ostatni dzień stycznia, Kochany Pamiętniczku.
Jutro spadnie pierwsza kartka z kalendarza w tym roku.
Wykończona jestem, chciałam wypisać urlop na poniedziałek i wtorek, a tu zonk: jestem potrzebna do kolejnego ekstrasa.
Dziś miałam pracować chwilę z domu. I OK, pracowałam chwilę, ale na tę chwilę czekałam, gnijąc przy kompie... pięć godzin.
Jestem ciekawa, jaka będzie wypłata w lutym, bo w styczniu była goła, jak święty turecki.
Synowa od Pierworodnego napaliła się na Skype, jak szczerbaty na suchary, bo myślała, że już jest kasa w zasięgu ręki.
Ano nie ma.
Ale Inżynier na wieść o tym, ile wydałam na adwokata od razu chciał oddawać kasę, a Pierworodny westchnął głęboko "o kurka" i to wszystko w temacie.
Ale pisała, że muszą kupić Małej Wiedźmie rower teraz zaraz już, bo stary się rozwala. Rower miała dostać na urodziny, a ja obiecałam dołożyć do interesu, bo po co mam kupować byle co, skoro może być coś? Więc takie było zainteresowanie, czy dołożę teraz. Dołożyłam, choć też mnie wkurzyło, bo Inżynier wykładał, ale nie chce zwrotu w funtach, które mam i leżą bezproduktywnie, tylko w złotówkach, których teraz za dużo nie mam.
Nevermind.
I Papryczkowi kupują hulajnogę, bo chce. Na kij? Nie zapytałam, ale... Na Gwiazdkę dostał rower, taki, co się na nim odpycha i idzie. Więc na co mu na gwałt hulajnoga? Skoro rower bardzo lubi?
Nie ogarniam.
Nie wezmą bramki od Pierworodnego dla Alienka. Bo muszą mieć bramkę z przejściem dla kota.
Specjalną.
Starzeję się, Kochany Pamiętniczku.
Całe życie starałam się nie srać wyżej, jak dupę miałam.
I coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że gdzieś popełniłam błąd w wychowaniu chłopców.
Duży błąd.
Niewybaczalny.
A Baran w Afryce znalazł w sklepie na półce
LOL :)
Śni mi się Eks. Niefajnie. W tych niedobrych sytuacjach. Kiedy było źle. Budzę się zlana zimnym potem i siłą wstrzymuję się, by nie biec i nie sprawdzać, czy drzwi są zamknięte, nie patrzeć w wizjer...
Mam dość.
środa, 31 stycznia 2018
poniedziałek, 29 stycznia 2018
Japierdolę
Kochany Pamiętniczku.
Naorałam się, jak łysy mrówek w ten weekend, ogarniając dwie książki.
Ostatnim rzutem na taśmę zrobiłam ten pieprzony indeks, a nogi wieczorem miałam jak dwie kłody od siedzenia przed kompem. Spuchnięte i słoniowate.
Dziś tuptam do pracki, a jakże, na luzie, nie na dziewiątą, blog broń.
I co?
Gówno.
Ani jeden redaktor, ani drugi rękawów sobie nie wyrywał i nic nie było gotowe.
To ja pierdolę.
Że po południu będzie.
To poczeka. Na mnie, bo ja wrócę jutro i to nie na dziewiątą. Wrócę, jak będę, a kiedy będę, nie wiem.
Ale jak to, dzisiaj już nie wrócę?
Nie, bo nie mogę.
Ale jak to?
Ano tak to :)
Skoro ja mogłam - blog wie, czy nie za friko - ryć trzy dni, to i oni mogą poczekać.
Rybka mi, że termin i drukarnia :)
Tym bardziej, że odwalam cudzą robotę i gdyby mieli odrobinę przyzwoitości to dobre wino czy inną łapówkę od siebie by dali.
To ja łaskę robię im, nie oni mnie.
I pomaszerowałam w siną dal, w siną dal do adwokata.
Dupy nie urwało, dziurę w kieszeni zrobiło (całość tysiąc złotych, więc ponad połowa mojej pensji), ale wreszcie coś drgnęło. W sensie, że ponagli, sprawdzi w sądzie, nadzór kuratorski też sprawdzi i w bankach.
Pytał mnie o adres kuratora, powiedziałam, że popytam, ale jak usłyszałam cenę za usługę, stwierdziłam, że niech sobie szukają sami, a co ja się będę w rodzinie Eksa wywnętrzała, że jakoś działam.
Chłopcy na razie nie muszą na gwałt lądować w kraju.
Mamy się w US wyspowiadać z tego, co jest w garści, czyli z mieszkania, a reszta, czyli gołąb na dachu - ma umocowanie w papierach, że pytamy, a tu dupa.
Jak coś, korekta do US i niech ganiają szwagra.
O ile już kasy nie wyprowadził.
Rybka mi to, chcę mieć święty spokój.
Karma to suka.
I tyle.
W następnym życiu idę na prawo.
Tak, wiem, to zamknięty klan.
A że piździ dziś, jak za cara na Skieletczyźnie, to wiadomo, biednemu zawsze wiatr w oczy.
Ale ponoć gdzieś w wiosce są już pąki na magnolii, a i ja po drodze widzę, że forsycje już wiosenne pędy mają...
Z nadzieją na doczekanie kolejnej wiosny pozostaję, Kochany Pamiętniczku.
Baran i Postman wylądowali w Gabonie czy w innej Zambii i nawet internet mają :D
Naorałam się, jak łysy mrówek w ten weekend, ogarniając dwie książki.
Ostatnim rzutem na taśmę zrobiłam ten pieprzony indeks, a nogi wieczorem miałam jak dwie kłody od siedzenia przed kompem. Spuchnięte i słoniowate.
Dziś tuptam do pracki, a jakże, na luzie, nie na dziewiątą, blog broń.
I co?
Gówno.
Ani jeden redaktor, ani drugi rękawów sobie nie wyrywał i nic nie było gotowe.
To ja pierdolę.
Że po południu będzie.
To poczeka. Na mnie, bo ja wrócę jutro i to nie na dziewiątą. Wrócę, jak będę, a kiedy będę, nie wiem.
Ale jak to, dzisiaj już nie wrócę?
Nie, bo nie mogę.
Ale jak to?
Ano tak to :)
Skoro ja mogłam - blog wie, czy nie za friko - ryć trzy dni, to i oni mogą poczekać.
Rybka mi, że termin i drukarnia :)
Tym bardziej, że odwalam cudzą robotę i gdyby mieli odrobinę przyzwoitości to dobre wino czy inną łapówkę od siebie by dali.
To ja łaskę robię im, nie oni mnie.
I pomaszerowałam w siną dal, w siną dal do adwokata.
Dupy nie urwało, dziurę w kieszeni zrobiło (całość tysiąc złotych, więc ponad połowa mojej pensji), ale wreszcie coś drgnęło. W sensie, że ponagli, sprawdzi w sądzie, nadzór kuratorski też sprawdzi i w bankach.
Pytał mnie o adres kuratora, powiedziałam, że popytam, ale jak usłyszałam cenę za usługę, stwierdziłam, że niech sobie szukają sami, a co ja się będę w rodzinie Eksa wywnętrzała, że jakoś działam.
Chłopcy na razie nie muszą na gwałt lądować w kraju.
Mamy się w US wyspowiadać z tego, co jest w garści, czyli z mieszkania, a reszta, czyli gołąb na dachu - ma umocowanie w papierach, że pytamy, a tu dupa.
Jak coś, korekta do US i niech ganiają szwagra.
O ile już kasy nie wyprowadził.
Rybka mi to, chcę mieć święty spokój.
Karma to suka.
I tyle.
W następnym życiu idę na prawo.
Tak, wiem, to zamknięty klan.
A że piździ dziś, jak za cara na Skieletczyźnie, to wiadomo, biednemu zawsze wiatr w oczy.
Ale ponoć gdzieś w wiosce są już pąki na magnolii, a i ja po drodze widzę, że forsycje już wiosenne pędy mają...
Z nadzieją na doczekanie kolejnej wiosny pozostaję, Kochany Pamiętniczku.
Baran i Postman wylądowali w Gabonie czy w innej Zambii i nawet internet mają :D
piątek, 26 stycznia 2018
I nie jestem
pewien sam, jak to jest, Kochany Pamiętniczku...
Zakupy poczyniłam w kurcgalopku i krowy ogarnęłam, aczkolwiek od oglądania krowich pip w technikolorze rzygać się chce. Ale i tak to jeszcze nie wszystko. I jak zwykle redaktor rękawów nie wyrywał, bo po co?
W sumie co mnie to, nie odpowiadam za merytoryczne.
Ale jakoś nie umiem nie wytknąć krzywym pazurem (na szczęście nieobgryzionym)...
Chwastów jedna czwarta ogarnięta, ale mam jeszcze dwa dni, a nigdzie nie będę już wychodziła, mam wszystko. Nawet półtuszę karpia mam (MLASK). Odbiję sobie wigilię :P A tak wlazłam do rybnego i majątek zostawiłam. Trudno. Pracuję z zaparciem, muszę jeść.
Fajnie się w domu pracuje, nikt mi za drzwiami nie miga, nie puka, w kiblu mój bałagan i jest cudnie :P
Jutro w przerwach ogarnę tę kuwetę, żeby nie zwariować od roboty, mam nadzieję, że do niedzieli skończę, a jak nie, to wola boska i skrzypce. Mam czas do środy jeszcze. Sama korekta to bułka z masłem, ale ten cholerny indeks, psiakostka. W Wordzie jednak lepiej, sam szuka, nie trzeba sterty kartek przewalać i szukać kolejnej pozycji, no ale trzeba najpierw część nazwy w szukaja wrzucić. I skandal, bo moje uwielbiane bratki zaliczane są do chwastów! Tak. A jakie piękne mają nazwy:
I moją ukochaną wycieraczkę, a raczej dwie, chyba do śmietnika wywalę. Sąsiadka ma rudego sierściucha, którego wypuszcza na korytarz. Zrobił sobie z mojej kokosowej wycieraczki drapak, a druga, taka materiałowa jest cała zawalona sierścią. Zresztą cały korytarz w sierści ujebany. Jutro mój dyżur, a że w grudniu nie sprzątałam, bo mnie nie było, to się poczuwam, bo na naszym pietrze ludzie w kratkę sprzątają.
Ta od kota nigdy, ona nawet mieszkania nie sprząta, ma sprzątaczkę.
Wyższe sfery. A reszta takie staruchowo jak ja. I taka nędza z bidą, co sama do końca zapiernicza.
Sąsiadka z lewej mnie martwi.
Ma już demencję i to na maksa. Wciąż zadaje te same pytania, miła, uśmiechnięta, jutro nie będzie pamiętała, o czym rozmawiałyśmy dziś.
Ma męża, ale facet też schorowany.
Życie.
Co pan zrobisz, jak nic nie zrobisz?
Okna brudne jak cholera, ale nie dam rady ich umyć, póki nie zamknę tego cholerstwa, więc trudno. Potem wezmę urlop za nadgodziny i za 6 lutego, pójdę do pracy na 6 dni tylko, a co. Dam radę, a resztę mam w dupie :P
Pojemną mam tę dupę, co nie? :)
Zakupy poczyniłam w kurcgalopku i krowy ogarnęłam, aczkolwiek od oglądania krowich pip w technikolorze rzygać się chce. Ale i tak to jeszcze nie wszystko. I jak zwykle redaktor rękawów nie wyrywał, bo po co?
W sumie co mnie to, nie odpowiadam za merytoryczne.
Ale jakoś nie umiem nie wytknąć krzywym pazurem (na szczęście nieobgryzionym)...
Chwastów jedna czwarta ogarnięta, ale mam jeszcze dwa dni, a nigdzie nie będę już wychodziła, mam wszystko. Nawet półtuszę karpia mam (MLASK). Odbiję sobie wigilię :P A tak wlazłam do rybnego i majątek zostawiłam. Trudno. Pracuję z zaparciem, muszę jeść.
Fajnie się w domu pracuje, nikt mi za drzwiami nie miga, nie puka, w kiblu mój bałagan i jest cudnie :P
Jutro w przerwach ogarnę tę kuwetę, żeby nie zwariować od roboty, mam nadzieję, że do niedzieli skończę, a jak nie, to wola boska i skrzypce. Mam czas do środy jeszcze. Sama korekta to bułka z masłem, ale ten cholerny indeks, psiakostka. W Wordzie jednak lepiej, sam szuka, nie trzeba sterty kartek przewalać i szukać kolejnej pozycji, no ale trzeba najpierw część nazwy w szukaja wrzucić. I skandal, bo moje uwielbiane bratki zaliczane są do chwastów! Tak. A jakie piękne mają nazwy:
Jack-jump-up-and-kiss-me i
Muttergottesschuh
I moją ukochaną wycieraczkę, a raczej dwie, chyba do śmietnika wywalę. Sąsiadka ma rudego sierściucha, którego wypuszcza na korytarz. Zrobił sobie z mojej kokosowej wycieraczki drapak, a druga, taka materiałowa jest cała zawalona sierścią. Zresztą cały korytarz w sierści ujebany. Jutro mój dyżur, a że w grudniu nie sprzątałam, bo mnie nie było, to się poczuwam, bo na naszym pietrze ludzie w kratkę sprzątają.
Ta od kota nigdy, ona nawet mieszkania nie sprząta, ma sprzątaczkę.
Wyższe sfery. A reszta takie staruchowo jak ja. I taka nędza z bidą, co sama do końca zapiernicza.
Sąsiadka z lewej mnie martwi.
Ma już demencję i to na maksa. Wciąż zadaje te same pytania, miła, uśmiechnięta, jutro nie będzie pamiętała, o czym rozmawiałyśmy dziś.
Ma męża, ale facet też schorowany.
Życie.
Co pan zrobisz, jak nic nie zrobisz?
Okna brudne jak cholera, ale nie dam rady ich umyć, póki nie zamknę tego cholerstwa, więc trudno. Potem wezmę urlop za nadgodziny i za 6 lutego, pójdę do pracy na 6 dni tylko, a co. Dam radę, a resztę mam w dupie :P
Pojemną mam tę dupę, co nie? :)
wtorek, 23 stycznia 2018
Nie płacz
maleńka, szkoda łez. W samo sedno Kochany Pamiętniczku...
Aż szkoda mi palców na stukanie, całe życie z debilami. Mówiłam w grudniu, że nie zrobię książki, to na kolanach prawie błagał, a i Bossowi "tylko Stara Jędza".
Miało być gotowe, zapięte na ostatni guzik, po zamknięciu numerku miałam usiąść i spokojnie zrobić, rezerwowałam sobie 4 dni na ten pierdolony indeks.
I co?
Wszystko w polu.
Zamykamy 30 stycznia, a i 30 stycznia do drukarni idzie bydło. Kobieta od krówsk się sprężyła i OK, to co zostało zrobię w jeden dzień z palcem w dupie.
Ale książka?
Pierdolę, nie robię. Powiedziałam wprost, że nie zrobię, bo nie. Nie Bossowi. Ale redaktorowi. Nie płacą mi za odwalanie jego roboty, a że nie zorganizował?
W dupie to mam.
Niech sam siedzi i kombinuje, jak przewalić indeks. Mi to rybka. Uczciwie zrobiony indeks ma sprawdzany każdy odsyłacz. Jak stron jest 300, a odsyłaczy średnio na nich 10, to ile razy trzeba to sprawdzić?
Może mnie w dupę pocałować. Normalnie sprawdzają to dwie osoby przez tydzień.
Mam wyjebane.
No a i warzywka też dały dupy. Ale o 17 zwinęłam się i pojechałam do domu. Nie płacą mi za czekanie, płacą za robotę. Roboty było na dwie godziny, czekałam sześć. To mi się kompletnie nie opłaca, czas to pieniądz.
Z adwokatem umówiłam się na poniedziałek, nie wygląda to różowo, a facet jak katarynka odpowiada: ale odebrał pismo, czym mnie wkurwia.
Szwagier wałek sobie robi, trzeba będzie dać sprawę do sądu, mimo pierdolenia o Szopenie, że się zmienił.
Od razu wiedziałam, że złotówki z ręki nie wypuści, a ja nie mam ochoty na kilkunastoletnie procesy. Niech sobie weźmie te pieniądze. Mnie one na nic. Dzieci żal, ale powinny mnie od razu posłuchać, a nie mówić, że piszę scenariusze, że się zmienił. Tacy jak on się nie zmieniają, a już w tej rodzinie nigdy. Jedyne co zostanie, to mieszkanie po mnie. Chociaż tyle.
Rozliczenie ze spółdzielni przyszło i że mam 133 niedopłaty. WTF?
A. Za liczniki. Ponoć była faktura gdzieś podpięta, ale nie zauważyłam. Sama się dziwiłam, że liczniki założone, a faktury nie ma, ale co tam, nie ma, nie płacę. Nie chce mi się jej nawet szukać, zapłacę.
Lezę zapłacić i szok.
Trzymałam chcicę na wodzy, a tu kilka stów mniej.
A.
Prowizja za kredyt odnawialny...
Jak co roku. Nie chcę z niego rezygnować, bo własne oszczędności mam, ale mikre, a tu nie wiadomo, co wyskoczy w związku ze sprawą.
Więc zamiast wydać kilka stów na szaleństwo płacę haracz bankowi.
Ale fajnie, że mam z czego.
I zabezpieczenie jak coś.
Życie kosztuje.
A z fajniejszych rzeczy.
Jojczałam o Dzień Babci.
A tu w niedzielę Inżynier puka o audiencję. Audiencję otwiera Alienek, gapiący się na monitorek jak sroka w kość i speach Inżyniera, że Alienek taki zawstydzony, że go zatkało, więc on mówi i blablabla... a mi łezka kap, kap, kap, i gadam do Alienka, a Bandyta Jeden banana na mordke wciąga i "baba" i sruu do monitorka.
Tak, wiem, głupia jestem :)
A dziś wreszcie ze szpary unijnej wyciągnęłam
Wzruszona, że im się chciało. Że Alienka uczą.
Bo od Pierworodnego nigdy nie pamiętali i nie uczą.
Wróć.
W tym roku się szarpnęli i wieczorem na Hangoucie napisał, że od Papryczka i Małej Wiedźmy.
Doceniam.
Ale...
Tam już bez problemu mogli te laurki skombinować. Mała Wiedźma nawet pisać ładnie umie. A Papryczek mógł coś narysować.
Nevermind.
Słowa jak sztuczny miód, erzatz, cholera, nie życie...
Miał być raj, miał być miód i ćwiartka na popicie...
Aż szkoda mi palców na stukanie, całe życie z debilami. Mówiłam w grudniu, że nie zrobię książki, to na kolanach prawie błagał, a i Bossowi "tylko Stara Jędza".
Miało być gotowe, zapięte na ostatni guzik, po zamknięciu numerku miałam usiąść i spokojnie zrobić, rezerwowałam sobie 4 dni na ten pierdolony indeks.
I co?
Wszystko w polu.
Zamykamy 30 stycznia, a i 30 stycznia do drukarni idzie bydło. Kobieta od krówsk się sprężyła i OK, to co zostało zrobię w jeden dzień z palcem w dupie.
Ale książka?
Pierdolę, nie robię. Powiedziałam wprost, że nie zrobię, bo nie. Nie Bossowi. Ale redaktorowi. Nie płacą mi za odwalanie jego roboty, a że nie zorganizował?
W dupie to mam.
Niech sam siedzi i kombinuje, jak przewalić indeks. Mi to rybka. Uczciwie zrobiony indeks ma sprawdzany każdy odsyłacz. Jak stron jest 300, a odsyłaczy średnio na nich 10, to ile razy trzeba to sprawdzić?
Może mnie w dupę pocałować. Normalnie sprawdzają to dwie osoby przez tydzień.
Mam wyjebane.
No a i warzywka też dały dupy. Ale o 17 zwinęłam się i pojechałam do domu. Nie płacą mi za czekanie, płacą za robotę. Roboty było na dwie godziny, czekałam sześć. To mi się kompletnie nie opłaca, czas to pieniądz.
Z adwokatem umówiłam się na poniedziałek, nie wygląda to różowo, a facet jak katarynka odpowiada: ale odebrał pismo, czym mnie wkurwia.
Szwagier wałek sobie robi, trzeba będzie dać sprawę do sądu, mimo pierdolenia o Szopenie, że się zmienił.
Od razu wiedziałam, że złotówki z ręki nie wypuści, a ja nie mam ochoty na kilkunastoletnie procesy. Niech sobie weźmie te pieniądze. Mnie one na nic. Dzieci żal, ale powinny mnie od razu posłuchać, a nie mówić, że piszę scenariusze, że się zmienił. Tacy jak on się nie zmieniają, a już w tej rodzinie nigdy. Jedyne co zostanie, to mieszkanie po mnie. Chociaż tyle.
Rozliczenie ze spółdzielni przyszło i że mam 133 niedopłaty. WTF?
A. Za liczniki. Ponoć była faktura gdzieś podpięta, ale nie zauważyłam. Sama się dziwiłam, że liczniki założone, a faktury nie ma, ale co tam, nie ma, nie płacę. Nie chce mi się jej nawet szukać, zapłacę.
Lezę zapłacić i szok.
Trzymałam chcicę na wodzy, a tu kilka stów mniej.
A.
Prowizja za kredyt odnawialny...
Jak co roku. Nie chcę z niego rezygnować, bo własne oszczędności mam, ale mikre, a tu nie wiadomo, co wyskoczy w związku ze sprawą.
Więc zamiast wydać kilka stów na szaleństwo płacę haracz bankowi.
Ale fajnie, że mam z czego.
I zabezpieczenie jak coś.
Życie kosztuje.
A z fajniejszych rzeczy.
Jojczałam o Dzień Babci.
A tu w niedzielę Inżynier puka o audiencję. Audiencję otwiera Alienek, gapiący się na monitorek jak sroka w kość i speach Inżyniera, że Alienek taki zawstydzony, że go zatkało, więc on mówi i blablabla... a mi łezka kap, kap, kap, i gadam do Alienka, a Bandyta Jeden banana na mordke wciąga i "baba" i sruu do monitorka.
Tak, wiem, głupia jestem :)
A dziś wreszcie ze szpary unijnej wyciągnęłam
Wzruszona, że im się chciało. Że Alienka uczą.
Bo od Pierworodnego nigdy nie pamiętali i nie uczą.
Wróć.
W tym roku się szarpnęli i wieczorem na Hangoucie napisał, że od Papryczka i Małej Wiedźmy.
Doceniam.
Ale...
Tam już bez problemu mogli te laurki skombinować. Mała Wiedźma nawet pisać ładnie umie. A Papryczek mógł coś narysować.
Nevermind.
Słowa jak sztuczny miód, erzatz, cholera, nie życie...
Miał być raj, miał być miód i ćwiartka na popicie...
piątek, 19 stycznia 2018
Wschodami
gwiazd i zachodami odmierzam czas, Kochany Pamiętniczku :)
Za mną kolejny numer, kilka dni spokoju, we wtorek wracam już, bo tak i tak się to w kółko kręci, dookoła Wojtek.
W dniu zamykania zapowiadali atak Fryderyki, no i faktycznie nadeszła.
Ponieważ od grudnia noszę w portfelu stówę, której nie mam gdzie wydać, postanowiłam, że wrócę do domu taksówką, a co, 20 zł nie majątek.
Kolega słysząc to mówi, że mnie podwiezie, a potem sobie autostradą do domu wróci, ale... musiałabym na niego poczekać, aż okeje postawi. Więc nie przypominałam mu się nawet.
Wyszłam z pracy i patrząc na mokre płaty śniegu stwierdziłam, że jednak nie, że bimba.
Nacisnąwszy kaptur na łysą główkę, pomaszerowałam lewa prawa lewa prawa w siną dal, znaczy się do przystanku. Samochody sunęły jakby im ktoś hamulcem gazu dodawał :)
Dotarłam do domu, bimby na szczęście jeździły jeszcze bezawaryjnie, zakupy jeszcze po drodze w Biedronce zrobiłam.
W charakterze bałwana dotarłam, szusem do łazienki, żeby nie zalać paneli w przedpokoju, śniegu na płaszczu było tyle, że od razu do pralki wrzuciłam, bo się stopić tego nie dało :) Łysa główka była też mokra, jak po kąpieli, mimo kaptura, a cycki mokrzuteńkie od śniegu, który wpadał mi za kołnierz mimo zasuniętego suwaka. Skórzane rękawiczki mokre na wylot. A od pętli do domu mam 15 minut spacerkiem, teraz szłam ponad pół godziny.
SMS doszedł, że autobusy mają ponad 70 minut opóźnienia.
Później napisałam do kolegi od podwózki, półtorej godziny już jechał do domu, tkwiąc w korku.
A autobus, który odjeżdżał z pętli spotkałam w połowie drogi, już po zrobieniu zakupów i byłam w domu szybciej, niż gdybym nim jechała.
A tu już Fryderyka po przejściu, a ja bezpieczna w domu. U nas wielkiego wiatru nie było, ale tak okropnej zawiei nie pamiętam, jak żyję.
No nic, zawsze jest ten pierwszy raz.
Dziś poleniuchowałam do południa, pościel zmieniłam, pogniłam w łóżku z filmikiem (dziękuję Chłopcy za kabelek, 1,8 metra, WOW) i poszłam po zakupy, bo w lodówce światło z nudów bawiło się samo ze sobą w chowanego :)
Zaszalałam i wydałam więcej, niż ustawa przewiduje, ale w końcu coś mi się należy od życia za te zakręty, zaułki i zawirowania, co nie?
I tak
kilo wołowiny, prawda, że piękna? Poczułam chcicę na jej widok, bo do dziś mi się odbija makaron z tofu, na który dałam się namówić w pracy panu Kanapkowemu. Jak wege mogą to jeść, nie rozumiem absolutnie. Nigdy więcej tofu do ust nie wezmę. Sikami mi smakował :) A taki zraz plus czerwona kapustka i surówka z kiszonej kapustki, plus kluski śląskie, bo co sobie będę żałować :)
A dupa rośnie i szumi... Na dwa-trzy dni starczy, bo to cztery zrazy będą :)
A dla wege wszystko, nawet pasta do zębów, LOL :)
W drogerii zaszalałam, bo...
No co, Dzień Babci niedługo, a że moje wnuki (znaczy się, ich rodzice, bo one jeszcze za małe na to, no i nienauczone) nigdy mi nie babciują, to pobabciowałam sobie sama :)
Przecenione o połowę (a może tylko sztuczka marketingowa), nie było testera, ale nie żałuję, ładnie pachnie, delikatnie, no i puszkę będę miała :)
Kto bogatemu zabroni?
Nie sprzątałam dziś, ogarnęłam i omiotłam tylko wzrokiem, okulary zdjęłam i...
Coraz ciężej znoszę kolejne szarpaniny. A jeszcze ekstras i książka. Ale to już na moich warunkach i nie ma, że muszę czekać. To oni na mnie czekają.
A potem znowu codzienności kurz... I znów to jedno masz ze świata, niezmienną pewność własnych wad...
Ale... Jest cudnie. Właśnie przypomniałam sobie, jak to było w młodości: krzywy nos, zbyt kręcone włosy, zbyt duża dupa, zbyt małe cycki, zbyt wystający brzuch.
A teraz patrzę na swoje fotki i mówię: WTF, coś ty taka pojebana była?
A dziś? Mam ten sam krzywy nos, zmarszczki, łysinę, dupę z 5 razy większą niż wtedy, bebech jak bęben, nogi opuchnięte, cycków dalej ze świecą szukać i co?
Nie patrzę godzinami w lustro, boby pękło biedne, zresztą jakie to ma znaczenie?
Ważne, że rano boli mnie każda kosteczka, bo znaczy to, że jeszcze żyję :D
Za mną kolejny numer, kilka dni spokoju, we wtorek wracam już, bo tak i tak się to w kółko kręci, dookoła Wojtek.
W dniu zamykania zapowiadali atak Fryderyki, no i faktycznie nadeszła.
Ponieważ od grudnia noszę w portfelu stówę, której nie mam gdzie wydać, postanowiłam, że wrócę do domu taksówką, a co, 20 zł nie majątek.
Kolega słysząc to mówi, że mnie podwiezie, a potem sobie autostradą do domu wróci, ale... musiałabym na niego poczekać, aż okeje postawi. Więc nie przypominałam mu się nawet.
Wyszłam z pracy i patrząc na mokre płaty śniegu stwierdziłam, że jednak nie, że bimba.
Nacisnąwszy kaptur na łysą główkę, pomaszerowałam lewa prawa lewa prawa w siną dal, znaczy się do przystanku. Samochody sunęły jakby im ktoś hamulcem gazu dodawał :)
Dotarłam do domu, bimby na szczęście jeździły jeszcze bezawaryjnie, zakupy jeszcze po drodze w Biedronce zrobiłam.
W charakterze bałwana dotarłam, szusem do łazienki, żeby nie zalać paneli w przedpokoju, śniegu na płaszczu było tyle, że od razu do pralki wrzuciłam, bo się stopić tego nie dało :) Łysa główka była też mokra, jak po kąpieli, mimo kaptura, a cycki mokrzuteńkie od śniegu, który wpadał mi za kołnierz mimo zasuniętego suwaka. Skórzane rękawiczki mokre na wylot. A od pętli do domu mam 15 minut spacerkiem, teraz szłam ponad pół godziny.
SMS doszedł, że autobusy mają ponad 70 minut opóźnienia.
Później napisałam do kolegi od podwózki, półtorej godziny już jechał do domu, tkwiąc w korku.
A autobus, który odjeżdżał z pętli spotkałam w połowie drogi, już po zrobieniu zakupów i byłam w domu szybciej, niż gdybym nim jechała.
A tu już Fryderyka po przejściu, a ja bezpieczna w domu. U nas wielkiego wiatru nie było, ale tak okropnej zawiei nie pamiętam, jak żyję.
No nic, zawsze jest ten pierwszy raz.
Dziś poleniuchowałam do południa, pościel zmieniłam, pogniłam w łóżku z filmikiem (dziękuję Chłopcy za kabelek, 1,8 metra, WOW) i poszłam po zakupy, bo w lodówce światło z nudów bawiło się samo ze sobą w chowanego :)
Zaszalałam i wydałam więcej, niż ustawa przewiduje, ale w końcu coś mi się należy od życia za te zakręty, zaułki i zawirowania, co nie?
I tak
kilo wołowiny, prawda, że piękna? Poczułam chcicę na jej widok, bo do dziś mi się odbija makaron z tofu, na który dałam się namówić w pracy panu Kanapkowemu. Jak wege mogą to jeść, nie rozumiem absolutnie. Nigdy więcej tofu do ust nie wezmę. Sikami mi smakował :) A taki zraz plus czerwona kapustka i surówka z kiszonej kapustki, plus kluski śląskie, bo co sobie będę żałować :)
A dupa rośnie i szumi... Na dwa-trzy dni starczy, bo to cztery zrazy będą :)
A dla wege wszystko, nawet pasta do zębów, LOL :)
W drogerii zaszalałam, bo...
No co, Dzień Babci niedługo, a że moje wnuki (znaczy się, ich rodzice, bo one jeszcze za małe na to, no i nienauczone) nigdy mi nie babciują, to pobabciowałam sobie sama :)
Przecenione o połowę (a może tylko sztuczka marketingowa), nie było testera, ale nie żałuję, ładnie pachnie, delikatnie, no i puszkę będę miała :)
Kto bogatemu zabroni?
Nie sprzątałam dziś, ogarnęłam i omiotłam tylko wzrokiem, okulary zdjęłam i...
Coraz ciężej znoszę kolejne szarpaniny. A jeszcze ekstras i książka. Ale to już na moich warunkach i nie ma, że muszę czekać. To oni na mnie czekają.
A potem znowu codzienności kurz... I znów to jedno masz ze świata, niezmienną pewność własnych wad...
Ale... Jest cudnie. Właśnie przypomniałam sobie, jak to było w młodości: krzywy nos, zbyt kręcone włosy, zbyt duża dupa, zbyt małe cycki, zbyt wystający brzuch.
A teraz patrzę na swoje fotki i mówię: WTF, coś ty taka pojebana była?
A dziś? Mam ten sam krzywy nos, zmarszczki, łysinę, dupę z 5 razy większą niż wtedy, bebech jak bęben, nogi opuchnięte, cycków dalej ze świecą szukać i co?
Nie patrzę godzinami w lustro, boby pękło biedne, zresztą jakie to ma znaczenie?
Ważne, że rano boli mnie każda kosteczka, bo znaczy to, że jeszcze żyję :D
niedziela, 14 stycznia 2018
A potem
znowu codzienności kurz, Kochany Pamiętniczku.
Cieknący kaloryfer, dodupna lodówka i pierdyliard rzeczy nie do przeskoczenia.
Zostajesz sam, kolejny raz, wsłuchany w mijający czas.
I kiedy po próbie mówienia słyszysz podniesiony głos i że mogę to, kurwa, sama ogarnąć, bo jutro w grudniu po południu...
Więc ogarniasz, zastanawiając się, po chuja to wszystko?
No właśnie, po chuja się wysilać?
Mam dość bycia bohaterką we własnym teatrze.
Bo będę potrzebna, a jakże, żeby innym było łatwiej.
No to zapierdalam pod tę górkę, turlając kamolek i...
Otwieram szeroko ramiona tuż przed szczytem.
Pierdolę, nie pcham.
Cieknący kaloryfer, dodupna lodówka i pierdyliard rzeczy nie do przeskoczenia.
Zostajesz sam, kolejny raz, wsłuchany w mijający czas.
I kiedy po próbie mówienia słyszysz podniesiony głos i że mogę to, kurwa, sama ogarnąć, bo jutro w grudniu po południu...
Więc ogarniasz, zastanawiając się, po chuja to wszystko?
No właśnie, po chuja się wysilać?
Mam dość bycia bohaterką we własnym teatrze.
Bo będę potrzebna, a jakże, żeby innym było łatwiej.
No to zapierdalam pod tę górkę, turlając kamolek i...
Otwieram szeroko ramiona tuż przed szczytem.
Pierdolę, nie pcham.
piątek, 12 stycznia 2018
Każde z nas
do swoich spraw, Kochany Pamiętniczku, taki life :)
I dobrze.
Ogarniam powoli te kuwetę, znaczy się ciałko sterane życiem doprowadzam do pionu, opryszczka, która wyłazi mi zawsze po zmęczeniu i stresie powoli znika, wyglądam już jak człowiek, młodzież z obłędem w oczach nie ustępuje mi miejsca w pojazdach komunikacji miejskiej. Teraz ustępują z uśmiechem na ustach, choć w sercu ból, na co ja grzecznie odpowiadam, że thank you, very match, jadę tylko dwa przystanki i z rozkoszą postoję, aczkolwiek doceniam, że szanują moją łysą głowę.
Śpię już bez problemów i wstaję rączo, nie szukając mebla, w który mogę wbić szpony, żeby się zwlec. Jako i spodnie wciągam na tłustą dupę, nie kombinując jak koń pod górkę, którą nogę wsadzić najpierw i jak nawlec kolejną nogawkę.
Znaczy się, chyba jeszcze trochę pożyję, bo kto to tak do końca wie?
Myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny.
Ale włażenie do wanny bez sztuczek to tez frajda.
Inna para kaloszy, że parę sztuczek mam opanowanych. Zwłaszcza tych w UK, gdzie wrogiem mi szyba od prysznica, ale nie ze mną te numery, Brunner, nic nie potłukłam, ani nie wyrwałam :P
Po zamknięciu techniki mam na wszystko wyjebane i dziś o 12.50, lecąc z kibelka, na uśmiech kolegi (od techniki, a jakże) i słowa: za godzinę coś będę miał dla pani, zarechotałam szyderczo i odrzekłam: w poniedziałek, panie J., w poniedziałek się zrobi, pracuję dziś do 13 :) Jego mina bezcenna. Ale i z tymi godzinami mam znów sporo nadgodzin, a i emilek o nowej ekipie sprzątającej, która w sumie nic sprzątać nie musi poprawił mi humor. Skoro oni nie muszą, to dlaczego muszę ja? Zawsze mam na czas wszystko. Więc w dupie mam, że inni będą mieli później, bo będę pracowała w godzinach.
Bliższa koszula ciału, jak sukmana...
I jeszcze mam do odebrania dzień za 6 stycznia, bo takie mamy pojebane przepisy.
W Krotoszynie i okolicach zamknęli wszystkie przychodnie, bo personel odbiera wolne za 6 stycznia.
A ja, idiotka, odbieram urlop tak, by nie paraliżować cyklu wydawniczego...
Ale na bok sprawy pracowe, chociaż pracę szanuje i kocham, bo kaskę też lubię, a co? :) Kto bogatemu zabroni?
Pełnomocnictwo od Pierworodnego doszło, ponad tydzień po Inżynierowym, a już chciał nowe słać. Przynajmniej tam mówił Inżynierowi, bo do mnie ani be, ani me, ani kukuryku. Więc tracę te 20 groszy na SMS i piszę, że doszło, ma nie wysyłać. Piszę też na Messengerze do Synowej (Pierworodny tego ustrojstwa nie posiada), że doszło.
I co?
I nic ani be, ani me, ani kukuryku.
Piszę więc Inżynierowi. Pociesza.
Dzień później od Synowej: że SMS doszedł.
Kurwa mać.
Płacę za wszystko, bo oni nie mają kasy (ta, jak się w pieniądzach tarzam, nakrywam plikami banknotów, żeby mi nie było za zimno). Inżynier mówi, że dzielimy koszty, ale odmawiam, bo on też ma dziecko (może źle robię, ale on zawsze był i jest, na posterunku). Teraz, kiedy zaczęłam oddychać z lekka, śmierć Eksa wszystko wywaliła, ale oni też są w to zamieszani, w sensie, że dziedziczą chcąc nie chcąc, ich dzieci też.
Więc dlaczego tylko ja się czuję winna za całokształt?
Bo pozwoliłam mu, żeby ich zrobił?
Ale na sugestię wyskrobania ich w następnym życiu mówią stanowczo NIE, więc chyba nie było im tak źle do końca i lubią życie jako takie, jak i ja?
Więc dlaczego ja do usranej śmierci mam wszystko ogarniać?
Też mam chwilami dość.
Wszystkiego, nawet samej siebie.
A wystarczyłoby jedno dziękuję mamo za wiadomość.
A może tak zrobić, kurwa, wszystkim niespodziankę - bo naprawdę mam dość?
I już nie żal mi nieoglądniętych odcinków seriali i niedoczytanych książek.
W dupie wszystko mam, bardzo głęboko.
A moja trzynastoletnia dracena na łeb dostała
Czerwona wstążeczka wisi na nowej odnodze
A tu kolejna odnoga na starej gałęzi
Sama dracena tak rośnie, Baran mówi, że za dużo pije i dlatego pada...
Staram się, ale coraz mniej mi się chce...
.
I dobrze.
Ogarniam powoli te kuwetę, znaczy się ciałko sterane życiem doprowadzam do pionu, opryszczka, która wyłazi mi zawsze po zmęczeniu i stresie powoli znika, wyglądam już jak człowiek, młodzież z obłędem w oczach nie ustępuje mi miejsca w pojazdach komunikacji miejskiej. Teraz ustępują z uśmiechem na ustach, choć w sercu ból, na co ja grzecznie odpowiadam, że thank you, very match, jadę tylko dwa przystanki i z rozkoszą postoję, aczkolwiek doceniam, że szanują moją łysą głowę.
Śpię już bez problemów i wstaję rączo, nie szukając mebla, w który mogę wbić szpony, żeby się zwlec. Jako i spodnie wciągam na tłustą dupę, nie kombinując jak koń pod górkę, którą nogę wsadzić najpierw i jak nawlec kolejną nogawkę.
Znaczy się, chyba jeszcze trochę pożyję, bo kto to tak do końca wie?
Myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny.
Ale włażenie do wanny bez sztuczek to tez frajda.
Inna para kaloszy, że parę sztuczek mam opanowanych. Zwłaszcza tych w UK, gdzie wrogiem mi szyba od prysznica, ale nie ze mną te numery, Brunner, nic nie potłukłam, ani nie wyrwałam :P
Po zamknięciu techniki mam na wszystko wyjebane i dziś o 12.50, lecąc z kibelka, na uśmiech kolegi (od techniki, a jakże) i słowa: za godzinę coś będę miał dla pani, zarechotałam szyderczo i odrzekłam: w poniedziałek, panie J., w poniedziałek się zrobi, pracuję dziś do 13 :) Jego mina bezcenna. Ale i z tymi godzinami mam znów sporo nadgodzin, a i emilek o nowej ekipie sprzątającej, która w sumie nic sprzątać nie musi poprawił mi humor. Skoro oni nie muszą, to dlaczego muszę ja? Zawsze mam na czas wszystko. Więc w dupie mam, że inni będą mieli później, bo będę pracowała w godzinach.
Bliższa koszula ciału, jak sukmana...
I jeszcze mam do odebrania dzień za 6 stycznia, bo takie mamy pojebane przepisy.
W Krotoszynie i okolicach zamknęli wszystkie przychodnie, bo personel odbiera wolne za 6 stycznia.
A ja, idiotka, odbieram urlop tak, by nie paraliżować cyklu wydawniczego...
Ale na bok sprawy pracowe, chociaż pracę szanuje i kocham, bo kaskę też lubię, a co? :) Kto bogatemu zabroni?
Pełnomocnictwo od Pierworodnego doszło, ponad tydzień po Inżynierowym, a już chciał nowe słać. Przynajmniej tam mówił Inżynierowi, bo do mnie ani be, ani me, ani kukuryku. Więc tracę te 20 groszy na SMS i piszę, że doszło, ma nie wysyłać. Piszę też na Messengerze do Synowej (Pierworodny tego ustrojstwa nie posiada), że doszło.
I co?
I nic ani be, ani me, ani kukuryku.
Piszę więc Inżynierowi. Pociesza.
Dzień później od Synowej: że SMS doszedł.
Kurwa mać.
Płacę za wszystko, bo oni nie mają kasy (ta, jak się w pieniądzach tarzam, nakrywam plikami banknotów, żeby mi nie było za zimno). Inżynier mówi, że dzielimy koszty, ale odmawiam, bo on też ma dziecko (może źle robię, ale on zawsze był i jest, na posterunku). Teraz, kiedy zaczęłam oddychać z lekka, śmierć Eksa wszystko wywaliła, ale oni też są w to zamieszani, w sensie, że dziedziczą chcąc nie chcąc, ich dzieci też.
Więc dlaczego tylko ja się czuję winna za całokształt?
Bo pozwoliłam mu, żeby ich zrobił?
Ale na sugestię wyskrobania ich w następnym życiu mówią stanowczo NIE, więc chyba nie było im tak źle do końca i lubią życie jako takie, jak i ja?
Więc dlaczego ja do usranej śmierci mam wszystko ogarniać?
Też mam chwilami dość.
Wszystkiego, nawet samej siebie.
A wystarczyłoby jedno dziękuję mamo za wiadomość.
A może tak zrobić, kurwa, wszystkim niespodziankę - bo naprawdę mam dość?
I już nie żal mi nieoglądniętych odcinków seriali i niedoczytanych książek.
W dupie wszystko mam, bardzo głęboko.
A moja trzynastoletnia dracena na łeb dostała
A tu kolejna odnoga na starej gałęzi
Sama dracena tak rośnie, Baran mówi, że za dużo pije i dlatego pada...
Staram się, ale coraz mniej mi się chce...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)