[go: up one dir, main page]

środa, 30 listopada 2016

Jeszcze

w ubiegłym tygodniu, Kochany Pamiętniczku


bratki pięknie posadziłam.
A dziś znów leci to białe gówno

Winter is coming, psiakrew.

I komu moje bratki przeszkadzały?

Orali we mnie tak, że nie miałam ani siły, ani ochoty pisać. Po powrocie do domu padałam na fotel i animrumrałam. A weekend zleciał za szybko.
W poniedziałek Kierownik Budowy wleciał po jajka do pracy i prawie mnie wywlókł, na co z chęcią przystałam.
Pojechaliśmy do mnie, na herbatkę, a skończyło się na godzinach gadania. Choć nie powiem, wpieprzający jest, choć kochany.
Bo jak można się dziwić białemu serowi, zwykłemu twarogowi?
I męczyć mnie, jak to się produkuje i czym to się je?
Co to, ja ciotka Wikipedia jestem czy cuś?
W niedzielę będzie mnie pewno męczył dalej.
No nic...
W międzyczasie dentysta i o dziwo, nowy PIN, który panu w bankomacie nie chciał się ustawić, zadziałał, i moja karta o której chłop nie wie znów jest gotowa do użytku, co mnie cieszy niezmiernie. Ząbki mam nówki nieśmigane, aż miło bez tego kamienia w gębie. I właśnie odebrałam SMS od pani doktor, że mogę jutro wpaść, a nie czekać do 8 grudnia. Co mnie cieszy, bo jutro wywalczyłam wolne.
Znaczy się MAM wolne, ale miałam iść do pracy.
Poszłam dziś rano do banku i OK, pensja jest, warzywka za dodatek dołożyły jak obiecały, bez łaski, ale za wszystkie dodatki, com zrobiła nie ma złamanego grosza.
Bossa też nie było.
A Wice kręcił jak gówno w przeręblu.
A ja, głupia cipa, jeszcze dopilnowałam tekstów, które im się zapodziały, dopilnowałam wszystkich kiksów typu każda tabela i rycina z innej parafii, aż się łamacz wściekał, bo mu dołożyłam roboty.
Indeks zrobiłam i bibliografię ogarnęłam, bo sieroty po Stalinie zupełnie nie kumają czaczy.
Fakt, Boss o tym nie wie.
Ale gówno mnie to obchodzi, umawialiśmy się, że daję wolny czas i za to mi płaci.
I takoż mu napisałam w emilku. Wiem, będę musiała jeszcze się upominać i to JEST KUREWSTWO.
Amen.
Źle się dzieje w państwie duńskim, coraz gorzej.
Do tego niemiłosiernie nas gnębiące pisiory postulują zakaz pracy dla emerytów.
Przyjdzie mi wyjechać do Włoch opiekować się staruchami (sześćdziesięciolatki tak teraz jeżdżą).
Bo z samej emerytury albo z samej pensji to będę musiała jeszcze puszki zbierać, sama już nie wiem, co lepsze, puszkobranie czy podcieranie włoskich tyłków.
Tak więc wkurw mam maksymalny i na myśl o pieprzeniu Kierownika Budowy, że trzeba umysł wyczyścić i ascendować, ewantualnie może krówkę kupić i serkiem i mleczkiem żyć mam ochotę wrzeszczeć, wyć i OJAPIERDOLĘ.

Ano...
A Mała Wiedźma egzamin miała z baletu. I stepować się uczy. O, stepowanie to było moje marzenie :)


Zakrywamy Panience oczka, bo piwne ma i na dole jest młoda babcia :)
Ha.
Moja ci ona.
Ale...
Makijaż jej zrobili, a ta guła, mój syn, mówi, że to wymóg...
Makijaż sześciolatce???
Nie, to mnie przerasta. To uczenie dziewczyny, że ważne jest opakowanie, nie zawartość (choć bogiem a prawdą za zawartość nikt mi nie płaci, ale kurde, nie musiałam nigdy opakowaniem dorabiać)...
Rozerwana jestem na kawałki, wiem, że nic nie mogę.
Ale wszystko się we mnie buntuje.
I zapytał, czy jak będą w PL mogą się u mnie zatrzymać na parę dni.
Zesztywniałam. I niebo zawaliło mi się na głowę.
Po co ja lecę do UK?
Jak będzie wyglądało moje mieszkanie po najeździe?
A nie powiem własnemu synowi: nie, nie możesz. To jest jego dom, choć już to nie mieszka.
Wracam w niedzielę w nocy, w poniedziałek rano lecę do pracy.
Nie wiem, czy będę miała do czego wracać.
W każdym razie nie wrócę na pewno do mojego azylu.
Kurwa mać.
A Inżynier zabronił mi stanowczo odwoływać święta.
I co, nie miałam racji, że wszystko jest ciulate i chuj bombki strzelił?


Czuję się jak ten suseł, mają susła w naszym sklepie. 700 zł. Biedne zwierzę na łeb dostaje i miota się. A ja, jakkolwiek staram się zrozumieć kotki i pieski, to kurde mol, susła już nie rozumiem.
Po co zabierać zwierzęciu, stworzonemu do przestrzeni, jego życie i trzymać je w szkle na garstce piachu i siana? Bo jakie piękne zwierzątko?
I znów na ust korale pcha mi się krótkie i węzłowate: kurwa mać.
A za oknem zapierdala to białe gówno, brudzi moje szyby i życie, bo to nie jest tak, że białe płatki zawirują jak na filmie Disneya i będziemy żyli długo i szczęśliwie.
Po drodze będzie ślizgawica, śniegowa bryja i brudne kalesony i pokaleczone ściany.

 Ale czasem zakwitają niekwitnące nigdy storczyki...
 I patrząc na mgłę, wspominam te piękne chwile. Jak ta mgła razem z Inżynierem przeżyta, gdyśmy jechali do H...
I te zachody, które już nie wrócą, ale były i w pamięci są.

Chyba że dopadnie mnie ten Austriak. Albo inny obcokrajowiec.

Czego sobie i nikomu nie życzę...

A zatem do napisania, Kochany Pamiętniczku...

poniedziałek, 21 listopada 2016

Taka prosta

zagadka, a nikt nie zgadł, Kochany Pamiętniczku, zatem koń będzie dalej stał na balkonie, a rząd poleży w komórce.
Danie to albowiem było ze wszech miar egzotyczne - mlecz śledzia. Omniomniom, rozpływało się w buzi, wystarczyło tylko nie myśleć, co to jest :)

Niedzielę przebimbałam, tyle co 15 minut pogadałam z Inżynierem, bo biedak cały weekend pracował.
Ja też, wprawdzie nie cały, ale trochę materiałów mi dosłali.
Wadę genetyczną taką mamy oboje, zresztą Pierworodny też, że praca nas kocha. Nie odziedziczyli tego po tatusiu, o nie...

A dziś grzechem było nie wyjść z domu. Wprawdzie zapowiadali, że będziemy mieć złe samopoczucie, bo jakaś burza elektromagnetyczna szaleje, że wszystkie sprzęty będą padać i inne takie tam, ale okazało się to bujdą. Nawet jak gdzieś było niehalo, to moja wioska oazą spokoju, ciepła i piękna dziś była. 13 stopni, słońce.
Kusiło mnie mycie okien, ale wybiłam sobie to z tego głupiego łysego łba i chwyciwszy kijki w dłoń poleciałam...

Warto było :)

 Lekka mgiełka, taka jak marzenie, jak piękne wspomnienie, które już nie boli...







 Smok, zaiste, smok :)
 Pan po przeciwnej stronie stawu uprawiał jakieś tai-chi czy inną jogę. Super to wyglądało, do momentu, gdy wyciągnął komórkę i zaczął z nią łazić w kółko... Te aparaty każdy nastrój zepsują, sama mam wyłączoną, bo i po co to komu?


 I na koniec był bonusik, na słońcu wygrzewał się sierściuch jebany :) Animrumrał, musiał słyszeć trzask migawki, ale tak błogo mu było na słonku, że nawet ślepka nie otworzył :)

 I zakamuflował się, skubany, prawda? :)

Wracając planowałam jeszcze mycie okien, ale odpuściłam.
Co najwyżej roletki spuszczę i git majonez :D



Mucha nie siada, Kochany Pamiętniczku :)

sobota, 19 listopada 2016

A tak

Kochany Pamiętniczku, miałam jednak nosa.
Ale cóż, nad rozlanym mlekiem nie ma co płakać.
Trzeba będzie to przeżyć, ale jak dla mnie chuj bombki strzelił.
No nic.
Zaproszenie dostałam na chrzciny, nie odmówię, bo to od Kradziejki.
Ale też z radości nie skaczę, bo cienko przędę, a tu jeszcze to. Bo na serio mam tylko letnią kieckę, tę ze ślubu.
Do tego ona ma roczek.
Cały mój budżet już się posypał w drobny mak, a to już mnie dobije na amen.

I nie, że jesień, że pada, że źle.
Nie, nic z tego.
Tylko po prostu jest źle, nic już nie ma.

A Baran swoim zwyczajem złożył wyjechane w Kosmos zamówienie. Pasta do zębów, której nie ma. No i tak latam i kupuję, tu sztuka, tam sztuka, a pasta taka, że ją w szafkach trzymają pod kluczem...
Idę do firmowego sklepu, bo tam zawsze była.
Coś mi dziwnie sklep wygląda, ale oj tam, oj tam, zamyślona szłam.

Przez szparę w drzwiach światło się sączy, więc pcham..
I ojapierdolę, jak buchnęło smrodem z papierosów i światła jak na dyskotece.
W środku jeden z tych punktów gier.
Ta. Chciał się mnie tanim kosztem pozbyć. Pewno tam w kącie ktoś z giwerą siedział. No nic, przeżyłam.

I do deportacji gotowa jestem

Tylko kurde, znów śmierdziela kupilam! W sklepie nie śmierdziało, więc nie wąchałam, dopiero w domu po kilku godzinach poczułam. Aktualnie wietrzy się toto na balkonie. Ale pomoże jak umarłemu kadzidło, wiem. Starałam się kupić najtańszą i przechytrzyłam. Nie słuchałam nauk babci, kupuj drogo, boś biedna. Ale ostatnio kupiłam drogo i też szlag trafił.

Tak wiec chuj bombki strzela jedną za drugą.

A na obiad oprócz rosołku sprzed tygodnia (świetnie przechował się w lodówce i nic mi po nim nie jest, co będę dobry rosół wylewała) było to

Konia z rzędem temu, kto zgadnie, co to :)

Ale i tak bombki się potłukły :(

czwartek, 17 listopada 2016

Niektórych

Kochany Pamiętniczku, jebie na maksa.
Rozmawiam z Wice w kuchni, już po zamknięciu. Przypomina mi o ekstrasie. Ja: zapomniałam, proszę dać znać, kiedy będzie gotowe.
Wracam do domu, na skrzydłach, a na emilku, że śrutututu majtki z drutu.Jakby, kurwa nie mógł tego w kuchni powiedzieć! Czego się, kretyn, bał? Że jutro nie przylecę na skrzydłach? Bo nie przylecę. Gówno ma, w niedzielę jest forum. A już mu nie dam satysfakcji, że lecę, bo piernął. Dziś do mnie mówi: notatka o Wachowicz, o tej (była miss Polonia, Ewa Wachowicz) i ręce mu lądują na wysokości piersi i ten gest... Głupi chuj. I tyle w temacie.
Więc napisałam, że w tym tygodniu nie ma opcji (jak miał gotowe, mógł słać, pól dnia rżnęłam w głupie gry). Że jak ma w programie, spoko, dojadę na gotowca, jak w Wordzie, ma słać do domu, za frico mu nie będę latała.
Facet czerpie przyjemność z "kulturalnego, z uśmiechem na ustach" upokarzania innych. Zależnych i słabszych. Zarabia miesięcznie 12 tys.
Już mam na to wyjebane. Jestem mądrzejsza od niego i to się liczy.
A stać go na to i ma moc, żeby dać mi premię.
Ale nie, bo po co.
Spoko, zrobię, bo zależy mi na tej jałmużnie, którą dostaję.
Ale wtedy, gdy znajdę na to czas i ochotę :)

Zemsta jest rozkoszą bogów.
Karma zawsze wraca.
Nie zazdroszczę mu kasy, niech ma.
Ale Mama nauczyła mnie jednego - szanowania ludzi.
Był we wsi taki pan Walenty, garbaty. Gospodarstwo ojapierdolę, smród, brud i ubóstwo. Dzwonnik, autentycznie, dzwonił w kościele.
Wszyscy we wsi mówili: Waloś idzie, Waloś to, Waloś tamto.
A u mnie w domu było: pan Walenty.
Jak przychodził, kłaniając się od proga, że nie wejdzie, bo błota naniesie, że nie siądzie, bo pobrudzi, Mama wiedziała, jak zareagować.
I...
Dla mnie we wspomnieniach to zawsze pan Walenty.
Nie Waloś, nie ktoś godny pogardy.
Więc spoko.
Zrobię, co do mnie należy.
Za lekceważenie mnie i mojego czasu, karma zapłaci...
Z procentami.
Ja to wiem.


Imiennik pana Walentego, noszący to samo nazwisko co on, nie wiem, czy byli spokrewnieni, bo nazwisko w okolicy rozpowszechnione, rocznikowo mój kolega, z klasy B, jest dziś profesorem na UP. I tak po nim też sprzątam...
Jak dziwnie układają się losy ludzkie, Kochany Pamiętniczku.
Sama mam dwa doktoraty z prania pieluch. I nie, nie żałuję :)



środa, 16 listopada 2016

Spokojnie

dzień minął, Kochany Pamiętniczku, bo... Bossa nie było.
Ale wisi w powietrzu moja ekstrakasa, bo mamy forum.
No nic, po świętach też będzie jak znalazł, a nawet w styczniu się na nią nie obrażę.
C'est la vie.
Dziś rano zagadała do mnie na przystanku starsza pani, którą widuję odkąd zaczęłam jeździć tym bezprzesiadkowym autobusem. Zawsze grzecznie mówie dizyń dybry, no bo kobietę znam z widzenia od dawna...
Zagadała, zapytała, czemu jeżdżę tym autobusem, bo to tak wcześnie... Ha, 8.03. Mówię, że do pracy. A ona: o, ma pani pracę. To zapytałam, czy ona też, a kobietka jak zwiędłe jabłuszko, ale dziarska i krzepka, no i co dzień zapruwa...
I... prawie że cały życiorys w 10 minut streściła.
Opiekuje się kimś z rodziny. Ma 80 lat.
Ma 1760 zł emerytury. O, to więcej, niż ja mam, dużo więcej... Nie zazdroszczę, to jest tak, że ci, co lata temu przeszli, mają więcej niż ci, co teraz przechodzą.
A beneficjenci obecnego zgromadzenia pajaców, bo obniżeniu wieku emerytalnego wg symulacji będą dostawali około 900 zł...
Więc ja będę bogata do wypęku, a co...
A wracając do kobietki...
Chciałabym się tak trzymać, mając tyle lat :)
Nawet nadciśnienia skubana nie ma...
Wieczorem Na Wspólnej czy inne M jak miłość i o 20.30 rączki na kordełce... Pobudka 5.00...
Ojapierdolę...
Z drugiej strony jak łatwo ludzie wszystko mówią.
Rozumiem, że chce pogadać.
Ale ja, będąc sama, mam Ciebie, Kochany Pamiętniczku i już nie muszę ozorem na przystanku klapać...
Hmmm. Miała pecha, bo ja słucham.
Ona zaś nie słuchała, zupełnie jak Proszę Pani... :)
Widać ten wiek tak ma, ja nie chcę taka być...

Zerwałam się wcześniej, choć Wice na tę wieść wpadł na genialny pomysł, że teraz zaraz już mam mu zrobić to, co spokojnie można zrobić jutro, i z czego by mu nic nie przyszło, bo i tak dziś już wychodził, a to coś jeszcze krążyło po redakcji.
Powiedziałam NIE.
Przychodzę wcześniej do pracy (parę dni wcześniej), żeby zrobić jego dodatek.
Więc w dupie mam jego chęć udupiania mnie.
Zrobię to jutro.
 W międzyczasie dali mi kolorowankę, taką odstresującą i kredki, że mam sobie czas zapełnić. Nie pokolorowałam tak, jak moja Synowa - idealnie. Maznęłam i nie skończyłam nawet połowy, oddając z krzykiem, że jak tego nie wezmą z powrotem, to kogoś zamorduję, i każdy sąd mnie uniewinni, To nie odstresowuje, absolutnie, to wkurwia maksymalnie :) 


Baterie do aparatów dzięki wcześniejszej ucieczce  temu kupiłam.
Złożyłam wniosek o zmianę PIN do karty, o której chłop nie wie, bo sama już nie wiem, czy mylę końcówkę w karcie, czy w telefonie. Pokręcone dwa PIN mam. 10 zł zapłacę i będę miała spokój. Bo ta karta wisi w powietrzu, nie mam konta do niej i nie mam możliwości manewru :)
U dentysty się zapisałam, z wielkimi oporami, ma na 3 tygodnie naprzód zapchany harmonogram, ojapierdolę.
Ale udało się.

I jutro ostatni dzień do pracy, potem parę dni luzu.

Cieszę się.

wtorek, 15 listopada 2016

Jesień

w mordę jeża, Kochany Pamiętniczku. Taka kaprawa, rozdeszczona, szarobura...
W pracy co kawałek słyszę dziwne głosy, kombinuję, co kogo opierdolić za hałasy, jako że zapierdalam ze śrubką okrętową numer pięć w dupie, a to deszcz o blaszany parapet walił...
Takie uroki głuchoty, normalnie tego nie słyszę :D
Ale wypyskowałam wreszcie i dziś pan mecenas miał dyżur w innym pokoju, a ja mogłam w miarę spokojnie pracować. Przełączenie numeru telefonu to pikuś. A walczyłam o to ponad dwa lata!
Psiakrew :)
Jak się rozdeszczyło, gotowa byłam w pracy nocować...
Na dokładkę miałam takie buty na nogach, że doszłam z jeziorkiem w każdym do domu.
Na szczęście sąsiad zaopiekował się mieszkaniem i mam pomiar gazowy, znaczy się szczelności z głowy. Mam tylko komin wyczyścić. Ta. W dupę mnie mogą pocałować :D

Kierownik Budowy kombinuje jak koń pod górkę, napala się na wszystko jak szczerbaty na suchary, a potem nagle wszyscy chorzy...
Żeby tak posłuchał dobrej rady, to nie.
Znosi mi tonami instrukcje w sprawie zdrowia, zdrowego odżywiania, jogi, medytacji, słowem - chromolenia kotka za pomocą młotka.
I wszystko drąży, tematycznie...
Że ojapierdolę.
Ale nie słucha, jak się mówi.
Co mi z jego rad, jak okazuje się, że trzy lata nie jadł białego sera, takiego zwykłego. Nie, że nie lubi... ale nie ma kto kupić.
To ja nie wiem, co oni jedzą.
Bo ja, jak mam w domu pyry i biały ser, śmietanę albo jogurt i cebulę, to jestem królowa świata.
Dla dziecka kupują wszystko "eko", a sami jedzą śmieciowe.
To nawet śmieszne nie jest, bo wiadomo, że roczne dziecko nie wrąbie całej piersi kurzęcej, choćby się skichało. A mi taka pierś, dorzucona do selera naciowego, marchewki i innych zabawek zapewnia obiad na 4 dni. I do tego kasza i git majonez.
Ale nie, bo nie...
A temat drąży, a dać mu zwykłe buraki to się zachwyca.
Mężczyźni są dziwni.
Oprócz moich chłopców, of course, bo  ci jedzą wszystko, nie grymasząc.
Oprócz ryb, których kijem nie tknie Pierworodny, bo tak go nauczył ojciec, że ryby to zuo.
Inżynier je ryby wybiórczo, znaczy się - śledzia nie tknie, ale inne i owszem...
A zasada w domu była prosta: nie chcesz jeść, nie smakuje ci, sruuu, do kubełka.
I nie ma nic innego do jedzenia do następnego posiłku :)
Umrzeć z głodu nie umarli, a ja przy nich przełamałam się i zaczęłam robić plędze, których nienawidziłam od dziecka, i kopytka i inne takie tam.
Bo życie to niejebajka i nie wiadomo nigdy, co cię w nim czeka, co nie? :)

Jeszcze dwa dni, a potem będzie kąpiel. W soli... Z winem :)
Przy świecach.
I...

A, nevermind :)  Bo pracowo jest pojebane jak cholera i będę musiała to z siebie zmyć. Zszorować. Wyczyścić. Odlecieć :D


poniedziałek, 14 listopada 2016

Dobrze

że wczoraj popolowałam na Księżyc, Kochany Pamiętniczku.
Dziś do pracy potachałam aparat, z nadzieją, że coś pstryknę, jak nie w trakcie pracy, to wracając, ale próżne nadzieje.
Cały dzień w wiosce była taka mgła, że lotnisko padło.
Kierownik Budowy zaś z okolicy meldował, że wszędzie pięknie świeci słońce.
Ojapierdolę.
Jakbym nie miała aparatu, to pewno i u mnie byłoby ładnie :)
No nic, roboty miałam dziś po kokardkę i po kucyki.
Po godzinach czekam na brakujące 5 stron od Bossa, ale okazało się, że Boss utknął we mgle w Dojczlandzie i...
To, co miało iść jutro do 9, może i jutro pójdzie, tylko chujwikiedy :)
Zgarniam więc wszystko do torebek i woreczków, jeszcze danina dla natury, wracam do pokoju, a tam

Nie martini, ale chardonnay, też dobre wino i jednak nie z PL, bo wszystko po francusku :) Zatem nie dał plamy i docenił ;)
Miło :)

Miło więc się tydzień zaczął. Jeszcze trzy dni i ufff...

W zielarni kupiłam sól himalajską, ale czarną. Pani ostrzegała, że ma specyficzny smak i faktycznie, ma, trochę zgniłymi jajami podchodzi. Ale pomidor i ser biały (a kolega zaczął oprócz serów podpuszczkowych produkować twaróg), jako i sałatki i inne takie tam smakują z tą solą wprost obłędnie.
I kąpać się w niej można.
Jak zamknę, zafunduję sobie dłuuuuugą kąpiel przy świecach. I będę potem śmierdzieć siarką :D

niedziela, 13 listopada 2016

Wieczorową

porą poszłam popolować na Księżyc, Kochany Pamiętniczku.
Ale dobry aparat ma za słaby zoom, a gorszy zoom ma OK, ale... musiałabym rozstawić statyw, a mam mały od Barana. A na ziemi się nie położę, bo pomoc drogowa zajęta i nie dojedzie z dźwigiem, zanim przymarznę do podłoża.
Więc fotki są, jakie są.
Ale czas jest magiczny.
Tylko żal, że na świecie znów gdzieś się trzęsie i  inne takie tam, że nie wszyscy mają szczęście.
A ci, którzy je mają, nie potrafią się nim cieszyć.
Ja się cieszę.
Że buraczki zakisiłam dziś.
Że zaraz dogotuję kaszy na te ciężkie dni przede mną. Ciężkie, ale wspaniałe, bo mam pracę, Jestem potrzebna.
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...

















Prawda, że pięknie u mnie? :)

W tym roku pamiętałam

a raczej FB mi przypomniał z rana, bo oznaczyłam to na osi czasu.
A dlaczego nie?
W końcu kiedyś to było ważne, a że popierdoliło mi życie?
No cóż.
Tego nie zmienię już w żaden sposób.
Trzydzieści siedem lat dziś minęło, znaczy się minie równo o trzynastej.
Nie do wiary.
Jak jeden dzień.
A myślałam, że to niemożliwe.
A jednak...

sobota, 12 listopada 2016

Wdzięczna

jestem Synowej, że mnie poprosiła, żebym poszła na spotkanie z Robertem Biedroniem.
Ona chciała książkę z autografem, a przylatuje jutro dopiero.
Powiedziałam, że nie ma sprawy, że pójdę, ale przeżywałam jak mrówka okres.

Ale po kolei, Kochany Pamiętniczku...
Wczoraj bladym świtem (oj tam, oj tam, 10 rano to blady świt) poleciałam do Fawora po rogale  świętomarcińskie. Zmorka wprawdzie twierdzi, że są niedobre, ale ona jakąś podróbę z WSM jadła, a nie prawdziwe rogale z certyfikatem. Takie są li i jedynie u nas, nie przebiją ich na pewno Zmorcze domowe, choć nie neguję ich smaku, ale rogalowi świętomarcińskiemu nie dorówna nic :) 
Zatem kupiłam 2400 kalorii, po których cycki urosły mi tak, że już nie muszę ich powiększać. Serio, wszystko poszło w cycki :)




A kolejka była taka, jak wchodziłam...

... a taka, jak wychodziłam

 W sąsiedniej alejce są 4 piekarenki, mimo potykaczy w żadnej kolejki nie było.

Bo trzeba, proszę Szanownej Zmorki, wiedzieć, gdzie kupować :P Zapraszam za rok na rogale, bo liczą się tylko te z 11 listopada.

Potem zaś ogarnęłam tę kuwetę wolnym walcem i dziś poleciałam tylko na Manhattan, bo chleba nie miałam, ale jak to na Manhattanie - się jest, się kupuje.
Więc kupowałam, grzybków suszonych też kupiłam, bo te obiecane jednak do mnie nie dotarły, no cóż, bywa :D A będą potrzebne.

Przed wyjściem na to spotkanie byłam już tak zestresowana, że łyknęłam dwie piguły uspokajające. Pomogło :)
I szczęście miałam, bo znalazłam ostatnie miejsce siedzące w drugim rzędzie, przede mną był rząd wolny, ale kartki: zarezerwowano.
Były tłumy, ludzie stali jeszcze 2 piętra wyżej.
Biedroń jest taki, jak na fotkach i klipach w necie, uśmiechnięty szeroko, od ucha do ucha, bezpośredni i życzliwy całemu światu. Nawet o obecnych rządzących mówił spokojnie, aczkolwiek nie jest ich zwolennikiem. Mówił rzeczowo, konkretnie, nie atakując bez daj racji. Nawet o Kościele wypowiadał się spokojnie, aczkolwiek jak sam przyznał - jest ateistą. I - doskonale rozumie kobiety, bo on, tak jak my, całe swoje życie był gorszą częścią społeczeństwa. Mówił, jak obcesowo, seksistowsko atakowano go w Sejmie, oceniano tak, jak ocenia się kobiety - nie za wiedzę, ale za wygląd. Obiema ręcami się podpisuję, bo Boss zatrudnia też po wyglądzie. Mnie zatrudnił, bo miał nóż na karku i żadna młoda laska nie była tak dobra, jak ja, a przede mną przerobił kilkanaście, to wiem :)
I głupia cipa, nie kupiłam książki gdzie indziej, bo nie wiedziałam., jak wejdę do Empiku z książką. Żałuję, bo dużo przepłaciłam. Teraz już wiem, jak to działa, no ale też dowiedziałam się za późno i z Arosa bym książki nie dostała na czas. A różnica w cenie niebagatelna, jak dla mnie: 20 zł.
I głupia cipa po raz drugi, nie wzięłam aparatu, nie wiedząc, czy będę mogła fotki cykać.
No i mam tylko szajs z ajfonika...




Selfie sobie nie zrobiłam, bo jestem niefotogeniczna, ale Biedroń cykał sobie z każdym, kto go o to poprosił. Po autograf stałam w kolejce 1,5 godziny, a jak wychodziłam, kolejka na oko liczyła następne 1,5 godziny. A miało wszystko trwać dwie :)

Biorąc autograf powiedziałam mu, że muszę go wyprowadzić z błędu, że na emeryturze wcale nie będzie miał więcej wolnego i nie będzie w hamaku czytał książek. Okazał się dżentelmenem, jak każdy gej, bo spojrzał mi w oczy i rzekł: - Niemożliwe, żeby pani mówiła z własnego doświadczenia, to nie wiek na emeryturę :)

Padnięta jestem, Kochany Pamiętniczku, a mam plany na juterko, a i wieczorem muszę pogadać z Inżynierem.
Więc spadam w objęcia Morfeusza :)

A, a po drodze popełniłam

 Będę się smażyć w piekle, taki dobry :D