[go: up one dir, main page]

czwartek, 30 grudnia 2021

W środę

 na dupie w domu siedziałam, Kochany Pamiętniczku, czytając tylko, jak miasto się czołga na szklance. Dzisiaj zaś, mimo mgły, jako że temperatura była znośna, powlokłam się na Manhattan i w okolice, modląc się, by biodra jeszcze trochę wytrzymały. Albowiem nieodśnieżone partie chodników, a było ich od cholery i trochę, zwłaszcza osiedlowe drogi, pokryte były skorupami lodu, po których można było iść tylko krokiem pingwina. 

Wciąż pamiętam, jak na szklance połamała się Sikora, która skończyła ze śrubami w nodze. No ale ona miała opiekę w osobie męża, a ja tegoż nie mam, a gdybym nawet miała, to wątpię (też mamy), że zająłby się mną. Raczej jęczałby, że nie ma mu kto herbaty podać.

Woda morska i spray z porostem islandzkim (zaczynam marzyć o Islandii, serce mi pika jak oglądam filmiki ze startującymi Wizzairami i Ryanairami) powoli zaczynają działać, aczkolwiek nad ranem z trudem oddycham przez nos. Może dzisiaj będzie lepiej, albowiem dwie pralki puściłam, w tym pościel i mam już 44% wilgotności...

Gar pełen rosołku gotowy, problem z zagospodarowaniem włoszczyzny, zamrożę, ponoć mrożona bez majonezu daje radę.

I mam nadzieję, że Inżynier nie będzie mnie ciągnął, aczkolwiek świnia ze mnie, nie matka, bo jak wiadomo, Inżynier 1 stycznia ma imieniny. Matka Sikory kiedyś mi rzekła: pogięło Cię, dać mu takie imię, jak będziesz świętowała na posylwestrowym kacu?

Jakoś mnie to nie obeszło, bo ponad pół wieku nie wiedziałam co to kac, nie licząc nielicznych studenckich imprez.

Następnie posylwestrowego kaca miewaliśmy razem. A i bywało tak, że wracając z Baranem z posylwestrowej imprezy, dziwiliśmy się, dlaczego mamy spodnie po kolana w błocie uwalane... Bo dużo nie piliśmy i jakiegoś błota nie było... :) Do dziś nie rozwiązaliśmy tej zagadki, ale musiała być fajna impreza (szliśmy po niej zobaczyć jak wygląda ulica, na której kwitną japońskie wiśnie, na której kiedyś mieszkali, na której było tak fajnie, ale skąd to błoto to chuj wie)...

Moja mama dała Inżynierowi imię, nietypowe, niecelowo, to była fantazja Eksa, chciał Mieszka, ale nie było tego w wykazie imion urzędowych, więc do szpitala szłam z przykazaniem: Mietek albo Miecia, nie ma innej opcji (to były czasy, gdy płeć była jeszcze niespodzianką).

Mój ojciec był wniebowzięty, sądząc, że imię po babci, a jego żonie.

Nie wyprowadzałam go z błędu.

Dziewczyny w szpitalu zazdrościły mi, że nie mam problemu.

A Inżynier polubił swoje imię, bo w powodzi Adamów, Krzysztofów, Marcinów, na hasło Mietek nie trzeba było nic dodawać.

Był jedyny i niepowtarzalny.

A w UK został po prostu Bobem :)

I sylwester w uroczym angielskim pubie, gdy po północy zaczęliśmy mu składać życzenia i szacowne grono Anglików, dołączające się do życzeń, którym Inżynier płynną angielszczyzną wyjaśniał, że to nie birthday, ale imieniny... Oj, spodobał się wtedy jakiejś lasce harleyowca, na całe szczęście obyło się bez rozpierduchy... Harleyowiec był raczej z mojej półki, laska z Inżynierowej, ale życie pisze różne scenariusze ;)

Nie ogarniał tego nikt w stylowym pubie w Hatfield... A to był jeszcze czas, gdy w pubach wolno było palić, więc po powrocie do domu biliśmy się, kto pierwszy pójdzie pod prysznic.

Jak te laski na niego leciały (to było jeszcze przed epoką Inżynierowej, o ile mnie pamięć nie myli, nie spędzałam z nią żadnego sylwestra, ale może się mylę). 

 Starzeję się, zdjęcia, notki, wspomnienia, tak, wiem, wszyscy się starzejemy :)

Choć jak ta żaba, co wyrzekała się błota, zapieram się kopytami - tęsknię za UK.

Mogłabym zaryzykować, w sumie nawet na kwarantannie dałabym radę, bo co za różnica czy pracuję z mojej dzielni, czy z UK?

Ale perspektywa przechodzenia przez kontrolę w tych warunkach (wciąż widzę, jak babka mnie prawie rozebrała, bo coś jej nie pasowało, a tu jeszcze moja zerowa, bo nawet nie kulawa angielszczyzna (i pogoda popierdolona na maksa)...

Pozostaje tylko tęsknota i wspomnienia...

Wzruszające są wspomnienia po wspomnieniach.

Jako że na razie nie ma w planach notek żadnych:

Niech nadchodzący będzie inny. Nie lepszy, nie gorszy, inny.

Niech przyniesie zmiany na lepsze.

Niech da się przeżyć i pozwoli nam spokojnie powitać swego następcę.

Bo nic nie jest w stanie zatrzymać upływających lat.

Happy New Year - moja pięta achillesowa - napisać umiem bezbłędnie, ale gdy to mówiłam, to Inżynier zawsze jojczał: mamo, nie ten akcent.

Jak ja bym, kurwa, słyszała akcent.

Zatem 

Szczęśliwego Nowego Roku i nowego roku w szczęściu i w zdrowiu, albowiem bez zdrowia szczęścia nie ma.

Między Nowym Rokiem i nowym rokiem jest KOLOSALNA różnica.

Zainteresowanych zapraszam do zwykłego słownika ortograficznego :) 


 


wtorek, 28 grudnia 2021

Trzecie

 urodziny Kalafiorkówny, Kochany Pamiętniczku, znów świętowaliśmy w bardzo kameralnym gronie, albowiem Mały T. z mamami pojechał na Śląsk, Pierworodny z rodziną gościł w O., został tylko dziadek i babcia oraz wujek z żoną, którego babcia nie znosi (pisior na maksa). W ogóle jakieś sztywne to wujostwo, ale cóż.

W sumie miło było, mama Kalafiorkówny przepyszny tort zrobiła, albowiem nie ma opcji gotowca na 26 grudnia. 

Łobuzy zajęte były atakami kocykami na dziadka i babcię i absolutnie nie przejmowały się tym, że mogą dziadostwo zepsuć, mimo ostrzeżeń, że mają tylko jednego dziadka i jedną babcię, więc powinni ich oszczędzać.

Tym niemniej impreza była szalona, aczkolwiek babcia (nie wiem, jak dziadek), wróciła do domu szczęśliwa, że wraca do domu.

I reszta włosków jej stawała na łysej główce na baczność, albowiem poproszono ją na dziś, znaczy się na wtorek, na służbę, albowiem jest to dzień kiedy nieszczęsna kobieta wyjechała na szalone święta do UK, a rodzice Łobuzów poszli na taką pierwszą randkę.

I odkąd wrócili do PL, biedną babcię wykorzystując, leząc w tango...

No nic...

Zatem biedna babcia, wstawszy bladym świtem (6.30 na urlopie to blady świt), szlachetne zwłoki ogarnąwszy, polazła do apteki, bo kończy się przeterminowana o rok woda morska. Zanabyła tejże wody i jeszcze żel dla Alienka, za miliony monet (bo eko sreko i bez środków uzależniających takich jak ksylometazolin), ale na miejscu okazało się, że nie ma siły, która bez trzęsienia ziemi poda to Alienkowi, zatem morda w kubeł i wzięła to dla siebie, albowiem zużyje dla siebie, nie ma innej opcji w mieszkaniu, w którym mimo nawilżaczy na kaloryferach i naczyń z wodą na tychże jest w porywach 30% wilgoci. Kiedyś nie było tak źle, bo pralka chodziła co najmniej raz dziennie, ale od lat jak idą dwie pralki tygodniowo, to jest cud, a w home office jedna to wypas...
No nic, przynajmniej z nosa już mi krew nie bucha, chociaż wstając w nocy na siku, szprycuję się wodą morską, ponoć z dna Atlantyku, no to musi kosztować.

Niańczenie bandy Łobuzów było wielką przygodą, albowiem coś jebło na sieciowym Netflixie, sytuację uratował ajpadowy Netflix, w którym też coś jebło (no musiało, mam N do I.), ale zostało YT z piosenkami dla dzieci, z grami i w ogóle. Pomijając momenty, kiedy chciałam im łebki poukręcać, bo były dwa rodzaje chipsów z jabłek (świeżych jabłek kijem tknąć nie chciały), a każdy Łobuz chciał to opakowanie, kiedy źle obrałam banana (tak, można źle obrać banana, wystarczy skórka o parę milimetrów za daleko ściągnięta, OJAPIERDOLĘ i dziecko banana za Chiny Ludowe i Afganistan tego nie ruszy), w międzyczasie Pierworodny, wybierający się do mnie z wizytą po wizycie u lekarza z powodu przeziębienia, a i owszem, to nie COVID, tylko coś co Papryczek z przedszkola przywlókł błyskawicznie po jednym dniu... Pełna troska o matkę, lądować z przeziębieniem (rzekomym). Rozumiem, że może za mną tęsknić, ale kurde...

I genialne Łobuzy, walące każde z nich kupę, ale przedtem grzecznie pytające: wytrzesz mi dupkę?

No, teraz widzą mnie już tak często, że nie powinny się na mój widok zesrywać ze szczęścia, a jednak.

I sondujące:

- Masz pępek?

- Mam.

To pokaż. Pokazałam, zachwycone były.

I Alienek, drążący dalej:

- A siusiaka masz?

- Mam, ale innego niż ty, bo ja jestem dziewczynką...

- Nie masz takiego - i aparat na wierzchu.

- Nie... nie tracę zimnej krwi.

- Pokażesz swojego?

- Nie, bo siusiaków się nie pokazuje, każdy ma swój.

- A koty mają pępuszki?

Auć... Moje dzieci nie były aż tak zainteresowane :)

A ja w sumie zielona, ale skoro ssaki są jakie są, zatem i koty mają pępuszki. I nie, nie łapaliśmy kota, by sprawdzić.

Za to oglądanie zdjatek z mojego ajfonika było nowym powodem do  przygody, albowiem Alienek nigdy nie widział filmy, gdy nie chciał w nocy spać i uroczyście o 23 w nocy zaczęliśmy go karmić chlebem i zasypiał w trakcie karmienia.

I inne łobuzerki z okresu tuż przed urodzeniem Kalafiorkówny.

I święte oburzenie onej, że ma mniej zdjęć, że jej nie ma, że jest mała, i że nie, nie ma opcji, że w tym brzuszku siedziała, bo ona nie chce do żadnego brzuszka i nie chciała...

I ostatnia zabawa w "psujemy babcię", babcia pada jak ten kogucik, co w pokrzywy wpadł nieżywy, ani drgnie, a potem rzucamy się na nią grupowo (ten seks grupowy), wrzeszcząc "pobudka", a gdy znienacka babcia jakiegoś delikwenta złapie, wrzask: ratuj mnie...

Dziwię się, że sąsiedzi policji nie wezwali, bo ja ich wrzaski słyszę na 1. piętrze, a jak wiadomo, kaleka ze mnie...

I tak dotrwaliśmy do powrotu rodzicieli rzeczonej bandy, a banda nawet nie zauważyła, że wrócili i to z wałówką. 

Z McD, ale to już nie mój ból :) 

Nakarmiona czule, żegnana jeszcze czulej i zapewniająca, że idę do domu, gdzie będę na nich czekała wiernie, jak kiedyś na ich ojca, polazłam do Żabki na rogu (wiem, wstyd) po wino, połączenie złapałam idealnie (Inżynier z okazji rocznicy był po spożyciu, niewielkim, ale zawsze), dotarłam do my home...

I...

To był wspaniały dzień.

Chociaż z Łobuzami jestem kompatybilna.

Cieszą się na mój widok. 

Marszczą noski, a i łezka leci, gdy ich strofuję.

Ostatnio, pomijając Alienka, który wszystkim szepce do ucha, że ich lubi, a mi mówi, że mnie kocha, nawet niedotykalska dotąd Kalafiorkówna tuli się i mimo strofowania doprasza o pieszczoty...

C'est la vie.

Amazing...

 A tak na serio, literek się uczymy :) I o dziwo, idzie nam to pięknie :) Alienek jest bardziej techniczny, w czym mnie przerasta, bo ja w testach technicznych mam IQ równe zeru, ale Kalafiorkówna literki łapie jak babcia :) 

No dobra, samochwała w kącie stała :) 




sobota, 25 grudnia 2021

A miało być

 cicho i spokojnie, Kochany Pamiętniczku, a wyszło jak wyszło :) 

Obudziłam się z takim bólem gardła, z zaschniętym nosem, że ojapierdolę, do tego kicham jak armata.

Więc piszę do Inżyniera, że sorry Winnteou. 

A Winnetou spokojnie, że to pewno po tych jebanych kaloryferach (za zimno, żeby je zakręcić, przykręcone nie grzeją, a rozkręcone wykańczają człowieka - dziś to rozkminiłam na maksa, zapomniałam o roztworze soli morskiej, kupię i dla siebie, i dla Alienka, bo mimo upierdliwego pilnowania wciąż dłubie w nosie, jak ma tak wysuszoną śluzówkę, nic dziwnego, że nie może tego odruchu opanować).

W międzyczasie zapukał Baran, czy pamiętałam o starym śląskim zwyczaju - po kieliszku wódki na każdą nóżkę na czczo, żeby zdrowie było. Zapomniałam, ba, nawet wódki w domu nie miałam!

To mi pojechał, że po szczepionce ludzie się zmieniają i fakt, ma rację. Ja, zapominająca o tym szlachetnym zwyczaju, niemożliwe.

No cóż, poszłam po wódkę, ale już za późno było na picie i cały pogrzeb na nic :) 

Dziecko me uparte zaś zjawiło się z testem i okazało się, że nie jestem w ciąży


więc spakowało mnie i bagaże do samochodu i pojechaliśmy w stronę wschodzącego słońca. Zabrałam różki, sama miałam reniferki (jak jechałam w nich na miejsce docelowe bimbą, to tak na mnie się gapili, jak na aliena jakiegoś, że też w tym kraju wszystkich wszystko dziwi, w UK ze świecącymi rogami łaziłam i pies z kulawą nogą się mną nie zainteresował). Alienek polubił różki, Kalafiorkówna nie. 

W sumie w mieszkaniu o parę metrów kwadratowych większym od mojego było 13 osób, więc przejście gdzieś, zwłaszcza dla takiego kloca jak ja było wyczynem. 

Gospodarz zaszalał, fakt, że pomagały mu S.i A., stół był zastawiony obficie, ale biedne dzieci zwijały się już z głodu i nadmiaru wrażeń. Kalafiorkówna wytrwale atakowała karpia, dobrze, że go jej nie dali, bo... zakrztusiła się czymś z łososia (tam też czasem ości bywają), pierogów ledwo skubnęła, a karp był tak ościsty, że ja po jednym kawałku spasowałam (dziś zrobiłam sobie mojego i spokojnie wciągnęłam, prawie bez ości był, no ale ja wyfiletowanego kupiłam), pierogi jej nie podeszły do końca, więc zakończyła ucztę trzema skibkami suchego chleba. Siedziałam koło Alienka, który z apetytem sam wsunął 15 pierogów, a koło mnie siedziała opiekunka babci. I zamiast dać Alienkowi spokojnie zjeść, to zawisła nad moim barszczem i drobiła mu każdego pieroga na cztery, sapiąc nad barszczem i wzdychając, mówiąc i oczywiście - nie tknęłam już barszczu. Przerastała mnie ilość DNA opiekunki, która wylądowała w rzeczonej zupie, a pewno i jakieś włosy też tam skapnęły. Talerzyk miałam dziecięcy, bo dzieci chciały duży, widelec mój zwinęła ta pani, kawałek karpia był ościsty jak diabli, więc na nim poprzestałam. 

I nie, że mam pretensje, ale choć było w sumie miło, to jednak nie organizuje się takiej imprezy na takim metrażu, ściągając obce osoby. Nie, że nie doceniam, ale... W sumie umęczyli się wszyscy, a i rozmawiać nie za bardzo było o czym, bo skoro wszystkich boli polityka, a tu polityka dzieli ludzi, religia też, bo połowa to fanatycy, a reszta myśli o apostazji, no i nierozwiązana kwestia tęczowości...

Więc uśmiech na ustach choć w sercu ból... Było OK.

Prezenty też nie za bardzo wypaliły, raz, że przywieźli tylko prezenty ode mnie i dostały dzieci od gości, bo całość by im się pewno do bagażnika nie zmieściła, to jeszcze biedne dzieci nie mogły wypakować prezentów, bo kto zbierałby tonę klocków LEGO? Więc znudzone i zniechęcone zaczęły marudzić, że chcą do domu, z nudów jadły wielkie czekoladowe Gwiazdory, a Inżynier miał obłęd w oczach, wróżąc - na wzór zawsze panikującej SJ, że dzieci rzygać będą (te największe gwiazdory maja chyba 150 g czekolady, jak nie więcej). 

Od Małego T. dostałam wielki kosz prezentowy, aż w szoku byłam, a od całej bandy dzieci... Biorąc do ręki prezent podskoczyłam, ciesząc się, że kalendarz z moimi ulubieńcami - irlandzkimi farmerami, na co ludzie zrobili dziwne miny... Bo był to kalendarz, ale... z moimi wnukami, z Inżynierową dwójką i Małym T. Inżynier rechocąc pytał, czy naprawdę wolę farmerów... Nie kłamałam, ale fakt, że nie o takim marzyłam, marna ze mnie babcia ;) Na pociechę usłyszałam, że farmerzy jeszcze nie dojechali z Irlandii :) 

Ponieważ na chodnikach był armageddon z sajgonem, a ja objuczona prezentami nie doszłabym do bimby, więc zamówiłam taxi (Inżynierowa limuzyna, choć landara, nie ma miejsca na 5 pasażera przy tych dwóch fotelikach). I tak nikt mi na SMS nie odpisywał, Inżynier dzwonił na radio-taxi, nikt nie odbierał, przy okazji odzyskałam swoją kartę klienta do RMI - a karta historyczna, bo jedna z pierwszych, wydanych jeszcze w latach 90., gdy zakładali to taxi... Zawsze podawałam nr i było fajnie, a kiedyś gość się uparł, że chce kartę zobaczyć, a ja jej fizycznie przy sobie nie miałam, więc zapłaciłam 100% żeby się z kretynem nie kłócić...

Sprawdziłam MPK i od 16 nic nie jeździło, prócz nocnych...

Umarłabym na Dąbrowskiego, a do domu bym się nie dowlekła, latem może, ale nie w tej śniegowej bryi. Na szczęście S. i A. mieszkają w Luboniu i okazało się, że fotelik Małego T. nie zajmuje całego auta i podrzucą mnie do domu, bo to w sumie im po drodze, choć wjadą do Lubonia od dupy strony.

I tym pięknym sposobem wróciłam szczęśliwa na memłon, gdzie wypoczęłam, słuchając muzyki i rozmyślając, jakie piękne jest życie.

Bo w sumie było miło, że z kimś byłam, choć jak widać, była to całkiem skomplikowana operacja logistyczna.

Gdy po 20 zlądowałam w domu, na telefonie pojawił się SMS od radio taxi: czy państwo jeszcze czekają? Olałam, bo to było ponad 1,3 godziny od zamówienia, a chwilę później, że taksówka jedzie na Dąbrowskiego. Podziękowałam. 

Trochę to dla mnie nielogiczne, bo rozumiem, że tam też ludzie pracują i chcą zjeść wigilię z rodziną, ale w ten sposób okazuje się, że niezmotoryzowani skazani są na zamknięcie w domach w tym dniu. W zeszłym roku odwiózł mnie Inżynier, ale raz, że nie latał jak kot bez pęcherza cały dzień, bo wigilia była u niego i nie woził prezentów, dwa, nie było zagrożenia szklanką. Nie wiem, czy szklanka była, tego już nie sprawdzałam, za to za oknem miałam 


niesamowity widok.

Jutro celebrujemy 3. urodziny Kalafiorkówny, ale że i MPK już jeździ, i taksówki też, a grono będzie kameralne, bo reszta się porozjeżdżała, więc będzie mniejsze zamieszanie.

No ale co się po schodach nalatam to moje ;) 

Trzeba dbać o kondycję, co nie?

I tak spokojnie we własnym sosie mijają mi te dni, na obiad ziemniaczki, pół tuszy i kalafiorek. Nie mam bigosu, sałatki, śledzi, pierogów. Nie jestem przeżarta, nic mi nie dolega. Jestem szczęśliwa, mając dach nad głową, ciepło i własną łazienkę.

Z nikim się o nic nie kłócę, a jutro spotkam się z najbliższymi. 

Baran próbował mnie agitować na nie do testów, że mam sobie poczytać, co w nich jest, ale powiedziałam, że szkoda mi czasu na czytanie. Wkładasz patyczek do nosa, maczasz w roztworze, na skali pokazuje się wynik. Nic nie piję, nie wprowadzam do organizmu. Sama sobie takie coś zamówię, bo przynajmniej będę wiedziała (nie na 100%, ale zawsze), czy to tylko przeziębienie czy inna franca.

I niech tak zostanie...

A dzisiejszy wieczór sponsorują Gott i Humperdinck, bo w radiu wciąż wałkują Przeminęło z wiatrem...

Niech Wam święta w spokoju mijają, jako i mnie :) 


czwartek, 23 grudnia 2021

I tak

 sobie, Kochany Pamiętniczku, z Inżynierem piłeczkę odbijamy...

Bo przez to, że wigilia ma być u jego teścia, to jest kupa luda i wyszło jak wyszlo, jak dla mnie głupio, albowiem to oprócz mojej synowej i mamy Małego T., a siostry synowej są pisiory do kwadratu. Więc wzdech, nie rozmawiamy, a jakże, co mnie wkurwia, bo miło siąść i popyskować, że jebać PiS i Konfederację, nawet przy wigilijnym stole, kiedy wszyscy raźno jebią.

Z tego powodu wywaliłam ze znajomych na FB (takie czasy) brata mojej synowej, który jest pisowo świętojebliwy do upierdolenia. Gdyby znał mój życiorys i moje życiowe dokonania, w życiu by się do mnie nie zbliżył. Ale on i z własnymi siostrami ma stosunki bardziej niż luźne, no ale co mówić o gościu, który na urodzinach Alienka siedzi w telefonie i ma w dupie resztę.

To w ogóle jest nieco dziwna rodzina. No dobra, bardzo dziwna. Bo teść Inżyniera z zaparciem opiekuje się swoją teściową, po swojemu, ale od lat jej pampersy zmienia, podczas gdy rodzone dzieci babci, która całe pokolenia młodych wyniańczyła są tak popierdolone, że głowa mała. Ale żadne z nich nie weźmie matki do siebie, bo nie.

Więc jestem rozdarta - pełna podziwu dla niego, jako do człowieka, a zajebałabym za jego poglądy.

Ale szanuję go - nie wiem, jak postąpiłabym na jego miejscu - nigdy nie opiekowałam się nikim, moi bliscy odchodzili młodo i nagle, teściowa to inna bajka. 

A ta piłeczka to dlatego, że wszystkie media trąbią, że będzie armageddon, że zasypie nas i zawieje, i zamiecie, i w ogóle.

A z tego powodu, że mam tam jechać nazbierało się prezentów (i znów cała historia, bo teoretycznie nie ma prezentów dla dorosłych, ale teoria teorią, a praktyka swoje). Więc u mnie bagaż wygląda tak 


a same piwska dla Inżyniera ważą tonę i do wózeczka się nie zmieściły, gaci i skarpetek mu nie kupię, bo nawet rozmiaru już nie znam, dla jego teścia mam 1,5-litrową butelkę Grolschsa... A reszta to pierdoły, bo co mam kupić ludziom, których teoretycznie nie znam, a i Inżynier jest w tym temacie jak tabaka w rogu?

Gdybym jechała do I. na wigilię jak w zeszłym roku, to luz, bo prezenty dla Łobuzów są na miejscu, a synowa szczęśliwa, że zleciłam jej pakowanie, bo ona uwielbia, a ja nienawidzę :) 

A i jeszcze pierogi ruskie, zaraz kartkę położę, bo jak znam życie, zapomnę :) 

Nie wiem, czy to nie są ostatnie święta na bogato, powłączałam wszystkie lampki, dom wygląda jak w amerykańskim serialu, ale w sumie - może jutro będzie potop?

Zakupy dokończyłam na spokojnie, wypłaciłam kasę na taksówkę w razie W, bo za płatność kartą przepada 20% zniżki za wzywanie SMS - nie uznaję Ubera, bo nie i już...

Spacerek zaliczony, korytarz, a jakże, posprzątany, mieszkanie też.

Baran mnie wyśmiewał, że szczepienie zmienia ludzi, bo okien nie umyłam. No nie umyłam, w sumie kto bogatemu zabroni? Tęsknię za UK, ale jest jak jest i dobrze, że nie jest gorzej ;) 


Młodzi się testowali, żeby dziadostwa nie wykończyć, ja się nie testowałam nigdy, a jak przeczytałam instrukcję obsługi testu, pomyślałam, że za głupia jestem na to. Staram się nie przeziębić i tyle. 

Wczoraj cały dzień poświęciłam na dokończenie 


Co z tego, że głupie? Ale dzięki temu nie ląduję na kozetce u psychoanalityka. I patrząc na Dynastię - ma sens.

Więc za prasowanie coroczne wzięłam się o 20, bo potrzebowałam małych gwiazdkowych serwetek, te duże obrusy się nie sprawdzają, więc


się napracowałam.

A dziś zima jakaś niezdecydowana, słoneczko też, przez moment już wiosennie świeciło, ale ponoć jutro sajgon?

Zobaczymy.

I życzenia, zerżnięte w fejsa, ale moje i osobiste, poza Norwidem, of course, bo wiadomo, część czytaczy niefejsowa, a mnie się natchnienie skończyło, więc


W ogólnym szaleństwie gotowania, doprawiania, kupowania, szczepienia, nieszczepienia, kwarantanny, izolacji, testów, maseczek, zachowywania i niezachowywania dystansu społecznego, nakazów i zakazów, moim Najbliższym, Przyjaciołom, Znajomym życzę, by spędzili święta mimo wszystko z ludźmi bliskimi ich sercu. By nakaz zachowywania dystansu społecznego nie oddalił nas od siebie tak, że nigdy nie znajdziemy drogi powrotnej. Niech człowiek człowiekowi będzie człowiekiem, nie zagrożeniem. By pusty talerz wciąż miał sens, a nie był tylko pustym, nic nieznaczącym gestem.
A Słowo ciałem się stało i mieszkało między nami...
Zdrowia, bo ono najważniejsze w tych szalonych czasach.

Wesołych Świąt! Merry Christmas! Frohe Weihnachten! Feliz Navidad y Próspero aňo Nuevo! Veselé Vánoce! Tanti auguri di Buon Natale! Joyeux Noёl! Cчастливого Рождества!

I oczywiście

***** *** i Konfederację, nie ma innej opcji 🙂

Bo jak dziś doczytałam, że pojebany Pinokio będzie dopłacał do dekoderów dla TV (kurwa, jakie dekodery, na chuj one komu), ale ja nie dostanę tej stówy, z tego prostego powodu, że jebanej TV nie mam od 15 lat, a z moich podatków na to pójdzie, to jakkolwiek staram się być damą i nie ***** ***, to jak mam nie kalać ust korali przekleństwami?

Niech to już jebnie, z hukiem, czego wszystkim normalnym ludziom na te święta życzę, aczkolwiek sama będę w mieszanym towarzystwie, starając się być dobrym człowiekiem, co mi z trudem przychodzi...

A Słowo ciałem się stało i mieszkało między nami...

Tak nawiasem - wchodzę do łazienki i kolędy od rana śpiewam, zboczucha ze mnie na medal :)

wtorek, 21 grudnia 2021

Auć

 Kochany Pamiętniczku, już nawet Zatopek czasu by nie dogonił.

Zamknęłam spokojnie, com zamknąć miała, a w tym tygodniu zaproszenie na spotkanie online z zarządem (małe litery celowe), że będzie homo nie wiadomo niespodzianka. Nie poszłam, bom dziś latała jak kot bez pęcherza (notki skaczące będą i niechronologiczne, trudno). Wracam, a na poczcie od asystenta zarządu pytanie, czy podobała się publiczności niespodziewajka w wykonaniu w chuj nieznanego nikomu zespołu ludowego kolęd? Płyty do odebrania w sekretariacie.

W chuj mi z płytami. Mam YT :)  A kolędy lubię, jak sama je śpiewam (no, dobra, drę się, ale jestem sama w domu, więc mogę, kto bogatemu i głuchemu zabroni?) :)

W czwartek jakiś debil przeciął światłowód, a ja zamykałam warzywka, życie uratował mi internet z wiaderka, a dokładniej z Orange. Z 85 GB poszło 1,5 GB, więc nic się nie stało.


Dni przedszczepienne przeżyłam jak w transie.Polazłam do apteki z wydruczkiem e-recepty, którą odwalila mi pani magister, biedny Pierworodny znów dzwonił po receptę... Na wydruczku jak byk: ważna do 30 marca 2022 r...

Inna pani magister tłumaczy mi jak krowie na rowie, że i owszem, ale po wypisaniu takiej recepty muszę pierwszą transzę leków wykupić w terminie 30 dni, dopiero potem recepta jest ważna do 2022 r. Nosz, kurwa, to nie jest nigdzie napisane, a może i jest, ale człowiekowi trzeba czasem jak krowie na rowie...

W aptece zostawiłam prawie 150 zł, gdy jeszcze do niedawna ta sama porcja dragów nie kosztowała więcej niż 100.

No nic.

Kolejne szczepienie przeżywałam jak mrówka okres, ale wtem znienacka Inżynier napisał, że zawiezie starą matkę na szczepienie. 

Certoliłam się jak dziewica w noc poślubną, ale ponieważ że dziecię zakupiło do przesadzenia chamedory i Alienkowego dębu 45 litrów ziemi (ojapierdolę), bo w Selgrosie mniejszych opakowań nie było, więc w ramach podrzucania owej dałam się powieźć na Szwajcarską. Błogosławiłam to potem, albowiem zza szyby i zza maseczki gówno widziałam, co kobieta mówi, w miejscu, w którym się ostatnio szczepiłam kłębił się dziki tłum ludzi, a ja miałam jechać na 1. piętro, gdzie tłumacz chyba tłumaczył, że matka aczkolwiek niedosłysząca i nierozgarnięta, ma wszystkie klepki na swoim miejscu, panie szybciutko rzeczoną ukłuły, a ta, szczęśliwa, nawet minuty nie czekała i poooojechali... Do Inżynierostwa, na krzywy ryj, na obiad, bo miały być frytki, a frytki SJ uwielbia, ale jada raz na ruski rok.

W gościnnych progach Inżynierostwa SJ o mało nie zeszła z tego świata, albowiem na jej powitanie z niehamowanym entuzjazmem rzuciła się... Kalafiorkówna. Domagająca się pieszczot i w ogóle. Alienek też nie był od tego, ale Kalafiorkówna przeszła sama siebie.

Coś jest w powietrzu :) 

Kupiłam literki dla Alienka, zatem na lodówce mam

rysunek obok to ja: autorka Kalafiorkówna.


A na drugich drzwiach obok arcydzieła Inżyniera, wiszącego w kuchni od lat, zawisnął rysunek jego syna, zwanego Alienkiem, na którym jestem ja z Alienkiem i moim przyszywanym wnukiem (to ta różowa postać).

Moje mieszkanie powoli zamienia się w galerię sztuki, jeszcze trochę, a wywieszę plakaty i za bilety kasować będę, a co :) 

Szczepienie, pomijając bolącą rękę w zasadzie przeszło bezboleśnie, aczkolwiek mam niejakie obawy, bo będąc taki  połamańcem nie wiem, czy mnie coś w nowym miejscu boli, czy to poszczepienne, czy człowiek tak sobie bolenie przerzucił. Nieważne, dopóki z wyra się mogę zwlec, jest cudnie :) 

W poniedziałek wylazłam z chałupy i wparowałam do fryzjera, bo zarosłam jak bór. Pani zła, bo gość umówiony nie powiedział ani tak, ani nie, więc wkurwiona, doczekawszy umówionej godziny, ostrzygła mnie, ale mój rachunek z napiwkiem (bo daję napiwek, doceniam, że wzięła mnie z ulicy, że nie muszę znów dzielić dnia) urósł pod niebiosa. No cóż, wszystko drożeje.

A ja teraz młoda i piękna jestem


Pan od Pomidorków na FB pisał, że ma ostatnie pomidory, więc 10 zł wydałam. Dobrze, że tylko tyle, albowiem


w środku wyglądał tak


w pierwszej chwili myślałam, że rzeżucha w pomidorze rośnie, ale nie. To kiełkowały nasiona. Wywaliłam wszystkie pomidory, albowiem to psiankowate, a nie wiem, jak wygląda kwestia jedzenia kiełkujących psiankowatych, tym bardziej, że przy moich schorzeniach są niewskazane. No nic :) Powiem mu wiosną, o ile dożyję :) I zasada zapisana w kajeciku: nie kupujemy pomidorów z pola od końca października jest słuszna i należy jej przestrzegać.

Wczoraj kupiłam jeszcze pierogi ruskie dla Łobuzów, bo jest opcja, że to zjedzą na wigilię. Uległam jednak, bo wzrok Inżyniera...

Też się tam nie czuje za dobrze. Dla mnie to dodatkowy, niepotrzebny zupełnie wydatek, a long story, bo homo nie wiadomo. Siostra nie wie, co można kupić dla brata. A, nieważne, będą Łobuzy i Mały T :)

No cóż, życie.

Jakoś tak wyszło, że hasło "jesteśmy rodziną" nie działa tak, jak w amerykańskich tasiemcach. Zaczynam lubić Inżynierową i jej siostrę, ale co do reszty...

Lubić pisiorów?

Nie ma opcji.

Ale czegóż się nie robi dla Łobuzów i Małego T. Moja miłość nie sięga jednak na ogarnianie chałupy po najeździe hordy w Wigilię.

Wrócę, otworzę wino i będzie git majonez. I radio Pogoda. Brzmi jak plan, nie przeciągnie się, bo Łobuzy i Mały T. chodzą spać o przyzwoitej porze.

 A ja dziś, wykończona zakupami, bo dzikie tłumy, do sklepu, do którego mogą wejść 2 osoby, wchodzą 4, w tym dwie staruchy o kulach (gdybym wiedziała, że zlądują w kolejce, wpuściłabym, bo w sumie ciepło, co mi szkodzi postać te parę minut dłużej), które się nimi okładać zaczęły, która bardziej poszkodowana, wszędzie kolejki takie, że za komuny ich nie było


w Pepco i KiK półki wymiecione z towarów gwiazdkowych, pewno się już na Wielkanoc szykują, za to w chińskim sklepiku lud wyszarpuje sobie z rąk ostatnie gwiazdkowe gadżety, a w kolejce do kasy na plecach leżał mi jakiś ohydny staruch jak z Synów Anarchii, nie odważyłam się mordy rozewrzeć, aczkolwiek jestem wyszczekana, ale tatuowany, w skórze, z siwą brodą, a ja cóż...

Kurwa.

Więc zaopatrzona już, w domku, odzyskawszy humor, bo do twarzy mi



 a kupowałam z myślą, że na Kalafiorkówny łebek nie wejdzie.

I wymieniwszy baterie znienacka znalezione, z trudem, drugi image też mam OK 


urobiwszy się po kokardkę i kucyki, aż mnie kręgosłup zaczął napierniczać...


wprawdzie nie taka choinka miała być, ale jest jak jest i mnie się podoba, a o to chodziło...

Jutro ogarnę całokształt, bez okien, of course, bo się boję przeziębienia, a jak Dzieciątko nie przyjdzie, bo JA nie umyłam okien, to niech mi ludzkość wybaczy. Starzeję się... Młodsza nie będę, więc albo Dzieciątko się do mnie dostosuje, albo?

 Na serio, w stajence okna były?

I myślałam, że znów się kaloryfer zapowietrzył, bo na górze gorący, a na dole ciepły. Męczę biednego Pierworodnego, który pracuje non stop, bo za nadgodziny mu ekstra dużo płacą (nie jak mi, kolędami), ale podkręcam, bo mróz i...

jest ciepło, a nawet gorąco.

Więc co mam robić, Kochany Pamiętniczku?

Sama myśl o czekaniu na kogoś obcego, co wparuje i będzie mi grzebał w kaloryferze doprowadza mnie do szału.

Jak żyć?


wtorek, 14 grudnia 2021

Pomieszanie

 z poplątaniem, Kochany Pamiętniczku.

Niby przecudna mgła i ja, która się nie denerwuje, że nie doleci, bo mgła, jak nie tu, to tam i takie inne sranie w banie.

Tęsknię, ale skoro za mną wszyscy tęsknią coraz mniej to i co ja mam zrobić

Nic, życie, tak bywa, bo...


bo jedno wyleciało i co z tego, że nierodzone tak naprawdę?

Boli tak samo, jak rodzone, a może nawet i więcej...

Nevermind.

U mnie, Kochany Pamiętniczku, luty już puka za niedługo do drzwi, choć jeszcze świąt nie było.

Ale nevermind.

Poszedł dziś, w miarę na spokojnie do drukarni styczniowy numer ukochanej gazetki.

A wczoraj był Informatyk z tonerem (który z trudem wepchnął, jako że niemarkowy, ale jak długo i szeroko tłumaczył mi, jak krowie na rowie, że cena, jakbym o tym nie wiedziała) i z całą paką ryz... Jako że poparte to  było łapówką


miłe było, ale zaiste wolałabym podwyżkę. I nie, nie będę czytała tego numeru, płacą mi za podwójne czytanie, nie za czytanie gotowca. Czekoladki luzem zeżarłam, belgijskie dam wnukom...

A, kalendarze zostały do odebrania w redakcji, ale jako że sekretarka miała koronawirusa mam opory,

wiem, śmieszna jestem w chuj. 

Z innych newsów: mBank rozpatrzył POZYTYWNIE moją reklamację, szok.

Od lat kilkudziesięciu, odkąd moja teściowa wiedziona złotym sercem zamówiła na konto Eksa pocztówki z wydawnictwa Amun, za które on w życiu grosza nie zapłacił, ale ja tak,  bo on nigdy swojego konta nie miał, jego renta wpływała zawsze na moje osobiste konto, ale skwapliwie ją stamtąd zabrał w tym samym miesiącu, gdy pomaszerował w siną dal i ani złotówka już do mnie nie wpłynęła na wychowanie naszych wspólnych dzieci, co olałam i wychowywałam je sama, a co, stać mnie było, żyłam na szerokiej stopie, co nie? Amun mimo moich wieści, że nie, że dziękuję, przysyła regularnie co roku, dwa razy w nim swoje przesyłki. A ja co roku, dwa razy w roku się łamię, bo kurde, malować nie mając rąk? To moje życie jest przy tym bajką, a ja nawet kartki świątecznej już nie umiem napisać (wtórna dysgrafia), co potwierdzają ci, którzy ją dostali... 

Ale w tym roku, gdy płaciłam, oczywiście na starym przekazie, wysłało mi 20 zł zamiast 30 i kurwa, bez potwierdzenia SMS. Bo ja, Kochany Pamiętniczku, wysyłając nawet jebany 1 grosz z konta powinnam mieć na SMS token, że tak, że chcę ten jebany grosz wysłać. Przed wysyłaniem do Amunu zrobiłam dwa przekazy i ok, SMS by pracowicie go wklepywałam, sprawdzając dwa razy (bo tak), a przekaz do Amunu miał mieć 30 zł (wielkanocny ma 20), na tym wielkanocnym chciałam zrobić, ale nie zdążyłam NIC kliknąć (trzeźwa byłam, po pijaku omijam bank szerokim kołem) i nagle 20 zł poszło, bez żadnego SMS. Zatem zareklamowałam, życząc sobie zwrotu owych 20 zł, nie za bardzo wierząc w powodzenie, a tu dziś ZONK :) Serio?

Uszczypnęłam się nawet :)
A w szparze unijnej pismo z AR i achtung, wnimanije, pozor... nie można jak w zeszłym roku odsłać papierów emilkiem, trzeba leźć personalnie do Alma Mater.

Serio?

Wszak wciąż mamy dystans społeczny. W dupie to mam, w sobotę idę na drugą dawkę, potem mam luz, w terminie dowiozę papiery. Ale serio? Cofać się w komunikacji?

Pierworodny miał załatwić receptę, napisał tylko: powinno przejść. 

Nic nie przeszło, ale cóż, mam teraz luz, to sobie sama pójdę, wlezę, podam kartkę.

A dzisiejszy wieczór sponsoruje


Aż zabolało serce. 

Wczoraj zabolały płuca, gdy otworzyłam w nocy balkon, żeby mieszkanie przewietrzyć.

Zaczynam powoli rozumieć londyński smog z 1952...



sobota, 11 grudnia 2021

Jaka

 cudna mgła za oknem, Kochany Pamiętniczku...

Dla mnie, bo siedzę w domu na dupie, śpiewa Engelbert Humperdinck, a ja właśnie odkrywam ze zdumieniem, że  Ostatni walc jest jego, tak uroki głuchoty, starości, dostępu do słuchawek...
Jaki piękny wieczór, choć skuszona słońcem, bo słońce dziś było, polazłam w świat...

A że likwidują fajny sklepik z olejkami, wydałam mnóstwo kasy, bo nie będę latać po marketach, szukając olejków i tak do Engelberta dołącza zapach opium (uwielbiam), a w małym pokoju na kaloryferze rozkręconym, bo pościel się suszy (nie wywieszę na balkonie, bo mimo siatki jest pełno pierza od jebanych srajd, nie posprzątałam balkonu, bo nie miałam kiedy, a w czasie mrozu sprzątała nie będę) pachnie bzem, bo w słoiczku po jogurcie jest soda polana bzem...

Ale mieszkanie przewietrzone, nie ma, że kiszę się w olejkowym smrodzie...

Do apteki wlazłam, bo pusta była i niemiła niespodziewajka - recepta, którą doktor wypisała była zwyczajna, mimo że przyszła jako e-recepta, więc była już przeterminowana, ale męczony Pierworodny powiedział, że spoko, zadzwoni po nową. 

Na Manhattan nawet nie weszłam, bo przewalały się po nim już nie dzikie, ale oszalałe tłumy... 

Trwa już przedświąteczne szaleństwo i ludzie kupują jak głupi. Budka z karpiem z Milicza już działa, stoi przed nią kolejka jak za komuny. 

Nie mówię, zajrzę, ale w tygodniu, może nie będzie tylu chętnych? Bo w rybnym karp kosztuje jak za zboże, a ja lubię karpia. W budce gratis patroszą, więc może mnie nie zrujnuje?

No i karp z Milicza. Nie pytać, karp z Milicza rządzi i wymiata. A z reportażu wiem, że hodowca ma 15 zł za kg karpia. W rybnym za płat cena dochodzi do 50 zł...

Spuszczamy na to zasłonę milczenia.

Baterii nakupiłam, znów wydałam dużo, ale te baterie pepcowe i kikowe niewarte są swojej ceny, co z tego, że 4 zyla za 8 baterii, jak padają momentalnie?

Do Hebe wlazłam, bo pasta do zębów mi się kończy i... nie ma żadnej kasy. Są tylko samoobsługowe. Niby nie problem, ale utknęłam, gdy zażądała płacenia Blikiem, a ja go nie mam. Nie mam zaufania do żadnych aplikacji na smartfonie - bo jak zgubię, to dupa blada. Tak samo drżę o kartę. Starość, kurwa, starość. Jak utknęłam na tym Bliku, to w żadną stronę nie szło, jak chciałam brać dupę w troki (za mną stała ogromna kolejka młodych z mordem w oczach), to się uruchomił alarm, przyszła asystentka i okazało się, że mogę płacić kartą. A jak sama klikałam, płatność kartą nie wyskakiwała. Niebiosom dziękowałam, że nie skusiłam się na Euforię, bo rano pracowicie przewalałam kartonowe królestwo, szukając bonów sodexo od firmy, ważnych do 2022. Do lipca, więc je jakoś wydam, chociaż chuj wi na co i już na pewno nie w Hebe. 

Rozumiem, duch czasu i inne sranie w banie, ale powinna zostać jedna kasa normalna. Ja niby taka wyrywna, a się zawiesiłam i wkurwiłam kolejkę za mną. A są jeszcze mniej ogarnięci ode mnie, co nie? Więc nie, Hebe skreślone z listy, pastę do zębów w Biedronce też kupię, a reszta może poczekać.

Udupione na kwarantannie Duo przesadzało dziś chamedorę, która pięknie buja w biurze Inżyniera oraz Alienkowy dąb też dostał nową doniczkę... Jakaś nadzieja jest, że będą przesadzali, no bo babcine geny trudno ot tak, za okno wyrzucić...

A mnie ranek powitał tak:


ten amarylis kwitnie już 3 raz...


ten w tym tygodniu zaszalał...


... no i jak ich nie kochać? ;) 

Toner padł, co odkryłam dziś, kolega podesłał pdf. Sumitując się i błagając, bym nie korekciła w weekend, bo nie chce być wyrzutkiem... Chciałam mu zrobić psikusa, ale wydruk już do bani... Piszę więc do Informatyka, który się na alarm ostatnio nie spieszył, z DW do Bossa i do M., która oburzona była, że ja sama po papier pojechałam, a która wice jest...

Odpowiedź błyskawiczna: będę w poniedziałek.

Więc dlaczego czuję niesmak do siebie?

Jak bardzo w skali od 1 do 10 mam nasrane w tym głupim łbie?

Jak jutro będzie szadź, zwlekę dupę w troki...

Nie ma innej opcji :)


piątek, 10 grudnia 2021

W stronę słońca

 aż po horyzontu kres, Kochany Pamiętniczku... Poszłabym.

Już dawno nie byłam tak zmęczona.

A dziś obudziłam się o 4 rano i już na mnie czekała praca na poczcie, którą odbębniłam, pościel zmieniłam, potem już rutynowo, kąpiel, śniadanie i poleciałam po zakupy, bo już nie było co jeść, nie licząc chińskich zupek, no i puszkowego zapasu.

Psiakrew, bo zima jest.

I o ile 


w takiej alejce to ja mogę iść w stronę słońca, to zima w mieście jest do dupy.

Co z tego, że odśnieżone i posypane solą? Jak się poślizgnę w takiej glajdzie, to mało, że mogiła, to jeszcze na czyszczenie odzieży wydam majątek, nie licząc obuwia zniszczonego przez sól. Jak rąbnę na śnieg, to o ile sobie czegoś (odpukać) nie złamię, to wstanę, otrzepię się i znów pójdę w siną dal, lewa, prawa.

Dlatego nie lubię zimy.

No ale wypisane kartki na stole leżały i darły się, żeby je wysłać. Więc poczta, piekarnia, o pierniki kupiłam, przepyszne

i 31 z groszami za kilo, a w Zagrodniczej 60 zł i bez polewy jakiejkolwiek. I wcale nie lepsze. No cóż...

Biedronka, bo kwiaty (wiem, wiem, stara wariatka ze mnie), no ale jak potem w domu mam


 

to chce się żyć w tym szaro-burym świecie, co nie?

Dziś pieścichłopy sponsorowały dzień...

I rzeźnik, wprawdzie nie za bardzo go lubię, ale time, time, bo praca i... skusiłam się na wątróbkę wieprzową. Nie wydałam dużo, bo była za 1,99 za kilo, ale ojapierdolę, wylądowała cała w kuble, bo była jak opona. I nie, że nie umiem wątróbki smażyć, nie soliłam, ale pomyślawszy, ile wywalilam na dentystę, zjadłam pyry z jabłkami i cebulą, z którymi smażyłam rzeczoną podeszwę... Smakowało, a zęby całe. 

A potem pracowałam, w pocie czoła, nie mówię, że miło nie było, bo emilki słodkie, ale zapieprz. I zmęczona byłam szalenie.

No dobra, mea culpa, w międzyczasie chałupę ogarnęłam, choć zaklinałam sama siebie: jutro to zrób, jutro...

Napisałam z zapytaniem, czy jeszcze coś, czy jestem przydasie i w sumie nie wiem, bo odpisała tylko część załogi, a reszta milczała jak zaklęta, więc i 19, jak doszły maile z HR, że mam urlop, olałam, zamknęłam i umieram do poniedziałku.

Ale luksusowo, bom wysprzątana, zakupiona, tylko jutro bym po baterie polazła, bo akumulatorki dawno szlag trafił, a ja




fazę mam, a to nawet nie połowa inwentarza... :)

Choinki jeszcze nie ma, ale to za tydzień, jak się pozamykam i zaszczepię, mam czas. Pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu pcheł.

Alienek i Kalafiorkówna wylądowali na kwarantannie, bo w przedszkolu personel się zkoronawirusował,

Rodzice postanowili izolować Łobuzy do świąt i sami też - i słusznie.

Zawsze mamy Skype, a ja cichą nadzieję, że wywinę się od wigilii. I nie, że z nimi bym nie chciała, ale wigilia ma być we włościach Inżynierowej - auć. Ale Inżyniera mi żal, choć sam sobie taki los wybrał, więc...

Co ma być będzie. Ja pierniki już mam, innego ciasta nie chcę, bo nie przepadam, karp w zamrażalniku, fanką pierogów ani barszczu nie jestem, dlaczego nie może to być zwykły, spokojny weekend?

No nic, zobaczymy.

Pogadałam ze Słonkiem i tak mi kamyk wrzuciło do ogródka, że ona pracuje w knajpie, wśród ludzi i jakoś nic nie złapała. Nie zna nikogo, kto złapał. Bo napisałam, że połowa mojej załogi po forum ma koronę. Bo ma. Zapytała, jakie forum, jakby nie wiedziała z Auschwitz...

A strachu się najadłam, bo dzień po byłam w redakcji i błogosławię dziś dziewczyny, że mnie wywalały od siebie.

Ponieważ dorosłam i uważam, że ludzie mają prawo do swoich decyzji, w jęzor się ugryzłam i grzecznie powiedziałam, że znam parę ludzi, którzy to złapali, w tym moje osobiste dzieci i znam takich, którzy zmarli.  Nie oceniam, nie namawiam, ale robię, co chcę. 

I chociaż faktem jest, że to pic na wodę i fotomontaż oraz złudzenie apteczne, w następną sobotę pojadę sobie wszczepić kolejnego chipa, dzięki któremu będę się łączyła nie tylko z lodówką i piecykiem, ale dojdzie parę urządzeń, a i Bill Gates z Markiem Zuckerbergiem , siedząc przed swoim monitorkiem będą wiedzieli, że o, SJ, znana na całym świecie, zapierdala właśnie do monopolowego i za chwilę bez wglądu do paragonu będzie wiedział, czy kupiła najtańsze piwo (wiadomo, inflacja, praca bez podwyżki od 11 lat), czy może znalazła stówę koło śmietnika i sobie jakiegoś Chopina czy innego Sobieskiego plus soczek zaserwowała. Ale będą mieli radochę, wiedząc, co SJ na Dębcu pije...

A skazany na kwarantannę z siostrą (ta już awansem na niej jest) Alienek odkrywa kolejne talenta, tapetując Kalafiorkównie ścianę, albowiem nad jego łóżeczkiem miejsca na plakaty już nie ma. Mało, że mądry, to jeszcze uzdolniony technicznie jest.


 

A Papryczek 8 grudnia skończył siedem lat... Dzieli nas dokładnie 60 lat.

Życie pędzi coraz prędzej...


niedziela, 5 grudnia 2021

Nie widzę

 różnicy między 66 a 67, Kochany Pamiętniczku.

Ale gdy wstałam dzisiaj i zobaczyłam ten sypiący za oknem śnieg napisałam do Inżyniera, że ma się nie gniewać, ale zmieniamy plany.

Bo grzechem byłoby zabrać Łobuzom śnieg, a i sama myśl o Inżynierze na tych "uniwersalnych" oponach, popylającego do mnie z Łobuzami...

Nie...

Na szczęście Inżynier rozsądnym człowiekiem jest i wprawdzie nie poszli na sanki, bo ponoć za mało było śniegu (sanki od ubiegłej zimy kiblują przy drzwiach)


 ale bałwan jest całkiem piękny, co nie? I zadowolone Łobuzy co chwilę leciały do okna i cieszyły się swoim dziełem. Odmówiłam uczestnictwa w śniegowym szaleństwie, albowiem... Co ja się będę tłumaczyć.

Dojechałam do nich i w korytarzu karnie stała ekipa z najwspanialszym prezentem świata



Alienek pierwszy raz się dla mnie PERSONALNIE podpisał, a podkreślam, że dziecko z problemami...

I nawet nie pytali, co dla nich mam....

No a potem były tańce, hulanki, swawola, rechot zadowolenia, gdy stwierdziłam, że jeszcze jedna łyżka zupy pomidorowej, a pęknę i będą mnie zdrapywali ze ścian (talerz jak moje trzy), do zdrapywania babci ze ścian była chętna cała ekipa...

I jako że dostałam film z pasowania Kalafiorkówny na przedszkolaka, okazało się, że znam wszystkie piosenki z przedszkola, co wzbudziło zachwyt Łobuzów i pytanie Alienka: a do jakiego przedszkola chodziłaś i co potem robiłaś? Wytłumaczyłam, że do prowadzonego przez zakonnice (dziecko nie zna tego pojęcia, matka onego, wykwalifikowana nauczycielka nauczania przedszkolnego pracowała z zakonnicami i zna całokształt mój), potem poszłam do szkoły podstawowej, potem do średniej, następnie na studia, po nich do pracy, potem za mąż wyszłam i urodziłam wujka Pierworodnego i jego Tatę, a potem poszłam do pracy... Puenta: potem wróciłaś do domu... Wszyscy dorośli padli i już nie powstali...

Jak ja kocham te chwile.

Kotecek się z nami bawił

w tym roku Łobuzy ubierały całą choinkę, Synowa spasowała z idealnym całokształtem.

Kawkę wypiliśmy i zasadzono babcię do planszówek...

Jeżu kolczasty, jak ja nienawidzę planszówek...

Ale ubawiłam się setnie, choć sromotnie obie przegrałam, nie oszukując.

To już za mną. Przegrywanie dla świętego spokoju, tym razem uczciwie przegrałam, zachwycona całokształtem.

Przeszczęśliwa zniknęłam do chaty, w sam raz przed szklanką.

Spokojna, że Inżynier mi się nie rozwali gdzieś...

Dopieszczona, bo nawet Kalafiorkówna, na wszystko odpowiadająca nie, łaskawie mi łapką długo kiwała, a Alienek...

No dobra, to był piękny dzień.

Czasem niewiele potrzeba do szczęścia.

Dojeżdżam do końca pierwszego sezonu Brothers and Sisters.  Bo rzygam gwiazdkowymi słodyczami z Netflixa. 

Kiedyś już ten serial oglądałam.

Jest spoko.

A jutro zapowiada się ciężki dzień, ale co tam :)

Będzie dobrze, co nie?

Nie ma innej opcji...

sobota, 4 grudnia 2021

67

 Kochany Pamiętniczku. Przez następne 365 dni te dwie cyferki będą mnie sponsorować. Mam nadzieję, że i te dni będą mi darowane.

Przeszczęśliwa jestem, Kochany Pamiętniczku, że nie spełniło się powiedzenie Zmorki, że mam uważać, bo z góry widzą 66 odwrotnie.

Cały rok tkwiło mi to z tyłu tego głupiego łba, więc przez 365 dni się martwiłam, serio, chociaż wiem, że kto wierzy w gusła, temu dupa uschła.

Ale jak widać, było, minęło. Może Umarlaki pilnowały, nie wiem. Ale nieważne.Jest 67 na liczniku.

I wdzięczna jestem tym, którzy dziś pamiętali, bo wyłączyłam powiadamianie na FB.

Niewiele jest pamiętających, ale są przynajmniej prawdziwi.

Ciąg dalszy nastąpi...

Albo i nie :) 

A tak między nami, ludzie tak długo nie żyją, co nie, Kochany Pamiętniczku?

Pracując w mediach, of course. Chociaż krążą legendy, że dożyli dużo więcej. Jak taki np. Giedroyć... No ale on nie pracował w polskich mediach, nie był korektorką, czyli najniższym szczeblem drabiny pokarmowej.

Ale i tak jestem z siebie dumna...

I nie poszłam na Betlejem Poznańskie, mimo tego, że serce mi się rwało do Łobuzów, które tam polazły. Wciąż jeszcze nie mam odporności poszczepiennej.

Ale ponoć dupy tam nie urywało, więc nie ma czego żałować, co nie?

Za to jutro może się podziać - no cóż, c'est la vie :) 

środa, 1 grudnia 2021

Tylko

 bez paniki, Kochany Pamiętniczku, a właściwie bez paniki, Czytaczki :)

Złego diabli tak szybko nie biorą, co już dawno udowodniono.

Jedyny skutek uboczny to boląca ręka, ale w porównaniu z bólami stawów, które od lat odczuwam codziennie, raz mocniej, raz słabiej, to jest (było) małe miki. Już nic nie boli. Przez moment zaczęłam się czuć gorzej, w sensie, że słabo mi, ale wytłumaczyłam sobie jak krowie na rowie, że mam nie histeryzować, wziąć się w garść i nie myśleć o szczepieniu i jak ręką odjął mi przeszło. A kołatanie serca i tak mam od czasu do czasu, więc jest git majonez. Starość nie radość, tralalalalala :) (I odpukać na przyszłość, albowiem szczepiła się będę jeszcze).

Z urlopem się pozajączkowało,wpisałam go do systemu, wciąż nie mam zatwierdzonego, a w poniedziałek uświadomiłam sobie, że na 1 grudnia jest ekstras, więc z urlopu nici, na co Boss napisał, że ekstrasa nie będzie w tym terminie i do czwartku nie mam na co liczyć. A że maszynki są, to i tak kwitnę, a dziś zaczęły spływać teksty, których miało nie być, ale są, więc korekcę, bo 


i zero, to gdzie się będę włóczyć, jak ślisko?

I tak mi wesoło leci.

Kaloryfery wciąż mam zakręcone, elektroniczny termometr pokazuje 20 stopni, zwykły 18, nie ubrałam się jakoś specjalnie ciepło, a jest luz. I nie wiem, czy dlatego mi ciepło, że gruba jestem, czy dlatego, że mam temperaturę, czy taki mój urok na starość? Nie wiem też, czy zaoszczędzę na ogrzewaniu, bo obliczanie zużycia to czarna magia jest, a ogrzewanie poszło w górę, ale czynsz nie, bo w spółdzielni bajzel... Więc może odkręcić kaloryfery? Ale lepiej oddycha mi się jak nie grzeją, to chociaż 50% wilgoci jest...

Wczoraj sobie zaszalałam, o

W ramach niemarnowania żywności po drodze kupiłam mięsko mielone i z papryk leżących w lodówce obiadek sobie zrobiłam (na zdjątku brakuje już jednej, zeżartej) i jeszcze na dziś mam obiadek, w sumie do soboty nie muszę wychodzić z chaupki, a powinnam, co nie? 

A Alienek wyhodował w przedszkolu


Inżynier pyta, sierota jedna, co to, bo chce to we włościach posadzić. A to dąb. Byłoby super, jakby się udało to utrzymać do momentu sadzenia na włościach, ale czy to przetrzyma? Poradziłam, żeby wystawili na korytarz, bo tam nie ma ogrzewania. A Alienek ma MOJE geny i już. Z kotami nie jest zaprzyjaźniony za bardzo :) 

I zaczął z dnia na dzień coraz lepiej rysować i pisać. Jednak pieniądze wydane na Tomatisa zwracają się z nawiązką, dziecko rozwija się jak moje badylki, oszałamiająco. Jeden z moich amarylisów za moment zakwitnie 3 raz pod rząd...

I tak (odpukać) spokojnie biegną dni przed siebie, już grudzień jest. Nie napinam się na święta, nie planuję, bo teraz z dnia na dzień wszystko jest płynne i nieprzewidywalne.

Aby do weekendu...



sobota, 27 listopada 2021

Polak

 potrafi, Kochany Pamiętniczku :)

Jako kobieta przezorna i zorganizowana, o dziwo, noc bez szaleństw przespałam, więc rano


spakowałam gacie, koszulę nocną, szlafroczek i inne tam do torby, żeby Inżynier nie miał kłopotu. 

Inżynier wszedłszy zarechotał i mówi: jeżeli mamę to uspokoi, bierzemy torbę. 

Ale nie wzięłam, bo jak coś to jeszcze ładowarka i inne zabawki, więc mówię: jak coś to sobie pojeździsz...

Jadąc (najpierw odwieźliśmy Pierworodnego, bo wleciał po naklejki dla MW), pięknych przekleństw słuchałam, albowiem dziecko me, niesłuchające matki, postanowiło słuchać GPS, a jakże, zaktualizowanego, który wywodził nas w pole, ale co ja tam wiem o objazdach, skoro nie mam samochodu...

Hahahaha...

Po drodze wpadłam na szatański pomysł, że po prostu tego wstrząsu nie zaznaczę i co? Jedziemy do szpitala, jak mnie trafi, to zabiorą na oddział i Inżynier powie prawdę wtedy.

Obsługa na Szwajcarskiej jak w przedwojennym Hiltonie, rozlazła mi się chińska maseczka, to pan pospieszył z pudełeczkiem autentycznych medycznych maseczek i prosił, by wziąć dwie :)

Żeby nie Inżynier miałabym jak w ruskim czołgu, bo pani z dyżurki rejestrującej nie rozumiałam, akurat bateria siadła, no ale wiadomo - wierny tłumacz u boku, poszło gładko.

Jako że wszystko było zaznaczone na opak, chwila i byłam na krzesełku, a uprzejma pielęgniarka maseczkę zdjęła, poinstruowała, nalegając by zaraz zażyć dwa apapy i koniecznie apapy... I oczy kwadratowe zrobiła, gdym rzekła, że w ogóle nie czuję ukłucia, bo ona się panicznie bólu boi. 

Po naklejeniu plasterka


 nie dali wprawdzie odznaki Dzielnego Pacjenta, ale dali certyfikat szczepienia, a na ajfonika momentalnie wleciał SMS, że następne szczepienie już tuż za rogiem, a  że w sobotę, to I. po powrocie do domu mówi, że jedzie ze mną, bo tam dojazd jak do piekła jest.

Wysiedzieliśmy 10 minut i zarządziłam odwrót, bo mi się nudziło, a rozmowa w maseczce to o kant dupy potłuc. 

I pojechaliśmy, chociaż mówiłam: skręć w lewo, a GPS kazał w prawo, no i... utknęliśmy w korku na remontowanym od wieków rondzie Rataje... Nie słuchała myszka mamy, nie miałam nic do jedzenia oprócz cukierków z imprezy z Francuzami, a kiszki nam marsza weselnego grały... Inżynierowi cukierek wleciał, nie miałam nic do popicia, dobrze, że staliśmy w korku, bo byłaby draka (zapisać w kajeciku: wozić picie i batoniki). 

Odkorkowaliśmy i pojechaliśmy po jedzenie do Piccollo - i znów na prostej drodze GPS wywiózł nas w ślepą uliczkę. Ale co ja będę kierowcę uczyć, jak ma jeździć :) 

W Rossmannie znów przemiła panienka doprowadziła mnie do półki z lekami, bo to duży sklep był i szukałabym apapu godzinami, zabraliśmy jedzonko i do domu.

Łobuzy aż na schodach na mnie czekały, tupiąc nogami z niecierpliwości i rzucając się na mnie zespołowo, a ja tchu nie mogłam złapać, I. pękał ze śmiechu, bo sama sobie takie żmije na memłonie wyhodowałam: co masz dla nas, co masz w torbie. No, miałam, miałam, bo jak tłumaczę dziecku, miło będą wspominać, że babcia zawsze o nich pamiętała, a na razie są na etapie, że zadowoli ich wszystko.

Posiedziałam i podwózka odsapnęła, jednak chciałam do domu, bo nerwy...

I tak jak rano scenariusze pisałam z torbą w tle, tak home sweet home...




Już świątecznie, a jednak nie do końca. I zaproszenie na Wigilię na D., i tak jak nie cierpię, tak cieszę się.

A przy okazji - odbieram już nie tylko 5G, ale i mam robocze wejście do portu dla 6G i jak mi się pierdoli, to I. mówi, że tak to jest jak się bierze wersję beta, niedopracowaną ;) 

I lekturę sobie przywiozłam


Herbatka, Pogoda, książka, światełka i chce się żyć. Wprawdzie Pierworodny mnie "pocieszył", że poszczepienne szydło z worka może wyleźć później, ale... cieszę się. 

Czasem trzeba skoczyć na główkę. 

 

MW jest już po rezonansie, wyniki będą w poniedziałek. Była też na Szpitalnej w związku z podejrzeniem tła stresowego.Więc obadana od stóp do głów. I dobrze.


czwartek, 25 listopada 2021

Przeżywałam

 jak mrówka okres, Kochany Pamiętniczku.

Sobota - cisza.

Niedziela - cisza.

Inżynier Skype proponuje, seksimy aż miło, a tu dzwonek. A jakże, Pierworodny z Papryczkiem, zdziwiony, że ja jestem zła.

No a jak, ani be, ani me, ani kukuryku, Patryk w niedzielę i co ja, kurwa, sroce spod ogona wyleciałam, czy co?

Ale jako osoba pisząca scenariusze rosołek nagotowałam, albowiem Papryczek rosołek jada. 

To nie są normalne dzieci, które przyjdą, zjedzą, co babcia da i podziękują, nie tematem przewodnim dokarmiania moich wnuków jest "on tego nie zje".

Kurwa.

Mała Wiedźma miała zablokowane jelita, mimo wlewów z trudem odblokowali. Miała zostać w szpitalu do wtorku.

A synowa (a pizda) miała w niedzielę... zebranie rady rodziców w przedszkolu, jest skarbnikiem i musiała na tym zebraniu być bezapelacyjnie. A ponoć ostatnio takie zebranie trwało 8 godzin. Nosz, cuda wianki, panną byłam, dzieci miałam, ale o takim numerze nie słyszałam, ale co ja tam wiem. W tygodniu rozmawiałam z Inżynierową, pytając, jak to możliwe, a ta kwadratowe oczy i mówi, że nie ma opcji, żeby państwowe przedszkole otworzyło w niedzielę podwoja na zebranie rodziców. I żeby takie zebranie trwało cały dzień roboczy. (Wie, co mówi, pracowała w przedszkolu, jest nauczycielką). Nie muszę mówić, że śmierdzi mi to na kilometr, ale co ja tam wiem, głupia jestem i tyle.

Papryczek niby bezobsługowy, broić nie broi, ale jak to dziecko, długo się czymś nie zajmie, więc zabawiać trzeba, a ciężki w obsłudze jest, bo ani książeczki, ani bajeczki, ani wierszyka, ani malować nie chce, to co ja mam z takim fantem zrobić? Strip-tease odpada, za mały, a i ja warunków nie mam. Na głowie nie stanę, więc nie ukrywam, że mimo że złego słowa powiedzieć nie mogę, po 5 godzinach miałam dość. Pierworodny przywlókł się, widać, że zmęczony, więc me serce się ulitowało i dostał resztę rosołku, nie będę dziecka głodziła, a i dla Papryczka druga porcja się znalazła.


I błogosławię, że nie oddałam za grosze starych zabawek, bo bez drżenia serca dawałam do łapki i był moment świętego spokoju, aczkolwiek piski, jakie wydają gierki dla dzieci doprowadzają mnie do białej gorączki.

No nic.

A, Papryczek kaszlał jak stary gruźlik, a na moją uwagę, że kaszle, usłyszałam, że on tak ma. We wtorek już go Pierworodny wywoził do O., do teściów. I nikt nie myśli, że teściu po zawale, że nie wiadomo, co dziecko z przedszkola przynosi? Serio? Nie wzięłabym dziecka tak na dłużej. A i traci przedszkole, a już nie przeszedł do zerówki. 

Dlaczego znów on i dlaczego w nocy, po pracy, wracał w środę i nawet nie mógł wlecieć do mnie po naklejki dla MW (szał Swojaków), bo... musiał iść do domu po kokardy (kokardy?chyba że mu słownik coś jebnął, bo w życiu nie widziałam MW z kokardką i zeszyty dla niej). A dlaczego jaśnie hrabina, idąc do pracy, nie zabrała tego i dlaczego on ma latać ze wszystkim.

Nic, morda w kubeł, ale coraz mniej mnie to bawi.

Warzywka w poniedziałek zamknęłam, a Inżynier, gadzina uparta jak mało kto, zadzwonił na Szwajcarską i zawiezie mnie (znów long story z tym małpiszonem). Mam obiekcje po kaszlącym Papryczku, sama też pokasłuję, ale raz kozie śmierć, a on mnie straszy tym, jak będzie żył z wyrzutami sumienia, gdyby... no swój scenariusz pisze.

W środę wleciałam do redakcji, książkę dla G. zaniosłam. Na wejściu fanfary, czerwony dywan i... odganianie mnie na bok, bo "wczoraj to forum było, my w takim tłumie, pełno ludzi, kupa lekarzy i weterynarzy, nie wiadomo, czy ktoś nam świństwa nie sprzedał, więc boimy się o panią". Nice, co nie? I oburzenie, że informatyk mi papieru nie zawiózł, że sama po niego przyjechałam, że ręka boska mnie broni, żebym dźwigała, że lecą mu manto spuścić. Ostudziłam, że jakbym nie jechała po papier, toby mnie nie zobaczyli. Że wizyta informatyka to droga przez mękę, a będzie musiał mi przywieźć niedługo toner, to napiszę emilka do wiadomości i Bossa, i M., więc spoko, potem mogą go zabić.

Krótka pogawędka z M., krótka, bo mieli zebranie poforumowe, a jakże, zakrapiane i Boss wpadłszy na mnie na korytarzu, bo szłam się pokazać, że żyję, serdecznie zapraszał, ale wizja kilkugodzinnego pierdolenia o Szopenie pozwoliła mi odżałować to winko i wykręcając się, że ja po papier tylko, bo maszynki, zwiałam. A wkurzył mnie, bo znów pytał o szczepienie, mówię, że w sobotę idę, a on: trzecia dawka. Nie, pierwsza... I gały wielkie, że jak to, jakbyśmy dwa miesiące temu nie rozmawiali o tym, dlaczego nie jestem zaszczepiona. Czasami ludzie mnie pod tym względem wkurwiają. I to maksymalnie.

Po drodze info od Inżynierowej, że jest już w domu (nie chciałam lecieć, jak jej nie było, bo Inżynier prawie non stop na słuchawkach), więc wleciałam po te naklejki.

Pokazałam jej książkę dla korektorów z 1950 r., bo przehandlowałam z M. za papirusa (nie będę jednak brała z pracy badyli do domu, po prostu nie mam miejsca, a tam się ktoś nimi opiekuje, bo żyją).

I pokazała mi orzeczenia Alienka - piałam z zachwytu. Jednak psycholog poparł to, co ja zawsze mówiłam, że to jest genialne dziecko. Tak, ma zahamowania, nie mówi wyraźnie, jest nadpobudliwy, ale reszta była idealna - wyprzedza rówieśników co najmniej o trzy kroki. Będzie dobrze. Będziemy łajzę tomatisować i logopedować i będą z niego jeszcze ludzie ;) Poniekąd kamień mi z serca spadł. Ale porównując 4-letniego Alienka i 7-letniego Papryczka, który nie poszedł jeszcze do zerówki, bo pani w przedszkolu stwierdziła, że nie jest motorycznie rozwinięty (do psychologa nie poszli, przyszli nad tym do porządku, bo Papryczek grudniowy jest, no i co z tego, ja też grudniowa). Ja sama, porównując chłopców z bólem serca stwierdzam, że jest problem.

Ale co mam zrobić?

Zwracałam już uwagę i jak grochem o ścianę.

Ale, ale, we wtorek MW miała, biedna, kolonoskopię, albowiem wciąż nie doszli do tego, co spowodowało problem. Podobno je OK (w co wątpię, znając ich kuchnię i odbierając mnóstwo słoików po gotowcach), nie wypróżniała się tylko dwa dni (serio, po dwóch dniach takie cyrki, że ląduje w szpitalu i jedzie na przeciwbólowych non stop), więc kolonoskopia.

Nic nie wykazała, ponoć to na tle nerwowym. A moje pierwsze pytanie do Pierworodnego, jak pisał, że ją brzuch boli i nic nie pomaga było: może to stres. Niechętnie, ale post factum przyznał: mówiła mama.
Więc tylko potwierdza się moje czarnowidztwo. 

Ogarniam się, bo spać nie mogę. Ale za bardzo nic nie pomaga, szpikuję się ziołowymi uspokajającymi, ale nawet po 6 pigułach (dozwolona dawka dzienna) jestem jak sowa - nie śpię. Nie chcę teraz eksperymentować przed tym jebanym szczepieniem, bo zioła też mają uboczne działania, więc nie wiadomo, co z tego wyjdzie.

A dziś rano pinkowy zaszalał i strzelił


a na skarpie jakiś różowaty pełno kwiatków ma


a jutro ma padać śnieg.

Na poczcie emilek od Bossa, że do końca grudnia trzeba wykorzystać urlop (fakt, mogłam olać, mam dni niepracowe). No, w moim przypadku wzięcie go jest nierealne i nie, nie wypiszę mu po raz kolejny urlopu za dni, kiedy nie pracuję. Ponoć była z tym chryja na zebraniu z prezesem, na którym nie byłam.

Więc napisałam, że sorry Batory, wezmę na początku grudnia (bez sensu, bo 1 i 2 zamykam maszynki, więc też mi urlop, ale maszynki tak jakby nieetatowe, a i z nimi sobie spokojnie pourlopuję), a że będą mieli znów mało korekty? Trudno. Gdybym chciała wziąć wszystko, to i tak by mi przeszło na styczeń, a w grudniu musieliby płacić komuś innemu. Co on, do chuja wafla ma z tymi urlopami, jak zaległy mam prawo wykorzystać do końca września następnego roku? Nie chcę co miesiąc brać, bo może się tak zdarzyć, że będę więcej potrzebować, nie zapisuję już nawet nadgodzin, bo miałabym pół roku wolne..

Wracając do MW, myślę, że to się stało, żeby gorzej nie było. Jeszcze jest w szpitalu, czeka na rezonans, bo w tym stłuczonym kolanie ma wodę. Tak o nią dbają. Mówiłam mu, że za długo utyka, a on mi na to, że on ponad dwa miesiące kulał po tym skoku z dachu...

I tak, kurwa mać, to wszystko się toczy.

Zobaczymy, jak to będzie po sobocie.

Jutro ogarnę, czyste gacie uszykuję, nie że na co dzień w brudnych latam i będę silna, zwarta i gotowa. Co ma być, będzie.

A na serio? Nie jestem antyszczepionkowcem. Moje życie zawodowe nauczyło mnie, że to loteria. A jeżeli młodzi ludzie po 3. dawce lądują w szpitalu i umierają, to zastanawiam się, jaki to ma sens. Życie to loteria jednak. Zatem nie podnosić rabanu, albowiem co ma być, będzie ;)


piątek, 19 listopada 2021

Nie odzywałam się

 Kochany Pamiętniczku, to i zero informacji o stanie zdrowia MW mam.

Tak się zastanawiam, czy to czasem nie jest endometrioza. Ale tę, wiem z lat pracy w Auschwitz, zdiagnozować nie jest łatwo, podlega pod kategorie jednorożców srających tęczą, a i leczenie to na dwoje babka wróżyła.
MW może ją mieć, no ale co ja się będę pchała przed orkiestrę i grała na akordeonie?

Zadeklarowałam, że zapłacę za prywatnego ginekologa, a stawki są ponoć powalające obecnie, nie wiem, nie znam się, od lat nie byłam u żadnego, do dentysty mogę chodzić co drugi dzień, a do gina po moich traumach - podziękuję. Wiem, niehalo, ale w dupie to mam.

Bardzo głęboko. Nikt już mnie nie będzie klepał po dupie, albo mówił, że nie założy mi spirali, bo nie ma narzędzi wysterylizowanych. 

Uprasza się o nienawracanie mnie...

Właśnie synowa dosłała mi zdjęcie MW, dzielnie kroczącej za kroplóweczką... 

I co ja mam, kurwa, zrobić?

Dialog:

 

Przyjęli mnie niedawno

D.

Patryk w niedzielę?

D.

Jeśli mogę prosić

D.


Mi się zaraz telefon rozładuje

Wysłano

Ok, wezmę Patryka, ale uprzedzam, że mogę mu coś sprzedać. Jestem przeziębiona

D.


Ok
 
No i po bajce. 

Jakoś wszystkim padają wszystkie urządzenia.
Smarkam już w dodupny papier, bo chusteczek nie nastarczam. I nie, nie czuję się źle, po prostu mam katar. Nie grzeję w domu, bo mi ciepło, elektroniczny pokazuje 22, zwykły 19, więc nic mi do szczęścia nie brakuje. 
A MW na zdjęciu wygląda kwitnąco, ale podłączona do kroplówki, no i to jebane polskie szpitalne żarcie na stoliku...
Hrabina zbudziła się i pojechała z córką do szpitala.
Ale zaraz, zaraz, dlaczego jej wielka przyjaciółka nie wzięła Papryczka pod opiekę? Bo sześciolatek jest zbyt marudny, zwłaszcza, jak jest tak rozpieszczony jak mój wnuk?
No nic, wszystko wyjaśni się w odpowiedniej chwili. 
Zamknęłam dziś i moją gazetkę, i warzywka, w miarę bezboleśnie, bo o 16.53 (czarną kredą w kominie), w międzyczasie ogarnęłam bajzel mieszkaniowy, kończąc podłogi przed 17.20.
Piękny czas.
Jest czysto, gra radio...
Rano pogadałam ze szwagierką, co jej niedawno mąż zmarł, a na ten pogrzeb nie dojechaliśmy. Bo śnił mi się w nocy, razem z teściową, czyli swoją matką i Eksem. Eks miał spodnie wysadzane kryształkami Swarowskiego, więc pytałam, co mu odjebało, a szwagier był dla mnie tak miły, że to było niemożliwe, a i teściowa była OK. Znaczy się, mam się na tamten świat szykować w podskokach? Co ma być, będzie. Wszyscy w moim śnie byli dla mnie tak mili, że nie chciałam się obudzić, kiedy już wiedziałam, że to tylko sen.
Nie męczę Inżyniera, bo szkoda mi chłopaka.
A Kalafiorkównę cofnęli dziś w połowie dnia do domu z przedszkola, bo biegunki dostała. Alienek właśnie swoją zakończył.
Więc podsumowując - jak nie urok, to sraczka i jak tu żyć, Kochany Pamiętniczku, jak żyć?
Taak zwyczajnie, po prostu, żeby, kurwa już nic nie bolało?
Gdybym miała jakąś gwarancję, że w alternatywnym świecie jest luz i hasta manana, nie zastanawiałabym się nad przeniesieniem.
Ale takiej gwarancji nie ma.
A tu kuszą dni z tymi wkurwiającymi ludźmi i z...
A, nevermind... 
Pojebana jestem i tyle w temacie.
Jutro będzie bolało...

Pracuję w gazecie, a nawet w trzech, więc jestem groźna.