[go: up one dir, main page]

niedziela, 29 listopada 2020

I koniec

 niepracowania, Kochany Pamiętniczku.

Sobota piękna była, słoneczna


gniazdo ptaka kamikadze wypatrzyłam...
... jemiołę w sam raz do całowania... A tak w rozmowie z Inżynierem wyszło znienacka, że podobam się jego koledze, który do rodzinnej Szkocji wrócił, kiltu wprawdzie nie nosi, ale może da się namówić, rudy jest. Żony nie ma. Już widziałam te namiętne pocałunki pod jemiołą, ale... Smarkacz z niego, ledwo 50 skończył, co ja bym z nim robiła? :) A rozmowa długa była, Łobuzy były systematycznie pacyfikowane, w końcu zdenerwowany ojciec słuchawki założył, ale że słuchawki do grania, to wszystkim się zdawało, że to Wojski gra jeszcze, a to echo grało :)
I jaka symbioza po drodze - krzaczek posadzony w płotku, a obok niego samosiejka, jaka żądna życia i przestrzeni, przycupnęła :)




I moje widoki z okna, a w zasadzie z okien, nie chciało mi się wyciągać aparatu, telefonem jest jak jest, ale widok bajeczny.

I tak jak dziś wszyscy się chwalą śniegiem, szczęśliwa jestem, że tego białego gówna u nas nie ma. I niech tak zostanie.

Za to znów mam kłopoty ze spaniem, ale jest pełnia, więc zagadka rozwiązana. Niebo dziś czyste, w kuchni i w małym pokoju czytać można bez światła, nic dziwnego, że wczoraj mimo że męczyłam Virgin River do 2 nocy zasnąć nie mogłam.

I wieczorna pogawędka z Małgorzatką. Muszę kombinować ze Skype, moje Skype ma nieźle nasrane, ale dałam sobie radę...

Pomijając popierdoloną sytuację w kraju - gdzie indziej też nie lepiej - jest cudnie. Jest cudnie i już :) Pierogi są przepyszne, aczkolwiek mogłyby być ciut mniej słone. Resztę się ogarnie, powolutku. 

Choć już życia, psiamać, popołudnie, ale je nie wieczór :)

piątek, 27 listopada 2020

Noc

 ciężka była, Kochany Pamiętniczku. Niby szybko zasnęłam i spałam, ale... Całą noc w moim śnie buszował Alienek. Z natury Łobuz pospolity, co nie zmienia faktu. że kochany, ale w tym śnie przeszedł sam siebie :D Rozrabiał jak pijany zając w kapuście, a wstałam tak wymęczona, jakbym dwie tony węgla do piwnicy wrzuciła. No cóż :)

Zatem nieco rozbita polazłam po zakupy, bo chleb się skończył. Chleba nie dostałam, bo pani mówiła, że z okazji andrzejek ludzie pączki kupują i chleb wykupili. No ba, na moje oko to andrzejki są 30 listopada, ale co ja tam wiem :) Za moich czasów zawsze 30 była potańcówka, kiedyś się tak złożyło, że moja buda miała szlaban, trójka rodzicielska z dyrem zrobiła rajd po wiochach i była armageddon, a u nas w R. andrzejki odbyły się wyjątkowo dzień wcześniej i nam się upiekło. Mniejsza z większym, na paczka nie miałam nastroju, w zamrażalniku mam chleb, więc odpuściłam.Pierogi kupiłam, firmy "Nie śpimy, lepimy", wypróbuję w tygodniu, jak będą OK to kupię na wigilie. Powiedziałam, że chcę coś przynieść, a pierogów lepiła nie będę, nie mam takiej opcji wdrukowanej :)

Po karpia wleciałam, a że akurat był eksterminowany, zamówiłam płat i poleciałam dalej :) Staruchy na łeb dostały, pewno już za długo siedzą w domach i tak jak zawsze w tych godzinach był luz i hasta manana, tak dzisiaj w sklepach było tarło :| Znaczy się staruch o starucha się tarł... Aż iskry szły. Pod rybnym w kolejce postałam 10 minut, zaczęłam się martwić o pierogi, niepotrzebnie, wytrzymały :) Karpik na obiadek był, ale zjadłam tylko pół płata, a kiedyś mogłam całego karpia wciągnąć. Starość, kurwa, starość, jem mniej a dupa rośnie i szumi.

Bolsa kupiłam, bo wpadłam na genialny pomysł zrobienia nalewki cytrusowej (ja, która nigdy nalewek nie robię) i okazało się, że jeden bols to za mało. Poleciałam do piątki, a tam tylko czarny bols, przepłaciłam aż miło, więc pożałowałam, stwierdziłam, że schowam na prezent jak coś, soplicę zanabyłam, ale i to za mało wódki jest :P


Kapinkę odlałam i o rety, jakie dobre, chociaż jeszcze się nie przegryzło. Więc mam jutro motywację po jeszcze jedną wódkę, ale to już do Biedronki, bo inaczej zbankrutuję :) Jeżu kolczasty, ostatni raz piłam mocny alkohol w marcu, gdy Inżynier u mnie kiblował :) I pożałowałam, że butelki pamiątkowe wczoraj na śmietnik wyniosłam, bo przecież w coś te nalewki przelać muszę. Zawsze tak mam, jak coś z domu wywalę, nawet ręcznego miksera od teściowej pożałowałam, bo jak prądu nie będzie...

Idiotka :)

Zakwas na barszcz mam, ale chyba nie dostoi do świąt, zrobię nowy. Buraczki pracowicie utarłam, zamroziłam (bo słoika takiego wielkiego na nalewkę już nie miałam). I tak mi kuchennie dzień minął. Rano, robiąc zakupy załapałam się na pełnię słońca, potem znów zrobiło się szaroburo... Trochę pracy wleciało, ale tak, że rękawów sobie nie wyrwałam, no, poczułam się dowartościowana.

Na jutro nie mam planów, wszystko ogarnięte, nawet żarełko na parę dni...

Nie liczę godzin ni lat, to życie mija, nie ja...


czwartek, 26 listopada 2020

I znów

 migusiem parę dni przeleciało, nie wiadomo kiedy, Kochany Pamiętniczku, mam wrażenie, że na starość czas przyspiesza i nie hamuje już na zakrętach. 

A mógłby troszkę przystopować, bo wciąż go mniej i mniej.

Powoli pozbierałam się do kupki, choć nie do końca, znów wróciły myśli, że przecież trzeba jak najwięcej uporządkować, bo kiedy te biedne dzieci to wszystko ogarną?

Ja po swoich Umarlakach niewiele miałam do ogarniania w sumie. Mama zmarła, ale to nic nie zmieniło w ogarnianiu, bo ojciec żył. Inna para kaloszy, że przesrał wszystko, jedyne, co udało mi się ocalić, to mamina biżuteria (bo wzięłam do Poznania) i łyżeczki (a, takie kultowe, filigranowe, do porcelanowych filiżanek, w sumie bardziej do podziwiania niż praktyczne, moje dzieci się nimi w ogóle nie zainteresowały, moje synowe to nie ta klasa - nie mam nic złego na myśli, po prostu nie znają takich wynalazków, na widok widelczyków do ciasta pytały po co takie małe widelce są, więc tematu widelczyków do śledzi już nie drążę, bo po co?). A ile awantur było o to, że ojca okradłam (czytaj: nie dałam sprzedać na wódkę, mamy siostra mnie za to do końca życia błogosławiła). Po śmierci ojca niewiele zostało - nie mieliśmy domu, wciąż psim swędem zajmował służbowe mieszkanie mamy, gdy zmarł, ponieważ ani ja, ani brat nie mieszkaliśmy już w R. (on zresztą też od lat tam nie mieszkał), kazano nam je opróżnić. Ponieważ ja miałam na głowie dwójkę maleńtasów i chorego męża, likwidowaniem mieszkania zajął się brat, za co byłam mu wdzięczna. Dostałam meble z lat 60. (szafę mam do dziś), brat mieszkał w wynajmowanym mieszkaniu, więc nie miał gdzie ich wstawić, stół i łóżka poszły na przechowanie do szwagra i tam przepadły jak sen złoty, krzesła w piwnicy zgniły, bo nie miałam gdzie wstawić 12 krzeseł... Trochę skorup, albumy i tyle... Po ojcu nie zostało ani grosza, a zarabiał nieźle. Nawet nie miałam wtedy głowy do drążenia kwestii finansowych, może i tam coś było, dla mnie szczęściem było, że pochowaliśmy go spokojnie, choć spokojnie nie zmarł.
Brat. Odebrał sobie życie. Chowałam, nie wiedząc, czy cokolwiek dostanę, ale przecież to był mój brat. Po jego śmierci choroba Inżyniera, a gospodyni wyrzuciła jego rzeczy na śmietnik, bo... nie przyszłam pokoju sprzątać. Mając umierające dziecko na OiOM dzień po pogrzebie miałam głowę do sprzątania. Zresztą - miał zepsuty telewizor i swoje ubrania. Papiery, albumy, zdjęcia przyniósł do mnie w kartonie dzień przed samobójstwem - lata trwało, zanim je otworzyłam. I po 10 latach jak grom z jasnego nieba: komornik z żądaniem 8 tysięcy za kredyt ze SKOK, o którym zielonego pojęcia nie miałam, bo skąd, wiedziałam, że ma długów więcej jak włosów na głowie, ale że żadnego spadku nie było, myślałam, że jestem bezpieczna. Nieznajomość prawa jednak szkodzi... O mało na zawał nie zeszłam, adwokat, wygrałam, no cóż...

Mamy siostra - bezdzietna była, nasza relacja była bardzo skomplikowana, ale ciociu - dotrzymuję słowa, a i Inżynier wciąż twe nauki pamięta. Mieszkanie zlikwidowane błyskawicznie, long story. Paru rzeczy stamtąd żałuję, ale też nie byłam w stanie przenieść wszystkiego tu. Pieniądze zapisała mi jeszcze, gdy byłam na studiach - kazała mi przyjechać, pojechałyśmy do O. do banku, założyła konto na moje nazwisko, z pełnomocnictwem dla siebie. Ja przez lata się nim nie interesowałam, bo co mi, nie moje pieniądze. Zapomniałam o tym zupełnie. Po Jej śmierci w szafie z papierami książeczka na moje nazwisko - proste, łatwe, przyjemnie, nawet aktu zgonu i testamentu nie musiałam pokazywać. Nie, żeby mi ta kasa radość przyniosła, nie. Po prostu bezproblemowo.

Eks. Było, jak było. Wiem, że dzieci są skrzywdzone, ale dzieci mają to w dupie, mam i ja. Spokojne życie ma swoją cenę. Nie pluję na lusterko i śpię spokojnie.

No, moja kolej. Inżynier już kiedyś mówił: zostawić polecenia, gdzie co. Zabieram się jak zając do jeża. Że płatności, że homoniewiadomo. No cóż. Wszystko mam elektronicznie, ubezpieczenia i inne są w biurku i w skrzynce. Fakt, że będzie trzeba przekładać, ale wszystko jest w jednym miejscu.

Testamentu nie piszę, pierdolę, albo się podzielą, albo będą się tłuc. Znając ich, tłuc się nie będą, nigdy się o nic nie tłukli, choć nie do końca się ze sobą zgadzają. Niech każdy weźmie, co będzie chciał, wiem, że rzeczy, które kręcą Pierworodnego, nie ruszają Inżyniera, więc się nie pozabijają. Co nie będą chcieli, mają sprzedać. I tak zdaję sobie sprawę z tego, że to, co dla mnie jest cenne - dla nich jest niczym.

Chociaż jak wspomniałam, że chcę listy z obozu dać do muzeum, Inżynier się oburzył, że jak to, to jego historia. Że nie.

Więc na dwoje babka wróżyła, ale to już nie moje zmartwienie będzie. Cieszę się, że coś im materialnie zostawię, choć oczywiście nie mam zamiaru lecieć do urenki migusiem, ale to już nie moja gestia, co ma być, będzie.

We wtorek na kijki poleciałam, przez paskudnego Barana. Bo podesłał mi muzykę w 8D (proszę sobie pogooglać) i nie wytrzymałam. Pierdoliłam pandemię i aparaty, słuchawki założyłam, a jakże i nie żałując gigabajtów, rozdziewiczyłam ajfonika i słuchawki i poleciałam :) Pierwszy raz od marca bez aparatów i w słuchawkach. Z rozdziewiczonym ajfonem, porno level hard :)

Byłam w euforii i ekstazie, orgazm miałam, ale STEP powiedział mi, że niecałe 4 tysiące kroków. WTF? Tyle robię leząc do marketu i na Manhattan, a tu taki kawał lezę i tylko tyle? Musi STEP spsuty jest, ale Endomondo wyłączają 31 grudnia (nienawidzę zmian)...

No nic...

Chałupka wzbogaciła się od soboty w 


będzie i trzeci kwiatek, a i storczyk znów zakwitnie :) Nice :)

W środę gotowa na kijki patrzę: słońce, ale we mgle. Apka i: 267% normy pyłu zawieszonego... Mam maskę przeciwsmogową, ale... Nie... Wygrała opcja porządkowania życia na wsjakij słuczaj :)

A że w szufladach ze sztućcami panował już nierasowy bajzel, a i platery zarosły, zatem... Siarkowodorru naprodukowałam, ale pomna ostatniego razu, kiedy o mało się na tamten świat nie wysłałam, wietrzyłam, siarkowodór produkując. Andrzej Krowarsch czuwał :)

Inżynier, który wpadł wieczorem jak po ogień, na widok szuflady oniemiał i go zatkało. Sprzątając inne szuflady wyrzuciłam z bólem serca ręczną trzepaczkę-mikser, którą dostałam od teściowej jeszcze, a którą ostatni raz używałam jakieś 20 lat temu. Mam mikser elektryczny, blender... Kiełkownicę wyrzuciłam, używałam jej jakieś 5 lat temu ostatnio i nasiona nie rosły rewelacyjnie. Nie wyrzuciłam pierdół z rodzinnego domu, choć po mojej śmierci i tak pójdą do śmietnika.

Nie wyrzuciłam


skrobaczki. Antyk. Plastik z czasów, kiedy nie było plastiku. Po mamie, pewno jakaś zdobycz wojenna albo z szabru (ojca brat, milicjant notabene, szabrował na Ziemiach Odzyskanych) - wtedy mnie nie interesowało pochodzenie tego, obecnie nie dojdę :) Mama zawsze wygarniała tym ciasto, potem ja to robiłam, co widać, bo startych obrzeżach. Reklama wskazuje na jakąś firmę w Berlinie - może powinnam drążyć temat - ale jakoś nie mam zapału.

Gdybym znała niemiecki, może drążyłabym, ale tak? (Chociaż coś mi świta i swędzi, maybe yes, maybe no, zobaczymy.)

Pozostałe szuflady uporządkowałam w miarę i... woreczków i worków foliowych mam na jakiś rok chyba, a i papieru i torebek śniadaniowych full (kłania się home office, nie robię śniadań).

Z szafki, do której dostaję się z trudem i na kolanach (brak mądrego doradcy i brak wyobraźni przestrzennej u mnie) wywaliłam puste butelki po Shapphire Bombay, VAT 69, Jack Daniels. Shapphire przywiozłam z pierwszej wizyty u Pierworodnego, jak wywiał (rok na nią czekałam), VAT już nie pamiętam, pewno z Inżynierem obaliłam, a Jasia kupiłam Inżynierowi, leżał długo, odkręcił, wpadając przelotem do domu po obronie pracy, nalał, bez niczego, bo nic nie było i... wypiliśmy :) I tak jak zawsze kręciłam nosem na whisky, mówiąc, że smakuje jak palona opona, ta smakowała niebiańsko i odtąd lubię whisky :) No dobra, ale puste butelki skitrane w kuchennej szafce? Co one powiedzą tym, którzy te szafki będą potem sprzątać? Że byłam alkoholiczką z wyższej półki? I co, postawią je na honorowym miejscu, bo to zostało po mamie, po babci? Że kiedyś to będzie kultowe? Nie wiadomo, nie wiadomo, czy przetrwa ten świat, bo topnieją lody, budzą się nieznane bakterie i wirusy, świat pędzi jak szalony, idzie technologia 4.0, a ja... pamiętam kocie łby, traktory na żelaznych obręczach, a oblatana jestem w maszynach, które same pracują na polach, sterowane z komputera...

Świat zwariował, czy ja?

Coraz bardziej bolą mnie stawy i kości. I nie, to nie żaden koronawirus czy grypa, to zwykły reumatyzm, zwyrodnieniowe zapalenie - coś, co zabrało moją mamę. 

Walczę, do lekarza nie pójdę, byłam lata temu, na widok kolejki u reumatologa, mimo że byłam zapisana na godzinę czekało mnie 5 godzin kiblowania na korytarzu - ozdrowiałam :) To było jeszcze w firmie na T., skoro przeżyłam bez leczenia 10 lat, to może i tym razem los się do mnie uśmiechnie, a jak nie, to trudno :)

Inżynier zaprosił na Wigilię, z troską, czy nie złapię coś od Alienka, ale z tego powodu mają zamiar odciąć kwarantannowo Alienka od przedszkola, coby babci nie wykończył.  Odpowiedziałam, że nie mam takich obaw, w końcu wykończyć może mnie wszystko, nawet wyjście do sklepu. Ale... Jednak inne podejście, prawdaż?

No nic, to jeszcze prawie miesiąc, po drodze styczniowy numer, dziś się dowiedziałam, że a jakże, wkładka, ale..

Zaczynam pracę 1 grudnia, a już za nią tęsknię.

Baran na wieść, że mam wolne napisał: ooo ty i wolne? Zatkało go, biednego :) A 8D polecam, jest na YT :) 

A u mnie już

Nie licząc światełek. W tym roku nawet choinka będzie wcześniej, bo tak. Bo trzeba się cieszyć każdą sekundą, nawet jak kurewsko boli...

Nic nie boli tak jak życie, nic nie boli nie...



czwartek, 19 listopada 2020

Gazetka

 a właściwie gazetki, bo trzy się robiły jednocześnie, Kochany Pamiętniczku, wolnym walcem szły jak zawsze. A to to, a to sramto, a to SE, a to nie wiadomo co i chuj.

Zabrakło jednego materiału, dział zorientował się w ostatniej chwili, kiedy już wszystko jechało do drukarni. Piszę do autora, bo w I korekcie nie było. I dalej dzióbię, bo mam co. Pięć minut później emilek od Bossa. Że AS nie żyje, zmarł nagle.

Tak, autor, do którego pisałam. Poprzedniego dnia robiłam kilka jego tekstów, ot, standard. Lubiłam robotę od niego, miał lekkie pióro, pióro rasowego dziennikarza. Nie zajmował się rzeczami stricte rolniczymi, znaczy się uprawą, hodowlą... Zajmował się rolnikami, ich życiem, ich problemami.

Miał 56 lat.

Jak kruche, jak ulotne jest życie, wciąż nie mogę się pozbierać. Był w redakcji dłużej niż ja, więc znaliśmy się 10 lat w sumie. Znaliśmy - duże słowo. Pracował z Lubelszczyzny, spotkaliśmy się w tym czasie kilka razy. Ale zawsze był supergrzeczny, doceniał, gdy mu coś wychwyciłam. 

Widać w niebie potrzebowali jakiegoś dobrego reportażysty, ciekawe co tam się odpierdala...

Śpij spokojnie, Kolego, będzie mi Ciebie brakowało, nie będzie Cię łatwo zastąpić, bo mało kto ma lekkie pióro i talent do pisania. I do tego z minimalną ilością błędów.

I nie, nie miał COVIDA.  Ludzie nadal zwyczajnie umierają, szkoda, że tak młodo. Za tydzień miał mieć urodziny...



niedziela, 15 listopada 2020

Pół

 dnia męczył się Inżynier z kompikiem, Kochany Pamiętniczku. Najpierw oberwało mi się z lekka, ale po sprawdzeniu czarów marów kompikowych i długiej walce okazało się, że winna jest... aktualizacja. Zainstalowała się sama, bo Microsoft wyłączył opcję nieautomatycznego aktualizowania i tadam. Okazała się niekompatybilna z moją kartą graficzną, a na dokładkę, kierując się wskazówkami i naukami dziecka, mając czarny ekran wyłączyłam kompik awaryjnie i tadam, wszystko poszło się jebać. No cóż, przepadło parę memów zapisanych, parę złotych myśli, kilka fotek, całe gazety, ale na szczęście już wysłane, więc jak coś jest na poczcie...

Co się biedne dziecko me namęczyło, to się namęczyło, co ja przeżyłam wklepując zapisane hasła, które o dziwo - znów nie pasowały, co naszukałam się kabli a to sieciowego, a to do monitora, a to pendrive'a... Tego na wołowej skórze by nie spisał. Kable i owszem, niby są, ale nigdy nie ma kabla w miejscu gdzie powinien być schowany. Pendrive był za mały, system się sam wyczyścił, no to sposobem, sposobem, zainstalował mi Windowsa 7 z płytki, bo mam, a jakże, Professional, potem przerobiony na dziesiątkę i tadam, zamiast karty graficznej,w  której nagrzebał Windows aktualizacja, karta graficzna wbudowana w procesor... 

No wiem, wiem, mądra jestem, jak cholera :) Tyle, że oprócz donoszenia potrzebnych rzeczy nic nie robiłam, no kawkę :) Jeść nie chciał, bo ma wyliczone, więc o suchym pysku siedział...

Tak sobie leżąc i nie śpiąc kombinowałam, że jednak zrobię sobie prezent, bo kto jak kto, ale ja o siebie nie dbam i kombinowałam, że kupię Jabola :) Taki, jaki by mi pasował, z lekka 11 tysi... Ale co tam, w końcu to dla mnie, a że nawet gaci nowych nie muszę kupować, to po co ja pracuję? Tak kombinowałam jak szkapa pod górkę :)

Nakręciłam się, albowiem Jabol to moje marzenie od 1992 roku. I nie boli mnie, że niektóre gry na nim nie chodzą. To był zawsze główny argument, bo faktycznie na początku na Jabola gier nie było.

I tu mnie zgasił. Nawet nie zdmuchnął, ale zgasił. Jak krowie na rowie tłumaczył, że on się zastanawia, czy kupić sobie za 10 tysięcy wyjechany PC do grania. Że za tę cenę będę miała coś, czego do końca życia nie ogarnę, z tego prostego powodu, że nie gram w takie gry, bo nie. Bo mnie to nie kręci. A Jabole też się psują. Jak się zepsuje PC, to się rozkręci i dołoży, rozszerzy i takie tam. W Jabolu wszystko zlutowane i tu agrafka nie pomoże, tu potrzebne nici, to akurat wiem, że śrubokrętem tego nie zrobi. Bo ja pracowy komp dostałam po kimś i na monitorze były... ślady brudnych pazurów, co mnie, czytającej w Wordzie na białym tle doprowadzało do białej gorączki. Ale ja asertywna jestem, więc mimo tego, że się nie da, dostałam, co chciałam. Wiem, musieli w to włożyć dużo pracy, ale za co im płacą. Z tym, że moje dziecko nie ma ani narzędzi, ani możliwości do takiej pracy. Poza tym teraz Jabol wprowadził nową, niesprawdzoną serię procesorów firmowych i jak chcę, robić za królika doświadczalnego, to proszę bardzo, ale on mówi: pas... A dziecko me kochane jest po wielu kursach jabolowych, ma ichnie firmowe certyfikaty i wie, co rzecze. Mówi, że żeby osiągnąć w parametrach te PC-towe 10 tysięcy musiałabym kupić Jabola za 20, a tyle to mi już szkoda, bo to by było hmmm... zboczenie seksualne. Tak jak torebka za kilkanaście tysięcy (dla mnie to zboczenie, torebka to torebka, ma pomieścić, co mieści i pasować mi, logo mi rybka i już). Na spokojnie już, bo słuchałam nie przerywając zgodziłam się, że może kiedyś, jak już ten podkop pod bank skończymy :) 

Ostrzegał, że przez to, że karta graficzna z procesora jedzie, spowolni mi kompika, ale jakoś żadnego spowolnienia nie zauważyłam. 

I nawet mi nie żal tego, co poleciało, jednak zbiera się tyle śmieci w kompiku, a tak sruuu i wyczyszczone. 

Zdjęcia, które mi się podobają, są na portalach, na Fejsie, na blogu i nawet mnie nie wzrusza, że w gorszej rozdzielczości, bo nie mam najmniejszego zamiaru ich drukować. Nie ogarniam tego, co mam realnie, a co dopiero takie ulotne, o idziesz ulicą, robaczek, piesek, kotek, gówienko :)  Olać.

Czekałam na niego do południa, a że nie włączyłam pracowego kompa, a iPad to jednak nie to - nagle poczułam jak dużo mam czasu... Pewno, na iPadzie też mam Netflixa i inne zabawki, ale... 

Jak dużo czasu z życia zabiera to urządzenie. Gdybym nie czekała na niego, poszłabym na spacer, nie oglądając się na nic, ale nie chciałam go dodatkowo absorbować godzinami, bo wszak poświęcił mi swój wolny dzień, kosztem Łobuzów i żony.

No i minęła mi reszta niedzieli na przywracaniu przeglądarki do stanu akceptowanego przeze mnie, nic mnie bardziej nie wkurwia, jak "obca" przeglądarka.

Pracka już czeka, ale poczeka, bo tak. 

Bo jestem asertywna.

Mam kochane dziecko, co nie? <3 Nieasertywne :)

sobota, 14 listopada 2020

Kompik

 Jednak na dnie z honorem legł.

Zobaczymy, dobry Bóg zrobił co mógł, jutro wpadnie fachowiec. Obawiam się, że będę jednak o parę tysięcy lżejsza.

Obym tylko takie problemy miała. 

Kompikowi

 zajączkować się zaczęło, Kochany Pamiętniczku.

Przedwczoraj mu się blue monitor zrobił, nawet nie wiedziałam, jak go zrestartować, a niby tak się znam na kompach :) Zawsze miałam ten problem na netbuczku, jedyne co mam opanowane to CTRL_ALT+del, no ale jak to zrobić na błękicie? W kompikach miałam taki przycisk do restartu, ale w tym nie ma... Tragedia :)

Na szczęście mam dziecko na stanie. Kazało cisnąć power kilka sekund i pomogło. Wczoraj łażę po necie i nagle Wirtualna Polska zaczyna wariować, wyskakują dygocące okienka... Rachunek sumienia robię, porno nie oglądam, od wieków nic nie ściągałam, ki diabeł. Ale udało mi się stronę zamknąć. 

Dziś audiencja u Łobuzów, wracam do filmu i nagle znów błękit zakwita...

Ale od czego mam dziecko. Wlazło zaocznie do kompika i podreperowało. Jednak wiedziałam, co robię, majstrując takie dziecko, co nie? :) Dobrze zmajstrowane. Ale okazuje się, że 31 grudnia kończy się Adobe Flash i moje kulki pójdą się jebać. Nie wiem, czy nie ominie to też Angry Birds, no jak żyć bez Angry Birds?

Tak sobie pierdołami zapycham czas, żeby nie myśleć o ponurościach realnego życia. 

Wczoraj kupowałam wątróbkę, a że cholerstwo kosztuje 2,99 za kilogram, pani spojrzała na mnie okiem bazyliszka, gdy wybrałam najmniejszy płat i jeszcze był mi za duży. Wzdech, kupiłam cały, myśląc, że najwyżej do kubła wywalę, trudno. Nie mam już żołądka jak struś i choć staram się gotować jak najmniejsze porcje, kłopot z tym, ile można jeden obiad jeść na okrągło, zamrażalnik pełen, a ja nie jestem fanką odmrażanego, jedzie mi zamrażaniem zawsze...

Ale... Myślę (choć myśliwym nie jestem), że przecież leberka jest z wątroby robiona. Wątróbka wyszła przepyszna, a ja poszperawszy w necie znalazłam przepis na wątrobiankę. Nie trzymając się ściśle przepisu, bo smażę z jabłkiem, zblendowałam wszystko i tadam, akurat na smarowanie do chleba zużyłam...

Że też przedtem na to nie wpadłam nigdy, no ale miałam w domu materiały żrące i nic nie zostawało.  A żrące były, oj żrące. Inżynier jak tylko do pociągu wsiedliśmy zawsze pytał: ma mama coś do jedzenia? Za którymś razem wsiadamy, chłopcy siadają, a pierwszy odzywa się Pierworodny i mówi do Inżyniera: nie możesz jechać, wysiadaj. My w szoku, a Pierworodny pokazuje tabliczkę: Zabrania się przewożenia materiałów wybuchowych, żrących i cuchnących, Inżynier siadł dokładnie pod nią :)
Poszłam dziś na zakupy tylko po to, żeby z domu wyjść, bo jednak takie siedzenie to się na psychice człowiekowi odbija. Posprzątane miałam, więc spacerek taki sobie, a że nie lubię bez celu, to chciałam sobie ciepłe kapcie zakopiańskie kupić. Niestety, miał je tylko dziad, którego nie cierpię, więc jak coś, przeproszę się z wełnianymi skarpetkami i kockiem, zanim dotrę pod Okrąglak do górali :)

A że moje grudnie się na mnie wypięły, skubane, tom sobie zafundowała


o, taki,  z Biedronki :) 

Nie będą sobie ze mnie kpiły, paskudy jedne.

Jak kiedyś wspominałam, u mnie zawsze pomieszanie z poplątaniem, co wkurzało Eksa.

I tak od wieków pieprz mam w puszce


puszka od teściowej, przedwojenna, a jakże, sfociłam, bo powoli wszystko się wyciera, a w puszce w środku na wieczku


 


a jakże, reklama pasty do butów. Ja jeszcze pamiętam Erdal z czerwoną żabką, ale dla moich dzieci to już epoka lodowcowa...

Niech ocaleje chociaż tak, choć żona Pierworodnego lubi stare śmiecie, to może nie wyrzucą... :)

A ja wracam do Jamiego


 z bólem serca, bo ostatnie 3 odcinki, a potem przerwa co najmniej do 2022 r. Wprawdzie są jeszcze dwa tomy książki, ale wątpię, czy przeczytam,  idzie mi naprawdę kulawo. I nie, że wyobraźnia mi zardzewiała, ale po walkach z ocieleniem klimatu i klika zmianami, tudzież ze zborzem i przenicą, nie mówiąc już o ważeniu piwa, nie mam wielkiej ochoty na czytanie...

Gdy rozmawiam z Inżynierem tłumaczy mi jak krowie na rowie, że gdzie indziej też jest źle, a nawet gorzej niż u nas.

Ponieważ rozmawiamy wirtualnie i bez piwa, nie mam siły na przypominanie, że to on uczył mnie nie porównywać niczego...

No nic.

Oby tylko zdrowie było, reszta przyjdzie sama :) 

 



piątek, 13 listopada 2020

Nie ogarniam

 rzeczywistości, Kochany Pamiętniczku, po prostu nie ogarniam.

Przerosło mnie to wszystko. Dobrze, że znów jest praca i to na maksa, bo wszystko naraz, nie mam czasu po dupie się podrapać, inaczej chyba zbieraliby mnie w kaftanie, bo nawet nie mam z kim porozmawiać. 

Dziś minęło 41 lat od chwili, gdy "stanęłam na ślubnym kobiercu".

I nie, nie żałuję. 

Nie ma czego.

Boję się tego, co nadchodzi, jak jeszcze nigdy się nie bałam.

Jaki straszny jest ten świat.

wtorek, 10 listopada 2020

Asertywność

 level maks, Kochany Pamiętniczku :)

Pocztę mam otwartą i tylko sruuu, sruuu lecą emilki, że SJ na urlopie i smyrgają odwrotne, że sorry Batory, niech mi urlop fajny będzie.

Na prywatnej zaś zapytanie od koleżanki do całego zespołu, co robić bez SJ? I odpowiedź Bossa, że pracować jak najlepiej i nie oglądać się na korektę. Hehehehehehehehehe...

Korekta w przerwach odpoczywania, z nudów skorekciła to, co nadesłano, ale nie odesłała, odeśle hurtem 12 listopada :D

Będzie spokojnie swoje następne robić, rękawów sobie nie wyrwała, bo jak mówię, w przerwach zrobiłam, będę miała luz, a Bossowe jak najlepiej to hehehehehehe, jak w takiej wersji pójdzie, to cyrk będzie, no i moje nazwisko jest w stopce. 

No dobra, taki life, bywa. Wypocznę w urence, choć obiecują, że i tam coś podrzucą :D 

A teraz z innej bajki. 

Inżynier, wleciawszy jak po ogień w sobotę kamerkę zainstalował, swoją, wypasioną, bo mu nagle zaczęła moja rozmazana na Skype morda przeszkadzać, a że dostał firmową super, a potem sobie kupi wyjechaną w Kosmos, to kto dostał kamerkę? Matka, a jakże. I w niedzielę była kontrola techniczna i o dziwo, Łobuzy tak zgłupiały, że monitorek całowały, posyłając babci całuski :) 

Trochę mam niehalo w chaupie, bo za ścianą nikt nie mieszka i zakręcili kaloryfery, obawiam się, że nawet ich nie odkręcili na załadowanie, mam przez to o wiele chłodniej w mieszkaniu mimo włączonego na maksa kaloryfera, fakt, że kaloryfery jeszcze słabo grzeją, a i okno jest nieszczelne, myślę o uszczelnieniu, ale nie będę sama kombinowała, poczekamy, zobaczymy. Jednak siedzę cały dzień w domu, to nie to, co po pracy wpaść, lec na fotelu pod kockiem i już git majonez.

Ale poczekamy :)

Poszłam dziś na zakupy, bo wszystkie warzywa wymiotłam ze szuflad i rogale świętomarcińskie chciałam kupić, żeby już jutro nie latać.

Poszłam do Zagrodniczej, bo zawsze w pracy mieliśmy najlepsze rogale i ciacha z Zagrodniczej, rzut beretem od pracy. Przy Manhattanie też jest Zagrodnicza, ale nie lubię tam kupować, bo obsługa niemiła i chamowata, co zresztą kiedyś powiedziałam w pracowej Zagrodniczej, pracuje tam dziewczyna przesympatyczna, zawsze parę zdań zamieniałyśmy. Ja to mam szczęście do piekarni, a lubię kupować tam, gdzie są miłe kobietki :) 

Więc dziś się przełamałam, bo od paru lat w Faworze zmieniła się obsada, na niesympatyczną, a i rogale takie jakieś suche są :D Stoję pod Zagrodniczą, akurat gość przywiózł świeżutki towar i czekam, wszak dostawa musi wejść... Patrzę i patrzę, a feler mam, do twarzy nie za bardzo mam pamięć, ale dziewczyna śmigająca za ladą wydawała mi się znajoma, ale skąd? Zapytać? Nie zapytać? Moja skleroza, ślepota i takie tam... Wchodzę, a ona: to pani? A ja:pracowała pani może na Głogowskiej :) A ona: od razu panią poznałam... A ja na to: widać się za słabo zamaskowałam :) Nie sądziłam, że ktoś mnie rozpozna, tym bardziej że od marca mnie tam nie było, no i maseczka :)

Dostałam najświeższe rogale, chlebek i... będę tam łaziła, bo w Tosmaku, w którym ostatnio kupowałam chleb coś się spsuło i chleb po trzech dniach pleśnieja, a mam przedwojenny chlebak, w którym nie ma prawa mi nic pleśnieć. 

Zatem będę chodziła do Zagrodniczej i na zdrowie mi to wyjdzie, bo Zagrodnicza dalej niż Tosmak :)

No i jako że jutro 11 listopada, moja wioska świętuje już dziś, co widać u mnie na obrazku

 


 Bratki jeszcze dziś były, więc dokupiłam, więcej nie kupię, bo nie mam w co sadzić, jeszcze letni urobek dycha, mieczyki też już pewno ostatnie.

Dni takie szarobure, bez światła prawie, a w radiu Pogoda co godzinę prognoza mówi, że w całym kraju pięknie świeci słońce, co mnie wkurwia na maksa. Ten wkurw musiał do nich dojść, bo o 15 zaczęli mówić, że zachmurzenie duże :)

Życie też szarobure, rządzi nami kupa wariatów, i jakoś nigdy nie byłam omdlewającą fanką JPII, nawet jak był w wiosce nie byłam na Łęgach. W świetle tego, co wychodzi na jaw - jednak mój bunt i odejście ma swoje podstawy. Bóg to bóg, a to jest do szczętu zgniła instytucja, która niewiele albo i nic nie ma z nim wspólnego. Czymkolwiek-kimkolwiek on jest.

Po raz kolejny miesięcznica i składanie wieńców, szopka za pieniądze z moich podatków, zapaść.

To jebnie. Nie ma innej opcji, któregoś dnia po prostu jebnie.

I tak jak moja teściowa nienawidziła komuny i Jaruzelskiego, tak zawsze usprawiedliwiała jego stan wojenny.

A tym razem nie ma żadnych usprawiedliwień. To po prostu jest kurestwo. Niezwykłe i haniebne. Bo kurestwo to nie zawód. To powołanie.

Ale i tak będę jutro po wioskowemu świętowała 11 listopada, rogalem, jak na porządną SJ przystało :) A od czwartku do roboty. W sumie urlop przeleniuchowałam i to mi się chwali :)

 

piątek, 6 listopada 2020

Jakie

 śmieszne były traumy mojego dzieciństwa, Kochany Pamiętniczku, kiedy z moją przyszłą przyrodnią siostrą wymyślałyśmy "sposoby na Niemca", tak to nazywałyśmy.

Dziś na tę traumę, która jest wokół nie ma żadnego sposobu, niestety. Tak, stosuję się do zasad, maseczka, mycie rąk, dystans.

Ręce myłam od wieków, nie do pomyślenia było dla mnie wejście gdziekolwiek i nieumycie rąk. Inżynierowi zostało to we krwi, choć może nie do końca, Pierworodnemu nie.

Maseczka cóż, noszę. Duszę się, ale noszę, sama już nie wiem, co lepsze: maseczka  czy przyłbica i w tym, i w tym ślepa jestem i tyle. Mało, że głucha, to ślepa.

Gdzie te czasy, gdy w uszy wtykałam słuchawki i szłam w stronę słońca w trzydziestostopniowym upale, słuchając Christmas time, czy zachłystując się I just called to say I love you...
Albo chociaż Zakochani są wśród nas.

I nie było to dla mnie tylko pierdolenie o Szopenie, bo na chorobę Meniere'a, na którą cierpię, zalecane jest właśnie słuchanie muzyki.  

Dziś w galerii leci za mną, wsiadającą do windy moja rówieśniczka, plus minus i drze się, więc trzymam windę. A ona leciała, bo ktoś na ławce zostawił banany i myślała, że to ja. Jakbym nie miała aparatów, nie słyszałabym nawet, że woła: pani, pani... 

Tak, wiem, marudzę.

Budzę się rano w swoim łóżku, w ciepłym, posprzątanym mieszkaniu, lodówka pełna, łazienka wolna. Mam na chleb, na obkład, na lekarstwa. Na zachcianki. Mam pracę.

Ma siły na marudzenie, że mi źle, bo Mała Wiedźma sieje zamęt w moim życiu..

I... Obym tylko takie zmartwienia miała, cóż mam rzec.

 Ale czuję się, jakbym stała na bagnie, wciągającym mnie coraz głębiej.

Odskocznia: Outlander. 

I nie, nie jestem nieszczęśliwa, że nie trafiła mi się nigdy taka superhistoria z takim superrudzielcem w tle.

Po prostu - nie myślę, nie analizuję, zamykając oczy tylko wtedy, gdy zbyt dużo krwi jest na ekranie lub gdy efektownie spada ścięta głowa.

Nie mam już siły martwić się tym, co będzie, bo na nic w sumie nie mam wpływu.

Błagam tylko los, by nie był dla mnie zbyt okrutny, by był łaskaw tak, jak dotąd.

 


 

środa, 4 listopada 2020

W Zaduszki

 poleciałam na Manhattan, Kochany Pamiętniczku, z nadzieją na jeszcze trochę bratków, ale niestety, pana nie było.

Było za to 



widać, że ludzie sobie do serca biorą groźbę odwołania Gwiazdki... :) 

Pogoda była niezdecydowana, jak i ludzie też. Niby dzień pracowy, ale połowa sklepów zamknięta i zakupy były jak loteria...

Ale mój Heimat porządny jest



i o dziwo, spodobał mi się spacer w deszczowo-słonecznej scenerii, jako że wzięłam sobie do serca informację, że przez to kwitnięcie w domu mam za mało witaminy D3, więc szłam w deszczu w stronę słońca...



... w stronę słońca aż po horyzontu kres... W domu czekała na mnie pracka, a jakże...

We wtorek znów poszłam w stronę słońca, tym razem grzało i świeciło jak należy, wróbliszonów była cała chmara



... a ja kontemplowałam kolory pod moim oknem z bliska



a pracka znów czekała...

W środę zaś, kontynuując tak dobrze zaczęty tydzień łaziłam jeszcze więcej (no i jeszcze więcej kasy wydałam), a na skutek tego 


coraz bliżej święta, a moja dracena coraz bardziej przypomina choinkę, co nie? Nic dziwnego przy tym rządzie. W związku z groźbą zamknięcia sklepów w galeriach dokupiłam trochę świecidełek i baterii (wiem, nieekologicznie, ale cóż - jak to będzie działać jak działa, nie wykończy nas nieekologiczność, ale zwykłe życie).

Olej z czarnuszki zanabyłam (już kiedyś miałam, ale nie przywiązywałam do niego takiej wagi i przeterminował się i to sporo), tym razem olbrzymią, bo półlitrową butelkę (kieszeń zabolała) i aczkolwiek pierwszego dnia troszkę mi gębę wykrzywiało, teraz już jest spoko. Jako że nie robiłam sałatki ani surówki, polałam sobie pomidory na chlebku tym olejem i jest git majonez. Nie wiem, czy tak spektakularne efekty, jak obiecywała Kitty, ale dziś tylko raz było mi gorąco, nie spociłam się na spacerze, a i śpię prawie idealnie. 

Staram się nie myśleć, nie analizować, nie drążyć.

Okna umyłam w ramach niemyślenia, decydując się na użycie samych ściereczek z mikrofibry i gorącej wody i jestem w szoku... Poszło migusiem i piorunem, a tak długo się temu opierałam. Inżynierowa mówi, że to dlatego, że ja w sumie nie mam brudnych okien, przynajmniej nie tak brudnych ja zazwyczaj oni mają. Spodobało mi się to, bo kuchenne okna miałam gotowe w 10 minut, nie licząc zestawiania badyli i wstawiania ich z powrotem.

I to już połowa mojego urlopu za  mną. Dziś zaczęły spływać materiały, świerzbiło mnie korekcenie, co tam ten tekścik, ale zdrowy rozsądek wziął górę i odpisałam, że 12 listopada do usług :) Jednak ludzie nie czytają maili, bo myślą, że zrobię. Powinnam ustawić automat, ale nie mogę, bo robię też inne rzeczy, których urlop nie obejmuje.

I na koniec - tak, wbrew niedowierzaniu moich dzieci, słucham Big Cyca :) O, kurwa. Usunęli mi Twierdzę z walla i nie mogę jej tu wrzucić. Zainteresowani muszą jej sami poszukać na YT. Warto.




niedziela, 1 listopada 2020

Halloween

 wczoraj było, Kochany Pamiętniczku, a jakże :)



To moja ulubiona (bo jedyna) śnieżna kula, dostałam do Inżyniera kiedyś na urodziny, bo skunks stwierdził, że jak zobaczył to mu się ze mną skojarzyło i musiał kupić... Nie miał wyjścia. Własne dziecko kojarzy mnie jak kojarzy, no cóż :) Tam jest wiedźma na miotle, nietoperki latają, jak się wstrząśnie :)


 Kocham moje dziecko i tak :)

Wszystkich Świętych zaczęło się przecudną pogodą, ogarnęłam więc szybko resztę świniorków, skanowanie jednak trwało prawi pół godziny, więc zleciało i poleciałam po badyle dla wujka. Badyle niestety były wykupione, więc kupiłam taką małą doniczusię kalanchoe, pogawędziłam z panią z kwiaciarni i pojechałam. Jak hrabina czy inna Elżunia - przegubowe, zazwyczaj pojedyncze autobusy jeździły dziś na linii puściuteńkie, przez 6 przystanków byłam sama... Z przeciwka jechał przegubowiec pusty w środku. Tak się roztrwoniła kasa MPK, wozili powietrze, ciekawe, kiedy znów będzie podwyżka cen biletów. Za to na Łęgach Dębińskich tłumy były niesamowite.

Przesiadka.

W tramwaju jechało tyle żuli, że mimo maseczki z trudem wstrzymywałam rzyg. Żule, oczywiście, maseczek nie miały. I nie, nie gardzę bezdomnymi. A, nie będę się dziś rozpisywać. Oczywiście, żul też człowiek.

 


Uhoronowawszy Wujka (jaki on, kurde, Wujek, do 21-letniego smarkacza będę mówiła Wujku?) i resztę familii, pogadałam z nimi jak czekista z czekistą, zaprosiłam na balangę i poleciałam złapać autobus.

I stałam na przystanku vis-a-vis mojego pokoju na ostatnim roku studiów...


to okno pod daszkiem i z daszkiem nad nim to jedno z dwóch okien w moim pokoju....

Młodość przeleciała mi przed oczami.

Wsiadam do autobusu i sruuu, kierowca włącza wycieraczki nagle, myślałam, że szyby przeciera, ale nie, lunęło :)

Do domu dojechałam suchuteńka, Umarlaki się dziś o mnie troszczyły, co nie?

Obiadek popełniłam, film o złej teściowej z moją ukochaną Jane Fondą obejrzałam (jak ona się pięknie starzeje, chciałabym tak, no ale jak urodę rozdawali stałam w innej kolejce).

A potem po perypetiach, bo to znów inny sprzęt, a to kamerka, a to słuchawki,a  to inne chuje muje, pogadałam sobie miło z Baranem i Postmanem.

To był piękny dzień.

A Umarlaki wpadły teraz na lampkę wina



jednak znicz im zgasiłam, jutro zapalę. Nie sądzę, żeby chciały, żebym się jakimś dziwnym trafem sfajczyła :)

Póki żyję, będę pamiętała.

A, już wiadomo co zrobi ARiMR i KOWR z wykupionymi chryzantemami.

Będzie akcja Senior+ - dwa znicze i chryzantema dla każdego seniora :)
Załapałam się, ojapierdolę :)