[go: up one dir, main page]

czwartek, 28 stycznia 2021

Pojebało

 mnie kompletnie i ze szczętem, Kochany Pamiętniczku.

Boss zaemilkował, że są inserty, a, tylko parę stron, w sumie 60, czyli 120 dla mnie i czy będę kochana? Bo gratyfikacja będzie.

Którą omówimy.

I co zrobiła głupia cipa?

No co...

A drukarka znów się wkręciła, informatyk w Warszawie, pisze, że powie na WhatsApp, co robić... Serio? Ja z moją kubańską dupą, na kolanach pod biurkiem, na WhatApp?

Tego jeszcze w kinie nie grali. Poczekam na Inżyniera w weekend.

Jeszcze mnie aż tak nie pojebało.

A tak cała reszta wolnym walcem, dziś wkurwiona na teksty z maszynek, kapiące jak krew z nosa zlikwidowałam świąteczny wystrój i od razu poczułam się lepiej. Mieli się zamknąć dziś, zamykają, a jakże jutro.

I tak ten lockdown się toczy i toczy. Załapałam się już na podatek od chaupy, co mnie uradowało, bo na nic więcej nie czekałam. O parę złotych wyższy, ale niewiele, więc spoko. 

ZUS też mi już popitolił, kwota dupę urywa, lekko ponad 24 tys. brutto, jprdl. Sam czynsz za mieszkanie to prawie 5 tys. rocznie, jak nie ma dopłat, a gdzie reszta?

No i ten nieszczęsny wyrok antyaborcyjny. 

Cieszę się, że jestem stara.

O Synowych nie myślę, bo gdy próbowałam porozmawiać o antykoncepcji, dowiedziałam się od jednej, że to prywatne, a od drugiej, że w UK stosowała tabletkę po.

No to ja pierdolę, co się będę wtykać. 

 Ja swoją antykoncepcję chwalę, nigdy nie było z tym problemu, mam tyle dzieci, ile chciałam, skrobać się nie skrobałam, zresztą za moich czasów nawet nie było badań prenatalnych (mogę się mylić, ale przez całą ciążę nikt mi nawet USG nie zaproponował, a chodziłam prywatnie, obie ciąże były zagrożone), jedyne co mi wykonano to KTG przy Pierworodnym, bo tabletki na podtrzymanie brałam za długo, ze strachu, że poronię :) Jakby mi pozwolili, do dziś bym brała i w ciąży chodziła ;) 

O wnuczkach myślę, ale z tego, co widzę, mam zerowy wpływ, to co się będę nakręcała? Klafiorkówna, wiadomo, jeszcze nie kwalifikuje się, ale MW, nad wiek rozwinięta, powinna być już zbadana i ogarnięta, nie w sensie antykoncepcji, ale powinna wiedzieć, a jedyne co ma, to wykrzykiwaną po raz setny historię o tej pigułce po. Serio? Nawet mnie to z lekka zniesmacza, bo nie jestem fanką wnikania w pożycie mojego potomstwa, tak jak dzieci zakładają, że ich rodzice nie sekszą. Więc jak dla mnie to informacja zupełnie zbędna. Zrozumiałabym, gdyby któreś z nich zapytało, czy coś polecam, a tak? Na chuja mi ta informacja? I nie, żebym miała coś przeciw tej pigułce. To bardzo dobra opcja w życiu. Bo życie nie polega na maniu kupy dzieci, na zasadzie, że dał Bóg dzieci, da i na dzieci.

Wiedziałam, że dwójkę uciągnę na karku, nawet sama, o dwójce chłopców marzyłam. Marzenia należy spełniać i takoż uczyniłam.

No nic. Mieszkanie zatulipanione, bez migających światełek (tych, które wiszą na wieczność, bo nie opłaca mi się ich ściągać, nie świecą aktualnie) jest inne. Jeszcze tylko czekam na możliwość umycia okien, bo aż szaro, ale też już nie ma comiesięcznej akcji, za bardzo boję się przeziębienia i obecnej służby zdrowia. Od brudnych okien jeszcze nikt nie umarł, co nie?



piątek, 22 stycznia 2021

Zamknęło się

 Kochany Pamiętniczku nad podziw sprawnie i spokojnie, bez nerwów, aż podejrzanie... Ale ćśśśś, będzie dobrze.

Warzywkom napisałam, że jestem do 17, wstępniak dostałam o 17.23.

No wiadomo, kochają mnie wszyscy, ale co tam mój czas.

Skorekciłam, odesłałam, w dupie resztę mam.

Więc jakby nie było, u mnie za chwilę marzec jest. Chociaż jeszcze lutego nie było.

Poszłam wyłączyć pracowe ustrojstwo i na łeb i na szyję zleciał na wszystko filodendron :) No, urósł, sucho w doniczce miał, doniczka lekka, plastikowa, to wziął i spadł, a kto mu zabroni? Biedę kupiłam, z trzema chyba listeczkami, pierwszym strzępiastym jarałam się jak cholera, a teraz wziął i spadł :)

Na pracowy komputerek spadł. No nic, ogarnęłam, przesadziłam, bo właśnie papirus szlag trafił i przy okazji małe przemeblowanko zrobiłam. Nie takie, o jakim marzę, bo do tego chłopa mi trza (niestety, już nie mam siły, jak kiedyś, gdy całe regały sama przenosiłam, a lądowanie na wózeczku czy na wyciągu to średnia przyjemność, Inżynier zaś orzekł, że do mojej fantazji potrzebuje swojego brata, a to już operacja logistyczna na szczeblu międzynarodowym, więc...). Filodendron w nogach mojego łoża wylądował, w stojaczku po papirusie, zobaczymy, czy będzie mu tam równie dobrze, jak na półce w małym pokoju, czy padnie, jak fikus. 

Dracena poszła w kąt, nie zawadza już przy wejściu, a co dalej, zobaczymy. Wiem, że badyle nie lubią rewolucji, ale mieszkanie jest, jakie jest, a dać dalej sierot nie mam komu. Wprawdzie Synowa No1 chwali sobie badyle, które jej dałam i które u niej fajnie rosną, ale... Wciąż widzę MW nawet nie składającą mi życzenia, ale siedzącą w rozbebeszonym wyrze (moje nawet rano po upojnej nocy nie jest tak rozbebeszone), ze słuchawkami na uszach, niesłyszącą, co do niej mówię.

Nie, to nie jest miejsce dla moich badylków :)

Teraz spać, bo jutro muszę jednak zakupy zrobić, choć jak nie zrobię, dziury w moście nie będzie, przeżyję. 

Ale sumienie mówi mi: wyjdź, bo za niedługo w drzwiach ci się ta kubańska dupa nie zmieści, nawet bokiem...

Nic już nie jest proste, wszystko zakręcone jak świński ogonek. 

A z serii nawracania SJ na prawidłową drogę życia dostałam od dwóch osób świętojebliwe wierszyki, jak to babcię poniewierają, bo chodzi do kościoła i... 

Jeden od koleżanki ze studiów, drugi od dziewczyny (no dziś to już babus), która mnie pamięta, bo byłam córką nauczycielki, a którą ja ledwo kojarzę (kojarzę jej dom i rodziców), bo sporo młodsza była ode mnie.

Że babcia nie umie w internety, tylko się modli i modli, od moherowych (aaaaa, mocherowych było, serce mi pękło) babciów ją wyzywają i dopiero jak kitę odwali, to wnuczki, natchnione jej posłannictwem i modlitwą z nieba ockną się i przejrzą na oczy, wracając na drogę cnoty.

OJACIEPIERDOLĘ :) 

Nie sądzę, żeby moja wiara miała wpływ na życie moich wnuków. Pierworodni ślą (mają zamiar posłać) MW do I komunii, bo mają w tym interes. Kościelny wzięli i dzieci ochrzcili, bo tak w O. wypada. Inżynierostwo poganami są, na kocią łapę, bo co to cywilna impreza jest (sama brałam kościelny po 6 latach od cywilnego, dlatego że Eksowi się odmieniło, nie ukrywam, chciałam być zajebistą panną młodą, a tak naprawdę nigdy nią nie byłam i nigdy się tak nie czułam, ale cóż, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem), dzieci ma niechrzczone, pewno dlatego takie Łobuzy...

Moi chłopcy byli przez lata głęboko związani z Kościołem. 

Nie wiem, co w nich trzasło, na moje pytania o molestowanie wybuchali śmiechem, że nie, nic z tych rzeczy.

Byli nie tylko ministrantami, ale i lektorami.

Ja w życiu miałam szczęście. Chodziłam do przedszkola prowadzonego przez siostry zakonne i to był wspaniały rozdział mojego życia.

Siostra z tego zakonu ratowała mi życie zastrzykami, na wsi zabitej deskami, gdzie  nie było lekarza, był tylko felczer.

Mój wikary z dzieciństwa, przyjmujący mnie do I komunii, uratował mnie, gdy nie mogłam pochować brata, który popełnił samobójstwo, nie pytał o nic, nie wiem, czy wiedział o tym, że to samobójca. Poręczył. Pochowałam brata. 

Eda, w którym kochałam się jako nastolatka, a który po śmierci mamy przywrócił mnie do życia, nie wywalając, jak proboszcz z konfesjonału, po moim uczciwym wyznaniu: gdyby Bóg był, zabrałby tatę, a nie mamę... A potem dożywiał mnie na studiach, pisał listy, chociaż kłócił się ze mną o zasadę: dla dekalogów mieć pogardę, nie odtrącił, gdy dowiedział się, że wyszłam za mąż cywilnie, a po latach okazało się, że wylądował na parafii blisko wioski i wciąż mówił o mnie, jako o wspaniałej bibliotekarce, co wyszło przypadkiem, gdy pracowałam już w Traumedii... Jego parafianka, mój pracowy wróg mi o tym powiedziała...

Chyba każde ludzkie życie jest kanwą na telenowelę.

Tylko nie wiadomo, co jest po przekroczeniu granicy.

Nieprawdaż, Kochany Pamiętniczku?


 



czwartek, 21 stycznia 2021

Styczeń

 powoli dobiega końca, Kochany Pamiętniczku, przeleciało migusiem, jak z bicza trzasł...

W niedzielę znów wleciał Inżynier, z laureczką, a jakże... Pracowały nad nią Łobuzy ciężko, a najciężej rodzice. Kalafiorkówna niepocieszona była po skończeniu trzeciej laurki (dziadek i prababcia też się na balangę załapali), rzewnymi łzami płakała, a Alienek pierwszą laurkę z zapałem wykleił, ale przy drugiej już zapał mu minął, a do trzeciej kijem biedne dziecko zaganiali :)

Tym niemniej bardzo podoba mi się, że uczą dzieci.

Dziś wieczorem zadzwonił Pierworodny (dodzwonić się nie mógł, bo mimo, że dwudziesta na zegarze biła, pracowałam). Ale... Widziałam sufit u nich, dzieci jak niemowy, niepotrzebnie prezent kupowali, bo nie o to w tym chodzi, no ale... Nie marudzę, ważne, że tym razem odfajkowali :)

A cały tydzień zapierdalałam jak motorek ze śrubką w dupie, tradycyjnie nikt mnie nie poinformował, że harmonogram nam się zmienił, że zamykamy nie w czwartek, ale w piątek (zatem jeszcze jutro orka na ugorze). Jak zwykle wszystko o czapy, wczoraj 13 godzin pracy, dziś tylko 11. Ale ogarnęłam już gros warzywek, jutro tylko drobiażdżki i pierwsza składka. No i maszynki w przyszłym tygodniu i dwie książki, jak miecz Damoklesa.

No nic. Jak kochać, to księżniczki, co nie? :) 

Powoli wiosna zagląda



tete-a tete jeszcze z chujenką, ale już wiosennie, co nie?

A i bratki - o dziwo - 



chyba odbiją na wiosnę, tak wyglądają po minus 15 :). Doniczka przechowana pod nocnikiem wygląda jeszcze  lepiej. 


A dziś rankiem, bladym świtem do Lidla hycnęłam, bom poczuła konieczność picia, a mają moje ulubione 


a czułam, że będzie mi dziś potrzebne. Dobrze czułam, nawet kieliszka nie wyciągnęłam, z kubeczka popijam. Bo, kurwa, miał dwa tygodnie na napisanie notatki z seminarium, napisał dziś, dosłał o 17.41, by 5 minut później odwołać akcję, bo zmienia... Kurwa. Mać. Taki jeden, wciąż mu kamienie pod nogi korekta rzuca i maile od niego nie dochodzą...

No nic. O 17.46 poczułam, że kupienie wina było strzałem w dziesiątkę, teraz powoli ze mnie spływa...

I jak tu nie wierzyć, że praca wpędza w alkoholizm...

Nakręcałam się dzwonkiem, aż się nakręciłam. Kupiłam wideowizjer, wydałam kasy jak lodu, zobaczymy, co z tego będzie. Ale jak ktoś zadzwoni, będę widziała, że dzwoni na moich "aj" i będę widziała, kto stoi za drzwiami, będę też wiedziała, że ktoś dzwonił, nawet jak mnie w domu nie będzie. Przez wizjer już niewiele widzę, więc. Nie ukrywam, schizy czasem wieczorem mam, tym bardziej, że przez drzwi nie porozmawiam. Inżynier wleci zamontować to ustrojstwo, jak chwilę znajdzie.

A teraz ku pamięci: dlaczego nie lubię rówieśników.

Wersja pierwsza: po latach ponad 40 na FB znajduje mnie koleżanka ze studiów. No i git majonez. Nie zasypiemy tej przepaści, zresztą mnie to rybka, zwykła koleżanka, żadne tam przyjaźnie. Każda z nas ma swoje życie. Ona wróciła na swoje Kaszuby (nie mam nic ani do Kaszub, ani do Kaszubów), działaczka, nauczycielka, poetka. Super. No i... Zaczęło się. Bogoojczyźniane i kościółkowe memento mori, ewangelizowanie, nauczanie, Pismo św. Rybka mi to, olewam, jak się człowiek na emeryturze nudzi, coś musi robić, choć wychodzę z założenia, że religia jest jak penis - można go mieć, lecz nie trzeba nim publicznie wymachiwać. Skoro musi i jej nie przeszkadza, niech macha. Ignoruję. Nie obnoszę się ze swoim ateizmem nachalnie. Nawet nie denerwuje mnie to, że MEN wprowadza wychowanie seksualne wg nauk JPII. Ja swoje dzieci wychowałam i uświadomiłam po mojemu, nie oglądając się na nauki Kościoła. Co innego matma czy inna fizyka, do tego nie czułam się kompetentna, a i z polaka nie pomagałam, bo co to, ja nauczycielka jestem? Ale dziś mnie trzasnęło, jak dosłała mi mema, że konkubinat jest grzechem. Ki chuj? Nie, żebym w tym grzechu żyła, nie żebym sobie na niego nie pozwoliła, jakby mnie fantazja naszła (czytaj: jakby mnie z leksza pojebało), ale co - kurwa. Nic o mnie nie wie, więc na chuj mnie ewangelizuje? Sama jest panną, nawet mi do głowy nie przyszło pytać jej o życie uczuciowe i seksualne, ale z jakiej racji ktoś mi z góry mówi, jak mam żyć.

Końkubenta zapragnęłam nagle mieć, na złość, ale... po jednym kubeczku wina mi przeszła ta grzeszna chęć i dalej robię za panienkę, a nie, wróć, za wdowę, Eks się właśnie z hukiem na drugi boczek przewrócił :)

No japierdolę, ludzie nie mają co robić, to innych wychowują. Cieszę się, że mam pracę, swoje seriale, książki, badyle, bloga i wciąż za mało czasu na życie. Nie korci mnie wychowywanie innych :)

Niebiosom dzięki.

Wersja druga: dostaję MSG od koleżanki ze studiów, że zmarła jedna z naszych koleżanek. Nazwisko znam, imię mi nie pasuje, koleżanka pisze, że tam-tamem wieść dostała, też nie kojarzy tak na bank. Smutne, że z naszej półki biorą, więc lecę po tableau. 

O dziwo, znajduję. 

I niespodziewajka - od dawna chciałam zestawić te fotki, są obie.




Ten sam makijaż, fryzura, ubiór, ten sam dzień, tylko inny fotograf. Bo taką miałam fantazję. I jak dwie różne osoby - jak dla mnie. Lubię tę pierwszą fotkę, bo tak :) Bo jestem na niej sfałszowana do granic możliwości, aczkolwiek starzy znajomi twierdzą, że taka byłam. Może i tak, teraz się sobie podobam, ale wtedy a to nie taki nos, nie takie usta, a i inne takie tam :) 

No, w chuj :)

Ale to tak na marginesie. 

Znajduję w tableau zmarłą koleżankę, zdjęcie, posyłam, już kojarzymy, kto to.

Piszę również do E., bo to w końcu nasza wspólna koleżanka. Ona również jej nie pamięta, nie widzi nawet na zdjęciu, która to, bo za małe zdjęcie. Jak krowie na rowie: kliknij w zdjęcie, zobaczysz. Nie kliknie, bo zepsuje komputer.

WTF?

Na co zmarła? Mówię, że nie wiem, nie pytałam (na chuja mi ta informacja, nie widziałam dziewczyny od studiów, zero kontaktów). Kowida miała? (nawet jak miała, to jakie to ma znaczenie? Nie prowadzę statystyk). I dalej drążenie tematu w tym stylu.

Serio? Z niektórymi ze studiów mam kontakt, luźny, bo luźny, na FB, pogadamy o badylkach, kotkach, pierdołach, kilkudziesięciu lat nie da się zasypać bez bliższych kontaktów. Ale w życiu nie przyszłoby mi ludzi pytać, na co chorują (jak wiem, to wiem, sama też powiem, ale z dobrej woli, a nie bo ktoś pyta)...

Mało?

Kocham mój ciasny światek moich fobii i lęków.

Na co mi kłopoty innych?

A E.na pytanie o tableau mówi, że nie wie, gdzie jest jej tableau, pewno w jakimś kartonie po zlikwidowanym domu po mamie, bo mama jej nie pozwalała z domu zabrać... WTF? Zaraz po studiach dostała swoje mieszkanie w PZ, miała pracę, niezależna była, a tableau nie wzięła, bo mama jej nie dała?

Może i dziwna jestem, ale ludzie chyba nigdy nie przestaną mnie zadziwiać.

I nic dziwnego (jak dla mnie), że nie ciągnie mnie do nich, a kocham swoje cztery ściany, ciasne kąty i mój dziwny świat.

Jest piękny... 

I tym optymistycznym akcentem żegnam się z Państwem czule i serdecznie :) I z Tobą, Kochany Pamiętniczku :) 

Do następnego napisania ;) 


poniedziałek, 11 stycznia 2021

Z zaskoczenia

 mnie wziął, Kochany Pamiętniczku.

Zapytał, czy nie poszłabym na spacer w niedzielę, bo on potem mnie odwiezie, bo jedzie na Dębinę. A że w tle snuły się Łobuzy, skaczące na mą cześć i wiwatujące, tom uległa.

Pojechałam MPK, albowiem PEKA się sama nie wyjeździ, co nie. Wpadłam do mieszkania i zażądałam kategorycznie, by wszyscy się ode mnie odsunęli, zanim nie skorzystam z łazienki.

Niedziela była, w w zbiorkomie ani jednego niedzielnie odpierdolonego pasażera, za to meneli od metra. Jeden z nich jak z mema, że nieśmiertelny, bo od marca nosi jedną maseczkę, niepraną. Ten takową miał, jednorazową na dokładkę, myślałam, że rzygnę. Nie  rzygnęłam, bo swoją bym zarzygała.

Obmywszy się jednak starannie, uspokoiłam i miło spędziłam czas. Sierściuch jebany do miziania się podkładał


a jak go pomiziałam czule, to mnie tymi łapami łapał i chciał mnie w rękę ujeść. Inżynier tłumaczył, że to najwyższy stopień pieszczoty, ale podziękowałam. Takiego seksa to ja nie lubię.

Łobuzy popisówkę odstawiły przy ubieraniu, że ojapierdolę, popłakałam się ze śmiechu.

A potem wywlokły mnie do piaseczku, ostatnio wciąż wywlekają mnie tam, trenują opcję: niech się babcia do piachu przyzwyczaja. 



Kalafiorkówna, ta wlezie wszędzie sama, od ziemi ledwo odrosła, a zbój z niej, że ha :) 



Alienek zaś, jak babcia, indywidualista.

A rozpuszczone bachory takie, że strach, jak zaczniesz jednemu "włazi kotek po drabinie", to człowiek się nawet podrapać po nosie nie może, bo zaraz drugie przylatuje i nie ma mocnych, dwa kotki włażą, człowiek głos traci od włażenia, a oni nic, tylko apiać i apiać...

No nic.

Za to drugi team się wyniósł na dłużej do O. i tam trenuje nad planem B - jak się nie da babci do piachu, to się ją z mola zrzuci, pływać nie umie...


Plan wygląda na dopięty na ostatni guzik. A babcia J. na Fejsie pisze, że Papryczka z trudem zmusza do jedzenia bułki. Ja w strachu, pytam Pierworodnego, co jest, dlaczego ja nie wiem, że dziecko ciężko chore, a tu niespodziewajka. Dziecko je tylko lody, nic innego nie chce.

No japierdolę.

Można rozpieszczać, ale są granice. Zatem ja podziękuję, nie mam zamiaru zdrowia tracić, naprawiając czyjąś głupotę, bo to nawet nie błąd wychowawczy, ale czysta głupota jest. Potem mi takie dziecko nad talerzem przesmradza na wszystko, o nie. Nie ma opcji. Opierdoliłam J., ale to pewno nic nie pomoże.

No nic :) 

Pracowo spokojnie szło, aczkolwiek z powodu, że mieli mierzyć stężenie gazu dziś, od rana na rzęsach chodziłam. I tupałam uszami. Wczoraj rozmawiałam z Inżynierem o zainstalowaniu inteligentnego dzwonka z wejściem do wi-fi, bo on taki ma, tzn. ma wideowizjer, ale ja chcę ze wszystkimi bajerami, już nie patrzę na to, że wydam nawet do 1000 zł, bo możliwość widzenia, że ktoś dzwoni, nawet jak jestem poza domem, a i w domu od razu mi wyskoczy na kompiku i telefonie, jest warte tych pieniędzy. Stres, że ktoś dzwonił, że znów nie słyszałam czy cuś, towarzyszący mi od kilkunastu lat - mam dość. No ale zanim Inżynier parametry ogarnie, znając jego prokratynację, to znów ojapierdolę. Jak powiem Pierworodnemu, kupi najdroższe, najgorsze i niekompatybilne.

Biedna ja.

A dziś przykleiłam koło dzwonka kartkę: dzwonić mocno i długo i zadzwonili tak, że o mało nie zeszłam na zawał, ale za to mam z głowy pomiar bez czekania całymi godzinami i kolejnych terminów :)

Ale nie chcę zostawiać kartki na stałe, bo jak się dzieciaki zwiedzą, to będą mi wydzwaniały. A że z moim astygmatyzmem niewiele już widzę przez wizjer, chcę mieć wideo. Bo nie wiem, czy stoi jakiś wypierdek mamuta za drzwiami, czy listowy albo ktoś ze spółdzielni. 

Amen.

A pracka pięknie szła i gdy kolega wysłał mi zły plik, a po chwili przepraszając drugi, na dokładkę po godzinach, tom odpisała (boją się mnie technicy jak diabeł święconej wody):

Nie zabiję, noże mam tępe, strzelać nie mam z czego, a z Pana silny chłopak 😊 Spokojnie, dziś pracowałam do 13, właśnie obiad jadłam, więc się panu upiekło 😊 A że drukarka jeszcze włączona, to voilà 

Na co odpisał: 

Dziękuję za dobre słowo, Pani zawsze potrafi wprowadzić promyczek słońca. 

Nosz, kurwa, promyczek... Promyczkiem mnie jeszcze nie nazywali :) 

I tak się tydzień zaczął, ciekawe, jak dalej poleci :)