powoli dobiega końca, Kochany Pamiętniczku, przeleciało migusiem, jak z bicza trzasł...
W niedzielę znów wleciał Inżynier, z laureczką, a jakże... Pracowały nad nią Łobuzy ciężko, a najciężej rodzice. Kalafiorkówna niepocieszona była po skończeniu trzeciej laurki (dziadek i prababcia też się na balangę załapali), rzewnymi łzami płakała, a Alienek pierwszą laurkę z zapałem wykleił, ale przy drugiej już zapał mu minął, a do trzeciej kijem biedne dziecko zaganiali :)
Tym niemniej bardzo podoba mi się, że uczą dzieci.
Dziś wieczorem zadzwonił Pierworodny (dodzwonić się nie mógł, bo mimo, że dwudziesta na zegarze biła, pracowałam). Ale... Widziałam sufit u nich, dzieci jak niemowy, niepotrzebnie prezent kupowali, bo nie o to w tym chodzi, no ale... Nie marudzę, ważne, że tym razem odfajkowali :)
A cały tydzień zapierdalałam jak motorek ze śrubką w dupie, tradycyjnie nikt mnie nie poinformował, że harmonogram nam się zmienił, że zamykamy nie w czwartek, ale w piątek (zatem jeszcze jutro orka na ugorze). Jak zwykle wszystko o czapy, wczoraj 13 godzin pracy, dziś tylko 11. Ale ogarnęłam już gros warzywek, jutro tylko drobiażdżki i pierwsza składka. No i maszynki w przyszłym tygodniu i dwie książki, jak miecz Damoklesa.
No nic. Jak kochać, to księżniczki, co nie? :)
Powoli wiosna zagląda
tete-a tete jeszcze z chujenką, ale już wiosennie, co nie?
A i bratki - o dziwo -
chyba odbiją na wiosnę, tak wyglądają po minus 15 :). Doniczka przechowana pod nocnikiem wygląda jeszcze lepiej.
A dziś rankiem, bladym świtem do Lidla hycnęłam, bom poczuła konieczność picia, a mają moje ulubione
a czułam, że będzie mi dziś potrzebne. Dobrze czułam, nawet kieliszka nie wyciągnęłam, z kubeczka popijam. Bo, kurwa, miał dwa tygodnie na napisanie notatki z seminarium, napisał dziś, dosłał o 17.41, by 5 minut później odwołać akcję, bo zmienia... Kurwa. Mać. Taki jeden, wciąż mu kamienie pod nogi korekta rzuca i maile od niego nie dochodzą...
No nic. O 17.46 poczułam, że kupienie wina było strzałem w dziesiątkę, teraz powoli ze mnie spływa...
I jak tu nie wierzyć, że praca wpędza w alkoholizm...
Nakręcałam się dzwonkiem, aż się nakręciłam. Kupiłam wideowizjer, wydałam kasy jak lodu, zobaczymy, co z tego będzie. Ale jak ktoś zadzwoni, będę widziała, że dzwoni na moich "aj" i będę widziała, kto stoi za drzwiami, będę też wiedziała, że ktoś dzwonił, nawet jak mnie w domu nie będzie. Przez wizjer już niewiele widzę, więc. Nie ukrywam, schizy czasem wieczorem mam, tym bardziej, że przez drzwi nie porozmawiam. Inżynier wleci zamontować to ustrojstwo, jak chwilę znajdzie.
A teraz ku pamięci: dlaczego nie lubię rówieśników.
Wersja pierwsza: po latach ponad 40 na FB znajduje mnie koleżanka ze studiów. No i git majonez. Nie zasypiemy tej przepaści, zresztą mnie to rybka, zwykła koleżanka, żadne tam przyjaźnie. Każda z nas ma swoje życie. Ona wróciła na swoje Kaszuby (nie mam nic ani do Kaszub, ani do Kaszubów), działaczka, nauczycielka, poetka. Super. No i... Zaczęło się. Bogoojczyźniane i kościółkowe memento mori, ewangelizowanie, nauczanie, Pismo św. Rybka mi to, olewam, jak się człowiek na emeryturze nudzi, coś musi robić, choć wychodzę z założenia, że religia jest jak penis - można go mieć, lecz nie trzeba nim publicznie wymachiwać. Skoro musi i jej nie przeszkadza, niech macha. Ignoruję. Nie obnoszę się ze swoim ateizmem nachalnie. Nawet nie denerwuje mnie to, że MEN wprowadza wychowanie seksualne wg nauk JPII. Ja swoje dzieci wychowałam i uświadomiłam po mojemu, nie oglądając się na nauki Kościoła. Co innego matma czy inna fizyka, do tego nie czułam się kompetentna, a i z polaka nie pomagałam, bo co to, ja nauczycielka jestem? Ale dziś mnie trzasnęło, jak dosłała mi mema, że konkubinat jest grzechem. Ki chuj? Nie, żebym w tym grzechu żyła, nie żebym sobie na niego nie pozwoliła, jakby mnie fantazja naszła (czytaj: jakby mnie z leksza pojebało), ale co - kurwa. Nic o mnie nie wie, więc na chuj mnie ewangelizuje? Sama jest panną, nawet mi do głowy nie przyszło pytać jej o życie uczuciowe i seksualne, ale z jakiej racji ktoś mi z góry mówi, jak mam żyć.
Końkubenta zapragnęłam nagle mieć, na złość, ale... po jednym kubeczku wina mi przeszła ta grzeszna chęć i dalej robię za panienkę, a nie, wróć, za wdowę, Eks się właśnie z hukiem na drugi boczek przewrócił :)
No japierdolę, ludzie nie mają co robić, to innych wychowują. Cieszę się, że mam pracę, swoje seriale, książki, badyle, bloga i wciąż za mało czasu na życie. Nie korci mnie wychowywanie innych :)
Niebiosom dzięki.
Wersja druga: dostaję MSG od koleżanki ze studiów, że zmarła jedna z naszych koleżanek. Nazwisko znam, imię mi nie pasuje, koleżanka pisze, że tam-tamem wieść dostała, też nie kojarzy tak na bank. Smutne, że z naszej półki biorą, więc lecę po tableau.
O dziwo, znajduję.
I niespodziewajka - od dawna chciałam zestawić te fotki, są obie.
Ten sam makijaż, fryzura, ubiór, ten sam dzień, tylko inny fotograf. Bo taką miałam fantazję. I jak dwie różne osoby - jak dla mnie. Lubię tę pierwszą fotkę, bo tak :) Bo jestem na niej sfałszowana do granic możliwości, aczkolwiek starzy znajomi twierdzą, że taka byłam. Może i tak, teraz się sobie podobam, ale wtedy a to nie taki nos, nie takie usta, a i inne takie tam :)
No, w chuj :)
Ale to tak na marginesie.
Znajduję w tableau zmarłą koleżankę, zdjęcie, posyłam, już kojarzymy, kto to.
Piszę również do E., bo to w końcu nasza wspólna koleżanka. Ona również jej nie pamięta, nie widzi nawet na zdjęciu, która to, bo za małe zdjęcie. Jak krowie na rowie: kliknij w zdjęcie, zobaczysz. Nie kliknie, bo zepsuje komputer.
WTF?
Na co zmarła? Mówię, że nie wiem, nie pytałam (na chuja mi ta informacja, nie widziałam dziewczyny od studiów, zero kontaktów). Kowida miała? (nawet jak miała, to jakie to ma znaczenie? Nie prowadzę statystyk). I dalej drążenie tematu w tym stylu.
Serio? Z niektórymi ze studiów mam kontakt, luźny, bo luźny, na FB, pogadamy o badylkach, kotkach, pierdołach, kilkudziesięciu lat nie da się zasypać bez bliższych kontaktów. Ale w życiu nie przyszłoby mi ludzi pytać, na co chorują (jak wiem, to wiem, sama też powiem, ale z dobrej woli, a nie bo ktoś pyta)...
Mało?
Kocham mój ciasny światek moich fobii i lęków.
Na co mi kłopoty innych?
A E.na pytanie o tableau mówi, że nie wie, gdzie jest jej tableau, pewno w jakimś kartonie po zlikwidowanym domu po mamie, bo mama jej nie pozwalała z domu zabrać... WTF? Zaraz po studiach dostała swoje mieszkanie w PZ, miała pracę, niezależna była, a tableau nie wzięła, bo mama jej nie dała?
Może i dziwna jestem, ale ludzie chyba nigdy nie przestaną mnie zadziwiać.
I nic dziwnego (jak dla mnie), że nie ciągnie mnie do nich, a kocham swoje cztery ściany, ciasne kąty i mój dziwny świat.
Jest piękny...
I tym optymistycznym akcentem żegnam się z Państwem czule i serdecznie :) I z Tobą, Kochany Pamiętniczku :)
Do następnego napisania ;)