[go: up one dir, main page]

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Cos sie konczy, cos zaczyna

Wstaje bladym switem (no co, chlopaki jeszcze spia), odpalam jak co dzien kompika, choc tu odpalam zwykle po kapieli i przebraniu sie (za Stara Jedze, oczywiscie), wlaze na FB i co ja PACZE??? Inzynier juz nie jest sam. A jak wiadomo, w dzisiejszych czasach takie cus na FB to jak zareczyny za moich czasow. Lapie Nokijke i smaruje: gratulation a tu nagle wyskakuje komunikat: wpisz opcje zablokowania telefonu... Ojaciepierdole... cudem ja restartuje - cudem, bo nie umiem zdejmowac klapki no i SMS poszedl. Nokijka lezy z gola dupa, bo klapki zalozyc nie umiem, ale juz wiem, kogo Inzynier bedzie meczyl albo i na rekach nosil :) Na dwoje babka wrozyla. Nie znam dziewczyny osobiscie, ale ja znam z opowiadan i popisalysmy sobie czasem posty u Inzyniera. Bardzo mila i sympatyczna i... ciesze sie jego szczesciem. Dosc juz byl sam, a to nie jest takie fajne, jak czlowiek jest mlody, nawet, jesli jest otoczony przez przyjaciol. No wiec na zakonczenie starego roku mamy niespodziewajke.
A ci spia i nie mam komu powiedziec, buuuu... :)
Szczesliwa mlodosc, ze spac moze.

Jeszcze raz Do Siego Roku :)
I oby 2013 byl co najmniej taki, jak 2012... :)
Bo odchodzacy byl udany, jak rzadko kiedy....



WTF???

Wujek wlasnie zmienil sie na "Szczesliwego Nowego Roku". Cos przegapilam?? Dzien mi zniknal??? Bo jeszcze 23 godziny z groszami starego roku sa... Po co uprzedzac fakty??? Swietowalam z chlopakami wigilie Nowego Roku, no ale wigilie, nie Nowy Rok... Mam sama isc z Postmanem do pubu, potem zostac sama na pare minut, zanim on nie odbierze wykapanego Barana z domu po pracy... Jak dla mnie skomplikowana operacja logistyczna, bo umre przez te pare minut sama w pubie, zwlaszcza jak ktos do mnie zagada... :) Ale moze nikt nie zagada, bo bede namietnie rznac w Angry Birds :D Mam nadzieje na ten sam stolik, co w zeszlym roku, choc fotki beda z telefonu... I mam nadzieje, ze miejsce bedzie wolne... Wczoraj (bo to juz wczoraj) wieczorkiem znow gadalismy o rzeczach waznych i glupotach.
Wbrew obietnicom nie musze zamykac drzwi.
I to jest piekne.
Byc wsrod Przyjaciol...
Cieszyc sie chwila.
Nie cierpiec.
Na nic nie czekac.
Byc.
Odkrywac.
Bawic sie slowami.
I nie martwic, ze plynie czas.
Byc akceptowanym, mimo ze nie ma sie nastu lat i nie jest Claudia Schiffer.

To jest piekne...

Jesli nie uda mi sie juz wlezc w tym roku (zycie pedzi coraz predzej) - prosze pamietac, ze wszystkim poswiecilam pare minut...
Dalszym, blizszym, calkiem bliskim, czytajacym, wpadajacym, bladzacym po necie.
Pierworodnemu, Inzynierowi, Baranowi, Małej Wiedzmie, Zlowikowi, Sikorce, Irlandczykom z Polski, Zmorce, Dorze, Renacie, ktora nie moze tu wejsc z przyczyn obiektywnych, malejczarnej, klarze, Zabie,  ewie, ktora juz tu nie zaglada... Wszystkim czytaczom, podgladaczom i wiernym Przyjaciolom, realnym i wyimaginowanym, Stardust (byc Gwiezdnym Pylem to dopiero radocha)...

http://www.ewa.bicom.pl/zyczenia/nowyrok/nr2.htm

niedziela, 30 grudnia 2012

Zmorka ratuje zycie

Okazuje sie, ze te angielskie wirusy to nie przelewki i nie zabawki, mimo ze zaraz po przyjezdzie kupilam imbir i co dzien pije kawe z imbirem, diabelstwo sie uwzielo. Trzymam sie najdzielniej, bo nie mam goraczki, a Biedny Baran meczy sie z ta paskuda w pracy. Wczoraj ratowalam nas imbirem ze Zmorczym miodem, bo przywiozlam go do UK, cos mnie natchnelo i zabralam go, jako ze miejsce mialam. Tu miodu od metra, ale... taka tam zbieranina, typu wyprodukowano w UK. Inzynier sie ze mna kloci, ze PL tez w UK, co nie zmienia faktu, ze nasz miod, a zwlaszcza Zmorczy, za ktory dzielna w naturze placila jest nie do przebicia :)
Inzynier jeszcze dycha, tylko nie mogl znalezc klucza od smietnika, wobec tego napisal na FB. Hmmm... Szukanie klucza od smietnika w innym kraju za pomoca Internetu, gotowy temat na rozprawe doktorska :D A zeby bylo smieszniej, wiadomosc wyswietla mi sie na dwoch nosnikach jednoczesnie ;) Co ta technika robi z ludzmi.
Z mieszkaniem mam przesrane, ale trudno. Nie bede sie tym martwic, nie zmienie tego, a juz mam w nocy koszmary. To nie jest tego warte, wiec grunt sie nie przejmowac. I nie, nie, domowki jeszcze nie bylo, Inzynier nie maczal w tym pazurow, to ta spoldzielczosc i... co ma byc, bedzie.
Inzynier prosil o wypranie spiwora (spi w jakims dziwadle, choc kordel ma od groma), wiec z rozpedu wypralam mu wszystko, oprocz monitora, bo ten sie do pralki nie zmiescil ;)... I Barania smycz od kluczy tez wypralam i teraz jasnieje niepokalana biela...
Jest chlodno, ale pieknie swieci slonce.
Korzystam z samotnosci i lecze obolale uszy, bo aparaty jednak daja czasem popalic :)
Obiadek gotowy, moze Zlowik na spadochronie wyladuje, ale to nie wiadomo kiedy...
Teraz moze jakis film ogladne, czekajac na powrot Barana...
I bede sie dalej kurowac Zmorczym miodem.
Zatem: Zmorka ratuje zycie :)

sobota, 29 grudnia 2012

Wrest Park

Mimo ze powoli zaczynal nas dopadac wirus z Milton, mimo ze pizdzilo gorzej jak za cara na Skieletczyznie, dzielni wędrowcy Baran i Stara Jedza wskoczyli w karoce i pojechali na wycieczke do Wrest Park. Nie ukrywam, ze na miejscu wycalowalam Barana za poswiecenie i niespodzianke, bo podobalo mi sie tam okrutnie. A wystarczylo, ze powiedzialby, ze sie gorzej czuje i zrozumialabym...

Sama droga byla bajkowa, naprawde bajkowa. Angielska wies, jak z komedii romantycznych z Julia Roberts i te widoki, laki, wzgorki, waskie angielskie wiejskie drogi i cale stada Baranich kolegow na lakach, mimo pizdzenia ;) I te tunele klematisowe... Dech zapieralo, bo na niektorych odcinkach nachylenie drogi mialo sie jak 1 : 8, ale jak wiadomo, jako luksusowa kobieta mam superkierowce :)
Do Wrest Park ludzie przyjezdzaja z psami, w kaloszach, wiec myslalam, ze bedzie jakies grzezawisko, ale nie. Niepotrzebnie sie obawialam, To byla wycieczka, jak z Downtown Abbey, klasyczna angielska posiadlosc, z pieknym, barokowym domkiem mysliwskim z tak waskimi i kretymi schodkami, ze z gory powiedzialam Baranowi, ze nie wejdę tam, pamietajac Warwick. Okazalo sie, ze madrze zrobilam, bo nawet Baran na schodach z trudem sie miescil, a on, jak wiadomo tyczka od fasoli :) Zdjęcia są Baranie, bo nie mam sily zgrywac z telefonu miliarda nowych fotek wysylajac je na emilka, sciagajac na dysk, zmniejszajac i znow wysylajac. Taka zabawa musi poczekac na Sprzet przez duze S.
Padalo, wialo, dulo, dmuchalo, ale co to dla nas?? Zwiedzilismy wszystko ladnie i mielismy szczescie, bo nie wiadomo, czy od ducia, czy od awarii fotokomorki samochodowi przed nami wrota trzasnely w blotnik... Ciesze sie, ze nas to ominelo, bo mialabym wyrzuty, ze to za moja przyczyna Baran ma klopoty...
Wrocilismy do domu i zaczelo nas rozbierac, kurujemy sie, ale Biedny Baran idzie jutro do pracy i nie wiadomo, jak to bedzie. Mnie tam moze bolec, bezrobotna jestem, Zlowik tez chory, ale chce przyjechac, co mnie nie dziwi, nikt nie chce byc sam w te jedyna noc w roku. Nie wiem jeszcze, o ktorej odzyskam moich wiernych towarzyszy, ale poczekam.
Od Inzyniera zadnych wiesci, ale brak wiadomosci...

Jeszcze jeden darowany cudownego zycia dzien.
Upichcilam obiad na dzis i na jutro, popralam Inzynierowi wszystko (tylko monitor sie nie zmiescil do pralki ;) I zaraz spadam do łozka, liczac godziny do Nowego Roku :)


















piątek, 28 grudnia 2012

Rade myszy tancuja...

Nie ma Inzyniera, jest impreza :):):):):):)

Baran say: oja, oja ;)


Idziemy na wycieczke

















 Nie chce mi sie zdjec po kolei ustawiac, wiec od razu zaznaczam, ze chlebek byl pieczony po poludniu, a nie w rezerwacie. Inzynier wywiozl mnie w pole i tam zostawil :D Jak dojezdzalismy do rezerwatu, wrzasnal: Gdzie ty mnie, k..., wywiozles, a ja zamarlam ze zdziwienia. Ale faktycznie bylismy na pustej, polnej drodze i dookola bylo wielkie nic :) Jednak GPS nie zawiodl, dojechalismy na miejsce. Bylismy jedynymi zwiedzajacymi rezerwat, ale tez pogoda nie byla powalajaca, poza tym to nie sezon, bo zadnych komarow ani wazek nie zauwazylismy. Zas tam, gdzie zeruja bobry i wydry nie udalo nam sie wejsc, z tego prostego powodu, ze nie mielismy kaloszy (Inzynier byl w tenisowkach, i  tenisowkach w nocy do PL polecial). Ale wycieczka byla udana, widzielismy labadki, perkozy, bazanty, nie liczac ptasiego pospolstwa czyli mew i srak :) Krajobraz byl powalajacy, wyobrazam sobie, jak pieknie musi byc tam latem. Inzynier twierdzi, ze angielskie komary to tacy dzentelmeni, ze nie kasaja ;) Zawsze mnie wzruszaja te tabliczki na angielskich laweczkach - wiekszosc jest ufundowana ku pamieci konkretnych osob. Tez chce taka, to fajny nagrobek...
W domu upieklam chleb, ale spieklam skorke, osobiscie ja odkrawam, bo juz kiedys na czyms takim zlamalam zab :D
Pojechalismy do rodziny Sikory, bo mam miejsce i moge jej pare fantow podrzucic.
Inzynier juz w PL, podlal kwiatki, przeczytal rachunek za prad i dane podal, a ja stad zaplacilam (jak te odleglosci zmalaly) i nie mowiac wiele polecial na miasto. Spieszyl sie, wiec pewnie nie zdolal Miskom spuscic lomotu, jak obiecywal, albo tez Skubane nie narozrabialy.
Biedny Baran ma mnie na karku ;)




czwartek, 27 grudnia 2012

Bedzie sie dzialo

Inzynier leci jutro do PL. To zadna sensacja, ale... leci w tenisowkach... Jak w tym starym kawale: Jasiu, gdzie sa cieple kraje?? - Szwecja i Zwiazek Radziecki. - Alez Jasiu, dlaczego Szwecja?? - Bo w Szwecji mam ciocie, i czy to lato, czy to zima, ciocia nam pomarancze przysyla. - No dobrze, Jasiu, ale dlaczego Zwiazek Radziecki?? - Bo w Zwiazku Radzieckim tez mam ciocie, i czy to lato, czy to zima, ciocia w tenisowkach przyjezdza... Na moje protesty wzruszyl ramionami i powiedzial, ze nie ma butow, a jak cos, to sobie na miejscu kupi. Santa Madonna...
A ja na wycugu u Barana zostaje.
A mowilam: ja na wycug do waju nie pojde... ;)
Czekam i czekam, az ta paskuda wstanie, ja go kocham, a on spi... :> A mielismy polatac. Pewno znow w nocy sie szlajal... ;)

środa, 26 grudnia 2012

Podwieczorek bez mikrofonu






Zapomnielismy kupic winogrona. Wino Casillero del Diablo jest w Biedronce bodajze :) Full wypas...

Wciaz swieta

Wzoraj pojechalismy do znajomych do Milton, gdzie spedzilismy mile czas, ale musielismy wracac do H., bo Baran dzis, Biedny, szedl do pracy na 6. Wieczorkiem popilismy leniwie drinki i kazdy zajal sie swoimi zabawkami. Zlowikowi udalo sie zalac woskiem mojego laptopika, gdy gasil swiece, na szczescie trafilo na folie ochronna, ktorej od 2 lat nie zdjelam. Zapisac w kajeciku: uwazac na Zlowika, grozny dla otoczenia. Dmuchnal, bo ja za slabo dmuchalam ;) W domu mam taki kapturek do gaszenia swiec, kupilam w Ikei i dzieki temu nie oblewam wszystkiego woskiem. Bede teraz miala robote z wywabianiem wosku z obrusa... Ale nic to.
Dzien dzis wstal piekny, chlodnawo, ale slonecznie. Sniadanko i polece z Zlowikiem zaraz z Zolwikiem na wyprzedaze :) A otem z Inzynierem po koszulke dla Ajfonika :)

A slonko swieci, jak glupie i chce sie zyc ;)

wtorek, 25 grudnia 2012

Gosc

A na ogrodku mamy goscia :)
I moge mu fotki robic :)

Bezapelacyjnie

W nastepnym zyciu wyskrobiemy, nie ma innej opcji.
Przyjechali, a jakze, nawet Zlowik przyjechal wczesniej i dlatego ryba "nie doszla", bo jak zwykle "nie doszla" w piekarniku. Za rok ryba z patelni i nie ma innej opcji. Mala Wiedzma o dziwo, grzeczna jak nigdy dotad i tylko sobie paluszek oparzyla, bo koniecznie musiala dotknac swieczki. Wszystko plynelo cicho i spokojnie, a potem Gwiazdor przyszedl i worek musialy mu elfy pchac, sam nie dal rady ;) Kazdy byl zachwycony, a najbardziej ja, bo dostalam od chlopakow perfumy, o ktore prosilam, a Zlowik pamietal, ze chce nakladke na klawiature, zebym mogla bezkarnie jesc przy lapku, i dostalam, i kubasa z Rudolfem, wielkiego, na wielka herbatke, czyli super, bo nie trzeba do kuchni co 5 minut latac :) Od Pierworodnych mam bon na zakupy, i to na ladna kase, wiec sobie poszaleje. Baran mowil, ze bede na Inzyniera zla i faktycznie, jestem. Dostalam od niego pedometr, takie cos co liczy kroki i kalorie i morda mi sie ucieszyla, bo takie cos chcialam.  Zadowolona siedze i pacze jak Mala Wiedzma prezentami sie bawi, oczywiscie, babcine ksiazki jej nie interesuja, bo dostala czajnik z myszkami, guzikami i takimi tam, cos jak z wierszyka Osieckiej i super... Inzynier zas gdzies polazl i nagle staje nade mna i mowi: a to sie jeszcze zaplatalo... I... Kupil mi, Skubaniec Paskudny, najnowszego Iphona!!!!! Nie ma na co kasy wydawac... Nawet Zlowik mi zazdrosci, bo on jest apple maniak, a ja mam lepszy model... Smierci bym sie spodziewala, a nie takiego czegos. No i teraz jestem w kolchozie. Oni maja Iphony, mam i ja ;) Nie mam wiec wyboru, w nastepnym zyciu musze to Paskudne Dziecko wyskrobac...
I... To tez piekny prezent, Baran w czasie gotowania mowi, ze chce, zebym za rok znow tu byla... Przeciez nie odmowie takiej prosbie... Zatem za rok, jak los da, znow bede dreczyc angielska ziemie...

Az sie boje myslec... I slow mi brakuje...

Do bialego rana pilismy. Ja tam jeszcze nie wytrzezwialam i dlugo nie wytrzezwieje, ale nie mam prawa jazdy, wiec nikomu nie zagrazam. I do pracy nie musze isc ;)

A Mala Wiedzma podczas pozegnania na komende "czule" calowala Stara Jedze, dobrze wytresowana, ale paczyla przy tym tesknymi, wielkimi brazowymi slepiami na Barana. Wie, Skubana, co dobre, ma to po Babci :)
I jest ladna, ladniejsza o niebo i pieklo ode mnie, wiec drzyjcie, barany, jak dorosnie... Bede wtedy miala radoche, jak bedzie lamac meskie serca i o kant dupy :) Nie, zebym facetom zle zyczyla, bo sa faceci i jest banda ze Sroczego Zaulka, bez Marudy :)

I koledy pospiewalismy :)
Nie ma jak dobry Jagermeister, dobrze schlodzony, w polaczeniu ze Smirnoffem i martini :)

Ogien krzepnie, blask ciemnieje...
Ide trzezwiec ;)

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Swieta start :)

Wrocili z pracy. Biedny Inzynier siedzi o suchym pysku, bo robi dzis za dryndziarza... Chcialam zaplacic taksowke w jedna strone, ale mnie wysmial... Wiec siedzi o suchym pysku, a ja z Baranaem, starym ślaskim obyczajem pije na pusty zoladek, zebysmy w Nowym Roku zdrowi byli. Co sie sprawdza, na bank :) Nie liczac drobniutkich niedyspozycji po ubieglorocznym wigilijnym piciu zdrowa bylam caly rok, jak ryba...
W sumie wszystko gotowe, Baran pańcię robi (takie śląskie pyry, mlask jak mówi Zmorka, najesc sie nimi nie mozna), potem jeszcze ryba z folii z piekarnika (moje dzielo) i losos dla Malej Wiedzmy specjalnie, bo lubi, pierogi do wody, uszka takoz i potem tylko czekanie az Postmana z pracy puszcza...
A potem tance, hulanki swawole do bialego rana...
Wszak...

Narodził sie w Betlejem :)

Wesołych Świąt :)

Kevin sam w domu

wystartowal. Ostatni domownik udal sie wlasnie do pracy, a ja dziele i rzadze. Do dzielenia tu niewiele, do rzadzenia nic, ale co tam. Ogarne te kuwete, poprasuje w ramach dobroci dla zwierzat pierdyliard wczoraj upranych koszul Inzyniera (a co, niech dziecko czasem za matka zateskni ;) ), zreszta sama obiecalam, a potem juz tylko czekanie na ich powrot. Kolo 14 powinni zleciec, to udam sie na zeslanie kuchenne do roli pomoy kuchennej (dzis Baran w kuchni rzadzi), Inzynier pojedzie po familie Pierworodnego i bedziemy razem oczekiwali na Postmana, bo pierwsza gwiazdka bedzie juz daleko na niebie.
Wczoraj byl piekny, wiosenny dzien, slonce grzalo, bylo z 11 stopni i chodzilam sobie saute, bez plaszczyka. Dzis pada znow, ale cieplo jest, of course.
Upieklam wczoraj dwa chleby, bo najpierw jeden i  okazalo sie, ze piekarnik jest cud miod, a ze tu nawet te sepy, co chleba na co dzien nie jedza na moj sie rzucaja, upieklam drugo, juz z czosnkiem, co skutecznie powstrzyma Postmana ;)
I sałatke jarzynowa zrobilam, i takie tam kuchenne popierdółki :)
A dzis znow - mam nadzieje jak co roku - zgromadzimy sie wszyscy. I nawet Maly Satanista powie paciorek. Raz do roku. Zeby nie zapomniec, ze Ktos gdzies jest. Na pewno. Ze ci, co odeszli, wciaz sa. Inaczej nie byloby warto zyc, nieprawdaz??

Ogien krzepnie, blask ciemnieje, ma granice nieskonczony...


 


I wczoraj z Inzynierem wypilismy winko, przywiezione z Paryza i schowane na te okazje. Wspomnienia... :)

niedziela, 23 grudnia 2012

Słonko dziś wyszlo

nie wiadomo, na chwile czy na dluzej, ale wyszlo. Biedny Baran w pracy na nie wiadomo jak dlugo, bo musi byc az nie skonczy, a jest sam, Inzynier zaspal i zlazl na dol taki skruszony, ze az mi sie smiac chcialo. Dalam mu sniadanie i wykopalam na gore, nie jestem matka specjalnej troski, dobrze sie sama bawie :D Kolejny rosolek wstawiony (no bo i wywar potrzebny, i po salatce zostaly wspomnienia, a Baran kopytkami przebiera, ze salatke by zjadl, wiec zarosolimy UK na amen ;) Bigosik tez sie podgrzewa, wiec jeszcze tylko dzis chlebek upieke, bo kupiony sie konczy, a jak mi tu nie wyjdzie (nie znam piekarnika), to zawsze zdazymy na swieta jeszcze dokupic. I tak jedziemy pozniej do Asdy, zeby uzupelnic braki, a lista rosnie. Tyle ze tu jestem luksusowa kobieta, mam osiolka i transport, nie musze jak w domu per pedes z wozkiem zasuwac :D
Swieta nadchodza powoli, niespiesznie, i dobrze.
Mam kilka fajnych rzeczy i boli mnie, ze blog bezfotkowy, ale jak sciagam blutoothem, wiesza sie w polowie zdjatka i dupa...
Nastepnym razem pojade ze wszystkimi aparatami i ze wszystkimi kabelkami z calego domu, nie patrzac na to, jaki kabelek do czego ;) Co najwyzej reszte na allegro sprzedam.
Tu tez wszystko ladnie podrozalo, juz nie wywioze pelnego wozka za 30 funtow, ale i tak jest taniej, niz w PL, chociaz ci, ktorzy tu pracuja twierdza inaczej. Ale stara prawda - punkt widzenia zalezy od punktu siedzenia.
Jest cieplo, co mnie cieszy, bo czytam o PL i... ciesze sie, ze na razie nie musze tam wracac.
Jutro zobacze Mala Wiedzme (stesknilam sie za Paskudnica) i jej rodzicow. Wigilia bedzie bardzo pozno, ale to nic.
Pamietam, jak kiedys Pierworodny pracowal do 21 bodajze (chyba tylko o godzine skrocili prace marketow, a podczas studiow pracowal w Praktikerze) i wigilie jedlismy, jak wrocil do domu.
Roznie w zyciu bywa, a najwazniejsze jest, zeby byc z bliskim.
Jest tak spokojnie, ze nawet nie ma o czym pisac. I niech tak zostanie, co najwyzej blog umrze smiercia naturalna, z nudow ;) Czytelnicy tez ;)

sobota, 22 grudnia 2012

Baranie dzieło

Chetnym wysylamy kawalek emilkiem ;)

Praca wre

Oj, jak pięknie pachnie pieczony Murzynek ;) Przechodził taki jeden ulicą, Baran wyskoczył, złapał go i sruuu do piekarnika. Nie jesteśmy wszak rasistami, no nie?? Cały dom otulony jest mgiełką Murzynkowego zapachu. Inżynier tak się zmęczył sprzątaniem, ze padł na kanapce i animrumra. Baran jakis tam lomot puszcza z Ipada, ale ten model tak ma, że łomoce...
Prezenty popakowane.
Bigos pyrgoli sobie grzecznie.
DO banku poszlam i okazalo sie, ze dostalam taka wyplate, ze mi oko zbielalo. Wpierw sie znerwowalam, ale potem poszukalam przepisow i hasta maniana, mamy za co sie alkoholizowac. I kupilam wino z diablem, juz je tu pilam i smakowalo mi bardzo. Tu kosztuje 5 funtow, u nas 45 zyla... Kraj do dreczenia watroby...
I piwko bananowe sobie popijamy,a  Baran jakiegos azzurro, makaroniarz jeden :D
Jeszcze jeden darowany cudownego zycia dzien...


Swiateczne porzadki

wreszcie czas zaczac, jako ze w tym roku nietradycyjnie dlugie kosciste raczki nie beda wiele pomagaly, bo pracuja, a uklad dat nieszczegolny. Ale nic to, Michalku, poradzimy sobie.
Watroba odpoczela, wczoraj szalu cial juz nie bylo, jako ze wszyscy pomeczeni, a biedne Baranisko zamienilo się dzis z Gardenmana w Postmana :) Ale za to zobacze go w mundurku i mam obiecane, ze bede mogla strzelic fotke ;) Teraz czekam az Inzynier szlachetne zwloki zwlecze, jednak nic nie szkodzi. Jeszcze przelece moje stronki i huzia na Jozia, znaczy sie, do kuchni ;)
Pogoda na domowe swietowanie, nie na zadne wloczegi. W tym roku nie przywiozlam do UK prawdziwej zimy, zima jest jak nalezy, angielska, mokra i zielona :) Tylko ten pocztowy tam biedny moknie i moknie, dlatego poczekam na niego z goracym rosolkiem, choc pewnie to pomoze, jak umarlemu kadzidlo :)
Bigosik juz dzis bedzie, pierogi kupione, ryby tez, ciasto piecze jednak Baran, bo to Miszczu Murzynka i Yoda Plackow Ziemniaczanych ;) I zmadrzal na tyle, ze mamy gotowe krokiety, a nie robione :) Co z czlowieka robi brak czasu... Sama przestalam sie bawic w wypruwanie zyl na Wigilie, gdy zaczelam pracowac. Chlopcy spokojnie mnie sprowadzili do parteru: matka, kupione, nie robione, potrzebujemy matki, nie robota kuchennego. Za to tez bardzo kocham moje dzieci...

Milej, spokojnej przedswiatecznej krzataniny bez wypruwania zyl ;)

piątek, 21 grudnia 2012

i po świętach ;)

Pojechali, ale to były dwa szalone dni. Gadalismy jak najeci, bo wszyscy jestesmy z rodu gawedziarzy erotomanow, wiec chwili milczenia nie bylo. Baran, paskud jeden mial Shapiro Bombay i oszczędzał na toniku, wiec... Na reszte spuszczamy milosiernie zaslone milczenia. Podzielilismy sie oplatkiem, zabawilismy taka typowa angielska zabawka na swieta - nie pamietam, jak sie to zwie, ale dwie osoby ciagna za dwa konce i w srodku jest zabawka - zostalo nam to z poprzedniej Gwiazdki, porobilismy seksowne fotki grupow, wiadomo, seks grupowy to najlepsza zabawa, ale... zdjęc nie mam, bo Wasacz nie dal, musi obrobic, a ja wciaz nie mam kabelka. Jesli nie zaloze mikolajowej czapeczki moze Inzynier jutro zabierze mnie do sklepu i moze dostane kabelek. O ile, of course, bedzie... W przerwach bawilam sie z bobikiem i peluszka, ale w tym roku to juz koniec ;)
Baran dzis mial wolne i zrobil swoj popisowy nr na obiad - Baranie placki ziemniaczane. Do sosu czosnkowego dodal moich powidel, poezja, nie sos.
A potem, po milej gawedzie, bo innej nie moglo byc, po rozmowie Slonka z Postmanem, gdzie robila za sekretarke, po kolejnych erotomanskich gawedach nadeszla smutna chwila i trzeba bylo Najmilszych Gosci na Luton odwiezc... Inzynier jeszcze wpadl do domu na lunch, cwaniak, zalapal sie na cieple pledze. Zapomnial sluzbowego telefonu i wleciec musial.
Wysciskalismy sie na Luton z nadzieja, ze za niedlugo znow uda nam sie spotkac, bo dobrych ludzi nigdy nie za duzo w zyciu...
Wrocilam z Baranem do H., marudzacym, ze w sklepie jest milion ludzi, na co rzeklam mu, że my będziemy milion pierwszymi :) W sklepie bylo milion czterysta osob, ale do kasy stalismy nadspodziewanie krotko i w zasadzie wszystkie swiateczne zakupy mamy zrobione. Zmeczone zyciem Baranisko w polskim sklepie kupilo jeszcze krokiety (hi hip, hurraaaa, nie bedzie sie meczyl, zmadrzal ;) ),a ja znalazlam make, z ktorej piekę w PL chleb i chce zaryzykowac i upiec tutaj tez. bo przywieziony z PL bardzo wszystkim smakowal i zniknal w okamgnieniu... Jeszcze tylko Inzyniera jutro naciagne na foremke :) W nowo otwartym polskim sklepie jest niezly wybor i nawet fajne towary. Kupilam juz pierogi i uszka, ja z tych nierobiacych. Wole posiedziec z nimi, pogawedzic, alkoholizujac sie namietnie.
Zaczynam juz przedswiateczna krzatanine, gotuje podstawy bigosu.
Mamy dylemat, na ktora bedzie wigilia, bo Postman musi pracowac do 18.30, a dojazd zajmie mu co najmniej godzine...
Z kolei Mala Wiedzma nie wiadomo, ile wytrzyma i do ktorej. Kwestia godziny pozostaje zatem nierozstrzygnieta, ale na pewno nie bedziemy siadac do stolu z pierwsza gwiazdka. No coz, zycie... Ale super jest, ze spotkamy sie wszyscy razem, jak przed rokiem.
Zycie nie sklada sie z oddychania, tylko z chwil zapierajacych dech. Wiem, nudna jestem.
Ale szczesliwa tym najwiekszym szczesciem, jakie moze byc.
Niech tylko ono nie uslyszy i nie ucieka...
Chwile do zapamietania i doladowanie akumulatora.
Wbrew troskliwym radom Cioci Zmorki nie dbam o watrobe, ale to nic :)

czwartek, 20 grudnia 2012

Again

I znow zycie pokazalo, ze jest piekne, momentami. Siedze i czekam na moich chlopakow, ogladam filmy, slucham muzyki, Inzynier mowil, ze bedzie dluzej w pracy. O umowionej porze staje w drzwiach, ciemno w pokoju, swiatlo w przedpokoju i szczerzy sie jak Mister Colgate. A ja, grzebiac sie z dziury w kanapie, pytam, co sie tak smiejesz i wloke kubanski tylek do przedpokoju, a tam... Moje Sloneczko z Wasaczem, czyli: Ukochani Wyjechani do Irlandii :) :) Malo na zawal nie zeszlam, ale reanimowali. No a potem siedlismy i byly dlugie rodakow rozmowy, czekalismy, az Baran z pracy wrocil. Oberwal, Skubany, bo wiedzial a nie powiedzial. A cos dziwny wczoraj byl i nawet mnie przytulil. Myslalam, ze to z wielkiej milosci do mnie, a on po prostu mial nieczyste sumienie. Teraz wiem, ze jak mnie znow przytuli, bede sie musiala miec na bacznosci, bo cos knuje. Na cale moje szczescie gotowalam wczoraj rosolek, salatke zrobilam, wiec bylo czym gosci najmilszych ugoscic, a alkohol w tym domu to rzecz pierwszej potrzeby, wiec nie zabraklo.
No i jak zwykle cos musialam wywinac. Jako ze wynioslam sie ze spaniem do livingu, poszlam na skroty i wylaczylam lampki w kontakcie takim pstryczkiem, a nie wyciagajac wtyczke z gniazdka. Okazalo sie rano, ze wylaczylam lodowke i router... Nikt tego nie zauwazyl, dopiero Inzynier rano, jak chcial wejsc na neta. Jestem zdolna do bolu dziewczyna... wydawalo mi sie wieczorem, ze zabieram nie tylko lapka, ale i myszke, nie lubie touchpada, a teraz myszki nie ma...
Nie, nie jestem maniaczka, ale byla opcja, ze dosla prace, wiec chcialam zrobic zanim goscie wstana. Pracy nie doslali, wiec zamiast pracy pisze sobie ku pamieci ;)
Jedyne co zawiodlo, to pogoda, jest paskudny deszcz, no ale moze sie rozejdzie. Jak nie, to parasole w dlon i cos wymyslimy. Jutro juz wyjezdzaja, urwali sie tylko na 2 dni, ale i tak jestem PRZESZCZESLIWA i mam nadzieje, ze Oni tez nie zaluja tego wypadu.
Ze Slonkiem pracowalam kilka lat w Auschwitz i Jej obecnosc trzymala mnie tam przy zyciu. A ze bylam wtedy na zakrecie, a i dziecki dorastaly, robila za konfesjonal. I po weekendzie zawsze szlam do pracy podtrzymywana na duchu mysla, ze: opowiem o tym Slonku... Wdrukowane mam to do dzis, choc juz nie jestem na zakrecie i wyszlam na prosta... A i na autostradzie zjechalismy na rozne drogi, ale... Niewazne ile sie nie widzimy, zawsze jest jak wczoraj...
Szczesliwi ci, ktorzy takich ludzi w zyciu maja. Ja jestem wielka szczesciara, mam takich sprawdzonych egzemplarzy kilka. I dlatego jestem bogata :)
To prawda, ze zycie nie sklada sie z oddychania, tylko z chwil zapierajacych dech.
I mycie okien mnie ominelo, a tak sie cieszylam ;)
Ale co tam...
I jak znajde myszke, zloje jej skore. Sikora twierdzi, ze poszla do kota od sasiadow... Ach, te gryzonie ;)

środa, 19 grudnia 2012

Dzień jak co dzień

Rosolek pyrgoli na kuchence i pachnie rosolkiem. Bobik ogarniety razem z peluszka i lubinami. A ja wsciekla, bo nie ma kawalka kabelka do ladowarki. W tej miescinie nie wiadomo, czy dostane, bo wlasnie Baran mowi, ze splajtowal sklep z kabelkami, a w Tesco moze bedzie, moze nie. Cos mi mowilo, wez Kanoniczka, bo na baterie jest, ale nie wzielam, Co najwyzej Inzynier go przywiezie, ale to 3 stycznia i juz po obiedzie bedzie musztarda. Zabralam telefon, wiec chociaz takie fotki beda, ale zal. I biednego Barana pouganiam po H. Trudno. Zaden z jego kabelkow nie pasuje...
Wiec na razie fotek nie ma :(
Rano w kibelku historia jak zawsze. Zaspana ciagne za dyndajacy mi przed nosem sznurek, a tu zamiast woda leciec, swiatlo mi sie zapala i gasnie ;) Mam ten odruch, bo kiedys byly takie spluczki ze sznurkiem, u Cioci do konca byly takie, ja w domu mam juz nisko spluczke, ale jak mi cos dynda to mam odruch. I ten kran z dwoma kranami,, albo rece zamarzaja, albo ukrop parzy :) Przyzwyczaje sie :)
Ale poza tym jest super, powywalalam juz balagan Smerfa Marudy i Inzyniera z mojego pokoiku i powoli ogarniam reszte.
Swieta beda rodzinne, bo jakze by inaczej :)
Czego wszystkim zycze :)

wtorek, 18 grudnia 2012

Poleciala

i mimo gmly doleciala :) A gmla byla jak cholera. Taksowkarz straszyl, ze na pewno nic nie poleci i ze powinnam dzwonic na lotnisko przedtem, ale powiedzialam, ze lubie sie wloczyc po lotniskach, wiec zaryzykuje. O dziwo, samolot nie byl opozniony. Albion przywital mnie krysztalowym powietrzem i feeria swiatel Londynu w dole. Zza chmur na hotyzoncie przeswitywalo wschodzace slonce.
Wpuscili mnie bez wahania, nie wiedza, co za aparat wpuszczaja. Inzynier sie spoznil, ale nie zostawil mnie na lodzie. Jezdzi juz jak szatan, a nawet jak dwa szatany, droga waska, kreta, angielska, z murkiem, a on zasuwa 60 mil na godzine i marudzi, ze inni jada wolno.
Milo gawedzac dojechalismy do domu i zostalam porzucona, bez klucza, bo... zapomnial poszukac zapasowy. Przebral sie i polecial do pracy. Ale zaraz zlazl na dol Baran, wyściskal mnie serdecznie, zrobil herbatke w moim paryskim kubku, ktorego bronil jak niepodleglosci, pogawedzilismy sobie bardzo milo, ale niestety, biedak musial isc do pracy.
I tak zostalam sama na obczyznie, musze czekac az Inzynier z pracy wroci. Powoli zabiore sie za robienie obiadu, jestem senna, bo nie spalam od wczoraj rana...
Smerf Maruda jutro jedzie do PL, co mnie niezmiernie cieszy i Barana takoz.
Dostalam od niego ten kawior, a z Cypru rozkoszna miniaturke oliwy i naparsteczek. Fotki beda pozniej, bo I. oczywiscie nie uszykowal aparatu, nie mowiac juz o naladowaniu baterii, a ja nie zabralam drugiego egzemplarza. Nawet przejsciowki wszystkie sa spalone, jade na pozyczonej od Barana. Oj, bedzie sie dzialo, bede marudzila na maksa...
W nocy, jak czekalam na wyjazd, jeszcze popracowalam na firmowe konto. Dzielna ze mnie dziewczyna, of course.
Tutejszy Internet mnie wnerwia ;) I dobrze, ze przywiozlam Baranowi filmy, tu nic nie mozna sciagnac :|
I moj chleb mu smakuje...
W sumie moglam zabrac jeszcze 12 kilo, ale tyle to bym nie udzwignela :)
Osiem stopni, zielen wkolo.
Zyc, nie umierac :)

Fog

coraz gęstsza. No nic, za godzinę wołam taksówkę, a potem, co  ma być - będzie. Nie wiem tylko kto mnie odbierze w razie opóźnienia, ale co ja się będę na zapas nerwowała, juz mam sraczkę. Nie, nie boję się latania, nie cierpię innych rzeczy :)

Zatem do następnegp napisania i wspominajcie mnie dobrze, albo wcale ;)

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Wszystko w polu

a ja siedzę i bloga piszę :D No co, nie mam ani weny, ani ochoty na pakowanie... Jeszcze czas :)

Poleciałam po te jaja do pracy i jak wyszłam z domu, miałam wrażenie deja vu... Zza zakrętu wyleciał na mnie mokrzuteńki kundel, a ja od razu zaczęłam myśleć o Baranie, bo kundel ten był toczka w toczkę podobny do tego, co za mną lazł na pierwszą naszą randkę... I już  mnie nogi niosły na stację benzynową (tak, tak, tam Barana wyrwałam, a on zastanawiał się, czy ta pani z mokrym kundlem to ja... ;), no ale Baran czeka na mnie w Sroczym Zaułku, więc nie... Poszłam na przystanek i już na wstępie żałowałam, że nie wziełam aparatu. Tam "mieszkają" bezdomne koty, ktoś je tam dokarmia i właśnie taki jeden mój ulubiony Rudzielec zaczaił się jak pantera na srajdę, notabene też rudą : ) Zaczęłam szukać telefonu, bo soniczka miałam, a wtem nagle towarzystwo się błyskawicznie rozbiegło. To ten kundel deja vu chciał zapolować i na kota, i na srajdę, no i już było po zabawie, dupa...

Wpadam do pracy, dziękuję ładnie panom malarzom, bo ślicznie mi pokoik obrobili, lecę na górę, a tam sajgon.  W sekretariacie mówią mi, że muszę iść DZISIAJ do lekarza, bo w czwartek jest kontrola, a ja nie mam badań. Ryknęłam jak zraniona lwica, że nie. Na to sekretarka, że jak będę grzeczna, to mi badania załatwi, a jak nie to będę musiała iść. I jeszcze się pyta, czy nie znam lekarza, co mi to od ręki zrobi. I tak wyglądają u nas w PL badania pracownicze. Oczywiście, że nie poszłam, w końcu gryzipiórki w biurze też za coś kasę biorą i powinny o takich rzeczach pamiętać. To nie wchodzi w zakres moich obowiązków. Bossa widziałam, ale obawiam się, że mnie nawet nie poznał, bo rzekł tylko dzień dobry bez zwyczajowego "pani Jędzo"... Zakrecony jak słoik z ogórkami i jak ja mam coś załatwić??
Powlokłam się potem do Empiku i znów wydałam kasę. Chciałam kupić książkę na prezent, bo jest opcja, że pojedziemy do znajomych, a tam jest mały chłopiec. No i... kupiłam dwie książki, bo nie mogłam się oprzeć, żeby Małej Wiedźmie też nie kupić, bo jest przesłodka.  Książka, nie MW. "Pan Pierdziołka spadł ze stołka", a w niej cudne wierszyki:
Bierzemy muchy w paluchy,
Robimy z much placuchy,
Kładziemy placuchy na blachy
I mamy radochy po pachy ;)

Cudne, miodzio i tak w ten deseń ... :)
 No i... audiobook, drogi jak cholera, ale... jest nadzieja, że jej włączą, bo czytać na pewno nie czytają, a to są wiersze Agnieszki Osieckiej dla dzieci i jest tam jej ukochana "Kolęda myszki", którą musiałam na okragło czytać... Myślę, że to się jej już na zawsze ze mną skojarzy i niech mnie taką jak coś pamięta...

I poszłam naładować sieciówkę i oczywiście terminale dalej niezaprogramowane, mogę naładować od 31 grudnia, blebleble.... :)
Już się nawet z kobietą nie kłóciłam, mówiłam: wiem, wiem, wiem, understand... bo co ona biedna może za to, że terminale nie są zaprogramowane??? :)
Potem jeszcze wleciałam do Lidla i zostawiłam resztę kasy, ale miałam ochotę na zakupy i dobrze, że tam wleciałam. Mieli już karpia z gazetki i za 12 zł najadłam się karpiem po pępuszek, już nic nawet nie gotowałam, bo nie ma miejsca, ledwo się ruszam... A w P&P wczoraj takie tuszki mieli po 49 zł za kilo, w Lidlu po 19,99... Jak by nie patrzeć, o połowę taniej i jeszcze fajnie na tacce opakowane, nic nie śmierdziało i nic nie ciekło. Szkoda, że karpia nie ma w sprzedaży cały rok :(
Tym sposobem zabieram się powoli za pakowanie. Piekę właśnie chleb, mniej więcej wiem, co zabiorę, muszę się tylko wagowo zmieścić. Ale to nie powinno być trudne, bo w sumie mogę wziąc 42 kilo, nawet tego nie uciągnę :)
Mgła się robi i ślisko pewnie w nocy będzie, nie kładę się, ale nie wiem, o której taksówkę wołać. No nic, później się zastanowię...
Idę się pakować :D

Robię

wszystko, żeby nic nie robić. Prasowanie czeka, do pracy muszę lecieć po jajka, walizka jeszcze w komórce...
Ślizgawka jest, nie chce mi się.
Samolot nie leci, jeszcze nie jest spodziewany. Chyba pójdę po coś do picia. Z procentami ;) Wiem, wiem, przed 13 to nieładnie, ale cóż...

Miłego dnia wszystkim i sto lat śpiewam dla Dory :)

niedziela, 16 grudnia 2012

True

Wszyscy jesteśmy wariatami, tylko nie wszyscy jesteśmy zdiagnozowani... ;)

Badylki

Czasowo wyeksmitowane, w związku z malowaniem :)


Skrzydłokwiat zaczyna kwitnąć i kalanchoe takoż. W domu też kwitną :) A takie maleństwa niosłam 2,5 roku temu. Teraz bym musiała zostawić, bo nie przetransportuję... :)

Refleksyjnie

dziś.

Niedzielę sponsoruje bobik.

I ta piosenka



sobota, 15 grudnia 2012

Pojechała mi bajka

poza góry doliny i nic jakoś mi nie żal, choć powinno być żal ;)



Się dzieje. Siedzę sobie pośrodku nieogarniętej kuwety, bajzel prawie jak za Małej Wiedźmy i... nic mi się nie chce. Ale... Mam trochę czasu do przodu, więc luz, blues i hasta maniana :)

Kupiłam jemiołę i karpia. Karpia dziś zjem, of course. Przeleciałam zapasy i do wtorku przeżyje na tym, co mam. Zlecenia i prezenty zrealizowane, na całe moje szczęście. Walizka wymierzona, pasuje jak ulał, a co trzeba wykorzystać, że się za nią zapłaciło. Jak znam życie, będę jej używała za każdym razem, no bo jak lecieć bez gaci na zmianę, choć trochę zachomikowanych u Inżyniera mam (o koszulę znów będę się bić z Baranem - taki żart ;) :)
U fryzjera byłam.
Chciałam jeszcze jechać do P&P, ale... pada deszczyk pada, na las kalinowy... A że zero jest, będzie jazda, więc odpuszczę, nie chcę się połamać. Więc chałupkę będę ogarniała leniwie, na spokojnie. Kurzu wszędzie tony, prasowanie też muszę zrobić i pościel uszykować dla gości, choć w sumie powinno mi to latać, niech się Inżynier męczy, jego goście. No ale aż tak wredna nie jestem. I aniołki kupiłam w Biedronce, powieszę. Wiem, niepotrzebny wydatek, ale lubię aniołki.
W tym ekstrasie w niemieckim wydaniu widziałam superaniołki z kloca drewna. Jak skombinuję taką szczapę, to sobie zrobię.
Od jakiegoś czasu chodzą za mną robótki ręczne (a kysz, spadajcie na drzewo, banany prostować...). Dawno nie miałam drutów, szydełka i innych zabawek w rękach... Czyżbym dziecinniała znów??? :)
Albo młodość wraca :):)

... idę młody, genialny, niosę but w butonierce, stawiam kroki milowe, zamaszyste jak świat...

... towarzyszył mi ten wiersz przez całą młodość i dziś wrócil...

... tak mi mojo, tak dobrze, aż rechoce sie serce...

Przestało rechotać, bo lodówkę też muszę umyć, czego nie cierpię na równi z prasowaniem...
Ale co tam ;)

Poradzę sobie, śpiewająco, jeśli uda mi się radio w kuchni włączyć, bo nie umiem, na pilota jest, a ja do pilotów, jak do jeża... Przyciskami też nie umiem i na dokładkę musiałabym na stołek wleźć. Wiem, ofiara losu ze mnie ;)
Ale kompik z zamkniętymi oczami umiem ;P :)




Update


Ciągle pada...


piątek, 14 grudnia 2012

Pierwszy numerek

roku, który być może nie nastąpi, zamknięty. To był cieżki poród, jako że mamy nowy layout i żeby to jeszcze robił profesjonalista, znaczy się tak, jak w starych, dobrych czasach, gdy redakcje zatrudniały grafika, a nawet dwóch, a nie tak, że na widzimisię Bossa, jedna czcionka, dwie czcionki, wyżej, niżej, szerzej. No nic, zobaczymy, co z tego wyjdzie w praniu.
Zamknęłam, a zanim jeszcze zamknęłam, już się pytali, czy przyjdę w tygodniu... Hmmm... za kasę mogę robić nawet z zagranicy w czasie urlopu, ale... nie wolno mi więcej zarobić. Okazało się, że nawet całej premii nie mogę odebrać, kurde... Mam nadzieję, że księgowość się ugnie i wypłaci mi ją na raty. Będę zadowolona, bo co miesiąc dostanę więcej, a jednocześnie ZUS mnie nie wyrucha. A mówiłam Bossowi - podwyżka i nie chcę premii, ale gadaj z facetem. A będę miała jeszcze nowe czasopismo, na razie 2 nr są planowane, ale... cieszę sie, bo ile można grać w Angry Birds, a poza tym, jak to wypali, to fajnie, bo w kryzysie mam dobrą posadę... Wiem, porąbana jestem, ale ten model tak ma i... robiłam 28 tytułów plus książki, to co dla mnie 2, nawet na pół etatu ;)
Mam podstawy do gadania o podwyżce, ale z facetami jak z dzieckiem, kurwa, jak z dzieckiem :D
I zgłosili się znów z kasą, o której chłop nie wie, ale... z bólem serca odmówiłam. Wiadomo, okres przedświąteczny i nie ma kto robić, to jak nędza to do Starej Jędzy. Ale... mieszkanie jak pobojowisko, walizki nie wiadomo czy przejdą, fryzjer nadal się kłania, no i... znów czekanie jak komu pasuje. Powiedziałam pas, te parę stów mnie nie zbawi, a lata swoje już mam. I będę wysoce nieapetycznym trupem w trumience, jak się tak zarżnę ;)
Nawiązałam kontakt (słowny) z malarzami, którzy u nas malują. I będę miała pokoik w kolorze kurczaczka... Powiedziałam Bossowi, że wobec tego nie kręci mnie awans, a on złośliwie, że zamówi mi malarzy, żeby pokój był w paski i z napisem z jednego z moich kultowych t-shirtów.

Good girls go to heaven, bad girls go to London...





No to wylałam żółć. A sieciówki dalej nie mam, ale pani w budce oświeciła mnie dziś, że raz w roku mogę mieć 5 dni przerwy między załadowaniami i nie stracę miesiąca ekstra, Nawet mi się tego nie chce dziś szukać w regulaminie. Nic mi się nie chce... Słucham Youtube i odreagowywuje....

Bad girls go everywhere...


Bez plecaczka :D



Złota myśl na dziś

Chociaż krowie dasz kakao, nie wydoisz czekolady...


Amen :)

czwartek, 13 grudnia 2012

Wrrrrrrrrrrrrr.............

10 godzin w pracy. Jak rozkosznie roztrzepany jest Boss... Z kwiatka na kwiatek, z biurka na biurko, z telefonu na telefon. Nie mam nic do niego, bardzo go lubię, ale...  czasami jestem tym cholernie zmęczona,
Dziś się wszystko sypało i straszyli mnie, że będziemy siedzieć do pólnocy, a i tak jest w rozpisce. No to poszłam po raz setny na dywanik i pytam, czy jak coś, to mogę wziąć taryfę na koszt firmy. Nie, bo nie zamykamy dziś... No to time to say goodbye i... pojechałam do domu, bo aż tak nie zwariowałam, żeby po nocy szukać czegoś, co pojedzie do mojego zaułka, a nie zarabiam aż tyle, żeby płacić za taksówkę na trzeźwo.
Komkart, oczywiście, dalej nie ładują.
Zaparło mi dech w piersiach, ale to było do przewidzenia, bo pogoda znów zapierająca... :)
I tak siedzę i czekam na pracę, tym razem w towarzystwie Miśków już, ale zaraz wszystko pierdalnę i pójdę spać, na oczy nie widzę.
I znów będzie mi się śniło ssanie eksportowe...
A wolałabym to...

Czyżby światełko w tunelu?? A może to nadjeżdżający pociąg?? :)

Czwartek, 13 grudnia

Za oknem mgła jak cholera.
Zepsuł się Internet - najpierw myślałam, że nie mam sieci, ale nie, jest. Nie ma za to głównych stron - onetu, wp, wyborczej, FB, GG też nie działa. Musiało się coś rypnąć i to zdrowo, a to przedsmak tego, co nas może spotkać,
Już czuję niekomfort, a co będzie, jak wszystko padnie.
I sitko w ekspresie mi się zaklinowało... Dotychczas klinowały się same fusy. No nic, jak ostygnie zobaczę, co się da zrobić, jak nie, trzeba będzie kupić nowy ekspres. No i miałby Inżynier co kupować...
Aż strach się dzisiaj bać. Na stronie lotniska tablica wisi, więc nie wiadomo, czy coś w ogóle lata.
Dlatego nie chciałam lecieć na święta, bo mnie nerwy zżerają.
Youtube też chyba padł...
I mój ukochany Pirat...

Koniec świata nadchodzi szybkimi krokami...
Ciekawe, czy nasz serwer działa i czy pójdzie wszystko do drukarni...

A nie mówiłam, że książki lepsze??
I trzeba będzie się z TV przeprosić, o ile nie padnie, bo też skomputeryzowana...
No i jeszcze żeby prąd był.
A książkę można i przy świecy poczytać.
Tyle że kontaktu z dziećmi nie będę miała, nie licząc poczty (trzeba będzie się przeprosić z maszyną do pisania) i może srajdy pocztowe będę musiała hodować??

Ta ostatnia perspektywa mnie dobiła...

Nie chce żyć :( !!!!!


No i ta rocznica stanu wojennego. Osobiście nie mam traumy z tego powodu, że był. Prawdy - całej prawdy nie dowiemy się nigdy. Ale - patrząc na to, co dzieje się w innych krajach, uważam, że wyszliśmy z tego obronną ręką. Zdania nie zmienię. I ci, co demonstrują pod domem Jaruzelskiego to są po prostu szakale. Każdy z nas stanie przed wyższym sądem i każdy za swoje życie zaplaci. Zabicie Jaruzelskiego nie zmieni już nic w historii. Trzeba się cieszyć, że wciąż istaniejemy na mapie, jako państwo i starać się, żeby było lepiej, a nie gorzej. Żyć. Iść naprzód. To moje osobiste zdanie i nie mam zamiaru go zmieniać.

środa, 12 grudnia 2012

Kto wierzy w gusła

... temu dupa uschła. Magiczne  12.12.12. A już...  Wczoraj uchwalili te pieprzoną, że nie rzeknę gorzej, bo oczami duszy widzę, jak Baran szykuje słoik na skarbonkę, podwyżkę, wracam dzisiaj z pracy i chce załadować komkartę i co?? Dalej nie mogę. Bo?? "Komputery o niej nie wiedzą jeszcze, proszę pani". Jebłam. Nawet do widzenia i dziękuję nie powiedziałam. Musiałam portki w garść złapać, opadły mi razem z gaciami.
Rozumiem, że musieliby jak w czasach prehistorycznych drukować nowe znaczki na sieciówki. Że musieliby stempelki zrobić, żeby ceny przestemplować. Ale kurde, XXI wiek, komkarta, ładowanie elektroniczne!!! A PEKA ma być. Poznańska Karta Elektroniczma, znaczy się, takie misz-masz - dowód, sieciówka, bilet parkingowy, karta płatnicza. Póki nie będzie administracyjnego przymusu, nie wyrabiam jej, a już chciałam. Niech sobie w dupę ten kawał plastiku wsadzą, może pod odpowiednim kątem nawet przyjemność będą mieli???
Zapisałam się na FB na fankę Za POdwyżki POdziękuję przy wyborach. Jak nie chodzę od lat na wybory, tak tym razem pójdę.
Zamykanie na razie idzie spokojnie, owce nie podskakują, idą za baranem. Zobaczymy, jak to w praniu jutro wyjdzie, no ale zawsze jakoś się zapędza trzódkę.
Jeszcze dwa dni pracy w tym roku.


Wkurw trwa.
Gryzę, żuję, nie wypluwam :) Połykam...

Co mnie nie zabije

... to mnie wzmocni. Podobno. Zobaczymy...
Zła jestem jak osa, bez kija nie podchodź. Wczoraj, jak rozmawiałam w pracy z Inżynierem w sprawie tego routera, to od razu (a ja czasu nie miałam akurat na długie pogawędki, bo palilo się we wsi) powiedził, że mi mikrofalę kupi. Zdążyłam zaprotestować, że nie, że nie chcę, że później pomyślimy. Za każdym razem jak do nich jadę, to za mną mikrofala chodzi, bo to fajna rzecz, No ale tam parę ludzi jest i imprezki się robi. A ja jestem sama, imprez: zero, to co za problem obiad odgrzać?? Poza tym nie mam kontaktu (już kuchenka jest niepodłączona) i nie mam miejsca!!!
Wieczorem dzwonię do niego, bo ten cholerny bilet, understand, że on nie ma dużo czasu. A on, że już mi prezent kupił. Noooooooooooooooooosssssszzzzzzzzzzzz........ Dlaczego wszyscy mogą sobie zamawiać prezenty, a ja jestem ubezwłasnowolniona??????? Wiedziałam, co chcę, a on mi na to: nie marudź matka, niespodzianka. Jak będzie taka niespodzianka, jak ramka do fotografii to ja pierdolę. Niby fajny gadźet, ale prądożerca, nie oglądam na niej fotografii, mam komputer, lepiej się do tego nadaje, a zegar i kalendarz też mam w komputerze. Taka zabawka: nie mamy mamie co kupić, kupimy ramkę, niech się w nią oprawi.
Wściekła jestem.
Bardzo.
I jeszcze jak mówię o bilecie, to z przemądrzała miną włazi na stronę Wizzaira i mruczy: po polsku, kontakt, emilek... Niech mama napisze emilka.
Taka mądra to ja też jestem...
Pożegnałam, kazałam spadać.
Ja też, kurwa, czasem potrzebuję zrozumienia, Nie jestem twarda i mocna, mam prawo do niewiedzenia i do bycia bluszczem, do pogłaskania. Nie to nie. W chuj.
Oddycham głeboko i czytam: w razie problemów prosimy dzwonić na infolinię... Pomijając cenę tego połączenia, każą głuchemu dzwonić na infolinię. Superaśnie, nieprawdaż... czytam dalej: na emilki odopowiadamy w terminie 30 dni... Ojaciepierdolę.
Mają usługę "asystent podtróżnego", chodzi o niepełnosprawnych. Tak się zastanawiam, czy przy jakiejś okazji nie zafundować sobie asystenta jako osoba niesłysząca?? Wszak już raz jechałam jako głucha, nie, przepraszam, dwa razy :) Za komuny w paszporcie wpisali mi jako znak szczególny: głuchoniema :) Hmmm.... Paszport był "załatwiany", to był stan wojenny, a my jechaliśmy na wojaże całą rodziną z trzyletnim Pierworodnym. Do dziś się kulam ze śmiechu na wspomnienie biednego syna, który nie mógł zrozumieć, dlaczego jego matka, na co dzień gadająca jak katarynka i opowiadająca mu 24/7 coraz to nowe bajki milczy jak zaklęta królewna, a Babcia strofuje go: daj spokój mamie, wiesz, ze jest chora :):):)

I z tym optymistycznym wspomnieniem lecę oko zrobić na bóstwo i do pożaru w wiosce lecę :)
Może mi się dziś jednak uda kupić sieciówkę. Może.
I zapomniałam, że fryzjer mi się od dawna kłania.
Ten Alzheimer mnie wykończy, co za gość :|

wtorek, 11 grudnia 2012

Psiakrew

Nic mi dziś nie wyszło. W pracy OK, ani się nie obejrzałam, a już 17 i jeszcze dwa teksty zostały jak wychodziłam, ale reszta... To białe gówno wciąż sypie, więc z wywieszonym ozorem lecę na pętlę, żeby sobie naładować komkarte i co??? Guzik. Nie naładuje, bo nie wiedzą, czy będzie podwyżka. I mimo że mam prawo naładować miesiąc wcześniej, a chciałam od 6 stycznia nie naładuje, bo nie. I mogę sobie na Berdyczów pisać. No to napisałam skargę do ZTM. Wiem, że to gówno da, ale napisałam. I może dziennikarkę mi się uda namówić. Wkurzona jestem maksymalnie. I z wywieszonym ozorem do pasa już lecę na osiedle do Komsteru, bo czynne tam tylko wtorki i czwartki od 15 do 18, jestem o 17.50 i co?? Nawet klamki nie pocałowałam, bo jej nie mają. A dziś zaczęli promocję WI-FI za frico, więc zgadałam się z Inżynierem, że mam to wziąć i nie kupować routera. Odmówił router, a ja guzik załatwiłam i już nic nie załatwię, bo w czwartek nie ma opcji "wyjścia z pracy w ludzkiej godzinie". A potem mnie już nie ma, a nie wiem, jak długo będzie promocja :( Napisałam do biura obsługi, tam grzeczna kobieta jest (o ile jeszcze pracuje), zobaczę czy coś się da załatwić. Z tym, że miałabym podłączoną TV, bo to w pakiecie jest.
Ehhh... czasem tak jest. W sumie to drobiazgi, świat się nie zawali, jak nie załatwię, ale wkurwiające w najwyższym stopniu. I jeszcze ten pieprzony śnieg.
Nie będę się denerwowała,
Jestem pieprzonym kwiatem lotosu...


UPDATE

Odprawiona, ale co nerwów przy tym straciłam. Strona nie przyjmuje nazwiska, nr rezerwacji i mówi, że błąd. Oczywiście, hasła do profilu nie pamiętam, zwariuję od tych haseł. Więc... odzyskuję hasło, włażę, a tam od nowa mówi, że mnie nie zna. Jak mnie nie zna, jak i rezerwacja jest i wszystko. W końcu opłotkiem odprawiłam się. Czeka mnie jeszcze powtórka z rozrywki przy powrocie, bo nie mogę się teraz powrotnie odprawić, bo nie... Linie lotnicze jak nasze ZTM...
Ojaciepierdolę. Jestem kwiatem lotosu... Chleb piekę... Łeb mi pęka, znów będzie mnie żołądek bolał.
Ojaciepierdolę...

Zdziwko

Selera nie mają, Inżynier mnie obsobaczył, że mam nie marudzić, a Baran czeka na mnie z kawiorem i pyta, czy kawior lubię ;)
I jak tu nie martwić się, czy dolecę?? Gdzie indziej mnie kawiorem będą witać?? :)

Miłego dnia i mało śniegu :)

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Wstawaj, Zenek

Tak sobie luknęłam przez okno i brrrrr... Rano, jak wstałam pacze, a tu ścieżki świeżo odśnieżone. Musi złotówka albo spijmą nocą odśnieżał, albo bladym świtem (choć ja też bladym wstałam, o 6!!!). Wieczorkiem, jak już nie padało, nasz  złotówka swoją działkę odśnieżył (widziałam wieczorkiem), a kolega jego musiał to zrobić w międzyczasie. A teraz znów latają na łopacie. Przerąbana profesja, jak w ruskim czołgu. I pomyśleć, że młodą matką będąc uwielbiałam odgarnianie śniegu. Mieszkaliśmy wtedy w kamienicy teściowej i ona jako właścicielka zobowiązana była do odśnieżania. Miała do tego ludzi z warsztatu, ale... odsnieżałam ja, bo mnie to bawiło i lubiłam to :) A śniegi były wtedy kopniejsze, jak dziś, dość wspomnieć, że w 1978 r. w sylwestra napadało przez noc tyle, że chodziliśmy w wydrążonych korytarzach  :) Wtedy nie odśnieżałam, odśnieżałam rok później :) Ludzie w warsztatu z podziwu wyjść nie mogli, że Stara Jędza (wówczas jeszcze Młoda Wiedźma) tak lata z tą miotła i lata :) I chyba dlatego mnie lubili, bo oni do odśnieżania jak do jeża podchodzili...
I kochałam bitwę na śnieżki i orła na śniegu, jazdę na saneczkach i turlanie się w zaspach z chłopakami. Dziś na myśl o piaseczku, który wnoszę do domu i o przemoczeniu czegokolwiek zgrzytam zębami ze złości...

Inżynier ma rację, dzieciństwo kończy się,  gdy nie mówimy już: o, jaki fajny  śnieg pada, ale: znowu to białe gówno leci.

Dorosłam zatem, trochę szkoda, no ale kiedyś trzeba...

Znowu to białe gówno leci...


Zimno mi

A jak mi zimno, to albo jestem chora, albo jest naprawdę zimno. Chora byłam niedawno, więc ki diabeł??
Inna para kaloszy, że w wiosce koło 14 zaczęło padać i przestać nie chce. A że nic nie było, to się ciut wcześniej urwałam i dobrze, bo już ledwo do domu doszłam, nie mówiąc o tym, że tramwaje to jeszcze jako tako, ale co na jezdni to już ani nie zipało. Korki, koreczki, koreczunie, wiadomo - pług się nie sklonuje i wszędzie nie dojedzie.
I już się robi solnie i glajdowato.
Wiem, że to jeszcze nie czas na nerwowanie się i po co się nerwować rzeczami, które się nie przeskoczy, ale... nerwuję się. Wolno mi, a co??
Szłam do pracy z nastawieniem, że sobie rękawy i włosy z głowy powyrywam, ale gdzie tam. Pomijając optymistę, który wysłał mi tekst o 23 na prywatnego emilka (tak, waruję w necie dzień i noc na poczcie) było lajtowo, jak mówi młodzież, nawet sobie połaziłam, pogadałam, poczytałam to i owo...
Kocham moją pracę, nie da się tego ukryć. Jutro chyba do mnie malarze dotrą, będzie ciekawie, ja myślę :D :)
Ale jakaś fajna ekipa, malują po cichutku, pomalutku, tu folijka, tam gazetka, cichosza, żadnego bałaganu. W ekipie jest dziadek (przepraszam - starszy pan ;) ), chudzina zasuszona, tak na oko do osiemdziesiątki dojeżdża, powolutku, pomalutku, dokładnie, robota mu idzie składnie (o, zrymowało mi się). Idzie nowe czy wreszcie koniec świata??

A selera nie mają...
Będę przemycać...
Selerowa przemytniczka :)

niedziela, 9 grudnia 2012

Zima w wiosce

... jak na razie nie jest zła... :)

Nasze kochane koziołki ubierają się cieplej, stosownie do temperatury ;)



Szkoda, że Zmorki ze mną nie było :(






Żeby "cyknąć" dziś jakąkolwiek fotkę musiałam się namęczyć, bo wszędzie, ale to wszędzie była masa ludzi z szarańczą i każdy egzemplarz musiał mieć sweet focie jak nie aparatem, to chociaż komórką "szczeloną", razem, osobno, w konfiguracji Jasiu z Małgosią, bez Małgosi, z Zosią, z Ciocią i bukwico jeszcze... Mało więc, że ręce marzły, to nie można się było do żadnego obiektu dopchać, no bo sweet focia... A w tygodniu ne mam czasu, niestety, na polowanie z aparatem, życie.

Urząd Miasta zafundował sobie też na dziedzińcu choinkę, a jakże, miasto know-how to i ta kretyńska gwiazdka jest wszędzie. A ponoć kasy nie ma... Sikora tu pracowała ;)
 


  

Już z daleka było widać., że na Starym Rynku coś się dzieje, myślałam, że Festiwal Rzeźby Lodowej odbył się wczoraj, ale nie, trwał dziś jeszcze. Tak więc oprócz rzeźb wyrzeżbionych wczoraj, można było podziwiać zawodników w akcji.





Po rynku wałęsał się też jakiś byk z czerwonymi rogami, ale na szczęście tak zmarznięty, że nikogo nie miał ochoty stratować ;)


Niektórzy z zawodników byli całkiem przystojni... No co, SJ lubi oprzeć oko na przystojnej  męskiej twarzy ;)


Dziennikarz męczył tę biedną figurkę, ale stanowczo odmówiła wywiadu, mówiąc jedynie: no comment ;)



Pod ratuszem też mamy choinkę know-how, a jakże...


Srajdy jak zwykle przeszkadzały w robieniu zdjęć, tutaj jedna udaje nietoperka, w batmana się bawi, skubana...



 A tu nalot dywanowy zrobiły...


Bo ktoś chleb sypnął, jakby głodne chodziły, zarazy paskudne...





Na tle pięknych, staromiejskich kamieniczek wyrósł potężny gniot - zamek Gargamela... Powinni tam smerfy zakwaterować ;)


Wbrew groźbom niemiłościwie nam panującego Ryszarda G. lampki jednak zawisły... Ale tym aparacikiem nie sfocę chyba świecących, zresztą nie chce mi się wieczorem do miasta lecieć. Może naładuję Soniczka i jak będę coś załatwiać, pstryknę, to jest dobra myśl :)

 Te koziołeczki też są zapobiegliwe i odziały się odpowiednio do temperatury ;)




Na Starym Rynku był też kiermasz świąteczny, ale nawet się nie zbliżyłam do straganów...



Lepiej unikać pokus, a prezenty już mam ;)





Platany w centrum jakby niezdecydowane, czy już zima, czy jeszcze jesień....




... a odremontowany Okrąglak pozazdrościł chyba krzywej wieży w Pizie i lekko się przechyla (albo ja mam przywidzenia ;) )...


Poleciałam dalej ze zniczem do wujka Mietka, zasypane wszystko śniegiem, musiałam odmieść, żeby tabliczkę znależć. Potem zrobiłam sobie rundkę do Starego Browaru, by się dowiedzieć, że mój prezent gwiazdkowy albo imieninowy, zależy jak na to paczeć będzie do odbioru jutro. Prezent zostaje w domu, gdyż musi się dostać w fachowe ręce Inżyniera... Tak wymyślił i tak ma być.
Grzeję się teraz w ciepełku, a po kątach snuje się zapach pieczonego właśnie chleba...
Taka zima to mi nie przeszkadza, bo zima w mieście jednak brudna jest, glajdziasta, pełna soli i pośniegowego błota. Teraz napadało tyle, że glajdy nie ma, śnieg odsunięty i sól nie króluje jeszcze wszędzie...

Miłego wieczora :)