[go: up one dir, main page]

czwartek, 30 października 2014

Cieszę się

że schowałam urazę do kieszeni i napisałam do Synowej.
Jakoś lżej.
A Pierworodnemu kij w oko, bo w dupę toby jeszcze przyjemność miał...
Sama mogę sobie pluć w gębę, bo to w końcu moje wychowanie.
Inna para kaloszy, że się zmienił, nie winię już nikogo.
To po prostu gość, który potrzebuje twardej ręki, jak mój Eks. Nie że bacikiem i takie tam, dyplomacji trzeba i kręcenia, a nie każdemu jest to dane. Inżynier wie, bo to przerabialiśmy wspólnie. Ale poszedł sam i jest jak jest, więc kij mu w oko. A mi szkoda dni, bo chociaż nie jestem babcią och, ach, ojezusineczku, wnuk to wnuk, wnuczka to wnuczka.
Sama miałam tylko jedną babcię, taką naprawdę babcię babciowatą. Mamę Ojca. Skończyła 3 klasy podstawówki, trzynaścioro dzieci miała, a dla mnie do dziś jest wyrocznią na niektórych zakrętach. Nie chodziła, tzn. najpierw chodziła o lasce, później o kulach, złamała nogę (głowa kości udowej), a było wtedy jak było. Mieszkała w jednym pokoiku, już nie ma tych budynków. Miała radio i książki. Ganiała mnie do biblioteki jak łysego konia i czytała, czytała, czytała... Moja Mama się nią opiekowała, choć mieszkaliśmy osobno, bo babcia nie chciała się do nas wprowadzić z powodu schodów - mieszkaliśmy na piętrze. A ona lubiła wyjść na dwór, na ławeczkę, te dwa stopnie u siebie pokonała.... Po śmierci mojej Mamy zabrała ją córka i tam babcia spokojnie dożyła przeszło 90 lat... Do dziś pamiętam ostatnie odwiedziny u Niej, już wtedy zaczęła się skleroza i te słowa: "tak leżę i leżę i ino te glapy widzę, jak fyrają... ".... Na piętrze leżała i to był Jej koniec...
Nie chciałabym widzieć tylko fyrających glap, ale za taką opiekę byłabym wdzięczna, gdyby co...
Nie byłam na Jej grobie od wieków, bo nie mam jak dojechać.
Ale to nieważne.
Wciąż żyje w moim sercu i w mojej pamięci.
Dziadek nie żył, zmarł wkrótce po wojnie, a jego grób przenieśliśmy do grobu babci... Przedtem leżał w R., ale tam nie miał kto o niego dbać.
Dziadka nie znałam w ogóle....
A Rodzice mojej Mamy??  Dziadek zmarł, jak miałam rok, a dzięki niemu mam karuzelę z imionami, jaką mam. Ponoć byłam jego ukochaną wnuczką, choć i inne wnuki miał, ale...
Babci nie znałam, zmarła, jak moja Mama miała kilka lat.
Dziadek ożenił się po raz trzeci (jego pierwsza żona też zmarła, moja Babcia była drugą żoną). Macochy ani Mama, ani Ciocia nie wspominały dobrze, twarda była, wysłała je na wieś do roboty, do pasania gęsi, kilkuletnie dziewuszki.... Dla mnie to była Babcia. Co z tego, że przyszywana?? Babcia. Wciąż widzę kuchnię wąską jak kiszka, w której stały ramy do prężenia firan, tak Babcia zarabiała na życie. Po śmierci mojego Dziadka wyszła ponownie za mąż i to Jej mąż był moim Dziadkiem. Lubilam do nich wpadać. Wciąż widzę Dziadka, jak skrobie ziemniaki kozikiem, jednym, nieprzerwanym strumieniem obierki i opowiada wojenne historie... Podziwiałam go za to obieranie, nigdy tak nie umiałam, muszę mieć nóż do jarzyn...
Dziadek zmarł pierwszy. Dobrą śmiercią, szybką, nagłą, niespodziewaną.
Babcia żyła jeszcze kilkanaście lat, gdy byłam na studiach dopadł ją nowotwór. Najgorszy z możliwych. Rak odbytnicy. Umierała długo i w cierpieniach, a Ciocia, która wciąż pamiętała to, że nie była dla nich matką, ale macochą, jak z baśni Grimma, opiekowała się nią do końca...
Naszło mnie na wspominki, ale kiedyś muszę to zapisać, bo i mój czas nie jest na wieczność dany, a chwila właśnie taka...
Jak zapamiętają mnie moje wnuczęta?
Nie wiem.
Ale chciałabym, żeby miały też dobre wspomnienia. Jako i moje są.
Bo to jest coś, co w życiu jest potrzebne.
Więc staram się.
I czekam na rozwiązanie Synowej, a ta ma kłopoty z ciśnieniem. Mam nadzieję, że będzie dobrze i tak jak w przypadku Sikory, proszę o trochę dobrych fluidów dla wnuka...

Bonus zaś

 W krzywym zwierciadle :)
 Uroki tacierzyństwa są męczące czasami....
 Miłość do takich gadżetów ma po babci. Nie dam sobie powiedzieć, że nie :D A i ja się od niej sporo uczę...
 ... i King Konga babcia też lubi... Płakała na filmie...Więc to nas łączy też...
 ... i wnuczkę kocha, gdy ta śpi :)
 ... w okolicznościach przyrody też...
... śmiga jak babcia 100 kilo temu ;)

Moja krew :D

Update

Pomyłam dziś wszystkie okna, ostatni raz w tym roku. Niniejszym zamykam sezon mycia okien, ciesząc się, że wciąż mam siłę to zrobić. Zajęło mni to dwie godziny z przerwą na obiad. Jestem z siebie dumna :P

Musiała

go zdrowo objechać, bo wczoraj się szarpnął i wysłał. A jakże, Małą Wiedźmę siedzącą na nocniku, gapiącą się w TV wśród "codzienności", że tak powiem :D Pokazałabym, ale obciach. Inna fotka zaś to



Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać... Ehhh... Zarechotałam...

A jako że jutro Halloween, to 

Hmmm... teraz straszę bez malowania :D 

środa, 29 października 2014

Napisałam

dziś do Synowej, bo do Pierworodnego nie będę. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubańczykom... Odpisała - sama nie wiem, szczerze zdziwiona, czy tylko tak dla jaj, że nie ma pojęcia, że on się do mnie nie odzywa. Dla mnie to niezrozumiałe, bo ja zawsze - o ile teściowa sama nie zadzwoniła, a dzwoniła namiętnie - zawsze pytałam męża, co u mamy...  No nic. Przysłała mi fotki Małej Wiedźminki, jeszcze trochę i nie poznam Jej. ale też odpowiedź taka bezosobowa, czytanie bez zrozumienia, pytałam, co mam kupić na Gwiazdkę dla Niej, nic nie odrzekła, a przecież nawet Inżynier tam na miejscu musi oddawać zabawki, bo co nie kupi to mała "już ma". I ma swoje gusta, a ja nie jestem na bieżąco. Wpłacam kasę na konto, ale dla dziecka kasa to abstrakcja, liczy się "coś"... Nawet nie zapytała, czy przylecę, a jeżeli nie rozmawia o mnie z Pierworodnym, to nie może tego wiedzieć, zresztą nie mam pojęcia, czy on wie, że ja będę.

Patryk. Będzie miał na imię Patryk. Mój wnuk. Podoba mi się, chociaż... :) Oj tam, oj tam...
A potem za całokształt obrywa Inżynier, ten to dopiero ma przesrane, lepiej jak w ruskim czołgu.
Nic to...
I tyle w temacie więzi rodzinnych i że najważniejsza jest rodzina.
Chciałam Sikorze posłać kaskę, też na Gwiazdkę, bo w sumie tak na odległość to nawet nie wiem, co warto kupić, a co nie. Przeważnie wszystko jest, więc chciałam się dorzucić do czegoś większego albo cuś.
A Sikora rzecze: książki.
Super.
Będę babcia Yoda od książek i cieszę się, bo wiem, że akurat Ona będzie Little Owl czytała.
I już dziś upolowałam książkę dla Niej, taką jak Sikora mówiła i mam kłopot z głowy, na lata. Jeżeli Sówka papierowego bakcyla nie złapie, będę dawała na e-booki. O, to jest dziecko na medal.

Poszłam dziś do tej nowej galerii, żeby obadać  czy mi to jakoś życie ułatwi. Na razie trzy sklepy na krzyż i sufit taki, co wygląda, że spadnie... :) To u nas tradycyjne :P Na razie jest Biedronka, Pepco i Hebe. W Hebe, jak w Rossmannie, półeczka ciut wyżej, ale to akurat mnie nie kręci, bo ostatnio zredukowałam kosmetyki praktycznie do zera i nawet się kremem Nivea nie pacykuję, bo znów mam cerę OK, nie jest przesuszona. Więc na mnie nie zarobią, perfum tam nie kupię, DKNY za prawie 300 zł, no bez przesadyzmu :) W UK dostanę za 25 funtów, więc widać różnicę :P Pepco zaś rozmiarówkę kończy na hmmm... poza moim zasięgiem, cyckonosze kończą się na 75B, a ja przecież płaska jestem, ale i w to nie wlezę. Odpada. Domowe popierdółki dupy nie urywają, a swoje kosztują...
No i Biedronka. Duża. przestronna i wyposażona jak na Biedronkę niesamowicie, lady chłodnicze jak w P&P... Pusto, przestronnie i ki diabeł, what?? No, zanim dotarłam do kasy rozgryzłam w czym rzecz. Nie ma alkoholu, nie ma żulerni :) Nie wiem, czy jeszcze nie mają koncesji na trunki, czy nie będą mieli, ale dzięki temu sklep jest dla ludzi, nie trzeba się przepychać w śmierdzącym tłumie. Jak dla mnie może tak zostać.
Nie wiem, czy Manhattan to wytrzyma, bo prorokowali, że galeria go zmiecie. Może padną drogeryjki po piwnicach i pawilonach, ale nie sądzę, żeby targowisku coś zagroziło.
I tyle w temacie :)

Udało mi się Cohena wrzucić na ajfoniczka, nie do końca tak, jak chciałam, ale mam...
Porąbana jestem, wiem, ale nie umiem się zachwycać tymi pożal się celebrytami.
Klasyka to jest klasyka.


Of all the gin joints in all the towns in all the world, she walks into mine.
Kiss me. Kiss me as if it were the last time.
– Play it, Sam. Play „As Time Goes By.”

albo

 I can't think about that right now. If I do, I'll go crazy. I'll think about that tomorrow.

I tego się trzymajmy :)

Stara jestem i nikt i nic mnie już nie zreformuje :D 

  

wtorek, 28 października 2014

Siedemnasta

i już szarówka.
Lubię.
Nastawiłam się już na  jesień, a że nas rozpieszcza w tym roku, więc nie jest źle. Gdy za oknem szarzeje, spuszczam rolety, zapalam świece i... dziś jest ze mną Leonard Cohen.
Z głośnika leniwie się sączy and dance me to the end of love,  yeah, dance me to the end of love, widzę Ala Pacino w Zapachu kobiety i w ogóle odlot.
I nagle dzwonek do drzwi.
Ki diabeł...
Lezę.
Stoi dwóch.
Jak z amerykańskiego filmu uroda i... czar pryska.
"Chyba pani wie, jakie zagrożenia stwarza obecna sytuacja dla demokracji... Czy możemy o tym porozmawiać??"
Wywaliłam z uśmiechem na ustach :)
Tak, wiem, ale...
Nie chcę o tym rozmawiać.
Nie chcę o tym myśleć.
Zresztą nie wpuszczę do mieszkania dwóch obcych, choćby i urodę filmową mieli.
Ja tylko wyglądam na idiotkę :)

Lubię te dni, gdy coraz krócej jest jasno i sumienie mnie nie szczypie, ze siedzę na dupie, wielkiej i kubańskiej, a nie łażę.

A łażę sumiennie, dzięki Postmanowi. To Facet od Rzeczy Niemożliwych. Szkoda, że mój Ojciec go nie poznał, docinałby mu szybką z okna i gwiazdką z nieba.
Jak słyszę, że przeprasza za kłopot, ale czy mógłby poprosić dostaję gęsiej skórki :)
Ale wiem, że nie będę sie nudziła i dlatego go kocham :)
Zażyczył sobie pastę do zębów Ziai bez fluoru. Wydawałoby się, że pikuś.
No to spróbujcie kupić :)
Obkolędowałam Rossmanna, gdzie rzekomo miała być, i to nie jednego, bo Rossmannów u nas jak mrówków  :)
Potem drogerie sieciówki.
Potem małe drogerie i w setnej z kolei facet powiedział mi, że pasty Zai to tylko w aptece (przedtem sprawdzałam w necie, ale w sklepie internetowym mieli sztuk słownie: jeden, zaś w aptece, która miała należało zamówić towar za co najmniej 50 zł, żeby raczyli coś wysłać, mogiła).
No to ruszyłam do aptek i...
Nic.
Dupa.
W jednej mieli.
Jedną tubkę i to dla dzieci. Zamkniętą w charakterze eksponatu na klucz w szklanej szafce. Bo więcej nie potrzebują.
Ojapierdolę
Ale nic, słonko świeci, muzyczka leci, kilometry cykają, aptek Ci u nas dostatek, więc idę.
I co ja paczę?
Stoi budka, a na niej logo Zai.
A budka jak kiedyś z piwem bywały :)
Ale logo jest, więc wchodzę.
I co ja paczę? Sklep firmowy. Jest pasta. Winner :)
A potem już było z górki, polazłam w stronę słońca i przy okazji kupiłam opłatki, więc i to mam z głowy.
 I portfel nowy sobie kupiłam, bo stary się powoli wydziera na głos. Niedrogo, za 15 zeta :) Czerwony, a jakże, Sikora mnie zaprzesądowała, że portfel musi być czerwony.
A na jutro mam plan, bo ma ładnie być.
W czwartek może umyję ostatni raz w tym roku okna, bo im się na to zanosi.
Rozpuściłam się jak dziadkowki bicz. Śpię dłużej jak ustawa przewiduje, za tydzień będzie bolało...
No nic...
Take this waltz, take this waltz
With its "I'll never forget you, you know!"



poniedziałek, 27 października 2014

Jak postanowiłam

tak zrobiłam. Ciepło było, w południe 16 stopni i słonko, więc wziąwszy Me Shadow za rękę poszliśmy polować na graffiti. Troszkę z duszą na ramieniu, bo to pod wiaduktem, gdzie diabeł mówi dobranoc, ale oj tam, oj tam. Udało się :)
A oto plony wycieczki...







 Brrr.... Będę się wieczorem bała....





 ... a parę kroków dalej sielanka :D




 Detal z graffitti poniżej...


 Cały napis brzmi: Better dead than red... Święta prawda...



 I malarz malował, w biały dzień. Zdaje mi sie, że mają pozwolenie na malowanie tego muru. Nie wiedziałam, że to taka ciężka praca - chłopak był w masce i jechało chemią z farb, że ojapierdolę. Nie, że zamaskowany, BHP :)


 A na końcu grzecznie "Parking TIR"... :)

 I nie tylko mrożonki dziś do marketów rozwozili, czołgi też ;)


Odkąd pamięcią sięgam marzę, żeby mieć mieszkanie w takiej wieży ciśnień... I chyba umrę z tym marzeniem, bo jest nierealne... Ale jest. Moje.
A to ku pamięci, bo za niedługo z tego nic nie będzie, chyba że się jakaś Kulczykowa tym zajmie i na kolejną galerię przerobi... Zdaje się, że konserwator zabytków na tym łapę trzyma, ale nie jestem pewna. Całkiem niedawno dowiedziałam sie, że Inżynier z kompanią się tam szlajał. A wyglądał na takie grzeczne dziecko. Ano, wyglądał :D Jak mamusia :P

niedziela, 26 października 2014

Straszydło

straszące Starą Jędzę i przyprawiające ją o palpitacje wygląda tak:


Zezowate.
Co się gapisz??

A na spacerku wyczaiłam takie tam


Płot ładny, zwłaszcza ta szpara unijna, ale sam dom takie bezguście, że ojapierdolę... Więc pożałowałam ajfoniczka na cykanie :P

A tu kiedyś była ulica... No niby dalej jest, ale ;) I tak ma być do następnej jesieni, jeżeli nie gorzej. Ciekawe, czy zimę i mrozy uwzględnili w planach i inne niespodziewajki?

A to już wandalizm czystej wody, niedawno malowane, Dębiec Pany, zgadzam się, jednak wszyscy to wiedzą bez pisania,,,
W planach mam obfocenie przepięknych murali, murali, nie bazgrołów!!! Czekam na słońce...

sobota, 25 października 2014

Akcja

Sierściuch zakończona pozytywnie.
W czasie rozmowy Inżynier powiedział, że gdyby wiedzieli, że nie mogą Zezolka zabrać, odebraliby go później.
Mleko się wylało, ale Dziewczyna Inżyniera powiedziała, że Zezolek będzie jak pociągi pod ścisłym nadzorem i będzie w ich pokoju udupiony.
Baran i Postmen nie zgłaszają veta.
Zatem będzie Gwiazdka i wciąż uważam, że najlepsza jest rozmowa szczera.
Zezolek jest dziewczynką i nie ma na imię Zezolek, ale ma zeza, więc jest Zezolkiem.
I koniec tematu.

Rano myślałam, że mnie zmiecie. Fala ludzi. Na Manhattan dojść nie mogłam, bo takie tłumy waliły do nowo otwartej galerii, a ja szłam w przeciwnym kierunku, na stary, dobry Manhattan.
Później postanowiłam pojechać do palmiarni i stojąc na przystanku widziałam tłumy z balonami, idące z galerii, całe rodziny, wlokące za rączkę dzieci. Zaiste, sobotnie zaciśnianie więzi rodzinnych, wycieczka do galerii...
Biedni mali galernicy.

W parku też myślałam, że mnie zmiecie.
Wchodzę i co ja paczę?? Przy stawu, pod drzewem śpi pułk srajd. To stanęłam, wyciągam aparat, a zdające się spać srajdy ruszają zwarte i gotowe na mnie, marszowym krokiem... Ojapierdolę... Myślały, cwaniary, że ja żarcie mam...
Jak ruska inwazja szły...


 Bałam się, że wzlecą, ale nie, za leniwe były...

W palmiarni zaś od samych drzwi



zeżreć żywcem chciały każdego...

... tylko na wystawie bojowniki niewinnie patrzyły na człowieka.

A sama palmiarnia, jak zwykle o tej porze roku urocza, bo mało, że zielono


to i storczyki i inne cuda wianki kwitną








i kurki chodzą


i inna gadzina...
To jeszcze





















... słów mi zabrakło, żeby opisać to piękno... I wbrew temu, co mówią, pachniały nieziemsko, a mi po głowie kolatała się piosenka:

Chryzantemy złociste w półlitrówce po czystej, stoją na fortepianie, kojąc smutek i ból...

No ba :D Trzasnęłam tyle fotek, że Internetu by zabrakło, żeby je pokazać :D

Inne niespodziewajki też były, a to

 ... cytrynki...
... a to młodzieniec z siusiaczkiem ;)

Czas pięknie płynął, a później spotkałam mistrza kamuflażu



W parku zaś strach się było bać, ale przeżyłam ;)

 A przy furtce pożegnał mnie


Leżał i animrumrał, trzasnęłam mu pierdyliard fotek i nic, a gdy zamknęłam aparat, to wredny sierściuch wstał, przeciągnął się rozkosznie i seksownie, ale zanim włączyłam aparat znów klapnął. Wyczuł pismo nosem ;)

I tak tuptając doszłam do domu, ciesząc się kolejnym pięknym dniem...