[go: up one dir, main page]

sobota, 31 grudnia 2016

Na żurku

się nie skończyło, Kochany Pamiętniczku.
Złażę ci ja rano z górki do kuchni i co ja paczę?
Brudny talerz po bigosie (nota bene jeszcze niegotowym) leży sobie w najlepsze na zmywarce. Nawet po sobie nie sprzątnął, Skubany.
A ja muszę za niego oczyma świecić...
I bądź tu miśkową psiapsiółką, no ;)

Ale wracamy do naszych baranów.
Straszyli mnie, że piątkowym popołudniem do lasu wywiozą i rzucą, dadzą świeczkę, a GPS mam w telefonie.
A mgła była tego dnia jak mleko, dla tych Angoli to pfff, a dla mnie ojapierdolę.
Później, kiedy stawiałam opór pocieszyli, że lasu tam nie ma i zostawią na poboczu szosy.
Uległam :)
A w ogródeczku nam zakwitła piękna

taka cudna, brylantowa, niech się wszystkie kolie tego świata chowają...
Wskoczyliśmy do Ropucha i pojechaliśmy w świat. Ja nie tylko bez plecaczka, ale nawet bez torebki.
Litości po drodze nie mieli, głupie filmiki kręcili, ale co tam.
Nie zostawili na poboczu, a mogli zabić ;)
I tak dojechaliśmy do Miasteczka Misiów - Olney. Tak je ochrzciłam, bo tam na wystawach wszędzie miśki się szwendały. I jak na taką małą mieścinę, była tam rekordowa liczba antykwariatów. Miasteczko, jak wszystkie angielskie maleństwa, urokliwe, a w ten świąteczny czas podwójnie. Mgła nie odpuszczała, dlatego zrobiłam mniej zdjęć, niż zamierzałam, bo co chwila na obiektywie miałam - nie wiem? - krople wody, mgłę w powiększeniu - i bałam się o całość Soniczka, a nie wzięłam Kanonika :)
I tak,  po wyjściu z Ropucha jaja sobie robili, bo zaparkowali przed jakimś warsztatem, gdzie były węże od paliwa i próbowali mi wmelić dziecko w brzuch, że tankować będą (Ropuch jeździ na prąd). Ale nie ze mną te numery, Brunner i powędrowaliśmy...
Pięknie było, Kochany Pamiętniczku :) Dziękuję, Chłopcy :*

 Też mam taką trzmielinę na balkonie i może mi kiedyś tak wyrośnie?
 I te badylki, niezmiennie mnie wzruszają i zazdrość mnie bierze. A tu, w domu, fiołki alpejskie wcale nie zmarzły w ziemi, mimo kilkustopniowych mrozów..
 Domek Cierpliwości, jakie piękne nazwy...
 I miśki wszędzie...
 Stary Nabiał (a może: Mleczarnia?) :)
 I Fabryka Koronek Bucksów...

 A to sponsorzy wycieczki, w okolicach pubu, do którego mnie później zawlekli i niecnie upić próbowali, coby cześć mą zszargać na obczyźnie :P

 Miśki again...






 Piękna mgła, jak z bajki :)
 I bratki, ciekawe, jak wyglądają moje, pewno padły niepodlewane... :(


 I dom zasypany liśćmi...


 Przez okna było widać wnętrza, bajkowe. Zero mebli z Ikei czy innej Agaty, same starocie, w kącie walizki, jakie ja wyniosłam na śmietnik (teraz żałuję) i ten klimat... Nie robiłam zdjęć, bo nie chciałam naruszać ich prywatności, ale to, co zapadło w mej pamięci, jest przecudne...

A potem zawlekli mnie do pubu, gdzie wlali we mnie piwo :)



Taka mini-Brovaria, którą z Baranem uwielbiamy :)
W drodze powrotnej wlecieliśmy jeszcze do jednego obiektu po drodze, bo jak sami mówili, od 3 lat koło niego przejeżdżają i nigdy tam nie byli.
No i znów po piwku, a kierowca dostał nagrodę pocieszenia i o dziwo, prawie całą zjadł :) A chudy jak patyczek, choć słodkie tonami je :)

Od samego patrzenia na to cukrzycy dostałam :)

I tak miło minął przedostatni dzień roku, a dziś jest jeszcze milej, spokojniej...
I świeczuszki ładne mamy :)


Przyjaciołom, Znajomym, Wędrowcom, życzę w nadchodzącym nowym roku samych dobrych dni. Niech będzie lepszy od odchodzącego, niech spełni nasze oczekiwania i niech świat stanie się choć trochę lepszy. Spokoju w sercach, życzliwości dla ludzi i od ludzi, szczęścia, małych i dużych radości.
Do siego Roku :)

piątek, 30 grudnia 2016

Przygarnąć

Miśka i od razu klops, Kochany Pamiętniczku.
Żurek został na noc w kuchni. Tyle, że najedlibyśmy się jeszcze dziś.
Schodzę rano i co? Żurku smętne resztki, dla jednego człowieka nie starczy.
Kto mógł żurek zeżreć, jak my wszysy grzecznie spaliśmy z rączkami na kordełkach swych?
Grzesiu, nagrabiłeś sobie po sam kapturek. Baran mówi: na ogródek bez świeczki.
Kara adekwatna do przestępstwa.
Zatem z bólem serca eksmituję Grzesia na ogródek. A zimnawo dziś i obawiam się, że ta kusa kurteczka bez rękawków mu nie pomoże.
Trudno.
Dura lex, sed lex.
Pora zacząć misie uczyć moresu :)


czwartek, 29 grudnia 2016

I już czwartek

Kochany Pamiętniczku.
Nowa seria Angry Birds.
Żurek i bigosik.
I takie tam.
Do spółdzielni emilka napisałam, o dziwo, koniec świata, odpisali :) Nie będę musiała pilnować odczytu, odczytują radiowo. Co za ulga, jeden kłopot z głowy. Ale że odpisali ;)
Nie chciało mi się jechać z Postmanem, a Skubany wrócił z... żarówkami Edisona, za jednego funta sztuka. Czyli jakby nie liczyć, około 5 zł.
Ale... Pojechali ze mną jeszcze raz i mam i ja :) Ciekawe, czy przetrwają rzucanie walizki, no ale ryzyk-fizyk..
I nowego lokatora mam.
Oto Grześ

Pożałowałam później, że nie wzięłam jeszcze jednego miśka, ale trudno, może jeszcze gdzieś wpadniemy. Grześ ma jedną żarówkę ;)
No i zapytanie od KB, czy może u nie spać.
Hmmm...
Nie piszemy scenariuszy, bo po co...
A jednak kocham moje spokojne życie.

I mam nadzieję, że Grześ wypędzi te próbujące się zakradać koszmary ;)



środa, 28 grudnia 2016

Nerwuję się

Kochany Pamiętniczku, dzisiejsza noc była do dupy, jak dawno nie była...
Pracowe, porąbane sny miałam, że ojapierdolę. Obudziłam się tak zmęczona, że w zasadzie powinnam zaraz iść z powrotem do łóżka po kąpieli.
Wczoraj byliśmy w Milton Keynes, bo Baran na Facebooku wygrał mikrofalówkę, za najpiękniejszą choinkę w okolicy :) Uparł się i wygrał, a mikrofalę (piękną, czerwoną, aż mi serce załopotało) sprzeda na cele charytatywne, bo sam mikrofali nie używa, bo jest niezdrowe ;)
No i cichy dzień był, ale na całe moje szczęście nie z mojej winy, przynajmniej tak głosi oficjalny komunikat.
A widoczki piękne, tylko trudno coś z samochodu focić.
Tęsknię za domem i nerwuję się, bo ani od Pierworodnego wieści, ani od Kierownika Budowy. Napisałam dziś do spółdzielni w sprawie liczników, ale nie wiem, czy w ogóle raczą odpowiedzieć. Na stronie wyskakują wielkie życzenia, których nie sposób wyłączyć, a komunikatów żadnych nie ma. I taki to pożytek ze strony internetowej.
W W. alarm był, pojechali do szpitala, bo Okruszek się nie ruszał. W szpitalu okazało sie, że jest wszystko OK. Mamusia in spe najadła się makiełek (smakowały jej, to dwa dni jadła do wypęku) i uśpiła biedne dziecko. Małego narkomana mi hodują :) Dobrze, że to tylko to, że nie stało się nic.
A Barbara poszła do mojej wioski i tam narozrabiała ponoć, też myślę, jak wygląda balkon. I bratki by przetrwały, gdybym była w domu.
I inne takie tam, ty wiesz, Kochany Pamiętniczku, tobie nic nie trzeba tłumaczyć...
Krzyż mnie pobolewa i tak się zastanawiam, czy to niezdrowy tryb życia, czy nereczki już szlag trafia powoli.
I Leila nie żyje, a młodsza ode mnie.
Tak, wiem, że taki wysyp, bo to z mojej półki i z tych roczników biorą, że taka kolej rzeczy, że w życiu tylko to jedno jest pewne, ale...
Jakoś mi nie tak, Kochany Pamiętniczku, jakoś...

Jeszcze jedenaście dni tylko...


poniedziałek, 26 grudnia 2016

I już prawie

po świętach, Kochany Pamietniczku...
Jest cudnie.
Wigilijną kolację spożyliśmy skromną, ale i tak full zostało.
Potem prezenty, muszę przyznać, że ja się nie popisałam, ale za to chłopcy zaszaleli.
Zamówiłam tylko kalendarz (tradycyjnie), no i dostałam pięknie umięśnioną ekipę strażacką, koniak, kosmetyki i... pozytywkę. Pudło z ciastkami - pozytywka. Cholerstwo gra samo z siebie i ciekawa jestem, co będzie, jak na lotnisku moja walizka zacznie grać:)
A potem śpiewaliśmy kolędy, a jeszcze później ruszyłam z Baranem w tany i hulaliśmy do upadłego, o dziwo, nie bolało mnie ani kolano, ani pięta, a i dziś mnie nic nie boli, choć szaleliśmy :)




Trzech Murzynków w tym roku złapaliśmy ;)






I kolejka sobie pięknie wokół choinki jeździ...

W pierwsze świeto wleciał Inżynier z żoną i Alienkiem, na obiadek i słodkie, of course, zgodnie z obietnicą. No i dostałam to, o czym od dawna marzyłam - klawiaturkę do iPada, wmontowaną w ochraniacz. Fizyczną klawiaturkę, która bardzo ułatwia pisanie, chociażby tych wypocin. Bo na tej dotykowej tez można pisać, ale nie tak szybko :) Więc to pierwsza notka, pisana na tym ustrojstwie z przyjemnością :) Trochę sie tu po wstawianiu zdjęć kićka, ale nie chce mi się bawić w ustawianie łamów. No i perfumy dostałam, takie przez duże P, sama sobie igdy bym nie zafundowała, no może na siedemdziesiątkę. Bawiliśmy się, jak zwykle, w swoim towarzystwie znakomicie, no cóż, tak już mamy :)
w jednym momencie jednak mi zgrzytnęło, i nie wiem, czy to moje przewrażliwienie, starość, złośliwość, czy inne chujwico...
W trakcie miłej pogawędki wlazło sie na temat kotełków. Takie tam pierdolenie o Szopenie, ale Synowa marzy o trzecim kotku. Wolno jej. W moim mózgu zaś uruchamia się lawina, że przecież mieszkanie małe, jak cholera, że dziecko, że jedna pensja, a kot rasowy znów za grube pieniądze, ale trzymam mordę w kuble, bo nie mój cyrk, nie moje pchły. I pokazują model kota. Ojapierdolę. I tak jak kocham (platonicznie) kotełki, tak z takim w jednym pomieszczeniu nie wysiedzę. Łysa pokraka, jak z sennych koszmarów. I mówię, żartem (a jednocześnie bardzo serio), że jak coś takiego będzie, to już nie przyjadę. Na to Synowa z błyskiem w oku: to już wiadomo, co trzeba zrobic.
Uśmiechnęłam się, ale...
Dla mnie to nie był żart. Sama opowiadam kawały i o teściowych, i o głuchych i inne takie tam.
Ale...
Z całokształtu mam inne odczucie, i tyle.
Może się mylę.
Z jednej strony mam ochotę pożalić się Inżynierowi, z drugiej - chyba skończy się na memłonie Barana.
Jest mi źle i przykro....
Widzę, że Inżynier jednak chce mnie u siebie, bo chociaż w żartach, to stwierdził, że ma prawo zabrać swoją matkę, choć chłopcy zgodnie twierdzili, że nie było o tym mowy, że będą mnie oddawać.
Bo co ja się będę, Kochany Pamiętniczku, wywnętrzała, ale do dziś czuję kościsty Barani uściski, którym mnie obdarzył, bo ma fantazję, chłopak (też Cię kocham) ;) Bo wiem, że i Postman, którego się czepiam, jak pijany płotu,
 po swojemu mnie lubi. Mniejsza z większym. Jak trzeba, pogłaszczą, jak trzeba, w dupę kopną, na ogródek czy do innej komórki wywalą, ale chcą.
Powiedzieć - źle, nie powiedzieć - też źle. Dupa jelenia...
A tymczasem wiosna na ogródku już jest 

Narcyze już kiełkują, a ja sobie w sandałach tuptam, bo trzynaście stopni jest i słoneczko grzeje. Taka zima, to ja rozumiem, to może trwać i 9 miesięcy, mi to rybka :)
A dziś Baran workholik już w pracy, mimo że tu Boxing Day, czyli dzień wolny od pracy. A u nas obradują, czy pracować w świeta i niedziele. A ludzie pracują, choć nawet nie sa w handlu :P Ale na rano, to wróci w miarę wcześnie i się tym Paskudem nacieszę.
Jak to przeleciało, kurcgalopkiem.
Z kraju zaś żadnych wieści ani o najeździe Tatarów, ani od Kierownika, czy mimo braku pojazdu dotarł do moich biednych badylków.
no nic. Brak wiadomości to dobre wiadomości.
Bo inne dobre nie są. W niebiosach chórów zabrakło, to i Chór Aleksandrowa do siebie ściągnęli, pewno anielskie zastrajkowały... A i Last Christmas fałszowali, zatem i George Michael
 tam powędrował...


Zapowiadają wybuch wulkanu we Włoszech, że będzie się działo, a Baran zacierając kościste łapki stwierdza, że przecież Internet będzie, to mogę pracować on line.
Dobrze mi tu, ale... troszkę za domkiem tęsknię :)
 I znów
 to rozdarcie, że wszędzie dobrze, gdzie mnie nie ma..









sobota, 24 grudnia 2016

Ten dzień

Kochany Pamiętniczku...
Historia zatoczyła koło.
Przed jedenastoma laty pojechałam na Gwiazdkę do Barana, w ramach prezentu.
Dzieci, zostawione po raz pierwszy i bez ojca, i bez matki, na moje obiekcje kopnęły mnie w kościsty wówczas tyłek i rechocąc, odwiozły na lotnisko, gdzie w towarzystwie Sikory i jej rodziny poleciałam pierwszy raz stalowym ptakiem do UK.
To były moje pierwsze święta z dala od dzieci, z Baranem.
Poznałam inny świat, który pokochałam, spodobał mi się. Te fiołki alpejskie, beztroskie na parapetach w grudniowe noce i dni. Te msze, gdzie dzieci biegają po kościele i nikt nie syczy. Te deszcze, mżące i niemoczące. Ludzie w japonkach, w szpilkach bez rajstop. W metrze dama w futrze, a obok ktoś, kto wyglądał, jakby spod prysznica wyszedł przed chwilą. Świat nieoceniający, żyjący po swojemu. I ta para z metra. I inne takie tam.i Baran, jeszcze uczepiony polskości, jeszcze nią żyjący. Jak patrzę na niego dziś - obywatel świata pełną gębą. Pewny siebie i to on mnie uczy. Obsługi kasy samoobsługowej, znaczenia ręcznika na podłodze w hotelu. Uczeń przerósł mistrza.
Ale to wciąż mój Baran, do bólu i do szpiku kości. Siwiejący już nie przeze mnie, ale to dobrze.
A dzieci? Bawiły się wtedy znakomicie i poradziły sobie nieźle, a że potem był 6 stycznia i niebo spadło nam na głowę, to już inna opowieść.
W tym roku jestem znów z Baranem i jest Postman. Pięknie.
Pierworodny wrócił na święta do ojczyzny, ma nową rodzinę i jest z nią. Też pięknie, taka kolej losu. Tyle lat do niego latałam, pora na coś nowego w jego życiu.
Inżynier spędzi drugi raz w życiu Wigilię beze mnie, ale to też ma swój sens. Bawią się znakomicie, komponując swoje rodzinne tradycje w jeden zlepek - wigilia dla Alienka. Jedyna i ostatnia ich samotna wigilia, dobrze, że mogą ją przeżyć. Innej takiej może nie być. I wszyscy czekamy na Okruszka, na obietnicę, z drżeniem serca i niepokojem, nadzieją i strachem.
Mam nadzieję, że dla moich Bliskich to dobry czas, jako i dla mnie...
Choć jedna smutna wiadomość dziś nadeszła, ale - życie.
Starym śląskim obyczajem pijąc od rana na zdrowie, poszliśmy z Baranem grzecznie na długi spacer.
Dziękuję, że jesteś, że te 12 lat, które odebrały mi wszystko to, co lubiłam, nie zabrały mi Ciebie i Twojej przyjaźni.
Za bicie po łysym łbie, za te wszystkie inne takie tam...
I koniec sentymentów, bo znów w łeb :)
Dla moich Czytaczy, podczytujących, Bliskich i Dalekich, zabłąkanych Gości zostawiam przesłanie


czwartek, 22 grudnia 2016

Orzeszku

Kochany Pamiętniczku. Nie zabrałam diuretyku, a to na receptę. Zorientowałam się, gdy chciałam uszykować nowe porcje na tydzień.

Wspominajcie mnie dobrze albo wcale...


środa, 21 grudnia 2016

W poniedziałek

nie pasowała mi patelnia, Kochany Pamiętniczku. No co, jak można gotować na takich cudach wiankach. Ale dałam radę :P
A wczoraj miał być żurek, ale nie było liści laurowych (znaczy się niedobitki były), za to znalazłam słoik majeranku. Jak pięknie pachniał i jaki świeży był. Pietruszka zaś okazała się być pasternakiem, co mnie nie zmartwiło, bo zawsze chciałam zobaczyć pasternak. Jest smaczniejszy od pietruszki, więc bez wahania wpieprzyłam toto do żurku, a z reszty zrobiłam surówkę z jabłkiem i marchewką, jak znalazł na dzisiejszy obiad :P
Trzeba umieć sobie radzić...
Żurek wyszedł MLASK, Postman zjadł, oblizał się i do pracy wziął. Hahahahahahaha, bo w żurku był i czosnek, i cebula, i tłusty boczek, czyli rzeczy, których on kijem nie dotknie. Wychodzę z założenia, że jak ktoś nie wie, to zje i nie marudzi, jak dobre. Pytał, czy daję czosnek, ale ja w zaparte idę i łżę w żywe oczy. Powinien etykiety czytać, w samym zakwasie jest czosnek. Ale dobrze, że nie czyta. O cebulę nie pytał, więc nie pchałam się z transparentem przed orkiestrę ;) Nawet pieprzu nie reklamował, choć wyławiał go równie pracowicie, jak kiedyś Zmorka :P Baran wrócił, nie zjadł, ale na dziś do pracy wziął. Synowa on line załkała, że zazdrości Inżynierowi żurku, więc posłałam jej słoiczek. Inżynier sforsował korek i wpadł na memłon, krótko, bo krótko, bo long is way to W., żurek też wciągnął ze smakiem :)
I zonk...
Nie tylko pietruszka okazała się pasternakiem, ale majeranek okazał się być oregano. Wzięłam słoik, wyglądało na majeranek, powąchałam, węch mnie zmylił, a nie spojrzałam na etykietę, bo słoik był podżemowaty, wyszłam z założenia, że skoro ja wszystko pcham w słoiki po koncentracie i musztardzie, to i Baran pcha po dżemie :)
Ale żurek był ojapierdolę, zatem mam nowy przepis na żurek z oregano :)
Polacy, nic się nie stało :P

Pierworodny & Co. dotarli w całości do teściów. Niebiosom dzięki, bo bałam się, że za te wrzaski "Mała Wiedźma, Papryczek", po polsku, of course, zwiną ich już na lotnisku... :)

A dziś siedzę, seriale oglądam i bigosu pilnuję, żeby go nie ukradli. Ciepło, ale pogoda barowa.

Ciekawe, co dziś się wywinie?
No bo ja przecież jestem taką grzeczną dziewczynką, że to nieporozumienie, Kochany Pamiętniczku.
I kurację zaczęłam, srebrem koloidalnym, witaminą C i solą. Bo nic innego w chacie nie ma. Kiedy wlazłeś między wrony, to i krakaj, jak i one :P Działa, nie wiem co, ale działa, mniej kaszlę i się tak już nie duszę.

I nie, żebym się czepiała, ale powinna chociaż thank you powiedzieć (napisać) za żurek, co nie?
Bo znając sklerozę Inżyniera zapytałam, czy żurek dał.
Odpisał, że dał i smakowało.
No ale nie bądźmy drobiazgowi i nie czepiajmy się bimby :P

wtorek, 20 grudnia 2016

Berlin

Kochany Pamiętniczku...
Cóż mam rzec, wstrząśnięta jak zawsze, z głową pełną galopujących myśli i z sercem pełnym bólu. Berlin widziałam jako drugą stolicę w życiu i urzekł mnie swym pięknem. A dziś widzę, że żadne miejsce na Ziemi spokojne nie jest. I to jest straszne.
Pierworodny z kompanią dziś do Berlina właśnie lecą, bo im tamtędy taniej wyszło. Boję się o nich. Nie, nie o to, że im się coś stanie, ale dzień po takiej tragedii to tam jest oblężona twierdza. A oni na dokładkę po polsku mówią. No nic... Trzeba żyć, trzeba czekać.
A u mnie wszystko jak dawniej...
Bo znów wpadłam w ten tryb, choć wczoraj za Chiny nie mogłam znaleźć tłuczka do pyr i utłukłam biedne jakimś wynalazkiem.
A dziś ruszam w przedświąteczną krzątaninę, bo moi gospodarze pracujący są, więc chociaż tak się zrewanżuję. Będziemy we trójkę, Proszę Pani w tym roku nie będzie, więc program minimum, a pierogi kupione w polskim sklepie :)
Ojapierdolę, 15 minut walki z tym ustrojstwem, żeby się włączyło, bo się zawiesiło. Shit...
(nie obrażaj się, Netbuczku, ja jestem szybką dziewczynką)...
W planach żurek i zaczynam bigos pichcić.
I niespodziewajka będzie przecudna, bo Inżynier wracając z delegacji w Chesterfield zawita w te niskie progi. Więc zobaczę go jeszcze przed świętami, o czym nawet nie marzyłam. A mógł się, Skubaniec, nie przyznawać do tego, że to na tej trasie jest :) Albo w ogóle do delegacji :P
A moja bajka jest taka:

 Moje łóżeczko (bez ziarnku grochu pod materacem)
 Okienko rano...
 Okienko śpijmą nocą ;)
 Franuś, ten zatopiony przeze mnie w zamierzchłych czasach, jak jeszcze Baran mieszkał z Pierworodnym w takiej pięknej alei, obsadzonej japońskim wiśniami, które kwitły jak szalone, do ostatka, do szału...
 I klon Franusia :)
Ta klateczka to taka lampka, w środku można zapalić podgrzewacz czy świeczkę, ale nie eksperymentuję :P

A za oknem, z tyłu domu, bo przodu jeszcze nie obfociłam, bladym świtem mam tak:


A teraz już słoneczko wychodzi pięknie :)

No głupia byłam, że się broniłam przed tym skokiem w bok, co nie, Kochany Pamiętniczku...

Baran say <there, there> :) Niepotrzebnie mu powiedziałam, że lekarz kazał potakiwać :P

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Opuściłam

domowy memłon, Kochany Pamiętniczku.
Wyleciałam nie bez problemów, godzinę koczowałam w samolocie, bo nie mogliśmy wystartować z powodu pogody, odladzali skrzydła.
Przed odprawą zaczepiła mnie starsza pani i prawie płacząc, prosiła, żebym zabrała mały pakunek do jej wnuczki, będzie stała na lotnisku z kartką ze swoim nazwiskiem. Zaśmiałam się i zapytałam, czy pójdę za to siedzieć, pani zaczęła gęsto się tłumaczyć, że nie, że nie mam się czego bać. Chciała mi zwitek banknotów wcisnąć, ale ją pogoniłam, ojapierdolę, ja dziękowała :)
Ale nie ukrywam, że w czasie lotu parę razy mignęło mi, że co ja zrobiłam, a i turbulencje były niezłe. Samolot nie był zapełniony nawet w połowie, przód z numerowanymi miejscami był prawie pusty, pierwszy raz leciałam w takich warunkach. Za to pasażerowie z tyłu, że ojapierdolę, aż przykro było patrzeć, w ten sposób utrwala się opinia o Polakach :(
Doleciałam, a że tu personel naziemny strajkuje, to działo się, oj działo. Najpierw wepchnęli mnie w bramkę biometryczną, a ja sierota, pijane dziecko we mgle. Pani obserwująca na moje "i don't know" pomogła i kazała okulorki zdjąć i tadam: Sezam się otworzył. Będę korzystała zatem, bo dużo szybciej idzie. Potem nie mogłam wysłać SMS do Barana, bo i jego telefon i mój kontaktują się na swoich falach, ale już za granicą nie :) Więc piszę do Inżyniera, a ten mi pisze, że Baran ma telefon Postmana. Ta, ja jestem wróżka Sylwia i w myślach czytam... Czekanie na bagaż trwa w nieskończoność, a większość walizek wypływa zafoliowana. Wreszcie moja jest, ocalała na szczęście.
Dziewczynę wypatruję od razu, ale mówię, że dam jej przy samochodzie, bo mam wszystkie ręce zajęte, waliza zakluczona, a klucze na dnie w torebce. Była ze swoim chłopakiem, chłopak walizą się zajął i tadam... Okazało się, że z powodu remontu postój jest gdzie indziej, sam Baran później przyznał, że miał problem ze znalezieniem. Dzięki temu, że wzięłam tę paczkę, nie straciłam nerwów. Dałam im paczkę, a gość lamentuje, że mojej podwózki nie ma i że mnie samej nie zostawi, żebym chociaż jego nr telefonu wzięła na wszelki wypadek. Śmiechłam i mówię, że nie ma opcji, że mnie nie odbiorą, że jak coś to mam tu dwóch synów w pobliżu, ale nalegał, a tymczasem zjawił się Baran i oczy kwadratowe, że ja z obstawą.
Wskoczyłam raźno do Kijanki, pomachałam obstawie i pojechaliśmy w stronę wschodzącego słońca, ja kłapiąc dziobem, a Baran uśmiechając się do czasu :P
Domek w R. przywitał mnie bajkową atmosferą, jak zawsze...
Baran wyrzucił z kuchni.
I dostałam

śniadanie, a że nauczona jestem nie zostawiać nic na talerzu, pokornie zeżarłam. I już nie mogę narzekać, że nikt mi śniadań nie robi.
A potem gawędziliśmy, czekając na Postmana, który spał, nockę odsypiając. Gdy wstał, kościstymi ramionkami mnie obmacał, w czubek łysej główki cmoknął i zjedliśmy obiadek

zdrowy, a jakże, Baran sam kisi kapustę, a jajko sadzone w jego wykonaniu to poemat, ja tak sadzić nie umiem :)
Biedny Postman zjadł, i znów poleciał do pracy, mimo niedzieli, jego leczyć trzeba, bo to workholik jest.
A ja, rzucona na pastwę Barana, siedziałam cicho jak myszka, chrobocąc od czasu do czasu.
Mam jeszcze fotkę apartamentów, ale to przy okazji, bo aparat z fotką jest właśnie tam, a nie chce mi się leźć na górę, a i zgrywanie na to maleństwo tu to robota po kokardkę :)
I tak sobie gawędząc w pięknych okolicznościach przyrody

gapiąc się na rybki w akwarium, wysłuchaliśmy jeszcze on line koncertu z wioseczki w Irlandii, gdzie w chórze śpiewała nasza kochana A., Słonko moje. Na żywo, of course...
Świat jest globalną wioską, poniekąd. Oglądam psiapsiółę w wiosce w Irlandii, siedząc w miasteczku w UK... W PL też mogłabym ją spokojnie oglądać, no chyba że nam te oszołomy Internet odetną, jak w Korei...
A dziś, odespawszy zaległości, jak zawsze śpiąc snem niewiniątka tutaj, zostałam sama, ze śpiącym Postmanem :)
I mam mój czas, czas nicnierobienia i spokoju.
Dzisiaj ja potuczę chłopaków, trzeba się zrewanżować ;)
JEst ciepło, zielono, żadnych widoków na śnieg...
Tylko za Inżynierem mi się znienacka zatęskniło, ale w święta się zobaczymy :)

Miłego, spokojnego tygodnia wszystkim :)