... a tak całkiem różne.
Czasami sama zaczynam wątpić, czy jestem ich matką.
I coraz częściej myślę, że pora umierać.
Nie, żeby mi się spieszyło na tamten świat, ale...
Nie mam już apetytu na życie.
czwartek, 30 maja 2013
środa, 29 maja 2013
Buuu
Na mnie już nawet deszcz nie leci.
Nad moją wioską przeszła nawałnica, a ja co?? Sucha do domu dojechałam i w mojej części wioski ledwo pokropiło.
Więc jak się nie złościć??
A w pozostałej części działo się...
http://www.epoznan.pl/news-news-40996-Nawalnica_nad_Poznaniem
Pora umierać... Nawet deszcz nie leci :(
Nad moją wioską przeszła nawałnica, a ja co?? Sucha do domu dojechałam i w mojej części wioski ledwo pokropiło.
Więc jak się nie złościć??
A w pozostałej części działo się...
http://www.epoznan.pl/news-news-40996-Nawalnica_nad_Poznaniem
Pora umierać... Nawet deszcz nie leci :(
Bad girl
Bad.
Evil.
Zła.
I tyle w temacie.
Wszystko jest nie tak od dłuższego czasu i lepiej już nie będzie.
Życie jest tylko przechodnim półcieniem, nędznym aktorem, który swą rolę przez kilka godzin wygrawszy na scenie, w nicość przepada. Powieścią idioty, głośną, wrzaskliwą, a nic nie znaczącą...
Właśnie odebrałam wezwanie do sądu. Sądny dzień będzie 26 czerwca.
Jak się rypie, to na całej linii...
Mam dość...
Evil.
Zła.
I tyle w temacie.
Wszystko jest nie tak od dłuższego czasu i lepiej już nie będzie.
Życie jest tylko przechodnim półcieniem, nędznym aktorem, który swą rolę przez kilka godzin wygrawszy na scenie, w nicość przepada. Powieścią idioty, głośną, wrzaskliwą, a nic nie znaczącą...
Właśnie odebrałam wezwanie do sądu. Sądny dzień będzie 26 czerwca.
Jak się rypie, to na całej linii...
Mam dość...
wtorek, 28 maja 2013
In memory
Gdzieś w centrum miasta, które tkwi w każdym z nas, leży cmentarz
starych miłości. Szczęściarze zadowoleni ze swego życia i z tego z kim
je dzielą, przeważnie o nim nie pamiętają. Nagrobki są wyblakłe lub
powywracane, trawa niekoszona, wszędzie plenią się jeżyny
i dzikie kwiaty. U innych miejsce to wygląda schludnie i dostojnie
jak cmentarz wojskowy. Kwiaty podlano i ułożono, wysypane tłuczniem,
ścieżki są starannie zagrabione. Widać ślady częstych odwiedzin.
Cmentarz większości z nas przypomina szachownicę. Niektóre pola
są zaniedbane albo wręcz leżą odłogiem. Kto by sobie zawracał
głowę nagrobkami - czy też miłościami, które pod nimi spoczywają?
Nawet nazwiska zatarły się w pamięci.
Inne groby pozostają jednak ważne, choćbyśmy niechętnie się
do tego przyznawali. Odwiedzamy je często, niekiedy
- prawdę mówiąc - zbyt często. Nigdy nie wiadomo, jak się
będziemy czuli po wyjściu z cmentarza: czasem będzie nam lżej,
czasem ciężej na duszy. Nie sposób przewidzieć, w jakim nastroju
będziemy wracać do domu teraźniejszości...
Jonathan Carroll
starych miłości. Szczęściarze zadowoleni ze swego życia i z tego z kim
je dzielą, przeważnie o nim nie pamiętają. Nagrobki są wyblakłe lub
powywracane, trawa niekoszona, wszędzie plenią się jeżyny
i dzikie kwiaty. U innych miejsce to wygląda schludnie i dostojnie
jak cmentarz wojskowy. Kwiaty podlano i ułożono, wysypane tłuczniem,
ścieżki są starannie zagrabione. Widać ślady częstych odwiedzin.
Cmentarz większości z nas przypomina szachownicę. Niektóre pola
są zaniedbane albo wręcz leżą odłogiem. Kto by sobie zawracał
głowę nagrobkami - czy też miłościami, które pod nimi spoczywają?
Nawet nazwiska zatarły się w pamięci.
Inne groby pozostają jednak ważne, choćbyśmy niechętnie się
do tego przyznawali. Odwiedzamy je często, niekiedy
- prawdę mówiąc - zbyt często. Nigdy nie wiadomo, jak się
będziemy czuli po wyjściu z cmentarza: czasem będzie nam lżej,
czasem ciężej na duszy. Nie sposób przewidzieć, w jakim nastroju
będziemy wracać do domu teraźniejszości...
Jonathan Carroll
niedziela, 26 maja 2013
Dzień Matki
Hmm... Nauczyłam się już nie wściekać, bo nie warto. Inżynier zameldował się bladym świtem jak na niego, bo o 10, co doceniam. Kartkę wysłał, ale nie doszła. Też doceniam. Pomarudziłam na Barana i za chwilę zonk - pamiętał, wysłał SMS, no zapracowany biedak jest, więc odszczekuję. A Pierworodny też SMS załatwił, ale późnym popołudniem. Zakładam, że był w pracy i dopiero wstał. Nie zaprosił na Skype'a, a ja się nie pchałam, bo... nie :)
Przesiedziałam niedzielę w piżamce i kocku, ciepło zrobiło mi się, jak założyłam z powrotem zakopiańskie kapcie. Nie grzeją już, a za oknem 9 stopni w porywach i piździ.
I myślałam o mojej Mamie. Jak niewiele się mogłam Nią nacieszyć.
Wciąż mi jej brak i tak już chyba do śmierci zostanie.
Przesiedziałam niedzielę w piżamce i kocku, ciepło zrobiło mi się, jak założyłam z powrotem zakopiańskie kapcie. Nie grzeją już, a za oknem 9 stopni w porywach i piździ.
I myślałam o mojej Mamie. Jak niewiele się mogłam Nią nacieszyć.
Wciąż mi jej brak i tak już chyba do śmierci zostanie.
sobota, 25 maja 2013
Wpadli
... i wypadli... Nakarmiłam, ponoć smakowało. Lubię tę Dziewczynę Kolegi Inżyniera, zawsze uśmiechnięta i miła. Nic na to nie poradzę, że lubię dziewczyny kolegów moich synów... ;) Kolega Inżyniera pedantycznie wymierzył wszystko, zaganiając swoją Dziewczynę do mierzenia (ojapierdolę, takiego pedanta wywaliłabym za okno pierwszego dnia), ale siedzę cicho, bo wiadomo, z inżynierami nie ma żartów, a byli na jednym roku przez lata... Więc potakuję, bo w przeciwieństwie do mojego Inżyniera, to jest dopiero inżynier.
Drugi Kolega Inżyniera za tydzień dostarczy kartony i zacznie się pakowanie.
I Kolega Inżyniera zmagazynuje moje graty w swoim magazynie i nie będę wydawała na komórki do wynajęcia.
Są jednak dobrzy ludzie na świecie.
Spadam na Borgiów, odkryłam. Obsada powala na kolana.
I Defiance odkryłam...
Może padać, nie przeszkadza mi to :D
Drugi Kolega Inżyniera za tydzień dostarczy kartony i zacznie się pakowanie.
I Kolega Inżyniera zmagazynuje moje graty w swoim magazynie i nie będę wydawała na komórki do wynajęcia.
Są jednak dobrzy ludzie na świecie.
Spadam na Borgiów, odkryłam. Obsada powala na kolana.
I Defiance odkryłam...
Może padać, nie przeszkadza mi to :D
Budzę się
... i co ja paczę?? Jesień się zaczyna. Nie, nie mimozami... Pogoda jesienna jak cholera, dobrze, że mnie do końca nie pogięło i nie umyłam okien, bo i tak cały pogrzeb byłby na nic. Kwiatki posadziłam jednak, żeby odczynić, ale jakieś mizerne są, to pewno nie odczynią :(
A podobno na Mazowszu klęska... Klęska będzie też wszędzie, bo nic nie dojrzeje porządnie w takich temperaturach przecież. A tam małaczarna dziś ślubuje. Trzymam kciuki, żeby ją deszcze szerokim kołem omijały!!!
W zawieszeniu dziś dzień, bo nie wiem, czy ktoś wleci, czy nie. Tylko po pomidorki i gazetę polecę, a potem nic mnie z domu nie ruszy, bo
Ubierzcie ciepłe gatki, zmarzlaki, zima nie ma końca.... Never ending winter coming!!! Dobrze, że jeszcze szaf nie czyściłam i swetry ocalały... Nie czyścimy zatem do końca...
PS Upppsss... Niedobrze, w okolicach małejczarnej spadło 30 litrów na metr kwadratowy :( Będzie miała co wspominać...
A podobno na Mazowszu klęska... Klęska będzie też wszędzie, bo nic nie dojrzeje porządnie w takich temperaturach przecież. A tam małaczarna dziś ślubuje. Trzymam kciuki, żeby ją deszcze szerokim kołem omijały!!!
W zawieszeniu dziś dzień, bo nie wiem, czy ktoś wleci, czy nie. Tylko po pomidorki i gazetę polecę, a potem nic mnie z domu nie ruszy, bo
Ubierzcie ciepłe gatki, zmarzlaki, zima nie ma końca.... Never ending winter coming!!! Dobrze, że jeszcze szaf nie czyściłam i swetry ocalały... Nie czyścimy zatem do końca...
PS Upppsss... Niedobrze, w okolicach małejczarnej spadło 30 litrów na metr kwadratowy :( Będzie miała co wspominać...
piątek, 24 maja 2013
Pomerdane
wszystko jakieś. Przez to, że znów skończyłam (nie do końca, bo jeszcze dziś z LL przysyłali. masakra!!!) i poleciałam na targ, bo w lodówce siedziała kukułka, zupełnie mi się dni pomajtały... A że do tego wszystkiego zaaplikowałam sobie robienie obiadu na zaś, bo zapowiada się Kolega Inżyniera i generalne sobotnie porządki, bo sama siebie nie mogłam znaleźć w tym bajzlu, co kawałek sprawdzam w kalendarzu, jaki mamy dzień :)
Naorałam się jak mrówek, zmieniłam i poprałam pościel, nagotowałam dla pułku wojska (a może i dla dwóch), ogórki zakisiłam, kwiatki wsadziłam i przesadziłam (przywiozłam z Wrocławia szczepki, no i... kupiłam na targu komarzycę i to na muchy, co ma Dora, nie wytrzymałam, ale 2,50 za sadzonkę to nie majątek...), sprzątnęłam balkon i mieszkanie. I wyszły mi fantastyczne kotlety, zmodyfikowałam stary Barani przepis i tak:
pół kilo mielonego indyczego
jedna porcja włoszczyzny utarta na najdrobniejszej tarce
papryki: żółta i czerwona, utarte na grubszej tarce
czosnek
pół kilo pieczarek utartych na grubszej tarce
sól, pieprz, i co się nawinie
zielona pietruszka usiekana
kasza gryczana nieprażona (ale może być ryż, pęczak, cokolwiek)
darta bułka
można dodać jajko, ja nie dodałam
robię z tego fiku miku i obtaczam w dartej bułce i sruuu na patelnię. Nie muszę już gotować pyrków, jest sycące, do tego jakieś warzywko i obiad z głowy.
A obiad miałam dziś znów wypasiony, tym razem młode zmnieniaczki, wątróbka wieprzowa i... szparagi.
Wiem, wiem, posrane zestawienie, ale cóż :D
I kartka do małejczarnej doszła, cieszy mnie to, i muszę na jutro coś do picia skombinować, żeby za nią toast wznieść...
Wszystkim zimno, a ja kocham takie temperatury, są w sam raz :) Byle tylko nie padało, ale ma padać. Chociaż... Jak będzie padało, to Kolega Inżyniera wleci, bo nie będzie mógł pracować :D Więc może padać, ale jak już gazetę z rana kupię :D
Naorałam się jak mrówek, zmieniłam i poprałam pościel, nagotowałam dla pułku wojska (a może i dla dwóch), ogórki zakisiłam, kwiatki wsadziłam i przesadziłam (przywiozłam z Wrocławia szczepki, no i... kupiłam na targu komarzycę i to na muchy, co ma Dora, nie wytrzymałam, ale 2,50 za sadzonkę to nie majątek...), sprzątnęłam balkon i mieszkanie. I wyszły mi fantastyczne kotlety, zmodyfikowałam stary Barani przepis i tak:
pół kilo mielonego indyczego
jedna porcja włoszczyzny utarta na najdrobniejszej tarce
papryki: żółta i czerwona, utarte na grubszej tarce
czosnek
pół kilo pieczarek utartych na grubszej tarce
sól, pieprz, i co się nawinie
zielona pietruszka usiekana
kasza gryczana nieprażona (ale może być ryż, pęczak, cokolwiek)
darta bułka
można dodać jajko, ja nie dodałam
robię z tego fiku miku i obtaczam w dartej bułce i sruuu na patelnię. Nie muszę już gotować pyrków, jest sycące, do tego jakieś warzywko i obiad z głowy.
A obiad miałam dziś znów wypasiony, tym razem młode zmnieniaczki, wątróbka wieprzowa i... szparagi.
Wiem, wiem, posrane zestawienie, ale cóż :D
I kartka do małejczarnej doszła, cieszy mnie to, i muszę na jutro coś do picia skombinować, żeby za nią toast wznieść...
Wszystkim zimno, a ja kocham takie temperatury, są w sam raz :) Byle tylko nie padało, ale ma padać. Chociaż... Jak będzie padało, to Kolega Inżyniera wleci, bo nie będzie mógł pracować :D Więc może padać, ale jak już gazetę z rana kupię :D
czwartek, 23 maja 2013
Gutek [*]
Wspomnienie.
Szalony pies, wariat, idiota, nieposłuszny, niegrzeczny, nic tylko bić i patrzyć czy równo puchnie...
Wleciał dziś pod samochód, nic nie dało się zrobić.
Biedna Sikora i Jej mąż.
A ja pojadę, żeby stanąć pod orzechem i powiedzieć, jak bardzo brakuje mi Ciebie i Twojego lizania moich nóg.
Kto mnie zna, ten wie o kopytkach.
Nie przepadam za zwierzakami, ale Gutek ukradł moje serce.
Niech Ci w Krainie Wiecznych Łowów dają największe kości, Gucwaldzie.
I pozdrów Baranową Przegubowcówkę, Kalę...
Może się nawet zaprzyjaźnicie??
Albo...
Bo tam nie ma różnicy wieku...
Byłeś najfajniejszym przegubowcem na tym świecie, Gustawie... Więc WHY?? Nie słuchałeś Sikory i uciekałeś na ulicę?? WHY???
Życie jest niesprawiedliwe...
Zaraz oszaleję
Na pewno już nie zgodzę się więcej na LL. Dziś straciłam przez to cały boży dzień, żeby na pracy, ale na czekaniu!!! Pracowałam może z godzinę, a 7 siedziałam. Potem trzasnęłam lekko drzwiami i poszłam w świat. A podpisów pod zdjęcia nie było... Jak trudno jest podpisać zdjęcie, do reportażu zrobionego jakiś miesiąc temu?? A tekst z przepisami na ciasta z jabłkiem robiony 10 godzin po tym, jak LL miał być w drukarni i wysyłany mi do domu to lekka przesada, nieprawdaż?? Nie ogarniam, jak można tak pracować, jakbym ja swoją robotę tak robiła, gazeta by nigdy nie wyszła. Co "z ostatniej chwili" jest w przepisie na sorbet czy na tartę?? I jeszcze wykład od polonistki, że co to nie one... A błędy sadzą, że głowa mała i to nie, że literówka. Koniec, nigdy więcej artystów, wolę moich chłopów :D No nic, ja tylko sprzątam, mop, szmata, pasta, rozcieńczalnik ;)
Pojechałam zareklamować słuchawki i co się okazuje?? Nie wymienią mi ich, bo... nie mam oryginalnego opakowania. Musi być oryginalne, inaczej idzie do serwisu i próbują naprawić. Ojapierdolę. Zapakowane były w spieczony na siłę plastik, który rozerwałam i wywaliłam, bo gdzie mam wsadzić plastik??? No nic, oddałam, zobaczymy, co wymyślą. Kupiłam sobie inne, ale już nie Koss z wieczystą gwarancją, ale Panasonic, do Ipoda, za 60 zł. Lepszy dźwięk (a ponoć Koss się specjalizuje) i wyglądają na solidniejsze. Nie mogę nigdzie znaleźć takich, jak Mała Wiedźma rozerwała, to były SONY, całkiem możliwe, że już nie produkują takich. No nic, mam nauczkę, wszystko pod klucz, jak MW jest w chacie.
I jutro postanawiam spać do oporu!!! Nie, że zrywam się z obłędem w oczach o 6 rano. I kupić sobie pomidorków i truskawki. Bez szampana, bo nie lubię... :)
Pojechałam zareklamować słuchawki i co się okazuje?? Nie wymienią mi ich, bo... nie mam oryginalnego opakowania. Musi być oryginalne, inaczej idzie do serwisu i próbują naprawić. Ojapierdolę. Zapakowane były w spieczony na siłę plastik, który rozerwałam i wywaliłam, bo gdzie mam wsadzić plastik??? No nic, oddałam, zobaczymy, co wymyślą. Kupiłam sobie inne, ale już nie Koss z wieczystą gwarancją, ale Panasonic, do Ipoda, za 60 zł. Lepszy dźwięk (a ponoć Koss się specjalizuje) i wyglądają na solidniejsze. Nie mogę nigdzie znaleźć takich, jak Mała Wiedźma rozerwała, to były SONY, całkiem możliwe, że już nie produkują takich. No nic, mam nauczkę, wszystko pod klucz, jak MW jest w chacie.
I jutro postanawiam spać do oporu!!! Nie, że zrywam się z obłędem w oczach o 6 rano. I kupić sobie pomidorków i truskawki. Bez szampana, bo nie lubię... :)
środa, 22 maja 2013
Burzowo
dziś u mnie, burza za burzą przechodzi, ale udało mi się dotrzeć do domu w stanie nienaruszonym i dziś u mnie, burza za burzą przechodzi, ale udało mi się dotrzeć do domu
w stanie nienaruszonym i teraz mi to lotto. Ufff, wszystko w sumie
zrobione, czerwcowy numer, z rozpędu część ekstrasa zrobiłam, reszta w
przyszłym tygodniu. Zostało jeszcze parę stron do LL, zatem jutro wlecę
na chwilę, ale mają niezgraną ekipę i nawet to, że robią pierwszy nr
niczego nie usprawiedliwia. Najgorsi są łamacze, pracowałam z wieloma, ale takich jeszcze nie widziałam :) No nic.
Jutro pojadę też zareklamować słuchawki, taki mam plan.
A teraz czekam na Inżyniera i spać, bo na pysk padam i nie wstanę.
A jeszcze mi SMS przysyłają, czy tak napisać, ojapierdolę. Mają maturę?? Mają, a to, co robią to zadanie na miarę wypracowania w gimnazjum: opisz jesienny ogród...
Niech mnie ktoś zabije, byle szybko...
Jutro pojadę też zareklamować słuchawki, taki mam plan.
A teraz czekam na Inżyniera i spać, bo na pysk padam i nie wstanę.
A jeszcze mi SMS przysyłają, czy tak napisać, ojapierdolę. Mają maturę?? Mają, a to, co robią to zadanie na miarę wypracowania w gimnazjum: opisz jesienny ogród...
Niech mnie ktoś zabije, byle szybko...
poniedziałek, 20 maja 2013
Jaki poniedziałek, taki cały tydzień...????
Nie ogarniam tego, choć przecież jestem cfaną gapą. Znów się wszystko rypnęło, siedziałam 12 godzin w pracy, nie że siedziałam, ryłam, jak dziki osioł. OK, mam z tego niezłą kasę i pies to drapał, że z wywieszonym ozorem lecę 2-3 dni w miesiącu. Ale niech mi ktoś powie, że źle zrobione, zajebię. Zajebię, zakopię i zachichoczę szyderczo. Wywalić mnie nie mogą, mam ochronę przedemerytalną. I żaden normalny człowiek nie zrobi tego, co ja w 12 godzin. Wiem, nienormalna jestem, ale tak wyszło.
Wczoraj czekałam na tekst od gościa, co mnie w weekend chciał przykuć do komputera. I co?? I nic. O 22, zbierając się do spania wchodzę na pocztę i co ja paczę? Tekst jest. Od godziny. Z przeprosinami, że zgubił mój nr telefonu. To mógł, kurde, do sekretarki zadzwonić, albo do kogoś z redakcji. Wrrr... Zrobiłam mu, a dziś przez niego siedziałam 12 godzin, choć ponoć on pisał ten tekst już w niedzielę. I jeszcze uśmiechając się pytał o 19.30, czy tekst jest zrozumiały. Byłam bezczelna i powiedziałam, że w ogóle nie wiem, o co lotto, litery się zgadzają, a reszta to jego zmartwienie...
I inne takie cuda wianki...
Aby do środy, no może do czwartku, bo LL leci do czwartku. Choć tam mam niewiele do roboty, bo więcej zdjęć, jak tekstu.
A teraz rozkoszuję się wareczką i JESTEM GRUBA I MAM WYJEBANE, na którą jutro pójdę do pracy...
A rano w tramwaju... Uśmiałam się jak norka, ale nie miałam odwagi jebnąć fotki. A szkoda. Wsiadł sobie taki chudzina, z jedną torbą na ramieniu, z drugą w ręku i tę rękową na ziemi stawia i gapi się. A ja gapię się na torbę i rechocę, jak idiotka. A na torbie napis wersalikami, że ślepy by zobaczył: Human organs for transplant :) Pacholę było w wieku gimnazjalno-licealnym, nie mam "oka". Niektóre egzemplarze małolatów są naprawdę kosmiczne :)
I to poprawiło mi humor, choć może powinnam przezwyciężyć wrodzoną nieśmiałość i jebnąć fotkę?? Uzbrojonych na dworcu w Paryżu się nie bałam, strażników pod ambasadą zabraniających fotografowania, a aniołka z lokami się bałam?? Dziwna jestem :D
Meszka mnie dziś użarła rano, nafaszerowałam się wapnem i przeszło.
Wieczorem też mnie użarła, ale nie mam już miejsca na wapno, wolę wypić piwo.
Co najwyżej juterko pojadę na OIOM i niech ostatnie strony zamykają sami.
Inżynier też miał ciężki dzień.
U nas to chyba rodzinne.
Zaczynam marzyć o remoncie, bo nic nie może przebić zamykania, remont to będzie hasta maniana, nieprawdaż??
I z tym optymistycznym akcentem spadam w objęcia Morfeusza...
Żeby on jeszcze mnie tak kochał, jak ja jego... :)
A słuchawki z dożywotnią gwarancją padły po 4 dniach... Nie mam nawet czasu ich zareklamować i zastanawiam się, czy warto tracić czas za 49.99?? Ale w końcu to moje 49,99, a gwarancja wieczysta :)
niedziela, 19 maja 2013
sobota, 18 maja 2013
Dla Zmorki
Zobacz, co kupiłam, chcesz, podzielę się z Tobą ;)
Pachną zabójczo, a ja powinnam mieć zakaz chodzenia na targ... :|
Pachną zabójczo, a ja powinnam mieć zakaz chodzenia na targ... :|
Sny
Wczoraj śniło mi się Baranisko. Słodko, tęsknie, grzecznie. Przytuliło mnie do kościstego ciałka, objęło tymi kościstymi ramionkami, cmoknęło w łysą główkę i zaproponowało... Hahahahahaha, nie seks, zboczuchy, wycieczkę. I potuptaliśmy zgodnie do kochanej Ery, która powiozła nas w stronę słońca. Prawda, że kochany jest mój Baran?? Tak ładnie mi się śni, a i w życiu też taki jest. Tyle, że nie tuli kościstymi łapkami i nie cmoka w łysą główkę, ale szturcha kościstym paluchem, aż boli :) Ale na wycieczki zabiera i w ogóle jest sweet :*
A dziś śnił mi się Pierworodny. Też bardzo realnie. Jak zwykle miał problemy ze studiami i żeby się z nich wyplątać, miał zanalizować zachowania i reakcje ludzkie. I co zrobił Pierworodny?? Zaczął się wściekać, tupac i płakać i powiedział, że nie napisze, bo nie i woli zawalić studia. I co zrobiła nadopiekuńcza Matka?? To, czego nie zrobiła w życiu, a powinna. Wzięła go za dupę i podyktowała całe zagadnienie, co nie było trudne, biorąc pod uwagę moje lata - zarówno życia, jak i praktyki zawodowej. Obudziłam się, dyktując zakończenie, zmęczona jak koń po westernie.
I rób tu, człowieku, dzieci, nawet we śnie Cię zamęczą :)
A dziś śnił mi się Pierworodny. Też bardzo realnie. Jak zwykle miał problemy ze studiami i żeby się z nich wyplątać, miał zanalizować zachowania i reakcje ludzkie. I co zrobił Pierworodny?? Zaczął się wściekać, tupac i płakać i powiedział, że nie napisze, bo nie i woli zawalić studia. I co zrobiła nadopiekuńcza Matka?? To, czego nie zrobiła w życiu, a powinna. Wzięła go za dupę i podyktowała całe zagadnienie, co nie było trudne, biorąc pod uwagę moje lata - zarówno życia, jak i praktyki zawodowej. Obudziłam się, dyktując zakończenie, zmęczona jak koń po westernie.
I rób tu, człowieku, dzieci, nawet we śnie Cię zamęczą :)
piątek, 17 maja 2013
Padłam
Co to znaczy przerost formy nad treścią. Dotąd wydawało mi się, że nie ma w mojej pracce konfliktów interesów, ale są, jak widzę. I ambicje ludzi zżerają.
Jak to dobrze, że jestem już stara, gruba i mam na wszystko wyjebane.
Robię swoje, zamykam drzwi i mam w pompie.
Jeden wice pyta mnie, co robię w weekend.
Ja na to: będę u kochanka.
Zdziwienie, zaskoczenie, niedowierzanie.
Wiem, wiem, jestem stara, gruba, mam wąsa i łysinę, ale to chyba nie przeszkadza w maniu kochanka?? Może taki amator kwaśnych jabłek.
A będzie pani miała Internet??
Internet mam wszędzie, ale nie wszędzie mam polskie znaki, więc nie wszędzie mogę pracować...
Mieli, kurwa, miesiąc na wszystko.
I nic nie zrobili.
Ale to nie dowód, że ja będę w weekend zapieprzała.
Mam Internet bez polskich znaków i siedzę u kochanka :D
Mina rozmówcy - bezcenna.
A co???
Ze spółdzielni odpisali, że mogę sobie okienka wstawić.
I jednocześnie po raz drugi przyszła ankieta z zapytaniem, ilu ludzi mieszka (do podatku śmieciowego). Ojapierdolę. Dwie kartki A4 po raz drugi, w bloku są bodaj 44 mieszkania razy co najmniej 10 bloków... Ile drzew ucierpiało i ile farby poszło?? A mój czas na kolejne odnoszenie ankiety do spółdzielni?? Powiem im, co myślę, jak odniosę... I w dupie mam, czy dostanę kolejne zaświadczenie. Nie mam więcej książeczek :D :)
I tym optymistycznym akcentem rozpoczynam weekend...
Znów zjadłam 30 deko kapusty.
U nas chodzi po 23 zeta za kilo :)
Moja wioska droższa od Paryżewa się robi...
Jak to dobrze, że jestem już stara, gruba i mam na wszystko wyjebane.
Robię swoje, zamykam drzwi i mam w pompie.
Jeden wice pyta mnie, co robię w weekend.
Ja na to: będę u kochanka.
Zdziwienie, zaskoczenie, niedowierzanie.
Wiem, wiem, jestem stara, gruba, mam wąsa i łysinę, ale to chyba nie przeszkadza w maniu kochanka?? Może taki amator kwaśnych jabłek.
A będzie pani miała Internet??
Internet mam wszędzie, ale nie wszędzie mam polskie znaki, więc nie wszędzie mogę pracować...
Mieli, kurwa, miesiąc na wszystko.
I nic nie zrobili.
Ale to nie dowód, że ja będę w weekend zapieprzała.
Mam Internet bez polskich znaków i siedzę u kochanka :D
Mina rozmówcy - bezcenna.
A co???
Ze spółdzielni odpisali, że mogę sobie okienka wstawić.
I jednocześnie po raz drugi przyszła ankieta z zapytaniem, ilu ludzi mieszka (do podatku śmieciowego). Ojapierdolę. Dwie kartki A4 po raz drugi, w bloku są bodaj 44 mieszkania razy co najmniej 10 bloków... Ile drzew ucierpiało i ile farby poszło?? A mój czas na kolejne odnoszenie ankiety do spółdzielni?? Powiem im, co myślę, jak odniosę... I w dupie mam, czy dostanę kolejne zaświadczenie. Nie mam więcej książeczek :D :)
I tym optymistycznym akcentem rozpoczynam weekend...
Znów zjadłam 30 deko kapusty.
U nas chodzi po 23 zeta za kilo :)
Moja wioska droższa od Paryżewa się robi...
Szczyt zboczenia
Wstać rano razem ze słonkiem i planować mycie okien.
Są brudne, fakt.
Ale za 2 tygodnie będą wymieniane.
Nie wyrzucam też brudnych gaci i rajstop, piorę wszystko przed wyrzuceniem.
Może więc i okna powinnam umyć przed wymianą??
Na ile jestem zboczona w skali od 1 do 10?? ;)
Są brudne, fakt.
Ale za 2 tygodnie będą wymieniane.
Nie wyrzucam też brudnych gaci i rajstop, piorę wszystko przed wyrzuceniem.
Może więc i okna powinnam umyć przed wymianą??
Na ile jestem zboczona w skali od 1 do 10?? ;)
czwartek, 16 maja 2013
Zagadka
Chodziła za mną, odkąd wlazłam dziś na Zmorczego bloga (zresztą już od dwóch tygodni mam na nią ochotę, ale jej nie było nigdzie). Kiszona kapusta młoda, bo stara jest. No i dzisiaj wracając z pracy wpadłam na ostatni stragan, który jest zawsze najdłużej otwarty, tak do 19. Pytam o młodą, kwaszoną. Jest. Juuuuuuuuuupi, dysponuję 30 deko.
A pani na to patrzy na mnie kwadratowymi oczkami i mówi: ale ona kosztuje...
Ja na ta beztrosko: nie szkodzi, poproszę 30 deko.
Ile kosztuje młoda kwaszona kapusta w mojej wiosce??
A pani na to patrzy na mnie kwadratowymi oczkami i mówi: ale ona kosztuje...
Ja na ta beztrosko: nie szkodzi, poproszę 30 deko.
Ile kosztuje młoda kwaszona kapusta w mojej wiosce??
środa, 15 maja 2013
Pracowita środa
Zamknęłam, po kiszonkach - chlewnie :)
Po godzinach.
Pracowałam, choć i momenty nicnierobienia były.
Kupiłam słuchawki za 49,99, całkiem niezłe jak do Skype'a i mp3. Kossa. Bez pałąków, zatem resztka łysiny ocaleje...
Zjadłam zamiast obiadu niedojady (jak te biedne prosięta, ale im koryta z niedojadów czyszczą, a ja je zjadam)...
Książeczka Pierworodnego już na moim koncie, co za tempo ekspresowe w PKO, iście niepolskie...
I ani jednego wydruku z LL, bo ponoć fonty latają. Będzie się zatem działo.
Mama Drugiego Kolegi Inżyniera da mi kartony do remontu, nie chce za nie kasy, choć sama za nie płaciła i to niemało.
Jakieś pomysły, jak się zrewanżować?? Nie wiem, co lubi, podpytam jej synową. Jest porządną kobietą, nie takie cuś jak ja, więc alkohol chyba odpada. Zagwozdka.
I taka fajna temperatura na łażenie jest, a ja gniję w pracy.
Życie...
Po godzinach.
Pracowałam, choć i momenty nicnierobienia były.
Kupiłam słuchawki za 49,99, całkiem niezłe jak do Skype'a i mp3. Kossa. Bez pałąków, zatem resztka łysiny ocaleje...
Zjadłam zamiast obiadu niedojady (jak te biedne prosięta, ale im koryta z niedojadów czyszczą, a ja je zjadam)...
Książeczka Pierworodnego już na moim koncie, co za tempo ekspresowe w PKO, iście niepolskie...
I ani jednego wydruku z LL, bo ponoć fonty latają. Będzie się zatem działo.
Mama Drugiego Kolegi Inżyniera da mi kartony do remontu, nie chce za nie kasy, choć sama za nie płaciła i to niemało.
Jakieś pomysły, jak się zrewanżować?? Nie wiem, co lubi, podpytam jej synową. Jest porządną kobietą, nie takie cuś jak ja, więc alkohol chyba odpada. Zagwozdka.
I taka fajna temperatura na łażenie jest, a ja gniję w pracy.
Życie...
wtorek, 14 maja 2013
Nie mam pomysłu na tytuł ;)
Urwałam się z pracy o 16, bo i tak ostatnie dwie godziny siedziałam bez roboty. Jestem pełna podziwu dla siebie, bo... No ba :) Ogarnęłam nieogarnięte, choć wszyscy obawiali się, że się nie da. Nie znają Starej Jędzy z tej strony, a nie będę się już chwalić, że jeszcze mogę neta pociągnąć, bo po co?? Tresura z Auschwitz naumiała mnie, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. I dlatego do wice posłałam grzecznego emilka, że bardzo proszę o oddawanie doszlifowanych diamentów, bo nie mam mocy przerobowych :) Kompletnie olał swoją robotę i podesłał mi chałę. Bez przesadyzmu, please...
W domu o 18 usiadłam na stołeczku w przedpokoju, bo dość mam już tłumaczenia, że domofonu nie słyszę i zaczęłam grać w kulki, ale się nie nagrałam, bo gość od okien wpadł o 18.15. Miły, strasznie podobny do Królikowskiego, co w Ranczu gra. Obmierzył, pogawędził i poleciał. Ledwo się mieścił między badylami w kuchni, prawie tak wysoki jak Baran (ten by już do kuchni nie wlazł), na moje przeprosiny, że to nie mieszkanie dla wysokich ludzi, tylko dla takich mikrych, jak ja odrzekł, że jestem słusznego wzrostu. Biedak, nie wiedział, że mi moje 160 cm zupełnie wystarcza do szczęścia. Zadowolona jestem, bo nie straciłam dwóch godzin na czekanie, pisał, że będzie między 18 a 20.
Kolejny etap z głowy.
I muszę się umówić z Dziewczyną Inżyniera, bo przywiozła Baranowy naparstek z Dublina, ale obie w tym tygodniu jesteśmy zalatane...
Dzień za dniem i coraz bliżej remontu..
Media ekscytują się Angeliną Jolie, która poddała się mastektomii, bo jest nosicielką genu BRCA1. Ze Słonkiem kiedyś o tym rozmawiałyśmy przy okazji artykułu na ten temat w Auschwitz i obie doszłyśmy do wniosku, że lepiej nie badać genów i nie musieć podejmować takich decyzji. Ja akurat nie mam już dylematu, może jak na Starą Jędzę nie jestem stara, ale... Nie, nie zdecydowałabym się na taki krok. Już nie teraz. Zresztą przy naszej służbie zdrowia to jest abstrakcja, nie badanie :D Nie mówiąc już o całej reszcie. Mam w bliskiej rodzinie przypadek raka sutka, ale...
I wkurzają mnie komentarze na portalach katolickich, że to przez antykoncepcję i niekarmienie piersią, że zapobiega temu rodzenie dzieci. Gówno prawda. Umierają też matki wielu dzieci, karmiące piersią. Zbrodnią dla mnie jest każdy fanatyzm. Jak nie karmię piersią to jestem wyrodna?? Moja Mama nie mogła i ja też nie. Nie, że nie chciałam. Nie mogłam. Mając do wyboru zagłodzenie dziecka i butelkę, wybrałam butelkę. Jestem przez to gorsza i niegodna miana matki?? Znam osoby, które nie karmiły, bo się bały deformacji cycków. Nie oceniam, ich życie, ich cycki, ich zmartwienie.
Każdy wybiera swoją drogę...
W domu o 18 usiadłam na stołeczku w przedpokoju, bo dość mam już tłumaczenia, że domofonu nie słyszę i zaczęłam grać w kulki, ale się nie nagrałam, bo gość od okien wpadł o 18.15. Miły, strasznie podobny do Królikowskiego, co w Ranczu gra. Obmierzył, pogawędził i poleciał. Ledwo się mieścił między badylami w kuchni, prawie tak wysoki jak Baran (ten by już do kuchni nie wlazł), na moje przeprosiny, że to nie mieszkanie dla wysokich ludzi, tylko dla takich mikrych, jak ja odrzekł, że jestem słusznego wzrostu. Biedak, nie wiedział, że mi moje 160 cm zupełnie wystarcza do szczęścia. Zadowolona jestem, bo nie straciłam dwóch godzin na czekanie, pisał, że będzie między 18 a 20.
Kolejny etap z głowy.
I muszę się umówić z Dziewczyną Inżyniera, bo przywiozła Baranowy naparstek z Dublina, ale obie w tym tygodniu jesteśmy zalatane...
Dzień za dniem i coraz bliżej remontu..
Media ekscytują się Angeliną Jolie, która poddała się mastektomii, bo jest nosicielką genu BRCA1. Ze Słonkiem kiedyś o tym rozmawiałyśmy przy okazji artykułu na ten temat w Auschwitz i obie doszłyśmy do wniosku, że lepiej nie badać genów i nie musieć podejmować takich decyzji. Ja akurat nie mam już dylematu, może jak na Starą Jędzę nie jestem stara, ale... Nie, nie zdecydowałabym się na taki krok. Już nie teraz. Zresztą przy naszej służbie zdrowia to jest abstrakcja, nie badanie :D Nie mówiąc już o całej reszcie. Mam w bliskiej rodzinie przypadek raka sutka, ale...
I wkurzają mnie komentarze na portalach katolickich, że to przez antykoncepcję i niekarmienie piersią, że zapobiega temu rodzenie dzieci. Gówno prawda. Umierają też matki wielu dzieci, karmiące piersią. Zbrodnią dla mnie jest każdy fanatyzm. Jak nie karmię piersią to jestem wyrodna?? Moja Mama nie mogła i ja też nie. Nie, że nie chciałam. Nie mogłam. Mając do wyboru zagłodzenie dziecka i butelkę, wybrałam butelkę. Jestem przez to gorsza i niegodna miana matki?? Znam osoby, które nie karmiły, bo się bały deformacji cycków. Nie oceniam, ich życie, ich cycki, ich zmartwienie.
Każdy wybiera swoją drogę...
poniedziałek, 13 maja 2013
Kronika pobytu Małej Wiedźmy
W sobotę po południu przyjechali. Całe dziadostwo z wujkiem i przywieźli Małą Wiedźmę, w całości, nówkę nieśmiganą. Przywieźli też niebieski wózek, którego mieli nie przywozić, albowiem Jej Wiedźmowska Wysokość posiada tu czerwony wózek, aczkolwiek mniej wypasiony, ale działający.
Dziadostwo pojechało, oczywiście nie obyło się bez rozdzierających scen pożegnania babci No1, czyli babci Justyny. Nawet obecność ojca nie rekompensowała utraty ukochanej babci. Mała Wiedźma, zabrana w trybie pilnym na spacer, jako że miało się rozpadać, a dziecko przegonić należało, żeby spało, poszła na spacer, histeryzując: nie czerwony wózek, ale niebieski, nie na wózku, na nogach, nie na nogach, na wózku. Potem nie mogła już sama zdecydować, czy chce do babci Justyny, czy do babci Yody, chyba jej się babcie pomyliły dokumentnie, za dużo ich ma ;) Po drodze zaprzyjaźniła się z jakąś dziewczynką na Dębinie i razem zjeżdżały na mokrej zjeżdżalni (nie zapakowałam zapasowych gaci i spodni, bo... moje dzieci, jakkolwiek wariaty, po mokrym nie zjeżdżały i nie wpadłam na to, że może być taka opcja. W ogóle nie sprawdzam się w tych kwestiach, wyszłam z wprawy).
Chwila lepszego humoru i dziewczynka z dmuchawcem...
Bez wózka, za to znów z humorkiem...
I muszę się pochwalić, prawda, że pieścichłopy są jedyne w swoim rodzaju???
Pierworodny zaczał jęczeć, że mój prysznic jest do dupy, baterie z Ikei padają po zrobieniu 5 zdjęć, z nieba lało, więc...
Pojechaliśmy w niedzielę oglądnąc w strugach deszczu arcydzieło
Te kolorki, to usypany z miliona (!) tulipanów obraz, flaga i godło Polski, po bokach fontanny były jeszcze inne flagi. I pełno ludzi z absolutorium, ale że lało, to nikt nie leżał na trawie i dlatego mogłam "jebnąć fotkę"...
Tradycyjna pogoń za srajdą...
Na tle bratkowych kobierców flagi z tulipanów...
Tak wyglądało to z bliska.
Ten biały krzyż to "artystyczna" wizja Orła Białego.
W markecie wypatrzyła (nie wiem jakim cudem, bo mała jest i to nie było na poziomie jej oczu), że jest zjeżdżalnia i oszałała, więc nie było opcji nie zjeżdżamy. Ale zrobić jej fotkę, to sztuka, wszak lata z prędkością światła.
Potem cyrk w czasie powrotu do domu, bo zmęczona na maksa, chciała chodzić po autobusie w czasie jazdy. Może i Pierworodny by jej uległ, ale zgłosiłam stanowcze weto. Biedny kierowca...
W domu odgrzałam szybko obiad, zjadła trzy gruuuube i wielkie szparagi i dwa kotlety z indyka i z kaszy jęczmiennej i zasnęła snem sparwiedliwego obok swego Rodziciela. Po dwugodzinnej drzemce nie dostała już nic do jedzenia, oprócz suchej pyry, których zeżarła sztuk 4 :)
Biedne dziecko, karmione jak prosię :D Młode pyry dorwałam, smaczne jak rzadko, widać, że to moja krew i poznańska pyra. Mięsa odmówiła, choć mięsożerna jest (i nawet umie mówić: mięsozelna)...
A po akcji
czym prędzej mimo deszczu poszliśmy na kolejny spacerek, ale... nie chce mi się zgrywać fot z telefonu, może kiedyś.
Na dobranoc rzekła mi: kocham Cię, babcia. Mówi non stop cały dzień i pełnymi zdaniami, tak że nawet ja mam dość i cieszę się, że moje dzieci, chowane w czasach bezaparatowych musiały do mnie z przodu zajść, żebym widziała, co mówią ;)
Odkryła na moim biurku fotkę, na której jestem z mamą, tatą, jak mam pól roku. Stwierdziła, że to mama, tata i Natalia baby. Na moje wyjaśnienie, że nie, że to jej pradziadkowie i ja, zaprotestowała: babcia jest duża... I tłumaczyliśmy jej, że mój syn, to Jej ojciec, że ja jestem mamą Jej taty, że ona jest jego córką, a moją wnuczką... I tak zamąciliśmy biedactwu w głowie, że po kąpieli (już bez ryków) i uroczystym całowaniu Piętki w piętkę, oraz odmówieniu Aniele Stróżu (po dwóch dniach u Dziadostwa powtarza płynnie, rodzicom Jej to lotto), zasnęła... Jest taka słodka, jak śpi i nie gada...
Dolecieli.
Przedtem zdążyła zdemolować moje słuchawki, a nie mam czasu jechać po nowe.
Ale co to są słuchawki wobec: kocham Cie, babciu...
Jak wychodziłam do pracy, namawiała mnie, żebym nie szła.
Ale nie płakała, jak po babci Justynie.
Widać nie zasłużyłam ;)
Dziadostwo pojechało, oczywiście nie obyło się bez rozdzierających scen pożegnania babci No1, czyli babci Justyny. Nawet obecność ojca nie rekompensowała utraty ukochanej babci. Mała Wiedźma, zabrana w trybie pilnym na spacer, jako że miało się rozpadać, a dziecko przegonić należało, żeby spało, poszła na spacer, histeryzując: nie czerwony wózek, ale niebieski, nie na wózku, na nogach, nie na nogach, na wózku. Potem nie mogła już sama zdecydować, czy chce do babci Justyny, czy do babci Yody, chyba jej się babcie pomyliły dokumentnie, za dużo ich ma ;) Po drodze zaprzyjaźniła się z jakąś dziewczynką na Dębinie i razem zjeżdżały na mokrej zjeżdżalni (nie zapakowałam zapasowych gaci i spodni, bo... moje dzieci, jakkolwiek wariaty, po mokrym nie zjeżdżały i nie wpadłam na to, że może być taka opcja. W ogóle nie sprawdzam się w tych kwestiach, wyszłam z wprawy).
Chwila lepszego humoru i dziewczynka z dmuchawcem...
Bez wózka, za to znów z humorkiem...
I muszę się pochwalić, prawda, że pieścichłopy są jedyne w swoim rodzaju???
Pierworodny zaczał jęczeć, że mój prysznic jest do dupy, baterie z Ikei padają po zrobieniu 5 zdjęć, z nieba lało, więc...
Pojechaliśmy w niedzielę oglądnąc w strugach deszczu arcydzieło
Te kolorki, to usypany z miliona (!) tulipanów obraz, flaga i godło Polski, po bokach fontanny były jeszcze inne flagi. I pełno ludzi z absolutorium, ale że lało, to nikt nie leżał na trawie i dlatego mogłam "jebnąć fotkę"...
Tradycyjna pogoń za srajdą...
Na tle bratkowych kobierców flagi z tulipanów...
Tak wyglądało to z bliska.
Ten biały krzyż to "artystyczna" wizja Orła Białego.
W markecie wypatrzyła (nie wiem jakim cudem, bo mała jest i to nie było na poziomie jej oczu), że jest zjeżdżalnia i oszałała, więc nie było opcji nie zjeżdżamy. Ale zrobić jej fotkę, to sztuka, wszak lata z prędkością światła.
Potem cyrk w czasie powrotu do domu, bo zmęczona na maksa, chciała chodzić po autobusie w czasie jazdy. Może i Pierworodny by jej uległ, ale zgłosiłam stanowcze weto. Biedny kierowca...
W domu odgrzałam szybko obiad, zjadła trzy gruuuube i wielkie szparagi i dwa kotlety z indyka i z kaszy jęczmiennej i zasnęła snem sparwiedliwego obok swego Rodziciela. Po dwugodzinnej drzemce nie dostała już nic do jedzenia, oprócz suchej pyry, których zeżarła sztuk 4 :)
Biedne dziecko, karmione jak prosię :D Młode pyry dorwałam, smaczne jak rzadko, widać, że to moja krew i poznańska pyra. Mięsa odmówiła, choć mięsożerna jest (i nawet umie mówić: mięsozelna)...
A po akcji
czym prędzej mimo deszczu poszliśmy na kolejny spacerek, ale... nie chce mi się zgrywać fot z telefonu, może kiedyś.
Na dobranoc rzekła mi: kocham Cię, babcia. Mówi non stop cały dzień i pełnymi zdaniami, tak że nawet ja mam dość i cieszę się, że moje dzieci, chowane w czasach bezaparatowych musiały do mnie z przodu zajść, żebym widziała, co mówią ;)
Odkryła na moim biurku fotkę, na której jestem z mamą, tatą, jak mam pól roku. Stwierdziła, że to mama, tata i Natalia baby. Na moje wyjaśnienie, że nie, że to jej pradziadkowie i ja, zaprotestowała: babcia jest duża... I tłumaczyliśmy jej, że mój syn, to Jej ojciec, że ja jestem mamą Jej taty, że ona jest jego córką, a moją wnuczką... I tak zamąciliśmy biedactwu w głowie, że po kąpieli (już bez ryków) i uroczystym całowaniu Piętki w piętkę, oraz odmówieniu Aniele Stróżu (po dwóch dniach u Dziadostwa powtarza płynnie, rodzicom Jej to lotto), zasnęła... Jest taka słodka, jak śpi i nie gada...
Dolecieli.
Przedtem zdążyła zdemolować moje słuchawki, a nie mam czasu jechać po nowe.
Ale co to są słuchawki wobec: kocham Cie, babciu...
Jak wychodziłam do pracy, namawiała mnie, żebym nie szła.
Ale nie płakała, jak po babci Justynie.
Widać nie zasłużyłam ;)
piątek, 10 maja 2013
Day 3.
Zamknęłam go w klatce. Mam taki zamek, że jak zakluczę z zewnatrz dwa razy (a zakluczyłam, odruchowo), to umarł w butach bez kaloszy. Nie wyjdzie. Więc starałam się z pracy prysnąć, ale okazało się, że pracy jest po kokardę, pracowałam w domu do 20... I mam pracy nie po kokardę, ale po gumkę od kitki :D Numer bieżący, LL i 3 ekstrasy. Ojapierdolę. Nie dziwię się, że Boss mnie unika i w oczy mi nie paczy ;)
Jak skończyłam z pracą, próbowałam namówić Pierworodnego na założenie konta na FB. Nie wyszło, ale on pierwszy padł.
Zobaczymy, kto jutro pierwszy wstanie, ale mniemam, że moi.
We wtorek wleci facet od mierzenia, z całkiem innej bajki, ale... pisze do mnie jak do człowieka, odbiera telefony od Pierworodnego i poleca go kumpela z pracy.
Raz kozie śmierć, w moim wieku zgon.
Dostanę ją jutro, przytulę, tak, wiem, wredna jestem ale co ja za to mogę, że ją kocham??
Małą Wiedźmę...
My last love...
Każdy ma swoją last love.
Jak skończyłam z pracą, próbowałam namówić Pierworodnego na założenie konta na FB. Nie wyszło, ale on pierwszy padł.
Zobaczymy, kto jutro pierwszy wstanie, ale mniemam, że moi.
We wtorek wleci facet od mierzenia, z całkiem innej bajki, ale... pisze do mnie jak do człowieka, odbiera telefony od Pierworodnego i poleca go kumpela z pracy.
Raz kozie śmierć, w moim wieku zgon.
Dostanę ją jutro, przytulę, tak, wiem, wredna jestem ale co ja za to mogę, że ją kocham??
Małą Wiedźmę...
My last love...
Każdy ma swoją last love.
czwartek, 9 maja 2013
Day 2.
Wystartowaliśmy rano i koło 9 byliśmy na Placu Wolności. Kolejka pod biurem paszportowym jak za komuny, na oko ze 150 osób już stało, a otwierali o 9.30. I tak się w kolejce licytujemy swoimi telefonikami, gdy nagle Pierworodnego coś tknęło, poleciał i okazało się, że po odbiór jest inna kolejka, krótsza. Byliśmy 12 w kolejce i poszło błyskawicznie. Choć nerwowo, bo... do odbioru paszportu potrzebny jest dowód, ale na szczęście wystarczyło oświadczenie, bez papierka, że dowód zginął za granicą. Odciski palców się zgadzały i tadam, dokumencik nasz. Potem sruu do Kołeckiego fotkę sobie szczelić, w międzyczasie, jak fotkę wywoływali do sąsiedniego kantoru, odbiór fotek i marsz na Libelta. Tam dość szybko dotarliśmy do okienka i okazało się, że żle wypełnił formularz, podając stary adres zamieszkania. Adresu po prostu brak. I też wystarczyło podpisanie oświadczenia, że dowód zginął za granicą. Więc jeszcze raz wypełnić papierek, jeszcze raz numerek i tadam, w tajnym miejscu złożyliśmy kwitek do odbioru dowodu. Za miesiąc... :)
Na tramwaj i do PKO. W PKO na początku pech. Przed nami był gość, którego pani uczyła obsługi konta internetowego. Na oko trzydziestolatek. Ojapierdolę. Ja, Stara Prukwa naumiałam się sama (bo Inżynier rzekł: założyła sobie mama konto, nie jest mama głupia, niech mama sama rozgryza) obsługi konta w piętnaście minut, a rzeczonego gościa kobieta uczyła... 1,5 godziny. Ojapierdolę.
I potem przyszła kolej na nas.
Siedliśmy i... zaczęły się schody. Z tego powodu, że Pierworodny nie ma dowodu - telefony nr 1. Do różnych miejsc. Czy jeżeli klient ma paszport, a nie dowód, to można zacząć procedurę?? Bo w paszporcie nie ma imion rodziców. Podpieramy się aktem urodzenia i moim dowodem, mam dwa imiona, dwa nazwiska, więc trochę trudno i innego Pierworodnego dwojga imion i jednego nazwiska, identycznego, nieprawdaż?? Okazuje się, że może być paszport. Ulga. Za wcześnie. Bo... w systemie PKO nie ma Pierworodnego. Pani do mnie: dlaczego pani syna nie ma w bazie danych?? A ja na to: a skąd ja mam to wiedzieć?? Okazuje się, że system "nie widzi" Pierworodnego, bo nie mamy numeru zaginionego dowodu osobistego. Telefon nr 2. Okazuje się, że to nie ma znaczenia, że system nie widzi Pierworodnego, ważne, że widzi książeczkę. Ulga... Pani myli się, drze papiery, autograf za autografem i kolejna poprzeczka. telefon kontaktowy. Podaję, wpisane, nie można cofnąć. I tu mi się zapala lampka. Próbuję negocjować, że podam telefon Sikory, ona jak coś da mi znać, a ja pojadę do PKO wyjaśnić sprawę. Stanęło na ręcznym dopisaniu numeru Sikory (dziękuję, kochana, nieoceniona jesteś, podałam nr bez pytania). Ponieważ sprawa nie jest prosta, mogą dzwonić i Sikora ratuje mi życie. Nie pierwszy raz zresztą...
Książeczka scedowana, 70 zł mniej w kieszeni.
Teraz pismo ze spółdzielni, pani coś nie pasuje. Pyta koleżanki, która w międzyczasie zaczęła dyżur na sąsiednim stanowisku. Pani uśmiecha się i mówi, że pismo jest OK, takie same odbierała ode mnie. Pamięta mnie, ja ją też i dziękuję, że książeczka już zlikwidowana (Inżyniera, znaczy się). Ostatnie papierki i... teraz mam czekać na dopływ gotówki.
Wychodzimy i lecimy do Plazy, bo tam kibelek i kawa jest.
Ratujemy życie.
Pierworodny odwiedza Empik i nagroda pocieszenia dla tego, kto zgadnie, po co Pierworodny poszedł do Empiku!!!!
Wracamy do domu, gotuję obiad, rozpętuje się burza. Pranie, sprzątanie i błogostan: mam kogo wysłać do śmietnika ze śmieciami... :)
Tylko łyżka dziegciu w beczce miodu, coś się kićka z oknami.
Dobrze, że nie wpłaciłam zaliczki, ale źle, bo wciąż jestem w punkcie wyjścia.
Mała Wiedźma szaleje na prowincji i ani razu nie zapłakała za rodzicami, rodzicielkę swą na Skype zbyła krótkim "papa" i poleciała...
Pierworodny czyta Politykę skulony w fotelu, z którego wywalił bezceremonialnie Miśki, żrąc michałki garściami...
Stara Jędza pisze w Kochanym Pamiętniczku, popijając łomżę miodową...
Powietrze trochę lżejsze po burzy.
Chwilo, trwaj.
Wiem, że nie będziesz trwała wiecznie, ale...
Dobrze, że są takie chwile w życiu, nieprawdaż?? :)
PS Konia z rzędem, wysadzanym brylantami, kto wyjaśni po jakiego chuja wprowadzono PESEL, skoro nie jest on identyfikatorem uniwersalnym danej osoby??? I dlaczego paszport nie jest równoważny z dowodem?? I same dowody nie są wiarygodne do potwierdzenia tożsamości, konieczne są jeszcze akty urodzenia??? Najlepiej mieć zawsze przy sobie trzy podania, klucz od mieszkania i fotografię pradziadka...
Dobrze, że nie było z nami Małej Wiedźmy. I w sumie moje marudzenie na dobre wyszło, bo wiadomo, że Skubana jest nad wiek mądra i wie, że nie tylko Rodzice ją kochają. Moja krew ;) :D
Na tramwaj i do PKO. W PKO na początku pech. Przed nami był gość, którego pani uczyła obsługi konta internetowego. Na oko trzydziestolatek. Ojapierdolę. Ja, Stara Prukwa naumiałam się sama (bo Inżynier rzekł: założyła sobie mama konto, nie jest mama głupia, niech mama sama rozgryza) obsługi konta w piętnaście minut, a rzeczonego gościa kobieta uczyła... 1,5 godziny. Ojapierdolę.
I potem przyszła kolej na nas.
Siedliśmy i... zaczęły się schody. Z tego powodu, że Pierworodny nie ma dowodu - telefony nr 1. Do różnych miejsc. Czy jeżeli klient ma paszport, a nie dowód, to można zacząć procedurę?? Bo w paszporcie nie ma imion rodziców. Podpieramy się aktem urodzenia i moim dowodem, mam dwa imiona, dwa nazwiska, więc trochę trudno i innego Pierworodnego dwojga imion i jednego nazwiska, identycznego, nieprawdaż?? Okazuje się, że może być paszport. Ulga. Za wcześnie. Bo... w systemie PKO nie ma Pierworodnego. Pani do mnie: dlaczego pani syna nie ma w bazie danych?? A ja na to: a skąd ja mam to wiedzieć?? Okazuje się, że system "nie widzi" Pierworodnego, bo nie mamy numeru zaginionego dowodu osobistego. Telefon nr 2. Okazuje się, że to nie ma znaczenia, że system nie widzi Pierworodnego, ważne, że widzi książeczkę. Ulga... Pani myli się, drze papiery, autograf za autografem i kolejna poprzeczka. telefon kontaktowy. Podaję, wpisane, nie można cofnąć. I tu mi się zapala lampka. Próbuję negocjować, że podam telefon Sikory, ona jak coś da mi znać, a ja pojadę do PKO wyjaśnić sprawę. Stanęło na ręcznym dopisaniu numeru Sikory (dziękuję, kochana, nieoceniona jesteś, podałam nr bez pytania). Ponieważ sprawa nie jest prosta, mogą dzwonić i Sikora ratuje mi życie. Nie pierwszy raz zresztą...
Książeczka scedowana, 70 zł mniej w kieszeni.
Teraz pismo ze spółdzielni, pani coś nie pasuje. Pyta koleżanki, która w międzyczasie zaczęła dyżur na sąsiednim stanowisku. Pani uśmiecha się i mówi, że pismo jest OK, takie same odbierała ode mnie. Pamięta mnie, ja ją też i dziękuję, że książeczka już zlikwidowana (Inżyniera, znaczy się). Ostatnie papierki i... teraz mam czekać na dopływ gotówki.
Wychodzimy i lecimy do Plazy, bo tam kibelek i kawa jest.
Ratujemy życie.
Pierworodny odwiedza Empik i nagroda pocieszenia dla tego, kto zgadnie, po co Pierworodny poszedł do Empiku!!!!
Wracamy do domu, gotuję obiad, rozpętuje się burza. Pranie, sprzątanie i błogostan: mam kogo wysłać do śmietnika ze śmieciami... :)
Tylko łyżka dziegciu w beczce miodu, coś się kićka z oknami.
Dobrze, że nie wpłaciłam zaliczki, ale źle, bo wciąż jestem w punkcie wyjścia.
Mała Wiedźma szaleje na prowincji i ani razu nie zapłakała za rodzicami, rodzicielkę swą na Skype zbyła krótkim "papa" i poleciała...
Pierworodny czyta Politykę skulony w fotelu, z którego wywalił bezceremonialnie Miśki, żrąc michałki garściami...
Stara Jędza pisze w Kochanym Pamiętniczku, popijając łomżę miodową...
Powietrze trochę lżejsze po burzy.
Chwilo, trwaj.
Wiem, że nie będziesz trwała wiecznie, ale...
Dobrze, że są takie chwile w życiu, nieprawdaż?? :)
PS Konia z rzędem, wysadzanym brylantami, kto wyjaśni po jakiego chuja wprowadzono PESEL, skoro nie jest on identyfikatorem uniwersalnym danej osoby??? I dlaczego paszport nie jest równoważny z dowodem?? I same dowody nie są wiarygodne do potwierdzenia tożsamości, konieczne są jeszcze akty urodzenia??? Najlepiej mieć zawsze przy sobie trzy podania, klucz od mieszkania i fotografię pradziadka...
Dobrze, że nie było z nami Małej Wiedźmy. I w sumie moje marudzenie na dobre wyszło, bo wiadomo, że Skubana jest nad wiek mądra i wie, że nie tylko Rodzice ją kochają. Moja krew ;) :D
Ile lodu w lodach??
Dziecku zachciało się wczoraj wieczorem coś słodkiego, dokładnie: lodów, zatem wracając już po nocy wpadliśmy do sklepu i kupilam lody. W domu dziecko zjadło kolację (po 21, nie ma to jak młodość) i nie miało już miejsca na lody. Tak samo jak mój zamrażalnik, bo mikry jest (zamrażalnik, nie dziecko, dziecko dorabia się powoli brzuszka, jego żona świetnie zamawia pizzę i chińszczyznę). Wobec tego drogą selekcji naturalnej znalezione zostało w nim napoczęte pudełko lodów firmy Nordis, leżące w zamrażalniku od czasów dinozaurów. Rzut oka na datę przydatności: 8 maja, ale ubiegłego roku :) Ponieważ nie nawinął nam się nikt, kogo mielibyśmy ochotę otruć, resztki lodów wylądowały w zlewie, pudełko do wyrzucenia do plastiku, a Stara Jędza w łóżku, potomek w drugim z ukochaną Polityką w łapie, nieważne, że numer stary...
Rankiem, bladym świtem (ale i tak kocham słońce, choć mnie bezlitośnie budzi) wlokę się do kuchni i co ja paczę?? Lody w formie niezmienionej, nieroztopionej, tak jak wieczorem je wrzuciłam tkwią w zlewie i animrumrają. A noc gorąca była, moje mieszkanie mimo szeroko otwartego balkonu ciepłe... Ki diabeł??
Puściłam strumień wrzątku na to ustrojstwo (a u mnie z kranu leci takie cuś, że ręce poparzyć można) i co?? I nic. Zapewniam, że namęczyłam się, żeby usunąć lody-nielody. Długo potem szorowałam ręce, bo cholera wie, co w nich siedziało, skoro się tak dobrze zamroziły...
Co jeść, ludzie, co jeść, żeby nie faszerować się chemią?????
Wodę i suchy, samodzielnie pieczony chleb. Albo kupić sobie krówkę, świnkę, kurke i hodować na balkonie. Albo działeczkę... Ojapierdolę :0
Miłego dnia i smacznego jedzonka :)
Rankiem, bladym świtem (ale i tak kocham słońce, choć mnie bezlitośnie budzi) wlokę się do kuchni i co ja paczę?? Lody w formie niezmienionej, nieroztopionej, tak jak wieczorem je wrzuciłam tkwią w zlewie i animrumrają. A noc gorąca była, moje mieszkanie mimo szeroko otwartego balkonu ciepłe... Ki diabeł??
Puściłam strumień wrzątku na to ustrojstwo (a u mnie z kranu leci takie cuś, że ręce poparzyć można) i co?? I nic. Zapewniam, że namęczyłam się, żeby usunąć lody-nielody. Długo potem szorowałam ręce, bo cholera wie, co w nich siedziało, skoro się tak dobrze zamroziły...
Co jeść, ludzie, co jeść, żeby nie faszerować się chemią?????
Wodę i suchy, samodzielnie pieczony chleb. Albo kupić sobie krówkę, świnkę, kurke i hodować na balkonie. Albo działeczkę... Ojapierdolę :0
Miłego dnia i smacznego jedzonka :)
środa, 8 maja 2013
Day 1
Próbowałam dotrzeć na lotnisko pieszkom, ale upał zmusił mnie do kapitulacji na Szpitalnej i dalej pojechałam autobusem. Na Ławicy okazało się, że jest PRAWIE jak w Luton, tu barek, tam barek, tam kafejka, a że przede mną było jeszcze 1,5 godz. czekania, ślinka naciekła mi do pyska i skusiłam się na tuńczyka. Był całkiem, całkiem, prawie jak w Paryżu, a cena polska, więc uratował mi życie.
Teściowie Pierworodnego wparowali na lotnisko 10 minut przed lądowaniem i było mi ich żal, bo bali się Małej Wiedźmy ;) Znaczy się, nie jej, ale tego, że to jej debiut w roli Małej Sierotki bez Mamy i Taty. Pierworodny wyszedł ostatni, ponoć ma taki zwyczaj, zapakowali Małą Wiedźmę do auta (dała buziaka i to niejednego, Skubana), dali jej ajcoś dla współczesnych dzieci i pojechali, zajęta gadżetem nawet łapką nie machnęła... Do tej chwili nie dzwonili i nie pisali, więc albo dziecku łebek ukręcili, albo zaakceptowało bycie Małą Sierotką bez Taty i bez Mamy.
Pierworodny jęczał z początku, że ręce ma puste i serce go boli, ale nakarmiony, napojony i mając wdzięczną słuchaczkę w osobie Starej Jędzy wrzucił na luz, nie pęknął i założył, że będzie OK :) Jutro już nie będę tak wdzięczną słuchaczką, bo jest monotometyczny i wciąż wyjaśnia mi działanie androida, co mnie GUZIK obchodzi i z czego nic nie rozumiem.
Jako że - oczywiście - nie zabrał ładowarki do smartfona, a ajfonowa jest niekompatybilna, pojechaliśmy kupić ładowarkę, bo "w Polsce wszystko jest za grosze". No jest, ja płacę, bo on złotówek nie ma :)
Kupiliśmy ładowarkę (panikowałam, że może Mała Wiedźma zaszlochała się na śmierć bez Tatusia, a teściowie nie mają mojego numeru), dołożyłam do tego markowe bermudy sztuk dwie (przyjechał w spodniach mających 13 lat!!!!!), a konto urodzin (w czerwcu, ale co tam) i moje konto maleje, maleje, ale co tam ;)
Odnoszę też korzyści. Przewlokłam go po Praktikerze, w którym onegdaj pracował w pocie czoła i wydusiłam z niego cenne informacje na temat remontu. Objaśniał uczciwie, z zapałem, bez nerwów, bez "bo mama"... I za to go kocham. Mam prawo nie znać się na tym. Wyjaśnił, jak krowie na rowie i... może i jest nierozgarnięty i paskudny, ale i tak Go kocham :D
Jak wrócilismy do domu, okazało się, że już prawie noc i że szuka nas Inżynier, zrozpaczony, że nikt się nie melduje ;)
Zameldowaliśmy się zatem, nakarmiłam Pierworodnego, wygrzebałam resztki papierowej Polityki i zadowolony grzeje amerykankę.
A że biuro paszportowe nie jest otwarte od bladego świtu, mamy trochę czasu na spanie.
Czasem fajnie odzyskać dziecko na parę chwil wyłącznie dla siebie.
Nie dzielić się nim z nikim.
Z żoną, dziewczyną, kochanką, dzieckiem.
Takie darowane dwa dni.
Aż dwa dni.
Wiem, wredna jestem :)
I zaborcza...
Teściowie Pierworodnego wparowali na lotnisko 10 minut przed lądowaniem i było mi ich żal, bo bali się Małej Wiedźmy ;) Znaczy się, nie jej, ale tego, że to jej debiut w roli Małej Sierotki bez Mamy i Taty. Pierworodny wyszedł ostatni, ponoć ma taki zwyczaj, zapakowali Małą Wiedźmę do auta (dała buziaka i to niejednego, Skubana), dali jej ajcoś dla współczesnych dzieci i pojechali, zajęta gadżetem nawet łapką nie machnęła... Do tej chwili nie dzwonili i nie pisali, więc albo dziecku łebek ukręcili, albo zaakceptowało bycie Małą Sierotką bez Taty i bez Mamy.
Pierworodny jęczał z początku, że ręce ma puste i serce go boli, ale nakarmiony, napojony i mając wdzięczną słuchaczkę w osobie Starej Jędzy wrzucił na luz, nie pęknął i założył, że będzie OK :) Jutro już nie będę tak wdzięczną słuchaczką, bo jest monotometyczny i wciąż wyjaśnia mi działanie androida, co mnie GUZIK obchodzi i z czego nic nie rozumiem.
Jako że - oczywiście - nie zabrał ładowarki do smartfona, a ajfonowa jest niekompatybilna, pojechaliśmy kupić ładowarkę, bo "w Polsce wszystko jest za grosze". No jest, ja płacę, bo on złotówek nie ma :)
Kupiliśmy ładowarkę (panikowałam, że może Mała Wiedźma zaszlochała się na śmierć bez Tatusia, a teściowie nie mają mojego numeru), dołożyłam do tego markowe bermudy sztuk dwie (przyjechał w spodniach mających 13 lat!!!!!), a konto urodzin (w czerwcu, ale co tam) i moje konto maleje, maleje, ale co tam ;)
Odnoszę też korzyści. Przewlokłam go po Praktikerze, w którym onegdaj pracował w pocie czoła i wydusiłam z niego cenne informacje na temat remontu. Objaśniał uczciwie, z zapałem, bez nerwów, bez "bo mama"... I za to go kocham. Mam prawo nie znać się na tym. Wyjaśnił, jak krowie na rowie i... może i jest nierozgarnięty i paskudny, ale i tak Go kocham :D
Jak wrócilismy do domu, okazało się, że już prawie noc i że szuka nas Inżynier, zrozpaczony, że nikt się nie melduje ;)
Zameldowaliśmy się zatem, nakarmiłam Pierworodnego, wygrzebałam resztki papierowej Polityki i zadowolony grzeje amerykankę.
A że biuro paszportowe nie jest otwarte od bladego świtu, mamy trochę czasu na spanie.
Czasem fajnie odzyskać dziecko na parę chwil wyłącznie dla siebie.
Nie dzielić się nim z nikim.
Z żoną, dziewczyną, kochanką, dzieckiem.
Takie darowane dwa dni.
Aż dwa dni.
Wiem, wredna jestem :)
I zaborcza...
Pojedziemy na łów
Na łów, towarzyszu mój.
Pojadę dziś później do pracki, bo nie chcę latać jak kot bez pęcherza, a na lotnisko mnie dziś gna. Trzeba tę kupę nieszczęścia do domu doholować, bo cenne to jest ;) I upewnić się, że następczyni tronu w całości oddana została na służbę. Hmm... Jak zobaczy Drugą Babcię, to pewno nawet buziaka nie podaruje, ale co tam :D Ukradnę ;)
Jeszcze muszę do spółdzielni wlecieć, zobaczyć czy Biurwa Pierdzistołkowa wyrwała sobie rękawy z bluzy, wypisując pismo, kupić chlebek jakiś i do pracy...
Wczoraj odezwała się druga firma od okien, ale na jedno wychodzi, jak widzę, jedni liczą więcej za materiał, drudzy za robociznę, a różnice nie przekraczają 100-200 zł. Nie ma się o co zabijać w takim ukladzie, to i tak loteria, jak każde kupno. "Moja" firma zakładała większość okien na osiedlu, ma dość długie terminy czekania - znaczy się, są robotni. Tak zakładam, reszta w praniu.
Żaba namawia mnie na ładnie wyglądające panele, ale Inżynier mnie obsobaczył, że za tanie, że z panelami jak z jajem, że... Żaba pisała, że nie można po nich za bardzo mebli przesuwać, to ja jednak posłucham Inżyniera. Znam go dłużej, jak Żabę i się go boję. Ale podobają mi się Żabie panele i wciąż się z tym do końca nie przespałam :)
I tak mi się miesza rzeczywistość w wyobraźnią, co na coś nie spojrzę, to remont widzę. To się fachowo nazywa rozdwojenie jaźni :D Dobrze, że tylko rozdwojenie jaźni, a nie coś gorszego mnie dopadło.
I kolory.
Zmorka mówi capuccino, ale nie jestem do tego przekonana.
Lubię zieleń, ale jak wiadomo, jeden osobnik obrzydził mi ją do końca życia, dokumentnie.
Fiolety i inne "rózie" odpadają, zdecydowanie.
Teraz mam pomarańcze i żólcie, w łazience turkus. I tak myślę, że pozostanę im wierna, kolorom, które są... :) Co za dużo, to niezdrowo....
Pojadę dziś później do pracki, bo nie chcę latać jak kot bez pęcherza, a na lotnisko mnie dziś gna. Trzeba tę kupę nieszczęścia do domu doholować, bo cenne to jest ;) I upewnić się, że następczyni tronu w całości oddana została na służbę. Hmm... Jak zobaczy Drugą Babcię, to pewno nawet buziaka nie podaruje, ale co tam :D Ukradnę ;)
Jeszcze muszę do spółdzielni wlecieć, zobaczyć czy Biurwa Pierdzistołkowa wyrwała sobie rękawy z bluzy, wypisując pismo, kupić chlebek jakiś i do pracy...
Wczoraj odezwała się druga firma od okien, ale na jedno wychodzi, jak widzę, jedni liczą więcej za materiał, drudzy za robociznę, a różnice nie przekraczają 100-200 zł. Nie ma się o co zabijać w takim ukladzie, to i tak loteria, jak każde kupno. "Moja" firma zakładała większość okien na osiedlu, ma dość długie terminy czekania - znaczy się, są robotni. Tak zakładam, reszta w praniu.
Żaba namawia mnie na ładnie wyglądające panele, ale Inżynier mnie obsobaczył, że za tanie, że z panelami jak z jajem, że... Żaba pisała, że nie można po nich za bardzo mebli przesuwać, to ja jednak posłucham Inżyniera. Znam go dłużej, jak Żabę i się go boję. Ale podobają mi się Żabie panele i wciąż się z tym do końca nie przespałam :)
I tak mi się miesza rzeczywistość w wyobraźnią, co na coś nie spojrzę, to remont widzę. To się fachowo nazywa rozdwojenie jaźni :D Dobrze, że tylko rozdwojenie jaźni, a nie coś gorszego mnie dopadło.
I kolory.
Zmorka mówi capuccino, ale nie jestem do tego przekonana.
Lubię zieleń, ale jak wiadomo, jeden osobnik obrzydził mi ją do końca życia, dokumentnie.
Fiolety i inne "rózie" odpadają, zdecydowanie.
Teraz mam pomarańcze i żólcie, w łazience turkus. I tak myślę, że pozostanę im wierna, kolorom, które są... :) Co za dużo, to niezdrowo....
wtorek, 7 maja 2013
Matura
Dziś matury się zaczęły, kibicuję Młodszej Dory i tak sobie gawędzimy u Niej na blogu o maturze.
Teraz są matury z kluczem, jak tłumaczy Klarka, trzeba napisać pracę wg klucza, nie można szaleć jak filip w konopiach.
No to ba, nie zdałabym...
Bo ja zawsze szalałam.
Pisanie wypracowań to było moje ulubione zajęcie.
Czasem też pisałam koleżankom, ale miałam tak charakterystyczny styl, że polonistka się wkurzyła i napisała kiedyś na moim wypracowaniu: wspólna praca z Ratajczakówną, a na jej wypracowaniu: odpisane od Starej Jędzy ;)
Z egzaminów do liceum wróciłam z płaczem, bo... zwolnili mnie z egzaminów, a ja miałam w głowie już napisane piękne, wzruszające wypracowanie na temat dowolny (zawsze był dowolny) i wielkiej miłości w czasach wojny na podstawie filmu "Lecą żurawie", na którym ryczałam jak całe stado bobrów...
W liceum obraziłam się na polonistę, bo znudzony czytaniem moich tasiemców nie brał ich do oceny, więc zaczęłam olewać. I tak olewacko potraktowałam temat "Jaka jest różnica między Kordianem Słowackiego, a Kordianem i chamem Orzeszkowej?". Streściłam się, całość wypracowania była w skrócie telegraficznym, celnie i dosadnie: "Różnica między Kordianem a Kordianem i chamem polega na tym, że Kordianów się nie spotyka, a chamów na każdym kroku". Prawda, że trafnie i celnie?? Ale polonista, który akurat zapragnął coś dłuższego przeczytać nie zgodził się ze mną i kazał mi pisać jeszcze raz...
Jak myślicie, zdałabym dziś maturę??
Bo że z matmy nie, to na bank wiem :D Nie ma innej opcji, skoro wzory na całKowanie u mnie w podręczniku zamieniały się we wzory na całowanie.... I matematyk też musiał mój podręcznik dorwać...
Toteż teraz tylko sprzątam i remontuję. I po remoncie będę sprzątała też :D
A matura śni mi się czasem po nocach...
I moja kolekcja się wzbogaciła, pamiętała o mnie R. z Elbląga, a dokładnie - jej Księżniczka, najfajniejsza Księżniczka na świecie :)
Gibraltar się kłania...
Mam już 24 naparstki i chyba muszę im zrobić sesję zdjęciową, ale dzisiaj światło jest do czterech liter :D
Teraz są matury z kluczem, jak tłumaczy Klarka, trzeba napisać pracę wg klucza, nie można szaleć jak filip w konopiach.
No to ba, nie zdałabym...
Bo ja zawsze szalałam.
Pisanie wypracowań to było moje ulubione zajęcie.
Czasem też pisałam koleżankom, ale miałam tak charakterystyczny styl, że polonistka się wkurzyła i napisała kiedyś na moim wypracowaniu: wspólna praca z Ratajczakówną, a na jej wypracowaniu: odpisane od Starej Jędzy ;)
Z egzaminów do liceum wróciłam z płaczem, bo... zwolnili mnie z egzaminów, a ja miałam w głowie już napisane piękne, wzruszające wypracowanie na temat dowolny (zawsze był dowolny) i wielkiej miłości w czasach wojny na podstawie filmu "Lecą żurawie", na którym ryczałam jak całe stado bobrów...
W liceum obraziłam się na polonistę, bo znudzony czytaniem moich tasiemców nie brał ich do oceny, więc zaczęłam olewać. I tak olewacko potraktowałam temat "Jaka jest różnica między Kordianem Słowackiego, a Kordianem i chamem Orzeszkowej?". Streściłam się, całość wypracowania była w skrócie telegraficznym, celnie i dosadnie: "Różnica między Kordianem a Kordianem i chamem polega na tym, że Kordianów się nie spotyka, a chamów na każdym kroku". Prawda, że trafnie i celnie?? Ale polonista, który akurat zapragnął coś dłuższego przeczytać nie zgodził się ze mną i kazał mi pisać jeszcze raz...
Jak myślicie, zdałabym dziś maturę??
Bo że z matmy nie, to na bank wiem :D Nie ma innej opcji, skoro wzory na całKowanie u mnie w podręczniku zamieniały się we wzory na całowanie.... I matematyk też musiał mój podręcznik dorwać...
Toteż teraz tylko sprzątam i remontuję. I po remoncie będę sprzątała też :D
A matura śni mi się czasem po nocach...
I moja kolekcja się wzbogaciła, pamiętała o mnie R. z Elbląga, a dokładnie - jej Księżniczka, najfajniejsza Księżniczka na świecie :)
Gibraltar się kłania...
Mam już 24 naparstki i chyba muszę im zrobić sesję zdjęciową, ale dzisiaj światło jest do czterech liter :D
A to Polska właśnie
Napisałam się wczoraj emilków (nooo, jednego napisałam, a reszta poszła systemem wklej, tylko adresy się zmieniały) i co?? Pstro. Odezwała się firma, z której pracownikiem rozmawiałam pod blokiem. Rzeczowo, kompetentnie, grzecznie. Mam nadzieję, że tak samo pracują, ale to się w praniu okaże. Gość wycenił mi okna po moich pomiarach, dał rabat (wiem, wiem, sztuczka marketingowa), a jako że całość chcę wymieniać, łącznie z parapetami i takimi tam, to nawet niedrogo wyszło (Zmorko, dziękuję za trud, ale przeważyło to, że w razie gdy okna nie osiądą jak producent przykazał, łatwiej mi ciągać firmę z wioski, niż Twoich chłopaków, a cena wyszła prawie identyczna). A że na pozostałe emilki nikt nie odpowiedział przez 24 godziny, to olewam. Albo się ma adres emilkowy, albo nie. U mnie w firmie emilek to podstawa komunikacji i to nie dlatego, że ja akurat wolę emilki, nie, z czytelnikami też emilkujemy, bo to przede wszystkim oszczędność kosztów i czasu. Zatem niepoważna jest firma, zatrudniająca - w takim przypadku Biurwy Pierdzistołki, nieodpisujące na emilki. Jak przychodnia mojej byłej firmy. Reklamują się, że rejestracja emilkiem, a nawet go nie otwierają, bo nie mają czasu... O kant dupy taka komunikacja :D
Z tego wszystkiego mnie naszło i na obiad była iście królewska uczta: kaszanka ze szparagami :) Smakowało bosko :D :) Tego nawet na dworze królewskim nie jadano, a co??
Zakupy zrobiłam pod kątem Pierworodnego, niech spróbuje nie dolecieć, utłukę.
I zdążyłam z tobołami-zakupami przed ulewą do domu.
Jest porno.
Duszno.
Idzie burz.
A jutro ma być jeszcze więcej burza, a oni będą lądowali.
Gdzie jest moja papierowa torebka, do jasnej cholery???
Z tego wszystkiego mnie naszło i na obiad była iście królewska uczta: kaszanka ze szparagami :) Smakowało bosko :D :) Tego nawet na dworze królewskim nie jadano, a co??
Zakupy zrobiłam pod kątem Pierworodnego, niech spróbuje nie dolecieć, utłukę.
I zdążyłam z tobołami-zakupami przed ulewą do domu.
Jest porno.
Duszno.
Idzie burz.
A jutro ma być jeszcze więcej burza, a oni będą lądowali.
Gdzie jest moja papierowa torebka, do jasnej cholery???
poniedziałek, 6 maja 2013
Kochany Pamiętniczku...
Jak nie opiszę, szlag mnie trafi, bo nikt nie chce mnie słuchać. Nawet Inżynier ostatnio jak zagadam jest albo zajęty, albo zmęczony, albo znudzony... Wszystko rozumiem, wiem, że jestem monotematyczna, ale z kim mam pogadać??? Wróciłam dziś do pracy, ale wiadomo - w pracy się pracuje, mają na dokładkę kolejne targi, więc nawet o pogodzie nie zamieniłam z nikim dwóch zdań.
Dostałam podnóżek i choć przyszłam do pracy z opuchniętymi nogami, wychodząc gubiłam sandały ;) Łamię się, czy nie kupić ustrojstwa, bo i kręgosłup mnie przestał boleć, dorywam Inżyniera na Skype, pytam, a on... Wiem, kurde, że drogie, ale mieć niespuchnięte nogi po pracy?? Bezcenne. I nie chcę czekać do końca remontu, bo mam mieć zlecone, a wtedy kołkiem siedzę!!!
Ale po kolei, bo Ty, Kochany Pamiętniczku, cierpliwy jesteś, dużo zniesiesz i nie warczysz na mnie.
Długi weekend przyniósł w mojej wiosce opady śniegu ;),
ale szybko stopniał, choć ciepło nie było.
Pierwszego maja tradycyjnie wybrałam się do Botanika, ze zranionym sercem tym razem, bowiem nie mogłam kupować sadzonek na balkonik, ale co tam...
Pod Opera skatesi o mało mnie nie rozjechali, fontanna już czynna, ale chyba tylko ta, nie to co we Wrocławiu, gdzie na każdym roku coś tryska i sika i na dokładkę świeci, a czasem i gra ;)
(że tak zostanę w temacie "Mam wszystko życiu za złe, nawet to, że żyję"... )
Ponad połowa mojej wioski wygląda o: TAK, dziury, rury i ogólnie bajzel...
Na prywatnych budowach ludzie pracowali jak mrówki, ale to - wiadomo, z mojej kieszeni, szarego podatnika (i za ten mój mandat!!! Piosenka mi zagrała w głowie: za ten papieros tuż przed i ten szampan tuż po, jejku, ale mam skojarzenia!!!), to może w święta leżeć odłogiem...
Ulice puste, niewioskowe jakoś...
I te kolorki, misz-masz, nigdy później takiego nie ma...
(sztandarów czerwień nad Śląskiem i nad Warszawy dachami, zieloną, kwietną gałązkę, weź w rękę, chłopcze, chodź z nami...)
A na ogrodzeniu Botanika przycupnęły motyle...
Naczekałam się na koleżankę, bo oczywiście, MUSIAŁA przyjechać samochodem i pół godziny szukała miejsca do zaparkowania, a SMS nie mogła wysłać, jeżdżąc w kólko...
Fotek z Botanika niewiele, bo nie chciała chodzić, klapnęła na ławce i tylko nam dupy marzły...
Tyle, co dziobami się nakłapałyśmy, ale to nie to. Jednak wolę samotne wycieczki, bo co chcę, to stanę i sfocę i nikt mi nie marudzi "usiądziemy na ławeczce". Co ludzie mają z tymi ławeczkami?? ;)
No a potem reszta weekendu tak jakoś minęła, w ciszy, samotności i na delektowaniu się owocem zakazanym (szparagami).
W niedzielę pokazało się słońce, budzę się i co ja paczę?? Wczoraj jeszcze były zwinięte pączuszki, a tu mój winobluszcz (no dobra, Barani) zrobił mi miłą niespodziankę :)
Bez okularów z łóżeczka widziałam liście :D:) A zapewniam, że bez bryli to ślepa jestem.
Ale i tak w ramach chandry przesiedziałam dzień w piżamie, wykąpana, wypachniona, a jakże... Nie było siły, która by mnie zmusiła do wyjścia z domu. Wszędzie ludzie, a ja jak ten palec.
Nie i już...
W poniedziałek zaś chyżo poleciałam do pracki, o podnóżku już było. Przez dwa tygodnie sadzonki puściły korzenie, więc oprócz pracki posadziłam nowe kwiatki, zrobiłam wśród badyli przemeblowanie, załatwiłam sobie wolne na czwartek (Pierworodny przylatuje w środę i UWAGA, UWAGA, oddaje Małą Wiedźmę na służbę na wieś :) Samą, samiuteńką po raz pierwszy. Będą jaja jak brylanty, ale co tam... Przynajmniej jest szansa, że w ogóle coś załatwimy. A i on odpocznie, bo widać po nim, że momentami ma ochotę łebek jej ukręcić. Jako i ja nieraz miałam... No, ale on nie pisze Pamiętniczka i nie jest młodą matką, skarżącą się na blogach...).
Zatem myśląc perspektywicznie, w przerwach między jednym emilkiem a drugim, które pisałam do: okniarzy, przewoźników, przechowujących (komórki do wynajęcia) olśniło mnie, że przecież dziś spółdzielnia pracuje do 17, a ja do 13. Pojechałam zatem do domu, znalazłam pismo o oknach i ksero ich pisma do PKO, aparaty nadziałam na uszy i dziarskim krokiem poleciałam do biura.
A tam...
To się nadaje na film...
Jedna pani obsługująca była na posterunku, reszty ni widu, ni dudu, a 14 była. Pytam, a ona: o panią Ewę pani chodzi?? Mówię, że nie mam pojęcia, jak rzeczona koleżanka ma na imię, ale że tu siedzi. I pokazuję paluszkiem (grubym, a jakże). Na to ona hyc i woła panią Ewę. Pani Ewa sunąc dostojnie jak Titanic po falach oceanu, dzierżąc w dłoni miseczkę z pomidorkiem i ogórkiem rzuciła na mnie złym wzrokiem i rzekła: Znowu pani??? Czego pani chce znów?? Wyłuszczyłam, że potrzebuję od nich jeszcze jedno identyczne zaświadczenie, tyle że z bieżącą datą. Na to pani Ewa tonem umierającego łabędzia: przecież pani już dostała. Na to ja, cierpliwie: ale zaświadczenie ważne jest w PKO tylko miesiąc. To nie mogła pani wziąć jednego. Już chciałam przepraszać, że żyję, ale uświadomiłam sobie, że to ja osobiście płacę Biurwie Pierdzistołkowej pensję, z mojego czynszu i zaświadczenie należy mi się, jak psu zupa, czy jej się to podoba, czy nie. Odpowiedziałam twardo i stanowczo, wbijając w nią sztylety mego wzroku: nie, bo nie. Bo tak się złożyło. Na to ona, samymi ustami: co ja z panią mam. A ja na to słodko, na cały regulator: ma pani ze mną robotę. I to powinno panią cieszyć :) Warknęła: adres. Podałam. Rzuciła się do szafki z aktami i co ja paczę???? Akt brak. A na biureczku leży kupeczka teczuszek. Pomacała ową i co się okazało??? Od 3 tygodni nie znalazła czasu, żeby moje papiery włożyć z powrotem do szafki, leżały sobie na kupeczce na skraju biureczka odkąd odebrałam ostatni papierek. Ojapierdolę. W jednym pokoju siedzi Biurw Pierdzistołkowych sztuk: trzy. No comment. Zażyczyłam sobie papier na środę, bo tak mi pasuje i pofrunęłam do sekretariatu.
W sekretariacie pani zrobiła oczka kwadratowe na moje pytanie o odpowiedź na złożone 3 tygodnie temu podanie z prośbą o pozwolenie na montaż okien. Podanie, wymuszone przez nich. Spółdzielnia nie zwraca ani złotówki za zamontowanie okien, niezależnie od tego, czy mieszkanie jest własnościowe, czy lokatorskie. Moje jest lokatorskie i regulamin mówi wyraźnie, że stolarkę wymienia spółdzielnia. Nie wymienią, przyślą kiblotłuka, żeby załatał okno... To klęska większa od Biurwy Pierdzistołkowej, ten kiblotłuk, wiecznie pijany i... cieknącą rurę od WC zakleił mi... kitem okiennym i jeszcze na piwo chciał. Pogoniłam dziada i zapłaciłam fachowcowi... Nigdy więcej spóldzielcego kiblotłuka w moim domu!!! Na podsuniętą jej pod oczy kopię podania zaśmiała się perliście i powiedziała: zapraszam do prezesa. Prezes z zastępcą, a jakże, herbatkę popijali i grzecznie zapytali, co chcę. Wyrazili zaniepokojenie, że nikt mi nie odpisał i łaskawie pozwolili zamontować okna bez czekania na odpowiedź, pod warunkiem, że będą białe i nie będą powiększane otwory okienne... Ojapierdolę!!!! Zamarzyło mi się powiększenie otworów okiennych do wielkości jak w amerykańskim drapaczu chmur, wstawienie luksferów w ścianę - i do jasnej cholery, od jakichś 15 lat mam okna w kolorze Bahama Beige, bo nie chciałam malowac na biało i nikt nie zauważył... :) :)
Z błogosławieństwem obu prezesów wybieżałam z biura, klnąc jak szewc i...
Jak dobrze, że jesteś, kochany Pamiętniczku...
Chciałam oddać na czas remontu rzeczy do przechowania do magazynu, ale o ile na stronie internetowej mówią, że 55 zł miesięcznie za m kwadratowy, to w ofercie skoczyło to już do ponad 350 zł... Plus kaucja. Liczyłam, że jakieś 150 zł starczy i tyle byłam skłonna dać. Będę musiała coś innego wykombinować, za dwa miesiące takiego przechowywania mam już szafę, a gdzie jeszcze transport??
I z prysznica nici, zmierzyłam łazienkę, mój prysznic mógłby mieć góra 70 cm, a najwęższe mają 80. Żadna gotowa kabina nie wejdzie, bez kucia, przemontowywania i rozbijania i kładzenia kafelków do sufitu. A na to mi szkoda kasy, łazienkę mam OK. Więc póki mnie zdrowie nie zmusi, zostajemy przy wannie i nie kombinujemy za dużo.
Strasznie nieprzyjemnie samemu wszystko wybierać. Wiem, że to moje, będzie tak, jak zadysponuję, ale... nie mam tej iskry do urządzania i zupełnie nie wiem, co wybrać. Podoba mi się siwa sosna, ale Inżynier jęknął: popielate?? Hmmm... z tonu wnioskuję, że on nawet nie wie, jaki to kolor.
No nic.
Mówiłam, że wymienię kultowe drzwi, obfotografowane przez Zmorkę podczas wizyty i spotkałam się ze stanowczym protestem. Mam tylko obicie zmienić na porządne (wygłuszenie, bo moje ma ponad 20 lat i robili je amatorzy - psuje - Eks i mój brat)... A drzwi mają zostać, bo... fajnie skrzypią i bez tego skrzypienia domu nie będzie. Ja w ogóle nie zauważyłam, że skrzypią, ale dziś, jak szłam do spółdzielni z aparatami, faktycznie - skrzypią jak cholera... Czyli kultowy skrzyp ma zostać, a z resztą mam się bawić sama???
Ja się tak nie bawię, Kochany Pamiętniczku!!
I dostałam od Przyjaciół...
Baran tam był ;) I się sportretował osobiście :D :)
Do jutra, Kochany Pamiętniczku, albo do następnego napisania... :)
Dostałam podnóżek i choć przyszłam do pracy z opuchniętymi nogami, wychodząc gubiłam sandały ;) Łamię się, czy nie kupić ustrojstwa, bo i kręgosłup mnie przestał boleć, dorywam Inżyniera na Skype, pytam, a on... Wiem, kurde, że drogie, ale mieć niespuchnięte nogi po pracy?? Bezcenne. I nie chcę czekać do końca remontu, bo mam mieć zlecone, a wtedy kołkiem siedzę!!!
Ale po kolei, bo Ty, Kochany Pamiętniczku, cierpliwy jesteś, dużo zniesiesz i nie warczysz na mnie.
Długi weekend przyniósł w mojej wiosce opady śniegu ;),
ale szybko stopniał, choć ciepło nie było.
Pierwszego maja tradycyjnie wybrałam się do Botanika, ze zranionym sercem tym razem, bowiem nie mogłam kupować sadzonek na balkonik, ale co tam...
Pod Opera skatesi o mało mnie nie rozjechali, fontanna już czynna, ale chyba tylko ta, nie to co we Wrocławiu, gdzie na każdym roku coś tryska i sika i na dokładkę świeci, a czasem i gra ;)
(że tak zostanę w temacie "Mam wszystko życiu za złe, nawet to, że żyję"... )
Ponad połowa mojej wioski wygląda o: TAK, dziury, rury i ogólnie bajzel...
Na prywatnych budowach ludzie pracowali jak mrówki, ale to - wiadomo, z mojej kieszeni, szarego podatnika (i za ten mój mandat!!! Piosenka mi zagrała w głowie: za ten papieros tuż przed i ten szampan tuż po, jejku, ale mam skojarzenia!!!), to może w święta leżeć odłogiem...
Ulice puste, niewioskowe jakoś...
I te kolorki, misz-masz, nigdy później takiego nie ma...
(sztandarów czerwień nad Śląskiem i nad Warszawy dachami, zieloną, kwietną gałązkę, weź w rękę, chłopcze, chodź z nami...)
A na ogrodzeniu Botanika przycupnęły motyle...
Naczekałam się na koleżankę, bo oczywiście, MUSIAŁA przyjechać samochodem i pół godziny szukała miejsca do zaparkowania, a SMS nie mogła wysłać, jeżdżąc w kólko...
Fotek z Botanika niewiele, bo nie chciała chodzić, klapnęła na ławce i tylko nam dupy marzły...
Tyle, co dziobami się nakłapałyśmy, ale to nie to. Jednak wolę samotne wycieczki, bo co chcę, to stanę i sfocę i nikt mi nie marudzi "usiądziemy na ławeczce". Co ludzie mają z tymi ławeczkami?? ;)
No a potem reszta weekendu tak jakoś minęła, w ciszy, samotności i na delektowaniu się owocem zakazanym (szparagami).
W niedzielę pokazało się słońce, budzę się i co ja paczę?? Wczoraj jeszcze były zwinięte pączuszki, a tu mój winobluszcz (no dobra, Barani) zrobił mi miłą niespodziankę :)
Bez okularów z łóżeczka widziałam liście :D:) A zapewniam, że bez bryli to ślepa jestem.
Ale i tak w ramach chandry przesiedziałam dzień w piżamie, wykąpana, wypachniona, a jakże... Nie było siły, która by mnie zmusiła do wyjścia z domu. Wszędzie ludzie, a ja jak ten palec.
Nie i już...
W poniedziałek zaś chyżo poleciałam do pracki, o podnóżku już było. Przez dwa tygodnie sadzonki puściły korzenie, więc oprócz pracki posadziłam nowe kwiatki, zrobiłam wśród badyli przemeblowanie, załatwiłam sobie wolne na czwartek (Pierworodny przylatuje w środę i UWAGA, UWAGA, oddaje Małą Wiedźmę na służbę na wieś :) Samą, samiuteńką po raz pierwszy. Będą jaja jak brylanty, ale co tam... Przynajmniej jest szansa, że w ogóle coś załatwimy. A i on odpocznie, bo widać po nim, że momentami ma ochotę łebek jej ukręcić. Jako i ja nieraz miałam... No, ale on nie pisze Pamiętniczka i nie jest młodą matką, skarżącą się na blogach...).
Zatem myśląc perspektywicznie, w przerwach między jednym emilkiem a drugim, które pisałam do: okniarzy, przewoźników, przechowujących (komórki do wynajęcia) olśniło mnie, że przecież dziś spółdzielnia pracuje do 17, a ja do 13. Pojechałam zatem do domu, znalazłam pismo o oknach i ksero ich pisma do PKO, aparaty nadziałam na uszy i dziarskim krokiem poleciałam do biura.
A tam...
To się nadaje na film...
Jedna pani obsługująca była na posterunku, reszty ni widu, ni dudu, a 14 była. Pytam, a ona: o panią Ewę pani chodzi?? Mówię, że nie mam pojęcia, jak rzeczona koleżanka ma na imię, ale że tu siedzi. I pokazuję paluszkiem (grubym, a jakże). Na to ona hyc i woła panią Ewę. Pani Ewa sunąc dostojnie jak Titanic po falach oceanu, dzierżąc w dłoni miseczkę z pomidorkiem i ogórkiem rzuciła na mnie złym wzrokiem i rzekła: Znowu pani??? Czego pani chce znów?? Wyłuszczyłam, że potrzebuję od nich jeszcze jedno identyczne zaświadczenie, tyle że z bieżącą datą. Na to pani Ewa tonem umierającego łabędzia: przecież pani już dostała. Na to ja, cierpliwie: ale zaświadczenie ważne jest w PKO tylko miesiąc. To nie mogła pani wziąć jednego. Już chciałam przepraszać, że żyję, ale uświadomiłam sobie, że to ja osobiście płacę Biurwie Pierdzistołkowej pensję, z mojego czynszu i zaświadczenie należy mi się, jak psu zupa, czy jej się to podoba, czy nie. Odpowiedziałam twardo i stanowczo, wbijając w nią sztylety mego wzroku: nie, bo nie. Bo tak się złożyło. Na to ona, samymi ustami: co ja z panią mam. A ja na to słodko, na cały regulator: ma pani ze mną robotę. I to powinno panią cieszyć :) Warknęła: adres. Podałam. Rzuciła się do szafki z aktami i co ja paczę???? Akt brak. A na biureczku leży kupeczka teczuszek. Pomacała ową i co się okazało??? Od 3 tygodni nie znalazła czasu, żeby moje papiery włożyć z powrotem do szafki, leżały sobie na kupeczce na skraju biureczka odkąd odebrałam ostatni papierek. Ojapierdolę. W jednym pokoju siedzi Biurw Pierdzistołkowych sztuk: trzy. No comment. Zażyczyłam sobie papier na środę, bo tak mi pasuje i pofrunęłam do sekretariatu.
W sekretariacie pani zrobiła oczka kwadratowe na moje pytanie o odpowiedź na złożone 3 tygodnie temu podanie z prośbą o pozwolenie na montaż okien. Podanie, wymuszone przez nich. Spółdzielnia nie zwraca ani złotówki za zamontowanie okien, niezależnie od tego, czy mieszkanie jest własnościowe, czy lokatorskie. Moje jest lokatorskie i regulamin mówi wyraźnie, że stolarkę wymienia spółdzielnia. Nie wymienią, przyślą kiblotłuka, żeby załatał okno... To klęska większa od Biurwy Pierdzistołkowej, ten kiblotłuk, wiecznie pijany i... cieknącą rurę od WC zakleił mi... kitem okiennym i jeszcze na piwo chciał. Pogoniłam dziada i zapłaciłam fachowcowi... Nigdy więcej spóldzielcego kiblotłuka w moim domu!!! Na podsuniętą jej pod oczy kopię podania zaśmiała się perliście i powiedziała: zapraszam do prezesa. Prezes z zastępcą, a jakże, herbatkę popijali i grzecznie zapytali, co chcę. Wyrazili zaniepokojenie, że nikt mi nie odpisał i łaskawie pozwolili zamontować okna bez czekania na odpowiedź, pod warunkiem, że będą białe i nie będą powiększane otwory okienne... Ojapierdolę!!!! Zamarzyło mi się powiększenie otworów okiennych do wielkości jak w amerykańskim drapaczu chmur, wstawienie luksferów w ścianę - i do jasnej cholery, od jakichś 15 lat mam okna w kolorze Bahama Beige, bo nie chciałam malowac na biało i nikt nie zauważył... :) :)
Z błogosławieństwem obu prezesów wybieżałam z biura, klnąc jak szewc i...
Jak dobrze, że jesteś, kochany Pamiętniczku...
Chciałam oddać na czas remontu rzeczy do przechowania do magazynu, ale o ile na stronie internetowej mówią, że 55 zł miesięcznie za m kwadratowy, to w ofercie skoczyło to już do ponad 350 zł... Plus kaucja. Liczyłam, że jakieś 150 zł starczy i tyle byłam skłonna dać. Będę musiała coś innego wykombinować, za dwa miesiące takiego przechowywania mam już szafę, a gdzie jeszcze transport??
I z prysznica nici, zmierzyłam łazienkę, mój prysznic mógłby mieć góra 70 cm, a najwęższe mają 80. Żadna gotowa kabina nie wejdzie, bez kucia, przemontowywania i rozbijania i kładzenia kafelków do sufitu. A na to mi szkoda kasy, łazienkę mam OK. Więc póki mnie zdrowie nie zmusi, zostajemy przy wannie i nie kombinujemy za dużo.
Strasznie nieprzyjemnie samemu wszystko wybierać. Wiem, że to moje, będzie tak, jak zadysponuję, ale... nie mam tej iskry do urządzania i zupełnie nie wiem, co wybrać. Podoba mi się siwa sosna, ale Inżynier jęknął: popielate?? Hmmm... z tonu wnioskuję, że on nawet nie wie, jaki to kolor.
No nic.
Mówiłam, że wymienię kultowe drzwi, obfotografowane przez Zmorkę podczas wizyty i spotkałam się ze stanowczym protestem. Mam tylko obicie zmienić na porządne (wygłuszenie, bo moje ma ponad 20 lat i robili je amatorzy - psuje - Eks i mój brat)... A drzwi mają zostać, bo... fajnie skrzypią i bez tego skrzypienia domu nie będzie. Ja w ogóle nie zauważyłam, że skrzypią, ale dziś, jak szłam do spółdzielni z aparatami, faktycznie - skrzypią jak cholera... Czyli kultowy skrzyp ma zostać, a z resztą mam się bawić sama???
Ja się tak nie bawię, Kochany Pamiętniczku!!
I dostałam od Przyjaciół...
Baran tam był ;) I się sportretował osobiście :D :)
Do jutra, Kochany Pamiętniczku, albo do następnego napisania... :)
sobota, 4 maja 2013
środa, 1 maja 2013
Czy to bajka, czy nie bajka...
Co zaraz udowodnię... Musiałam tylko przed wyjazdem do Wrocławia nakłamać, bo już w czwartek szukali ofiary do roboty. Napisałam, że sorry, Winnetou, bussines is bussines i że siedzę już we Wrocławiu. Do poniedziałku. Fakt, bilet miałam już kupiony, a reszta to detale. Okazało się w praniu, że starczyłam w poniedziałek i to nie bladym świtem...
W piątek rano przez wertepy i doliny, sapiąc, jęcząc i pocąc się, poleciałam na kultowy Poznań Główny, gdzie byłam godzinę przed czasem (hahahahaha)...
A tam - mądrości narodu, czyli :
I rozjechany bażant na torach, jakim cudem bażant, nie wiem, ale widocznie nie czytał tabliczki z fotki powyżej...
a miejskie ptaszysko nic sobie z tego nie robiło i ćwiczyło równowagę na torach...
Marzyła mi się podróż takim czymś... Prawda, że pikne są???
Ale rzeczywistość zaskrzeczała i pojechałam zwykłym InterCity, tłukąc się jeszcze o opłaconą miejscówkę, bo ktoś "nie wiedział" i wsiadł do wagonu byle jakiego. To już nie te lata, że chciało mi się lecieć, więc wyegzekwowałam swoje miejsce, na moje nieszczęście koło faceta, który nie zważając na tłok, czytał "Gazetę Polską", gdzie ze Smoleńskiem kojarzył się nawet... Walerian Łukasiński...
http://pl.wikipedia.org/wiki/Walerian_%C5%81ukasi%C5%84ski
A że nie mogłam swojej gazety otworzyć, zmuszona byłam czytać Gazetę Polską. Albo paczyć na korytarz, gdzie para bez miejscówki ściskała się i śliniła tak namiętnie, że można było dostać orgazmu, to już wolałam GP, jak rozbuchany seks.
Dojechałam, dotarłam do Cioci, a ta, no, było już po 13 ;) do obiadku sruuu na stół własnej roboty naleweczkę i też za kołnierz nie wylewała. Gdy przyszła po mnie eksżona kuzyna, zwana dalej Terenią, ochrzaniła ją, że kupiła jej takie słabe wino, którego się pić nie da i które jej nie smakuje. To dopiero jest pokolenie i to nie, że Ciocia pijaczka. Ale jej nalewki to poezja. Zatem broniąc się przed zalkoholizowaniem, pobieżyłyśmy zostawić bagaże w domu Tereni i poszłyśmy we Wrocław. Te trzy dni to było gadanie, gadanie, gadanie, ale Terenia mnie zagadała (znający mnie uważają to za niemożliwe, a jednak). Superkobieta, ale erotomanka gawędziarka z treści na trzy minuty robi pół godziny. Tym niemniej bawiłam się świetnie, pokazała mi tak wspaniałe kawałki Wrocławia, że ojapierdolę. I nie żałowała chorej nogi do włóczęgi... Dziękuję, Teresko, za te wspaniałe dni, za wyżerkę, za serce i za wszystko :*
Na początek poszliśmy do akwarium w domu towarowym, gdzie były onegdaj dwa rekiny, ale jeden wziął i zdechł...
We Wrocławiu już zakwitły bzy....
A na ulicy takie scenki...
Napisy....
I mój pierwszy upolowany Krasnal... Od recyklingu, nota bene, bo reklamował firmę od papieru z koszem na makulaturę...
A potem rozerwał się worek z Krasnalami....
... na które z wysoka spoglądał Bolesław Chrobry...
A te, Skubane, rozrabiały, pchały się...
I wrocławskie koniki się do mnie uśmiechnęły, nie uciekały jak poznańskie.
I niedźwiedź w rynku z daleka wyglądał, jakby banana w pysku miał, a on jęzor wywalał...
Niedaleko Spiżu aż trzy chuliganiły, w tym jeden inwalida na wózku...
A Fredro patrzył w dal i pewno jakieś niecnoty znów wymyślał. Jak byłam ostatni, zasłonięty był parawanem po Euro. Podobno nagminnie i namiętnie tubylcy i nie tylko kradną mu pióro...
Kolorowe kamieniczki na wrocławskiej Starówce...
Makieta na tejże, ze skarbony...
... którą podpierają cztery Skubane, a kasa idzie na sieroty....
Wrocławski ratusz w pełnej krasie.
I motory na targu kwiatowym, całorocznym i całodobowym...
... pomniczek tamże...
... i przecudnej urody rowerek...
Monumencik...
I latarenki okupowane przez to karłowate towarzystwo....
To, co urzekło mnie we Wrocławiu, to fontanny, są wszędzie i prawie wszystkie były już czynne, oprócz grającej fontanny w Ogrodzie Botanicznym, nad czym ubolewałam, ale nie można mieć wszystkiego :(
Kamieniczki cudnie odrestaurowane...
I kolejny Krasnalek...
... hmmm... ten wyglądał na strudzonego wędrowca pod zamkniętą bramą...
I Krasnale Pożarki, lecące gasić ogień...
Ni pies, ni wydra, bezcyckowy tors. Było bardzo ciepło i znalezienie miejsca w ogródku graniczyło z cudem...
Nim kur zapiał, znalazłyśmy jednak w pasażu znajome mi dobrze towarzystwo i klapnąwszy tam na stołu, wypiłyśmy małego żywca...
po czym wzdłuż odrzańskich nabrzeży, gdzie bawiły się tłumy...
koło sikającego poznańską modą golasa...
i Krasnali, które... tak, tak, dzięki nim odkryłam, jak działa bankomat ;)
Też to widzicie?? Jeden siedzi w środku i wydaje kaskę, teraz już wszystko jasne jak słońce...
... koło pięknie mieniącej się kolorami kolejnej fontanny (nie udało mi się tych kolorków złapać)...
... i arkadami - jak cudnie muszą wyglądać, gdy winobluszcz się zazieleni...
i przy kolejnej fontannie kolorowej....
przez plac św. Krzysztofa...
uliczkami...
... koło Teatru Lalek (Animacji)...
przy kolejnej fontannie ze Skubanymi....
... podziwiając kariatydy...
... uskakując przed wyskakującymi znienacka Karzełkami....
... o, witam kolegę nordic walkingowca, kto Koledze ukradł jeden kijek???
... mijając kolejnego, zaczajonego przed kioskiem... Chyłkiem dotarłyśmy do domu... Gdzie oddałyśmy się rozpuście w objęciach Morfeusza.
Nazajutrz, wstawszy bladym świtem, poszłyśmy odrzańskim brzegiem...
do kościoła na Ostrowie Tumskim, gdzie stała taka piękna chrzcielnica...
a na Wrocław spoglądał kardynał Wyszyński...
Przez Most Zakochanych (te wieczne marzenia o miłości i zaklinanie jej), gdzie w aferę wplątano nawet biedne Krasnale...
... podziwiając detale...
knajpki na świętojebliwej, jak mówiła Terenia, ulicy...
... gdzie raźno sunęły czarne łabędzie (ukradłam określenie Zmorce, ale to faktycznie łabądek jest)...
... podziwiając rzeźby i lata...
... ludzkie umiejętności...
wjechłyśmy windą do nieba, znaczy się, na wieżę widokową. Schody były do windy prawie jak w Warwick, ale na szczęście tylko do 3. piętra.... A potem zaparło dech...
Archidiecezjalne ogrody...
Wrocławski Titanic...
Przecudnej urody rzygacz...
... i ten równie cudny (jak pięknie muszą wyglądać w czasie ulewy...)...
Mosty, jakaż w nich poezja drzemie...
I mural złapałam...
I do Ogrodu Botanicznego poleciałyśmy, a tam jak cudnie muszą wyglądać te pylony, gdy już się winobluszcz zazieleni... I targ staroci był, ale wstęp płatny i... dobrze, że nie wlazłyśmy tam....
Tu grająca fontanna, nieczynna, właśnie była czyszczona...
Ogród japoński. Coś niezapomnianego...
Ale kwitły tu też polskie zawilce... Zalany w czasie powodzi, odrestaurowany został przez... Japończyków :) W ramach Japończyk - Polak dwa bratanki...
Ikebana...
Polskie konwalie w japońskim ogrodzie
I karpie złociste, pływały stadami, ale woda mętna była, więc zdjątko jest jakie jest...
Wylądowałyśmy w knajpce przy Ogrodzie Zoologicznym na kawie i tak się skończyła sobotnia wycieczka, bo po drodze lunęło i lało do wieczora....
Most Zwierzyniecki.
W niedzielny poranek polazłyśmy na dalszą włóczęgę...
W tym budynku na Podwalu spędziłam miesiąc, mając 7 lat, u przyszłej teściowej Teresy. Ile wspomnień, a dom wcale się nie zmienił...
Koło tego Skubańca uświadomiłam sobie, że nie zabrałam żadnych adresów, więc niestety, nikt nie dostanie kartki z Wrocławia...
Po drodze zwiedziłyśmy Kościół Garnizonowy
... wrocławskie kamieniczki, prawie jak w mojej wiosce...
I znów Teatr Lalek i kolejny Skubaniec...
Nie była to Leda z łabędziem, bo to coś siusiaka ma, ale park pięknie odrestaurowano.
W wolierze zaś siedziały Srajdy, ale rasowe...
... Krasnale znów się czaiły....
... inne zaś srały na wolności... Srajdy, nie krasnale...
I jeszcze parę murali,
Słoń...
Z nadzieją, że wrócę...
Zakochałam się.
Do reszty.
Jak wygram w totka, a zaczęłam grać, przeprowadzę się tu bez namysłu.
W rodzinnej wiosce zapłaciłam na dzień dobry mandat za trzykrotne przejście na czerwonym świetle. Ale... światła tak ustawione, że przez dwa cykle dla pieszych nie zmieniają się. Chcieli mi wlepić 500 zł, utargowałam na 50...
Ale to już inna bajka, może innym razem opowiem... :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)