migusiem parę dni przeleciało, nie wiadomo kiedy, Kochany Pamiętniczku, mam wrażenie, że na starość czas przyspiesza i nie hamuje już na zakrętach.
A mógłby troszkę przystopować, bo wciąż go mniej i mniej.
Powoli pozbierałam się do kupki, choć nie do końca, znów wróciły myśli, że przecież trzeba jak najwięcej uporządkować, bo kiedy te biedne dzieci to wszystko ogarną?
Ja po swoich Umarlakach niewiele miałam do ogarniania w sumie. Mama zmarła, ale to nic nie zmieniło w ogarnianiu, bo ojciec żył. Inna para kaloszy, że przesrał wszystko, jedyne, co udało mi się ocalić, to mamina biżuteria (bo wzięłam do Poznania) i łyżeczki (a, takie kultowe, filigranowe, do porcelanowych filiżanek, w sumie bardziej do podziwiania niż praktyczne, moje dzieci się nimi w ogóle nie zainteresowały, moje synowe to nie ta klasa - nie mam nic złego na myśli, po prostu nie znają takich wynalazków, na widok widelczyków do ciasta pytały po co takie małe widelce są, więc tematu widelczyków do śledzi już nie drążę, bo po co?). A ile awantur było o to, że ojca okradłam (czytaj: nie dałam sprzedać na wódkę, mamy siostra mnie za to do końca życia błogosławiła). Po śmierci ojca niewiele zostało - nie mieliśmy domu, wciąż psim swędem zajmował służbowe mieszkanie mamy, gdy zmarł, ponieważ ani ja, ani brat nie mieszkaliśmy już w R. (on zresztą też od lat tam nie mieszkał), kazano nam je opróżnić. Ponieważ ja miałam na głowie dwójkę maleńtasów i chorego męża, likwidowaniem mieszkania zajął się brat, za co byłam mu wdzięczna. Dostałam meble z lat 60. (szafę mam do dziś), brat mieszkał w wynajmowanym mieszkaniu, więc nie miał gdzie ich wstawić, stół i łóżka poszły na przechowanie do szwagra i tam przepadły jak sen złoty, krzesła w piwnicy zgniły, bo nie miałam gdzie wstawić 12 krzeseł... Trochę skorup, albumy i tyle... Po ojcu nie zostało ani grosza, a zarabiał nieźle. Nawet nie miałam wtedy głowy do drążenia kwestii finansowych, może i tam coś było, dla mnie szczęściem było, że pochowaliśmy go spokojnie, choć spokojnie nie zmarł.
Brat. Odebrał sobie życie. Chowałam, nie wiedząc, czy cokolwiek dostanę, ale przecież to był mój brat. Po jego śmierci choroba Inżyniera, a gospodyni wyrzuciła jego rzeczy na śmietnik, bo... nie przyszłam pokoju sprzątać. Mając umierające dziecko na OiOM dzień po pogrzebie miałam głowę do sprzątania. Zresztą - miał zepsuty telewizor i swoje ubrania. Papiery, albumy, zdjęcia przyniósł do mnie w kartonie dzień przed samobójstwem - lata trwało, zanim je otworzyłam. I po 10 latach jak grom z jasnego nieba: komornik z żądaniem 8 tysięcy za kredyt ze SKOK, o którym zielonego pojęcia nie miałam, bo skąd, wiedziałam, że ma długów więcej jak włosów na głowie, ale że żadnego spadku nie było, myślałam, że jestem bezpieczna. Nieznajomość prawa jednak szkodzi... O mało na zawał nie zeszłam, adwokat, wygrałam, no cóż...
Mamy siostra - bezdzietna była, nasza relacja była bardzo skomplikowana, ale ciociu - dotrzymuję słowa, a i Inżynier wciąż twe nauki pamięta. Mieszkanie zlikwidowane błyskawicznie, long story. Paru rzeczy stamtąd żałuję, ale też nie byłam w stanie przenieść wszystkiego tu. Pieniądze zapisała mi jeszcze, gdy byłam na studiach - kazała mi przyjechać, pojechałyśmy do O. do banku, założyła konto na moje nazwisko, z pełnomocnictwem dla siebie. Ja przez lata się nim nie interesowałam, bo co mi, nie moje pieniądze. Zapomniałam o tym zupełnie. Po Jej śmierci w szafie z papierami książeczka na moje nazwisko - proste, łatwe, przyjemnie, nawet aktu zgonu i testamentu nie musiałam pokazywać. Nie, żeby mi ta kasa radość przyniosła, nie. Po prostu bezproblemowo.
Eks. Było, jak było. Wiem, że dzieci są skrzywdzone, ale dzieci mają to w dupie, mam i ja. Spokojne życie ma swoją cenę. Nie pluję na lusterko i śpię spokojnie.
No, moja kolej. Inżynier już kiedyś mówił: zostawić polecenia, gdzie co. Zabieram się jak zając do jeża. Że płatności, że homoniewiadomo. No cóż. Wszystko mam elektronicznie, ubezpieczenia i inne są w biurku i w skrzynce. Fakt, że będzie trzeba przekładać, ale wszystko jest w jednym miejscu.
Testamentu nie piszę, pierdolę, albo się podzielą, albo będą się tłuc. Znając ich, tłuc się nie będą, nigdy się o nic nie tłukli, choć nie do końca się ze sobą zgadzają. Niech każdy weźmie, co będzie chciał, wiem, że rzeczy, które kręcą Pierworodnego, nie ruszają Inżyniera, więc się nie pozabijają. Co nie będą chcieli, mają sprzedać. I tak zdaję sobie sprawę z tego, że to, co dla mnie jest cenne - dla nich jest niczym.
Chociaż jak wspomniałam, że chcę listy z obozu dać do muzeum, Inżynier się oburzył, że jak to, to jego historia. Że nie.
Więc na dwoje babka wróżyła, ale to już nie moje zmartwienie będzie. Cieszę się, że coś im materialnie zostawię, choć oczywiście nie mam zamiaru lecieć do urenki migusiem, ale to już nie moja gestia, co ma być, będzie.
We wtorek na kijki poleciałam, przez paskudnego Barana. Bo podesłał mi muzykę w 8D (proszę sobie pogooglać) i nie wytrzymałam. Pierdoliłam pandemię i aparaty, słuchawki założyłam, a jakże i nie żałując gigabajtów, rozdziewiczyłam ajfonika i słuchawki i poleciałam :) Pierwszy raz od marca bez aparatów i w słuchawkach. Z rozdziewiczonym ajfonem, porno level hard :)
Byłam w euforii i ekstazie, orgazm miałam, ale STEP powiedział mi, że niecałe 4 tysiące kroków. WTF? Tyle robię leząc do marketu i na Manhattan, a tu taki kawał lezę i tylko tyle? Musi STEP spsuty jest, ale Endomondo wyłączają 31 grudnia (nienawidzę zmian)...
No nic...
Chałupka wzbogaciła się od soboty w
będzie i trzeci kwiatek, a i storczyk znów zakwitnie :) Nice :)
W środę gotowa na kijki patrzę: słońce, ale we mgle. Apka i: 267% normy pyłu zawieszonego... Mam maskę przeciwsmogową, ale... Nie... Wygrała opcja porządkowania życia na wsjakij słuczaj :)
A że w szufladach ze sztućcami panował już nierasowy bajzel, a i platery zarosły, zatem... Siarkowodorru naprodukowałam, ale pomna ostatniego razu, kiedy o mało się na tamten świat nie wysłałam, wietrzyłam, siarkowodór produkując. Andrzej Krowarsch czuwał :)
Inżynier, który wpadł wieczorem jak po ogień, na widok szuflady oniemiał i go zatkało. Sprzątając inne szuflady wyrzuciłam z bólem serca ręczną trzepaczkę-mikser, którą dostałam od teściowej jeszcze, a którą ostatni raz używałam jakieś 20 lat temu. Mam mikser elektryczny, blender... Kiełkownicę wyrzuciłam, używałam jej jakieś 5 lat temu ostatnio i nasiona nie rosły rewelacyjnie. Nie wyrzuciłam pierdół z rodzinnego domu, choć po mojej śmierci i tak pójdą do śmietnika.
Nie wyrzuciłam
skrobaczki. Antyk. Plastik z czasów, kiedy nie było plastiku. Po mamie, pewno jakaś zdobycz wojenna albo z szabru (ojca brat, milicjant notabene, szabrował na Ziemiach Odzyskanych) - wtedy mnie nie interesowało pochodzenie tego, obecnie nie dojdę :) Mama zawsze wygarniała tym ciasto, potem ja to robiłam, co widać, bo startych obrzeżach. Reklama wskazuje na jakąś firmę w Berlinie - może powinnam drążyć temat - ale jakoś nie mam zapału.
Gdybym znała niemiecki, może drążyłabym, ale tak? (Chociaż coś mi świta i swędzi, maybe yes, maybe no, zobaczymy.)
Pozostałe szuflady uporządkowałam w miarę i... woreczków i worków foliowych mam na jakiś rok chyba, a i papieru i torebek śniadaniowych full (kłania się home office, nie robię śniadań).
Z szafki, do której dostaję się z trudem i na kolanach (brak mądrego doradcy i brak wyobraźni przestrzennej u mnie) wywaliłam puste butelki po Shapphire Bombay, VAT 69, Jack Daniels. Shapphire przywiozłam z pierwszej wizyty u Pierworodnego, jak wywiał (rok na nią czekałam), VAT już nie pamiętam, pewno z Inżynierem obaliłam, a Jasia kupiłam Inżynierowi, leżał długo, odkręcił, wpadając przelotem do domu po obronie pracy, nalał, bez niczego, bo nic nie było i... wypiliśmy :) I tak jak zawsze kręciłam nosem na whisky, mówiąc, że smakuje jak palona opona, ta smakowała niebiańsko i odtąd lubię whisky :) No dobra, ale puste butelki skitrane w kuchennej szafce? Co one powiedzą tym, którzy te szafki będą potem sprzątać? Że byłam alkoholiczką z wyższej półki? I co, postawią je na honorowym miejscu, bo to zostało po mamie, po babci? Że kiedyś to będzie kultowe? Nie wiadomo, nie wiadomo, czy przetrwa ten świat, bo topnieją lody, budzą się nieznane bakterie i wirusy, świat pędzi jak szalony, idzie technologia 4.0, a ja... pamiętam kocie łby, traktory na żelaznych obręczach, a oblatana jestem w maszynach, które same pracują na polach, sterowane z komputera...
Świat zwariował, czy ja?
Coraz bardziej bolą mnie stawy i kości. I nie, to nie żaden koronawirus czy grypa, to zwykły reumatyzm, zwyrodnieniowe zapalenie - coś, co zabrało moją mamę.
Walczę, do lekarza nie pójdę, byłam lata temu, na widok kolejki u reumatologa, mimo że byłam zapisana na godzinę czekało mnie 5 godzin kiblowania na korytarzu - ozdrowiałam :) To było jeszcze w firmie na T., skoro przeżyłam bez leczenia 10 lat, to może i tym razem los się do mnie uśmiechnie, a jak nie, to trudno :)
Inżynier zaprosił na Wigilię, z troską, czy nie złapię coś od Alienka, ale z tego powodu mają zamiar odciąć kwarantannowo Alienka od przedszkola, coby babci nie wykończył. Odpowiedziałam, że nie mam takich obaw, w końcu wykończyć może mnie wszystko, nawet wyjście do sklepu. Ale... Jednak inne podejście, prawdaż?
No nic, to jeszcze prawie miesiąc, po drodze styczniowy numer, dziś się dowiedziałam, że a jakże, wkładka, ale..
Zaczynam pracę 1 grudnia, a już za nią tęsknię.
Baran na wieść, że mam wolne napisał: ooo ty i wolne? Zatkało go, biednego :) A 8D polecam, jest na YT :)
A u mnie już
Nie licząc światełek. W tym roku nawet choinka będzie wcześniej, bo tak. Bo trzeba się cieszyć każdą sekundą, nawet jak kurewsko boli...
Nic nie boli tak jak życie, nic nie boli nie...