w środku i w pewnym momencie nie mogłam się dostać do terminalu, żeby PIN wklepać, tak mnie zablokowali. Nawet ekspedientka była w szoku.
W piekarni, w której na półkach nie było wiele, dziki tłum. Ale nic, stoję cierpliwie. I co kawałek wlatuje jakiś staruch, bo on chce tylko zapytać, albo kupić tylko chleb. Ja też stałam tylko po chleb i też jestem staruchą. Ekspedientki odpowiadały, że nie sprzedadzą bez kolejki, bo nie mogą nabić na kasę. Odpowiadały ze stoickim spokojem, kiedy sklep jest czynny, a informacja na drzwiach była takimi wielkimi literami, że nawet ślepy bez okularów by przeczytał.
Rozumiem, że starość może być z lekka nieogarnięta, ale takiego spędu nieogarów dawno nie widziałam.
A szłam sobie spacerkiem, lewa,prawa, w stronę słońca...
W mojej nowej, pięknej koszulinie, a ludzie poowijani w szaliki i kominy, w zimowych watowanych kurtkach pytali mnie, czy nie jest mi zimno.
Nie, nie było mi zimno, rano było 13 stopni w cieniu, a na słońcu więcej.
Zesrałabym się w watowanej kurtce.
A słońce grzało, jakby mu za to płacili, zieleń buchała w oczach, więc szlam i napawałam się, że akurat dziś wszystko mogę i nic nie muszę :D
I dziękowałam niebiosom, że mnie natchnęły na wczorajsze zakupy i na ogarnięcie kuwety.
Byłam wolna, prawdziwy freelancer :D
Sprawdziłam rozkład jazdy i pojechałam do urzędu skarbowego, który nam tak głupio przenieśli. Ale że oba moje autobusy jadą dzięki objazdowi z powrotem pod nim, nie musiałam kiblować godzinami na przystanku...
PIT z głowy, karta spłacona, prąd zapłacony, czynszu w tym miesiącu nie płacę.
Jeszcze tylko bilet i jestem wolna od pamiętania o wszystkim :)

Do ogrodnika wdepnęłam, ale jeszcze nic ciekawego nie mam, komarzyce po 1 maja będą. Barwinek zatem kupiłam i dwie zdechłe komarzyce, nie te, co chciałam, ale takie zdechlaki potem najpiękniej zazwyczaj rosną.

Ogarnęłam świąteczną wyżerkę, więc jutro naprawdę NIC nie muszę. Nie mam tylko rzeżuchy, ale w sumie co mi to?

Cały czas myślę o Pierworodnym. Ale tylko myślę. Wyciągałam do niego rękę miliard razy.
Nie skrzywdziłam go nigdy, a mogłam.
Więc w dupie to mam.

Mój dyżur korytarzowy, więc z łaski wielkiej ogarnęłam, bo kurwa tylko ja korytarz sprzątam. Młoda, która wprowadziła się do mieszkania obok ma małe dzieci. Wczoraj cały korytarz ktoś ujebał błotem. Błotem, odciski małych adidasów. Ani ja, ani sąsiedzi, chodzący tym kawałkiem korytarza nie noszą adidasów. Jesteśmy starymi zgredami i tyle :D No, ja noszę, ale w błocie się nie tarzałam i akurat nie nosiłam adidasów. A poza tym od dłuższego czasu nie padało i trzeba było się postarać, żeby błoto znaleźć. Dzieci odkręcają hydranty, wiem coś o tym.  A pani sprząta swój odcinek korytarza. Swój w cudzysłowie. Mieszka na końcu, sprząta od swoich drzwi do moich i szlus. A zostaje nówka nieśmigana od moich drzwi do windy.
No, ale są święta, a potem sobie odpuszczę.
To też mam w dupie.

Pojemną mam tę dupę, co nie?

Jednak zrobiłam rabanka, nie wiem, jak wyjdzie, kisi się w zamrażalniku właśnie :)  Śledzie zrobiłam, bo mnie naszło na nie, w oleju i w śmietanie, z dwóch matiasów wyszło ich tyle, że ojapierdolę. I zrazy wołowe, będą mi Barana przypominały :P I ogórkową, bo za chwilę moje małosolne szlag by trafił, nie miałam kiedy ich zjeść w tym zapierdolu w pracy :)



Jest prawie 20, mam otwarty szeroko balkon i wszystkie okna i w mieszkaniu są 23 stopnie...

Co będzie latem?

Zobaczę, jak dożyję :P 



czwartek, 18 kwietnia 2019

Zamknęłam

majowy numer, Kochany Pamiętniczku.
Uścisk dłoni Bossa dostałam. W wyjątkowym humorze był, bo kanciapę pochwalił, że zielona, a i o swojego beniamina zapytał, czemu liście gubi. Powiedziałam, że w przeciągu stoi, ale stwierdził, że nie ma opcji przemeblowania. Ma gabinet większy jak oba moje pokoje, no ale cóż :)

A potem się zabiłam.
Bo leciałam z bimby przez Manhattan i kombinowałam jak koń pod górkę.
Wózeczek chwyciłam w łapki i obkupiłam się w Biedronce, nie że na święta, ale wzięłam to, co się nie psuje, bo miałam te 15% zniżki, szkoda było nie wykorzystać, a ważne tylko do 20.04.
Daquoise też kupiłam, stały rządkiem świeżutkie, nikt się nie bił.
I ani jednego człowieka nie było. Pani mówiła, że jutro przywiozą ostatnią partię i świeże, ale myślę sobie, co? Najpierw sprzedadzą starsze. Więc po co mam jutro stać godzinami w kolejce, bo tam okropne kolejki są, jak moja lodówka taka sama, jak ich chłodnia?
A potem wyprzątnęłam lodówkę, bo przez to pracowe zamieszanie i nie tylko sporo poleciało. Majonez miał ważność do stycznia, więc aczkolwiek nie trzymam się ściśle daty przydatności, wywaliłam, bo średnia przyjemność mieć sensacje żołądkowe w święta. Wstyd, marnotrawić żywność, ale co zrobić, jak nie zjadłam?
Łamię się, czy kupować jutro mięso i wędliny, bo kiedy ja to zjem? I tak wolę ser, pomidory i avocado.
A jak będę miała melodię na obiad, mam zamrożone cycki.
Prześpię się ze ślimakami, kto bogatemu zabroni?

Mimo bolących jak cholera nóg, po tylu dniach siedzenia godzinami przy kompie rzuciłam się do sprzątania po obiedzie.
Tak, wiem, przyjdzie zajączek, a nie sanepid, ale...
Lubię mieć ogarnięte.
Zatem ogarnęłam i teraz rozpoczynam leniwe świętowanie.
Nie ustawię zegarka, nic nie muszę. Wstanę, jak będę gotowa.
Jeszcze się łamię, czy zrobić rabanka. Jakoś jestem zniesmaczona do wszystkiego na maksa.

Caritas zbiera na odbudowę Notre Dame i apeluje o datki. Tak, jak wyleciała w powietrze kamienica u nas,  w pierwszym odruchu i Inżynier, i ja wpłaciliśmy na Caritas. I co? Nigdzie nawet śladu nie było, czy Caritas cokolwiek wpłacił poszkodowanym.
Owsiak jest transparentny. Nie, żebym nie miała do niego zastrzeżeń, mam. Ale rozlicza się, a i znam ludzi, którzy z jego akcji korzystają. Nie znam nikogo, kto skorzystał z pomocy Caritasu.
A dlaczego Rydzyk nie wpłaci?
No, dlaczego?

A do Kościoła od dawna mam nie po drodze.
Ksiądz powiedział, że nie dostanę rozgrzeszenia, bo bez względu na wszystko powinnam być z mężem.
Potem się dowiedziałam, że ma kochankę.
A w chuj.
A mój Eda nie opluł mnie, że nie mam kościelnego.
I do końca mówił o mnie, że jestem tą zwariowaną bibliotekarką. Że będę albo dobrym katolikiem, albo dobrą ateistką. Bo jestem dobrym człowiekiem.
Kurde, mylił się facet, ale mniejsza z większym, dobrze o mnie mówił :P
Był dla mnie jak brat.
Ale nie żyje już od  14 lat. Właśnie odkryłam, że ma swoją ulicę. Dawno u niego nie byłam, poprawię się.
Był radykałem, do bólu. Nie zgodził się nawet na kremację.
Ale był Człowiekiem.
Jak ten, co za nas na krzyżu umierał.
Był tylko osiem lat ode mnie starszy, w sumie mógłby być moim bratem.
I był.

To tak wielkotygodniowo.
Bo nawet święconkę sobie odpuszczę, bo mi się nie chce.

Wino w lodówce się chłodzi.
Cassilero del diablo.
Zasłużyłam :) 





środa, 17 kwietnia 2019

Pierdolę

nie robię, Kochany Pamiętniczku.
To znaczy robię, ale z gębą wykrzywioną jak po occie siedmiu złodziei.
Najpierw akcja zamykamy w środę wszystko.
Więc ja cała happy, bo to jeden dzień do przodu.
Ale nie, w środę rano okazuje się, że nie zamkniemy wszystkiego (chyba).
Ludzie zamknęli, bo ci, co zamknęli, mogli wziąć urlop.
No ale ja nie, bo nie ma opcji, że mi podpisze urlop, jak jestem potrzebna.
Co zostało? Tylko bossowe.
A i dziś przetrzymał mnie do 19 (od 9 do 19 jak by na to nie patrzeć, 10 godzin jak w pysk strzelił, z tego przepracowane może trzy?).
Poniedziałek i wtorek po 12 godzin.
Poniedziałek na petardzie, we wtorek już od 17 czekanie na, kurwa, technikę.

Nigdy tego nie zrozumiem. Nigdy.  A zęby na tym zjadłam :) Teksty albo zerżnięte z netu, albo z  prospektów. I zero wysiłku potem, bo nawet nie sprawdzają, co zmieniłam. Pourywane, pogubione, pochrzanione  i do drugiej korekty. Tak jak w mojej pierwszej gazecie, gdzie wpisałam w notce o fryzurach, a jakże, high life, bo wtedy jeszcze nie było internetów i tych blogerek modowych: jakby piorun w rabarbar strzelił, czego nie wyłapała inna korektorka i poszło do druku, i nikt tego nie reklamował, co widziałam tylko ja, ale jaki był sens donoszenia na samą siebie? Nie było wtedy aparatów cyfrowych ani komórek, więc dowód mojej zbrodni spoczywa w jakiejś bibliotece, gromadzącej prasę codzienną...
Może powinnam iść i poszukać, jeśli jest zdigitalizowane, ale nie pamiętam, kiedy to zmalowałam, albowiem i blogów wtedy nie było. O internetach nikt nie marzył, a pracowałam wtedy na takim maczku:

A potem na takim

A dzisiaj

Nie liczę prywatnych zabawek.
I to nie tylko fizyczna zmiana, zmieniało się wszystko i jak nienawidzę zmian, musiałam wszystko ogarnąć. 

Do 21 pracowałam. Redachtóry w wieku moich dzieci, zęby do mnie szczerzą i myślą, że żartuję, jak mówię, że któregoś dnia nie wytrzymam i ich...
I nieprzespana noc, bo skąd ja o tej porze piwo miałam wziąć, skoro w Żabce, odkąd jest rydzykowa, moja noga nie postanie, a w Jeżyku zebrała się cała żuleria z Górczyna i sorry Batory, nie dałam rady progu przekroczyć? Aż tak zdesperowana, żeby na stację benzynową koło domu iść nie byłam, czego potem żałowałam, nie mogąc zasnąć :P

Pewno, mogę iść na skargę.
Ale nie umiem.
Kto ma miękkie serce, musi mieć twardą dupę, znana prawda.
A już szczytem nieogaru dla mnie jest, że ktoś, kto musi dany tekst poszerzyć, nie poszerza go na tekście już skorekconym, tylko na wersji pierwotnej.

I nie pomaga tłumaczenie jak krowie na rowie.
W tym momencie zastanawiam się, jak ja, człowiek bądź co bądź kaleki (a w chuj z tą niepełnosprytnością poprawną politycznie) mogę ogarnąć wszystkie zawiłości (oprócz pilota do TV, of course, ale u Inżyniera i to ogarnęłam, inaczej Alienek by mnie wykończył) programów niezbędnych w mojej dziedzinie, łącznie z tym, jak wstawić w danym programie prawidłowe cudzysłowy, indeksy dole i górne, jak ustawić krój czcionki i inne bajki, a młodzi, w wieku moich dzieci, czyli pokolenie komputerowe już nie ogarnia takich drobiazgów?
I wielki redachtór, z tych dobrze opłacanych i bezczelnych do szpiku kości, dowiedziawszy się, jak się wstawia literę z umlautem oszalał z radości i bawił się tym, jak dziecko w żłobku? Tak się zastanawiałam, czy ma pampersa i czy to ja będę musiała mu go zmieniać?

Kurwa, czegoś tu nie rozumiem.


Ale nic to. Przetrwać jutro, a potem mieć na wszystko wyjebane. Kupić daquoise, jakieś dobre wino, a dlaczego nie, zasłużyłam, a może i nie, bo powinnam się więcej ruszać, dziś z trudem po tych godzinach siedzenia dowlokłam się od pętli do domu, zmuszając się, bo nogi mam jak słonica znów.

Kolega ma higrometr w pokoju i ma 20% wilgoci.
Wypożyczyłam rzeczony bez jego zgody, kartkę mu na biurku zostawiając, jutro zabiorę swój.
Jeżeli wskazuje dobrze, to nic dziwnego, że mnie kurwica, że pierzchną mi wargi i robi mi się słabo zaraz po wejściu do budynku. Że jestem szczęśliwa nawet na kacu w domu, a nieszczęśliwa trzeźwa w trzy dupy w pracy.
To nie jest zdrowe pomieszczenie, a i pracowe rośliny częściej szlag trafia, jak domowe.

No i tyle lamencenia na dziś.

I jakoś Wielkiego Tygodnia nie przeżywam.
Nad czym w głębi duszy boleję.
I coraz mocniej miotają mną sprzeczności.
A to wszystko przez internety, bo gdyby ich nie było, w życiu nie wiedziałabym, że Ziemia jest płaska!

Nawet by mi to do głowy nie przyszło....





poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Zdusiłam

choróbsko w zarodku, Kochany Pamiętniczku.
Szłam dziś do pracy jak młoda bogini, świeża, wypoczęta i pachnąca Givenchy.
I już w autobusie traaaaaachhh.
Prosto z fajki, skacowany, z tym chuchem, wisiał nade mną, jak kat nad duszą, to cud, że pawia nie puściłam.Tłok był, iść nie miałam gdzie, wysiąść nie mogłam, bo jechałam prawie godzinę wcześniej, bo wiedziałam, że młyn będzie.
Przesiadka i co za ulga, ale nie, nie, nie...
Raźnym krokiem zmierzał na przystanek bimby inny, ten typ, w tej dżinsowej koszuli, której chyba nigdy nie wyprał, odkąd ją kupił. Woniał mi tak w ubiegłym tygodniu, chodząc na przystanku tam i z powrotem, a długo nic nie jechało. Było gorąco, a wokół pachniało, kurwa, zastarzałym potem.
A dziś miał płaszcz, też na tej koszuli, bo płaszcz miał rozpięty.
Przezornie poszłam na drugi koniec bimby, on się przesiada ze mną i jedzie na Górczyn,jako i ja...
Karrrrrrramba, piekło i szatani.
XXI wiek. Proszków, mydeł, chemii od groma i od cholery, weź pan, kurwa i raz na tydzień wypierz te łachy!
O ile potrafię zrozumieć niedołężną starość, co już za siebie nie może, a bliskich nie ma, to facet w sile wieku, jadący do pracy, bo widać, że do roboty jedzie i śmierdzący na kilometr? Nikt mu w pracy nie powie, że jebie?
Ludzie powonienia nie mają?


Popitoliłam wczoraj, oko mi zbielało, jakie to kokosy zarabiam, no ale gdzie jest ta kasa, gdzie, bo ja jej nie mam, a aż tyle to nie piję.
I znów karamba. Namęczyłam się, żeby odpisać % dla koleżanki. Wiem, mnóstwo ludzi potrzebuje pieniędzy z tego procenta, to są w sumie grosze ode mnie, ale wszystkich dziur nie zatkam. Program zaś uparcie kierował mnie do swoich potrzebujących, w sumie rozumiem, ale bliższa ciału koszula, jak sukmana...
Jedno co dobre, to że parę setek zwrotu powinnam dostać, bo odliczyłam sobie aparaty słuchowe. Zawsze coś.
A teraz pora kupić nowe okulary, bo już ledwo na oczy widzę.
Firma zrefunduje, o aparaty nie prosiłam, bo nie.
Bo mnie kurwica bierze i tyle :)

A pracy znów było po kokardkę i kucyki, norma. Wracając do domu  czułam, że znów mi febra wychodzi, ale szybko posmarowałam i mam nadzieję, że rozejdzie się po kościach.Mam tak co miesiąc, jak pracuję w takim tempie.
SKS, niestety.
Nic to.
Nie zmienię tego, jedyne, co mogę zrobić to zrezygnować z pracy, a tego nie chcę.


Właśnie doszły mnie słuchy, że płonie katedra Notre Dame...

Dżizas.
Nie, to się nie dzieje.
Nie.

A po ostatnich wieściach z Albionu, oczywiście nie od Pierworodnego, bo ani on, ani synowa nie zhańbią się rozmową ze mną cały dzień sobie myślę, że moje odejście rozwiąże wszystkie ich problemy.
A i ja nie musiałabym się już niczym martwić, nie musiałabym się zastanawiać, co w życiu zrobiłam źle, że jest jak jest i lepiej nie będzie.

Zajmuję za dużo miejsca na tym świecie i naprawdę będzie beze mnie piękniejszy, wiem to na bank. Szkoda, że jestem takim wielkim tchórzem. I boję się bólu.


To tak nawiasem, między wierszami.

Wczoraj na Skype Alienek dał pokaz swoich możliwości. Zaczepiał Edka tak długo, aż ten zniesmaczony jego zachowaniem, delikatnie pacnął go w rękę... Po łapoczynie rozległ się donośny szloch zaatakowanego, a jego rodzice wybuchnęli śmiechem, co dobiło nieszczęśnika :D I poleciał na  "ojojanie", łkając "daddy". Bo kotek to daddy. Ponoć w tygodniu zaczepiał Aryę do znudzenia. Ta, jak prawdziwa dama, mająca na wszystko wyjebane, chowała się i olewała napastnika, ale w którymś momencie też mu łapką przyłożyła i to tak, że podrapała. Co za cyrk był. Nawet, gdy ślady kociej zbrodni na majestacie już znikały, ofiara łapoczynów chodziła za rodzicami i domagała się  ojojania, podsuwając do całowania rączynę i jęcząc rozdzierająco"daddy".


środa, 10 kwietnia 2019

Nareszcie

normalny dzień, Kochany Pamiętniczku, w tym wariatkowie.
Przed 12 pomaszerowałam z czystym sumieniem na bimbę, a że trafiła mi się piątka, tom się przesiadła na Dworcowym i poszłam do Dealza, bo wydawało mi się, że mają tam coś z Substrala. Nie mieli.
Ale jako że ubrałam się ciepło, bo wczoraj kubańska mi z leksza zmarzła, tak dziś dla odmiany ugotowałam się w Avenidzie, zanim do Dealza dotarłam.
Jak nie urok, to sraczka albo inny przemarsz wojsk radzieckich po chińskich.
Ale mniejsza z większym, sekator za całe 5 złotych polskich dostałam, uradowana, bo ten, co Miśki schowały w loggii to całkiem już zardzewiał i nic nie ciął.
I parę innych badziewi, ale nie szalałam, bo jestem oszczędna, a co :)
I tak wróciwszy do domu The resident oglądnęłam, no i co robić z tak pięknie rozpoczętym dniem?
Na genialny pomysł wpadłam.
Że okna umyję dziś. Babcia mówiła: co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj, a co masz zjeść dzisiaj, zjedz jutro. Mądra kobieta, ale z tym jedzeniem to mi nie wychodzi, za to z robotą i owszem :)
Faktycznie, porąbana jestem, za 100 zł mogę zamówić taką usługę.
Ale primo po pierwsze - widzę, jak takie ekipy myją okna, na żywca, w pracy. Zupełnie jak Eks u teściowej, giry z dupy bym powyrywała mu, jakby w domu tak umył, więc nie mył. No cóż, wszystko całe życie robiłam lepiej i pewno umrę robiąc lepiej, a nawet po śmierci wychylę się z urenki i poprawię  z lekka przekrzywione wieczko.
Primo po drugie - stówa piechotą nie chodzi, aczkolwiek dziś w banku mnie zatkało, opłaciło się nie dostać wypłaty za jeden miesiąc w terminie (moja wina, bom rachunku nie wystawiła na czas), a za to dostać dwie jednego miesiąca, jedną na początku, drugą w środku :D
Primo po trzecie - okna mogłabym myć tylko w weekend, ale w sobotę mam już inne plany, a w niedzielę może jednak zwlekę się na półmaraton. No i poza tym ma być jeszcze zimniej i padac. Później nie ma opcji, a w Wielki Piątek mycie okien to ja pierdolę, nie ze względu na religię, mnie to nie rusza, ale nie.
I tak się czając, tłumacząc sobie jak krowie na rowie, polazłam po ściągaczkę.
I...
Plan był kuchnia i mały pokój.
Pomyłam wszystko. Tak wyszło, siła rozpędu, turbodoładowanie?
Jest cudnie :)
Co nie?
Umyte okna to zawsze nowe mieszkanie, nawet jak nie jest idealnie dosprzątane.
Zresztą u mnie nigdy nie jest idealnie, bo po kątach zawsze koty siedzą, ale wystarczy teraz omieść wszystko spojrzeniem, jak zdejmę okulary  i hasta manana :) I pomyśleć, że młodą matką będąc, jechałam co dzień odkurzaczem i na kolanach sprzątałam szmatą na mokro całą podłogę, żeby, broń blog, dzieci się nie pobrudziły pełzając. Odpuszczałam tylko w święta, ograniczając się wtedy tylko do "szuszulenia", znaczy się do przejechania odkurzaczem, albo tylko, o zgrozo, Kasią po dywanach.
Na psy zeszłam teraz, ojapierdolę, na stos ze mną, na stos :) Bez litości :P


Takiego stracha kupiłam zamiast podpieracza do badyla przywiezionego od Barana, który to badyl, nie Baran (ten już rośnięcie zakończył parę latek temu, wzwyż, wszerz zawsze może jak zechce), rośnie jak szalony i zaczął mi się rozkraczać. Nie chce tak, jak u niego (znaczy się,u Barana) w łazience pięknie rosnąć na baczność, więc mu kupiłam panienkę do podpierania i git majonez :D
W małym pokoju to tylko wycinek badyli, ale pięknie, co nie?:) Jeszcze muszę podpórkę do fikusa skombinować. Kiedyś wyhodowałam giganta, nie mieścił się w mieszkaniu, więc wystawiłam na korytarz z myślą o podarowaniu do kościoła czy jakiegoś teatru, ale nie mieścił się nam w żaden dostępny środek transportu. I jakaś kanalia ukradła go! To też nie jest cała kolekcja stamtąd, tylko wycinek :)
 No i salony :) Niewiele widać, ale dużo tu jest :P
 I monstera. Ponoć to monstera, moja mam mówiła na to filodendron.Tu sierota niewyrośnięta, ale może uda mi się wyhodować olbrzyma, jaki był w rodzinnym domu? Pożyjemy, zobaczymy :P
 Dracena z fotki ma już prawie 15 lat. U mnie, więc jest starsza :)  Fotka nie ukazuje jej cudnej urody i licznych odnóg, nie chcę jej rozmnażać, bo gdzie ja jej dzieci pomieszczę? Lubię ją, dostałam ją po 50. urodzinach. A scindapsus to sierota po moim Słonku, co do Irolów się wyprowadziło. Sierota, bo urosla u mnie na 25 m (wiem, bo wisiała w kuchni pod sufitem, 5 razy po 5 m tam i z powrotem, po remoncie ledwo ją odratowałam i nie mam teraz jak rozpiąć linki pod sufitem).
No i w kącie, przesadzane, rozsadzane, nawet nie pamiętam skąd to mam, a tak to nie wszystko z tego pokoju :)

Jeszcze trochę się zmieści, ale muszę się w czymś zakochać, co nie?
I tak myślę, żeby zlikwidować opcję badyli ciętych, ale jak to?
Bez piwonii, mieczyków, irysów, astrów?

Jak żyć?
Bez ciętych? Mam kumpelę,która nienawidzi ciętych, ale ja? Chyba jakaś dziwna jestem :)

wtorek, 9 kwietnia 2019

Ja pierdolę

to przedszkole, i bławatki, i kąkole, Kochany Pamiętniczku.

Ta technika mnie kiedyś wykończy. Po głębokim namyśle doszłam do wniosku, że i tak za mało sobie zawinszowałam. Co z tego, że pracowałam po dwie godziny dziennie, jak umowa była, że dostaję wszystko hurtem. Cały tydzień w pizdu, bo przed południem za mało czasu, żeby coś ogarnąć, potem godzina na dojazd i godzina na powrót i dnia nie ma. Co z tego, że mniej tekstu, jak więcej czasu tracę? A jeszcze w tak zwanym międzyczasie tu broszurka, tam sranie w banie. Miałam mieć wolne od ubiegłej środy, a zleciało jak zleciało. Wczoraj zamykanie na bank.
Na bank skończyło się, że o 16 się ewakuowałam, bo "się pisało". I do 21 kwitłam przed kompem, dostałam tylko jeden tekst. O 21 piszę emilki i cisza. Wkurwiona na maksa piszę SMS, dostaję odpowiedź: stwierdziliśmy, że nie zrobimy dzisiaj...
No, kurwa, to o godzinie, o której to stwierdzili należało mnie o tym fakcie poinformować, co nie?
A zapowiedziałam wczoraj, że dziś będę po południu, bo tak. Bo tak, bo nic nie mogę ogarnąć.
Od kilku dni śnił mi się Eks i rozpadający się mój dom rodzinny, ten z R.
Nie były to złe sny, ale męczące.
Wiedziałam, że czeka.
Tak, kurde, kto wierzy w gusła, temu dupa uschła.
Więc przeanalizowałam wszystkie możliwe opcje i bladym świtem z wózeczkiem ruszyłam do M.  Po 10 minutach w autobusie dostaję SMS (parę minut po 9): dzień dobry! Pobudka, ruszyliśmy z pracą. Odpisałam grzecznie, jak nie ja, że nie mam komputera i że będę po 12, jak będę. Tak jak mówiłam, ale pewno znów nikt nie słuchał. No bo to tylko ja kłapałam paszczą, co tam...


A w M. obraz nędzy i rozpaczy na mnie czekał.
Nosz, kurwa.


Sęk w tym, że leży tam dziadek Eksa, jego ojciec i on. Dziadek był powstańcem wielkopolskim, a M. szanuje ich do dziś. Te białe cuda, w liczbie trzech to chyba od tej wiary. To plastikowe pudełka, wypełnione gipsem, ciężkie jak diabli, nie wytrzymał ich żaden worek, niosłam je w rękach, a w kieszeniach moich łachów zbierał się gips, co odkryłam dopiero wróciwszy do pracy :| Oprócz tego do wywalenia były trzy wieńce, pięć donic z zaschłymi na amen wrzosami i z dziesięć zniczy, w tym jeden od kiboli Lecha. donice i znicze stały jeszcze za grobem, tego fotka nie ogarnęła :D
Ojaciepierdolę.
Obracałam trzy razy, a do śmietnika kawał drogi, a nie miałam zbyt wiele czasu, bo autobus raz na godzinę...
Więc mimo zimna spociłam się, jak siwa mysz kościelna.
Nie wiem, kto tego zawsze tam natacha. Nie jeździłam na ten grób, bo Eks ojca nienawidził i nigdy tam nie chciał jechać, ja sama teścia widziałam może ze 3 razy w życiu i to jak się sam do nas wprosił, na ślub nie zapraszaliśmy, kontakty zerowe. Dziadek nienawidził swojego zięcia serdecznie. I vice versa - pogrzebanie dziadka pod płotem, nad czym bolała teściowa (bo to był jej ojciec) to była w rodzinie obelga, ale nigdy nie było kasy na przeniesienie grobu. Gdy mój teść zmarł, chowała go nie teściowa, ale ten szwagier, co mnie tak pięknie kocha. Jako że teść zostawił grubą kasę, postawili porządny pomnik. No a Eksa pochowali tam "po kosztach", jak podsumował Inżynier - było miejsce, był pomnik, tylko litery dorobili. No właśnie - litery. Mosiężne, kurwa, na bogato. Wyczyszczenie tej płyty i tych liter to syzyfowa praca, a ja czasu dużo nie miałam.
I tak na kupie leżą trzy w sumie obce sobie osoby, nienawidzące się, a ja to ogarniam, bo mi się, kurwa, Eks śni...
Lakier czerwony, kurewski kupiłam i pomazałam wieniec, mam stamtąd smutne doświadczenia. I wieczny znicz kupiłam, ma się palić 118 dni. Też go pobazgrałam lakierem :D
A tak


Prawda, że porządnie i estetycznie, a nie tona śmieci. Jak teraz ktoś dostawi coś, a nie sprzątnie starego, to zajebię. Pytanie tylko - kogo? Może przyjeżdżać dalsza rodzina Ludwika, bo jakaś tam była, w M. mieszkała też siostra mojego teścia (już nie żyje, ale pewno jacyś potomkowie tam są. A teść w sądzie pod przysięgą zeznawał, że nie ma żadnego żyjącego rodzeństwa, a jego siostra pod sądem w maluchu czekała, chodziło o mienie zabużańskie, tak to była i jest WSPANIAŁA rodzina).

Lecąc na autobus trochę oddechu złapałam i oczy napasłam, bo




Wiosna szalała, mimo że było dziś pieruńsko zimno :)

I jazda przez Puszczykowo była jak w bajce, co druga posesja tonęła w bieli albo różu. Kwitnie wszystko jak oszalałe, a gdzieniegdzie resztki forsycji błyszczą jak złoto :)

A potem szybki sik i do pracy.
Od progu okazało się, że szukała mnie cała redakcja, nagle, na gwałt, że Boss o mnie 5 razy pytał. Że ojapierdolę, jak siedzę i gram to nie jestem nikomu potrzebna, a nagle ludzie beze mnie żyć nie mogą.
Od Bossa list, korekcę błyskawicznie.
Otwieram pocztę i WTF?
Emilek: jest pani w redakcji już? Dwie minuty przed moim wejściem wysłany.
Odpisuję, że jestem.
Kolejny z prośbą o skorekcenie tekstu, który skorekciłam wczoraj wieczorem w PDF, więc uprzejmie odpisuję, że proszę o wydruk do II korekty...
Kolejny, kolejny, ufff...
I nikogo ani wydruku nie ma.
Lezę zatem i co ja paczę?
Panowie sobie, kurwa, tort wcinają, a nikt emilków nie odbiera.
Na mój widok się poderwali.

Gość najwięcej zalegający nawet NIE ODEBRAŁ wczorajszego emilka i teraz ja muszę czekać aż no poprawki naniesie. Był zdziwiony, że zrobiłam. Bo ja, kurwa, jak mówię, że zrobię z domu, to zrobię, choćby siekiery z nieba leciały, nawet jak nie mam neta, to pętlę z telefonu zrobię i pracuję. Tylko zaczynam się zastanawiać, po co?
Siedzą od 9 i nikt do 13 nic nie zrobił?
Zapomniał. (Nie czyta emilków, bo dużo na pocztę przychodzi. WTF? Ja czytam każdego! Spam i niepotrzebne od razu wypieprzam, a na te z zadaniami po wykonaniu go zaraz odpisuję i to nie, że witam, pozdrawiam, salut i bienvenue, ale piszę gotowe bez żadnych grzeczności jeżeli robię tekst w programie graficznym, jeśli w Wordzie to załącznik i ślę odpowiedź bez podpisu i wrzucam do folderu zrobione. I nic mi nie ginie, kurwa. Nawet proszę nie odpisuję. Inżynier mnie ochrzanił, że mam sobie szablon ustawić, ale po co mi szablon? Odpisuję na przychodzącym i nic się nie kićka.)
Kurwa, on ma 30 parę lat i zapomina?
To niech sobie na karteczce pisze.
Mało, że roboty nie robi na czas, doktor jebany, który w tym numerze posiał trzy ortografy. Ze swojej dziedziny, żeby nie było. Traktożysta, ogómienie, użądzenie. Każdy jebany program mu to podkreśli.
Muszę kląć, nie da się inaczej. To nawet w podstawówce wstyd i hańba i żadna dysleksja tego nie tłumaczy, bo nie pisze ręcznie.
Ale zamknęłam mordę, bo dzięki temu mam na sól do śledzia.
Wracam na swoje podwórko, list od Bossa, bo dał do korekty nie ten list, co trzeba.
Przeprasza, gdy oddaję, a ja na to słodko: drobiazg.
Bo to drobiazg był.
Ale drobiazgiem nie jest, że po świętach, zamiast leżeć i pachnieć, będę zapieprzała, bo...
Znowu jest event.
Tak, kurwa, event.
No i kolejna publikacja, ma napisać 17 osób, a dotąd nadesłała jedna i tralalalalalalalalalalala. BUM :)
A zastrajkować, jak nauczyciele nie mogę, bo jestem jedna.
A jednostka zerem, jednostka bzdurą, sama nie ruszy pięciocalowej kłody, choćby i wielką była figurą...
Kurde, jakie badziewne komunistyczne wiersze do dziś pamiętam...

Ale mniejsza z większym.
Umarlaki ogarnięte w całości, mam nadzieję, że teściowa mi się nie zacznie śnić, leży na Miłostowie. Ma jeszcze czworo żyjących dzieci. I wnuki, tu w PL.
Chrzanić to.


I tym pięknym sposobem zostały mi tylko okna, ale to ogarnę w weekend.
Do przyszłego czwartku pracuję, więc potem ogarnę resztę kuwety i na całe szczęście będę sama :)
I o tym marzę :P

sobota, 6 kwietnia 2019

Demis

Roussos Kochany Pamiętniczku i Goodbye my love... w radiu Pogoda, oczywiście...
A ja znów piękna i młoda. To była nasza piosenka. Prorocza jakby :) Ale to drobiazg. Czułam się taka bezpieczna wtedy, gdy ją tańczyliśmy, już nigdy z nikim potem tak nie było.
Zatopiona w Twoim ramieniu, zakochana do szaleństwa, jak nigdy potem już.
I już nigdy potem tak nie bolało, tak mocno i tak długo.
A po kilkudziesięciu latach na Twój widok, bo pokazała mi Ciebie kuzynka z K. nie poczułam już nic.
Oprócz rozczarowania, że... to nie Ty.
Bo dzięki temu, że nie było Cię w moim życiu, pozostałeś idealny, wyśniony.
Chociaż ideałem nie byłeś, mówiąc mi wtedy na peronie: zastanów się, wsiądziesz do tego pociągu i nie ma nas. Wybieraj: studia albo ja.
Nie wiem, czy wybrałam dobrze, ale kocham moje życie takie, jakie jest.
Być może byłabym szczęśliwsza, zostając z Tobą, ale...
Tego nie wiem.
I wiem, że ja po latach też nie jestem już tą laską, wylewającą za Tobą łzy nocami w poduszkę, podskakującą na dźwięk Twojego imienia, nikt nie wie, skąd mi się wzięło imię Pierworodnego, może to było jakieś sadomaso?
Jest po prostu inaczej, niż gdybym Ciebie posłuchała.

I czasem marzenia są piękniejsze od rzeczywistości, ale to drobiazg, co nie?

A takie tam smęcenie, bo jedna głupia piosenka, a tyle wspomnień.

Ale wracając do naszych baranów, jak mówią Żabojady, wciąż mam szaleństwo badylkowe i dobrze, że od poniedziałku wszystko mówi STOP, bo się pracowo pozawijalo, nóż się w kieszeni otwiera, cicho,powoli, rączka się zaciska na rękojeści...
I...
No, nieważne.
O dziwo, wstałam dziś skoro świt, jakbym znów młoda i piękna była, no i szybciorem na Manhattan poleciałam, jak za dawnych lat.
Wcale na tym za dobrze nie wyszłam, bo w Biedronce jeszcze nie było wyłożone wszystko sobotnio.
No ale skoro chałupka ogarnięta była, żarełko też, to stwierdziłam, że po łacha na Katowicką pojadę, bo lata, lato, lato wszędzie, a ja nie mam co na siebie włożyć.
Albowiem te łachy, które mi wiernie służyły nie służą mi już w tych temperaturach. Rano się wykąpałam, wypachniłam smrodem, a po powrocie z Biedronki jechałam jak drwal po konkursie rżnięcia.
No cóż, w Biedronce wciąż grzeją, a ja mam te łachy z tworzyw jednak.
Pani na Katowickiej już mnie kojarzy i pewna była, że znów pół sklepu wykupię, ale nie. Nie mam już parcia, no i co z tego, że na fejsowych reklamach cót, mjut i ożeszki, skoro w sklepie wszystko z tworzywa sztucznego?
Tak wiem, jestem, stara, gruba, ale co z tego? Dlaczego producenci nie myślą, że stare i grube pocą się więcej? Wciąż mam w oczach szał na ortalion i koszule non-iron i zastanawiam się, jak ja w tym mogłam chodzić.
Była tylko jedna koszulina ze znośnego materiału. Fakt, za duża na mnie, ale co tam, będę mogła spokojnie tyć dalej :) Więc kupiłam, a tanie dziadostwo nie było.
A że z Katowickiej rzut beretem do Leroy Merlin, a Dora wczoraj w komciach kusiła, tom polazła.
No i?
Przepiłam furę kasy.
Wypisuję się z grupy.
Zapisuję się do kociar, taniej wyjdzie :)


W Leroy tylko tyle wzięłam, bo i tak bym do domu nie dowiozła więcej. A o mało tam nie oszalałam, ale drogo było, a te do uratowania to takie wypierdki, że bałam się wziąć, bo ewidentnie z robalami, a szkoda mi moich już żyjących badyli.
I kupiłam Impatients. Jadę do domu i myślę, ki diabeł, co kupiłam?No kupiłam, bo tanie było, ale WTF? Sprawdzić na wujku nie mogłam, bo nie mam trzeciej ręki i nijak wyciągnąć ajfoniczka. I tak kwitnę w bimbie i nagle: eureka. Niecierpek - patient to cierpliwość przecież. Bingo :)
A potem w domu znów przesadzałam i ogarniałam i dramat!
Nie mam już miejsca na balkonie, a gdzie komarzyce? Komarzyce muszą być, nie ma opcji.
Kurde.
Wszystko w tym roku oszalało, jest już deszcz opadających płatków z drzew owocowych, a to dopiero 6 kwietnia! Jeszcze nie tak dawno tak wszystko szalało na początku maja.
Klimat się zmienia, choć te posrańce u władzy to negują.
Mam dodatkowo oparcie w pracy, bo z rolnictwem i tymi problemami jestem na bieżąco od 11 lat.
No i w tej nieszczęsnej Posnanii było stoisko z oliwkami, z tymi oliwkami, którymi ze Zmorką się zażerałam ostatnio.
I kupiłam.
Nie przyznam się, ile wydałam, bo wstyd. Ludzie głodują, a ja oliwki żrę. Fakt, za swoje żrę, ale  mogłabym na ojca Rydzyka wpłacić, co nie, a nie w swoją już i tak wielką dupę pchać. Wstyd. Zeżarłabym wszystkie od razu, takie dobre. Ale nie wiem, jak zareaguje mój organizm na takie łakomstwo.

I pitolenie czeka, ale natchnienia nie mam, więc oj tam, oj tam...

A za tydzień półmaraton, ale nie wiem, czy się zmobilizuję. Bo i okna, i do Eksa bym chciała, ale tego się nie da pogodzić z pracą.

Goodbye my love goodbye
goodbye and au revoir
as long as you remember me
I'll never be too far
Goodbye my love goodbye
I always will be true
so hold me in your dreams
till I come back to you...

Nie wrócisz, ale co tam :)

czwartek, 4 kwietnia 2019

Galerianek

Kochany Pamiętniczku, tak go ochrzciłam.
Gość, zakładam, że emeryt, bo kto może o każdej porze dnia i nocy przesiadywać w galerii?
Składa się z dwóch kuleczek i dwóch paróweczek, na których stoi.
Gdy rano pruję na bimbę, on pruje w przeciwną stronę - do galerii.
Gdy mam wolne i lecę do Biedronki, on - zimą na ławce w środku, a od wiosny do jesieni na zewnątrz na ławeczce na słoneczku wygrzewa swoje kuliste ciałko.
Gazetę czyta. Bezpłatną. Nasze Miasto.
Skąd wiem? Obserwuję go od kilku lat i wiem o nim naprawdę dużo :)
Musi mieć spoko emeryturkę, albowiem jada w  galeriowej jadłodajni, a tam ostatnio obiadki promocyjne to około 15 zł.
Kurde, żal mi człowieka.
Niby krzywda mu się nie dzieje, ale jak bardzo trzeba być samotnym, by wieść taki tryb życia?
No OK, ja też się żywię po kątach, ale i gotuję.
I do głowy by mi nie przyszło lecieć do centrum handlowego z bezpłatną gazetą codziennie.
Fakt, nie wiem, jak długo będzie mnie stać na neta i płatną prasę.

Ale to tylko taka moja obserwacja.

Dziś umówiłam się do pracy na 12, zboczyłam (tak, trzeba to nazwać zboczeniem,  nie ma innej opcji) do Biedronki po lunch. No wiem, lenia mam, mogłam sama zrobić, ale oj tam, oj tam :D
I zaatakowały mnie znów badyle, i tak do pracki pobieżyłam z


Kalatea tam została, kroton, przecudny i palma chamedora wyniosła wróciły ze mną do domu.
A Galerianek na słoneczku się grzał, gdy ja zapierdalałam lewa, prawa, lewa, prawa, wszystkie te plusy same się nie sfinansują.
Niech mu tam słonko służy, nie mam nic do gościa.
Obserwacja socjologiczna.
Miało być zamykanie, a było nic i praca na dwie godziny.
Jednak mściwy ten skunks, dał mi, ile chciałam, ale i wykorzystuje. Bo mam dzień rozpierniczony na maksa.
No nic.
Zaciskam zęby, ludzie ciężej pracują na taką kasę.

Wróciłam do chaty i pracowicie przesadzałam, chociaż jestem strzelcem, a nie ogrodnikiem :P
Loggię sprzątnęłam z grubsza, już nie straszy.
I chaupkę ogarnęłam, weekendowa robota już za mną. Łącznie z praniem, więc alleluja :)

Badylków tyle, że nie da rady rodziny gościć, bo nie ma ich gdzie wypierdolić.
Badylków, of course, ale co tam.
Wiadomo nie od dziś, że jestem starą wariatką.

I kolekcja mi się wzbogaca



Dziewczyna, która od nas odeszła, bo jest młoda i nie boi się życia, kupiła mi to na wycieczce do Iranu. Inflacja tam taka, jak kiedyś u nas i rzeczona książeczka kosztowała ją całe 3 zł polskie. Sto euro, które wymieniła na ichnią walutę, upychała w 3 portfelach. Ale nieważne, ile to kosztowało, cieszy mnie niezmiernie, że pomyślała o mnie. Lubię być lubiana, a co? :)
Moja szkolna koleżanka myślała, że to po japońsku jest.
Wiem, chwalę się, nie znam ani japońskiego, ani chińskiego, ani perskiego, ale...
Dlatego jestem taką dobrą korektorką, bo...
Rozróżniam krzaczki, nie znając języka. Nie pomylę hebrajskich krzaczków z innymi :P
A gotyk czytam płynnie. Małolatą będąc bawiłam się pisaniem pismem gotyckim.
Samochwała w kącie stała, co nie?

Aby doczekać jutra, gdy rzucę tę brudną robotę i wezmę się za węgiel :D 



środa, 3 kwietnia 2019

Siostro

wołać doktora, Kochany Pamiętniczku.
Szalone dni.
Mam iść do pracy.
Więc chodzę, a co?
Fajnie mieć motywację do wywleczenia kubańskiego dupska z domu, kiedy się tak do bólu nie chce.
No ale...
Zapisałam się do tej grupy na FB. Od badylków. I ojapierdolę.
Tak, kocham badyle, miłością wielką jak cały świat. Ale tam sami wariaci siedzą, a to jest, kurde, zaraźliwe.
I tak jak  niedzielę oparłam się wyjściu do Biedronki, tak we wtorek polazłam do Lidla, ale nic tam nie było. Zeschłe resztki (a grupa bawi się właśnie w ratowanie skazańców) nie były przecenione, a za regularną cenę, to, sorry Winnetou, business is business, aż tyle nie zarabiam. Aczkolwiek wypłata z teatru powaliła mnie na kolana i olaboga, w momencie, kiedy nóż mi się w kieszeni otwiera, w oczach zapala mi się okrągła kwota i...
No, na badylki będzie :D Nie na waciki :P

I tak dzisiaj znów pobieżyłam do Biedronki. Po mleko, of course, bo na rano do kawy nie będę miała jutro :)

Na mleko już miejsca nie było w wózeczku :)
Mam diffenbachię, dwie kalatee, monsterę, fikus Benjamina, paprotkę :P Był jeszcze kroton, ale to może next time.

No musiałam, musiałam, bo inaczej by mnie szlag trafił, bo dzień był zakręcony dziś jak świński ogonek.
Bladym świtem musiałam wstać, bo to wiecie, rozumiecie, kąpiel, kochanie i spanie...
Tfuj, co ja bredzę :)
Kąpiel, śniadanie, ogarnianie tej kuwety i tadam.
O 10 mieli zacząć obchód, żeby sprawdzić, czym czasem czegoś w gazie nie poluzowała i nie mam zamiary wysadzić domostwa.
Za dziesięć dziesiąta, aparaty na uszy, iPad w dłoń i siad płaski pod dzwonkiem, który jest połączony z lampką nocną i jak ktoś dzwoni, to lamka świeci. A na wprost oczków dzwonek bezprzewodowy z wymienionymi bateriami, grający jakąś tam melodyjkę, zajefajną, głuchego umarlaka by z grobu wywaliła, a na dociepkę świeci na czerwono przez bez mała minutę.
Jedenasta, kręgosłup mi odpada od siedzenia na stołku,a  fachowców nie ma.
Zwlekam zwłoki i dzwonię do sąsiadów.
Jak nie ma, jak byli.
Zaraz po 10.
U każdego dzwonili kilka razy.
To co, ja w trzy dupy pijana jestem od rana i to wtedy, gdy mam iść do pracy, z której się urwałam?
Dupa w troki i jazda do spółdzielni.
Pierdzistołkowa na mój widok na baczność stanęła i mówi, że impossible.
Tak, kurwa, impossible.
I mnie straszy, że będę musiała na własny koszt robić to badanie, bo nie wpuściłam ekipy. Jak, kurwa, nie wspuściłam? Next time sznurek za drzwi wyrzucę i do ręki sobie przywiążę. Będą ciągnąć, żeby się dostać.
Aaaa...
Mam zepsuty domofon.
No, kurwa, AUDYT domofonu był, jak u mnie był Inżynier. Siedzieliśmy w godzinach od do na dupie. Inżynier słuch ma wzorcowy.
Ooooo, to zgłoszę, że ma pani zepsuty domofon.
A kij wam w oko, bo w dupę byście przyjemność mieli.
Nie zależy mi na domofonie. Ze znajomymi się umawiam, kto ma wejść, wejdzie, a akwizytorów mam w poważaniu.
Ale mniejsza z większym.
Pojechałam do pracy. Jutro zamykanie, ale oczywiście nic nie było.
Więc w tył zwrot i do domu.
SMS do gazownika.
Cisza.
A pierdzistołkowa mówiła, że on kumaty.
No dobra, rajd do spółdzielni.
Pierdzistołkowa dzwoni: "Panie Marianie, pan wie...".
Pan wiedział,
Powiedziałam, że jestem w domu o 16 i ani minuty dłużej.
Byli o 16.
Wychodzili 16.03, a ja dwa autografy złożyłam.
Na dwóch listach.
Niech mnie ktoś, kurwa, zabije, jak można tak ludziom nie szanować czasu?
Ponoć co nas nie zabije, to nas wzmocni, ale...

Nienawidzę niepunktualności i lekceważenia. Jeżeli facet mnie kojarzy,a  kojarzy, to powinien dzwonić jak do pożaru, co nie?
A nie marnować mój czas.

Jedyna dobra rzecz z tej awantury, to że sąsiadka z przeciwka weźmie moją starą lodówkę, bo jej przydasię.
Na zdrowie, odpada mi wywożenie i inne takie tam.
Zabierze, ja sprzątnę kąt i wstawimy nową.
Proste?
Nie, kurwa, nic nie jest proste.
Rozmawiam na czacie z panią.
Wiem, co chcę.
Oczywiście, dopłacę za wniesienie i wypoziomowanie, trudno, żebym sama wnosiła lodówkę na moje piętro, nawet mając windę.
Gdzie jest haczyk?
Wnoszenie i poziomowanie można zalatwić tylko telefonicznie.
Fuck you.

Jak na złość padło mi gniazdko w ajfoniku. Nie ma sprawy. Naprawa drobiazg, 350 zł.
A w sumie na kij mi to, skoro mam mp3?
Żeby raz na sto lat umówić się z wnoszącym lodówkę?

Niech mnie, ktoś, kurwa, zabije i powie, że mam życie usłane różami. Bez kolców :P