na dupie w domu siedziałam, Kochany Pamiętniczku, czytając tylko, jak miasto się czołga na szklance. Dzisiaj zaś, mimo mgły, jako że temperatura była znośna, powlokłam się na Manhattan i w okolice, modląc się, by biodra jeszcze trochę wytrzymały. Albowiem nieodśnieżone partie chodników, a było ich od cholery i trochę, zwłaszcza osiedlowe drogi, pokryte były skorupami lodu, po których można było iść tylko krokiem pingwina.
Wciąż pamiętam, jak na szklance połamała się Sikora, która skończyła ze śrubami w nodze. No ale ona miała opiekę w osobie męża, a ja tegoż nie mam, a gdybym nawet miała, to wątpię (też mamy), że zająłby się mną. Raczej jęczałby, że nie ma mu kto herbaty podać.
Woda morska i spray z porostem islandzkim (zaczynam marzyć o Islandii, serce mi pika jak oglądam filmiki ze startującymi Wizzairami i Ryanairami) powoli zaczynają działać, aczkolwiek nad ranem z trudem oddycham przez nos. Może dzisiaj będzie lepiej, albowiem dwie pralki puściłam, w tym pościel i mam już 44% wilgotności...
Gar pełen rosołku gotowy, problem z zagospodarowaniem włoszczyzny, zamrożę, ponoć mrożona bez majonezu daje radę.
I mam nadzieję, że Inżynier nie będzie mnie ciągnął, aczkolwiek świnia ze mnie, nie matka, bo jak wiadomo, Inżynier 1 stycznia ma imieniny. Matka Sikory kiedyś mi rzekła: pogięło Cię, dać mu takie imię, jak będziesz świętowała na posylwestrowym kacu?
Jakoś mnie to nie obeszło, bo ponad pół wieku nie wiedziałam co to kac, nie licząc nielicznych studenckich imprez.
Następnie posylwestrowego kaca miewaliśmy razem. A i bywało tak, że wracając z Baranem z posylwestrowej imprezy, dziwiliśmy się, dlaczego mamy spodnie po kolana w błocie uwalane... Bo dużo nie piliśmy i jakiegoś błota nie było... :) Do dziś nie rozwiązaliśmy tej zagadki, ale musiała być fajna impreza (szliśmy po niej zobaczyć jak wygląda ulica, na której kwitną japońskie wiśnie, na której kiedyś mieszkali, na której było tak fajnie, ale skąd to błoto to chuj wie)...
Moja mama dała Inżynierowi imię, nietypowe, niecelowo, to była fantazja Eksa, chciał Mieszka, ale nie było tego w wykazie imion urzędowych, więc do szpitala szłam z przykazaniem: Mietek albo Miecia, nie ma innej opcji (to były czasy, gdy płeć była jeszcze niespodzianką).
Mój ojciec był wniebowzięty, sądząc, że imię po babci, a jego żonie.
Nie wyprowadzałam go z błędu.
Dziewczyny w szpitalu zazdrościły mi, że nie mam problemu.
A Inżynier polubił swoje imię, bo w powodzi Adamów, Krzysztofów, Marcinów, na hasło Mietek nie trzeba było nic dodawać.
Był jedyny i niepowtarzalny.
A w UK został po prostu Bobem :)
I sylwester w uroczym angielskim pubie, gdy po północy zaczęliśmy mu składać życzenia i szacowne grono Anglików, dołączające się do życzeń, którym Inżynier płynną angielszczyzną wyjaśniał, że to nie birthday, ale imieniny... Oj, spodobał się wtedy jakiejś lasce harleyowca, na całe szczęście obyło się bez rozpierduchy... Harleyowiec był raczej z mojej półki, laska z Inżynierowej, ale życie pisze różne scenariusze ;)
Nie ogarniał tego nikt w stylowym pubie w Hatfield... A to był jeszcze czas, gdy w pubach wolno było palić, więc po powrocie do domu biliśmy się, kto pierwszy pójdzie pod prysznic.
Jak te laski na niego leciały (to było jeszcze przed epoką Inżynierowej, o ile mnie pamięć nie myli, nie spędzałam z nią żadnego sylwestra, ale może się mylę).
Starzeję się, zdjęcia, notki, wspomnienia, tak, wiem, wszyscy się starzejemy :)
Choć jak ta żaba, co wyrzekała się błota, zapieram się kopytami - tęsknię za UK.
Mogłabym zaryzykować, w sumie nawet na kwarantannie dałabym radę, bo co za różnica czy pracuję z mojej dzielni, czy z UK?
Ale perspektywa przechodzenia przez kontrolę w tych warunkach (wciąż widzę, jak babka mnie prawie rozebrała, bo coś jej nie pasowało, a tu jeszcze moja zerowa, bo nawet nie kulawa angielszczyzna (i pogoda popierdolona na maksa)...
Pozostaje tylko tęsknota i wspomnienia...
Wzruszające są wspomnienia po wspomnieniach.
Jako że na razie nie ma w planach notek żadnych:
Niech nadchodzący będzie inny. Nie lepszy, nie gorszy, inny.
Niech przyniesie zmiany na lepsze.
Niech da się przeżyć i pozwoli nam spokojnie powitać swego następcę.
Bo nic nie jest w stanie zatrzymać upływających lat.
Happy New Year - moja pięta achillesowa - napisać umiem bezbłędnie, ale gdy to mówiłam, to Inżynier zawsze jojczał: mamo, nie ten akcent.
Jak ja bym, kurwa, słyszała akcent.
Zatem
Szczęśliwego Nowego Roku i nowego roku w szczęściu i w zdrowiu, albowiem bez zdrowia szczęścia nie ma.
Między Nowym Rokiem i nowym rokiem jest KOLOSALNA różnica.
Zainteresowanych zapraszam do zwykłego słownika ortograficznego :)