[go: up one dir, main page]

wtorek, 31 stycznia 2017

I po labie

Kochany Pamiętniczku. Jutro znów do pracy. Mój nos to przeczuwał, zatem potuptałam dziś na zakupy jak na wojnę :)
No...
Pomelo nie było w Biedronce, ale za to były


Niby wszystko jest w necie, ale papier to papier, w razie czego można w kominku napalić, co nie? :)
Już nie mój poziom te słowniki, ale kto wie, może któremuś z małych Anglicząt przydasię?
Zobaczymy.
A na piecyku

piękny smaloszek wyszedł :)
Z głodu nie umrę w pracy zatem.
Umówiłam się, że będzie całość do oblecenia, więc 50 stron już czeka. Nie będę marnowała czasu na siedzenie bez celu, zatem może być.

I to tyle, w telegraficznym skrócie, Kochany Pamiętniczku :)

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Dość mam

Kochany Pamiętniczku tego aresztu domowego przez smog, więc aczkolwiek maseczki nie mam, wychodząc z założenia, że co ma wisieć, nie utonie, podreptałam w stronę słońca.
Zamglone, ale już kuszące obietnicą wiosennego ciepełka, z lekka przygrzewało, więc i zamek rozpięłam, i gołą szyjkę, pomarszczoną jak u indora na nieśmiałe promyki wytknęłam.
Receptę odebrałam, na Manhattan tupnęłam, a tam - cuda niewidy - pustki, jakby morowe powietrze wszystkich wybiło.
Ale piekarnia czynna, zatem zanabyłam chlebek i kawałek ciasta, a kto bogatemu zabroni?
I w kiosku zdobyłam


zgapioną od Imbirelli.
Wsadziłam ją do blendera, niewiele myśląc i... hahahaha... mam bitą śmietanę o smaku masła. Jeszcze nie masło, ale już nie śmietana, ma świetny smak. Po prostu w którymś momencie blender przestał to ubijać (wpieprzyłam do blendera do robienia koktajli), a bałam się, że spalę silnik.
No nic. Rozsmarowuje się genialnie, jak zda egzamin, będę kupowała zamiast masła, bo wkurwia mnie, że nasze masło jest twarde, nawet poza lodówką, a irlandzkie drogie jak pieron i w okolicy nie ma. Zaś taka śmietanka 1,98, to mogę raz na jakiś czas zaszaleć i sobie takie śmietanomasło zrobić. Z góry zastrzegam, że dziękuję za rady: ubijaj w słoiku. Za leniwa na to jestem :)
Inżynier mówił, że ta kapusta to za monotonny jadłospis, ale jak na razie mi smakuje, przecież nikt mi nie zabrania innych warzyw jeść.
Dla odmiany na bezsenność cierpię. Kurde, jak nie sraczka, to przemarsz wojsk radzieckich :)
Położne, garniturki i chirurdzy wrócili, szkoda, że znów trzeba tydzień czekać na kolejny odcinek, ale nie można mieć wszystkiego.
Szukam jakiegoś starego, już skończonego serialu, który by mnie wciągnął, ale albo mnie nie wciąga, albo nie ma napisów :(
Riverdale, jeden odcinek, coś w stylu Twin Peaks dla małolatów, wartkie, ale... Cały czas miałam mieszane uczucia, widząc Luke'a Perry'ego w roli ojca... Jak to, wczoraj grał w Beverly małolata, a teraz stateczny ojciec. Wszyscy się starzejemy, jasne, ale nie pasuje mi to ni trochę :)
This is us coraz bardziej zakręcone, coraz bardziej szalone i mam nadzieję, że starczy im rozpędu na II sezon :)
Bones i inne jakoś mi się urwało, może jeszcze wrócę, nie wiem.
Bo na kijki serio boję się w tym smogu łazić, a za wiele do roboty w domu nie mam. A lenistwo naprawdę smakuje :D

Z newsów: Inżynier Brytolem został.
Przyznali mu obywatelstwo.
U Pierworodnego wszystko w polu, zdaje się, że nawet Papryczkowi, który miał to z automatu, nie załatwili tego do końca.
Bo to z automatu jednak kosztuje i to nielicho, bo i papierologia jest. Stosowana.
No nic.
Nie moje małpy, nie moje zoo :)

Mogłoby popadać, albo i powiać, nie mam nic przeciwko. Cały miesiąc smogu to denerwujące jest. I nie, ze teraz to odkryli, bo mój nos bez apki bezbłędnie wychwytuje smog w porannym powietrzu.

sobota, 28 stycznia 2017

Do zakochania

tfuj, do zwariowania jeden krok, jeden jedyny krok, nic więcej, Kochany Pamiętniczku.
Tak mi jakoś ten kapuściany temat krąży, więc go podrążę, a kto mi zabroni? :)

Long, long ago, zanim wybuchły te wszystkie mody na sranie w banie, na żywność ekologiczną, nieprzetworzoną i inne cuda wianki, moja kuchnia była jaka była.
Prosta.
Z tej prostej przyczyny, że groszem nigdy nie śmierdziałam i nie było mnie stać na wiele rzeczy. Nie miałam też czasu na wystawanie w kolejkach po dobra doczesne, więc kombinowałam z tego, co pod ręką było.
Po Mamie została mi książka kucharska, przedwojenna (niestety, na wieczne nieoddanie pożyczyła pewna pani, chuj jej w oko i kotwica w plecy, i kupa gruzu, by nie miała luzu, a tak miło i sympatycznie wyglądała...).
Więc moje dzieci chowane były na własnoręcznie gotowanych, przecieranych, doprawianych rzeczach. Gerbera widziały, jak babcia zaszalała.
Czekoladę tylko z kartek i jak babci z pyska spadło (babcia czekoladę z orzechami wpieprzała, orzechy wypluwała, bo ich pogryźć nie mogła, a ja wciąż widzę tę trójkę, stojącą z nadzieją w oczach, że chociaż kawałek im skapnie... Trójkę, bo córka od szwagra też stała).
Napojów w puszkach nie dostawali, z tego powodu nieszczęśliwi byli, bo wtedy puszki się zbierało.
Miałam zbiór, dostali od sąsiadki, cała meblościanka do sufitu zastawiona puszkami. Sąsiadce znudziło się odkurzanie, więc dała. Im też szybko znudziło się cosobotnie rozbieranie piramidy i odkurzanie każdej puszeczki z osobna, taki był mój wymóg :P
Pepsi albo cola to było czasami u kogoś.
W domu tego nigdy nie było, żadnej fanty ani innych wynalazków.
Za czasów wody grodziskiej był zawsze w domu zapas, babcia była obrotna :)
A potem zawsze był duży baniak staropolanki. Jak Inżynier zachorował, wspólnie doszliśmy do wniosku, że być może niepicie chemii pomogło mu w wyzdrowieniu.
Jeszcze wtedy nie studiowałam składów produktów, a jedyny błąd żywieniowy to była margaryna zamiast masła.
Cała reszta OK, tyle że bez nalepek eko i organic.
A potem wróciłam do pracy i choć dalej gotowałam sama, to jednak korzystałam z półproduktów, z "pomocników". I grzeszyłam, wrzucając kostki, bo lepszy smak był szybciej.
Chłopcy poszli na studia, ale kanapki i inne takie tam zawsze zabierali. Co najwyżej po jakimś czasie rewizję robiłam w plecaczkach i co większe hodowle pleśni likwidowałam.
Pokazały się zupki chińskie i...
Niewiele już miałam do gadania.
Sama rzadko jadałam, ale Inżynier do grobu mnie wpędzał, zalewając zupkę o 23, gdy uczył się do egzaminu. Wpędzał, bo zapach mnie budził i jeden pieron wie, ile mnie kosztowało niezjedzenie tego wynalazku o tej porze.
Mimo zdrowego trybu życia moja waga szła w górę, powoli, ale systematycznie.
Taki life. Siedzący tryb życia, mimo porannych spacerów, hormony no i...
Nieważne.
A potem ptaszyny z gniazda wyleciały i...
Gotuję to, na co mam aktualnie ochotę i czego domaga się mój żołądek. Eko i organic mnie nie rusza. Bo wiem jedno: środowisko, w którym wszystko rośnie (bo uprawy eko i organic nie są pod jakąś kopułą, nieprzepuszczającą wszystkich smrodów tego świata, a i kurki chodzące samopas i dziobiące tu i tam potrafią mieć w jajach więcej świństwa, zwłaszcza zimą niż z hodowli przemysłowej). Najważniejsze - nie dać się zwariować. Len, który teraz wszyscy zalecają zamiast tranu, stosowałam od wieków, a jeszcze teściowa mnie w tym utwierdziła, bo była zagorzałą fanką lnu. I parę innych takich tam. Nie obchodzą mnie mody i trendy. Mam swoich faworytów i  rzeczy, których nie lubię, i nic mnie nie przekona. Mam na Manhattanie swoich sprzedawców, od których lubię kupować dane produkty. Tak metodą prób i błędów, zdając się na moje kubki smakowe. W sezonie wydaję na pomidory majątek, ale są tego warte, poza sezonem kupuję pomidory raz na ruski rok. Koncentrat pomidorowy lepszy i zdrowszy.
Co do eko i organic wystarczy poszperać w necie, żeby znaleźć wypowiedzi ludzi, pracujących przy pakowaniu towarów. Etykieta wszystko zniesie.
Co do nawożenia i zaprawiania - siedzę w branży. I nie, że bronię rolników czy hodowców, ale producenci nawozów narzekają, że sprzedaż systematycznie spada. Bo za drogo i rolnik kalkuluje z ołówkiem w ręku. Więc na pewno mogą się zdarzać błędy w nawożeniu, ale to nie jest tak, że rolnik jedzie w pole i sieje, bo mu więcej urośnie. Bardzo często przenawożone nie rośnie, ale pada.
Ale to do ludzi nie przemawia. Ich problem:P
A nawożenie z mojej młodości? Mój ojciec, sypiący nasze zagonki kartofli DDT (kto nie wie, niech wygoogla) prosto z pończochy mamy, a resztę wywalający na Bogu ducha winnego psa. Bo pies miał pchły :)
Nawożenie organiczne, fuj... Pan Walenty z długim kijem, na którym zawieszone było wiadro, wyciągający ze szkolnych sławojek fekalia i wiozący je na pole. Zaiste, ile tam było glist, owsików i innych niespodziewajek... A zatrucia pokarmowe świeżymi warzywami, niedostatecznie umytymi, organicznymi, a jakże, nie tak dawno na Zachodzie?
Dziękuję, postoję.
To jest moje osobiste zdanie, moje przemyślenia.
I broń buk liściasty, nikomu nie zabraniam ani nie odwodzę od kupowania eko, organic i innych cudów na kiju.
Wolna wola.
Smacznego, każdy ma to, co lubi.
Mam i ja.
I tak dziś kuchenną krzątaninę sponsorowali  ABBA i Bee Gees.
Znów byłam młoda, piękna i zakochana.
Za oknem pięknie świeciło słońce, szyby błyszczały, aczkolwiek sztab kryzysowy zalecał zostanie w domu ze względu na zanieczyszczenie powietrza.
Czułam się, jak w filmie SF.
I coraz bardziej wszystko do tego zmierza, że tak będzie. Jedyne, co mnie martwi, to moje wnuki - w jakim świecie przyjdzie im żyć.
Ale nie mam na to wpływu, poza tym, że segreguję śmieci, unikam plastiku, oszczędzam wodę i światło i takie tam...
Taka mała cegiełka, jaką mogę dołożyć, bo jestem tylko trybikiem w machinie świata.
I tak

kapustkę kiszę w tym. Mam jeszcze dwa inne garnki, mniejsze. Taki garnczek starcza mi na tydzień, więc nieźle :) I znalazłam dziś słoik ekologicznej kapusty za 7,50. W słoiczku jakieś 350 g. Moja kapustka zamyka się gdzieś w 4 złotych za taki gar :D
A kamień jest starszy od Pierworodnego, znalazłam go, będąc w ciąży i od razu wiedziałam, że jest idealny :) Dokopałam się dziś, że można kupić specjalne kamienie, od 20 zł w górę, a potem bez ograniczeń :)
Ojapierdolę.
Jogurty kupuję najprostsze, bez udziwnień, bo to

to proszę państwa, śmiech na sali. Wsadzę do zwykłego to, na co mam ochotę i mogę  mieć nawet jogurt szpinakowy. Ale z prawdziwym szpinakiem, nie z wsadem z chujwiczego.
Jeszcze dokończę obiadek, wsadzę nową porcję kapustki (już wszystko uszykowane) do gara i...
Ciężko się czyta, bo aczkolwiek znam, nie jestem fanką gwary, no ale taka lektura to must have :)



piątek, 27 stycznia 2017

Ciulato

leci, jak krew  z nosa, Kochany Pamiętniczku.
Poszłam w poniedziałek spokojnie, warzywka obrobiłam w miarę szybko. Wychodzę, w drzwiach stoi Łamacz. No to dzień dobry i do widzenia ślepa Genia.
W połowie drogi do domu dostaję SMS od sekretarki, czy zrobiłam tę nieszczęsną broszurę. Ja zdziwiona, bo Boss kazał Łamacza wołać, ale nic nie mówił o robieniu.
I nikt się, kurwa, do mnie przez cztery dni nie odezwał!!!
SMS, że nieważne jak, mam zrobić, bo Boss chce. Nie obchodzi go jak, mam zrobić i koniec.
I tak poczułam się jak Spartakus czy inny wuj Tom, Kochany Pamiętniczku.
Zrobiłam, kurwa, na PDF, siedząc do nocy.
Oczywiście będzie, że mam sobie nadgodziny odebrać.
Tylko kurwa jak, jak ha wciąż w nadgodzinach pracuję!
A przede mną jeszcze jeden ekstras...
Chuj.
Potem wlazłam do banku, bo musiałam zobaczyć, ile jeszcze mogę przepić, a tam też chuj bombki strzelił, bo właśnie ściągnęli mi prowizję za kredyt i to, co sobie odłożyłam dodatkowo w tym miesiącu, chuj strzelił. Lekką ręką. A że dobra zmiana banki dusi, to klient za to płaci. Posrańce jedne, nie, nie banki.
Niby wiem, że muszę, ale znów poczułam się, jakby mi ktoś powolutku, pomalutku pętlę na gardziołku zaciskał i...

Kilometr mułu...

No nic.
Taki los widać, że do usranej śmierci zapierdalać będę, nie ma innej opcji.
Jak znam życie, jak się postawię na sztorc, to mimo moich niewątpliwych zalet Boss wykorzysta sytuację (tfu, tfu...).
No nic.

Przed tym wszystkim w niedzielę wleciał Kierownik Budowy, bo a jakże, Kradziejka z życzeniami. Fajnie było, ale znów się nasłuchałam, co powinnam ze sobą zrobić. Coraz bardziej wsiąka w tę jogę-nie-jogę uważa, że innych to też powinno kręcić.
A mnie ni chuchu nie kręci.
Bo nie.

W środę chciałam pojechać do AR, ale nie wyszło. Pojechałam w czwartek, z takim dołem, że ojapierdolę. Jadąc koło Parku Sołackiego zobaczyłam to drzewo, co je tak piorun zmasakrował w czasie pamiętnej wichury. Nie odżyło, ale całe zarosło bluszczem. Uświadomiłam sobie wtedy, że wszystko i tak mija, i nawet gdy człowiek zostaje sam i okaleczony, to też minie. Kiedyś. Na zawsze. Niezależnie od tego, co jest potem, wszystko jest inne. Nawet, jeżeli nie jest lepsze, jest po prostu - inne.
A panie w socjalnym wciąż jeszcze pracują, choć są w moim wieku. I wędzą się w dymie tak, że myślałam, że im biurko zahaftuję. No widać, że państwowa instytucja, wolno palić. U mnie w firmach zawsze był zakaz palenia, ostatnio paliłam właśnie tam, w AR.
Pytam, czy nie idą na emeryturę. Idą, ale zostaną na pół etatu. Przyjdzie młoda nowa na cały etat. Ojapierdolę. Tak wyciekają pieniądze w budżetówce. Tam nie ma pracy dla dwóch osób, z palcem w dupie może to zrobić jedna. Niby dwie będą, bo dwa półetaty i etat, ale...
No nic, nie mój cyrk, nie moje pchły :D 
Czwartek minął mi na układaniu sobie w głowie, szufladka po szufladce.
A dziś budzę się i... słońce.
Więc goła (no bo tylko piżamka), sruu, pościel na mróz.
Że zabije mi te roztocze i inne takie tam.
I latam w koszulinie, aż tu na fejsie: alarm dla Poznania. Stan powietrza tragiczny. Faktycznie, jakoś szaro było mimo słońca. Włączam apkę. Prawda.
Więc sruu (na golaska, of course i z lekko mokrą główką jeszcze) pościel do środka. Bo już wolę roztocza od tego pyłu zawieszonego, co na mojej pościeli chciał sobie gniazdko uwić.
Niby nie powinnam wychodzić, ale muszę, bo w lodówce światło.
Więc polazłam.

Idę w stronę słońca, a po drodze zaczepia mnie jakiś dziadek: ma pani prawo jazdy? WTF? Ale zgodnie z prawdą mówię, że nie mam. A on na to: to nie może pani mieć wózka.
Hahahahaha, zaśmiała się hrabina i oddała mocz do analizy...
Wiem, ale jestem na nie :P 
I tak mnie po drodze oświeciło, że rzuciłam się na okna, jak szczerbaty na suchary.
Elvis pomagał :) Teraz wszystko lśni, nawet smog za oknem się jakiś czystszy zrobił, a ja... Za miesiąc planuję następną akcję. Bo mycie okien to dobry sposób na chandrę. Nie, żebym chandrę planowała, ona zawsze sama się przywleka :)
Poszło nieźle, więc rzutem na taśmę chaupkę ogarnęłam sobotnio, korytarz umyłam, bo mój dyżur, i teraz na listku bobkowym siedzę.
Jutro tylko chleb kupię i coś upichcę i hasta maniana...

I mnie napadło. Nigdy w życiu nie kisiłam kapusty, bo po co, zawsze mam "swojego pana", który ma dobrą kapustę.
Baran w ramach zdrowia kisi. I mówił, że to proste. Nie wiem, bo nigdy nie kisiłam :) Moja Mama też nie kisiła, zawsze kupowaliśmy. Moja Ciocia też nie kisiła. Ogórki i owszem, ale kapusta never.
No Barania dobra była, ale ja nie lubię tak grubo krojonej. I coś mi tam nie pasowało do końca ;)
Miałam szatkownicę przedwojenną po Cioci, ale jak sobie na niej uszatkowałam trzy razy paznokcie i palce, tak prawie do amputacji, wywaliłam.
Odkryłam na aledrogo szatkownicę z szufladą, ale drogo, a mnie bank zrujnował niedawno.

A chodziło za mną kiszenie.
Bo tak :)
I tadam. Ukisiłam, ale po mojemu.
Ojapierdolę, cót, mjut i ożeszki :)  Laskowe :)
Szatkuję kapustę na tej części tarki od ogórków na mizerię. I dodaję tak mniej więcej (raczej więcej) marchewki utartej na drobnych oczkach (można kupić kapustę z marchewką, ale marchewki w niej tyle, co kot napłakał). Standardowo sól (daję różową, himalajską), bobkowe listeczki i czosnek.
I nawet tak do końca skubana się nie dokisi, bo...
Zeżarta jest :)
Dziś dostałam korzeń chrzanu, zatem następna będzie chrzaniona ;) 
A ja mam żarełko o każdej porze dnia i nocy. Zielona pietruszka plus olej i nic więcej nie trzeba.  Jak kupowałam, to zawsze dają z "górką" i tego się nie daje przerobić.
Kurde, jak bardzo pojebana jestem, że poprawiam sobie nastrój kiszeniem kapusty? :)
Może napisać poradnik: kiszenie kapusty sposobem na życie?

I ten muł...


czwartek, 19 stycznia 2017

Zwlokłam

szanowne zwłoki z łóżka, Kochany Pamiętniczku, wzdychając rozdzierająco, a tu





za oknem, ojapierdolę. Więc ogarnęłam się szybciorem i ciężko wzdychając, zabrałam Soniczka.  Jęcząc pod nosem, żem spóźniona na mój autobus, dorwałam go jednak, dojechałam w pracowe okolice i chociaż  palce z zimna mi odpadały, mam, mam, mam... Już nie tylko w pamięci i pod powiekami, ale i na kompiku, na fejsbuczku i na blogasku.
Dla takich chwil chce się żyć...
































Gdy mówiłam o tym koledze, popatrzył na mnie jak na wariatkę. A kto mi zabroni wariatką być na cały etat...
Nie żałuję, że dźwigałam Soniczka. Wychodziłam dziś z pracy o 14 (WOW), już niewiele z tych cudów zostalo, a gdy dochodziłam do domu, było już szaro i zwyczajnie, nie było już żadnej zaczarowanej bajki. Ale mam ją, i gdy będzie mi ciężko, wejdę tu i kopnę się w tę tłustą dupę, mówiąc sobie: nie jęcz, popatrz, ile było pięknych chwil i pomyśl, że tyle ci ich darowano, a jeszcze wiele przed tobą.
Bo dobrze, że nie znam dnia ani godziny, co nie, Kochany Pamiętniczku?
Może tam będzie piękniej, ale tu też bywa zachwycająco :) 

Wracając zaś do prozy życia, się działo.  Znaczy się, moja gazetka szła wolnym walcem, aczkolwiek oczywiście zakręconym tropem, jak świński ogonek, ale oj tam, oj tam, zamykanie po prostu byłoby nudne.
Mimo obecności Bossa i nieobecności Wice, który co kilkanaście minut dzwonił wszędzie (oprócz mnie, bo ja, cwana gapa, nie mam w pokoju telefonu, bo telefon, jak wiadomo, to jest zuo, w pracy przeszkadza i takie tam), z informacją, że o 12 musimy być w drukarni, wszystko szło jak należy, bez wstrząsów.
I tak sobie beztrosko rżnęłam w Angry Birds, czekając na prackę, gdy wtem do pokoiku wparował mi Łamacz. No łamacz, bo jaki tam z niego grafik. Grafik to jest Jacenty i inni tam, a to jest Łamacz. Nie przepadam za gościem, śliski jest i obły, pracowałam z nim przy gazetce, którą zamknęli, patrzy na człowieka tak z góry i w ogóle ma na wszystko hmm... no śliski taki, Nie lubię.Zapukał, a jakże, a u nas się nie puka, bo wiadomo, to nie świątynia dumania, a praca. Pukanie przeszkadza. Ale zapukał. Pełna kultura, co nie, Kochany Pamiętniczku?
I patrząc na mnie z góry, bom siedziała na dupie, rzecze magiczne słowo, nazwę rośliny, Paczę ci ja jak na raroga, bo co mi tam roślinka.
Wuęc bierze mojego gryzonia do ręki (całe szczęście, że to służbowy gryzoń, a nie ten mój ukochany, czerwony, z mysich cipek) i dawaj, otwiera folder. Że jest do czytania...
Uruchamia mi się słowotok, że przecież Boss ze mną nie rozmawiał, że jak to, kolejna rzecz, że ja już tu nie pracuję od dziś i śrutututu majtki z drutu. Kamienna twarz i: to jest do zrobienia. Na moje pytanie, czy pracowałby za darmo odrzekł, że nie, ale że to trzeba zrobić i on nic nie wie.
I pomaszerował w siną dal...
A ja, spojrzawszy na owoce pracy jego wpadłam w szał. Ciśnienie wzrosło mi do 200 chyba.
Idę do niego (do ciebie, Aniu, szłem) i pytam, kto tym zarządza. A, jakaś pani z marketingu :) WTF????? 
To proszę, żeby do niej zadzwonił i mnie z nią skontaktował, bo ni chuja osoby nie kojarzę. Marketing to dla mnie ludzie z Marsa. Dzwoni. (może tak, może nie.) Mam robić swoje, pani nie będzie się ze mną kontaktować, bo korekta to tylko kropki i przecinki. WTF???? Tekst fachowy, niezredagowany. Jestem mądra, idealna, ale czasem potrzebuję pomocy redaktora... 
KURWA MAĆ.
Nie mogę dostać się do Bossa, bo tam nasiadówka.
Ale waruję i tadam... Jestem u Bossa i drę mordę,
Że jak to, że ja jak jakaś panienka na posyłki, że jak coś trzeba, to i owszem, ale jak Boss krzyknie: do boju, a nie że każdy z ulicy przychodzi i mi polecenia wydaje. Że jeżeli łamie gość z zewnątrz, a nie nasz łamacz, to dlaczego ktoś spoza redakcji każe mi pracować? I to w moim wolnym czasie? Że i OK, że przeczytam, ale kasa się należy jak psu zupa :) Boss wysłuchał, zdziwiony, a potem rzekł: Łamacz kazał pani czytać? Przytaknęłam. No to kazał zawołać Łamacza. Zawołałam.
Spotkałam go po jakimś czasie na korytarzu i pytam: i co? Nic nie odrzekł, skrzywił się i wzruszył ramionami.
Nosz, kurwa! Trzeba mieć tupet i wyjebane...
Bazując na doświadczeniach zawodowych sądzę, że facet ma umowę na łamanie i korektę. A że pracuje u nas często dorywczo, wykombinował sobie, że jak mi powie, że trzeba korektę zrobić, to zrobię bez szemrania, bo zawsze robię.
A on ze swojego zlecenia zaoszczędzi te parę setek.
Nie, kurwa, czytanie nie sprawia mi przyjemności, nie jest: a bo ty sobie poczytasz. To ciężka praca, wyniszczająca.  I jak każda, powinna być zapłacona. Bo krawcowa nie wszywa sobie zamka ot tak, choć zajmuje jej to chwilę.
Żałuję, że tak późno zaczęłam się cenić.
I jakim, kurwa, trzeba być skurwielem, żeby kazać komuś ciężko pracować za darmo, mówiąc mu w oczy, że samemu się za frico nie ruszy palcem w bucie?
Jego - nie wiem? żona, kochanka, współpracownica? popyla smartem. On nie wiem, ale też MPK nie jeździ.
Ja, kurwa,  kalkuluję, czy kupić bilet na miesiąc czy na dwa tygodnie.
I tak, Kochany Pamiętniczku, czasami trzeba zamknąć oczy i skoczyć na główkę.
Dzięki temu siedzę w domu, popijam piwko i mam - jak na razie - trzy dni wolnego, bo warzywka zostają w wiosce. Reszty dowiem się w poniedziałek, ale jeśli naczelny się nie zmieni, to te parę złotych do przodu wciąż mam, co jest piękne.

Uff, ale kobyła mi wyszła dziś :P 

 

środa, 18 stycznia 2017

Wychodząc

z domu miałam wrażenie dziś, że jestem w samym środku sceny z Doktora Żywago.


 Jak cudnie wszędzie, i plułam sobie w brodę, Kochany Pamiętniczku, że nie zabrałam aparatu, bo z ajfonika wieczorem dupa, a nie zdjęcia...
Ale po powrocie do domu nie miałam już siły skulać się z aparatem, żeby jeszcze coś uchwycić. Musi mi wystarczyć to, co zostało w pamięci, pod powiekami.
A to ujęcie to widzę jak zapakowane zwłoki teściowej... Znaczy się, moje :)

Dzień w miarę, aczkolwiek Boss wyglądał jak zombie i takoż się zachowywał, a Wice dał popis swoich możliwości, mistrzowski. Postawiłam się jednak i wyszłam o 18, nieźle, ale i nie za dobrze.
Bo ja tego, kurwa, nigdy nie mogłam ogarnąć.
Przekonania, że żeby być dobrym pracownikiem, trzeba siedzieć po godzinach.
Nie rozumiem, jak można nie mieć życia osobistego, jak można nie chcieć iść się powłóczyć w takim krajobrazie, nieważne, samotnie czy z kimś, jak można się nie zachwycić chwilą...
Jak może kogoś kręcić kopanie drugiego poniżej pasa, nawet jak coś przeskrobał.
Sama wychowywałam dzieci metodą marchewki. bez zakazów, tłumacząc i pokazując konsekwencje.
Z Pierworodnym nie do końca wyszło, bo lubił konfabulować i mijać się z prawdą, zostało mu to do dziś. Inna bajka, że jakoś bardziej pod górkę ma niż Inżynier, ale też przejął poojcowski sceptycyzm i przekonanie, że cały świat jest przeciwko niemu.
Inżynier zaś po mamusi widzi szklankę do połowy pełną, wie, że wszystko trzeba sobie pazurkami wydrapać, że i owszem, na świecie są też świnie, ale wystarczy je ignorować i życie znów nabiera blasku.
Jeszcze jeden dzień do przetrwania.
Na odchodnym Wice mówi, że mam być o 9 (a już planowałam pójście później, bo zazwyczaj do 13 mam luz i hastamanana), a tu zonk... Mam wyrwać z gardła gościowi teksty o 9. Jeszcze nigdy mi ich nie dał przed 14... A minę ma dając, jakbym mu serce na żywca wyrwała.
Wice jutro nie ma.
Znaczy się, będzie się działo.
A potem pojadę gdzieś, gdzie szczęściu nic nie grozi.
Na parę dni, na kilka chwil, ale zawsze, Kochany Pamiętniczku ;) 

wtorek, 17 stycznia 2017

Kurwa mać

i tyle w temacie, Kochany Pamiętniczku.
Kolejny pracowity dzień, siusiu i herbatka w biegu, posiłek oczywiście przy monitorku.
Ale 17 z groszami i miałam wszystko czyste, biurko i pocztę.
I tu bach :)
Technice 4 stron brakuje.
Tradycyjnie, kurwa mać.
Michałków.
Michałki to takie pierdoły, żem wprost rzekła na korytarzu, że z palcem w dupie zrobię to w godzinę.
Wychodziłam o 20 z pracy.
Bo panom się nie spieszyło, po obiadek sobie skoczyli, w kuchni skonsumowali, niespiesznie, gawędząc, a na moje jojczenie od 17 do 19.00 odpowiadali, że już, za 5 minut.
Kurwa mać. Trzech chłopa. Notki po jakieś 3 tysiące znaków, moje wpisy tutaj mają więcej. Nieważne.
O 18.45 powiedziałam, że jadę do domu, jak nie padnę, zrobię on line, jak padnę, wola boska i skrzypce.
Ruszyli z kopyta.
Galopem.
Patataj.
Coś mnie trzymało, a miewam takie przeczucia, że się cofam, czekam i takie tam.
I dostałam wszystko o 19.42.
Z ortografem.
I innymi kwiatkami, więc jednak nos mnie nie mylił.
Ale zrobiłam to RAZ. W 10 minut wszystko. I zażądałam wlania tekstu. Sprawdziłam, czy wlali bez ortografa.
I w dupie to mam. Jutro pójdę, jak wstanę.
Jak znam życie, zerwę się kurcgalopkiem. Kiedy ja dorosnę i zmądrzeję? No kiedy?
A koleżanka do mnie mówi dziś, zachwycona, że wiem jak się pisze dom po francusku (tu, na blogu, nie mam takich fontów), jak to, bez sprawdzania, a gdzie pani znalazła a z daszkiem i skąd pani wie?
Bo się uczyłam w szkole :) Tak wyszło.
A skąd pani wie, jak się wstawia daszek?
Bo ja Stara Jędza jestem :)
No nie, nie może pani umierać, bo kto nam to wszystko skorekci?
Oj tam, oj tam, nie ma ludzi niezastąpionych. 
Ta, będę trzy dni po śmierci zamykała gazetkę, zamiast się dać spokojnie pogrzebać, no bo kto zamknie ten numer?
Ponoć jeden z moich kolegów nie pojechał na pogrzeb rodzica (nie wiem, ojca czy matki), bo... zamykał numer...
Całe życie z wariatami, Kochany Pamiętniczku :)

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Blue

Monday dziś, Kochany Pamiętniczku...
Nawet nie miałam czasu, żeby się zdołować, choć to najbardziej depresyjny dzień w roku. Pracowałam, jak łysy mrówek ze śrubką okrętową nr 5 w dupie.
Ciśnienie podniósł mi tylko Boss, który wparował w podskokach i rozczulając się nad moim nowym pokojem, że och, ach i co to firma dla mnie zrobiła (a gówno zrobiła, prosiłam o zmianę pokoju dwa lata, a ten sama urządziłam i dlatego jest przytulnie,  a dział techniczny od wkręcania kołków i takich tam do dziś nie dotarł), oznajmił, że jest ekstras. Na moje, że ja już mam godziny w miesiącu wypracowane, wyszczerzył się i rzecze, że ekstras w zakresie obowiązków. Żeby chociaż marnych dwóch stów premii nie dać. Kij mu, wiadomo w co. I jeszcze, że teraz mamy mniej stron, co gówno prawda. Poza tym podpisywałam cyrograf na pracę na godziny, nie na strony. No nic. Jakbym mu powiedziała, że muszę kupić dodatkową sieciówkę, nie zrozumiałby.
Ale nigdy nie wiadomo, co kogo w życiu czeka, a karma to suka. Coś o tym wiem...
A nadgodziny mam sobie odebrać... w maju, jak będzie mniej pracy. Ta, kurwa, zwłaszcza w tym nowym systemie godzin.
No nic, nie zrobię sobie krzywdy :)
Ale swoją drogą, kawał...
A, zamilknę, na co mi skok ciśnienia wieczorem...
Ewentualnie zawsze mogę się rozchorować, ale to mi z kolei pensję obniża...
A, przejebane, co nie, Kochany Pamiętniczku?
Kapustę w sobotę po raz pierwszy w życiu zakisiłam, nie do wiary, co nie?
Zmodyfikowałam sobie przepisik, a smaczne toto tak, że pół zeżarłam już.
Nieukiszone ni kropelkę :)
Znaczy się, kisić będę, jak kolejną kapustkę dotacham do domu.
Ale do tej opcji potrzebuję Manhattanu.

A na te depresje i smutki, i smuteczki mam

Za niedługo zakwitnie siedem boligłówek i cztery narcyzy... Bratki na balkonie wyglądają, jakby jeszcze dychały ostatkiem sił, nawet mają nowe pąki, ale nie sądzę, żeby dożyły do wiosny. A może zdarzy się cud?
Trzeba żyć, na przekór różnym świniom.
Niech się wkurwiają, że człowiek żyje :P I badylki też :)
A Alienek wrócił do domu większy i cięższy, razem z opakowaniem. Za zaświadczenie od lekarza, że może lecieć zakosili w UK 30 funtów. Zaświadczenie ważne 6 dni, więc na powrót do UK konieczne nowe. W PL zdarli za nie 200 zł... W sumie zaświadczenia, że Alienek może latać kosztowały więcej, jak bilety w obie strony z głównym bagażem.
A Inżynier mieszkanko odmalował na cacy. Edek był grzeczny i leniwy i nie pomagał, a Arya była nieszczęśliwa, że jej pomagać nie pozwalano. Bo bardzo chciała być przydasię ;)
Jutro będę siedzieć w pracy, jakby mi za to płacili, bo kolęda jest. Po raz pierwszy w życiu z rozmysłem omijam.
I z tej strony za dużo się nazbierało na nie.
Aby do czwartku, Kochany Pamiętniczku, potem będę miała wyjebane.
Na wszystko.
Jak amen w pacierzu...

piątek, 13 stycznia 2017

Złego

diabli nie biorą, Kochany Pamiętniczku, zatem doleciałam, choć z godzinnym opóźnieniem.
Inżynier ostatni raz nakarmił

 dobrze dziecko wychowałam :)
W sobotę byliśmy u Pierworodnego, wizyta sztampowa, ale prezenty dzieciom się bardzo podobały, zwłaszcza piasek plastyczny ode mnie dla Wiedźminki. Cześć i chwała Żonie Inżyniera, ona zabawki wybierała, ja tylko płaciłam. Zna się dziewczyna :)  Papryczek się nawet dotknąć nie pozwolił, no ale z niego ciepłe kluchy i rzadziej mnie widuje, jak MW jak była mała. I wciąż ściąga bluzę i do cyca, ojapierdolę, facet ponad dwa lata. Cyc jak dyndołek. Ja bym usadziła, bo to nie karmienie, ale środek zastępczy. Nieważne, ile by ryczał. Cyc wieczorem do poduszki i szlus. No ale nie mój cyrk, nie moje pchły, nie mój cyc.
Oglądać, bo wywalę :)

Słodka jest, a jaka mądralińska. I za 10 lat idziemy na piwo, bo w UK można pić mając 16, ale w towarzystwie dorosłego i jedno piwo. Starczy. Zatem mam cel - 10 lat do spełnienia projektu: Pójście na piwo z Małą Wiedźmą. Naumiała mnie babciowania, bo broniłam się przed tym ręcamy i nogamy. Moja niemiana córa. Teraz rozumiem, co to jest mieć córkę, a nigdy nie chciałam. Mam nadzieję, że będzie miała piękne życie. Jak ja... :)
No i Papryczek

Wszystkie baby się nim zachwycają. Będzie łamał serca. Oby nie był tak zakompleksiony na tle swojej urody, jak jego ojciec. Bo ten to miał i ma kompleksy, że jest brzydki, bo jest podobny do swojego ojca... Ha, czy ja mogłabym stracić rozum dla brzydkiego faceta? Never. Wszak pusta jestem ::)
Dostałam masę takich fajnych zdjęć, mieli sesję w PL. Teściowa wymusiła. Tylko co ja mam z tymi zdjęciami zrobić? Mam tonę zdjęć, wołających o wklejenie do albumu i albumy. Miałam się tym zająć na emeryturze. Hahahahahahaha :)
A zdjęć tyle, że ściany mogę tapetować. Może jak mi zabraknie na farbę, to tak uczynię, no ale na klej mieć muszę, no i oczopląsu dostanę :D
I dostałam


Synowa twierdzi, że musiała kupić, bo nic jej się tak ze mną nie kojarzy, jak to.
Ojapierdolę...
Niektórzy wciąż do mnie tak mówią, wszyscy mnie tak przezywają, a moje osobiste dziecko na moje protesty odrzekło bezczelnie: bo mama jest ruda, tylko na siwo przefarbowana...
Nic, tylko się pochlastać.
Choć są tacy, co mnie znają jeszcze jako Fiefiurkę :)
I tacy, co w akcie zemsty za moje hmmm... rozjeżdżają wiewiórki, tłumacząc się, że samobójstwo chciały popełnić (nie bij, żartuję, wiem, wiem, znam te samobójczynie...) :) 
A w kraju...
Kółka walizki były całe, Kierownika Budowy nie było na horyzoncie, tom wsiadła w taksówkę i pomknęłam do domu, stęskniona... Wioseczka ukochana tuż przed lądowaniem :)


 Po drodze SMS od Żony Kierownika, że czeka, a ja już byłam w połowie drogi, zła jak cholera, bo taksiarz na postoju palił i dusiłam się od kaszlu. Po krótkim dociekaniu kazała mi wysiadać, a ja zielonego pojęcia nie miałam, gdzie jestem. I uparła się, że zakupy mi zrobi, bo i tak z mamą jedzie na moją kwaterę.
Nie wysiadłam, taryfa podejrzanie dużo nastukała, pewno facet zamiejscową włączył, ale nie miałam siły na nic...
Zapłaciłam, wysiadam, jadę walizeczką te kilka metrów i fuck you, coś telepie. Pod samymi drzwiami kółka odpadły. Reklamować mogę gdzie chcę, nikt mi tego nie uzna, wyszłam z lotniska...
Więcej nie lecę NIGDZIE, kolejnej walizki nie kupię!
Znak - nie latać więcej :D
Wleciała za chwilę z chlebem, CAŁYM chlebem, jadłam go do czwartku.
Kolejny ciul...
Parę szkód w mieszkaniu, do przeżycia, ale urwane oparcie od kanapy. Jakim cudem, nie wiem. Synowa idzie w zaparte, że pilnowała, że niemożliwe. No nic, jak Kierownik Budowy nie da rady naprawić, więcej ich nie wpuszczę, mam doskonały pretekst, że nie. I to oparcie przy biurku. No nic, zdolni są.
W poniedziałek obudziłam się chora, ale do pracy iść musiałam, więc chciał nie chciał, polazłam.
A mróz był srogi...
W pracy nowe śmieci, ale niewypakowane, komp niepodłączony,
Dzwonią do informatyka.
Czekam dwie godziny, powoli ogarnęłam te kuwetę, na ale jutro do drukarni.
Idę po kolegę, podłączył komputer.
Informatyk przyszedł po trzeciej, jak już zwijałam się do domu, bo ja szybka dziewczynka jestem.

Pokoik mam teraz o połowę mniejszy, ale tylko mój i nikt mi co kawałek przed nosem nie popyla.
We wtorek

mroźno, ale pięknie.
A już wiedziałam, że jestem chora na maksa, bo trzęsłam się, mimo kaloryfera na full. Dopiero jak włączyli mi klimatyzację na 30 stopni, poczułam się lepiej.
Do domu spadłam w podskokach, na całe szczęście zamknęli wcześniej niż zazwyczaj, naszpikowałam się polopiryną i jest trochę lepiej, ale oczy wciąż mam szkliste,
A tak się wszyscy, kurwa, zimą jarają, że och, ach, cuda wianki i hopsasa do lasa.
A moja zima, poza chwilami, kiedy sypie na biało i jeszcze nie odśnieżają, gdy płatki wirują, a ja stoję w oknie i się gapię, i nigdzie iść nie muszę, nawet po chleb, bo mogę go sobie upiec, wygląda kurwa tak:

Przystanek autobusowy.
Wyjątkowo wracałam z pracy autobusem, jadącym trasą, którą zazwyczaj chodzę latem na pieszo. Bo po miody polazłam (mam, mam mniszkowy i nawłociowy, jupiiii, bez opłaty za kuriera). Chodniczek tam wąski i spierdalać można co najwyżej na płot. A fontanny błota tryskające spod samochodowych kół były wyższe ode mnie. Taaa, piękno zimy... Uroki. Serca bicie. Cała nadawałabym się do wywalenia na śmietnik, nie tylko odzież.
Jako że w pracy tradycyjnie nie było wiele pracy, wychodziłam po angielsku i tak dotrwałam do dziś.
Mam dwa dni na postawienie się na nogi, potem cztery dni zapieprzu. Z warzywkami sytuacja kulawa, szkoda, bo to zawsze parę setek więcej w kieszeni, ale tego nie przeskoczę.
Nic jeszcze nie wiem do końca.
Za to już wiem, że są ekstrasy, więc powinno na jedno wyjść.
Bo za dziękuję już nic nie kupuję, już nie muszę sobie marki wyrabiać, bo ją mam :)
Na Wielkanoc nie uda mi się wyrwać (zresztą NIE LATAM, bo na walizki nie zarabiam), bo zamykamy zaraz po Wielkanocy, a na 3 dni mi się nie chce lecieć. Szkoda zdrowia na lotnisku (tym razem pięć razy zawracał do mnie gliniarz w T-shircie, tatuowany lepiej jak niejeden więzień, z psem. Myślę, że to koci zapach psa ciągnął. A płaszcz i buty dwa razy mi przez rentgena przewalali i na spektrometrze badali. Ojapierdolę. Tym razem miałam tylko swoje rzeczy!).
A ekstrasików parę będzie.
Dziś rano

Na chodniku wiodącym prosto do pracy jakiś geniusz zaporę śniegową zrobił. Tam też przemykać się trzeba, bo chlapią, chodnik wąski, a często samochody parkują tak, że nie ma nawet pół metra. Fuck. A na przejściu dla pieszych - fotka dolna - rozlewisko. Mam buty do kostek, ciekawe, czy bym miała wodę w środku... Okrążyłam, nadkładając drogi.
I hate winter.
I żadne Christmasy nie zmienią mojego zdania.
Zima to zuo...
Hiacynty już mam, sztuk sześć...
Pieścichłopy przy okazji, bo już są, ale nie w ten mróz je do domu nieść, padną...

Aby do wiosny, Kochany Pamiętniczku, ale przede mną jeszcze gołoledzie i zamiecie.
A juterko pucowanie gniazdka. Rozbieram choinkę, za dużo kurzu.
We wtorek kolęda, ale mam na to wyjebane. Będę zamykała i na pewno się nie zwolnię na kolędę. A jak mnie złapią, nie przyjmuję.
Za dużo tego wszystkiego, za dużo do dupy.
Ale może cały czas nie będzie tak ciulato?

Bo wiele innych ciulatych rzeczy jest.
Za dużo.
Jak na mnie...