się rano z wyra zwlokłam, Kochany Pamiętniczku.
Z nosa ciekło mi jak z zepsutego kranu i temperatura skakała. No ale jak napiszę, żem chora, to nie tylko chuj bombki strzeli, ale i choinka w powietrze wyleci.
Polazałam.
I od razu na dywanik.
Ojapierdolę. Jednak męskie klimakterium to masakra (D. twierdzi, że ktoś musiał do niego z pierdołami łazić, bo takich cudów by sam nie wymyślił). Może. Przyczepił się do wszystkiego, podkreślając, jak bardzo jest niezadowolony ze mnie, ale nic merytorycznego, Nie, że błędy puściłam czy cuś. Nie, jechał po mnie jak po łysej suce za... No właśnie, za co? Że urlopu nie biorę, za chwilę mówiąc, że skoro mam tydzień w miesiącu wolny to po co mi urlop? Że mam na grudzień urlop wypisać. Ale byłam stanowcza, pytając, czy podpisze mi urlop na pierwsze dwa tygodnie grudnia. Powiedział, że nie może, bo gazeta. Ano. Mam wypisać na ostatnie dwa tygodnie. Powiedziałam twardo, że nie, bo mam wtedy i tak wolne, a o książce wtedy rozmawialiśmy dawno i powiedział, że da ją na zewnątrz. Że mam już bilety kupione za jego zezwoleniem i nie ma opcji. No to pojechał po bandzie, że ma całą teczkę życiorysów chętnych do pracy polonistów na emeryturze. Tylko czekałam aż mnie wypierdoli... No bo ma ich na pęczki, co sobie będzie żałował. Że o 30% zmalała nam objętość, wobec tego leżę i śmierdzę lenistwem. I tu się wtrąciłam, że nic mi nie wiadomo o tych 30%, że przez cały rok było tyle dodatków, że nie miałam kiedy wziąć urlopu, że na dokładkę mimo obietnic nie dostałam kasy, mimo tego, że wice pisał :) Zaperzył się, że jak nie dostałam, tom wyliczyła. Nadął się jeszcze i zaczął mi tłumaczyć różnicę między netto a brutto, jak krowie na rowie. Na moje nieśmiałe, że chciałam konkretną kwotę netto, co kilkakrotnie podkreślałam, dalej pierdolił jak potłuczony. A wystarczyło księgowej napisać, że tyle a tyle netto, co nie? Ale co ja się będę kopać z koniem. Zadumał się i rzekł, że myśli o premii dla mnie w grudniu. Całe 500 zł brutto. Ojapierdolę, za tyle roboty szarpnął się, firma zbankrutuje :) Na rączkę to będzie 350, o ile w ogóle będzie.
Chyba że są premie na święta, to dwa grzyby w barszcz wsadził. Dostanę to, co wszyscy i jeszcze będę musiała być wdzięczna.
No i dlaczego nie wiem o ekstrasie, który mam dziś zrobić. Bo mi nikt nie powiedział, bo ekstras bezpański w sumie, prowadzący pracuje zdalnie. No to mógł do mnie wcześniej emilka wysłać, co nie? Nie, to ja jestem winna, bo na zebrania nie chodzę. Ojapierdolę, na pierdolenie o Szopenie. Mówię, że w czasie gdy są zebrania jestem zazwyczaj zawalona robotą (moja osoba nic w temacie zebrań nie zmienia, sprawy tam omawiane mnie nie dotyczą, no ale...). Nie obchodzi go (a powiedział to bardzo nieładnie) to, mam być na zebraniach i koniec.
No to będę. Wyjdę z pracy 3 godziny później, a i ludzie też, bo czego nie przeczytam, to nie dostaną :)
Boska organizacja pracy, co nie?
Ale do przodu, do brzegu trzeba dopłynąć :D
Zeszło na książkę i zawołał redaktora, żeby mu zakomunikować, że Stara Jędza książki tym razem nie zrobi, bo musi iść na urlop. Ależ się ucieszyłam :) Że Boss ma dużo korektorów i jakiegoś da. A redaktor z paniką w głosie: ale ja chcę SJ. Dlaczego? Bo nikt nie zrobi indeksu. A jaki jest problem ze zrobieniem indeksu? Robi to automat w komputerze. A redaktor: nie robi, robi źle, wie o tym od dawna i jedyną do zrobienia indeksu jest SJ. W 1992 roku, gdy zaczynałam pracę w wydawnictwie, wydawca tłumaczył nam, że korekta to przeżytek, bo teraz komputery wszystko zrobią same i wkrótce bezrobotne korektorki będą stadami chodziły po ulicach...
Jakoś nie chodzą, choć internet, który korekcony nie jest, a i książki ze względów oszczędnościowych też nie, wołają o pomstę do nieba. Mniejsza z większym, wracamy do naszych baranów.
Redaktor się zaparł, że SJ. Na to Boss, że sprawdzi, który z zapasowych korektorów ogarnie tę kuwetę. Na to redaktor prosi o telefon, a Boss, że nie da :D
A ja siedzę cicho. Redaktor tak jojczył i jojczył, że...
Przesunęli, kurwa termin.
Żebym mogła to robić. Czytanie niekoniecznie, bo to dadzą geniuszowi z teczki, ale indeks to moja działka.
Kurwa, nienawidzę :)
A potem z redaktorem u niego w pokoju, a on mówi, że będzie kombinować, żebym ja to robiła, bo skoro kasa jest, to dlaczego nie dać jej mnie, a komuś, kto, cytuję: zaświni mi całą robotę. A zaświni, bo książka pisana jest specyficznym językiem środowiskowym i każdy polonista będzie poprawiał szyk zdań. Wiem, co mówię, bo trwało, zanim ogarnęłam, dlaczego jest taki dziwny szyk. Ale ogarnęłam od razu, a nie po oddaniu całej pracy skorekconej :0
A rybka mi to :)
Poszłam potem do tej brudnej roboty, zamiast wziąć się za węgiel. I nawet łamaczce radochę zrobiłam, bo sama naniosłam zmiany, tak że nie miała dużo roboty :D
A błędy koszmarne i nie, automat nie wychwyci.
Pisał prawnik i sama nie wiem, co robił? Spał?
Bo skarga paulińska zamiast pauliAńskiej to jednak byk. Merytoryczny, żeby nie było, że korekta musi to wyłapać, to nie jest zakres jej obowiązków. A czy ja się muszę znać na prawie? Dla zwykłego człowieka paulińska jest w porządku, nie ma tu błędu.
Powinnam lecieć do Bossa w podskokach, co nie, drąc się wniebogłosy.
I chyba tak zrobię, ale jak wrócę, bo go nie było, jak kończyłam, a jeszcze polowaliśmy na niego telefonicznie, bo powiedziałam, że nie wyjdę bez błogosławieństwa, bo znów się będzie indyczył.
A pierdolę :)
U mnie w domku jeszcze trzy dni.
Zamknięta w skorupie bezpiecznej.
Bez nikogo i niczego.
Popierniczyło mnie, co nie, Kochany Pamiętniczku?
I mam nadzieję, że moje cudo zakwitnie, zanim mnie rozpierniczy :)
Ma dwa kwiaty.
A, i dentystka mnie przyjmie. Dopiero 8 i godzina nie za bardzo, ale trudno :) W dupie mam wszystko i wyjdę :P
czwartek, 30 listopada 2017
środa, 29 listopada 2017
Chuj
bombki strzelił, Kochany Pamiętniczku, świąt nie będzie.
Po prostu mam ochotę zrobić to, co kiedyś tam uczynił mój brat.
Ale ad rem...
Wstałam, nie tak wcześnie, bo po co?
Wszak mam wolne.
Polazłam w świat bez plecaczka...
I takie tam...
Trzy stragany na krzyż, ale oj tam, oj tam, nie padało. Ceny z Kosmosu, więc tylko na hospicjum Palium wpłaciłam, bo kto wie, gdzie dokonam żywota. Zawsze płacę na hospicjum. Nieważne ile, płacę.
I dalej polazłam, ale mniejsza z większym.
Do domu wróciwszy polazłam znów i zanabyłam (no wydawać kasę to ja umiem)
pekińską czerwoną (w ostatnim numerze warzywek mówili, że cud, mjut i orzeszki piniowe, zakisiłam w ramach eksperymentu na coś a la kimchi, ale co wyjdzie, homoniewiadomo :) Nawet chrzan dodałam, bom zamroziła przewidująco :P
I wężymord mam. A polowałam na to od dawna. Już byłam w ogródku, już z gąską się witałam, gdy wtem...
Chuj bombki strzelił.
Na pocztę wlazłam.
A tam emilki od wszystkich, no prawie wszystkich z redakcji....
Dlaczemu nie robię prawa, Boss pyta.
WTF?
Jakie prawo?
Wczoraj byłam i nikt nic nie mówił.
KURWA MAĆ.
Napisałam do Bossa, spokojnie, jasno.
Przedtem polazłam do banku i mimo bicia w bębny i inne tarabany oficjelów na koncie mam gołą wypłatę.
KURWA MAĆ.
A potem emilek, że mam jutro być BEZAPELACYJNIE w pracy,
Niech mi ktoś powie, że nie jestem w gorszej sytuacji niż chłop pańszczyźniany, przypisany do ziemi.
Nieważne, co ja tam będę tłumaczyła.
Mam wolne, bo swoje pół etatu w tym miesiącu wypracowałam, z naddatkiem.
Mam PODPISANY urlop.
I mam iść do pracy, bo tak.
Inżynier przytulił.
Wirtualnie, a jakże.
Że Boss chce zeżreć ciasteczko i je mieć.
Nie wiem, czy jutro jeszcze będę mieć pracę, bo KURWA MAĆ.
A na razie
Może jednak zbieranie puszek po śmietnikach to nie taka zła opcja?
Nie lubię zapachu, ale...
KURWA MAĆ...
Po prostu mam ochotę zrobić to, co kiedyś tam uczynił mój brat.
Ale ad rem...
Wstałam, nie tak wcześnie, bo po co?
Wszak mam wolne.
Polazłam w świat bez plecaczka...
I takie tam...
Trzy stragany na krzyż, ale oj tam, oj tam, nie padało. Ceny z Kosmosu, więc tylko na hospicjum Palium wpłaciłam, bo kto wie, gdzie dokonam żywota. Zawsze płacę na hospicjum. Nieważne ile, płacę.
I dalej polazłam, ale mniejsza z większym.
Do domu wróciwszy polazłam znów i zanabyłam (no wydawać kasę to ja umiem)
pekińską czerwoną (w ostatnim numerze warzywek mówili, że cud, mjut i orzeszki piniowe, zakisiłam w ramach eksperymentu na coś a la kimchi, ale co wyjdzie, homoniewiadomo :) Nawet chrzan dodałam, bom zamroziła przewidująco :P
I wężymord mam. A polowałam na to od dawna. Już byłam w ogródku, już z gąską się witałam, gdy wtem...
Chuj bombki strzelił.
Na pocztę wlazłam.
A tam emilki od wszystkich, no prawie wszystkich z redakcji....
Dlaczemu nie robię prawa, Boss pyta.
WTF?
Jakie prawo?
Wczoraj byłam i nikt nic nie mówił.
KURWA MAĆ.
Napisałam do Bossa, spokojnie, jasno.
Przedtem polazłam do banku i mimo bicia w bębny i inne tarabany oficjelów na koncie mam gołą wypłatę.
KURWA MAĆ.
A potem emilek, że mam jutro być BEZAPELACYJNIE w pracy,
Niech mi ktoś powie, że nie jestem w gorszej sytuacji niż chłop pańszczyźniany, przypisany do ziemi.
Nieważne, co ja tam będę tłumaczyła.
Mam wolne, bo swoje pół etatu w tym miesiącu wypracowałam, z naddatkiem.
Mam PODPISANY urlop.
I mam iść do pracy, bo tak.
Inżynier przytulił.
Wirtualnie, a jakże.
Że Boss chce zeżreć ciasteczko i je mieć.
Nie wiem, czy jutro jeszcze będę mieć pracę, bo KURWA MAĆ.
A na razie
Może jednak zbieranie puszek po śmietnikach to nie taka zła opcja?
Nie lubię zapachu, ale...
KURWA MAĆ...
wtorek, 28 listopada 2017
Grzybnia
z chujnią i patatajnią, Kochany Pamiętniczku.
Tylko juziowego jednorożca do kompletu brakuje.
I innych takich tam.
Nie dostanę się do dentysty, w sumie wkurwiłam się, bo to poprawka na gwarancji.
A w pizdu, pójdę do Helpu, poczekam i zrobią. Tyle że kaska znów poleci, a ostatnio dno w szkatułce, a wydatkom nie ma końca.
Nigdy dotąd mi tak nie zrobiła. Zawsze jest ten pierwszy raz
Pojechałam do pracy, bo mecenas miał dziś dyżur, ale tak jak myślałam, nic nowego nie ma, oprócz tego, że szwagier jednak odebrał pismo. Wstępnie umówiliśmy się na styczeń, jak zamknę lutowy numer.
Ano...
O ile polecę, bo to też chujwi. Nie podpisał mi urlopu, bo... wypisałam urlop na styczeń.
No jak kurwa mam wypisać urlop na grudzień, skoro pracuję od 4 do 14, bo taki cykl. Po 14 mam wolne do stycznia, bo taki cykl.
Jak wypiszę urlop od 4 do 14 to kto kurwa będzie pracował?
Wiem, mam podpisać i "potem odebrać".
Tylko że to potem jest zawsze na święty Nigdy.
Kurwa mać.
Więc nie, nie podpiszę. Nie polecę. Ale i tej jebanej książki, którą i on, i redaktor chcą, żebym zrobiła, nie zrobię. Zachoruję i w dupie mam, odkąd tam pracuję nie miałam ani dnia zwolnienia. Redaktor kombinuje już jak koń pod górkę, czy nie zrobiłabym tego na urlopie, on "wynegocjuje dla mnie pieniądze". Powiedziałam, że nie. Nie mówiłam już, że za poprzednią pracę u niego mam niedopłacone, bo znów pójdę na dywanik. Wtedy negocjowałam kasę sama, teraz może dostanę stówę. Nie schylę się po to, szkoda kręgosłupa. Tym bardziej, że musiałabym w UK wydrukować 600 stron, żeby zrobić to, co jest do zrobienia. Tu drukuje firma na swój koszt. Gdyby nawet udało się to fizycznie, to sorry, Winnetou, nie powiozę 600 stron. Inżynier już mi kiedyś drukował i kosztowało to więcej, niż zarobiłam. W chuj z takim interesem i rybka mi to, że żadna korektorka im tego nie zrobi, bo po pierwsze to nie jej praca, a po drugie nie każda korektorka to umie, bo to praca dla redaktora. Redaktora wydawniczego, a nie takiego, jacy są u nas, nic im nie ujmując.
Wali mnie to.
Muffinki zaniosłam, żeby się nie zmarnowały, zjedli.
O urlopie będę gadać jak wrócę do pracy, bo dziś Bossa nie było. Jak nie polecę, trudno, sześć stów poszło się jebać. Nie licząc innych zabawek. Nieważne.
Stać mnie :) A co :)
Mimo deszczu pojechałam do miasta, bo czaszkę mi rozwalało i jako, że wszystko jedzie trasą zmienioną, czyli cholera wie gdzie, wylądowałam w okolicy szkoły Inżyniera. To stwierdziłam, że skoro i tak muszę się wlec kilometrami do mojego transportu, skoczę pod Okrąglak do górali.
I za takie same pieniądze, jak na targu, ale bez kręcenia, cena od początku jasna, pani chciała mi jeszcze 5 zł spuścić, ale podziękowałam, bo miałam odliczone kupiłam
Ten śmietnik obok kapci to futerko, facet na targu tłumaczył mi, że dlatego płacę 5 zł więcej, bo futerko jest do naprawiania (!) kapci... Pytam góralki, do czego to, a ona: pani do niczego, wypychamy tym kapcie, żeby fasonu nie traciły, jak leżą. Więc powiedziałam jej wersję gościa, a ona w śmiech i za frico dostałam Zmorczy smakołyk
Nie przepadam, ale zjadłam z apetytem jakoś :D
Ale i tak wkurw mam, zła jestem jak osa, że zgodziłam się wbrew sobie na ten wyjazd. Siedziałabym teraz na dupie i nie martwiła się o nic.
Mądra Stara Jędza po szkodzie.
Nigdy więcej świąt poza domem. Amen.
Alienek ma kaszelek. Kaszlał tak, że cała noc nie spał i rzygał. Zadzwonili do lekarza, ale musieliby kolejkować. Inżynier pracował z domu. Alienek rano padł i ponoć wstał prawie zdrowy. To nie poszli do lekarza.
U mnie jedno kaszlnięcie i konsylium było wzywane, ale OK.
Mówię, że może ma alergię na coś. Biorą tę opcję pod uwagę, ale... jedzeniowo. OK, spoko wodza. Choć ile on tam je, skoro stale na cycu (ma 8 miesięcy) i po krótkim okresie podawania słoiczków i papek (których, cytuję: nie lubi, pluje nimi) dostaje muffinki z warzywami, których nie je i którymi pluje, wymemławszy je uprzednio). Nie jest źle odżywiony, wprost przeciwnie, jest przekarmiony. Ale też jedzie li i jedynie na cycku i rośnie kolejne dziecko, któremu nic nie smakuje. Rozmawiam z Inżynierem dziś sam na sam i mówię, że powinien mieć jeden posiłek, no ale usłyszałam, że karmią go nowymi metodami.
A kij w oko.
Ośmiomiesięczne wpieprzało miksowane jedzenie aż im się uszy trzęsły i jakoś wszystko lubiły, choć jedzenie się wtedy spod ziemi wygrzebywało.
Biedny Alienek ma wynalazki typu "zdrowa" mąka, eko, organic, mleko sojowe do tyc muffinek i szpinak. Ba, bo szpinak akurat najzdrowszym warzywem jest. I kalafior.
No i soda oczyszczona, cała łyżeczka i proszek do pieczenia, łyżeczki 1,5.
Zamiast obiadu.
No ale ja stara pojebana baba jestem i co pani zrobisz, jak nic pani nie zrobisz?
A alergia może być od sierściuchów.
Ale o tym nie śmiałam nawet bąknąć, bo byłabym wrogiem połowy świata. Jak i połowy czytaczy tu.
Do D. mówię, że Boss jest gorszy od Macierewicza ze swoimi pomysłami, a ona czerwona ze złości rzecze: ty mi nic na Macierewicza nie mów, bo to mądry człowiek jest.
Pozostaje mi tylko pić. Ale na to moja wątroba mówi NIE.
No i co ja mam ze sobą zrobić.
Na dokładkę mózgownica mi się lasuje, bo popierdzielone myśli mam, że to wszystko moja wina. Że ja żyję, a on nie. Ze to ja powinnam nie żyć.
I nawet jak przychodzi moment, że coś mnie śmieszy czuję się jak ostatni łotr.
Nic nie boli tak jak życie.
Tylko juziowego jednorożca do kompletu brakuje.
I innych takich tam.
Nie dostanę się do dentysty, w sumie wkurwiłam się, bo to poprawka na gwarancji.
A w pizdu, pójdę do Helpu, poczekam i zrobią. Tyle że kaska znów poleci, a ostatnio dno w szkatułce, a wydatkom nie ma końca.
Nigdy dotąd mi tak nie zrobiła. Zawsze jest ten pierwszy raz
Pojechałam do pracy, bo mecenas miał dziś dyżur, ale tak jak myślałam, nic nowego nie ma, oprócz tego, że szwagier jednak odebrał pismo. Wstępnie umówiliśmy się na styczeń, jak zamknę lutowy numer.
Ano...
O ile polecę, bo to też chujwi. Nie podpisał mi urlopu, bo... wypisałam urlop na styczeń.
No jak kurwa mam wypisać urlop na grudzień, skoro pracuję od 4 do 14, bo taki cykl. Po 14 mam wolne do stycznia, bo taki cykl.
Jak wypiszę urlop od 4 do 14 to kto kurwa będzie pracował?
Wiem, mam podpisać i "potem odebrać".
Tylko że to potem jest zawsze na święty Nigdy.
Kurwa mać.
Więc nie, nie podpiszę. Nie polecę. Ale i tej jebanej książki, którą i on, i redaktor chcą, żebym zrobiła, nie zrobię. Zachoruję i w dupie mam, odkąd tam pracuję nie miałam ani dnia zwolnienia. Redaktor kombinuje już jak koń pod górkę, czy nie zrobiłabym tego na urlopie, on "wynegocjuje dla mnie pieniądze". Powiedziałam, że nie. Nie mówiłam już, że za poprzednią pracę u niego mam niedopłacone, bo znów pójdę na dywanik. Wtedy negocjowałam kasę sama, teraz może dostanę stówę. Nie schylę się po to, szkoda kręgosłupa. Tym bardziej, że musiałabym w UK wydrukować 600 stron, żeby zrobić to, co jest do zrobienia. Tu drukuje firma na swój koszt. Gdyby nawet udało się to fizycznie, to sorry, Winnetou, nie powiozę 600 stron. Inżynier już mi kiedyś drukował i kosztowało to więcej, niż zarobiłam. W chuj z takim interesem i rybka mi to, że żadna korektorka im tego nie zrobi, bo po pierwsze to nie jej praca, a po drugie nie każda korektorka to umie, bo to praca dla redaktora. Redaktora wydawniczego, a nie takiego, jacy są u nas, nic im nie ujmując.
Wali mnie to.
Muffinki zaniosłam, żeby się nie zmarnowały, zjedli.
O urlopie będę gadać jak wrócę do pracy, bo dziś Bossa nie było. Jak nie polecę, trudno, sześć stów poszło się jebać. Nie licząc innych zabawek. Nieważne.
Stać mnie :) A co :)
Mimo deszczu pojechałam do miasta, bo czaszkę mi rozwalało i jako, że wszystko jedzie trasą zmienioną, czyli cholera wie gdzie, wylądowałam w okolicy szkoły Inżyniera. To stwierdziłam, że skoro i tak muszę się wlec kilometrami do mojego transportu, skoczę pod Okrąglak do górali.
I za takie same pieniądze, jak na targu, ale bez kręcenia, cena od początku jasna, pani chciała mi jeszcze 5 zł spuścić, ale podziękowałam, bo miałam odliczone kupiłam
Ten śmietnik obok kapci to futerko, facet na targu tłumaczył mi, że dlatego płacę 5 zł więcej, bo futerko jest do naprawiania (!) kapci... Pytam góralki, do czego to, a ona: pani do niczego, wypychamy tym kapcie, żeby fasonu nie traciły, jak leżą. Więc powiedziałam jej wersję gościa, a ona w śmiech i za frico dostałam Zmorczy smakołyk
Nie przepadam, ale zjadłam z apetytem jakoś :D
Ale i tak wkurw mam, zła jestem jak osa, że zgodziłam się wbrew sobie na ten wyjazd. Siedziałabym teraz na dupie i nie martwiła się o nic.
Mądra Stara Jędza po szkodzie.
Nigdy więcej świąt poza domem. Amen.
Alienek ma kaszelek. Kaszlał tak, że cała noc nie spał i rzygał. Zadzwonili do lekarza, ale musieliby kolejkować. Inżynier pracował z domu. Alienek rano padł i ponoć wstał prawie zdrowy. To nie poszli do lekarza.
U mnie jedno kaszlnięcie i konsylium było wzywane, ale OK.
Mówię, że może ma alergię na coś. Biorą tę opcję pod uwagę, ale... jedzeniowo. OK, spoko wodza. Choć ile on tam je, skoro stale na cycu (ma 8 miesięcy) i po krótkim okresie podawania słoiczków i papek (których, cytuję: nie lubi, pluje nimi) dostaje muffinki z warzywami, których nie je i którymi pluje, wymemławszy je uprzednio). Nie jest źle odżywiony, wprost przeciwnie, jest przekarmiony. Ale też jedzie li i jedynie na cycku i rośnie kolejne dziecko, któremu nic nie smakuje. Rozmawiam z Inżynierem dziś sam na sam i mówię, że powinien mieć jeden posiłek, no ale usłyszałam, że karmią go nowymi metodami.
A kij w oko.
Ośmiomiesięczne wpieprzało miksowane jedzenie aż im się uszy trzęsły i jakoś wszystko lubiły, choć jedzenie się wtedy spod ziemi wygrzebywało.
Biedny Alienek ma wynalazki typu "zdrowa" mąka, eko, organic, mleko sojowe do tyc muffinek i szpinak. Ba, bo szpinak akurat najzdrowszym warzywem jest. I kalafior.
No i soda oczyszczona, cała łyżeczka i proszek do pieczenia, łyżeczki 1,5.
Zamiast obiadu.
No ale ja stara pojebana baba jestem i co pani zrobisz, jak nic pani nie zrobisz?
A alergia może być od sierściuchów.
Ale o tym nie śmiałam nawet bąknąć, bo byłabym wrogiem połowy świata. Jak i połowy czytaczy tu.
Do D. mówię, że Boss jest gorszy od Macierewicza ze swoimi pomysłami, a ona czerwona ze złości rzecze: ty mi nic na Macierewicza nie mów, bo to mądry człowiek jest.
Pozostaje mi tylko pić. Ale na to moja wątroba mówi NIE.
No i co ja mam ze sobą zrobić.
Na dokładkę mózgownica mi się lasuje, bo popierdzielone myśli mam, że to wszystko moja wina. Że ja żyję, a on nie. Ze to ja powinnam nie żyć.
I nawet jak przychodzi moment, że coś mnie śmieszy czuję się jak ostatni łotr.
Nic nie boli tak jak życie.
niedziela, 26 listopada 2017
Burza
chyba przeszła bokiem, Kochany Pamiętniczku.
Tak więc uspakajam wszystkich zaniepokojonych zamknięciem bloga, że na razie to nie nastąpi. Troll zadeklarował, że się odczepi. Miło, że mam tyle czytaczek podczytujących :)
Naprawdę nie mam nic przeciwko temu, jeżeli czytający wrzucają w komentarzach jakieś swoje historie i doświadczenia, nawet rzekłabym, że bardzo mnie to cieszy. Rozumiem ludzką potrzebę wyrzucenia z siebie w danym momencie czegoś, dlatego też piszę, bo to dla mnie swoisty wentyl bezpieczeństwa.
Ale tak jak napisała jedna z dziewczyn w komentarzach: nie wchodzi się do cudzego domu, żeby go przemeblować.
A ja mam konkretne poglądy i tu je wyrażam. Jeśli ktoś ma inne niż ja, nie zabraniam mu myśleć inaczej, ale nie będę wdawała się w żadne polemiki ani też nie pozwolę na ustawianie mnie na właściwą stronę.
Nie jestem za żadną partią ani za żadnym ugrupowaniem, poza związkiem studentów, do którego przynależność była obowiązkowa (olałam, nie płaciłam składek i po zakończeniu studiów okazało się, że nie dostanę dyplomu, jeżeli nie ureguluję wszystkich zaległych składek za cztery lata, zapisana zostałam z listy i już). Sympatyzowałam z tym i owym ugrupowaniem czy politykiem, ale to nie znaczy, że jestem fanką.
A już nigdy nie byłam za Porozumieniem Centrum (dzisiejszy PiS). Nie lubię ludzi bardziej papieskich od papieża.
Z powodu mego nielubienia jedna pani wyrzuciła mnie ze znajomych na FB. I dobrze. Gorzej, że widujemy się na ulicy czasem. Ja zawsze mówię dzień dobry, choć dużo starsza jestem, a ona ucieka jak diabeł od święconej wody,
Trudno, tak mnie wychowano - kłaniać się znajomym. Ja jej nic złego nie zrobiłam, po prostu moje poglądy są inne i to radykalnie. Ale ani jej nie docinałam, nie komentowałam, nie lajkowałam. Po prostu byłam obojętna.
Mam zasadę nie dyskutować o religii, polityce i zapatrywaniach na życie.
Jest tyle innych tematów i tego się trzymajmy.
Choć poglądy niektórych bliskich i znajomych doprowadzają mnie do szału, nie dyskutuję. Mówię, że mi z tym nie po drodze, że mi się to nie podoba, że mnie to śmieszy. Co oni z tą wiedzą robią, rybka mi to.
Nie podoba mi się bałagan, ale póki ktoś nie robi bałaganu u mnie, mam na to wyjebane.
Twoja kuweta, twoje sprzątanie.
Demonstracje, na które chodzę, nie nawołują ani do mordowania nikogo, a już tym bardziej do mordowania nienarodzonych dzieci. Nie wysyłamy też nikogo na drzewo, do obozów, na emigrację. Po prostu mówimy NIE tym, którzy wiedzą lepiej, jak mamy żyć. Jeśli komuś się chce, proszę posłuchać - wystarczy poszukać na YT łańcuch światła Poznań. Nie padają tam inwektywy pod niczyim adresem, nie wyzywa się nikogo od najgorszych. Jesteśmy tylko za tym, żeby ludzie byli równi. A przecież o tym mówi nauka Kościoła - że wszyscy są równi. Pan Jezus wybaczył i jawnogrzesznicy, i łotrowi na krzyżu. Jakież więc ja mam prawo do oceniania innych? Mogę kogoś nie lubić, nie zapraszać go do mojego życia, ale muszę traktować go z szacunkiem. Bronić swoich praw, ale i szanować jego. Nikt nie jest dla mnie kanalią, gorszym sortem. Owszem, są ludzie krzywdzący innych, ale od tego mają być niezawisłe sądy, by oceniać ich czyny,
Nie uważamy, że w PiS są sami źli ludzie. Nie. Ale ci, którzy są w rządzie nie przestrzegają prawa.
Mój anonimowy krytyk uważa, że wystarczy dobrze dzieci wychować i paciorek mówić, a reszta sama się zrobi. I dziwi się, o co ja chcę walczyć, skoro wszystko mam.
Nie oceniam wychowania moich dzieci, ale są dobrymi ludźmi. Nie kradną, nie zabijają, ciężko pracują na swoje utrzymanie. Ich wiara jest ich sprawą.
Ale kradzież dobra narodowego w majestacie prawa to zbrodnia.
Prezes pracuje siedząc w ławach sejmowych. Ja mu płacę. Tak, ja, z moich podatków. A on sobie atlas kotków kontempluje.
Zdaję sobie sprawę z tego, ze to propagandowa zagrywka, żeby się ludzie w mediach podniecali, bo nie da się ukryć, że media społecznościowe w tej chwili sterują większością życia politycznego. O, prezes kotki ogląda i sruuu, kolejna porąbana, godząca w społeczeństwo ustawa przechodzi bez zmrużenia oka.
Bo głupi lud wszystko kupi. Dlatego ogranicza się dostęp do szkolnictwa, do wiedzy, do antykoncepcji, do służby zdrowia. Dzieli i rządzi, wiedzieli o tym już starożytni Rzymianie. Dać ludziom chleb i igrzyska - i już można na nich bezkarnie nasrać.
I tak mogę nawijać do rana.
Blogger nie ma możliwości blokowania poszczególnych osób. Jak będzie trzeba, zablokuję całego bloga i podam adres mejlowy do mnie.
Ale naprawdę nie chce mi się bawić w te klocki.
Wczoraj balanga była do upadlego
bo jak wiadomo, Dzień Pluszowego Misia był. To moja banda w komplecie, choć może nie cała, bo jeszcze w elektronice też Miśki mam :)
Wszystkiego najlepszego, pocieszajki moje.
A jako że od dwóch dni nie wyszłam z domu, wczoraj - bo lało - i przeleciałam 7 odcinków Anne - nowej wersji Ani z Zielonego Wzgórza - mimo że nie trzyma się wiernie książkowego pierwowzoru (wiem ci mówię, znam na pamięć), to jednak jest fantastyczną rozrywką na oderwanie się od wszystkich brudnych spraw tego świata.
A dziś faza mnie naszła na coś i... Jako że Niechciej dalej rządzi...
Moje pierwsze w życiu muffinki, z żurawiną i rodzynkami. Okazało się, że nie mam proszku do pieczenia, ale i tak fantastycznie wyszły :) Te kupne to jakieś nieporozumienie, jak rzucę, to zabić mogę, a moje puszyste i mlask. Jeden problem to rozpalenie piekarnika, bo coś jest tam nie tak... :)
I tym optymistycznym akcentem kończę ten przydługi wpis, idę poszukać czegoś do oglądania, bo nic mi nie podchodzi :
UPDATE
https://oko.press/prof-letowska-o-ustawach-sadowych-pis-igrac-konstytucja-zartowac-konstytucji/
Warto poświęcić te parę minut. Mówi całą prawdę, z której wielu z nas sobie nie zdaje sprawy!
Tak więc uspakajam wszystkich zaniepokojonych zamknięciem bloga, że na razie to nie nastąpi. Troll zadeklarował, że się odczepi. Miło, że mam tyle czytaczek podczytujących :)
Naprawdę nie mam nic przeciwko temu, jeżeli czytający wrzucają w komentarzach jakieś swoje historie i doświadczenia, nawet rzekłabym, że bardzo mnie to cieszy. Rozumiem ludzką potrzebę wyrzucenia z siebie w danym momencie czegoś, dlatego też piszę, bo to dla mnie swoisty wentyl bezpieczeństwa.
Ale tak jak napisała jedna z dziewczyn w komentarzach: nie wchodzi się do cudzego domu, żeby go przemeblować.
A ja mam konkretne poglądy i tu je wyrażam. Jeśli ktoś ma inne niż ja, nie zabraniam mu myśleć inaczej, ale nie będę wdawała się w żadne polemiki ani też nie pozwolę na ustawianie mnie na właściwą stronę.
Nie jestem za żadną partią ani za żadnym ugrupowaniem, poza związkiem studentów, do którego przynależność była obowiązkowa (olałam, nie płaciłam składek i po zakończeniu studiów okazało się, że nie dostanę dyplomu, jeżeli nie ureguluję wszystkich zaległych składek za cztery lata, zapisana zostałam z listy i już). Sympatyzowałam z tym i owym ugrupowaniem czy politykiem, ale to nie znaczy, że jestem fanką.
A już nigdy nie byłam za Porozumieniem Centrum (dzisiejszy PiS). Nie lubię ludzi bardziej papieskich od papieża.
Z powodu mego nielubienia jedna pani wyrzuciła mnie ze znajomych na FB. I dobrze. Gorzej, że widujemy się na ulicy czasem. Ja zawsze mówię dzień dobry, choć dużo starsza jestem, a ona ucieka jak diabeł od święconej wody,
Trudno, tak mnie wychowano - kłaniać się znajomym. Ja jej nic złego nie zrobiłam, po prostu moje poglądy są inne i to radykalnie. Ale ani jej nie docinałam, nie komentowałam, nie lajkowałam. Po prostu byłam obojętna.
Mam zasadę nie dyskutować o religii, polityce i zapatrywaniach na życie.
Jest tyle innych tematów i tego się trzymajmy.
Choć poglądy niektórych bliskich i znajomych doprowadzają mnie do szału, nie dyskutuję. Mówię, że mi z tym nie po drodze, że mi się to nie podoba, że mnie to śmieszy. Co oni z tą wiedzą robią, rybka mi to.
Nie podoba mi się bałagan, ale póki ktoś nie robi bałaganu u mnie, mam na to wyjebane.
Twoja kuweta, twoje sprzątanie.
Demonstracje, na które chodzę, nie nawołują ani do mordowania nikogo, a już tym bardziej do mordowania nienarodzonych dzieci. Nie wysyłamy też nikogo na drzewo, do obozów, na emigrację. Po prostu mówimy NIE tym, którzy wiedzą lepiej, jak mamy żyć. Jeśli komuś się chce, proszę posłuchać - wystarczy poszukać na YT łańcuch światła Poznań. Nie padają tam inwektywy pod niczyim adresem, nie wyzywa się nikogo od najgorszych. Jesteśmy tylko za tym, żeby ludzie byli równi. A przecież o tym mówi nauka Kościoła - że wszyscy są równi. Pan Jezus wybaczył i jawnogrzesznicy, i łotrowi na krzyżu. Jakież więc ja mam prawo do oceniania innych? Mogę kogoś nie lubić, nie zapraszać go do mojego życia, ale muszę traktować go z szacunkiem. Bronić swoich praw, ale i szanować jego. Nikt nie jest dla mnie kanalią, gorszym sortem. Owszem, są ludzie krzywdzący innych, ale od tego mają być niezawisłe sądy, by oceniać ich czyny,
Nie uważamy, że w PiS są sami źli ludzie. Nie. Ale ci, którzy są w rządzie nie przestrzegają prawa.
Mój anonimowy krytyk uważa, że wystarczy dobrze dzieci wychować i paciorek mówić, a reszta sama się zrobi. I dziwi się, o co ja chcę walczyć, skoro wszystko mam.
Nie oceniam wychowania moich dzieci, ale są dobrymi ludźmi. Nie kradną, nie zabijają, ciężko pracują na swoje utrzymanie. Ich wiara jest ich sprawą.
Ale kradzież dobra narodowego w majestacie prawa to zbrodnia.
Prezes pracuje siedząc w ławach sejmowych. Ja mu płacę. Tak, ja, z moich podatków. A on sobie atlas kotków kontempluje.
Zdaję sobie sprawę z tego, ze to propagandowa zagrywka, żeby się ludzie w mediach podniecali, bo nie da się ukryć, że media społecznościowe w tej chwili sterują większością życia politycznego. O, prezes kotki ogląda i sruuu, kolejna porąbana, godząca w społeczeństwo ustawa przechodzi bez zmrużenia oka.
Bo głupi lud wszystko kupi. Dlatego ogranicza się dostęp do szkolnictwa, do wiedzy, do antykoncepcji, do służby zdrowia. Dzieli i rządzi, wiedzieli o tym już starożytni Rzymianie. Dać ludziom chleb i igrzyska - i już można na nich bezkarnie nasrać.
I tak mogę nawijać do rana.
Blogger nie ma możliwości blokowania poszczególnych osób. Jak będzie trzeba, zablokuję całego bloga i podam adres mejlowy do mnie.
Ale naprawdę nie chce mi się bawić w te klocki.
Wczoraj balanga była do upadlego
bo jak wiadomo, Dzień Pluszowego Misia był. To moja banda w komplecie, choć może nie cała, bo jeszcze w elektronice też Miśki mam :)
Wszystkiego najlepszego, pocieszajki moje.
A jako że od dwóch dni nie wyszłam z domu, wczoraj - bo lało - i przeleciałam 7 odcinków Anne - nowej wersji Ani z Zielonego Wzgórza - mimo że nie trzyma się wiernie książkowego pierwowzoru (wiem ci mówię, znam na pamięć), to jednak jest fantastyczną rozrywką na oderwanie się od wszystkich brudnych spraw tego świata.
A dziś faza mnie naszła na coś i... Jako że Niechciej dalej rządzi...
Moje pierwsze w życiu muffinki, z żurawiną i rodzynkami. Okazało się, że nie mam proszku do pieczenia, ale i tak fantastycznie wyszły :) Te kupne to jakieś nieporozumienie, jak rzucę, to zabić mogę, a moje puszyste i mlask. Jeden problem to rozpalenie piekarnika, bo coś jest tam nie tak... :)
I tym optymistycznym akcentem kończę ten przydługi wpis, idę poszukać czegoś do oglądania, bo nic mi nie podchodzi :
UPDATE
https://oko.press/prof-letowska-o-ustawach-sadowych-pis-igrac-konstytucja-zartowac-konstytucji/
Warto poświęcić te parę minut. Mówi całą prawdę, z której wielu z nas sobie nie zdaje sprawy!
sobota, 25 listopada 2017
Ojapierdolę
Kochany Pamiętniczku.
Chyba wzorem Star będę musiała zamknąć bloga, bo mi się pojawił jakiś nawracający czytelnik.
I jeśli nie zniknie, zamknę bloga. Bo do wkurwu na całokształt dochodzi jeszcze wkurw na nauczanie. I to anonimowe. Ja mam twarz, anonim nie. I dziękuję, każdy może bloga pisać, a ci, co będą chcieli się nawrócić, będą czytali.
A ja z tych niedouczonych.
Kluczyki porozsyłam.
Nie mam zamiaru wojować z całym światem, ale mam prawo do bycia niepouczaną za moje poglądy,
Bo to moja piaskownica i moje zabawki :)
Więc poczekam.
Chyba wzorem Star będę musiała zamknąć bloga, bo mi się pojawił jakiś nawracający czytelnik.
I jeśli nie zniknie, zamknę bloga. Bo do wkurwu na całokształt dochodzi jeszcze wkurw na nauczanie. I to anonimowe. Ja mam twarz, anonim nie. I dziękuję, każdy może bloga pisać, a ci, co będą chcieli się nawrócić, będą czytali.
A ja z tych niedouczonych.
Kluczyki porozsyłam.
Nie mam zamiaru wojować z całym światem, ale mam prawo do bycia niepouczaną za moje poglądy,
Bo to moja piaskownica i moje zabawki :)
Więc poczekam.
piątek, 24 listopada 2017
Jako że
wkurw nie przeszedł mi ani trochę, Kochany Pamiętniczku, skorzystały na tym okna.
Pomyłam.
Jak wiosennie dziś było :)
I wszystkie storczyki ruszyły i ten ułamany grudzień też, czerwony, nie za bardzo go widać. Żałuję wyjazdu :)
Ale wkurw dalej miałam, więc zmieniłam pościel, koce, poprałam i takie tam.
Po czym padłam jak kawka.
Ale ogarnęłam się i poszłam w długą.
Jeżu kolczasty, jak mi się nie chciało.
Nienawidzę tego rządu, przez niego zamiast kwitnąć na fotelu, włóczę się po mieście.
Kuźwa mac, kotolub jeden za moją kasę, za kasę z moich podatków żyje, a pokazuje, jak głęboko ma mnie w dupie.
Więc muszę iść i głośno mówić NIE.
Nieważne, czy wygramy, czy nie, ale nie pluję na lusterko myjąc zęby.
Nie podpalę się, nie zaprotestuję tak, bo doceniam dar życia.
Może i nikt mnie nie chce, ale nie dlatego chodzę na demonstracje. Chodzę, by ten drabinkowy wiedział, że są ludzie, którzy mówią NIE.
I niech nie śpi spokojnie, bo karma go dopadnie. Jak nie w tym, to w następnym życiu. Przyroda jest sprawiedliwa.
A wioska piękna, choć fotki z telefonu do dupy. Trzeciej ręki jednak nie mam, a w tłumie muszę torebki pilnować, stara jestem.
Cuba libre. Cudnie :) Nie musze jechać na Kubę, Kuba do mnie przyjechała :D
Hymn odśpiewałam, a jakże i łezka znów się zakręciła, a włoski dęba stanęły na łysej główce i owłosionych rękach :) Ale paru palantów czapek nie zdjęło. A wcale zimno nie było. Małolaty - gimbaza albo liceum, nie odróżniam, czapeczki ładnie ściągnęły, a stare pryki nie. No nic, za późno na wychowanie - wyglądali na takich, co przyszli, bo coś trzeba robić...
I Ode do radości też zaśpiewałam, tekst miałam wydrukowany.
A wracając tak sobie myślałam, że jak byłam młoda to takich cudów nie było, Adria, Magnolia i Polonez. A z Eksem nie bywaliśmy nigdzie, on niehulający, a i dzieci nie było z kim zostawić. Patrzyłam na młodych i żałowałam, bo teraz mogę iść, ale nie mam z kim.
Ale..
Już spokojnie śpię, bo moje dzieci zestarzały się tak (czytaj: potomstwo im daje tak popalić), że nie mają siły na takie ekscesy :D
A co ja nocy nie przespałam, pisząc scenariusze, bo w pubie nie było zasięgu.
Więc jestem jednak szczęśliwą kobietą.
Mam swój azyl, swoje światełka, chleb w domu i coś do chleba. Łóżko.
Ciepło.
Swoje zabawki.
I dlatego walczę, bo mam o co.
Pomyłam.
Jak wiosennie dziś było :)
I wszystkie storczyki ruszyły i ten ułamany grudzień też, czerwony, nie za bardzo go widać. Żałuję wyjazdu :)
Ale wkurw dalej miałam, więc zmieniłam pościel, koce, poprałam i takie tam.
Po czym padłam jak kawka.
Ale ogarnęłam się i poszłam w długą.
Jeżu kolczasty, jak mi się nie chciało.
Nienawidzę tego rządu, przez niego zamiast kwitnąć na fotelu, włóczę się po mieście.
Kuźwa mac, kotolub jeden za moją kasę, za kasę z moich podatków żyje, a pokazuje, jak głęboko ma mnie w dupie.
Więc muszę iść i głośno mówić NIE.
Nieważne, czy wygramy, czy nie, ale nie pluję na lusterko myjąc zęby.
Nie podpalę się, nie zaprotestuję tak, bo doceniam dar życia.
Może i nikt mnie nie chce, ale nie dlatego chodzę na demonstracje. Chodzę, by ten drabinkowy wiedział, że są ludzie, którzy mówią NIE.
I niech nie śpi spokojnie, bo karma go dopadnie. Jak nie w tym, to w następnym życiu. Przyroda jest sprawiedliwa.
A wioska piękna, choć fotki z telefonu do dupy. Trzeciej ręki jednak nie mam, a w tłumie muszę torebki pilnować, stara jestem.
Cuba libre. Cudnie :) Nie musze jechać na Kubę, Kuba do mnie przyjechała :D
Hymn odśpiewałam, a jakże i łezka znów się zakręciła, a włoski dęba stanęły na łysej główce i owłosionych rękach :) Ale paru palantów czapek nie zdjęło. A wcale zimno nie było. Małolaty - gimbaza albo liceum, nie odróżniam, czapeczki ładnie ściągnęły, a stare pryki nie. No nic, za późno na wychowanie - wyglądali na takich, co przyszli, bo coś trzeba robić...
I Ode do radości też zaśpiewałam, tekst miałam wydrukowany.
A wracając tak sobie myślałam, że jak byłam młoda to takich cudów nie było, Adria, Magnolia i Polonez. A z Eksem nie bywaliśmy nigdzie, on niehulający, a i dzieci nie było z kim zostawić. Patrzyłam na młodych i żałowałam, bo teraz mogę iść, ale nie mam z kim.
Ale..
Już spokojnie śpię, bo moje dzieci zestarzały się tak (czytaj: potomstwo im daje tak popalić), że nie mają siły na takie ekscesy :D
A co ja nocy nie przespałam, pisząc scenariusze, bo w pubie nie było zasięgu.
Więc jestem jednak szczęśliwą kobietą.
Mam swój azyl, swoje światełka, chleb w domu i coś do chleba. Łóżko.
Ciepło.
Swoje zabawki.
I dlatego walczę, bo mam o co.
czwartek, 23 listopada 2017
Rok się skończył
Kochany Pamiętniczku.
Nie będę pisała jak, bo mnie szlag trafi na miejscu, ale...
Dwunasty numer jedzie do drukarni, ja siedzę w domku, w piżamce, z kuchni dochodzi zapach gotowanego żurku na jutro (mam fazę), lampki świecą, a w radiu lecą moje ulubione piosenki z młodości.
Czegóż więcej trzeba?
Kolejne starcie z Bossem o urlop, w sensie, że on musi wiedzieć, jak są rozliczane moje godziny.
I tak tego nie ogarnia i kuźwa, to jest kadr sprawa, nie jego.
Nieważne.
Ile ja dni oddałam bez wykorzystania, nie, że czuję się pokrzywdzona, ale jakby uczciwie zapłacili za niewykorzystany urlop, byłoby spoko. Co z tego, że wypiszę, on podpisze, a ja potem idę, bo jestem potrzebna na gwałt, a odbiorę sobie później?
W tym roku uprzedziłam, że na gwałt mnie nie będzie.
I git majonez.
I nie wypiszę urlopu tylko dlatego, że on chce, żeby wypisać. Bo w grudniu wypracuję swoje godziny, a jak nie, dołożę z nadgodzin i nie ma. Umarłam.
W pracy życie mi ratuje teraz
Akurat dziś było bardzo słonecznie, ale... Odganiam mroki nałogowo. Zwłaszcza jak 8 godzin pracy składa się z sześciu czekania na pracę.
Tym by się zajął, a nie moim urlopem, który należy mi się jak psu zupa, póki jeszcze nie zmienili Kodeksu pracy :)
Wice pokazał mi kalendarz Zetora, że ewenement, bo tylko 700 limitowanych egzemplarzy. Ajwajwaj, z gołymi babami. Ładny, ale dlaczego wszystko muszą reklamować gołe baby? Mnie to akurat ani nie zieje, ani nie grzębi.
Przypomniało mi się, że Inżynier jak wpadł na dzień do PL obiecał mi ogarnąć kupno kalendarza, ale oczywiście, później i dupa.
Akurat była online Synowa, więc proszę ją, żeby zobaczyła, czy może mi kupić, bo nasz bank za przeliczenie weźmie jak za zboże, a i transport do PL też swoje będzie kosztował. Ona zbiera złotówki i czasem mi coś kupuje, ostatnio kupiła mi "Miejsce na miotle", polskiego wydania nigdzie nie ma, w żadnym Alledrogo i antykwariacie. A że chcę to dla Wiedźminki, kupiła mi na eBayu angielskie wydanie. Musiał się uśmiać księgujący w banku, bo napisałam w tytule przekazu "za miejsce na miotle" :)
To sobie myślę, kalendarz też mi kupi :)
Kupiła, pytam: ile, a ona, że dostanę od niej, bo stać ją na to jeszcze, żeby teściowej kalendarz kupić :)
I dlatego nie prosiłam Słonka, bo też by kupiła, a ja chciałam sobie sama kupić.
No cóż, mleko się wylało, a ja będę miała takie cudo, jeszcze nie wiem, w pracy czy w domu, ale chyba w domu, bo... przystojni są :)
http://www.farmercalendar.com/
I tak kwiatki podlewając, ogarniając u innych marniejące, bo nikt nie dba... wyciągnęłam klucze, bo dostałam nową smycz i...
Biedny ten mój Misiek, co nie? Taki obdartus, jak kloszard... Ale jest ze mną wiernie od lat i przypomina mi naprawdę piękne chwile, za którymi tęsknię, bo byłam taka młoda i piękna, i przydasię, i special friend, a teraz taki rupieć...
STOP.
Wróć.
Ogarnąć się, jutro posprzątać i na wiec marsz.
Amen, bezapelacyjnie :)
UPDATE
Otwieram przed chwilą lodówkę. Stoją w niej napoczęte korniszony, które zostawili Pierworodni, jak byli w ubiegłe święta w PL. Co jest do cholery w tych słoikach, skoro po otwarciu stoją rok i nic ich nie rusza? Wiem, bo zjadłam wczoraj, jako że w lodówce światło przy tej pracy. I co? Nic mi nie było :) A powinnam umrzeć w strasznych męczarniach, co nie?Lokowanie produktu: korniszony są z Lidla :)
UPDATE
Jednak moje przewidywania były słuszne.
Nie liczę się ja.
Jebło, to jebło, po co drążyć?
Nie wiem jeszcze, co zrobię.
Ale cała radość z bycia przydasię została mi odebrana.
Życie.
Nie będę pisała jak, bo mnie szlag trafi na miejscu, ale...
Dwunasty numer jedzie do drukarni, ja siedzę w domku, w piżamce, z kuchni dochodzi zapach gotowanego żurku na jutro (mam fazę), lampki świecą, a w radiu lecą moje ulubione piosenki z młodości.
Czegóż więcej trzeba?
Kolejne starcie z Bossem o urlop, w sensie, że on musi wiedzieć, jak są rozliczane moje godziny.
I tak tego nie ogarnia i kuźwa, to jest kadr sprawa, nie jego.
Nieważne.
Ile ja dni oddałam bez wykorzystania, nie, że czuję się pokrzywdzona, ale jakby uczciwie zapłacili za niewykorzystany urlop, byłoby spoko. Co z tego, że wypiszę, on podpisze, a ja potem idę, bo jestem potrzebna na gwałt, a odbiorę sobie później?
W tym roku uprzedziłam, że na gwałt mnie nie będzie.
I git majonez.
I nie wypiszę urlopu tylko dlatego, że on chce, żeby wypisać. Bo w grudniu wypracuję swoje godziny, a jak nie, dołożę z nadgodzin i nie ma. Umarłam.
W pracy życie mi ratuje teraz
Tym by się zajął, a nie moim urlopem, który należy mi się jak psu zupa, póki jeszcze nie zmienili Kodeksu pracy :)
Wice pokazał mi kalendarz Zetora, że ewenement, bo tylko 700 limitowanych egzemplarzy. Ajwajwaj, z gołymi babami. Ładny, ale dlaczego wszystko muszą reklamować gołe baby? Mnie to akurat ani nie zieje, ani nie grzębi.
Przypomniało mi się, że Inżynier jak wpadł na dzień do PL obiecał mi ogarnąć kupno kalendarza, ale oczywiście, później i dupa.
Akurat była online Synowa, więc proszę ją, żeby zobaczyła, czy może mi kupić, bo nasz bank za przeliczenie weźmie jak za zboże, a i transport do PL też swoje będzie kosztował. Ona zbiera złotówki i czasem mi coś kupuje, ostatnio kupiła mi "Miejsce na miotle", polskiego wydania nigdzie nie ma, w żadnym Alledrogo i antykwariacie. A że chcę to dla Wiedźminki, kupiła mi na eBayu angielskie wydanie. Musiał się uśmiać księgujący w banku, bo napisałam w tytule przekazu "za miejsce na miotle" :)
To sobie myślę, kalendarz też mi kupi :)
Kupiła, pytam: ile, a ona, że dostanę od niej, bo stać ją na to jeszcze, żeby teściowej kalendarz kupić :)
I dlatego nie prosiłam Słonka, bo też by kupiła, a ja chciałam sobie sama kupić.
No cóż, mleko się wylało, a ja będę miała takie cudo, jeszcze nie wiem, w pracy czy w domu, ale chyba w domu, bo... przystojni są :)
http://www.farmercalendar.com/
I tak kwiatki podlewając, ogarniając u innych marniejące, bo nikt nie dba... wyciągnęłam klucze, bo dostałam nową smycz i...
Biedny ten mój Misiek, co nie? Taki obdartus, jak kloszard... Ale jest ze mną wiernie od lat i przypomina mi naprawdę piękne chwile, za którymi tęsknię, bo byłam taka młoda i piękna, i przydasię, i special friend, a teraz taki rupieć...
STOP.
Wróć.
Ogarnąć się, jutro posprzątać i na wiec marsz.
Amen, bezapelacyjnie :)
UPDATE
Otwieram przed chwilą lodówkę. Stoją w niej napoczęte korniszony, które zostawili Pierworodni, jak byli w ubiegłe święta w PL. Co jest do cholery w tych słoikach, skoro po otwarciu stoją rok i nic ich nie rusza? Wiem, bo zjadłam wczoraj, jako że w lodówce światło przy tej pracy. I co? Nic mi nie było :) A powinnam umrzeć w strasznych męczarniach, co nie?Lokowanie produktu: korniszony są z Lidla :)
UPDATE
Jednak moje przewidywania były słuszne.
Nie liczę się ja.
Jebło, to jebło, po co drążyć?
Nie wiem jeszcze, co zrobię.
Ale cała radość z bycia przydasię została mi odebrana.
Życie.
wtorek, 21 listopada 2017
Dzień
Wkurwu Maksymalnego nastał, Kochany Pamiętniczku...
Miał prawo.
Jadąc do pracy wsiadłam do bimby, w której grzało na maksa.
Tak ze 30 stopni było.
Więc jednak wolę lato, bo w 30 stopniach latam w staniku i w cienkiej bluzce, a nie w staniku, bluzce, narzutce, sweterku, szaliku i poncho.
Na moją nieśmiałą próbę uchylenia okna tramwaj zawył rozpaczliwie, że przeciąg.
Kurwa mać.
Dojechałam do pracy, czując smród potu spod pach, mimo tego, że szorowałam je rano i dezodorantowałam.
Amen.
Pracowałam znów ze śrubką okrętową w dupce nr 5.
Do 16.
Dusząc się w smrodzie. Bo co wlazłam do któregoś pokoju, to smród. Na zasadzie - nie wietrzymy, bo zimno.
Najgorzej jechało z kuchni, bo co kawałek ktoś inne wynalazki odgrzewał w mikrofali, ale broń blog liściasty okno otworzyć i drzwi, bo... przeciąg, można umrzeć.
Ogólne podniecenie, bo jutro forum.
No chuj. Ja mam wszystko ogarnięte.
O 16 okazuje się, że brakuje świń.
Li i jedynie. A panie od świń były hmm... po szklaneczce wina, bo tak wyszło.
Humorki świetne i hahahahaha, pani Jędzo, taki life.
Musi być dziś, a o której chuj to wie, ale o 18 mają kolację w knajpie.
Wzdech.
Poczekam do 18.
O 18 okazuje się, że te 859 wyrazów, które w końcu napisały panie, schodząc co i raz na papieroska jest jeszcze w polu, hen, daleko. A nawet, kurwa, technika się wysiliła i NIC nie zalegała, choć na forum jej nie będzie...
Negocjacje jak z terrorystami (nie płacimy terrorystom) i koleżanka jadąca w kierunku podrzuca mnie koło straży pożarnej. Lecę jak z petardą do domu i... czekam tam kolejne 2 godziny na materiał.
Jadę go dwa razy.
Właśnie odebrałam wiadomość, że reszta jutro.
Więc powlokę się jutro li i jedynie po te 2 strony, bo żywego ducha nie będzie.
No i chuj, super.
Za to mi płacą, co nie? Nie narzekam :)
Nie wkurwia mnie praca, wkurwia mnie olewanie pracy przez innych.
W sumie - nieważne.
Najpierw dostałam Alienka
bo poprosiłam, a potem
prawda, że Ona to cała ja? Bo Synowa No1 pozazdrościła chyba, że lansuję Alienka :)
Paskudne te dzieci, ale dobrze, że mają charakterek po babci :P Taką mam nadzieję, Mała Wiedźminka na pewno ma.
I to jest promyk w tych wkurwach...
Miał prawo.
Jadąc do pracy wsiadłam do bimby, w której grzało na maksa.
Tak ze 30 stopni było.
Więc jednak wolę lato, bo w 30 stopniach latam w staniku i w cienkiej bluzce, a nie w staniku, bluzce, narzutce, sweterku, szaliku i poncho.
Na moją nieśmiałą próbę uchylenia okna tramwaj zawył rozpaczliwie, że przeciąg.
Kurwa mać.
Dojechałam do pracy, czując smród potu spod pach, mimo tego, że szorowałam je rano i dezodorantowałam.
Amen.
Pracowałam znów ze śrubką okrętową w dupce nr 5.
Do 16.
Dusząc się w smrodzie. Bo co wlazłam do któregoś pokoju, to smród. Na zasadzie - nie wietrzymy, bo zimno.
Najgorzej jechało z kuchni, bo co kawałek ktoś inne wynalazki odgrzewał w mikrofali, ale broń blog liściasty okno otworzyć i drzwi, bo... przeciąg, można umrzeć.
Ogólne podniecenie, bo jutro forum.
No chuj. Ja mam wszystko ogarnięte.
O 16 okazuje się, że brakuje świń.
Li i jedynie. A panie od świń były hmm... po szklaneczce wina, bo tak wyszło.
Humorki świetne i hahahahaha, pani Jędzo, taki life.
Musi być dziś, a o której chuj to wie, ale o 18 mają kolację w knajpie.
Wzdech.
Poczekam do 18.
O 18 okazuje się, że te 859 wyrazów, które w końcu napisały panie, schodząc co i raz na papieroska jest jeszcze w polu, hen, daleko. A nawet, kurwa, technika się wysiliła i NIC nie zalegała, choć na forum jej nie będzie...
Negocjacje jak z terrorystami (nie płacimy terrorystom) i koleżanka jadąca w kierunku podrzuca mnie koło straży pożarnej. Lecę jak z petardą do domu i... czekam tam kolejne 2 godziny na materiał.
Jadę go dwa razy.
Właśnie odebrałam wiadomość, że reszta jutro.
Więc powlokę się jutro li i jedynie po te 2 strony, bo żywego ducha nie będzie.
No i chuj, super.
Za to mi płacą, co nie? Nie narzekam :)
Nie wkurwia mnie praca, wkurwia mnie olewanie pracy przez innych.
W sumie - nieważne.
Najpierw dostałam Alienka
bo poprosiłam, a potem
prawda, że Ona to cała ja? Bo Synowa No1 pozazdrościła chyba, że lansuję Alienka :)
Paskudne te dzieci, ale dobrze, że mają charakterek po babci :P Taką mam nadzieję, Mała Wiedźminka na pewno ma.
I to jest promyk w tych wkurwach...
poniedziałek, 20 listopada 2017
Pierwsze
koty za płoty, Kochany Pamiętniczku.
Dziesięć godzin pracy ze śrubką w dupce, okrętową numer pięć.
Najgorszy zapieprz w tym miesiącu za mną, bo warzywka już odpadły, to teraz bez stresu.
Jestem geniuszem, co stwierdziła pani K., mówiąc dziś spokojnie, że styczniowy nr mogę zrobić z UK online, bo ona nikogo nie chce.
Nie dziwię się, kto jej 90 stron przeczyta w międzyczasie, robiąc sto stron zasadniczych w jeden dzień.
Tak łatwo się mówi, przeczyta.
Gdy zaczynałam pracę w korekcie, mówiłam, że robię to, co kocham i jeszcze mi za to płacą...
Ale wtedy do 16 stron, czyli do 32 fizycznie, formatu Wyborczej było 10 korektorek na dwie zmiany...
No nieważne, jestem boska, co nie? :)
(Samochwała w kącie stała...)
Nie będę lamenciła, jak co miesiąc, bo po co?
W piątek będę znów wolna, na krótko, ale wolna.
A i dziś bimby i autobusiki ułożyły mi się jak marzenie i...
Popijam piwko przy Radiu Pogoda, Andrzej śpiewa moją ostatnio ulubioną
Znajdę Cię, niezmienioną, tę samą, tylko dla mnie
Znajdę Cię, na pewno znajdę Cię...
Prosiłam Barana o ściągnięcie, potańczymy. Muszę zacząć trenować, bo znów mi nogi wysiądą...
Wciąż się jeszcze nie pozbierałam.
I wciąż mam bardzo głupie myśli i sny.
Nieźle jestem pojebana. Taki model...
Dziesięć godzin pracy ze śrubką w dupce, okrętową numer pięć.
Najgorszy zapieprz w tym miesiącu za mną, bo warzywka już odpadły, to teraz bez stresu.
Jestem geniuszem, co stwierdziła pani K., mówiąc dziś spokojnie, że styczniowy nr mogę zrobić z UK online, bo ona nikogo nie chce.
Nie dziwię się, kto jej 90 stron przeczyta w międzyczasie, robiąc sto stron zasadniczych w jeden dzień.
Tak łatwo się mówi, przeczyta.
Gdy zaczynałam pracę w korekcie, mówiłam, że robię to, co kocham i jeszcze mi za to płacą...
Ale wtedy do 16 stron, czyli do 32 fizycznie, formatu Wyborczej było 10 korektorek na dwie zmiany...
No nieważne, jestem boska, co nie? :)
(Samochwała w kącie stała...)
Nie będę lamenciła, jak co miesiąc, bo po co?
W piątek będę znów wolna, na krótko, ale wolna.
A i dziś bimby i autobusiki ułożyły mi się jak marzenie i...
Popijam piwko przy Radiu Pogoda, Andrzej śpiewa moją ostatnio ulubioną
Znajdę Cię, niezmienioną, tę samą, tylko dla mnie
Znajdę Cię, na pewno znajdę Cię...
Prosiłam Barana o ściągnięcie, potańczymy. Muszę zacząć trenować, bo znów mi nogi wysiądą...
Wciąż się jeszcze nie pozbierałam.
I wciąż mam bardzo głupie myśli i sny.
Nieźle jestem pojebana. Taki model...
niedziela, 19 listopada 2017
Zmarnowana
sobota, Kochany Pamiętniczku.
Zapisujemy w kajeciku: koniec z więziami międzyludzkimi :)
Przed południem odezwała się Żona Kierownika Budowy, z pytaniem, jakie mam plany.
Nie miałam żadnych specjalnych, ale miałam
żurek przepyszny, choć bez kiełbasy, bo zapomniałam kupić. To sobie myślę, że zamiast jeść ten żurek trzy dni, nakarmię młodych. Więc mówię, że mają wlatywać. Wlecą, jak Kradziejka się wyśpi. Ano, wlecieli, o 18.20. Jeszcze po drodze ŻKB wywaliła się na stopniu i wino stłukła. Oraz kolano. Wino pal licho, ale kolano, olaboga, utykała biedaczka. Dałam jej krzesło pod nogi, oczywiście, uprzednio ją nakarmiwszy i poratowawszy kolano ketonalem. No i się zaczęło, bo Kradziejka musiała mieć akurat to krzesło i żadne tłumaczenia do niej nie przemawiały. Inżynier mówi, że dwuletnie dziecko tak ma. A ja uważam, że dwuletnie dziecko, które rozumie wszystkie polecenia (a mała rozumie) nie może mieć wszystkiego co chce. Rozryczała się tak, że ataku histerii dostała. Nie działają na nią żadne sztuczki, po prostu wyje do upadłego. I wiem, to nie jest moje dziecko. Ale uważam, że jest źle wychowane i szkoda mi jej. A na rodzicach może się to kiedyś odbić.
Nie przekonują mnie argumenty w stylu "bunt dwulatki".
Ja sobie mogę urządzać bunt staruchy, a życie i tak daje mi w dupę i co? I nic :)
Potem Kierownik wsiadł na swojego konika i zaczęło się, że wszystko jest w głowie i gimnastyka.
No nic, działałam na zasadzie: pierdol, pierdol, ja posłucham, ale przy propozycji masażu już się we mnie gotowało. Bo nie. Bo nie i już. Nieważne jakie kursy kończył, masażem można więcej szkody zrobić jak pożytku. Nie chcę i skoro powtarzam to setny raz, temat powinien być zamknięty. Tak samo jak temat doskonalenia umysłu przez medytację i lektury kolejnych zalecanych książek. Na lekturę czeka
taki stosik i to są rzeczy, które chcę przeczytać, a nie jakieś wypociny tych, którzy zmienili swoje życie, bo coś tam ich olśniło. Fajnie, że zmienili, ja jestem ze swojego zadowolona i nie mam zamiaru go zmieniać.
A dobił mnie mówiąc, że nawet nie wie, co było 11 listopada. Bo on ma umysł poza ciałem,
Ojapierdolę.
Bo jego to nie dotyczy.
Zapytałam, co zrobi, jak po niego przyjdą, bo kiedyś przyjść mogą, nie szczepi dziecka, nie da go do szkoły, będzie uczył w domu.
Takich pomysłów ma wiele.
Co do szczepienia nie wypowiadam się, ja swoich nie szczepiłam, moje dzieci szczepią swoje, a ja morda w kubeł.
To już nie jest moja jurysdykcja i nie ja za nie odpowiadam. To ich dzieci. Mogę ubolewać, nie mogę nic narzucać.
Powiedział, że go nie znajdą, bo nigdzie nie podaje adresu. Ta, firmę ma, PESEL, NIP, REGON i co tam jeszcze i myśli, że jest anonimowy.
To wyjedzie.
Gdzie?
Dokądkolwiek. Zaszyje się w lesie i zbuduje domek na drzewie.
Ta. Gość, który rosół gotuje szukając przepisu w internecie.
A co zrobi, jak mu dziecko zachoruje? Ziółkami wyleczy.
I tak pierdolenie o Chopinie do 22. O 22 Kradziejka przyniosla mu buty i zaczęła domagać się "do domu".
Za co ma u mnie plusa.
Coraz mniej się z nim dogaduję. Nie bronię mu mieć innych poglądów, ale niech mnie nimi na siłę nie uszczęśliwia, każąc mi się przechrzcić.
Mam swój świat, dobrze mi w nim i nie mam zamiaru tego zmieniać. Nawet twierdzenie, że w opcji wyjazdowej jest miejsce dla mnie wcale mnie nie raduje. Zabiłabym gada po tygodniu, musząc z nim przestawać na co dzień.
Szybko się znów nie zobaczymy.
A z rzeczy przyjemniejszych
Kolekcja się wzbogaciła :)
Zima zaczęła u nas bombardowanie bałwankami, ale źle wymierzyła i po bałwanku :P
Zdjęcie nie oddaje uroku chmur i drzew, ale... cieszyło się me serce.
Dla takich chwil też warto żyć.
Na złość innym :)
UPDATE
W kwestii mysich cipek.
To jest myszka z mysich cipek. :)
Po prostu tak wyszło :P
Dostałam od Barana wieki temu, już nie pamiętam, jak wpadliśmy na to, że jest z mysich cipek.
I chciałam sobie na targu kupić fajne kapcie z futerkiem z mysich cipek, ale gość (najbezczelniejszy na całym Manhattanie, a tylko on takie kapcie ma) chciał mnie orżnąć, na pudle było 25, a zaśpiewał 30, bo... dodatkowe kawałki futra były wetknięte w kapcie, do naprawy. Ta, na kij mi takie futro, kapcie chcę do Barana zabrać i tam zostawić, futro się tak zaraz nie wytrze. A zawsze u gnidy kupuję. Tym razem spasowałam, pojadę pod Okrąglak i kupię od górali, nawet jak będą droższe, to uczciwie droższe :)
Z mysich cipek może byś wszystko.
Tylko musi być z mysich cipek :D
Zapisujemy w kajeciku: koniec z więziami międzyludzkimi :)
Przed południem odezwała się Żona Kierownika Budowy, z pytaniem, jakie mam plany.
Nie miałam żadnych specjalnych, ale miałam
żurek przepyszny, choć bez kiełbasy, bo zapomniałam kupić. To sobie myślę, że zamiast jeść ten żurek trzy dni, nakarmię młodych. Więc mówię, że mają wlatywać. Wlecą, jak Kradziejka się wyśpi. Ano, wlecieli, o 18.20. Jeszcze po drodze ŻKB wywaliła się na stopniu i wino stłukła. Oraz kolano. Wino pal licho, ale kolano, olaboga, utykała biedaczka. Dałam jej krzesło pod nogi, oczywiście, uprzednio ją nakarmiwszy i poratowawszy kolano ketonalem. No i się zaczęło, bo Kradziejka musiała mieć akurat to krzesło i żadne tłumaczenia do niej nie przemawiały. Inżynier mówi, że dwuletnie dziecko tak ma. A ja uważam, że dwuletnie dziecko, które rozumie wszystkie polecenia (a mała rozumie) nie może mieć wszystkiego co chce. Rozryczała się tak, że ataku histerii dostała. Nie działają na nią żadne sztuczki, po prostu wyje do upadłego. I wiem, to nie jest moje dziecko. Ale uważam, że jest źle wychowane i szkoda mi jej. A na rodzicach może się to kiedyś odbić.
Nie przekonują mnie argumenty w stylu "bunt dwulatki".
Ja sobie mogę urządzać bunt staruchy, a życie i tak daje mi w dupę i co? I nic :)
Potem Kierownik wsiadł na swojego konika i zaczęło się, że wszystko jest w głowie i gimnastyka.
No nic, działałam na zasadzie: pierdol, pierdol, ja posłucham, ale przy propozycji masażu już się we mnie gotowało. Bo nie. Bo nie i już. Nieważne jakie kursy kończył, masażem można więcej szkody zrobić jak pożytku. Nie chcę i skoro powtarzam to setny raz, temat powinien być zamknięty. Tak samo jak temat doskonalenia umysłu przez medytację i lektury kolejnych zalecanych książek. Na lekturę czeka
taki stosik i to są rzeczy, które chcę przeczytać, a nie jakieś wypociny tych, którzy zmienili swoje życie, bo coś tam ich olśniło. Fajnie, że zmienili, ja jestem ze swojego zadowolona i nie mam zamiaru go zmieniać.
A dobił mnie mówiąc, że nawet nie wie, co było 11 listopada. Bo on ma umysł poza ciałem,
Ojapierdolę.
Bo jego to nie dotyczy.
Zapytałam, co zrobi, jak po niego przyjdą, bo kiedyś przyjść mogą, nie szczepi dziecka, nie da go do szkoły, będzie uczył w domu.
Takich pomysłów ma wiele.
Co do szczepienia nie wypowiadam się, ja swoich nie szczepiłam, moje dzieci szczepią swoje, a ja morda w kubeł.
To już nie jest moja jurysdykcja i nie ja za nie odpowiadam. To ich dzieci. Mogę ubolewać, nie mogę nic narzucać.
Powiedział, że go nie znajdą, bo nigdzie nie podaje adresu. Ta, firmę ma, PESEL, NIP, REGON i co tam jeszcze i myśli, że jest anonimowy.
To wyjedzie.
Gdzie?
Dokądkolwiek. Zaszyje się w lesie i zbuduje domek na drzewie.
Ta. Gość, który rosół gotuje szukając przepisu w internecie.
A co zrobi, jak mu dziecko zachoruje? Ziółkami wyleczy.
I tak pierdolenie o Chopinie do 22. O 22 Kradziejka przyniosla mu buty i zaczęła domagać się "do domu".
Za co ma u mnie plusa.
Coraz mniej się z nim dogaduję. Nie bronię mu mieć innych poglądów, ale niech mnie nimi na siłę nie uszczęśliwia, każąc mi się przechrzcić.
Mam swój świat, dobrze mi w nim i nie mam zamiaru tego zmieniać. Nawet twierdzenie, że w opcji wyjazdowej jest miejsce dla mnie wcale mnie nie raduje. Zabiłabym gada po tygodniu, musząc z nim przestawać na co dzień.
Szybko się znów nie zobaczymy.
A z rzeczy przyjemniejszych
Kolekcja się wzbogaciła :)
Zima zaczęła u nas bombardowanie bałwankami, ale źle wymierzyła i po bałwanku :P
Zdjęcie nie oddaje uroku chmur i drzew, ale... cieszyło się me serce.
Dla takich chwil też warto żyć.
Na złość innym :)
UPDATE
W kwestii mysich cipek.
To jest myszka z mysich cipek. :)
Po prostu tak wyszło :P
Dostałam od Barana wieki temu, już nie pamiętam, jak wpadliśmy na to, że jest z mysich cipek.
I chciałam sobie na targu kupić fajne kapcie z futerkiem z mysich cipek, ale gość (najbezczelniejszy na całym Manhattanie, a tylko on takie kapcie ma) chciał mnie orżnąć, na pudle było 25, a zaśpiewał 30, bo... dodatkowe kawałki futra były wetknięte w kapcie, do naprawy. Ta, na kij mi takie futro, kapcie chcę do Barana zabrać i tam zostawić, futro się tak zaraz nie wytrze. A zawsze u gnidy kupuję. Tym razem spasowałam, pojadę pod Okrąglak i kupię od górali, nawet jak będą droższe, to uczciwie droższe :)
Z mysich cipek może byś wszystko.
Tylko musi być z mysich cipek :D
piątek, 17 listopada 2017
Miałam
wypryski i wyrzuty, że nie poszłam na demonstrację, Kochany Pamiętniczku.
Ale...
Jestem tchórzem, a oglądając wiadomości z marszu i wiedząc, że w wiosce będą kibole...
Włączył mi się tryb pisania scenariuszy, a w razie gdyby to nawet nie miałby kto zawiadomić Inżyniera.
No nic. Stchórzyłam.
Ale moja wioska pokazała, że można się przeciwstawić tej hołocie.
Nie wiedziałam też, że policja tym razem będzie ochraniać, a nie atakować.
W sumie nieważne, nikt nie musi pchać wózeczka, a to się chyba liczy, co nie? Tym bardziej, że przed południem byłam w tamtej okolicy i dreszcze chodziły na plecach na widok suk i zagęszczenia policji na metr kwadratowy.
Teraz chcą zburzyć Pałac Kultury, co oczywiście jest tematem zastępczym do przepchnięcia kolejnej kreteńskiej ustawy...
Ale abstrahując od ogólnopolskich klęsk i wariactw, życie toczy się swoim torem, powoli, zwyczajnie, bo tak.
Kupiłam wtedy pierogi w pierogarni.
Ręcznie robione, na oczach klienta. Można zjeść na miejscu, można na wynos.
Poprosiłam na wynos, bo: niemyte ręce (fakt, nie jem rękoma, ale...), płaszcz i inne takie tam.
Z dynią i ze szpinakiem. Miały być do zamrożenia, ale coś się spsuło i nie wyszło, jakoś się zeżarły wszystkie. Dwadzieścia sztuk, a ja wciąż głodna byłam :) Zachwyciłam się, ale ogarnąwszy temat: 25 zł za całość, stwierdziłam, że jak na rodzinną wyprawę to jednak droga zabawa, zwłaszcza jak się ma na stanie materiały żrące. Więc trzeba samemu lepić. A że nie cierpię, bo mi nigdy ciasto nie wychodzi, zatem sama mogę od czasu do czasu zaszaleć, wszak kobietą pracującą jestem i to ciężko, ale za 25 zł to ja w knajpie dobry obiad z piwem zjem. Pierogi, potrawa ubogich, dziś luksusem. Tak samo jak salceson i kaszanka - dobre są droższe od szynki, tak samo biały ser. A z łezką w oku wspominam studia, które przejechałam na leberce, kaszance, salcesonie i serku homoseksualnym :)
Piękne lata młodości :)
Mniejsza z większym. Będąc w tematach żarciowych, nie chciało mi się latać za chlebem i kupiłam pierwszy lepszy u prywaciarza. Odpokutowałam. Wiedziałam, że odpokutuję już wtedy, gdy w domu dostrzegłam, że jest zabarwiony jakimś wynalazkiem.
Nie pamiętam, kiedy mnie tak wątroba bolała, nawet na kacu nie. Zapisać w kajeciku: lepiej się pomęczyć i ugotować ryż albo kaszę, niż jeść chleb z niewiadomego źródła. Amen...Serce pękało mi na kawałki, gdy kładłam koło śmietnika pół bochenka chleba, bo ja chleb szanuję, ale sorry, Winnetou...
A w wiosce już święta
Jutro ma padać, więc nie wiem, ale może jednak tam wyskoczę.
W pracce godzina 13 i goodbye.
Dlatemu mam już ogarniętą kuwetę
obiad na kilka dni gotowy (żurek będzie, a jakże i inne cuda wianki)...
I nadzieja na
drzemie gdzieś tam...
A Baran poniewczasie szuka szpadla, żeby zacząć się okopywać, zanim SJ zląduje z mysimi cipkami :)
Drut kolczasty już mają. Jeszcze tylko działka przeciwpancerne i jakoś to będzie :D
No co, mysie cipki są the best :D
Na razie do rozpaczy czerwonej w czarną kratkę doprowadza mnie kwestia ubioru.
Zakładam płaszcz zimowy - w markecie albo innym sklepie wylatuję w powietrze z hukiem.
Zakładam poncho - jest OK, ale jak leje, nie jest OK. Rano leje, zakładam płaszcz. Po południu grzeje słońce, wracam w rozpiętym płaszczu, mokrzuteńka pod spodem. Gorzej niż latem w czasie upału.
Wsiadam do autobusu, a tam ogrzewanie na full. Masło dowiozłam do domu w stanie płynnym, a jechałam niespełna 12 minut.
Niech mnie ktoś zabije.
Byle szybko.
Tej jesieni jeszcze nie włączyłam nigdzie kaloryferów.
Tańczę na rurze (z różą w zębach, Baranie)....
Ale...
Jestem tchórzem, a oglądając wiadomości z marszu i wiedząc, że w wiosce będą kibole...
Włączył mi się tryb pisania scenariuszy, a w razie gdyby to nawet nie miałby kto zawiadomić Inżyniera.
No nic. Stchórzyłam.
Ale moja wioska pokazała, że można się przeciwstawić tej hołocie.
Nie wiedziałam też, że policja tym razem będzie ochraniać, a nie atakować.
W sumie nieważne, nikt nie musi pchać wózeczka, a to się chyba liczy, co nie? Tym bardziej, że przed południem byłam w tamtej okolicy i dreszcze chodziły na plecach na widok suk i zagęszczenia policji na metr kwadratowy.
Teraz chcą zburzyć Pałac Kultury, co oczywiście jest tematem zastępczym do przepchnięcia kolejnej kreteńskiej ustawy...
Ale abstrahując od ogólnopolskich klęsk i wariactw, życie toczy się swoim torem, powoli, zwyczajnie, bo tak.
Kupiłam wtedy pierogi w pierogarni.
Ręcznie robione, na oczach klienta. Można zjeść na miejscu, można na wynos.
Poprosiłam na wynos, bo: niemyte ręce (fakt, nie jem rękoma, ale...), płaszcz i inne takie tam.
Z dynią i ze szpinakiem. Miały być do zamrożenia, ale coś się spsuło i nie wyszło, jakoś się zeżarły wszystkie. Dwadzieścia sztuk, a ja wciąż głodna byłam :) Zachwyciłam się, ale ogarnąwszy temat: 25 zł za całość, stwierdziłam, że jak na rodzinną wyprawę to jednak droga zabawa, zwłaszcza jak się ma na stanie materiały żrące. Więc trzeba samemu lepić. A że nie cierpię, bo mi nigdy ciasto nie wychodzi, zatem sama mogę od czasu do czasu zaszaleć, wszak kobietą pracującą jestem i to ciężko, ale za 25 zł to ja w knajpie dobry obiad z piwem zjem. Pierogi, potrawa ubogich, dziś luksusem. Tak samo jak salceson i kaszanka - dobre są droższe od szynki, tak samo biały ser. A z łezką w oku wspominam studia, które przejechałam na leberce, kaszance, salcesonie i serku homoseksualnym :)
Piękne lata młodości :)
Mniejsza z większym. Będąc w tematach żarciowych, nie chciało mi się latać za chlebem i kupiłam pierwszy lepszy u prywaciarza. Odpokutowałam. Wiedziałam, że odpokutuję już wtedy, gdy w domu dostrzegłam, że jest zabarwiony jakimś wynalazkiem.
Nie pamiętam, kiedy mnie tak wątroba bolała, nawet na kacu nie. Zapisać w kajeciku: lepiej się pomęczyć i ugotować ryż albo kaszę, niż jeść chleb z niewiadomego źródła. Amen...Serce pękało mi na kawałki, gdy kładłam koło śmietnika pół bochenka chleba, bo ja chleb szanuję, ale sorry, Winnetou...
A w wiosce już święta
Jutro ma padać, więc nie wiem, ale może jednak tam wyskoczę.
W pracce godzina 13 i goodbye.
Dlatemu mam już ogarniętą kuwetę
obiad na kilka dni gotowy (żurek będzie, a jakże i inne cuda wianki)...
I nadzieja na
drzemie gdzieś tam...
A Baran poniewczasie szuka szpadla, żeby zacząć się okopywać, zanim SJ zląduje z mysimi cipkami :)
Drut kolczasty już mają. Jeszcze tylko działka przeciwpancerne i jakoś to będzie :D
No co, mysie cipki są the best :D
Na razie do rozpaczy czerwonej w czarną kratkę doprowadza mnie kwestia ubioru.
Zakładam płaszcz zimowy - w markecie albo innym sklepie wylatuję w powietrze z hukiem.
Zakładam poncho - jest OK, ale jak leje, nie jest OK. Rano leje, zakładam płaszcz. Po południu grzeje słońce, wracam w rozpiętym płaszczu, mokrzuteńka pod spodem. Gorzej niż latem w czasie upału.
Wsiadam do autobusu, a tam ogrzewanie na full. Masło dowiozłam do domu w stanie płynnym, a jechałam niespełna 12 minut.
Niech mnie ktoś zabije.
Byle szybko.
Tej jesieni jeszcze nie włączyłam nigdzie kaloryferów.
Tańczę na rurze (z różą w zębach, Baranie)....
poniedziałek, 13 listopada 2017
Straszne
jest to, co się działo, Kochany Pamiętniczku.
G. był na placu Wolności i mówił, że jeszcze nigdy nie było tak mało ludzi.
Ale w mojej wiosce to inna bajka, bo to są imieniny ulicy Święty Marcin, rogale i w ogóle inna atmosfera.
Ale to, co działo się w stolicy - to brak słów.
Czy da się jeszcze ocalić ten kraj?
Kiedy naziści przyszli po komunistów, milczałem,
nie byłem komunistą.
Kiedy zamknęli socjaldemokratów, milczałem,
nie byłem socjaldemokratą.
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem,
nie byłem związkowcem.
Kiedy przyszli po Żydów, milczałem,
nie byłem Żydem.
Kiedy przyszli po mnie, nie było już nikogo, kto mógłby zaprotestować.
Czuję się strasznie.
G. był na placu Wolności i mówił, że jeszcze nigdy nie było tak mało ludzi.
Ale w mojej wiosce to inna bajka, bo to są imieniny ulicy Święty Marcin, rogale i w ogóle inna atmosfera.
Ale to, co działo się w stolicy - to brak słów.
Czy da się jeszcze ocalić ten kraj?
Kiedy naziści przyszli po komunistów, milczałem,
nie byłem komunistą.
Kiedy zamknęli socjaldemokratów, milczałem,
nie byłem socjaldemokratą.
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem,
nie byłem związkowcem.
Kiedy przyszli po Żydów, milczałem,
nie byłem Żydem.
Kiedy przyszli po mnie, nie było już nikogo, kto mógłby zaprotestować.
Czuję się strasznie.
piątek, 10 listopada 2017
Jak postanowiłam
tak uczyniłam, Kochany Pamiętniczku.
Zaopatrzyłam chaupke na okoliczność jutrzejszego niekupienia niczego oprócz rogali, bo te będą wszędzie sprzedawać, nawet piekarnie będą pootwierane. Tyle że w tym dniu można kupic tylko rogale, mleka, choć stoi w ladzie chłodniczej nie sprzedadzą za Chiny Ludowe :)
W pracy ogarnęłam błyskawicznie, w sumie w dwie godziny i koniec.
Dostałam
dobrego, od Piskorskich (ja kupiłam w Faworze), nadzienie jeszcze ciepłe było, ale lukier upierdliwie się kleił :P
I Vice mi gwoździa zabił w łepetynę, bo pokazał mi emilka do Bossa, w którym upomina się o premię dla mnie. Szok. Ojapierdolę, szczęka rąbnęła mi o podłogę. Fakt, że to nie jest gwarancja, że ją dostanę, ale wreszcie ktoś docenił to, że pracuję, a to już coś.
I wkurzyła mnie D., bo przypierdoliła się do mojej tuszy. Że ona weźmie mnie w obroty i mnie odchudzi, że będę musiała przejść na jej dietę. Odwarknęłam, że nie oddam ani kilograma mojego kochanego ciałka. Chuj jej w dupę, co z tego, że szczuplejsza ode mnie, skoro cyce jej wiszą do pępka? Nie wytykam jej tego, każdy jest, jaki jest. Jak będę chciała schudnąć, pójdę na dietę. Wiem, że to nic nie da, więc pierdolę to,
Ale wara wytykać mnie pazurem.
Zaopatrzyłam chaupke na okoliczność jutrzejszego niekupienia niczego oprócz rogali, bo te będą wszędzie sprzedawać, nawet piekarnie będą pootwierane. Tyle że w tym dniu można kupic tylko rogale, mleka, choć stoi w ladzie chłodniczej nie sprzedadzą za Chiny Ludowe :)
W pracy ogarnęłam błyskawicznie, w sumie w dwie godziny i koniec.
Dostałam
dobrego, od Piskorskich (ja kupiłam w Faworze), nadzienie jeszcze ciepłe było, ale lukier upierdliwie się kleił :P
I Vice mi gwoździa zabił w łepetynę, bo pokazał mi emilka do Bossa, w którym upomina się o premię dla mnie. Szok. Ojapierdolę, szczęka rąbnęła mi o podłogę. Fakt, że to nie jest gwarancja, że ją dostanę, ale wreszcie ktoś docenił to, że pracuję, a to już coś.
I wkurzyła mnie D., bo przypierdoliła się do mojej tuszy. Że ona weźmie mnie w obroty i mnie odchudzi, że będę musiała przejść na jej dietę. Odwarknęłam, że nie oddam ani kilograma mojego kochanego ciałka. Chuj jej w dupę, co z tego, że szczuplejsza ode mnie, skoro cyce jej wiszą do pępka? Nie wytykam jej tego, każdy jest, jaki jest. Jak będę chciała schudnąć, pójdę na dietę. Wiem, że to nic nie da, więc pierdolę to,
Ale wara wytykać mnie pazurem.
czwartek, 9 listopada 2017
Com przeżyła
to moje, Kochany Pamiętniczku!
Trauma...
Jadę do pracy, wyjątkowo niewyspana, a tu za oknem nazwisko i zdanie "Czy Twój szef zasłużył na śmierć?"
Tramwaj ruszył, ojapierdolę, dojeżdżam do pracy, cały czas myśląc, co się stanęło, guza mózgu mam czy inny diabeł, wrzucam frazę z nazwiskiem na Google i nic, zero wyników.
Boss jak boss, szanuj szefa swego, możesz mieć gorszego, więc siedzę jak na gwoździach, kompletując piżamkę, szlafrok mam, gacie i inne takie tam i układając w myślach wiadomość do Barana, że niestety, nie przylecę, bo...
Po pracy lecę kurcgalopkiem na przystanek i huk.
Spadł mi kamień z serca i stąd huk.
Nic mi się nie przywidziało, wszystko jest OK, nie mam omamów, zwidów ani innych kociokwików.
Jestem po prostu krótkowidzem i widziałam tylko największe litery, a reszta była rozmazana.
Hahahahahahahahaha :)
Tak się uradowałam, że następnego dnia pochwaliłam się szefowi, ale nawet on nie zajarzył bez koła ratunkowego. Koledzy też nie, ale im się nie dziwię.
No i zła chodzę, bo niby praca jest, ale coś mi mówi, że dalej za frico, a na dokładkę bajzel nie z tej ziemi, bo ma być na jutro, a dziś jeszcze nic nie było.
Więc w dupie to mam, idę rano po zakupy, bo światło w lodówce gaśnie, nie ma co oświetlać, a sobota wolna. Za tę sobotę wypisałam sobie środę i też mam wyrąbane, czy mnie ktoś będzie potrzebował.
Ze spółdzielni odpisali w te słowa:
Administracja Spółdzielni informuje, że 6 listopada br ( poniedziałek ) w godzinach popołudniowych konserwator Spółdzielni sprawdzał instalację główną - piony i mieszkaniową. Nie stwierdzono żadnego przecieku, instalacja jest szczelna także w miejscu zainstalowanego brodzika. Właścicielka mieszkania Nr 18 stwierdziła, że zawsze udostępni swoje mieszkanie do kontroli.
No proszę, jak pięknie, cudownie, kochajmy się, w górę serca i inne sranie w banie, powinnam bez bicia przyznać się, jakich to sprytnych narzędzi używam do sikania na sufit, nieprawdaż?
No i co ja, kurwa, mam z tym fantem zrobić?
Nic, tylko się obwiesić przyjdzie...
Aby do weekendu, bo dziąsło mam poharatane, a maść, bagatela, mikra tubka 34 złote.
Życie jest piękne, Kochany Pamiętniczku, bo jeszcze mam powód do radości: mam te 34 złote i mogę je wydać.
Tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejsze użalanie się.
A jutro sobie rogala zjem, o :)
Marcińskiego. Wbrew temu, co twierdzi Zmorka, są dobre, aczkolwiek dupy czasem nie urywają :D
Trauma...
Jadę do pracy, wyjątkowo niewyspana, a tu za oknem nazwisko i zdanie "Czy Twój szef zasłużył na śmierć?"
Tramwaj ruszył, ojapierdolę, dojeżdżam do pracy, cały czas myśląc, co się stanęło, guza mózgu mam czy inny diabeł, wrzucam frazę z nazwiskiem na Google i nic, zero wyników.
Boss jak boss, szanuj szefa swego, możesz mieć gorszego, więc siedzę jak na gwoździach, kompletując piżamkę, szlafrok mam, gacie i inne takie tam i układając w myślach wiadomość do Barana, że niestety, nie przylecę, bo...
Po pracy lecę kurcgalopkiem na przystanek i huk.
Spadł mi kamień z serca i stąd huk.
Nic mi się nie przywidziało, wszystko jest OK, nie mam omamów, zwidów ani innych kociokwików.
Jestem po prostu krótkowidzem i widziałam tylko największe litery, a reszta była rozmazana.
Hahahahahahahahaha :)
Tak się uradowałam, że następnego dnia pochwaliłam się szefowi, ale nawet on nie zajarzył bez koła ratunkowego. Koledzy też nie, ale im się nie dziwię.
No i zła chodzę, bo niby praca jest, ale coś mi mówi, że dalej za frico, a na dokładkę bajzel nie z tej ziemi, bo ma być na jutro, a dziś jeszcze nic nie było.
Więc w dupie to mam, idę rano po zakupy, bo światło w lodówce gaśnie, nie ma co oświetlać, a sobota wolna. Za tę sobotę wypisałam sobie środę i też mam wyrąbane, czy mnie ktoś będzie potrzebował.
Ze spółdzielni odpisali w te słowa:
Administracja Spółdzielni informuje, że 6 listopada br ( poniedziałek ) w godzinach popołudniowych konserwator Spółdzielni sprawdzał instalację główną - piony i mieszkaniową. Nie stwierdzono żadnego przecieku, instalacja jest szczelna także w miejscu zainstalowanego brodzika. Właścicielka mieszkania Nr 18 stwierdziła, że zawsze udostępni swoje mieszkanie do kontroli.
No proszę, jak pięknie, cudownie, kochajmy się, w górę serca i inne sranie w banie, powinnam bez bicia przyznać się, jakich to sprytnych narzędzi używam do sikania na sufit, nieprawdaż?
No i co ja, kurwa, mam z tym fantem zrobić?
Nic, tylko się obwiesić przyjdzie...
Aby do weekendu, bo dziąsło mam poharatane, a maść, bagatela, mikra tubka 34 złote.
Życie jest piękne, Kochany Pamiętniczku, bo jeszcze mam powód do radości: mam te 34 złote i mogę je wydać.
Tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejsze użalanie się.
A jutro sobie rogala zjem, o :)
Marcińskiego. Wbrew temu, co twierdzi Zmorka, są dobre, aczkolwiek dupy czasem nie urywają :D
poniedziałek, 6 listopada 2017
No proszę
jak pięknie działa Kochany Pamiętniczek :)
Napisałam o rączce w nocniczku i od razu się ludzie odnaleźli :)
A ja od wczoraj mam kołowrotek. Wieczorem okazało się, że łazienka znów jest zalana.
Trudno kolor uchwycić, ale widać, jak farba się odgina.
Idę, dzwonię, nic.
Idę pod okno: świeci się.
Nosz, kurwa mać.
Trzasnęłam fotki i emilka do spółdzielni.
Dziś pracowali od 9, więc przed pracą nie zdążyłam.
A w pracy pracy po kokardkę i kucyki i vice się przykulał, ż pytaniem, czy mają brać inną korektorkę i czy rozmawiałam z Bossem.
Ta, na inną kasę mają. Powiedziałam, że skoro kasa jest, to mogłabym dostać premię, że ogarnę to, ale z Bossem nie będę rozmawiała, bo szkoda mi nerwów. Vice woli, że ja ogarnę. Zobaczymy, jak to wyjdzie w praniu. Ale już wypisałam sobie urlop na 4 grudnia za 11 listopada i... cały pogrzeb na nic. Jestem potrzebna w tym dniu, więc nie wiem, kiedy mam ten urlop wziąć. Nawet ten styczniowy jest naciągany jak guma od majtek, bo w sumie do 6 stycznia powinnam mieć wolne.
Ale mniejsza z większym, krzywda mi się nie dzieje :)
Po pracce skoczyłam do księgarni, bo Synowa zawinszowała sobie książkę na Gwiazdkę. Ojapierdolę. Chcieli za nią 39,90, w Arosie kupiłam ją za 27 zł, doliczając dostawę i tak mam dużo taniej. Za dwie książki w księgarni zapłaciłabym 80 zł, z Arosa mam trzy za 67 z dostawą.
I dziwią się, że księgarnie plajtują :)
Potem poleciałam do spółdzielni, grzecznie dziyń dybry i pytam, czy emilek doszedł. A biurwa pierdzistołkowa: o zalaniu? Tak, o zalaniu.
Był wiceprezes, prezesa nie było.
Com się nasłuchała, że wysłanie emilka to nie takie hop siup, że jak pani mnie do mieszkania nie wpuszcza to i spółdzielni nie wpuści (WTF?), że na emilka nie mam odpowiedzi jeszcze, bo emilek wczoraj pisany... WTF? Bo to musi iść drogą służbową. What?
Ojapierdolę.
Wiceprezes uśmiech ma rodem z Jasia Fasoli, darmozjadów nicnierobiących tam od groma, biurwy pierdzistołkowe nadęte.
Pytam: a co, jak się zacznie po ścianach lać.
To wołać pogotowie.
Kurwa mać.
Pożyczyłam miłego dnia i poszłam w pizdu.
Szkoda moich nerwów,
Tak jak myślałam, sufit już wysechł.
Koleżanka obiecała mi, że da mi wzór pozwu sądowego. U niej groźba pozwu pomogła, bo też ją zalewali tak, że ją cholera zalewała.
To i ja postraszę.
Takie uroki życia w bloku z popierdoloną sąsiadką.
Jeszcze mi powiedzieli, że powinnam dobre stosunki z sąsiadami utrzymywać.
Tak, kurwa, jak w 30-stopniowym mrozie prosiłam ją, żeby mi pozwoliła o swoją barierkę zaczepić siatkę i spuścić w dół, żebym mogła balkon prowizorycznie zabezpieczyć przed inwazją srajd, to mnie zbyła, że jak syn przyjdzie, to zrobi.
Syn do końca zimy nie przyszedł.
No nic.
Tyle załatwione, że wiem, czego chcą ode mnie Baran z Postmanem.
To już coś do przodu.
I wycwaniłam się. Nie ma, że siedzę, bo tak komuś pasuje.
Trzynasta i maszeruję w siną dal, w siną dal...
Zostawiając nawet niedokończoną robotę. Oni wychodzą o czasie. A że mają obsuwy? Ja nie mam. Nos dla tabakiery, czy tabakiera dla nosa?
Nieważne.
Pracuję w tym tygodniu do 13.
I tej wersji się trzymajmy :)
Napisałam o rączce w nocniczku i od razu się ludzie odnaleźli :)
A ja od wczoraj mam kołowrotek. Wieczorem okazało się, że łazienka znów jest zalana.
Trudno kolor uchwycić, ale widać, jak farba się odgina.
Idę, dzwonię, nic.
Idę pod okno: świeci się.
Nosz, kurwa mać.
Trzasnęłam fotki i emilka do spółdzielni.
Dziś pracowali od 9, więc przed pracą nie zdążyłam.
A w pracy pracy po kokardkę i kucyki i vice się przykulał, ż pytaniem, czy mają brać inną korektorkę i czy rozmawiałam z Bossem.
Ta, na inną kasę mają. Powiedziałam, że skoro kasa jest, to mogłabym dostać premię, że ogarnę to, ale z Bossem nie będę rozmawiała, bo szkoda mi nerwów. Vice woli, że ja ogarnę. Zobaczymy, jak to wyjdzie w praniu. Ale już wypisałam sobie urlop na 4 grudnia za 11 listopada i... cały pogrzeb na nic. Jestem potrzebna w tym dniu, więc nie wiem, kiedy mam ten urlop wziąć. Nawet ten styczniowy jest naciągany jak guma od majtek, bo w sumie do 6 stycznia powinnam mieć wolne.
Ale mniejsza z większym, krzywda mi się nie dzieje :)
Po pracce skoczyłam do księgarni, bo Synowa zawinszowała sobie książkę na Gwiazdkę. Ojapierdolę. Chcieli za nią 39,90, w Arosie kupiłam ją za 27 zł, doliczając dostawę i tak mam dużo taniej. Za dwie książki w księgarni zapłaciłabym 80 zł, z Arosa mam trzy za 67 z dostawą.
I dziwią się, że księgarnie plajtują :)
Potem poleciałam do spółdzielni, grzecznie dziyń dybry i pytam, czy emilek doszedł. A biurwa pierdzistołkowa: o zalaniu? Tak, o zalaniu.
Był wiceprezes, prezesa nie było.
Com się nasłuchała, że wysłanie emilka to nie takie hop siup, że jak pani mnie do mieszkania nie wpuszcza to i spółdzielni nie wpuści (WTF?), że na emilka nie mam odpowiedzi jeszcze, bo emilek wczoraj pisany... WTF? Bo to musi iść drogą służbową. What?
Ojapierdolę.
Wiceprezes uśmiech ma rodem z Jasia Fasoli, darmozjadów nicnierobiących tam od groma, biurwy pierdzistołkowe nadęte.
Pytam: a co, jak się zacznie po ścianach lać.
To wołać pogotowie.
Kurwa mać.
Pożyczyłam miłego dnia i poszłam w pizdu.
Szkoda moich nerwów,
Tak jak myślałam, sufit już wysechł.
Koleżanka obiecała mi, że da mi wzór pozwu sądowego. U niej groźba pozwu pomogła, bo też ją zalewali tak, że ją cholera zalewała.
To i ja postraszę.
Takie uroki życia w bloku z popierdoloną sąsiadką.
Jeszcze mi powiedzieli, że powinnam dobre stosunki z sąsiadami utrzymywać.
Tak, kurwa, jak w 30-stopniowym mrozie prosiłam ją, żeby mi pozwoliła o swoją barierkę zaczepić siatkę i spuścić w dół, żebym mogła balkon prowizorycznie zabezpieczyć przed inwazją srajd, to mnie zbyła, że jak syn przyjdzie, to zrobi.
Syn do końca zimy nie przyszedł.
No nic.
Tyle załatwione, że wiem, czego chcą ode mnie Baran z Postmanem.
To już coś do przodu.
I wycwaniłam się. Nie ma, że siedzę, bo tak komuś pasuje.
Trzynasta i maszeruję w siną dal, w siną dal...
Zostawiając nawet niedokończoną robotę. Oni wychodzą o czasie. A że mają obsuwy? Ja nie mam. Nos dla tabakiery, czy tabakiera dla nosa?
Nieważne.
Pracuję w tym tygodniu do 13.
I tej wersji się trzymajmy :)
niedziela, 5 listopada 2017
Ubrana
gotowa do wyjścia, Kochany Pamiętniczku, za oknem słońce świeci jak głupie, a tu zonk. Przeszywający ból głowy.
Problem polega na tym, że mnie od lat głowa nie boli...
No ale nic, myślę sobie, świeże powietrze dobrze mi zrobi, co będę piguły łykać, podreptałam więc na przystanek.
Autobus prawie pusty, bo to przystanek początkowy, ale moje ulubione miejsce na przodzie zajął jakiś młodzian. No nic, ja nie z tych moherków, co się o miejsce biją, przeżyję.
Następny przystanek i ojapierdolę.
Wszechogarniający smród.
I nie, że jakiś żul wsiadł, nie, gromadka prosto z przystanku. Wchodząc do autobusu jeszcze ćmiki rzucali.
Zajechało papierosami i sfermentowanym alkoholem tak, że zastanawiałam się czy nie wysiąść, ale założyłam jechanie daleko i w niedzielę autobusy rzadko jeżdżą.
Tom sobie zafundowała traumę.
A łeb napierdalał (bo głowa boli Elżunię, a mnie może co najwyżej łeb napierdalać).
Po dwóch przystankach smrody wysiadły, po kolejnych dwóch wsiadł następny.
Ludzie, rozumiem, że można mieć kaca, sama niekiedy miewam, ale na litość bobrzą, zęby można umyć, miętówkę zeżreć ojapierdolę.
I niekoniecznie trzeba jarać na przystankach... Zresztą w wiosce jest zakaz jarania w okolicy przystanków też, ale nikt go nie przestrzega...
Dojechałam do celu i zaćpałam się świeżymi spalinami.
Uwielbiam zapach spalin o poranku, nawet gdy boli mnie głowa :D
Toż to perfumy w porównaniu z autobusowymi smrodami.
Świeczuszkę zapaliłam i na Nowowiejskiego poleciałam, bo chciałam nowy mural sfocić. Ale poszłam nie w tę stronę, co trzeba, więc zamiast muralu mam to
Tyz piknie, co nie?
Głowa przestała mnie boleć, więc polatałam trochę dla idei, ale nic ciekawego nie było.
Jedyne co upolowałam to
Więc tadam, wiosnę mam znów, a jak zakwitnie, trzeba będzie go eksmitować, bo wracam do pracy i na kolejny ból głowy nie mam ochoty :D
Ostatni tegoroczny numer, kiedy to przeleciało?
Niby jesień, bo jesienne róże, ale...
Nic nie boli tak, jak życie.
Od Inżynierostwa już mam zamówienia, reszta się leni, więc zostanie z ręką w nocniku :P
A powoli muszę ogarniać tę kuwetę, czas zapinkala jak Zatopek...
A ja bawię się z łowcami trolli...
Dziecinnieję, ale co tam.
Dzieci od Pierworodnego już widziały, może z Alienkiem oglądnę jeszcze raz? Na razie jest na to za mały i jeszcze duzo wody w Warcie upłynie, zanim do tego dorośnie...
Problem polega na tym, że mnie od lat głowa nie boli...
No ale nic, myślę sobie, świeże powietrze dobrze mi zrobi, co będę piguły łykać, podreptałam więc na przystanek.
Autobus prawie pusty, bo to przystanek początkowy, ale moje ulubione miejsce na przodzie zajął jakiś młodzian. No nic, ja nie z tych moherków, co się o miejsce biją, przeżyję.
Następny przystanek i ojapierdolę.
Wszechogarniający smród.
I nie, że jakiś żul wsiadł, nie, gromadka prosto z przystanku. Wchodząc do autobusu jeszcze ćmiki rzucali.
Zajechało papierosami i sfermentowanym alkoholem tak, że zastanawiałam się czy nie wysiąść, ale założyłam jechanie daleko i w niedzielę autobusy rzadko jeżdżą.
Tom sobie zafundowała traumę.
A łeb napierdalał (bo głowa boli Elżunię, a mnie może co najwyżej łeb napierdalać).
Po dwóch przystankach smrody wysiadły, po kolejnych dwóch wsiadł następny.
Ludzie, rozumiem, że można mieć kaca, sama niekiedy miewam, ale na litość bobrzą, zęby można umyć, miętówkę zeżreć ojapierdolę.
I niekoniecznie trzeba jarać na przystankach... Zresztą w wiosce jest zakaz jarania w okolicy przystanków też, ale nikt go nie przestrzega...
Dojechałam do celu i zaćpałam się świeżymi spalinami.
Uwielbiam zapach spalin o poranku, nawet gdy boli mnie głowa :D
Toż to perfumy w porównaniu z autobusowymi smrodami.
Świeczuszkę zapaliłam i na Nowowiejskiego poleciałam, bo chciałam nowy mural sfocić. Ale poszłam nie w tę stronę, co trzeba, więc zamiast muralu mam to
Tyz piknie, co nie?
Głowa przestała mnie boleć, więc polatałam trochę dla idei, ale nic ciekawego nie było.
Jedyne co upolowałam to
Więc tadam, wiosnę mam znów, a jak zakwitnie, trzeba będzie go eksmitować, bo wracam do pracy i na kolejny ból głowy nie mam ochoty :D
Ostatni tegoroczny numer, kiedy to przeleciało?
Niby jesień, bo jesienne róże, ale...
Nic nie boli tak, jak życie.
Od Inżynierostwa już mam zamówienia, reszta się leni, więc zostanie z ręką w nocniku :P
A powoli muszę ogarniać tę kuwetę, czas zapinkala jak Zatopek...
A ja bawię się z łowcami trolli...
Dziecinnieję, ale co tam.
Dzieci od Pierworodnego już widziały, może z Alienkiem oglądnę jeszcze raz? Na razie jest na to za mały i jeszcze duzo wody w Warcie upłynie, zanim do tego dorośnie...
sobota, 4 listopada 2017
Palma
mi odbiła, Kochany Pamiętniczku.
Ale chodziło to za mną od dwóch lat.
Trudno, była kasa, o której chłop nie wie.
I już jej nie ma.
Lepiej grzeszyć i potem żałował, niż żałować, że się nie grzeszyło :P
Ale chodziło to za mną od dwóch lat.
Trudno, była kasa, o której chłop nie wie.
I już jej nie ma.
Lepiej grzeszyć i potem żałował, niż żałować, że się nie grzeszyło :P
piątek, 3 listopada 2017
Niepotrzebnie
odkładałam wizytę u dentysty, Kochany Pamiętniczku.
W każdym umawianiu przeraża mnie stracony czas, czekanie, spóźnienia.
Ale nie ma takiego mędrca na ziemi, coby cierpliwie ból zębów wytrzymał.
Mnie wprawdzie ząb nie bolał, ale trzy tygodnie łażenia z podrażnionym wciąż na nowo dziąsłem to też średnia przyjemność.
A wystarczyło 10 minut na fotelu i to za frico, bo poprawka, a jeszcze gratisy dostałam.
I po co ja się tyle czasu męczyłam?
Odzyskałam werwę.
Zakupy już zrobiłam, chaupkę ogarnęłam, jutro tylko obiadek upichcę.
Nie pojechałam do Eksa w Dzień Zaduszny, cały dzień lało jak z cebra, a tam to jednak wyprawa jest.
Trudno, wszystkim Umarlakom świeciłam w domu, jemu też.
Warta ma stany alarmowe już, leje i leje. Wróciłam od dentysty, słońce świeci, więc sruuu kapotę do kąta i po sweterek.
Wracam z zakupami, piździ i leje.
Ale teraz może już lać.
W poniedziałek powrót na pracowe łono, zaraz grudzień i znów mnie diabli będą nosili.
A jak na złość grudzień rozbujał się niesamowicie, a i storczyki lada dzień eksplodują.
Po tylu latach.
I znów cały pogrzeb na nic, bo kto tych sierotek dopilnuje?
W każdym umawianiu przeraża mnie stracony czas, czekanie, spóźnienia.
Ale nie ma takiego mędrca na ziemi, coby cierpliwie ból zębów wytrzymał.
Mnie wprawdzie ząb nie bolał, ale trzy tygodnie łażenia z podrażnionym wciąż na nowo dziąsłem to też średnia przyjemność.
A wystarczyło 10 minut na fotelu i to za frico, bo poprawka, a jeszcze gratisy dostałam.
I po co ja się tyle czasu męczyłam?
Odzyskałam werwę.
Zakupy już zrobiłam, chaupkę ogarnęłam, jutro tylko obiadek upichcę.
Nie pojechałam do Eksa w Dzień Zaduszny, cały dzień lało jak z cebra, a tam to jednak wyprawa jest.
Trudno, wszystkim Umarlakom świeciłam w domu, jemu też.
Warta ma stany alarmowe już, leje i leje. Wróciłam od dentysty, słońce świeci, więc sruuu kapotę do kąta i po sweterek.
Wracam z zakupami, piździ i leje.
Ale teraz może już lać.
W poniedziałek powrót na pracowe łono, zaraz grudzień i znów mnie diabli będą nosili.
A jak na złość grudzień rozbujał się niesamowicie, a i storczyki lada dzień eksplodują.
Po tylu latach.
I znów cały pogrzeb na nic, bo kto tych sierotek dopilnuje?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)