Znaczy się, jutro. Dziś muszę ogarnąć chaupkę sobotnio, bo nie lubię do bajzlu wracać, spakować się (na stare lata pierdyliard rzeczy muszę ze sobą brać, a zwłaszcza o pigułach pamietać) i pojadę gonic Krasnoludki :) Mam nadzieję, że uda mi się dużo skubańców wytropić. Wezmę Kanoniczka, bo jest na baterie, nie na akumulator, choć Soniczek robi lepsze zdjątka, ale gdzie ja będę akumulatory ładowała?? Wystarczy, że do ajfonika muszę brać i przejściówkę, i ładowarkę, bo nie sądzę, żebym tam trafiła na USB :) A branie lapka to już lekka przesada, nieprawdaż?? Zatem musi mi wystarczyć 4 giga zdjęć, bo więcej kart nie mam :)
I będzie odwyk od kompika, wprawdzie na ajfonie można wpisywać też, ale nie chcę.
Czasem trzeba się oderwać od rzeczywistości wirtualnej i odnaleźć w prawdziwym życiu :D :)
Może jeszcze dziś coś skrobnę, kochany Pamiętniczku, ale nie wiem na pewno :D
czwartek, 25 kwietnia 2013
środa, 24 kwietnia 2013
Podróże kształcą
Nie przespałam nocy, ale to normalne i chyba mnie nie zabije.
Zdążyłam na autobus, ale wkurzył mnie kierowca, bo moją małą walizeczkę, którą nawet Wizzair przepuszcza kazał wpieprzyć do bagażnika. I dobrze mu tak, poleciała na drugi koniec i musiał włazić do luku, żeby mi ją wyciągnąć. Odmówiłam stanowczo czołgania się w luku, choć facet był albo w moim wieku, albo niewiele młodszy. Kij mu w oko, walizeczka spokojnie zmieściłaby się koło mojego siedzenia, tym bardziej, że nikt koło mnie całą drogę nie siedział.
Tym sposobem, wpakowawszy nieboraczkę do luku, ruszyliśmy w trasę. Inne autobusy miały po JEDNEJ sztuce pasażerów, nasz miał na starcie 5, w porywach więcej, ale nigdy nie był pełny. Co dziwniejsze, młodzież (gimnazjalna??? licealna??? legitymowali się legitymacjami szkolnymi) nie miała biletów miesięcznych, kupowała u kierowcy. Nie rozumiem tego, przecież miesięczny wychodzi taniej!!! Możliwe, że jeżdżą do szkoły, jak mają kasę, bo niektórzy odliczali naprawdę grosikami należność za bilet. Biedowałam, ale miesięczny miałam zawsze. Inne czasy. I tak stawaliśmy co kawałek, dwie osoby wsiadały, trzy wysiadały, kierowca sprzedawał bilety zmieniając okulary i starając się odcyfrować niewidoczne pieczątki, droga wąska tak, że dwa samochody osobowe nie mogły się spokojnie wyminąć, a jechały TIR-y też, bo przecież most w Nowym Mieście padł... Dziura na dziurze, dziurą poganiała... Ojapierdolę, mój kręgosłup dziś nie jest moim kręgosłupem, kijkom powiedziałam stanowcze nie, bo... chcę żyć, mimo wszystko.
Pierwszy postój 15 minut w Śremie... Następny prawie pół godziny w Borku, gdzie zwyczajowo wleciałam do tamtejszej piekarni, ale że nie miałam ze sobą żadnych materiałów żrących, skończyło się na rurce z kremem i połowie chleba z boczkiem. Rurka mistrzostwo świata, a chleb (skubnięty) ciepły OK, ale już w domu - wata, tylko boczek dalej wart grzechu. Dlatego zeżarłam cały, zamiast obiadu :D
Dotarłam do K. i w pośpiechu lecę na cmentarz, zanim nie uświadomiłam sobie, że mam 2,5 godziny, a obiadu nie zjem w K., bo za wcześnie.
Przywitałam się grzecznie z Umarlakami, sprzątnęłam im - ktoś wyniósł znicze stare, ale i tak wielka plastikowa torba i dwa wiechcie stare się uzbierały, a jak odchodziłam, Umarlaki miały tak:
Dostali takie same bukiety, żeby się nie tłukli. I żadnych cudów wianków, choć kusiło mnie, żeby donice z bratkami (żywymi) kupić, ale kto to będzie sprzątał?? U obu Cioci mężów były kwiaty, ale posprzątane po łebkach, jednak odpuściłam sobie, bo ktoś za to kasę bierze, a ja sprzątam za jeden uśmiech. Sił już nie staje.
Z pełnym już pęcherzem poleciałam na Statoil, błogosławiąc tę firmę :D Wszak była już 11.30, a ja od 5.15 nie sikałam... :) Zjadłam hot doga i wypiłam pół kawy (drugie pół wylałam za krzaki), bo jak wiadomo, kawa moczopędna jest, a ja miałam jeszcze daleką drogę do domu... K. to takie fajne miasto, że WC w nim nie ma. Na żadnym dworcu. Dworce zaś (PKP i PKS) to pustynie, gdzie NIE MA kas, nie ma pasażerów (poza przybłędami jak ja) i nie ma życia... A kiedyś tu tętniło i ludzie się w pociągach nie mieścili i w autobusach. A dziś
Stoją na placu, ale po co?? Nie wiadomo. Ani drgną.
W parku obok PKS powitały mnie, już kwitnące
Zimno było, a ubrałam się po poznańsku, znaczy letnio. Zmarzła mi dupa i nie tylko, mimo sadła przyległości też mi zmarzły. Trudno...
Wracałam z tym samym kierowcą, tym samym autobusem. Autobusu nie było nawet na tablicy, ale z baraku wypełz dyspozytor i powiedział, że Internet nie kłamie, że bus jedzie...
No to pojechaliśmy i robiłam fotki, aż bateria padła. Fotki są zaszybowe, więc są, jakie są i nie wszystko złapałam, co chciałam :D
Świat za miastem...
W lasach siedziały na ścieżkach prostytutki, Nie udało mi się żadnej sfotografować, ale może to i lepiej. Biedne dziewczyny. Moja Mama mówiła, że to nie zawód, a powołanie. I chyba coś w tym jest, bo - nie wyobrażam sobie takiej pracy. Wolałabym ulice zamiatać. Wiem, wiem, żaden ze mnie towar i za młodu też by nikt na mnie nie poleciał, ale... Wszystko rozumiem: oko za oko, ząb za ząb, ale dupa za pieniądze?? Nie ogarniam :D Dupa za dupę to rozumiem :D
Zboczenie zawodowe też mnie na trasie dopadło. Jeden byk jak dąb, inne widzę tylko ja :D
Traktory czynią wiosnę :D :)
I krówki się już wykopały spod zasp śniegowych... Koniki też były, ale focia się nie udała...
I te iwy. Zawsze mnie za serce chwytają...
Sporo było też domów chylących się do upadku, zrujnowanych (bateria mi już padała).
W Pogorzeli inwalidom pokazano dosadnie, gdzie ich miejsce ;)
Wszędzie malowano, pucowano, odświeżano...
Tu góra piachu i kamieni. I przypomniało mi się, jak kiedyś jechałam z Inżynierem jesienią, a ten, miejskie dziecko, na widok kopcy buraków cukrowych zapytał: po co oni te kamienie zbierają??
A to mój ulubiony etap podróży. Galeria domowa Czesława Ptaka. Marzę, by kiedyś tam pojechać, ale zatrzymać się i obejrzeć jego rzeźby... Dla takich chwil brakuje mi samochodu...
Uliczki w wielkopolskich miasteczkach są tak wąskie, że moja kubańska dupa by się na chodniku nie zmieściła. A z okien pojazdów można swobodnie zaglądać do okien mieszkańców. Nic dziwnego, że wieszają gęste firanki...
I znów Borek Wielkopolski, ten od kultowej cukierni. Miasteczko powstało w 1392 roku... Lata lecą :D
Wąskotorówka. Wspomnienie świetności.
W obie strony pobolewała mnie głowa. Raz, że kierowca obficie skropiony był Przemysławką czy inną kolońską, co aż wierciła w nosie, a na trasie w okolicach Borku do samego K. woniało... a jakże... gnojówką. Lubię zapach gnojówki o poranku, ale bez przesady. W połączeniu z kolońską mój zmysł powonienia mówił stanowczo: NIE.... Ulgę poczułam w mojej wiosce... Koło Dębiny pachniało... świeżo skoszoną trawą :D :) Kocham moją wioskę, za te, jak mówił Inżynier, asfaltowe zapachy...
Składowisko opon, a naprzeciwko niego na łące, w samym centrum spalin, bo skrzyżowanie stoją...
... ule. Ponoć polski miód jest the best. No ja myślę, opony plus spaliny, miodzio :)
W lasach kwitły łany zawilców, wiem, że na fotce nie widać, ale to były biało-żólte kobierce...
Sławetne zakłady mięsne Mroza... Tak wygląda mur, co roku go mniej...
Dolsk
A potem już typowe wielkopolskie krajobrazy i Dolsk, gdzie byłam jako dziecko na koloniach. Absolutnie nic nie pamiętam, ale... Jako że wszędzie reklamuje się, jako miejscowość agroturystyczna, kto wie, może się skuszę?? Byleby Internet mieli :D
Wielkopolska jest piękna. I czuję, że do Kórnika skoczę w długi weekend, bo magnolie, a kasa o której chłop nie wie przesuwa się z przyczyn ode mnie niezależnych.
Ale na razie przede mną bajka o Starej Jędzy i Krasnoludkach...
Zdążyłam na autobus, ale wkurzył mnie kierowca, bo moją małą walizeczkę, którą nawet Wizzair przepuszcza kazał wpieprzyć do bagażnika. I dobrze mu tak, poleciała na drugi koniec i musiał włazić do luku, żeby mi ją wyciągnąć. Odmówiłam stanowczo czołgania się w luku, choć facet był albo w moim wieku, albo niewiele młodszy. Kij mu w oko, walizeczka spokojnie zmieściłaby się koło mojego siedzenia, tym bardziej, że nikt koło mnie całą drogę nie siedział.
Tym sposobem, wpakowawszy nieboraczkę do luku, ruszyliśmy w trasę. Inne autobusy miały po JEDNEJ sztuce pasażerów, nasz miał na starcie 5, w porywach więcej, ale nigdy nie był pełny. Co dziwniejsze, młodzież (gimnazjalna??? licealna??? legitymowali się legitymacjami szkolnymi) nie miała biletów miesięcznych, kupowała u kierowcy. Nie rozumiem tego, przecież miesięczny wychodzi taniej!!! Możliwe, że jeżdżą do szkoły, jak mają kasę, bo niektórzy odliczali naprawdę grosikami należność za bilet. Biedowałam, ale miesięczny miałam zawsze. Inne czasy. I tak stawaliśmy co kawałek, dwie osoby wsiadały, trzy wysiadały, kierowca sprzedawał bilety zmieniając okulary i starając się odcyfrować niewidoczne pieczątki, droga wąska tak, że dwa samochody osobowe nie mogły się spokojnie wyminąć, a jechały TIR-y też, bo przecież most w Nowym Mieście padł... Dziura na dziurze, dziurą poganiała... Ojapierdolę, mój kręgosłup dziś nie jest moim kręgosłupem, kijkom powiedziałam stanowcze nie, bo... chcę żyć, mimo wszystko.
Pierwszy postój 15 minut w Śremie... Następny prawie pół godziny w Borku, gdzie zwyczajowo wleciałam do tamtejszej piekarni, ale że nie miałam ze sobą żadnych materiałów żrących, skończyło się na rurce z kremem i połowie chleba z boczkiem. Rurka mistrzostwo świata, a chleb (skubnięty) ciepły OK, ale już w domu - wata, tylko boczek dalej wart grzechu. Dlatego zeżarłam cały, zamiast obiadu :D
Dotarłam do K. i w pośpiechu lecę na cmentarz, zanim nie uświadomiłam sobie, że mam 2,5 godziny, a obiadu nie zjem w K., bo za wcześnie.
Przywitałam się grzecznie z Umarlakami, sprzątnęłam im - ktoś wyniósł znicze stare, ale i tak wielka plastikowa torba i dwa wiechcie stare się uzbierały, a jak odchodziłam, Umarlaki miały tak:
Dostali takie same bukiety, żeby się nie tłukli. I żadnych cudów wianków, choć kusiło mnie, żeby donice z bratkami (żywymi) kupić, ale kto to będzie sprzątał?? U obu Cioci mężów były kwiaty, ale posprzątane po łebkach, jednak odpuściłam sobie, bo ktoś za to kasę bierze, a ja sprzątam za jeden uśmiech. Sił już nie staje.
Z pełnym już pęcherzem poleciałam na Statoil, błogosławiąc tę firmę :D Wszak była już 11.30, a ja od 5.15 nie sikałam... :) Zjadłam hot doga i wypiłam pół kawy (drugie pół wylałam za krzaki), bo jak wiadomo, kawa moczopędna jest, a ja miałam jeszcze daleką drogę do domu... K. to takie fajne miasto, że WC w nim nie ma. Na żadnym dworcu. Dworce zaś (PKP i PKS) to pustynie, gdzie NIE MA kas, nie ma pasażerów (poza przybłędami jak ja) i nie ma życia... A kiedyś tu tętniło i ludzie się w pociągach nie mieścili i w autobusach. A dziś
Stoją na placu, ale po co?? Nie wiadomo. Ani drgną.
W parku obok PKS powitały mnie, już kwitnące
Zimno było, a ubrałam się po poznańsku, znaczy letnio. Zmarzła mi dupa i nie tylko, mimo sadła przyległości też mi zmarzły. Trudno...
Wracałam z tym samym kierowcą, tym samym autobusem. Autobusu nie było nawet na tablicy, ale z baraku wypełz dyspozytor i powiedział, że Internet nie kłamie, że bus jedzie...
No to pojechaliśmy i robiłam fotki, aż bateria padła. Fotki są zaszybowe, więc są, jakie są i nie wszystko złapałam, co chciałam :D
Świat za miastem...
W lasach siedziały na ścieżkach prostytutki, Nie udało mi się żadnej sfotografować, ale może to i lepiej. Biedne dziewczyny. Moja Mama mówiła, że to nie zawód, a powołanie. I chyba coś w tym jest, bo - nie wyobrażam sobie takiej pracy. Wolałabym ulice zamiatać. Wiem, wiem, żaden ze mnie towar i za młodu też by nikt na mnie nie poleciał, ale... Wszystko rozumiem: oko za oko, ząb za ząb, ale dupa za pieniądze?? Nie ogarniam :D Dupa za dupę to rozumiem :D
Zboczenie zawodowe też mnie na trasie dopadło. Jeden byk jak dąb, inne widzę tylko ja :D
Traktory czynią wiosnę :D :)
I krówki się już wykopały spod zasp śniegowych... Koniki też były, ale focia się nie udała...
I te iwy. Zawsze mnie za serce chwytają...
Sporo było też domów chylących się do upadku, zrujnowanych (bateria mi już padała).
W Pogorzeli inwalidom pokazano dosadnie, gdzie ich miejsce ;)
Wszędzie malowano, pucowano, odświeżano...
Tu góra piachu i kamieni. I przypomniało mi się, jak kiedyś jechałam z Inżynierem jesienią, a ten, miejskie dziecko, na widok kopcy buraków cukrowych zapytał: po co oni te kamienie zbierają??
A to mój ulubiony etap podróży. Galeria domowa Czesława Ptaka. Marzę, by kiedyś tam pojechać, ale zatrzymać się i obejrzeć jego rzeźby... Dla takich chwil brakuje mi samochodu...
Uliczki w wielkopolskich miasteczkach są tak wąskie, że moja kubańska dupa by się na chodniku nie zmieściła. A z okien pojazdów można swobodnie zaglądać do okien mieszkańców. Nic dziwnego, że wieszają gęste firanki...
I znów Borek Wielkopolski, ten od kultowej cukierni. Miasteczko powstało w 1392 roku... Lata lecą :D
Wąskotorówka. Wspomnienie świetności.
W obie strony pobolewała mnie głowa. Raz, że kierowca obficie skropiony był Przemysławką czy inną kolońską, co aż wierciła w nosie, a na trasie w okolicach Borku do samego K. woniało... a jakże... gnojówką. Lubię zapach gnojówki o poranku, ale bez przesady. W połączeniu z kolońską mój zmysł powonienia mówił stanowczo: NIE.... Ulgę poczułam w mojej wiosce... Koło Dębiny pachniało... świeżo skoszoną trawą :D :) Kocham moją wioskę, za te, jak mówił Inżynier, asfaltowe zapachy...
Składowisko opon, a naprzeciwko niego na łące, w samym centrum spalin, bo skrzyżowanie stoją...
... ule. Ponoć polski miód jest the best. No ja myślę, opony plus spaliny, miodzio :)
W lasach kwitły łany zawilców, wiem, że na fotce nie widać, ale to były biało-żólte kobierce...
Sławetne zakłady mięsne Mroza... Tak wygląda mur, co roku go mniej...
Dolsk
A potem już typowe wielkopolskie krajobrazy i Dolsk, gdzie byłam jako dziecko na koloniach. Absolutnie nic nie pamiętam, ale... Jako że wszędzie reklamuje się, jako miejscowość agroturystyczna, kto wie, może się skuszę?? Byleby Internet mieli :D
Wielkopolska jest piękna. I czuję, że do Kórnika skoczę w długi weekend, bo magnolie, a kasa o której chłop nie wie przesuwa się z przyczyn ode mnie niezależnych.
Ale na razie przede mną bajka o Starej Jędzy i Krasnoludkach...
wtorek, 23 kwietnia 2013
Na gorąco
Ponad 17 tys. kroków, 6,5 mili, 10,5 km, ponad 900 kcal. Nieźle. I coraz łatwiej mi chodzić, mimo bębna i kubańskiej dupy :D
Albo łażenie z kijkami, albo pstrykanie fotek. Jedno z drugim pogodzić się nie da, bo albo mi fotka ucieka, albo dwóch kroków spokojnie zrobić nie mogę.
Zatem
Domowe pieścichłopy z gatunku pracowych ;)
Zaczynają kwitnąć drzewa owocowe...
Nasi, dębieccy kadeci...
I mlecze też się już pokazały w całej krasie...
I jadą wozy kolorowe pociągami :)
Mam już bilet do Wrocławia. Ale kupiłam na inny pociąg, wcześniejszy, z miejscówką, bo... Pani w informacji na Głównym też nie miała zielonego pojęcia, dlaczego są dwa pociągi o 9.51... Wolałam nie wnikać dalej (informacja korzysta z programu, który mam w domu) i kupiłam na 9.37. O tej porze jedzie tylko jeden i ponad godzinę krócej, a to już coś...
Zatem jutro bladym świtem w Polskę idę. Do Umarlaków. Jestem już spakowana.
Albo łażenie z kijkami, albo pstrykanie fotek. Jedno z drugim pogodzić się nie da, bo albo mi fotka ucieka, albo dwóch kroków spokojnie zrobić nie mogę.
Zatem
Domowe pieścichłopy z gatunku pracowych ;)
Zaczynają kwitnąć drzewa owocowe...
Nasi, dębieccy kadeci...
I mlecze też się już pokazały w całej krasie...
I jadą wozy kolorowe pociągami :)
Mam już bilet do Wrocławia. Ale kupiłam na inny pociąg, wcześniejszy, z miejscówką, bo... Pani w informacji na Głównym też nie miała zielonego pojęcia, dlaczego są dwa pociągi o 9.51... Wolałam nie wnikać dalej (informacja korzysta z programu, który mam w domu) i kupiłam na 9.37. O tej porze jedzie tylko jeden i ponad godzinę krócej, a to już coś...
Zatem jutro bladym świtem w Polskę idę. Do Umarlaków. Jestem już spakowana.
Dziura w moście
Pokrzyżowała mi plany. Wstaję rano, włażę na e-poznań i co ja paczę?? Moja droga do Heimatu zamknięta, bo most dupnął.
Nosz...
Wymęczyłam Sikorę i zadzwoniła do gościa i okazuje się, że dojechać dojechał, ale jest objazd i ma 35 min dluzej jazdę. To nawet jak dojadę, nie zdążę już na cmentarz, zrobić i z powrotem, albo się zarypię.
Więc przeproszę się z PKS i pojadę jutro, bladym świtem, właśnie tym objazdem (bo PKS nim jeździ, dlatego nie jeżdżę PKS). Zapłacę 16 zł drożej, ale jak coś, jak nie zdążę na powrotny PKS o 12.30, to mam jeszcze ten prywatny o 15.30...
A trasa pewno będzie zawalona, bo wszyscy muszą jechać objazdem.
Jak nie urok, to sraczka.
Do Wrocławia się umówiłam, ale pojadę innym pociągiem, droższym. Krócej, z Głównego, bo w mojej wiosce nie staje, ale... nie będę się nerwowała.
Polecę zatem po bilety.
Dlatego nie lubię wyjeżdżać w PL.
Lubię gdzieś pojechać, zwiedzić, nienawidzę jeżdżenia po PL.
A samolotem nie wszędzie można, do Wrocławia nie dolecę :(
No i to czekanie na lotniskach.
Nic, tylko się pochlastac tępym nożem albo Polsilverem ;)
Nosz...
Wymęczyłam Sikorę i zadzwoniła do gościa i okazuje się, że dojechać dojechał, ale jest objazd i ma 35 min dluzej jazdę. To nawet jak dojadę, nie zdążę już na cmentarz, zrobić i z powrotem, albo się zarypię.
Więc przeproszę się z PKS i pojadę jutro, bladym świtem, właśnie tym objazdem (bo PKS nim jeździ, dlatego nie jeżdżę PKS). Zapłacę 16 zł drożej, ale jak coś, jak nie zdążę na powrotny PKS o 12.30, to mam jeszcze ten prywatny o 15.30...
A trasa pewno będzie zawalona, bo wszyscy muszą jechać objazdem.
Jak nie urok, to sraczka.
Do Wrocławia się umówiłam, ale pojadę innym pociągiem, droższym. Krócej, z Głównego, bo w mojej wiosce nie staje, ale... nie będę się nerwowała.
Polecę zatem po bilety.
Dlatego nie lubię wyjeżdżać w PL.
Lubię gdzieś pojechać, zwiedzić, nienawidzę jeżdżenia po PL.
A samolotem nie wszędzie można, do Wrocławia nie dolecę :(
No i to czekanie na lotniskach.
Nic, tylko się pochlastac tępym nożem albo Polsilverem ;)
poniedziałek, 22 kwietnia 2013
Niech mnie ktoś zabije
Sikora miała rację. Pismo z ZUS. Ojaciepierdolę... Nie przeliczą mi świadczenia, bo: uwaga, uwaga, nie mają pisma od mojego pracodawcy z PIECZĄTKĄ i z zaznaczeniem, na jakie ubezpieczenia odprowadzał składki i czy nie chorowałam i nie byłam na bezpłatnym. Te wszystkie dane dostali w lutym, bo każdy zakład pracy wystawia to OBLIGATORYJNIE. Muszę dostarczyć do 6 maja (a gdzie długi weekend), albo mnie oleją i nie przeliczą. Sama nie wiem, czy męczyć kobiety w kadrach, czy nie...I do pracy bym musiała lecieć.
I piszą mi, że te 3 zł to zabrali w marcu, bo tak się należało, a od kwietnia płacą 3 zł więcej. Jestem TRZEŹWA i widzę, że w marcu dostałam 3 zł więcej, a w kwietniu 3 zł mniej. NA upartego mogę iść do ZUS i niech mi tłumaczą, jak krowie na rowie, ale... po co???
Nic dziwnego, że naszych emerytur nie ma...
Załamka, totalna załamka...
Idę gotować...
I piszą mi, że te 3 zł to zabrali w marcu, bo tak się należało, a od kwietnia płacą 3 zł więcej. Jestem TRZEŹWA i widzę, że w marcu dostałam 3 zł więcej, a w kwietniu 3 zł mniej. NA upartego mogę iść do ZUS i niech mi tłumaczą, jak krowie na rowie, ale... po co???
Nic dziwnego, że naszych emerytur nie ma...
Załamka, totalna załamka...
Idę gotować...
Heh
No heh.
PIT-y nie bolały, pieczątki zdobyte, w PKO też gładko poleciało, choc nie było tej uprzejmej urzędniczki, ale ta co była, była OK.
Zadowolona pojechałam do Decathlona na Franowo, bo miałam stamtąd bezpośredni tramwaj, a to jakieś 20 minut jazdy.
Nie lubię Decathlona, wielka hala i pierdyliard półek bez ładu i składu, śmierdzi chemią, bo większość tych zdrowych sportowych rzeczy robią małe chińskie rączki.
Szukam butów, a że wciąż mi kalkulator w głowie trzaska, że wyjazdy, że remont, że coś tam, coś tam, że z rozprawą nie wiadomo, to z lekką pogardą paczę na buty od 300 zł w górę. Takie sobie kupiłam za pierwszym razem i co?? Po 2 sezonach pięty wytarte, a zakładam jak należy - z łyżką, choć mnie Inżynier wyśmiewa. Niby mogę reklamować, bo 2 lata gwarancji, ale... właśnie mijają te 2 lata, a jak mam jechać i udawadniać, że palcem nie wyskubałam dziury??? Nie, wolę kupić nowe buty. No i znalazłam, cena nawet ten teges 99 zł. Ale... jak na chińskie nóżki, wejść bez łyżki nie chce. Gonię po markecie, męczę faceta, a on: zaraz pani łyżkę podam. Czekam 10 minut i nic. A buty sraczkowate były, bo czarne z róziowym ojapierdolę, po oczach je...chało. Ale przecież to do łażenia... No nic, wkurzyłam się i paczę, stoją takie po 59,99. Przymierzam: miękkie, leżą jak ulał, włażą gladko bez łyżki. To sobie myślę: kupię, na następny sezon kupię nowe za tę kasę. I łażę dalej, bo szukam plecaczka i stópek na kijki. Wpadam na tego samego faceta, chce zapytać o stópki, a ten z obłędem w oczach, że już mi łyżkę daje. Podziękowałam za łyżkę i po długim krążeniu udało mi się stópki znaleźć. I co?? Jajco!!! Jesienią dałam w innym sklepie 25,99 za jedną parę stópek, a tu za jedną zaśpiewali 12,99, czyli o połowę mniej!!!! Ta za 25,99 starła się przez jesień i te parę razy po Nowym Roku!!! Fuck... No co mam rzec, oprócz brzydkiego słowa???
Plecaczek znalazłam, taki jak chciałam za 19,99. Miałam taki za 10 zł z chińskiego marketu i mu się... szelki pociły, zawsze miałam mokre, a i drzeć się zaczyna, więc boję się, że zgubię klucze. Jak się bawić, to się bawić, czapkę sprzedać, pas zastawić. Zatem nie było źle. Buty okazały się superwygodne, ani jednego bąbla. Mają jeden feler: sa białe, z turkusem, więc... niedługo będą cieszyły oko, ale nie mają cieszyć, tylko pozwalać na latanie.
A w domu: awizo, więc nerwy mam w strzępach. Po kijkach wleciałam do fryzjera, stamtąd na pocztę, ale listowy jeszcze nie wrócił, więc polecę jeszcze raz. W sumie mam już dziś 14 tys, kroków za sobą, 5 mil, czyli 8 km i 524 kcal spalone :D Żebym jeszcze chudła do tego, byłoby super. Ale kubańska dupa nieustannie rośnie na tych wysiłkach, a co.
I sprawdzałam pociągi do Wrocławia. Jako że remontują trasę, chciałam się zorientować, jak to będzie wyglądało, bo pociągi ponoć jeżdżą po jednym torze. Na mojej stacyjce: pociąg do Wrocławia z jedną przesiadką odjeżdża o 9.51, pociąg do Wrocławia bez przesiadki też o 9.51. Ojapierdolę. Lecę na stację, ale kasjerka jeszcze bardziej niekumata, jak ja. No więc pojadę chyba na chybił trafił, albo dojadę, albo wyląduję w Kościanie (dla niewtajemniczonych, spoza Wielkopolski - takie hmm... Tworki tam są ;). Ale jeszcze nie wiem, kiedy pojadę, a z Umarlakami łamię się: jutro?? pojutrze??
Zobaczymy, czy ten list mnie dobije i...
Co za dużo, to niezdrowo...
PIT-y nie bolały, pieczątki zdobyte, w PKO też gładko poleciało, choc nie było tej uprzejmej urzędniczki, ale ta co była, była OK.
Zadowolona pojechałam do Decathlona na Franowo, bo miałam stamtąd bezpośredni tramwaj, a to jakieś 20 minut jazdy.
Nie lubię Decathlona, wielka hala i pierdyliard półek bez ładu i składu, śmierdzi chemią, bo większość tych zdrowych sportowych rzeczy robią małe chińskie rączki.
Szukam butów, a że wciąż mi kalkulator w głowie trzaska, że wyjazdy, że remont, że coś tam, coś tam, że z rozprawą nie wiadomo, to z lekką pogardą paczę na buty od 300 zł w górę. Takie sobie kupiłam za pierwszym razem i co?? Po 2 sezonach pięty wytarte, a zakładam jak należy - z łyżką, choć mnie Inżynier wyśmiewa. Niby mogę reklamować, bo 2 lata gwarancji, ale... właśnie mijają te 2 lata, a jak mam jechać i udawadniać, że palcem nie wyskubałam dziury??? Nie, wolę kupić nowe buty. No i znalazłam, cena nawet ten teges 99 zł. Ale... jak na chińskie nóżki, wejść bez łyżki nie chce. Gonię po markecie, męczę faceta, a on: zaraz pani łyżkę podam. Czekam 10 minut i nic. A buty sraczkowate były, bo czarne z róziowym ojapierdolę, po oczach je...chało. Ale przecież to do łażenia... No nic, wkurzyłam się i paczę, stoją takie po 59,99. Przymierzam: miękkie, leżą jak ulał, włażą gladko bez łyżki. To sobie myślę: kupię, na następny sezon kupię nowe za tę kasę. I łażę dalej, bo szukam plecaczka i stópek na kijki. Wpadam na tego samego faceta, chce zapytać o stópki, a ten z obłędem w oczach, że już mi łyżkę daje. Podziękowałam za łyżkę i po długim krążeniu udało mi się stópki znaleźć. I co?? Jajco!!! Jesienią dałam w innym sklepie 25,99 za jedną parę stópek, a tu za jedną zaśpiewali 12,99, czyli o połowę mniej!!!! Ta za 25,99 starła się przez jesień i te parę razy po Nowym Roku!!! Fuck... No co mam rzec, oprócz brzydkiego słowa???
Plecaczek znalazłam, taki jak chciałam za 19,99. Miałam taki za 10 zł z chińskiego marketu i mu się... szelki pociły, zawsze miałam mokre, a i drzeć się zaczyna, więc boję się, że zgubię klucze. Jak się bawić, to się bawić, czapkę sprzedać, pas zastawić. Zatem nie było źle. Buty okazały się superwygodne, ani jednego bąbla. Mają jeden feler: sa białe, z turkusem, więc... niedługo będą cieszyły oko, ale nie mają cieszyć, tylko pozwalać na latanie.
A w domu: awizo, więc nerwy mam w strzępach. Po kijkach wleciałam do fryzjera, stamtąd na pocztę, ale listowy jeszcze nie wrócił, więc polecę jeszcze raz. W sumie mam już dziś 14 tys, kroków za sobą, 5 mil, czyli 8 km i 524 kcal spalone :D Żebym jeszcze chudła do tego, byłoby super. Ale kubańska dupa nieustannie rośnie na tych wysiłkach, a co.
I sprawdzałam pociągi do Wrocławia. Jako że remontują trasę, chciałam się zorientować, jak to będzie wyglądało, bo pociągi ponoć jeżdżą po jednym torze. Na mojej stacyjce: pociąg do Wrocławia z jedną przesiadką odjeżdża o 9.51, pociąg do Wrocławia bez przesiadki też o 9.51. Ojapierdolę. Lecę na stację, ale kasjerka jeszcze bardziej niekumata, jak ja. No więc pojadę chyba na chybił trafił, albo dojadę, albo wyląduję w Kościanie (dla niewtajemniczonych, spoza Wielkopolski - takie hmm... Tworki tam są ;). Ale jeszcze nie wiem, kiedy pojadę, a z Umarlakami łamię się: jutro?? pojutrze??
Zobaczymy, czy ten list mnie dobije i...
Co za dużo, to niezdrowo...
niedziela, 21 kwietnia 2013
Inwalida
Nie zakleiłam wczoraj pięty plastrem i okropnie obtarłam sobie prawą nogę. Prawie do kości :| Obudziłam się rano z bólem, i choć pocieszałam się, że jak boli, to jeszcze nie umarłam, okazało się, że butów nie założę... Z kijków więc nici, przynajmniej dopóki nie kupię sobie nowych, bo to właśnie kijkowe mi tak nogę rozwaliły, na pięcie wytarła się poszewka, czego nie zauważyłam. A nie chcę chodzić w zwykłych butach, bo dosyć mam kłopotów. Tym razem chyba nie kupię markowych, ale muszą być wygodne.
Takim cudem więc, żeby w domu nie gnić pojechałam ze świeczuszką, tradycyjnie do wujka, a następnie przeleciałam się.
I czołgi jechały, ale zanim wyciągnęłam aparat z torebki i z futerału, to już do Berlina pewnie dojeżdżały. Trudno. Dni Ułana dziś obchodzono w Poznaniu, ale się nie załapałam, a na Cytadelę nie chciało mi się wlec, bo nie wiedziałam, ile noga wytrzyma. W mieście mogę wsiąść do bimby byle jakiej, a na Cytadeli wszędzie z buta trzeba. No nic...
Wiochę opanowały...
Leżą na środku chodnika i nawet nie podfruną, jak ktoś przechodzi. Jak ja ich nie cierpię i nie boję się żadnego TOZ... I żadnych miłośniczek zwierzątek :D
A wiosna zrobiła się już wiosenna, niebo wypucowane...
Tylko w Alejach Marcinkowskiego wciąż zwiędłe liście na drzewach są i ani śladu pąków!!! Wiał dziś wiatr i momentami szłam w liściowej zadymce.
Jeden koniec Alei zamyka
takie cuś, a drugiego strzeże Golem i fontanna z delfinkami
a na cembrowinie warują
w morzu tulipanów, ale jeszcze nie zakwitnęły...
Znad dachu Muzeum Narodowego straszy wieża Zamku Gargamela...
A pieścichłopy rosną na zaliścionym trawniku...
Poszłabym tam na obiad, ale... nie mam z kim, a sama nie lubię :(
I po drodze zauroczył mnie ten dach, wygląda jak twarz, nieprawdaż?? Jak przymrużone oczy...
Tyle słonca w całym mieście.
I kolejna knajpka, do której chętnie bym wlazła :( Jeszcze jedna jest na Świętym Marcinie, ale tam mnie dziś nie zaniosło.
A juterko od rana latanie: pitu-pitu i PKO.
Pora się ogarnąć :D :)
Takim cudem więc, żeby w domu nie gnić pojechałam ze świeczuszką, tradycyjnie do wujka, a następnie przeleciałam się.
I czołgi jechały, ale zanim wyciągnęłam aparat z torebki i z futerału, to już do Berlina pewnie dojeżdżały. Trudno. Dni Ułana dziś obchodzono w Poznaniu, ale się nie załapałam, a na Cytadelę nie chciało mi się wlec, bo nie wiedziałam, ile noga wytrzyma. W mieście mogę wsiąść do bimby byle jakiej, a na Cytadeli wszędzie z buta trzeba. No nic...
Wiochę opanowały...
Leżą na środku chodnika i nawet nie podfruną, jak ktoś przechodzi. Jak ja ich nie cierpię i nie boję się żadnego TOZ... I żadnych miłośniczek zwierzątek :D
A wiosna zrobiła się już wiosenna, niebo wypucowane...
Tylko w Alejach Marcinkowskiego wciąż zwiędłe liście na drzewach są i ani śladu pąków!!! Wiał dziś wiatr i momentami szłam w liściowej zadymce.
Jeden koniec Alei zamyka
takie cuś, a drugiego strzeże Golem i fontanna z delfinkami
a na cembrowinie warują
w morzu tulipanów, ale jeszcze nie zakwitnęły...
Znad dachu Muzeum Narodowego straszy wieża Zamku Gargamela...
A pieścichłopy rosną na zaliścionym trawniku...
Poszłabym tam na obiad, ale... nie mam z kim, a sama nie lubię :(
I po drodze zauroczył mnie ten dach, wygląda jak twarz, nieprawdaż?? Jak przymrużone oczy...
Tyle słonca w całym mieście.
I kolejna knajpka, do której chętnie bym wlazła :( Jeszcze jedna jest na Świętym Marcinie, ale tam mnie dziś nie zaniosło.
A juterko od rana latanie: pitu-pitu i PKO.
Pora się ogarnąć :D :)
sobota, 20 kwietnia 2013
Rolling again
Na Manhattanie widać już wiosnę, nowalijki są wszędzie, ale... wiadomo, chemii w tym więcej niż witamin, więc na spokojnie.
Zrobiłam zakupy i zaraz poleciałam na kijki, na Dębinę, of course, bo w domu kurz tonami się nagromadził, co w słońcu, niestety, dobrze widać.
Na Dębinie jeszcze tak do końca wiosny nie czuć, szaro i buro na razie, ale...
... jest nadzieja...
i trawka już ładnie zielona jest...
ludzie jogę ćwiczą czy inne tai chi, z kijkami też sporo osób łazi.
Poprzycinałam winobluszcz, delikatnie, powinnam ciąć ostro, ale mi szkoda. Zobaczymy, czy założą okna mimo winobluszczu, czy każą ciąć...
Ugotowałam obiad (wyszło na dwa dni co najmniej, jak nie na 3), ogarnęłam chaupkę, pogadałam z Inżynierem, a i Baran mignął w tle, ale zmarnowany jest, że ojapierdolę :) Pewno za dużo seksu ;)
Słonko moje ma dziś imieniny, prezent dotarł wczoraj, z czego bardzo się cieszę :D Szkoda, że nie cyknęłam sweet foci, zagapiłam się. Posłałam jej malowany na liściu topoli krajobraz zimowy, oni tam w Irlandii tęsknią za prawdziwą zima, a tu na topolowym listku scenka rodzajowa - kościółek i śnieżne zaspy :D I kartką utrafiłam, ale nie mogło być inaczej - wlazłam, a kartka skacze na półce i wrzeszczy: jestem dla Słonka, personalnie... Przewaliłam 10 półek, ale i tak te kartkę kupiłam, bo one już tak mają: wrzeszczą, dla kogo są... :)
I Kot wrócił, co mnie niezmiernie ucieszyło, bo myślałam, że po spotkaniu ze mną nabrała odrazy do neta... Ale nie, z czego się bardzo cieszę i widzę, że nie jestem taka najgorsza...
Jutro sobie odpocznę, ale tydzień zacznie się ostro, trzeba wziąć się za załatwianie, a i do Umarlaków skoczę. I Wrocław, krasnoludki grożą, że uciekną i żadnego nie znajdę.
Więc nie będzie czasu na rozczulanie się nad sobą.
Sikora uszykowała już punkt obserwacyjny, skąd można oglądać spadające gwiazdy, a że mam w ajfoniku aplikację, która pokazuje, co jest na niebie, to nie mogę się doczekać... Kujawy zatem też kuszą...
I kiedy tu znaleźć czas na pracę?? :)
Wypiłam Inżynierowi piwo, które zostawił, a które dostał w prezencie od Dziewczyny. I dziś mu tłumaczę, że do czerwca miało datę przydatności (bo miało, mam fotki, sprzątałam lodówkę, a wtedy sprawdzam na wszystkim daty). A on na to: mówiłem mamie, żeby wypiła. Nie dosłyszałam :O Jak ja nie dosłyszę, że mam pić, to się starzeję :D A może trzeba nowe aparaty kupić?? :)
Dziś wieczór dotrzymuje mi towarzystwa
And when you wake up it's a new mornin'
The sun is shinin' it's a new morning
You're goin'
You're goin' home.
Boli...
Zrobiłam zakupy i zaraz poleciałam na kijki, na Dębinę, of course, bo w domu kurz tonami się nagromadził, co w słońcu, niestety, dobrze widać.
Na Dębinie jeszcze tak do końca wiosny nie czuć, szaro i buro na razie, ale...
... jest nadzieja...
i trawka już ładnie zielona jest...
ludzie jogę ćwiczą czy inne tai chi, z kijkami też sporo osób łazi.
Poprzycinałam winobluszcz, delikatnie, powinnam ciąć ostro, ale mi szkoda. Zobaczymy, czy założą okna mimo winobluszczu, czy każą ciąć...
Ugotowałam obiad (wyszło na dwa dni co najmniej, jak nie na 3), ogarnęłam chaupkę, pogadałam z Inżynierem, a i Baran mignął w tle, ale zmarnowany jest, że ojapierdolę :) Pewno za dużo seksu ;)
Słonko moje ma dziś imieniny, prezent dotarł wczoraj, z czego bardzo się cieszę :D Szkoda, że nie cyknęłam sweet foci, zagapiłam się. Posłałam jej malowany na liściu topoli krajobraz zimowy, oni tam w Irlandii tęsknią za prawdziwą zima, a tu na topolowym listku scenka rodzajowa - kościółek i śnieżne zaspy :D I kartką utrafiłam, ale nie mogło być inaczej - wlazłam, a kartka skacze na półce i wrzeszczy: jestem dla Słonka, personalnie... Przewaliłam 10 półek, ale i tak te kartkę kupiłam, bo one już tak mają: wrzeszczą, dla kogo są... :)
I Kot wrócił, co mnie niezmiernie ucieszyło, bo myślałam, że po spotkaniu ze mną nabrała odrazy do neta... Ale nie, z czego się bardzo cieszę i widzę, że nie jestem taka najgorsza...
Jutro sobie odpocznę, ale tydzień zacznie się ostro, trzeba wziąć się za załatwianie, a i do Umarlaków skoczę. I Wrocław, krasnoludki grożą, że uciekną i żadnego nie znajdę.
Więc nie będzie czasu na rozczulanie się nad sobą.
Sikora uszykowała już punkt obserwacyjny, skąd można oglądać spadające gwiazdy, a że mam w ajfoniku aplikację, która pokazuje, co jest na niebie, to nie mogę się doczekać... Kujawy zatem też kuszą...
I kiedy tu znaleźć czas na pracę?? :)
Wypiłam Inżynierowi piwo, które zostawił, a które dostał w prezencie od Dziewczyny. I dziś mu tłumaczę, że do czerwca miało datę przydatności (bo miało, mam fotki, sprzątałam lodówkę, a wtedy sprawdzam na wszystkim daty). A on na to: mówiłem mamie, żeby wypiła. Nie dosłyszałam :O Jak ja nie dosłyszę, że mam pić, to się starzeję :D A może trzeba nowe aparaty kupić?? :)
Dziś wieczór dotrzymuje mi towarzystwa
And when you wake up it's a new mornin'
The sun is shinin' it's a new morning
You're goin'
You're goin' home.
Boli...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)